poniedziałek, 5 lutego 2024

Córeczka tatusia - 82

 Andrzejowi wyraźnie ulżyło gdy  opowiedział Marcie i Wojtkowi o swych kłopotach w związku. Wojtek natychmiast był zainteresowany "męską antykoncepcją", ale Andrzej wytłumaczył mu, że chociaż proces jest odwracalny to jednak lepiej tę metodę  zastosować gdy już będą posiadać  dzieci w pożądanej przez  siebie ilości, zwłaszcza, że Marta jest bardzo zadowolona z tabletek i nie ma problemu by o nich pamiętać, poza  tym wyregulowały jej cykl i z punktu medycznego  on nie widzi sensu by to zmieniać. W kilka  dni później rozmawiał z ojcem  Wojtka, który obiecał, że w trakcie  nieobecności Andrzeja w Polsce będzie chłopców "nadzorował" i spotykał się  z nimi w każdy weekend.

Wojtek się śmiał, że nagle im  się rodzina powiększy gdy Andrzej wyjedzie  do Londynu, a Andrzej stwierdził, że ma więcej  szczęścia  niż  rozumu, bo nagle dzieci mają dziadka. No a że Ziuk   już zaczyna mieszkać  w Warszawie, to już obaj dziadkowie zaczęli snuć plany dokąd  będą się z dzieciakami wybierać w weekendy. Andrzej niemal przestał bywać  w domu, bo Lena zaraz  wszczynała  awantury, więc ojciec Wojtka zaproponował mu, żeby mieszkał do wyjazdu w jego mieszkaniu - w końcu jest w pełni urządzone, adresu Lena nie zna, więc nie ma problemu. 

Któregoś dnia wieczorem do Marty zatelefonowała Lena, mówiąc  by Marta poprosiła do telefonu Andrzeja.  Nie mogę go poprosić do telefonu, bo go u nas  nie ma, nie mam pojęcia gdzie jest, sądzę, że jest w Klinice. A co  się  stało? Jeśli jest  ci potrzebna  jakaś pomoc to my z Wojtkiem  możemy do ciebie wpaść, bo Andrzej to ma pewnie dyżur w Klinice. Trochę w niego tam orzą przed jego wyjazdem. Ale on nie odbiera telefonu - wrzasnęła Lena. To widocznie  jest albo na sali operacyjnej albo na obchodzie - wtedy nigdy nie odbiera  telefonu bo go po prostu przy  sobie nie ma. Od ciebie też nie odbiera?- spytała Lena. No pewnie że nie, zresztą ja i Wojtek rzadko do niego telefonujemy. Mówił, że przed  tym wyjazdem jest totalnie zarobiony. Nie wierzę ci, pewnie  siedzi u was, bo się w tobie  kocha. No nie  rozśmieszaj  mnie- spokojnie powiedziała  Marta. On kocha  mnie tak  samo jak Wojtka. A nie zaniepokoiło  cię, że on kocha  Wojtka?  Lenę na moment  zatkało, a Marta  mówiła dalej - on nas oboje uważa  za  swoje  rodzeństwo, którego nie ma. A do mojego teścia mówi "tato" - nie  zauważyłaś tego?  Zapewne  dlatego, że z własnym ojcem nie widuje się i nie rozmawia - każdemu, nawet dorosłemu jest potrzebna rodzina, więc przestań wyprawiać  jakieś chryje i zastanów się w skupieniu nad tym wszystkim. Facet robi wszystko by tobie i dzieciakom zapewnić jak najbardziej luksusowe warunki a ty jakieś bzdury opowiadasz.  Idź na jakąś psychoterapię bo coś  ci  się w głowie pomyliło. W tym momencie   zabrzmiał dzwonek od drzwi wejściowych i Marta z telefonem  w ręce poszła je otworzyć - na wycieraczce stała zmoknięta Lena. Odsunęła Martę i wpadła do środka. 

Zdejmij buty - załóż kapcie- spokojnie powiedziała  Marta do Leny. Proszę bardzo - możesz  sprawdzić całe mieszkanie - nie ma  tu Andrzeja.  Jestem sama w domu, bo Wojtek jest jeszcze na uczelni. Powinien być za jakąś godzinę w  domu.  Zjesz  coś, napijesz  się czegoś? Idź jeszcze do gościnnego pokoju, zajrzyj do szaf, bo może tam jest twój mąż.  Ty mi lepiej powiedz, dlaczego zostawiłaś dzieci same w  domu. I jeśli Andrzej to odkryje to na pewno nie  będzie  szczęśliwy. 

Z dziećmi jest moja mama, nie jestem stuknięta, nie  zostawiam ich samych  w  domu- poinformowała Lena. To siadaj, wypij herbatę i ja cię odwiozę samochodem do domu, bo coś cały czas pada. Wolałabym kawę - stwierdziła Lena. Nie dostaniesz kawy, działa pobudzająco a tobie wyraźnie  coś odbiło. Możesz dostać herbatę z melisy albo nic i zaraz  cię odwiozę na Ursynów.  Ja mu dzieci nie oddam  powiedziała Lena. A co, chciał ci ktoś je  zabrać? O dzieciach to zawsze decyduje sąd więc nie  rób cyrków, żeby ci ich  nie odebrano. No to jak? napijesz  się melisy? Jeśli nie to zaraz  cię odwiozę, bo chcę być  w domu gdy wróci Wojtek, bo na pewno będzie  głodny. On nie ma kantyny w pracy tak jak Andrzej. A tam nawet  dość  smacznie dają jeść, Wojtek tam jadł gdy leżałam po operacji.

Marta spokojnie  się ubrała, napisała  na dużej kartce, że zaraz  wraca, odwozi tylko  Lenę na Ursynów i zostawiła kartkę  na  stole  w kuchni. Ale  się Wojtek  zdziwi, gdy wróci  wcześniej niż ja - pomyślała. W pół godziny potem była już z powrotem. Wojtka jeszcze  nie było. Marta wysłała wiadomość do Andrzeja, że właśnie odwiozła na Ursynów Lenę, która go szukała osobiście w mokotowskim mieszkaniu Wojtków.  Odzew przyszedł dopiero po godzinie 23,00 - "przepraszam za jej zachowanie,  operowałem. Właśnie widzę, że do mnie dzwoniła. Jutro z tobą porozmawiam".

Wojtek wrócił znacznie później niż przewidywał. Marta opowiedziała mu o niespodziewanej  wizycie Leny i o tym co Lena wygadywała. No to coś kiepsko to wszystko wygląda - podsumował Wojtek. Ale tam już  wcześniej nie było za ciekawie - on już od  ponad roku się z nią użera. Miał nadzieję, że jak ją wprowadzi w krąg osób tak  samo myślących jak on, to ona uruchomi swoje zwoje mózgowe  we właściwy sposób. Ale  chyba  zbyt późno się za to zabrał.  O rany- ale mu współczuję, ale nie mam pojęcia co mu doradzić. Trochę zbyt późno przejrzał na oczy. Jak tak dalej pójdzie to będziemy  mieli znajomy rozwód i będą się  cały czas przepychać i zawsze będą na tym cierpieć dzieci. Wychodzi na  to, że jego ojciec  miał rację mówiąc, że Lena nie jest  dla niego dobrym materiałem na  żonę. Co prawda jego ojciec  miał na uwadze to, że panienka nie ma studiów a na dodatek wcale nie  miała ochoty na nie iść po wyjściu za mąż. Ty miałaś  rację, mówiąc, że z Leną jest  coś "nie halo". Poza tym dopiero teraz  do  mnie dociera, że  on był nawet zadowolony, że ma tyle pracy- on  się nigdy nie  spieszył do  domu - zupełnie inaczej niż Michał lub ja.  My to z kolei najchętniej byśmy pracowali  w domach, mając obok na wyciągnięcie  ręki swoje żony.  Czyli było coś w tym domu co go od niego odpychało. No a poza tym to my   z Michałem mamy jednak zupełnie inną pracę niż on.

Nie mam pojęcia - stwierdziła Marta- wiem  tylko , że odchyłek od "normy" jest bez liku, różnego rodzaju nerwice, manie, stany lękowe, depresje, stany euforyczne  i praktycznie  niczym  nie  spowodowane . A chyba  najgorsze jest  to, że każdy w jakiś  sposób  zaburzony nie  zdaje  sobie z tego sprawy. Do mnie dotarło, że coś jednak jest  z nią nie tak, dopiero gdy Andrzej powiedział, że cofnął jej dostęp do karty bankowej i że ona będzie w Otwocku pod kontrolą matki i ciotki. No normalnie  mnie  zatkało na  moment.  

Napisałam mu wiadomość, że ona szukała  go u nas i że ją odwiozłam do domu samochodem. Napisał mi że przeprasza, ale porozmawia jutro i właśnie teraz dopiero zobaczył, że ona  do niego telefonowała, ale on operował. A on wszak na  sali nie ma  ze  sobą telefonu. Mówiłam to zresztą Lenie i mówiłam, że on jeśli operuje to nie ma dostępu do telefonu. Ale mam wrażenie, że mówiłam  w próżnię. 

Wiesz, ona  w pewnej  chwili powiedziała : "nie oddam mu  dzieci", więc jej tylko powiedziałam, że nikt jej dzieci  nie  zabiera a tak w ogóle to zawsze  sąd decyduje o dzieciach, więc wydaje mi  się, że tam już od pewnego  czasu trwa  cicha  walka o dzieci i mam podejrzenie, że ona jednak te  dzieci będzie musiała oddać Andrzejowi, bo nie  sadzę  by się jej nagle poprawiło. Zwłaszcza gdy Andrzej wyjedzie. Słyszałeś co powiedział o kwestii antykoncepcji - przejął inicjatywę bo to drugie  nie było planowane i zrozumiał chyba  wtedy, że ona nie jest w pełni odpowiedzialna. Gdy rozmawiałyśmy w trójkę, wtedy  gdy była i Ala, to Lena twierdziła, że obie ciąże to były wpadki. Z tym, że ta druga  ciąża to jej "planowa  wpadka", bo Andrzej  chciał by jeszcze odczekać. Swoją drogą, gdy  słyszę takie  teksty jak "planowa wpadka" to  się zastanawiam co taka kobieta ma  w czaszce zamiast mózgu. Ale nie wykluczam, że to ja mam popieprzone  w głowie, bo uważam, że kwestia czy mieć  dzieci czy nie i kiedy je  mieć to wymaga wspólnego omówienia i  wspólnej decyzji.

No ale  zakładam, że skoro jest takie mnóstwo nie planowanych  ciąż to pewnie taki sposób postępowania bardzo ludziom pasuje, a potem się dowiadujesz, że "Bóg tak  chciał". No nic innego mi nie  zostaje  tylko się "pochlastać" żem taka niedorozwinięta umysłowo.

No nic- powiedział Wojtek- mój ojciec bardzo lubi Lenę i dzieciaki, ale muszę mu to wszystko opowiedzieć, skoro wiem. On ją uważa za taką ciepłą, matczyną osobę, która ma zaraźliwy śmiech. 

Jak widać mam z ojcem dość różny gust, ale opinię o tobie  to obaj mamy zgodną. Wiem - powiedziała Marta - taka poważna i niewiele rzeczy ją śmieszy. Wiele osób mnie tak właśnie odbiera. No bo mnie na ogół zawsze martwi a nie  śmieszy ludzka głupota i bezmyślność. No coś ty - oburzył się Wojtek - mnie też nie  śmieszy ludzka głupota i bezmyślność. My z ojcem wiemy, że ty zawsze  starasz  się ukryć swą dbałość o nas  wszystkich i nigdy nie mówisz żebym wziął sweter lub kurtkę, tylko te  rzeczy dyskretnie do  mnie lub do ojca podsuwasz. I to jest po prostu cudowne. Dbasz o mnie jak o małe  dziecko, ale  nigdy mi nie  mówisz weź to czy tamto, po prostu podsuwasz to dyskretnie  w  zasięg mojego  wzroku. Mój ojciec też  się  tym zachwyca.

Marta zaczęła  się śmiać - no bo ja kiedyś odkryłam, że od pewnego  roku życia wszystkich denerwuje takie "doradzanie", chociaż w 99% przypadków jest jak  najbardziej uzasadnione i wypływa  ze  zwykłej troski i miłości a nie   z chęci "rządzenia  się"  lub narzucania  swojej woli. To "patent" mojego taty, który nigdy mi niczego nie nakazywał, ale zawsze to była propozycja typu  "a może weźmiesz parasolkę",  "a może  założysz tę niebieską kurtkę", bo wiedział, że ona jest cieplejsza  i bardziej odpowiednia na  daną pogodę. A wszystkie zakazy też  zawsze tak formułował by  miały "ubranko" zwykłej propozycji a nie kategorycznego zakazu.

No bo twój tata jest  absolutnie cudownym facetem - stwierdził Wojtek. Więcej mi przekazał wiadomości o życiu niż szkoła i moi rodzice łącznie. A na dodatek zawsze mi mówił, że uważa  mnie  za bardzo mądrego i odpowiedzialnego chłopca. Nigdy  nie usłyszałem od  niego, że coś  zrobiłem idiotycznie, nawet jeśli tak było. To jakoś dziwnie mobilizująco na  mnie  działało. A gdy pozwolił bym jeszcze przed ślubem u was  mieszkał to już mnie totalnie rozsmarował niczym  masełko na swojej kanapce.  Najlepszy jego tekst wtedy to  był:   "możesz u nas pomieszkać, zaoszczędzisz tym sobie  czas i zmniejszysz tęsknotę, tylko proszę  cię działaj tak, bym nie  musiał żałować swej  decyzji". To była maestria - tak to mogę śmiało ocenić.  No i  dowód  zaufania  do mnie.  A mój ojciec, od  kiedy  wyszedł spod wpływu swej  pani małżonki też  się bardzo zmienił i to na korzyść. Teraz  jest  ciągle pogodny, na  nic  nie narzeka, często się uśmiecha. Andrzeja zaczął uważać  za  swego  drugiego syna, a ty to nie jesteś  jego synową tylko regularną córką . Ale  nie narzekam, bo on  wreszcie stał się fajnym tatą. Ty to masz jednak  rację, gdy mówisz, że  geny to nie  wszystko, bo wiele cech charakteru  można u siebie  zmienić jeśli nam na tym  zależy i przyłożymy  się do tego.

Następnego dnia, wczesnym popołudniem, Wojtek dostał od Andrzeja wiadomość, która brzmiała: "udało mi się porozmawiać z Londynem. Muszę jednak wpierw uporządkować sprawy rodzinne, nie mogę tego zostawić w takim stanie jak jest teraz. Postaram  się wpaść do was w piątek wieczorem. Przyrzekli, że pójdą mi na  rękę, a potem z chęcią by mnie widzieli na dłużej, np. na  początek na rok. Do przemyślenia dla was - czy wasza firma mogłaby być w Londynie ewentualnie blisko niego, bo są tańsze  lokale ?  

Wojtek przeczytał wiadomość, wzruszył ramionami, pokazał tekst Marcie i powiedział - on chyba nie  rozumie, że muszę wpierw zrobić doktorat, a to nie jest pozowanie do zdjęcia rodzinnego. A poza tym nie mam rozeznania jak to wygląda w  Londynie i okolicach od  strony zapotrzebowania na firmy informatyczne. Muszę porozmawiać z Michałem, bo w tej materii będziemy działać wspólnie.  Marta popatrzyła , przeczytała i powiedziała: zanosi  się na polski serial "życie  rodzinne chirurga A."  Niech wpadnie - on  się strasznie mota w tym wszystkim, bo zdrowemu na umyśle ciężko trafić o co temu z lekko pokręconym mózgiem biega. On teraz po latach dopiero dostrzegł, że zbyt pochopie ulokował przed laty swoje uczucia a do tego powołał na świat dwójkę  dzieci. Jak to mówią -"mleko już  wykipiało i nie ma  z czego zrobić budyniu".  

Znam kilku fajnych lekarzy i dziwnym trafem każdy z nich już jest po rozwodzie - powiedziała  Marta. Moje koleżanki z liceum, z tzw. "rozbitych rodzin", miały przynajmniej jednego z rodziców właśnie z tego kręgu zawodowego. Tylko jedna  miała tatę dziennikarza i ją, podobnie jak mnie, ojciec sam wychowywał. Miała piękne, wspaniałe gatunkowo włosy w kolorze kasztanowym. I oczywiście wszystkie jej tych włosów zazdrościłyśmy.

                                                                       c.d.n.


sobota, 3 lutego 2024

Córeczka tatusia - 81

 Wielkanoc przeminęła z deszczem i zimnem.Tak to jest, gdy jest  wcześnie Wielkanoc- twierdziła  Pati. Poniedziałek Wielkanocny wszyscy spędzili  pod Warszawą - było nieco nostalgicznie bo, jak twierdził Ziuk, to ostatnie ich święta w tym domu. Tym razem dom był pełen ludzi, bo był również Andrzej z Leną i dziećmi oraz komplet rodzinny Marty i Wojtka łącznie z Misią, która większość czasu przesiedziała za pazuchą ojca Wojtka lub w ramionach Andrzeja. Lena była  wybitnie w złym humorze a Andrzej wyraźnie jej podpadł, bo cały czas  czulił się do Misi, a na uwagę Leny, że takie  głaskanie psa to chyba objaw choroby psychicznej palnął niezbyt cicho, że gdyby ona była taka nieduża jak Misia to mógłby ją też trzymać na kolanach, ale póki co to nie jest ciężarowcem. Gołym okiem bez lusterka  było widać,  że  coś   "źle  się dzieje w państwie Duńskim", ale nie był to dzień ani miejsce na roztrząsanie problemów rodzinnych. Wojtek tylko szepnął Marcie, że następnego dnia Andrzej wywozi Lenę z chłopcami do Otwocka i wracając stamtąd  zapewne do nich wpadnie.

Jak twierdził Ziuk, to dom "się sprzedał" za całkiem przyzwoite pieniądze a na dodatek nabywca go przeprowadzi i pomoże w ustawianiu mebli. Oczywiście  część mebli zostanie, np. ten olbrzymi kredens kuchenny, którego nie  da  się bezkarnie  rozłożyć na  części, zostaną też te  wielkie  fotele i sofa, na której  mogło siedzieć  ze  sześć osób.

Dzieci  Michała były wielce podniecone wiadomością, że już bardzo niedługo dziadkowie będą mieszkać bardzo blisko nich, a Ala namiętnie poszukiwała  dla siebie jakiegoś półetatu, by wreszcie  mieć kontakt z normalnymi ludźmi a nie tylko z matkami na urlopach macierzyńskich lub  wychowawczych.  Andrzej obiecał, że się rozejrzy czy aby w klinice nie potrzeba kogoś do pracy w biurze lub na recepcji. Lena zastrzygła uchem i nadała półgłosem tekst: "jakbym  miała być gdzieś recepcjonistką to wolałabym się zabić". Andrzej udał, że nie słyszał, a Marta stwierdziła głośno, że to nie jest zły pomysł, bo zawsze można  się dogadać z innymi odnośnie zamiany godzin  pracy. Bo panie recepcjonistki pracują wszak w różnych godzinach, a Ala poza tym dysponuje językiem angielskim i to jest spory atut. 

No to jasne, jak słońce, że w tej sytuacji będzie miała fory- mogę ci nawet Alu podrzucić słownik specjalistyczny - dodał Andrzej. Mam dwa - tobie wystarczy ten mniejszy.  Ten  większy poleci  ze mną na Wyspy Brytyjskie. Cieszę  się, że będę w Londynie, bo mam tam nadal kontakty z kolegami po fachu. Dwóch po studiach zaraz tam wyjechało i świetnie im  się tam  wiedzie.A na długo wyjeżdżasz? - spytał Ziuk. Jak na  razie to na trzy  miesiące, ale jeśli będę poznawał jakieś nowe techniki i procedury to może mi  się pobyt przedłużyć.  A kiedy wylatujesz?  Tak dokładnie  to nie wiem, bo to nie ja  załatwiam  sobie booking - tylko tyle  wiem, że najprawdopodobniej w maju. 

Lena tak się spojrzała na męża, że gdyby tylko wzrok mógł zabijać Andrzej już leżałby martwy, a Marta, która  wszystko ukradkiem obserwowała szepnęła do Wojtka - ciekawe czy Andrzej już dziś u nas się zamelduje czy dopiero jutro po dzisiejszej, wieczornej awanturze. Mam tylko nadzieję, że ona  nie  rzuci się na niego z tasakiem. Bo mam wrażenie, że coś z nią ostatnio  "nie halo" i logiczne  argumenty jakoś do niej nie  docierają. Z jednej  strony to ją nieco  rozumiem, też nie  skakałabym z radochy gdybyś wybył na kilka miesięcy z  domu, no ale to jest dla niego naprawdę  szansa na zdobycie nowych wiadomości i umiejętności albo i na przeniesienie się gdzieś  całą  rodziną, jeśli będzie miał  bardzo ciekawą ofertę. A tak nawiasem mówiąc to podejrzewam, że on już wie, że to będzie pobyt dłuższy niż trzy miesiące, tylko na razie "ściemnia" żeby codziennie  nie było awantury w  domu. Wystarczy jedna raz na kilka  dni.

Andrzej "zameldował się" u  nich  następnego dnia wieczorem. Zjedli razem z nim i ojcem Wojtka obiadokolację. Marta opowiadała o tym, że szef laboratorium powiedział jej dziś, że pani sprzątająca, która rzekomo niechcący zrzuciła naczynie z półki zrobiła to celowo, mając nadzieję, że się rozbije a ona weźmie trochę jego zawartości i zaniesie "do konkurencji", w której pracuje jej córka. No ale naczynie przetrwało upadek, więc je odstawiła na półkę i na  wszelki wypadek szybko odeszła  z pracy. No to prawie kryminalna sprawa - śmiał się Wojtek. Nie podejrzewałem, że w laboratoriach kosmetycznych może być  coś bardzo pożądanego przez konkurencję. Marta roześmiała  się - gdybyś znał ceny niektórych kosmetyków renomowanych firm kosmetycznych to byś  się nie  dziwił. Mnie  do szczęścia wystarcza przysłowiowy krem Nivea, ale ceny niektórych  kremów mogą przyprawić o atak  serca.

No  to będziemy musieli z Michałem zmienić w  swojej szafie szklane szybki na grube plexi ewentualnie drewno, żeby nam ktoś nie podkradł pomysłów. I  chyba powinniśmy jednak za każdym razem, gdy pokój zostawiamy pusty to zamykać go na klucz i nie  zostawiać go w drzwiach. Bo go i owszem  zamykamy,  ale klucz tkwi w  zamku. I w związku z tym trzeba będzie dorobić drugi komplet kluczy, bo czasem to nawet zostawiam różne dokumenty na biurku. Jutro po pracy  wpadnę  do ślusarza i niech mi od ręki zrobi drugi komplet  kluczy. Szarpnę się nawet na ładny breloczek dla Michała,  mam ich całą masę bo kiedyś zbierałem i ojciec mi z każdej podróży jakiś przywoził.

Ojciec zaraz po kolacji stwierdził, że jest umówiony ze znajomym u siebie w mieszkaniu - to Austriak, więc go przenocuje. Trzeba podtrzymywać kontakty towarzyskie. A przed południem jak  zwykle wpadnie tu  by coś ugotować. 

Tato, ale jakbyś  się poczuł marnie po tym kontakcie to wróć na  noc  do nas, albo jeszcze lepiej zatelefonuj to wpadnę po ciebie - przypomniał ojcu Wojtek.  Nie ma obawy, na pewno nie  będziemy rozmawiać o twojej matce - szkoda byłoby nam na to czasu-  zapewniał syna ojciec.

Gdy ojciec wyszedł Marta powiedziała  do Andrzeja - zawsze  się boję, gdy ojciec podtrzymuje te kontakty towarzyskie z Austrią by ktoś nie palnął czegoś co ojcu  wybitnie podniesie ciśnienie, ale już się  nauczył by nie rozmawiać na temat swej byłej żony - wyszkoliłam ojca by mówił obojętnym tonem, że ten temat  wcale  go nie interesuje, bo jest od dawna rozwiedziony.

A jak zauważyliście to Lena ostatnio usiłuje u mnie, niskociśnieniowca, podnieść ciśnienie - powiedział Andrzej. Zdenerwowała mnie jej odzywka, że wolałaby się zabić niż pracować jako recepcjonistka - nie podejrzewałem, że jest taka małostkowa. Przecież ona nigdzie nie pracowała, skończyła technikum jakieś takie foto chemiczne i  nigdzie nie pracowała, bo twierdziła, że jej chemikalia szkodzą. I nie bardzo  mogę pojąć skąd ten  ton pogardy i  wyższości dla pracy recepcjonistek. Wstyd mi za nią. Mam nadzieję, że Michał był na tyle  zajęty  rozmową, że tego nie dosłyszał.

Wiesz, Michał to bardzo równy facet i na pewno nawet jeśli  słyszał to nie pomyśli źle o tobie  ale tylko i wyłącznie o Lenie - powiedziała Marta. Wiesz - ja ją trochę rozumiem - nie powiem że skakałabym z radości gdyby Wojtek mnie zostawiał samą na kilka miesięcy. Bo mam wrażenie, że to jednak będzie pół roku  a nie tylko trzy miesiące. No ale zostawiasz ją z jej matką i ciotką i w nowym mieszkaniu a do tego w dobrej lokalizacji, bo do sklepu to nawet na jednej  nodze  może doskakać.

To prawda , ale Lena jest z  zupełnie innego powodu wściekła - cofnąłem jej upoważnienie do mego konta, bo znam jej gest gdy nie jest pilnowana. W miesiąc by je ogołociła do zera, bo wiecznie  by sobie  coś kupowała na poprawę nastroju- piątą czapkę , dziesiątą parę spodni, ciężarówkę zabawek dla dzieci, ale ani jednej książeczki do czytania im. Zostawię ją z popłaconymi a priori stałymi opłatami. Kartę bankową ma limitowaną. I nie ona ją dostanie  do ręki a jej matka. I gdybym  miał do niej zaufanie to od razu bym startował na sześć miesięcy. Bo to jest sensowny termin  pobytu.  A tak to po trzech miesiącach podejmę decyzję czy przedłużę pobyt czy  wracam w te pędy.  

Mówię wam to  wszystko, choć mi wstyd, że byłem kiedyś  tak oczarowany wesołą, wielce chętną do seksu  Leną.Umówiłem się z  jej matką i ciotką, że  postarają się ją jednak ściągnąć do Otwocka by mieć na  nią cały czas oko a  poza tym ciotka ma  się zająć edukacją dzieci, bo niestety Lena nie  wykorzystała tego co zaczęła Marta. Klocki z alfabetem nie są wykorzystywane. Nie mam pojęcia jak mam przeprogramować Lenę. A do tego ma  ciągoty na powiększenie rodziny, bo przydałaby  się przecież córeczka. Ale tu ją przechytrzyłem - poddałem się wazektomii - polecam, cena  nieco poniżej 3.000zł   Tyle  tylko, że jej o tym nie powiedziałem i nie powiem, a to dlatego, że drugie  dziecko jeszcze  nie  było w planach a ona  mnie oszukała, że bierze tabletki a odstawiła. Potem je  znalazłem. 

Wojtusiu - noś swą kobietę na  rękach - masz cudowną żonę - zwyczajnie  ci jej zazdroszczę. Poza tym gdy mnie nie będzie nie  dajcie się  zwieść opowieściom, że ona potrzebuje pieniędzy na komorne czy jakieś inne opłaty. Przed  wyjazdem wszystkie stałe opłaty ureguluję z góry za  pół roku. Wizyty lekarskie ma w naszej klinice i nie ona je opłaca, ściągają z mojego konta to, czego mi nie  fundują. Ale mam do was prośbę -zostawię wam mój komplet kluczy od  mieszkania i byłoby cudownie gdybyście tam zaglądali gdy ona będzie w Otwocku - podam teściowej namiary na Wojtka i ona zawsze  wtedy zatelefonuje  kiedy Lena będzie pod stałą kontrolą w Otwocku.

W pokoju zapadła niemal grobowa cisza, którą pierwsza przerwała Marta mówiąc - no nie  wygląda to najlepiej. Ale nie ma  sprawy - pomożemy ci we  wszystkim, powiedz mi tylko, czy możemy "z grubsza" uświadomić ojca o tym wszystkim. Bo wiesz - chłopcy tytułują go dziadkiem i jak  zauważyłam bardzo się go słuchają, więc myślę, że nie byłoby źle by się z nim kontaktowali gdy ciebie tu nie będzie. Ojciec  jest bardzo dobrym wzorcem męskim, a poza  tym chłopcom potrzebny jest mężczyzna by mogli  się z nim identyfikować.  Obie babcie   zadbają o to, by byli zadbani, najedzeni  i mieli  czułości, ale kawałek  faceta też jest im potrzebny.

Oczywiście, że możecie wszystko ojcu opowiedzieć - nie  tylko "z grubsza"  ale i "z cieńsza"- zapewnił Martę Andrzej.  Marciu  - ja mam wrażenie, że ty od początku nie zaakceptowałaś Leny - nie umiem ci nawet powiedzieć dlaczego tak uważałem i nadal uważam.  Czułem, że o ile mnie akceptujesz bez żadnego "ale",  chłopców także, to cały czas wyczuwałem, że do  Leny podchodzisz z dystansem, jakbyś jej nie ufała.

No fakt, masz rację, nie przekonała mnie do siebie, mam wrażenie, że  wzajemnie się nie polubiłyśmy. Po prostu nie z każdym przecież nadaje się na tej samej częstotliwości i to jest  chyba dość normalne . Wierz  mi,  starałam  się ją polubić, ale  zawsze palnęła jakieś zdanie, które mnie osadzało w miejscu. Ciebie polubiłam jeszcze na izbie przyjęć gdy przyjechaliśmy z Wojtkiem po jego kontuzji na  siłowni. Michała i Alę też od pierwszego kontaktu polubiłam. Trochę śmiać mi  się chciało, gdy Michał mi powiedział, że na pewno się z Alą polubimy -  bo mówił to gdy widział mnie z bliska chyba pierwszy raz  w życiu, no a wcale się nie pomylił. Ja mam chyba jakiś feler,  bo większość moich znajomości  kształtuje  się właśnie na tym jakie jest moje pierwsze odczucie.

Ale raz się szalenie pomyliłam a dotyczy to mojej własnej teściowej - wydawała mi  się super kochana a jej mąż wprost przeciwnie. Ale szybko się przekonałam, że jest zupełnie odwrotnie, a czułe słówka i słodkie miny o niczym nie świadczą.

                                                                            c.d.n.


piątek, 2 lutego 2024

Córeczka tatusia -80

 Andrzej posiedział u przyjaciół niemal  trzy godziny - rozmowa toczyła  się głównie wokół tematu  do którego kraju byłoby  się  dobrze przeprowadzić. I jak zupełnie przytomnie  zauważyli, to sytuacja wydaje się być o  tyle komfortowa, że to nie  będzie "teraz/zaraz" a poza  tym w grę wchodzi tylko Europa a nie inny kontynent. 

Jeden z kolegów Andrzeja wyjeżdżał kiedyś na kontrakt do Nigerii - warunki finansowe były super, praca była  w jednym z większych  miast, chyba nawet  w Lagos.  Oczywiście był przygotowany na upały, na mus przestrzegania tamtejszych  obyczajów, na to że musi oprócz normalnej pracy w  szpitalu pracować w przychodni kilka dni w  tygodniu i przyjąć zawsze dziesięciu pacjentów. Tylko nikt go nie uświadomił, że tam jeden pacjent oznaczał praktycznie kilka osób, bo do lekarza był zapisywany jeden z członków rodziny a przychodziła cała  rodzina, najczęściej od  pięciu do dziesięciu osób  wielce  zróżnicowanych  wiekiem. W czasie jednej wizyty miał i niemowlaki i ciężarną  kobietę i parę staruszków, którzy nawet nie  mieli pojęcia ile lat już żyją.  Z wielkim bólem i trudem wysiedział tam rok, gdy przyjechał do Polski na urlop to okazało się, że ma lambliozę i nie dokończył kontraktu, bo było więcej  niż pewne, że ponownie   się zakazi lamblią.

Bardzo się podobał Andrzejowi pomysł z utworzeniem firmy informatycznej w Czechach - też słyszał wiele pochlebnych  słów o warunkach prowadzenia tam własnej firmy. No a co z twoim doktoratem?- zapytał Wojtka. No wiesz - na razie to wszystko palcem na wodzie pisane i sporo wody w Wiśle upłynie nim taki plan dojdzie do fazy realizacji. Rozsądek nakazuje bym spokojnie zajmował się głównie doktoratem. Poza tym Marta musi też dokończyć studia, a ma do końca trzy semestry no i oczywiście obronę. To wszystko jak na dziś to jest dogadane o tyle, że my z Michałem możemy założyć własną firmę poza Polską. Ojciec Michała  chce wrócić do Europy, ale nie koniecznie do Polski. Mam wrażenie, że bardzo chce zainwestować w  firmę syna, mniej mu zależy na  własnej firmie typu duża kancelaria prawnicza. Na razie ma zamiar przeprowadzić rozeznanie jakie są warunki prowadzenia firmy z naszej branży w kilku miejscach w Europie. 

My z Michałem nie mamy na to czasu  poza tym do takiego rozeznania potrzebny jest prawnik, żeby zebrał w garść wszystkie przepisy i warunki. A ojciec Michała jest prawnikiem, obraca  się też w międzynarodowym kręgu prawników, więc on zbierze wszystkie informacje. W kwestii języka to Michał dysponuje angielskim, ja niemieckim. A tak między nami, braćmi mówiąc, to kto wie czy ojczulek Michała nie założy firmy prawniczej w Niemczech, bo tam jest  wciąż wielu naszych  rodaków i są rozrzuceni po różnych częściach Niemiec i mają nieco różnych spraw do załatwiania. Po prostu zapewne zatrudniałby tłumacza przysięgłego. A tam każdy papierek cenny, nikt ci nawet  pięciu  zdań za frajer nie przetłumaczy. Mnie osobiście odpowiadałaby Szwajcaria ewentualnie Austria, głównie  z uwagi na język. A Marcie to bardziej pasowałby  angielski.  Austria  mniej, bo moja matka tam  się kręci no a my zapewne mielibyśmy firmę w Wiedniu.  To tak ze 200 km od  niej. Mój ojciec  zaraz  by powiedział, że to stanowczo zbyt blisko niej. Bo my przecież nie  chcemy tu zostawić swoich  rodziców. Michał to i teściów by ściągnął do siebie. Niestety bez  domu i ogrodu.

Jak widzisz to wszystko jest jednak nieco skomplikowane - takie  typu i wilk ma być syty i owca  cała. I, jak mówi moja  kochana żona, trzeba wszystko dokładnie z każdej strony obejrzeć niczym używany samochód przed kupnem. A propos samochód - jakiś pies obsikał ci kochanie tylne lewe koło- poinformował Martę- może to był list miłosny do Misi?  Marta roześmiała  się - raczej nie do Misi, bo Misia sterylna i sunią  nie pachnie, ale ja parkuję codziennie na posesji gdzie urzęduje  całkiem fajna duża sunia - to prędzej do niej jest ten list, ale widocznie  nie podała  w nim  swego adresu - śmiała  się Marta.

Dyrekcja kliniki, w której pracował Andrzej miała wielce  mieszane uczucia co do udzielenia mu na trzy miesiące  urlopu, by mógł ten czas przepracować w brytyjskiej klinice. Bo z jednej strony to Andrzej był świetną  "wizytówką Kliniki", a  z drugiej strony jego  nieobecność bardzo zubażała liczbę bardzo dobrych  chirurgów.  Lena chodziła ponura niczym  chmura  gradowa i głośno wyrażała  swe wątpliwości co do stanu jego uczuć  wobec  niej. Nie przekonywało jej tłumaczenie, że byle kogo owa brytyjska  klinika nie zaprasza do siebie i że  tym sposobem on wzbogaci swoją wiedzę zawodową bez inwestowania w to własnych  zasobów finansowych.  Dla niej był to dowód, że już się po prostu znudziła  swemu mężowi. 

Andrzej, który naprawdę  był wiernym facetem  czuł się bardzo urażony i oczywiście  zaraz pożalił  się Marcie i Wojtkowi.  No cóż - powiedziała Marta- ona  sobie  zupełnie nie  zdaje  sprawy z tego, że przez ten  czas twojej nieobecności panie pielęgniarki z chirurgii są w  stanie  spowodować wysoki stan wód Wisły, bo będą wylewać potoki łez za jedynym nie  tylko przystojnym  ale i bardzo kulturalnym chirurgiem w tej  Klinice, a ja będę musiała bardzo uważać by się nie  zkontuzjować tak by mi była potrzebna  pomoc  chirurgiczna. Na  wszelki  wypadek zrobię sobie USG mego wnętrza czy wszystko wygląda jak należy i  czy nie trzeba  czegoś profilaktycznie usunąć.  

No nie, nie ma takiej potrzeby - stwierdził Andrzej - w razie  draki Henio mnie  w pełni zastąpi jako że jest naprawdę  dobrym chirurgiem. Ale nawet gdybym nigdzie  nie jechał to i tak bądź miła i nie kalecz się, bo nie  zawsze los jest łaskawy i oszczędzi duże naczynia krwionośne i ścięgna tak jak było u ciebie.

Tegoroczna Wielkanoc była wczesna a do tego zimna i z resztkami brudnego śniegu. Zaraz po świętach Ziuk odbierał mieszkanie na Ursynowie, więc Wojtek skontaktował go z "ekipą", która robiła u nich remont kuchni i łazienki oraz przeprowadzała Andrzeja.  W kilka dni później Ziuk zatelefonował do ojca Wojtka z pytaniem, czy on dobrze  zna szefa tej ekipy, bo ów szef powiedział, że bardzo chętnie on  by kupił od Ziuka ten dom z ogrodem i zamieszkałby tu i miałby świetne zaplecze na swoją firmę. Dobudowałby na tyłach nieduży drewniak i miałby lokum dla swoich pracowników. Tylko uprzedza, że zlikwidowałby tę malutką szklarenkę . Bo Warszawa to miasto  w którym ciągle  się coś buduje i taka ekipa  "wykończeniowo - sprzątająca" i czasem prowadząca drobne remonty ma jak najbardziej rację bytu. To blisko Warszawy i przy głównej drodze, więc nawet korki nie  straszne bo ekipa bardzo wcześnie zaczyna  dzień i późno go kończy. A jeśli komuś zależy bardzo na czasie to jeśli można nocują w miejscu pracy bo mają własne wyposażenie turystyczne.

Wojtkowi nieco opadła ze  zdumienia szczęka gdy mu o tym ojciec opowiedział i stwierdził, że on nie ma na ten temat  zdania - nie ma pojęcia czy facet aby nie konfabuluje, że może kupić tę posesję a nawet dobudować z tyłu jakiś domek. Ale ponieważ to będzie  oficjalna transakcja, w obecności notariusza i facet nie  dostanie do ręki aktu zakupu dopóki pieniądze nie będą na koncie  Ziuka, lub gotówka dostarczona  do ręki w obecności notariusza i przez  niego przeliczona,  to chyba nie ma  specjalnego ryzyka. Poza tym faceta można sprawdzić bo przecież musi podać dokładne namiary na siebie. Ziuk zrobił rozeznanie za ile mógłby tenże  dom z ogrodem sprzedać - był spory "rozdźwięk" pomiędzy teorią a praktyką - głównie przez to, że rano i pod  wieczór, tworzyły  się na drodze korki i wydłużał się  czas jazdy do i z miasta. 

Ziuk oczywiście lojalnie uprzedzał o tym swego potencjalnego kupca, ale ten nie był tym faktem przerażony. Panie profesorze - ja   mam swój dom na Bukowinie Tatrzańskiej, więc wiem jak to wygląda - jak nie korek to wypadek i to przez większą część roku, bo jakoś ostatnio to pogodowo najczęściej jest  "pora przejściowa" - tłumaczył spokojnie  Ziukowi. U nas to i latem śniegiem przecież  zamiecie. A Bukowina jest na  wysokości od 860 do 1000 metrów nad poziomem  morza. I śnieg u nas dłużej leży niż w Zakopanem.  Najchętniej to bym sprzedał tę chałupę którą mam Na Klinie, bo to samo centrum i kupił coś na Toporowej Cyrhli, bo to trochę nad Zakopanem i stamtąd  widać jak bardzo zasmogowane jest Zakopane.  Ale na razie dzieciaki jeszcze na  studiach w Krakowie i płacę im kwatery. A moja  żona  byłaby tu szczęśliwa, bo to ceperka, a nie  góralka i od lat mi dziurę w brzuchu wierci żebyśmy się przeprowadzili  "na płaskie" bo nie ma  siły  po nierównym  ganiać, choć gdy się poznaliśmy to właśnie zjechała z rodzicami do Zakopanego, a ja wtedy prowadzałem wycieczki z domów wczasowych i tak żeśmy się poznali. Alem był zakochany!  A ona  z Bydgoszczy, wtedy pierwszy raz  w górach była. 

No i co?- wpadł jej pan w oko? Chyba trochę tak, bośmy postanowili korespondować i to mi dało w kość, bo orłem z polskiego to raczej nie byłem i bardzo się musiałem do tego pisania przykładać. Miałem iść do budowlanki w Warszawie, ale się  doczytałem, że w Bydgoszczy (  a tam przecież ona   mieszkała) jest  Technikum Budowlane Renowacji Elementów Architektury więc tak w  domu marudziłem,  aż mnie tam zapisali. I zaraz po ukończeniu technikum pobraliśmy  się. Trochę narzekała, bo często pracowałem za granicą, ale zarobki moje jej odpowiadały. Sporo pracowałem w RFN, to były zawsze bardzo dobre zarobki. A teraz mam taką śmieszną, usługową firemkę, pracy nie  brak, nie  żyłuję ale i nie zarzynam siebie i ludzi pracą. Raz  w roku jadę do Niemiec i tam pracujemy.Teraz po zjednoczeniu Niemiec to tam mnóstwo prac  renowacyjnych, zwłaszcza na terenach byłej NRD. I jestem bardzo wymagającym szefem- żadnego picia alkoholu  ani w pracy ani po pracy, piwo to też alkohol. Mam stały zestaw ludzi i nie muszę im sprawdzać kieszeni gdy wychodzimy z jakiegoś obiektu.

A wie pan - nie miałem nawet bladego pojęcia, że jest takie technikum budowlane renowacji zabytkowych budowli - przyznał się Ziuk. I uważam, że to bardzo cenne, że jest taka placówka - chociaż wojna wiele obiektów unicestwiła,  ale jednak trochę starych murów się zachowało. 

Może pan zrobi kilka  zdjęć domu i ogrodu, żeby  żona mogła się zorientować co ją tu  czeka. Bo może się przecież pana żonie wcale to wszystko nie  spodobać. Eeee, lepiej by było, żeby tu przyjechała i zobaczyła. Teraz ten dom na  zdjęciach nie  wyjdzie ciekawie. Może wyślę po nią samochodem któregoś z chłopaków. Bo - bez urazy - ale tak z zewnątrz to ten dom nie kusi. Ale to może i lepiej, wtedy nikogo nie interesuje co jest w środku i jest wtedy bezpieczniej.  Przepraszam, że zapytam - ale  czemu państwo sprzedajecie ten  dom?

Ziuk uśmiechnął się - bo chcemy na co  dzień pomagać synowej przy dzieciakach.  Syn cały  dzień  w pracy, starszy wnuczek ma 6 lat, a dwojaczki młodsze o połowę. Przedszkole nie  za bardzo  się sprawdza, wciąż  jakieś infekcje, państwowe przepełnione, prywatne co chwilę ma jakąś epidemię  i dzieci  siedzą  w domu, a za przedszkole  się jednak płaci i to wcale nie mało. Mieszkając w Warszawie możemy im pomóc - dojazd do nich zajmie nam góra 15 minut samochodem i niewiele więcej komunikacją miejską. Poza  tym trzylatki i sześciolatki mają zupełnie  różne zainteresowania i zabawy. Będziemy mieszkać na Ursynowie. Mamy stamtąd dobry dojazd  do nich. 

A poza tym - coraz ciężej mi  jest utrzymać dom i posesję we właściwym stanie- po prostu jakoś się postarzałem ostatnio. Żonie też coraz  ciężej sprzątać cały  dom. No i wszystko trzeba wozić z Warszawy. Tu nie ma żadnego sklepu - proszę to wziąć pod uwagę - nawet piekarni nie ma na tyle blisko by się do niej przespacerować, więc trzeba robić zakupy na  cały tydzień.  Był krótko kiosk spożywczy, przetrzymał dwa włamania i już go nie ma. Oczywiście nikogo nie  złapali, a sąsiadka  się śmiała, że na pewno to był ktoś  " z innej wsi",  bo przecież nie  z naszej. Ale domy i  szklarnie jak na  razie jakoś nie  były okradane.  O nas to wszyscy wiedzą, że niczego nie  hodujemy ani niczego nie produkujemy a nasza szklarnia to jeden stół kwiatków i  drugi podstawowych warzywek. Więc i ilość i repertuar "hodowli" zupełnie nie interesujący dla złodzieja.

                                                                   c.d.n.




czwartek, 1 lutego 2024

Córeczka tatusia - 79

 Ojciec Michała  był w Polsce niemal trzy tygodnie,  nakręcił filmy, by jego żona  "nacieszyła oczy i uszy" oglądając  Michała z rodziną i przyjaciółmi. Filmy, jak to określił Michał, były "czystym podglądactwem i podsłuchem", bo dzieci nie  miały pojęcia, że  są filmowane. Spotkania dorosłych  też były filmowane i nagrywane tą  techniką.  Poza tym "Trójca Ojców" szalenie  szybko znalazła wspólny język i niemal codziennie  się spotykali i, jak mówiła Marta, dokładnie swe dorosłe dzieci obgadywali. 

Na lotnisko w dniu odlotu odstawili gościa tata i teść Marty. Po prostu ojciec  Michała "nie chciał się rozkleić" i wpierw stwierdził, że pojedzie  całkiem sam, ale obaj ojcowie wyperswadowali mu ten pomysł i "dziadzik" jak go nazwał Mirek został wyekspediowany przez obu ojców Marty i Wojtka. Ojciec  Michała był zdumiony, jak bardzo Mireczek jest podobny do Michała, z którym wcale nie miał wspólnych genów, na co usłyszał od  syna, że to wszystko zgodne  ze  starym przysłowiem "takim  się stajesz z kim przestajesz". Jakby nie było to Michał był z Alą od  czasu gdy Mireczek miał dopiero nieco ponad  rok i od  samego początku opiekował się małym tak, jakby był jego własnym dzieckiem. A od Ziuka nasłuchał się ojciec Michała tylu pochlebnych słów o  swym synu, że aż rozpierała go duma. Na pożegnanie Michał i Wojtek dostali cały wykaz spraw, którymi mają się zająć, skoro są zdecydowani mieć wspólną  firmę.

W pracy, gdy Michał i Wojtek "regenerowali siły" kawą Michał powiedział: wiesz za co szalenie swego ojca  cenię? - głównie za to, że się nie zamerykanizował, nie wychwala Ameryki tak jak większość naszych rodaków tam osiadłych i nadal mówi normalną polszczyzną a poza tym dobrze widzi plusy i minusy mieszkania w tamtym kraju. Najbardziej  mnie  denerwują nasi  rodacy, którzy gdy przyjadą do Polski to bełkoczą jakimś przedziwnym slangiem kalecząc polski, by podkreślić jak bardzo są tam już zadomowieni a mówienie po polsku sprawia im już trudność. Głupie to i śmieszne. Ale jedno jest pewne - mamy obaj w moim ojcu dobrego i trzeźwego doradcę. Jestem pewien, że zaraz po powrocie poruszy wszystkie  swoje kontakty i dokładnie przestudiuje przepisy w kilku krajach europejskich.  Ojciec  nie uznaje w takich przypadkach improwizacji,  wszystko musi  być sprawdzone, przepatrzone pod każdym kątem. A najważniejsze z mojego osobistego punktu widzenia to jego ocena Ali - i teściów. Jak znam życie to on już widzi  dla nich miejsce gdzieś w pobliżu nas.

Pewnego marcowego dnia Marta tuż przed wyjściem z uczelni dostała od Andrzeja sms z  zapytaniem, czy on może do niej wpaść do domu by.....otrzeźwieć. Możesz - odpowiedziała - właśnie za 3 minuty ruszam do domu. Możesz wpaść do Pati do kwiaciarni i wziąć od niej nasze klucze, albo zaczekasz na mnie pod domem w samochodzie. Zaczekam- odpisał- nie ma mrozu. Marta przekierowała ten sms do Wojtka z  zapytaniem czy wie może o co chodzi. Nie wiem- do mnie nie pisał- może się zakochał w jakiejś i dlatego musi otrzeźwieć. Może to kryzys wieku niemal średniego. Ja będę przed 17,00 - odpisał.

W dwadzieścia minut później Marta dojechała pod dom i zaparkowała obok  samochodu Andrzeja, który przechadzał się po podwórku wpatrując  się uparcie w czubki swych butów. Wysiadła z samochodu i tym razem energicznie zatrzasnęła drzwi. Andrzej obejrzał się i ruszył w jej stronę. Nie wyglądał najlepiej i Marta domyśliła  się, że chyba jest po ciężkim zabiegu, ale nie zapytała o nic. Podwórko nie jest dobrym miejscem do rozmów.

W mieszkaniu Andrzej pomógł Marcie zdjąć kurtkę, powiesił ją na  wieszaku, obok swoją, wziął dla siebie gościnne kapcie, Marcie podał jej kapcie  i oboje się skierowali do łazienki. Po kolei umyli ręce, gdy już były osuszone  Marta wyjęła z  szafki jakieś "mazidło" i powiedziała - ostatnio badam tę nowość, spróbuj, nie maże  się i dobrze  wchłania i jednocześnie  delikatnie nawilża i jest bezwonny. Jeśli ci pasuje dam ci go trochę. Wojtek będzie za godzinę i jeśli nie umrzesz  z głodu to zjemy razem   z nim. A tymczasem możemy skonsumować jakieś owoce - wybór nieduży, ale może być kaki, pomarańcze, mandarynki, kiwi lub winogrona albo zwykłe jabłka albo ananas z puszki. Polecam ci winogrona, nie wiem skąd  rodem, ale to czerwone, bezpestkowe.  A gdzie ty to wszystko kupujesz?  -zainteresował się.  W dużych marketach - Lidlu, L'Eclercu  i innych tego typu, Tesco, Carrefour. Zwykle w  soboty jeździmy na  zakupy i od  razu kupujemy  wszystko na cały tydzień. A jabłka to mam ostatnio kupione na bazarze, polskie, tylko nazwa jakoś nie  adekwatna do smaku, bo to takie kosztele jak ja panna. Gdy byłam dzieckiem to je uwielbiałam.

Gdzie chcesz posiedzieć? W salonie czy  w kuchni?  A kawę masz? - spytał. Mam, ale dostaniesz ją gdy zjesz chociaż jedno kaki.  No to posiedźmy w kuchni - zdecydował.  Dobrze - lubię swoją kuchnię- zgodziła  się Marta. A powiesz mi co stało?   Andrzej rozejrzał się  i powiedział - pacjent mi  zszedł. W trakcie operacji? - spytała Marta.

Nie, ale w szesnaście dni po operacji.  Jakimś cudem operację przeżył, choć blisko było. A ile miał lat   ten twój pacjent?  Siedemdziesiąt pięć. 

Andrzejku - to już młodzieńcem nie  był i zszedł nie  tyle tobie co szpitalowi. Zapewne ktoś czegoś nie dopilnował, skoro umarł 16 dni po operacji. A z jakiego powodu był operowany? Miał wrzody a wrzód dwunastnicy uszkodził również tętnicę i dlatego go operowałem. Pocerowałem go wszerz i  wzdłuż. A gdy go spionizowali 16 dnia wszystko się rozleciało, nic się nie zrosło. 

A gdyby nie był zoperowany to by przeżył i wyzdrowiał?  Nie, cały czas krwawił do jamy brzusznej.  No to znaczy, że po prostu miał ten pan piekielnego pecha.  A czy w ogóle  jest możliwość zdiagnozowania w trakcie operacji jaka jest indywidualna zdolność tkanek pacjenta do zrośnięcia  się?   Nie - nikt nie jest w stanie tego przewidzieć- przewiduje  się na ogół na podstawie obserwacji poprzednich pacjentów. Teoretycznie zrastanie  się powinno było już być 9 dnia, ale chyba oddział nigdy nie miał tak leciwego pacjenta, któremu miała się zrosnąć tętnica. Wiesz, na  zdrowy rozum to wszystko było w porządku, tylko nie przyszło mi do głowy, że ta tętnica może już jest zbyt sklerotyczna i się nie zrośnie. I to mnie  gryzie.  

Słuchaj - a gdyby ci to przyszło do głowy to jaka decyzja byłaby właściwa? Pozwolić mu umrzeć z powodu tych powolnych krwotoków do dwunastnicy bo wrzód uszkodził tkankę tętnicy? To była sytuacja absolutnie wyjątkowa i chyba  w tym przypadku nie  było żadnej dobrej dla pacjenta  decyzji. 

Chyba wybrałaś niewłaściwy kierunek  studiów- mogłabyś  być adwokatem ,  stwierdził Andrzej- ale masz rację - w tym akurat przypadku nie  było dobrej decyzji. Muszę to jakoś przetrawić, że on nie mnie umarł, ale przegrał walkę z własnym organizmem.  Mogę jeszcze u  was pobyć? No jasne, że możesz. Możesz nawet tu dziś nocować. Rano wstajemy z reguły o szóstej. Ja się okrutnie  wolno rano  zbieram w  całość. Wojtkowi to wystarczy 20 minut i może wyjść  z  domu. Mnie oprzytomnienie zajmuje ogromnie dużo czasu. Rano to ja nawet nie bardzo wiem jak mam na imię. Aż się dziwię, że trafiam rano na praski brzeg i jeszcze  ani razu nie  spowodowałam  wypadku. Chyba  działam  w jakimś trybie automatycznym, poza  świadomością.

Andrzej uśmiechnął się - bo ty to tylko pozornie jesteś krucha, a tak naprawdę  jesteś bardzo odporna. Inna po twoich przejściach  w dzieciństwie miałaby jakieś załamania, ale ty, nawet jeśli twierdzisz, że jesteś załamana to wychodzisz ze  wszystkiego obronną  ręką, bo cały czas logicznie  myślisz. Myślę, że to ogromna  zasługa twego taty - nauczył cię szukania rozwiązań i tym samym nauczył, że nie ma tak naprawdę sytuacji bez wyjścia, tylko nie trzeba  się poddawać i trzeba  szukać  rozwiązań, a nie wpadać od  razu na dno rozpaczy. I masz rację - trafiłem na pacjenta, który faktycznie od  samego początku nie rokował dobrze, a ja pod wpływem jego wypowiedzi rozczuliłem się, bo poprosił mnie bym go "jakoś naprawił", bo za dwa lata będą z żoną obchodzić pięćdziesiątą  rocznicę  ślubu, więc chciałby być  cały i  zdrowy, by to uczcić. A  w dzisiejszych  czasach tak mało par dochodzi nawet do dwudziestej rocznicy ślubu, że strasznie  mnie to rozczuliło. Teraz to już dziesiąta rocznica  ślubu jest sukcesem i każdy niemal podziwia, że razem wytrzymali dziesięć lat.  Rozwód stał się czymś tak normalnym jak poranna kawa na rozbudzenie się. A wy z Wojtkiem to już bijecie wszystkie  rekordy - para od czasu  szkoły podstawowej.

Marta uśmiechnęła się - zdradzę ci jedną tajemnicę - to wszystko efekt totalnego lenistwa nas obojga - i Wojtek i ja jesteśmy po prostu leniwi.  Każda nowa znajomość, każda nowa miłość wymaga na samym początku wiele wysiłku - przecież trzeba czymś ten nowy obiekt oczarować i to niestety wymaga od nas wysiłku. Intelektualnego i fizycznego - trzeba przecież opracować plan działania czym ów nowy obiekt oczarować by stać się dla niego kimś/czymś  niezbędnym do życia - oczywiście  w jego/jej  mniemaniu. A potem trzeba cały czas uważać by czasem ktoś inny nie  zajął podstępnie naszego miejsca  gdy my będziemy mniej czujni , bardzo pochłonięci pracą czy wychowem dzieci. To brzmi cynicznie, ale tak to wygląda gdy się  temu przyjrzeć  przez  szkło powiększające.  Mało tego - nawet ulubiona  czekolada może się kiedyś  znudzić i wtedy trzeba pomyśleć i o tym, że to zjawisko występuje  po obu stronach, więc co jakiś  czas trzeba dodawać coś nowego do codziennego menu.

Andrzej przypatrywał się z uwagą Marcie,   w końcu cicho powiedział - żałuję, że cię nie  znałem dużo wcześniej, bylibyśmy.... ale nie dokończył zdania, bo Marta mu przerwała mówiąc - nie  wiadomo wcale czy bylibyśmy dobrą parą a poza tym tak naprawdę przyjaźń jest znacznie trwalsza i bywa silniejsza niż miłość i małżeństwo. Bo nie jest tak bardzo zaborczym uczuciem, więc może jednak nie żałuj. Bardzo często przyjaciele wiedzą o sobie  wzajemnie  więcej niż małżonkowie, bo jest inny  margines wzajemnej tolerancji. Odpowiada mi pozycja twojej bratowej bardzo z tobą  zaprzyjaźnionej. Kocham  cię tak, jakbyś był moim rodzonym, starszym bratem, który toleruje w pełni obecność świrniętej małolaty. Ale ty wcale nie jesteś świrniętą małolatą - zaprotestował Andrzej- masz  szalenie dobrze wszystko poukładane w swej kształtnej głowie. I cieszę się, że mogę być tym twoim starszym bratem. I mam niesamowite szczęście, bo ty mnie naprawdę rozumiesz, zresztą Wojtek też. Lena mnie tylko kocha, ze  zrozumieniem moich różnych problemów "nie wyrabia", a ty to rozumiesz i mogę z tobą wszystko omówić. A powiedz mi, ale prawdę, czy na pewno nic a nic cię nie boli w prawym, dolnym kwadrancie  brzuszka, czyli w okolicach cięcia, gdy tak codziennie drepczesz w wysokich szpilkach?

Marta uśmiechnęła się - nie boli. Ale w bardzo wysokich szpilach chodzę  rzadko, na co dzień to raczej tylko w półszpilkach, po domu to jak widzisz w klapkach na koturnie, samochód prowadzę w adidasach. Zauważyłam, że znaczną część życia zajmuje mi wkładanie i zdejmowanie obuwia. Ta lewa  ręka "powypadkowa"  też mnie nie boli a ścięgno na szczęście nie powiększa swego obwodu.  

Wojtek właśnie zajechał- zobacz- zaraz obejrzy z każdej strony moją bryczkę, twoją przy okazji też. Zjesz  z nami obiad, bo ty chyba masz dziś popołudniówkę do 22,00.  I swoich pacjentów w przychodni sprzedałeś Heniowi i w razie dużej draki dotrzesz od nas do kliniki w kwadrans. 

Trafiony - zatopiony. Skąd ty wiesz o tym? Jesteś chwilami niesamowita! - skonstatował Andrzej. Nie, ja nie jestem  niesamowita, tylko ty przewidywalny a Henio jest naprawdę dobrym twoim kumplem.  Poza tym trzymasz komórkę na  widoku nie bez powodu.  Gdy Henio przychodził rano na obchód to tylko zaglądał w moją kartę, kiwał głową z uśmiechem i wychodził z pielęgniarką u boku. Zupełnie jakbym była twoją osobistą pacjentką, której bez twego zezwolenia nie wolno dotykać.  No bo byłaś i  zawsze będziesz, nawet gdy będziesz w klinice na innym niż chirurgia oddziale. Bratowa to bratowa, kawałek rodziny - tłumaczył Andrzej. To jest wszak prywatna klinika, więc pacjenci są szanowani i nie macani ani nie oglądani bez potrzeby. Przecież codziennie rano wypytywała się ciebie o wszystko pielęgniarka  i wszystkie swe wiadomości oraz swe spostrzeżenia przekazywała do mnie. Byłaś zupełnie niekłopotliwą pacjentką - zero narzekania, rana sucha- no tylko miałaś tę tajemniczą gorączkę. I gdybyś nie uprzedziła, że to taka dziwna twoja  uroda to pewnie przeszłabyś całą masę badań. 

Obiad "bracia" pochłonęli błyskawicznie, Andrzej dziękował okolicznościom, że został członkiem tak fajnej  rodziny, powiedział Wojtkowi, że Marta go skutecznie ustawiła do pionu, a Wojtek mu wpuścił nieco więcej  szczegółów dotyczących pobytu ojca Michała  w Polsce. 

Ja tu sam nie  zostanę -pojadę za wami. Pracę wszędzie dostanę, jakoś nigdzie  nie ma chirurgów w nadmiarze. Kwestia początkowa to poznanie miejscowych procedur. W tym układzie wezmę proponowane mi trzy miesiące w brytyjskiej klinice. Byłem tam kiedyś jeszcze  w trakcie studiów - super wyposażenie, jak mówią "nowoczesność w domu i  w  zagrodzie". A co powie Lena na ewentualną zmianę miejsca zamieszkania?  Mam nadzieję, że jednak wybierze pobyt ze mną gdzieś w świecie niż samotność z dziećmi  beze mnie - stwierdził Andrzej. Bardzo uważnie śledzę co się  dzieje na świecie w mojej branży- między innymi dlatego zmieniłem państwowy szpital na tę prywatną klinikę. Tu nawet nie bardzo szło o kwestie finansowe ale o to by nie zaśniedzieć.

                                                                      c.d.n.

 



 



poniedziałek, 29 stycznia 2024

Córeczka tatusia - 78

 Dni nowego roku upływały szybko,  trochę jak w pewnej piosence " dzień podobny do  dnia, tydzień do  tygodnia". Dla jednych to była codzienna obecność w pracy, dla Marty obecność na  wykładach. Lutowa sesja też jej jakoś  szybko przemknęła, zresztą miała tylko dwa egzaminy i jedno kolokwium. W lutym nadeszły większe mrozy, co obaj ojcowie skwitowali tylko jednym  zdaniem - "no cóż, to przecież luty!"

Ojciec  Wojtka wprowadził w  związku z tym pożywne, zawsze z mięsem, z dużą ilością  warzyw  zupy i nowy zwyczaj - gotował też dla rodziców Marty i w związku  z tym wszyscy spotykali  się codziennie w porze obiadowej w mieszkaniu Wojtków. Wojtek  się śmiał, że  etat ojca z uwagi na mrozy  skurczył  się z 1/2 etatu do 1/4 i był to ewidentny efekt bardzo zimnej aury - kto nie  musiał to siedział grzecznie w domu, a ośrodek informacji, w którym pracował bardzo ograniczył w tym czasie  swą  działalność. 

Wojtek się śmiał, że mrozy uszkodziły  chyba mózgi wielu studentów, wyniki sesji egzaminacyjnej były marnieńkie. Marta  stwierdziła, że to może być efekt złych warunków  bytowych studentów- może akademiki są niedogrzane, może za słabe odżywianie i tak długo  marudziła Wojtkowi  a ten Michałowi, aż przeprowadzono kontrole w kilku akademikach, a Michał zyskał przydomek "Archanioł". Wyłapał kilku bardziej zaangażowanych społecznie studentów by przeprowadzili rozeznanie wśród kolegów czy nie trzeba może komuś pomóc. Wszystko było prowadzone  dyskretnie by nikogo nie urazić i kilka osób uzyskało pomoc. Michał  się  trochę dziwił jak Marta wpadła na pomysł , że może niektórym studentom ta  zima nie  służy, a Marta  stwierdziła, że to dzięki temu, że na jej uczelni większość dziewczyn na I stopniu studiów jest spoza Warszawy, mieszkają głównie na kwaterach prywatnych i wymieniają  się uwagami na temat  warunków i słyszała  sporo narzekań, że kwatery niedogrzane, że wyżywienie  coraz  droższe  no i do  niej dotarło, że gorsze  warunki bytowe mają na pewno wpływ na stopień przyswajania  sobie  wiedzy, że teraz  zimą, która po raz pierwszy odkąd  studiuje na tej uczelni daje jednak  wszystkim do wiwatu to ona podwozi dwie dziewczyny na lewy brzeg Wisły, bo mieszkają na  Powiślu. I wie, że jej uczelnia zorganizowała jakąś pomoc dla dziewczyn, których sytuacja  finansowa jest trudna. Nie dotyczy to co prawda studentek II stopnia, bo większość z nich to ma niezłe  zaplecze  finansowe.

W marcu przyjechał do Warszawy ojciec Michała. Był zachwycony synową i całą trójką wnuków, oraz teściami  Ali, którzy praktycznie, choć nie urzędowo adoptowali  Alę i Michała. Michał zaprosił  na jeden z sobotnich wieczorów  również swoich najbliższych przyjaciół z żonami. Ojciec  Michała przyjechał sam, bo był to wyjazd  służbowy a poza tym mama Michała była świeżo po ciężkiej grypie i nie bardzo miała  siłę na  daleką podróż. 

Ojciec  Michała twierdził, że w następnym  roku najprawdopodobniej wrócą do Europy, co nie  znaczy  wcale, że do Polski- na razie zastanawiają się nad Szwajcarią - pod uwagę brana jest Genewa ewentualnie Zurich. No fajnie - stwierdził Michał- zawszeć to bliżej niż którekolwiek miasto za Wielką Wodą. I do  Genewy i do  Zurichu to nawet samochodem można wyskoczyć. Nie jest to może  rzut beretem, ale samolot  leci raptem półtorej godziny. Wojtek się śmiał, że on w Szwajcarii to zawsze się zastanawia w jakim języku do niego mówią, chociaż w klasycznym języku niemieckim także Szwajcarzy mówią, bo taki obowiązuje  w  szkolnictwie - tylko tak jakoś dziwnie ten ich niemiecki brzmi - dodał.

Tato. a jakie ty masz plany odnośnie zamieszkania w Szwajcarii, skoro obstawiasz Genewę lub Zurich? - dociekał Michał. Czy nie lepiej na emeryturę wybrać jakąś bardziej turystyczną okolicę?  A ty synu sądzisz, że ja już muszę iść na  emeryturę? - spytał ojciec. Ja jeszcze  nie  czuję się staro i nadal jeszcze kontaktuję w kwestiach prawnych, skleroza mi nie  dokucza  i nie mam ochoty iść w "odstawkę". Co prawda jestem nieco tobą zawiedziony, że nie poszedłeś w moje ślady i nie mam komu przekazać "pałeczki" i nie otworzę  dużej kancelarii prawnej,  no ale jak wiadomo prawnicy jakoś  zawsze mają co robić. A może z czasem swoje zasoby zainwestuję w jakiś twój prywatny biznes? Czas nam pokaże co będzie dla nas obu dobre - na  razie nic nas nie  goni- trzeba  się dobrze rozejrzeć i zastanowić.   Tato, ale ja z prawem mam tylko tyle wspólnego, że muszę go przestrzegać, ale na pewno nie otworzę kancelarii  i  drugiego  fakultetu nie zrobię. No a ty myślisz, że ja o tym nie wiem?  Wiem o tym i nie wymagam  byś zaczął  studiować prawo.

Życie ludzkie dość kruche jest, na razie jeszcze i mama jest i ja, ale nie wie nikt jak długo.W życiu jest tylko jeden pewnik - kiedyś wszyscy umrzemy, ale tak naprawdę nie wie nikt  kiedy to nastąpi.  A ty  synu nie chciałbyś mieć własnej firmy?  Michał chwilę milczał i powiedział  - w tym kraju raczej nie. Może gdybym mieszkał gdzieś poza Polską. Tu jest stanowczo za dużo cwaniactwa i zawiści  i ciągłych zmian, zbyt mało stabilizacji. Myśleliśmy nawet  z Wojtkiem nad utworzeniem własnej  firmy, ale obaj wiemy jaka jest tu rzeczywistość i jak nikłe poczucie  stabilizacji i bezpieczeństwa.  

A Wojtek to ten twój podopieczny magistrant, o którym kiedyś mi pisałeś? Tak, on teraz robi doktorat, to bardzo zdolny facet a do tego uczciwy i bardzo lojalny. Taki trochę niedzisiejszy. I uważam go za mego najlepszego przyjaciela, choć jest osiem lat ode mnie młodszy. Bardzo się oboje z nimi zaprzyjaźniliśmy. No wiem i  z tego co mi opowiadałeś i pisałeś to się wcale nie  dziwię. A co robi jego żona? Studiuje kosmetologię, ma jeszcze trzy semestry do ukończenia studiów i już przymierza  się do zbierania materiałów do swojej  pracy magisterskiej. Też jest taka "wyważona" jak Wojtek. I wyobraź sobie tato, że oni są parą jeszcze od  szkoły podstawowej!  No to chyba dobrze o  nich świadczy, choć taka wierność uczuć to dość niespotykana dziś sprawa -stwierdził ojciec. 

Podobnie jak zakochiwanie się we  wdowie z malutkim  dzieckiem- w jakimś sensie obie historie mocno niedzisiejsze. Zauważyliśmy oboje z mamą, że ty i twoi przyjaciele jesteście jakby z innej bajki i- jak wiesz- jestem pełen podziwu dla Ziuka, że tak was otoczyli opieką, że traktują  Aldonę jak własną córkę  a ciebie jak  syna. Jestem w stanie  wyobrazić  sobie co oni przeżyli gdy stracili syna i podziwiam ich, że tak zaopiekowali  się Aldoną i uszanowali jej uczucie do ciebie i nie protestowali byś adoptował ich wnuka. A jak kontakty z rodzicami Aldony? 

Constans - oni dla niej nie istnieją i ona dla nich także. I to chyba dobrze, bo oni nie chcieli nawet poznać jej męża i gdy zginął jej własna matka powiedziała, że to kara boska  za to, że za niego wyszła, choć oni go za zięcia nie chcieli. Poważnie? Jeśli tak, to para  jakichś idiotów. Ale mam nadzieję, że nie nachodzą  was. No nie, bo Ala przeprowadziła  się do mnie  i ma moje nazwisko, mały też. Na  szczęście nie ma obowiązku podawać w starym  miejscu  zamieszkania  nowego adresu. A poza tym Aldona wszędzie się przedstawia jako Ala- serdecznie nie lubi imienia Aldona. Będę pamiętać - obiecał ojciec.

Ojciec Michała  zamyślił się a po chwili powiedział- musimy być z mamą bliżej was - trzeba wszystko dobrze przemyśleć i obejrzeć z każdej strony. A kiedy jedziemy do waszych teściów?  Jutro, Wojtek mnie zastąpi na wykładach. My  się "na okrągło" zastępujemy w  razie potrzeby. Szef nie protestuje, grunt, że są prowadzone wykłady.

Wizyta Michała z ojcem u teściów była  dla obu stron przemiłym spotkaniem. Teściowie Michała byli zachwyceni jego ojcem, on  z kolei nimi, ojciec wypytywał czy mógłby w  czymkolwiek być pomocny, dziękował, że jego syn   jest przez  nich tak serdecznie traktowany, obie  strony wychwalały Alę i przyjaciół obojga oraz rodziców Marty, których ojciec Michała  miał za dwa dni poznać. Ojciec Michała i  Ziuk natychmiast zaczęli mówić sobie po imieniu i ojciec zaczął się zastanawiać nad tym, czy  aby nie odkupić od Ziuka tej posiadłości, ale Ziuk stwierdził, że to wcale nie jest dobry pomysł. Że bardzo, bardzo dokładnie  wszystko przemyśleli i że coraz  trudniej się tu mieszka, że  dojazdy do Warszawy i powroty zabierają coraz  więcej  czasu, a oni się stąd przeprowadzą do Warszawy, żeby być blisko Ali i Michała  i móc im pomóc w opiece nad  dziećmi, bo to jednak trójka, a do tego w różnym  wieku. A przeprowadzka będzie najdalej w końcu marca, budynek  już jest wewnątrz sprzątany. Oczywiście  Ziuk opowiedział całą historię jak to się stało, że będzie mieszkał w budynku,  w którym miał wykupione mieszkanie Wojtek i jak wielce bezinteresownie Wojtek postąpił i że Ziuk, choć już tyle lat żyje jeszcze nie  spotkał tak bardzo bezinteresownego człowieka  jak Wojtek. I że Wojtek, jego cała rodzina i obaj przyjaciele Wojtka, czyli Michał i Andrzej są naprawdę niesamowicie porządnymi i sympatycznymi ludźmi. I jak to dobrze, że oni wszyscy sobie  wzajemnie  zawsze pomagają. I że Michał i Wojtek mają rację, że firma prywatna w Polsce to straszny "strup na głowie" bo rzeczywiście wciąż jest niski poziom stabilizacji i prowadzenie własnej firmy to ciągle jest balansowanie na linie, bo lata tak zwanego "socjalizmu" zrobiły swoje i niestety wciąż jest  zbierane pokłosie tych lat, bo ludziom  się w głowach poprzewracało. A przepisy zmieniają się niestety szalenie często  a na domiar  złego nie  zawsze mają wiele  wspólnego z logiką a nawet z ekonomią. 

Na sobotnim spotkaniu u Wojtka i Marty byli oczywiście jej rodzice oraz ojciec Wojtka i....Misia. Ala i Michał z dziećmi byli dość krótko. Michał odwiózł towarzystwo do domu, pomógł zapakować do łóżek i wrócił.  Rozmawiali o wielu sprawach, ojciec Michała podczas jego nieobecności nasłuchał się o  swoim  synu bardzo wielu bardzo pochlebnych słów i w końcu doszedł do wniosku, że  chyba nie  doceniał własnego syna. O Michale od  strony  zawodowej najwięcej mógł opowiedzieć Wojtek i....opowiedział. Co kilka  zdań padały z ust ojca  Michała  słowa - " nigdy mi o tym nie mówił" ewentualnie  "pierwszy raz o tym słyszę" oraz  "nic o tym nie wiedziałem", "nie pisał mi o tym".   No bo Michał to szalenie skromny i porządny człowiek, który nic nie robi dla poklasku - tłumaczył jego ojcu Wojtek. A ja  z nim  razem pracuję w jednym gabinecie i widziałem go w niejednej sytuacji. I nadal uważam go za swego mentora i jednocześnie  za przyjaciela. Poza tym zawodowo też jest świetny. I chciałbym być kiedyś  takim ojcem jakim on jest dla Mirka i "pareczki" on ma wprost anielską cierpliwość do dzieci. Podziwiam go, naprawdę.

Gdy  wrócił Michał zaczęli  omawiać " z grubsza" ewentualne  scenariusze wspólnego działania i padło jedno ważne pytanie - czy i kto wyjedzie z kraju jeżeli będą gdzie indziej dobre warunki do działania. Pytanie  głównie dotyczyło starszego pokolenia i okazało się, z ojcem Wojtka nie ma problemu, podobnie z rodzicami Marty. A co z moimi studiami? i z doktoratem Wojtka?-  spytała Marta.

Nim się wszystko wyklaruje to ty zdążysz  skończyć studia a Wojtek, jeśli się spręży to i doktorat.  On będzie pracował w naszej własnej firmie i jeśli nie  zdąży tu  zrobić to trochę pokrąży pomiędzy Polską  a miejscem,  którym będzie  firma. Ale wiem, że jeśli się spręży to i  z doktoratem się uwinie. A  bardzo możliwe, że znacznie bardziej będzie się opłacało by gdzie indziej go zrobił - tłumaczył Michał. Poza tym jak na  dzień dzisiejszy to jeszcze nie wiemy dokładnie w którym kraju zamieszkamy- może w Austrii, może w Szwajcarii,  może u braci Czechów. Ale podstawowym pytaniem była kwestia, kto  jest zdecydowany na zmianę lokalizacji i dopiero teraz będziemy robić rozeznanie dokładniejsze  - gdzie i jakie warunki. Bo po co szukać jakiegoś miejsca, jeśli nie będzie nikt  chętny by stąd  się ruszyć. No dobrze - pojęłam- stwierdziła  Marta. Ulżyło mi, że  obaj tatusiowie są skłonni opuścić kraj.

A sądzicie, że u braci Czechów będzie się lepiej kręcił prywatny biznes  niż  tu?  Tak, zdecydowanie oni  są bardziej pro zachodni niż my stwierdził Michał. A ja wcale nie znam niemieckiego - stwierdziła Marta. Znajomość  słów  "Guten Tag" i "Guten  Morgen" jak i "Guten Abend" to chyba jednak zbyt mało. Wojtek zaczął się  śmiać - gdy wyjeżdżałem to nawet tych zwrotów nie znałem. A ty znasz, nie jest źle.

                                                                     c.d.n.


niedziela, 28 stycznia 2024

Córeczka tatusia- 77

 Pół godziny  przed północą przyszli przyszli rodzice Marty razem z jej teściem, każdy dostał kalendarz na nowy rok, w każdym  były indywidualne życzenia na  nadchodzący  rok i wszyscy obdarowani byli tym  zaskoczeni i uradowani, bo, jak powiedział Andrzej, to dla  każdego z nich jest dowodem prawdziwej  sympatii obdarowującego. Misia, która oczywiście  towarzyszyła rodzicom dostała  przysłowiowego "kręćka", nie mogąc  wybrać kogo "adorować", w efekcie końcowym pobiegła  do  sypialni Marty i Wojtka i zwinęła  się  w kłębuszek we własnej budce.

Ojciec Wojtka był bardzo zdziwiony, że młodzi nie tańczyli jeszcze  w tę noc, która przecież jest głównie do tego przeznaczona - przecież trzeba  się cieszyć, że stary rok minął bez poważnych kłopotów i razem tańcząc zaklinać rzeczywistość, by następny rok też był taki. Poszeptał chwilę z Wojtkiem i Wojtek uruchomił  odtwarzacz i gdy popłynęły dźwięki tanga  przyglądał  się jak jego ojciec nieomal z nabożeństwem tańczy tango z Martą. Po chwili dołączył Michał z Leną, Andrzej poprosił Pati, Wojtek tańczył z Alą i w końcu tylko tata Marty nie  miał z kim zatańczyć i wtedy Marta z teściem  go "zagarnęli" i Marta tańczyła z dwoma tatusiami, śmiejąc  się, że to nowy styl - tango "trojak".  Potem obaj tatusiowie tańczyli sami, a reszta ich podziwiała, bo obaj tańczyli świetnie, na  zmianę przejmując w tańcu  rolę męską. Wojtek ukradkiem nakręcił króciutki filmik smartfonem, ale na  razie wiedziała o tym tylko Marta.

Około godziny pierwszej już Nowego Roku  rodzice postanowili wracać  w domowe pielesze. Razem  z nimi szykował się do wyjścia ojciec  Wojtka. Gdy Pati poszła po Misię, ta obróciła  się ostentacyjnie tyłem, więc została w swojej  budce, w  sypialni swych państwa. A wy dacie radę ją wyprowadzić  rano?- martwiła  się Pati.  Nie ma problemu - stwierdził Wojtek. Nim  my  się położymy ja  z nią wyjdę na kwadransik. 

"Komitet Rodzicielski"- jak określił Michał - zrobił na wszystkich młodych szalenie pozytywne  wrażenie i Michał prorokował, że gdy tylko jego teściowie przeprowadzą  się do Warszawy to na pewno szybko znajdą wspólny język  z rodzicami Marty i Wojtka, bo ojciec Wojtka to już się przecież "zakolegował z Ziukiem".

O czwartej nad ranem Marta przekonała swych gości by zamiast wsiadać do samochodów wybrali nocleg u  nich, a  spać mogą wszyscy nawet  do południa i nawet jeszcze  śniadanie dostaną, żeby nie padli z głodu w drodze do  swych domów. Ale uprzedzam - śniadanie będzie przy stole - nie ma jedzenia w łóżku. I tu opowiedziała  historię, jak to kiedyś zamarzyło się jej śniadanie w łóżku w efekcie  którego jej nowiutka kolorowa, batystowa pościel musiała wylądować  w koszu, bo niestety nie  udało  się jej doprać po kontakcie z zawartością kubka - a był pełniutki świeżo zaparzonej prawdziwej kawy. 

No bo pewnie miałaś złą tacę, miała zbyt niskie krawędzie - stwierdził Michał.  Marta się  tylko roześmiała - przy moich zdolnościach to nawet  gdyby  krawędzie miały i 5 cm wysokości też by to pościeli nie uratowało - ja po prostu zapomniałam, że mam na kolanach tacę z kawą i ......wstałam nim ją zdjęłam  z kolan.   Od tej pory już nie odbieram telefonów o zbyt wczesnych godzinach porannych - zwłaszcza tych stacjonarnych telefonów, do których należy wyjść z łóżka. I nie piję kawy w łóżku. No fakt - trzeba  mieć naprawdę nadzwyczajne zdolności  by nie  zauważyć, że się ma  tacę z kawą na kolanach - skonstatował Michał. 

A dlaczego ja nic o tym dotąd  nie wiedziałem? - zdziwił się Wojtek. No a po co miałam ci o tym mówić? To nie było coś czym można się  chwalić - tłumaczyła ze śmiechem  Marta - miałeś przynajmniej złudzenie, że jestem normalna i fajna a nie zwykła  gapowata niedojda, która niezbyt kontaktuje. Wyznanie Marty spowodowało, że każdy  z obecnych  zwierzył się ze  swoich baaardzo dziwnych przypadków - opowieść o tym jak Michał zamiast zakręcić dopływ  wody coraz więcej ją rozkręcał i był i o mały  włos od wezwania na pomoc pogotowia wodociągowego  przyprawiła wszystkich  niemal o łzy  ze śmiechu. No i dobrze, że potrafimy się po czasie pośmiać  sami  z siebie - powiedział Andrzej. Bo tak naprawdę nikt z nas nie wie wszystkiego i  nie jest doskonały.

Dziś to  się z siebie mogę pośmiać, ale kiedyś to mi niezbyt było do śmiechu, bo ni  w  ząb nie  wchodziły mi pewne nazwy do głowy. A rzecz dotyczyła kosteczek słuchowych. To takie maleństwa, których  wielkość to zaledwie kilka milimetrów i to jedyne kości  które nie rosną  wraz z rozwojem i  wzrostem organizmu- to młoteczek, strzemiączko i kowadełko. Zupełnie mi te nazwy nie  wchodziły do głowy, ale w pewnym  momencie "zajarzyłem", że to takie nazwy związane z....końmi i kuźnią. No przecież w kuźni jest młot i kowadło a jeździec wkłada  stopę w strzemię. O tym to wiedziałem, bo obstawiałem czasem na   wyścigach na Służewcu i kilka razy nawet  się konno przejechałem gdy koń był na lonży a  kuźnię i proces podkuwania  konia też oglądałem. 

No i na którymś kolokwium błysnąłem - trzeba  było opisać kosteczki słuchowe- gdzie  się znajdują, nazwy, budowę, rolę. No i  się popisałem - poskrobałem w pamięci, przypomniałem sobie swoje końskie skojarzenia i napisałem: młotek, strzemię, kowadełko, oraz opisałem ich funkcję i jakimś  cudem całkiem prawidłowo.  Pan profesor musiał się nieźle ubawić a na  dodatek  miał wysokie poczucie humoru bo była  adnotacja: "giganci już dawno wyginęli, reszta odpowiedzi zaliczona". I podał termin poprawki. Trzy  dni się zastanawiałem czy  aby  nie zmienić kierunku studiów, bo się jednak skompromitowałem. 

Na "poprawce" tłumaczyłem  się gęsto, że to nie  był żart a tylko moja bezmyślność bo mi te nazwy za nic nie  wchodziły do łba. A potem kilka  razy, gdy już ukończyłem  studia  i robiłem specjalizację  spotkałem pana profesora, który mnie  witał słowami - "a jak tam panie kolego pańscy  giganci?". A potem zawsze mi dodawał otuchy żebym wytrwał w obranym kierunku, choć to bardzo trudny kierunek. Niestety już przeniósł się do wieczności, ale mam wrażenie, że tylko dzięki niemu wytrwałem i ukończyłem  specjalizację i zrobiłem  doktorat.

Medycyna to szalenie  ciężki kierunek - powiedziała  Marta. Mam wrażenie, że w każdej medycznej specjalności przydałby  się dodatkowy podział na  kierunki łączące ze sobą pogranicza danej specjalizacji z innymi. Ale być może wystarczyłyby większe środki na ochronę zdrowia i ściślejsza  współpraca pomiędzy różnymi specjalistami. I na pewno nikomu by nie zaszkodziło, gdyby od  dziecka uczył się dbania o swój organizm i więcej wiedział o jego funkcjonowaniu. Może kiedyś już w  szkole średniej , w końcowej fazie czteroletniego cyklu nauki będzie się dokonywał podział na jakieś specjalizacje. Bo co mi z tego, że musiałam  się uczyć w  szkole o roślinach okryto i nago nasiennych - dla mnie nic z tej nauki nie wynikło. A gdyby nie mój własny tata za nic nie odróżniłabym liścia grabu od liścia buka. Bo są bardzo podobne. W kwestii wyglądu różnią  się głównie piłkowaniem brzegów- buk ma pojedynczo piłkowany brzeg a grab - podwójnie. I jest niewielka różnica w ułożeniu nerwów liści- grabowe liście  mają bardziej sercowaty kształt i zaledwie 1 cm ogonek.

A ty masz jeszcze dużo do skończenia  studiów? I co będziesz  robić po ich ukończeniu?- spytała Lena Martę.  Nooo, gdy  zaliczę sesję w lutym to do końca, do magisterium mam trzy semestry. A co będę robić?- mam zamiar pracować w laboratorium i albo będę kontrolować  skład chemiczny  nowych preparatów kosmetycznych na rynku  albo współtworzyć nowe preparaty wspomagające walkę z alergiami skórnymi, łuszczeniem  się skóry, łojotokowym  zapaleniem  skóry, poza  tym będę się mogła  zajmować ogólną higieną życia, odpowiednią  dietą, psychologią i estetyką. Nie będę chirurgiem plastycznym, ale być może będę z takimi specjalistami współpracować, bo po ingerencji chirurgicznej nadal trzeba bardzo dbać o  skórę by uzyskany efekt jak najdłużej utrzymać. Wszak  skóra  też się starzeje jak i cały nasz organizm, tylko więcej widać, że się nam  starzeje twarz niż mózg lub inne organy  wewnętrzne.

W wakacje trochę pracowałam w laboratorium i bardzo mi ta praca podobała  się. Ale nie  da  się ukryć, że jeszcze  sporo nauki przede mną. I szef był ze mnie zadowolony, tylko miałam mały wypadeczek - ale dzięki niemu nauczyłam  się, by nie łapać w garść spadającego szklanego naczynia.  Jak się potem w  drodze śledztwa okazało, ono już było pęknięte i dlatego  się rozpadło gdy je zdejmowałam  z półki. Biedny szef omal na zawał nie  zszedł .  Mnie też trochę zatkało z wrażenia i to na tyle mocno, że aż nie  czułam bólu choć mocno krwawiłam.

I Andrzej mnie ślicznie pozszywał i już się wszystko zagoiło, zrosło i niemal nie ma  śladu.  Na  szczęście nie uszkodziłam  sobie  żadnego ścięgna lub nerwu. A poza tym to była lewa ręka a ja, chociaż jestem dwuręczna, to jednak piszę prawą ręką.  A przez  to, że pracowałam w  wakacje ( na pół etatu) to gdy tylko mam jakieś problemy w "kwestiach chemicznych"  to mogę zawsze  wpaść do chemików i wszystko mi wyłożą  w bardziej przystępny sposób niż pan wykładowca. Poza tym mam teraz "normalniejsze" koleżanki, bo to w większości babki, które już pracowały jako kosmetyczki, ale chcą mieć  własne salony kosmetyczne, a do tego wg  nowych przepisów potrzebny jest stopień magistra by mieć własny  salon.

A ty nie  chcesz mieć własnego  salonu kosmetycznego? - spytała Ala. Nie, bo nie mam zamiaru się z nikim użerać - po prostu na tym pierwszym stopniu nauki za dużo widziałam i słyszałam i nie umiałabym zapewne z takimi dziewczynami współpracować. Te, które robią II stopień to już mają za sobą jakiś staż pracy jako kosmetyczki i mają dobrze poukładane  w głowach.

A ja, tak jak ci mówiłem skontaktuję cię z tą lekarką - dermatolog  - powiedział Andrzej. Nie mogę się oprzeć  wrażeniu, że będziecie  się dobrze  rozumiały - ona też taka poukładana jak  ty. A skąd ty wiesz,  że ja jestem "poukładana"? -  spytała  Marta. Andrzej zaczął się śmiać - no bo po pierwsze widzę to jaka jesteś, słyszę co mówisz, obserwuję twoje  reakcje  w różnych  sytuacjach a poza tym strasznie  dużo mi Wojtek o tobie mówił, więc zacząłem  sprawdzać czy jest tak jak on mówi, czy  tylko mu  się  zdaje. No i żyję z rok albo nieco dłużej na tym świecie niż ty i Wojtek.  Lena też mówi o tobie, że jesteś bardzo "poukładana" i rzeczowa i dobrze  wiesz co chcesz. A poza tym nasze  smyki cię lubią, a  nawet dopytują  się kiedy do nas przyjdziesz. 

Hmmm, przyjedziemy po mojej sesji, mam tylko dwa egzaminy do zdania- stwierdziła Marta,  ale sporo materiału do powtórzenia przed  sesją.

Towarzystwo stwierdziło, że nawet nie  zauważyli, że już właściwie jest rano, że wszyscy najchętniej wypiliby jeszcze gorącą kawę i jednak pojechali do własnych łóżek. Zgodnie z życzeniem gości Marta zrobiła kawę  do której pokroiła ciasto, oprócz tego każda para  dostała porcję "na  wynos" by mieli  coś słodkiego do pogryzienia   w domu  i w godzinę potem towarzystwo opuściło gościnny dom. Wojtek w ramach odprowadzania przyjaciół na przydomowy parking wyprowadził Misię. A Marta  dopilnowała, by każda para  wzięła do domu doniczkę  z kwiatkiem. Wszyscy razem  stwierdzili, że to była  bardzo udana noc i że trzeba pomyśleć nad  wspólnymi wakacjami. 

Gdy odjechali Wojtek szybko wrócił  z Misią do mieszkania, załadował naczynia do  zmywarki, ale stwierdził, że włączy ją gdy się obudzą.

No popatrz - powiedział do Marty- znów  się postarzeliśmy o rok. Trzeba się zregenerować  snem. To był bardzo udany Sylwester - stwierdziła  Marta. Ale już mi się chce spać. W pół godziny później i oni i Misia spokojnie  spali.

                                                                  c.d.n.


sobota, 27 stycznia 2024

Córeczka tatusia- 76

 Dzień przed Sylwestrem Marta spędziła  w kuchni - nikt jej nie pomagał ale i nikt  nie przeszkadzał - Wojtek i ojciec byli w pracy, Misia urzędowała  u Pati w kwiaciarni. Na mini kotleciki Marta przygotowała trzy rodzaje  mięsa - schab karkowy, kawałek ligawy wołowej i bardzo chudy wędzony boczek,  w  sumie około 2 kilogramy  mięsa. Pokroiła na małe kawałki i przepuściła  wszystko     przez zwykłe  sitko maszynki do mielenia, potem przez tak zwane "pasztetowe", o drobniejszych oczkach. Doprawiła mięso, bardzo długo je mieszała  rękami i uprościła  sobie  pracę -przypomniała  sobie, że ma przecież cała masę  malutkich pergaminowych foremek, więc  zamiast formować kulki posmarowała  foremki odrobiną oleju, potem napełniła je mięsem - wyszły dwie pełne blachy "mini babeczek" z mięsa. Upiekła je i odstawiła do ostygnięcia. Oddzielnie przygotowała  do nich  sos z leciutką nutą  grzybową.

Następnie przygotowała ciasto na  szare kluski. Tu też oszczędziła  sobie pracy, bo przypomniała  sobie, że ma przecież robot wielofunkcyjny, więc zamiast mozolnie trzeć kartofle pokroiła je  na  kawałki i wrzuciła do kielicha blendera ustawiając "machinę" tak, by nie  zrobiła z kartofli soku. Nie mniej gotowanie tych kładzionych klusek zajęło jej masę czasu, bo trzeba było gotować  je partiami.  Gdy  Wojtek dotarł do domu Marta właśnie gotowała ostatnią partię "szarych klusek". Kluski i upieczone   mięsne  "babeczki" wywędrowały do pokoju stołowego, a Marta zajęła  się przygotowywaniem "słodkiego". Bazą było gotowe  ciasto francuskie, czyli maślane. Potem zabrała  się za przygotowanie dwóch kremów do przełożenia "blatów" placka kupionego w  piekarni. Ponieważ Wojtek był już głodny, to nastąpiła "przerwa obiadowa"  - zjedli szybko "zupę zacierkową" na bazie rosołu wołowego, który Marta zawsze miała "w zanadrzu"  i po kotlecie schabowym  z "szopską sałatką". Wojtek "wyżebrał" kilka szarych , świeżo ugotowanych klusek,  a tłumaczenie mu, że przecież przed momentem pochłonął talerz  zupy z ziemniakami i domowymi  zacierkami  nie miało sensu, więc Marta  nie protestowała. Zresztą nadal był bardzo szczupły. 

Z ciasta francuskiego Marta zrobiła 2 rolady - jedną z cukrem trzcinowym plus cynamon i nieco mielonego goździka, a druga  miała masę  makową z rodzynkami  i czekoladą. Placek został przełożony dwiema masami - gotową kajmakową i domową masą kokosową i całość została oblana czekoladą. 

Ojej-zmartwił się Wojtek - jak my to  wszystko przewieziemy! No nie wiem- powiedziała Marta- ale mam pomysł - niech oni do nas przyjadą na Sylwestra  - tak będzie naprawdę najprościej. Ala ma tylko sałatki do transportu, to im będzie łatwiej i barszcz lub coś  w tym rodzaju i  zabierze  się z sałatkami w jeden duży pojemnik, a barszcz  zajmie  raptem dwie litrowe  butelki. Dzwoń do obu chłopaków, że jest zmiana lokalizacji. Mogą, ale  nie muszą  przywieźć ze sobą jakieś picie - materiał na lekkie szprycerki to u nas jest i po nich to mogą prowadzić a poza tym to mogą u nas nawet  spać, jeśli zachce im  się coś o wyższym potencjale procentów.  Gościnna pościel już wyprana i  wysuszona po Bożym Narodzeniu. Odkryłam  ze  zdumieniem, że jeżeli nie  muszę jechać na  wykłady to mam zaskakująco dużo czasu na różne  domowe prace.  No popatrz - ja też kiedyś na to wpadłem- śmiał się Wojtek

Ty to masz głowę na karku! Idę telefonować wpierw do Michała, potem do Andrzeja. No to ja trzymam kciuki, żeby to "chwyciło"- powiedziała Marta.  Pertraktacje z Michałem trwały dość długo, ale gdy Wojtek przesłał fotki tego co jest do przewiezienia Michał uległ perswazjom. Z Andrzejem poszło gładko, jemu było obojętne  pod jaki  adres mają przyjechać. Wojtek użył jeszcze jednego argumentu - u nich jest parter, więc nikomu nie będą tupać gdy im się  zachce potańczyć kozaka lub  "krzesanego".  No i jest jeszcze ten plus, że obie  pary  gości mogą u  nich nocować, bo  są trzy  sypialnie, a od  biedy można  wykorzystać  też sofę w  pokoju stołowym, a nawet mieszkanie jego ojca, które nie jest przecież  daleko.  W końcu umówili  się, że zaczną wieczór około godziny 21,00.   

Gdy już  wszystko co Marta przygotowała  było wystudzone, nastąpiło "załadowanie lodówki" i tym razem lodówka wcale nie wydawała  się za  duża. Marta  kiedyś kupiła sporo włoskich pojemników  do lodówki i tym razem "były jak znalazł"- wszystkie się przydały. Szybko razem uporali  się ze  sprzątaniem po tym "pichceniu".

Gdy ojciec  wrócił  z pracy uśmiał  się serdecznie, powiedział, że on noc sylwestrową spędzi u  rodziców Wojtka i albo u nich się prześpi albo przespaceruje  się do własnego mieszkania. Marta została  z lekka obrugana, że wszystko sama robiła, a przecież niedawno miała operację. No miałam, ale już jestem  zdrowa, nic mi nie jest a jak wiesz to ja nie stoję tylko siedzę przy stole na wysokim stołku i większość "dziabaniny" robię siedząc. I nawet  nie  czuję się zmęczona - zapewniała ojca.

Gdy już leżeli w łóżku Wojtek powiedział - jesteśmy najmłodszą parą, z krótkim stażem małżeńskim a jak  się okazuje to jesteśmy najlepiej zorganizowani. Marta zaczęła  się śmiać - weź poprawkę na to, że te "gorzej zorganizowane pary"  mają dzieci, więc mają o wiele  więcej kłopotów i zawirowań niż my. My  wciąż jeszcze jesteśmy na etapie  że możemy coś zrobić lub  nie, a oni z uwagi na posiadane  dzieci to muszą wiele rzeczy robić niezależnie od tego czy chcą czy nie  oraz  robić to, na co akurat  wcale nie mają ochoty. To taka drobna różnica między nimi a nami. Jutro trzeba dokupić trochę picia. Idziesz jutro na uczelnię?  

Nie, jutro będą pustki, więc wcześnie rano możemy pojechać na jakieś zakupy, tylko przepytamy się rodziców czy im  czegoś nie trzeba kupić i może ojciec będzie  chciał z nami pojechać. Widziałem jego minę gdy zobaczył te  dwie blachy tych mięsnych babeczek - aż go zatkało z wrażenia. Dobrze, że to wszystko weszło do tego rondla z sosem. One  całkiem lekko wychodziły  z tych foremek. No bo foremki były wysmarowane przed pieczeniem  olejem. A jak je  smarowałaś?  Zwyczajnie - moczyłam palec w oleju i smarowałam nim foremkę w środku. Nie  sądzisz chyba, że używałam do tego kroplomierza- wyjaśniła  Marta. Muszę się któregoś dnia zorientować czy nie ma w handlu małych pędzelków silikonowych, bo ten, który mam jest dobry  ale tylko do smarowania  dużych powierzchni.

Pogoda w ostatni  dzień tego roku była zupełnie nie  adekwatna do pory  roku. Padał deszcz, na chodnikach stała  woda, trawnikom wróciła zielono-żółtawa  barwa.  Oj, to pewnie  biedna Misia stoi na brzegu trawnika i rozpacza, że nie ma  kaloszy i parasolki - powiedziała Marta. Albo wbija pazurki w kurtkę Pati lub taty, żeby tylko jej nie postawili na ziemi - dodał Wojtek. Zadzwonię do nich, że za pół godziny do nich wpadniemy- powiedziała  Marta. I od  nich pojedziemy na  zakupy. Rodzice śmiali się z  tego, że w końcu  Sylwester będzie u Wojtków i że  pewnie "wdepną" do  nich na moment gdy będą Misię namawiali do wieczornego spaceru. 

Mieszkańcy osiedla podjęli  szeroko zakrojoną  akcję by na terenie osiedla nikt nie  szalał z fajerwerkami i  po osiedlu mieli spacerować "dyżurni" by pilnować porządku. A że na osiedlu większość mieszkańców to byli ludzie  starsi, a na dodatek całkiem  spora ilość mieszkańców to byli dawni, lub obecni pracownicy MSW, to była  była  szansa, że nie będzie szaleństw fajerwerkowych. Na ostatnie  w tym roku  zakupy wybrał  się  z Martą i Wojtkiem tata Marty.  Ależ jest paskudnie ! - narzekał- coś im nie  wypaliło w tym prognozowaniu pogody - miał być wzrost ciśnienia i lekki mróz do -5 stopni.  Pewnie  będzie, ale dopiero wtedy gdy ludzie będą z lekka znieczuleni wracać nad  ranem lub rano z  zabaw - już  sobie  wyobrażam radość dziewczyn, które wybiorą się na Sylwestra od  razu w szpiluniach, bo przecież będą jechały samochodzikiem - prorokowała Marta. A jak to wszystko elegancko zamarznie to nawet przejście 100 metrów będzie problemem. 

 Dla nas by nie było to problemem - powiedział Wojtek - po prostu bym wpierw podjechał pod  samo wejście, potem  cię przeniósł na klatkę schodową i wrócił do samochodu by go odholować na  miejsce.  Tata uśmiechnął się lekko - zapominasz  synuś, że nie  wszyscy mogą podjechać pod  samo wejście do budynku no i sporo osób nie wybiera  się na Sylwestra samochodem, bo chce "godnie" pożegnać stary rok i powitać nowy spełniając  wiele toastów nie tylko leciutkim winkiem. No fakt - zgodził się Wojtek. My to jakoś mało "tradycyjnie" obchodzimy różne okazje.

Późnym popołudniem Pati  wraz  z tatą przynieśli do mieszkania Wojtków kilka doniczek kwiatów, które "nie zeszły" przed zamknięciem kwiaciarni, a wiadomo było, że na pewno w Nowy Rok nie będzie chętnych na kwiatki i zaraz  był weekend, więc szkoda, by stały w kwiaciarni i marniały. Pati  wnioskowała by każda  para  gości zabrała do domu ze sobą kwiatek i dodała nawet  "otulenie" na  drogę.

Gdy Pati poustawiała kwiaty Marta  stwierdziła, że pokój stołowy nabrał odświętnego wyglądu i bardzo długo tuliła  się do Pati, dziękując jej cichutko za to, że jest dla niej  i Wojtka tak troskliwą i kochającą mamą.  Pati śmiała  się, że bez  chodzenia w ciąży i bez nieprzespanych  nocy ma  dwoje  wspaniałych  dzieci, z których jest ponadto  dumna i które ogromnie  kocha. A my do was jeszcze dziś przed północą  zajrzymy i to zapewne w komplecie, czyli z okazji wieczornego spaceru z Misią - na razie Wiesław nie wpuszcza nas do kuchni i nie mam nawet bladego pojęcia co on tam robi - powiedziała  Pati. Podobno  obiado - kolację. Chyba  nie może wybaczyć Martusi, że  sama wszystko szykowała bez jego udziału. I cały czas powtarza, że ma  nadzieję, że naprawdę  nic  ci nie dolega po tym szykowaniu "stosu żarcia".

Obie pary przyjaciół Marty i Wojtka przyjechały punktualnie.Wieczór rozpoczął się od konsumpcji- wszyscy byli bez kolacji. Panie od  razu po kilku pierwszych kęsach poprosiły o przepis i były wielce zdumione, że owe  mięso to najzwyczajniejsze w  świecie kotleciki mielone, a szare kluski to zwykłe kluski kładzione o zupełnie prostym składzie i że zamiast trzeć kartofle na tarce można je zblendować. No coś podobnego! Nie wpadłabym na ten pomysł - zapewniała  Lena.  

Ja wpadłam, bo jestem okrutnie leniwa i wysilam stale mózg by jak najkrócej być w kuchni i każdą czynność maksymalnie uprościć - wyjaśniła  Marta. I czasem wcale  to moim daniom nie wychodzi na  dobre, ale lenie tak mają. Gdy byłam sama, bo tata był na jakimś wyjeździe to wcale nie gotowałam sobie obiadów, no i miałam figurę modelki. Czyli głównie skórę i kości - dodał Wojtek. I tata starał się wcale nie wyjeżdżać, bo wiedział o tym. I zawsze potem zostawiał w lodówce  gotowy obiad i kupił kuchenkę mikrofalową, żeby Marta  jednak jadła coś ciepłego.  Jesteś skarżypytą - śmiała  się Marta. Nie  było cię  w Polsce gdy byłam w liceum.  No nie  było, ale mój ojciec  tu bywał i się wtedy nasi ojcowie widywali. Do dziś  się przecież przyjaźnią. 

A mój ojciec to Martę ubóstwia - stwierdził Wojtek. Co Marta powie to jest niemal święte. Zwłaszcza od  czasu gdy go zmobilizowała by odwiedził Andrzeja i podjął leczenie. Często mam podejrzenie, że chętnie  by  się ze mną zamienił  rolą- śmiał  się Wojtek. 

No ale to jest piękne- zauważył Michał. Nawet nie masz  pojęcia jak ważna jest akceptacja naszych wyborów przez naszych rodziców. Spójrz jak jest u nas - teściowie Ali są dla niej stokroć lepsi  niż jej rodzeni rodzice i mnie właściwie też zaadoptowali.  Marta spojrzała na Michała i powiedziała - nie wyobrażam  sobie, że może być na świecie ktoś, kto cię Michale nie lubi.  No to sobie jednak wyobraź, bo jednak jest trochę takich osób - stwierdził Michał. 

Andrzej, który dotychczas milczał powiedział - masz rację Michale. Moi rodzice nie  zaakceptowali, jak dotąd Leny. Wzięło się to głównie stąd, że wymyślili sobie, że powinienem poślubić córkę ich przyjaciół. Nie docierało do nich, że ani mnie do niej nie ciągnęło ani jej do mnie. I, wyobraźcie  sobie, że nie  tylko Leny nie  zaakceptowali - swą niechęć do Leny przenieśli i na nasze  dzieci - nie widzieli  żadnego z nich w naturze, nie odwiedzają ich, zupełnie tak jakby chłopcy nie istnieli. I wiem, że to się nie  zmieni bo oni i ja mamy zupełnie różne poglądy. Po pierwsze to zrobiłem nie takie  studia jakie wybrał mi ojciec, potem  z Leną zamiast być na  weselu, którego sobie  wcale nie życzyliśmy, o czym mówiliśmy głośno i wyraźnie otwartym tekstem,  my wskoczyliśmy do samolotu i polecieliśmy do Bułgarii i to za moje pieniądze, nie ich. A na dodatek nie  chciałem mieszkać pod Warszawą w domu razem z nimi i codziennie  się tłuc do i z Warszawy.  I sytuacja jest taka, że ja od  chwili naszego ślubu nie widziałem  się z rodzicami.  Początkowo mnie to dołowało, ale  dawno już mnie to nie  dotyka. Nie mam rodziców, ale mam Wojtka, którego uważam za brata, bo mamy identyczne spojrzenie na 99% spraw, mam bratową, którą kocham tak jak Wojtka a moi chłopcy mają ciocię Martę, którą  obaj uważają za prawdziwą ciocię. Do ojca Wojtka mówię "tato" i jest mi z tym wszystkim dobrze.  Jedyne co mi przeszkadza to nadmiar pracy i zbyt mało wolnego czasu dla dzieci i Leny. Lena uśmiechnęła  się - ale nie jest źle, dzieciaki jeszcze  nie pytają się kim jest ten pan, który ich często wieczorem kąpie a potem śpi ze mną w jednym łóżku.

Ja już dawno odkryłam, że więzy krwi niewiele znaczą - powiedziała Marta. I że nie do końca jest prawdą, że dziecku potrzebna jest głównie matka. Mnie od  zawsze do życia był potrzebny ojciec i Wojtek. I tak jest nadal, choć mi się rodzina nieco rozszerzyła o teścia i żonę (od niedawna) mego ojca. I zapewne dlatego tak cenię przyjaciół, czyli was wszystkich. I mam nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa tak długo jak długo my będziemy istnieć.

                                                                   c.d.n.