wtorek, 9 kwietnia 2024

Córeczka tatusia- 109

 Rodzice Andrzeja wrócili oczarowani Hiszpanią, a  zwłaszcza Katalonią. Nagle  zaczęli żałować, że nie byli nigdy  dotąd w Hiszpanii, bo gdyby znali  Katalonię to zamiast domku na Sadybie  kupiliby jakiś  domek na Costa Brava- bo tam jest  ślicznie!!!! - nieomal  piała z  zachwytu matka Andrzeja.  Ojcu też się podobał pobyt  w Hiszpanii, ale  całkiem przytomnie   zauważył, że  po pierwsze- trzeba jednak  znać język, po drugie  - byli przed typowym  sezonem turystycznym, więc nie  było "wakacyjnych dzikich tłumów" , gdy "ludź na  ludziu leży i ludziem  pogania"  a pobyt tam w okresie jesienno- zimowym i  wczesnowiosennym na pewno nie jest tak bardzo miły jak w  sezonie letnim. Sporo domków jest wtedy pustych i  choć nie jest może tam tak zimno jak nad Bałtykiem  w  tym okresie, to miłego ciepełka na pewno nie ma. No a on nie bardzo jest w stanie  uwierzyć, że  w krótkim czasie opanowaliby język hiszpański. W tym momencie mama Andrzeja  stale nadawała tekst z gatunku  "dla chcącego  nie ma rzeczy  zbyt trudnych", a poza tym to przecież są tam od teraz  na stałe  "sadybianie", więc  mieli by towarzystwo. Niusiu -(tak pieszczotliwie  zwracał  się do matki Andrzeja jej mąż) - jeśli mi nie  wierzysz to poleć w listopadzie  na kilka dni do Hiszpanii  i sprawdzisz  doświadczalnie jak tam jest późną jesienią.

Z początku ojciec nieomal kłócił się  z matką  i wciąż jej tłumaczył, że to są  zupełnie pozbawione  sensu jej marzenia, ale  szybko Andrzej  mu wytłumaczył, że  praktyczniej  będzie  nie  reagować na te  niedorzeczne plany i spokojnie przeczekać. By zająć umysł swej matki innymi sprawami na każdy weekend  przywoził chłopców  do dziadków i w krótkim czasie stało się  to rutyną, a obie  strony były bardzo zadowolone  z  zaistniałej  sytuacji. Dziadek wciąż  wymyślał weekendowe  rozrywki dla  dzieci i przeważnie  w każdy piątek wieczorem dzieci przekraczały próg domku na  Sadybie, wpadając  w ramiona już stęsknionej  babci.  

Podobało się im  u dziadków i to, że jeśli tylko była dobra  pogoda to całe  dnie spędzali w ogrodzie, w którym dziadek zainstalował huśtawkę a ponieważ w ogrodzie  praktycznie  nie było żadnych "grządek" bo poziomki i niewielka  ilość  truskawek rosły w pojemnikach, chłopcy mogli pobiegać kopiąc przy okazji piłkę. Poza tym dziadkowie zainstalowali dla nich stolik i krzesełka oraz parasol więc mogli też rysować lub  budować  coś  z klocków.

Ewa nadal pracowała u Andrzeja. Po wakacjach "starszy" już zaczynał zajęcia  w zerówce i wyraźnie  był tym faktem  nieco przerażony, więc Ewa tuż przed tymi  wakacjami udała  się do "pani od  zerówki" i sprawiła, że starszy mógł kilka razy być w miejscu, w którym od września  miał bywać  codziennie. I, jak  się okazało, był to świetny pomysł - dziecko wprost nie mogło  się  doczekać  i stale  pytał  się Ewy "kiedy  ja  wreszcie pójdę do zerówki ?" Ewa czym prędzej poświęciła jeden  z kalendarzy, zaznaczyła mu dzień aktualny, w prostokącie z data 1 września narysowała domek z tabliczką "0" i miał codziennie krzyżykiem oznaczać miniony dzień.

Ostatnia  sesja egzaminacyjna Marty "przeleciała" nieomal z prędkością światła. Wiesz- mówiła Marta  do męża-  jakoś tak mi szybko ta sesja minęła, że nieomal jej nie  zauważyłam. Ale niestety trochę mi się ślimaczy  z tą magisterką i na pewno będę w  wakacje pracować - coś jest jednak w tym powiedzeniu, że "pańskie oko konia  tuczy."  

No popatrz - a ja cały  czas myślałem , że ty zajmujesz  się  jakimś procesem  chemicznym  a ty  mi nagle mówisz o koniach i ich  tuczeniu - śmiał  się Wojtek. Nie narzekaj, pomyśl, że niektóre  twoje  koleżanki teraz  dopiero  zaczną pisać a ty już  niemal  skończyłaś pisać i całe to opóźnienie nie wynika  z twojej winy tylko z opieszałości innych osób. Ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli  zmieniać terminu wyjazdu i wyjedziemy we  wrześniu, bo już sobie  z Michałem zaklepaliśmy pierwszą połowę  września- tym razem w  Side - to tylko 65 km od lotniska w Antalyi, a więc sporo, niemal  o połowę  bliżej  niż Alanya. Temperatury  w dzień ponoć  będą około 32 stopni, ale tam jest  mniejsza  wilgotność, ponoć jest  jakiś mikroklimat, bo góry  bliżej i upał tak nie  doskwiera,w nocy temperatura spada  do 19 stopni, a woda  we  wrześniu ma jeszcze 26 stopni, słońce jest przez  10 godzin. 

Do zwiedzania  są ruiny starożytne teatru i świątyń - Apollina, Ateny, i jakiegoś Mena, ale ani ja   ani Michał nie  wiemy co to za bóstwo było, poza tym jest  muzeum  archeologiczne. Hotel jest 4 km od centrum  miasta, a samo  miasto ponoć bardzo  fajne i ma  bardzo ciekawą  starą  część.  I  jest tam sporo fantastycznych sklepów jubilerskich i u każdego niemal jubilera można  zamówić coś na  zamówienie - tylko oczywiście  należy  się targować i wtedy cenę początkową  można obniżyć nawet od 40 do 50 procent. Wszystkie  posiłki w hotelu są  serwowane w charakterze  bufetu i jak  dla  mnie to dobra  wiadomość. Ty też tak  wolisz chyba.   Ala na pewno  do ciebie  zadzwoni, na razie chodzi i podśpiewuje, bo bardzo jej przypadła do gustu Turcja. No i będzie 2 tygodnie bez ukochanych  dzieci - też bym na jej  miejscu śpiewał z radości. Chociaż,  jak  zauważył Michał, odkąd Ziukowie  mieszkają w Warszawie to Ala ma  więcej  czasu  dla  siebie i upiera  się, by jednak pójść  do pracy na  pół etatu. 

A rodzice  Michała  namawiają  ją na  studia i chcą im w tym czasie nawet pomagać  finansowo, czyli te jej  studia  w  całości sfinansować, bo na pewno za jakiś  czas, gdy już dzieci podrosną to pójdzie  do pracy i wtedy "ten papierek", że ma ukończone  studia spowoduje, że  będzie miała lepszą pozycję przetargową. Michał sądzi, że ona wkrótce "dojrzeje do takiej opcji" , więc  się  nie  zdziw gdy do ciebie  zatelefonuje i będzie się ciebie  wypytywać o studia. Ojciec  Michała  już  robił  wywiad u  Koźmińskiego i   Łazarskiego  i stwierdził, że  warto  wybrać  Łazarskiego, bo oni  są dotowani przez UE i ceny studiów  nie powodują  bólu  głowy i  dziury  w kieszeni. No i lokalizacja dobra, bo blisko metra i kampus  uczelni  wygląda  naprawdę  europejsko. Różnica  w  cenie pomiędzy studiami stacjonarnymi na nie stacjonarnymi to 1200 złotych za rok. On patrzył na studia  prawnicze, bo Ala wszak na takie  kiedyś  zdawała, więc   zrobił  założenie, że pewnie  takie  by  wybrała. Poza tym ojciec Michała  stwierdził, że  nie ma  zamiaru  wziąć  swych pieniędzy  do grobu i chce  by jego pieniądze trafiły  potem do Michała i jego  rodziny i już  "podjął stosowne działania". I najprawdopodobniej po  wakacjach  przylecą oboje  do Warszawy. Może tym razem mama Michała  nie  podłapie  gdzieś  grypy, która ją unieruchomi. Ziuk z kolei  stwierdził, że jeśli Ala podejmie  studia to oni po prostu bardziej włączą  się do opieki nad  dziećmi - odkąd mieszkają na Ursynowie częste  bywanie u Michała i Ali  przestało  wszak być problemem. 

Tak sobie  pomyślałam-  stwierdziła  Marta- że my z Alą to mamy szczęście - i ani ona, ani ja  nie możemy ani jednego złego słowa  powiedzieć  o  swych teściach - Dziadkowie Mireczka  w pełni "adoptowali" i ją i Michała i ich  dzieci. Z tego co dotychczas  widziałam lub  słyszałam od innych to jednak rzadkość. Ale  z  drugiej  strony nie wyobrażam  sobie jak ktoś mógłby nie polubić Michała - to naprawdę szalenie fajny człowiek. Mądry, wykształcony, uczynny i szalenie  troskliwy. Ziuk kiedyś powiedział naszemu ojcu,  że  dzięki Michałowi odżyli po śmierci syna i teraz mogą żyć bez traumy. A twój ojciec ciągle mi  mówi, że jestem jego córeczką i że cieszy się, że nasza przyjaźń przemieniła  się w małżeństwo. 

Czasem dziewczyny  na uczelni straszliwie narzekają na  swoich obecnych lub przyszłych teściów i twierdzą, że najgorsze co  może je  spotkać to mieszkanie  pod jednym  dachem z teściami, nawet jeśli pod  tym jednym dachem jest duża chałupa a w niej dwa piętra a czasem nawet dwa oddzielne wejścia. Kiedyś powiedziałam, że spieszę  się do domu, bo  mój teść zawsze  się niepokoi gdy mnie nie ma o określonej godzinie w domu, a poza tym to pewnie włącza i wyłącza gaz pod  garnkiem, żebym  miała  zaraz  coś  ciepłego do zjedzenia. I twój tata urósł w ich oczach do rangi bohatera, bowiem - potrafi gotować i na dodatek  gotuje  dla synowej.  Całą drogę do  domu śmiałam  się - czyli dziewczyny  "zrobiły  mi drogę  do  domu". Ciekawe co by powiedziały gdyby wiedziały, że mnie ojciec sam wychowywał od 12 roku  życia. Pewnie by  zrobiły składkę na wybudowanie  mu pomnika.  

Często rozmawiam z Kingą - to jedna z tych co robią  drugi  stopień i też  ją  zlewały  siódme poty gdy słuchała wypowiedzi większości  dziewczyn na temat  życia, biznesu i  facetów. Najbardziej  mnie rozbawiła  stwierdzeniem, że gdy wdepnie  do jakiegoś  zakładu kosmetycznego a tam kosmetyczką  będzie któraś z naszych koleżanek z tych co to zakończyły  działalność naukową po I stopniu to na pewno nie  zostanie na  zabiegu. Ona jest  teraz ze  Szczyrku, a pochodzi z  Zambrowa  i już ma  za sobą zrobiony dyplom  masażysty, który  zrobiła w Konstancinie. Teraz zrobi magisterkę z kosmetologii i ma  w planie otworzyć  "nieduże SPA" ale  stwierdziła, że chce po prostu by to było dobre SPA a nie byle jakie, więc zdobywa  wiedzę w temacie. 

Obiecałyśmy sobie kontakt i obiecałam, że na pewno do  niej wpadniemy do tego  Szczyrku - jak będziemy  chcieli połazić po górkach to najlepiej wczesną jesienią, we  wrześniu  a na  narty to zimą. Ona też ma  fajnych teściów.  Teściowa gdy  zobaczyła na SKYPE, że Kinga jakoś marnie  wygląda to zaraz przyjechała, kazała jej zmienić mieszkanie na bliższe uczelni i zapłaciła za nie do końca studiów i jeszcze synka  obrugała, że nie  zauważył gdy był u Kingi, że Kinga bledziutka jak opłatek i że może nie  dojada, że  zmęczona  dojazdami do uczelni i jej teściówka siedziała w Warszawie niemal miesiąc, odkarmiła Kingę, obkupiła w cieplejsze  ciuchy i w tajemnicy przed mężem Kingi dosyła jej pieniądze. A Kingi mąż jest już lekarzem  - ortopedą  więc mu  w tym  Szczyrku  nie  zabraknie pacjentów, zwłaszcza  zimą.  On  to jej wakacyjna miłość  sprzed  matury - jak się Kinga śmieje - to  wszystko przez  to, że była na wycieczce szkolnej  i sobie skręciła i obtłukła  staw skokowy, a on akurat tego  dnia pracował na izbie  przyjęć w szpitalu  w Bielsku-Białej  i się bardzo troskliwie nią zajął. Jak się śmiałyśmy,  to ona  wpierw wpadła w kamienie bo się  zagapiła  patrząc na  wyciąg krzesełkowy,  a potem jemu  do oka.  Ona tu to była i jest świetna  w temacie   funkcjonowania  gabinetu, organizacji pracy, wyposażenia itp. Mnie  to jakoś mało obeszło, nie zagłębiałam  się   w temat, bo  nie mam zamiaru otwierać gabinetu lub go tylko  firmować.  Ona twierdzi, że jej teściowie to  chyba ją bardziej kochają  niż  swego synka. Jak była teraz na wakacjach u  nich to teściowa gotowała  tylko to co Kinga  lubi. Teściowa nazywa ją Inga, bo twierdzi, że to "K" na początku  imienia nadaje mu jakąś twardość.  Kinga twierdzi, że  czasami jej głupio, bo oni mieszkają w jednym  domu z teściami i teściowa nic jej  nie daje   w domu zrobić, ale synka to do roboty goni, męża zresztą też.  

Kinga ma jeszcze  dwie siostry starsze od  siebie, obie  mężatki i obie  dzieciate, każda ma "dwójeczkę" a jedna  z nich  prowadzi razem z mężem gospodarstwo  agroturystyczne " w kartoflach i łubinie" jak mówi Kinga nad jakimś jezioro-bajorem, a druga osiadła  w Łomży i pracuje w jakimś urzędzie.  Obaj  mężowie   jej  sióstr są z okolic Łomży i jej  zdaniem to bardzo nieciekawe typy, które co roku lezą z pielgrzymką do Częstochowy w intencji by już  więcej nie  zaglądać do kieliszka, ale  chyba te pielgrzymki  niewiele dają i jedna  z nich już zaczyna dojrzewać  do rozwodu. A cała ta  sytuacja bardzo martwi rodziców Kingi, bo gdy wychodziły  za mąż to oni oboje  byli przekonani, że to bardzo porządni chłopcy, choć jak wieść  gminna niesie jeden z bardzo porządnych chłopców tak się spił na weselu swego kolegi, że aż tydzień spędził w  szpitalu na odtruwaniu. Kinga  się śmieje, że chwilami  ma  wrażenie, że ona nie jest z tej rodziny, że  zapewne w  szpitalu wydano ją niewłaściwym małżonkom, bo ona zupełnie nie ma wspólnego języka ze swymi siostrami. Jedna jest od  niej 3 lata starsza, druga pięć lat. Ale  Kinga bardzo,  bardzo rzadko jeździ do  swych rodziców, a nawet gdy tam jest to nie  spotyka   się z  siostrami. I kiedyś mi powiedziała, że mi zazdrości, że jestem jedynaczką.

                                                             c.d.n.

niedziela, 7 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 108

 Tak jak przewidywała  Marta znalezienie w Warszawie  takiego mieszkania, które odpowiadałoby w 100% rodzicom Andrzeja nie było sprawą  prostą. Co kilka  dni ojciec  Andrzeja donosił  mu o kolejnym "niewypale". W pewnym momencie  Andrzej dość  brutalnie powiedział  swemu ojcu, że najzwyczajniej  w  świecie  muszą  się  z tym problemem zmierzyć sami, bo on nie ma  czasu na to by niemal co drugi  dzień jeździć oglądać  to co im proponują a poza tym to co się podoba jemu z reguły nie  zyskuje poklasku rodziców, więc sami powinni się jeszcze  raz zastanowić nad każdym obejrzanym lokalem  sprawdzając  w ilu  procentach spełnia  ich wymagania, które  wszak mają wypisane na kartce. W pewnym momencie "wyszło  szydło  z worka", bo ojciec powiedział, że tak naprawdę to oni woleliby jakiś mały domek na  starych osiedlach domków jednorodzinnych. Dobrze, że trudno kogoś zabić  wzrokiem - Andrzej tylko głośno przełknął ślinę i powiedział, by w takim  razie spisali swe wymagania odnośnie owego domku i dali ją firmie, która "obracała" nieruchomościami.

Kwestia znalezienia nowego miejsca  do zamieszkania  nabrała rozpędu  w chwili, gdy znalazł  się poważny kupiec na ten olbrzymi dom rodziców. W rozmowie z Martą i Wojtkiem Andrzej nazwał chętnego na ów dom "czubkiem", który  chce tam  zrobić, rozkręcić jakiś biznes, a pomysł oscyluje pomiędzy projektem na "dom  weselny" lub "dom letniskowo -opiekuńczy" dla mocno starszych osób. Obydwa pomysły były  zdaniem Andrzeja  nieco "wydumane", ale gdy ktoś  to kupi bo cierpi na nadmiar gotówki to niech  sobie tu nawet zrobi szulernię lub  dom uciech  cielesnych - jemu jest to zupełnie obojętne. 

Marta popatrzyła  się na niego i powiedziała - mam wrażenie, że jak na dom uciech  cielesnych to jest tam zbyt mało łazienek - z tego co mówiłeś to są tylko dwie łazienki. Ale nie mam pojęcia czy są jakieś przepisy prawne  w tej kwestii, bo przecież u nas nie ma legalnych domów uciech  cielesnych. W dwa tygodnie  później  ojciec Andrzeja  poprosił go by powiedział, który wieczór  w następnym tygodniu ma  wolny, bo jest  domek - mały, nie porywający urodą z  zewnątrz, z niedużym ogrodem, z garażem a wszystko na Sadybie bardzo blisko  Jeziorka Czerniakowskiego, ale nie nad samym jeziorkiem. Domek jest parterowy. Sądząc z planu to całkiem udany domek typu "klocek kryty spadzistym dachem" i jest pod owym dachem  strych. Wg pośrednika  domek jest  zadbany a jego właściciele wyjeżdżają z  Polski na stałe do jakiegoś ciepłego kraju, do siostry tej pani. I nie przewidują by tu wrócić. Andrzej szybko przejrzał grafik i okazało się, że ma wolne niedzielne popołudnie i  wieczór.

Mama  Andrzeja ze  trzy razy dzwoniła  do niego  pytając  się, czy pamięta, że w niedzielne popołudnie jadą oglądać  ten domek  i była pełna entuzjazmu, że wreszcie będzie mieszkała w mieście a nie na takim "wygnajewie" jak tu. Już sprawdziła na planie miasta w którym to jest miejscu i jest cała w skowronkach, bo stamtąd jest blisko do wszelakich zdobyczy cywilizacji typu sklepy, poczta, punkty usługowe  plus  duży super market a nawet kino i kościół - co do tej ostatniej pozycji to mało istotne, a ogród ponoć mały. Po obu stronach ogrodu są ogrody sąsiadów, tak samo z tyłu.  Jedyny mankament, że będzie do nich należał kawałek chodnika, czyli trzeba  będzie go zimą posypywać by nie było ślisko. Ale  do tego można ponoć kogoś  wynająć. Domek jest podłączony do  wszystkich mediów miejskich, co jest jednak bardzo istotne. Andrzej  szybko  sprawdził na planie  miasta tę lokalizację i jego  zdaniem było to całkiem niezłe miejsce no i był garaż, co było dość istotne. Z tym, że dla  niego najistotniejszą rzeczą było to, że domek funkcjonuje na  miejskich  mediach a nie na własnym ogrzewaniu. Od  wielu kolegów słyszał narzekania na wysokie koszty ogrzewania  indywidualnego. No i do środków miejskiej komunikacji było  dość blisko. I dobrze, że od  samego jeziorka był oddalony o jedną linię domków. Bo Jeziorko Czerniakowskie było dla wielu osób atrakcyjnym kąpieliskiem, na  szczęście owe  kąpielisko było nieco w  bok, od lokalizacji  domku, a do tego  miejsca to dopływały tylko kajaki,  kąpiel w tej części jeziorka   była zakazana. No i do cmentarza  blisko - zauważył Andrzej  z przekąsem - tyle  tylko, że nikt z  rodziny  na nim nie  spoczywa.  Będę miał do nich całkiem prosty dojazd-  nawet im wyrysuję, żeby ich ucieszyć. 

Marta zaproponowała, by zaraz po oględzinach domku Andrzej wraz z rodzicami przyjechał do nich na kawę i coś  do kawy. "Dziadek Wiesiek" albo będzie  albo nie- to zależy od kogoś, kto być może przyjedzie na weekend do Warszawy, albo  nie przyjedzie.

Ciekawa jestem  jak się im  spodoba Ewa- powiedziała  Marta.  A to -to mnie  mało interesuje stwierdził Andrzej- nie przewiduję by Ewa  miała mi towarzyszyć do końca  życia - zresztą ona ma jakiegoś faceta. Dla mnie, jak na razie, kwestia wdepnięcia w kolejne małżeństwo raczej jest w bardzo odległych planach. Na to trzeba po prostu mieć  czas- żeby znów nie polecieć  tylko na  zgrabny kuperek i dobry  humor. Już raz  głupotę zrobiłem i .....wystarczy.  Marta roześmiała  się- no popatrz-  nie  szukałeś  a masz nagle "brata i bratową", masz też  "przyszywanego tatę", więc może jak się któregoś  dnia rozejrzysz to i jakaś kandydatka w miejsce Leny się znajdzie.  

Wątpię - stwierdził Andrzej- od  chwili gdy  się rozeszła  wieść, że jestem samotnym  ojcem z dwójką dzieci to w  widoczny sposób spadły  moje notowania u bab w klinice. Na przysłowiowe "tutti frutti"  to były chętne, ale perspektywa dołączenia do wychowywania dzieci wyraźnie spowodowała "spadek moich akcji", a ja nigdzie nie  bywam poza pracą.

Oględziny  domku, zdaniem Andrzeja,  wypadły dobrze. Domek rzeczywiście z  zewnątrz  nie prowokował do chęci by zobaczyć  co jest  w środku. No i dobrze - jak stwierdził ojciec Andrzeja. Okazały dom zawsze kusi by zajrzeć do wewnątrz, bo skoro jest taki ładny  z  zewnątrz to na pewno  jego właściciele  to bogaci  ludzie.  Ponieważ jego obecni właściciele  wyjeżdżają do Hiszpanii  do Katalonii na stałe, chcą pozbyć się  swoich mebli, które  są dopasowane  wielkością do tego właśnie wnętrza, poza tym dom, w którym będą tam  mieszkać już jest umeblowany i całkowicie  wyposażony a na dodatek transport  mebli z Polski do Hiszpanii jest  absolutnie  nieopłacalny. Oni do tej  Katalonii biorą tylko rzeczy osobiste, jakieś rodzinne pamiątki no i dokumenty. 

W  związku z tym rodzice  Andrzeja po dość krótkim  namyśle  doszli do wniosku,  że wezmą ten domek razem z tym wyposażeniem, bo te  meble  są bardziej do tego  wnętrza  dopasowane niż ich, kupowane  do większej powierzchni. Postanowili, że swój dom też będą sprzedawać razem z meblami. Jedyne czego na pewno będzie żałowała mama Andrzeja  to kominek w salonie, choć korzystali z niego bardzo rzadko.  Właściciele "małego domku" poprosili by mama Andrzeja przejrzała całe wyposażenie kuchenne bo to też  zostaje a to czego zdecydowanie nie będzie chciała niech odda np. do Monaru. Oni oddadzą tam masę rzeczy z wyposażenia domu.

Oprócz wszystkiego tego co jest w domku obejrzeli również cały ogród i piwnicę. W części piwnicy był, nadal jeszcze  sprawny, piec do ogrzewania domu i zdaniem ojca  Andrzeja mógł nadal tu być - jeść wszak nie wołał. Tylko będzie trzeba go przystosować do długiego pauzowania  w  działaniu. W ogrodzie, na tyłach domu, były dwie bardzo duże i wysokie skrzynie wypełnione   ziemią by można  w nich hodować miniaturowe  pomidory, rzodkiewki a nawet  czarne porzeczki - skrzynie celowo były wysokie, by nie trzeba  było się  schylać gdyby trzeba  było usuwać jakieś  chwasty. Ogrodzenie posesji było oplecione winobluszczem, dzięki  czemu przez  część roku ogród  miał "wentylację". Pod dachem był strych i ......ukryty system szaf. Garaż nie  był połączony  drzwiami z częścią mieszkalną domu  co bardzo  się rodzicom podobało. Obie  strony  transakcji  były zadowolone  z  wyniku  rozmów, pozostawało  tylko zgranie  wszystkiego pod  względem terminu. Ojciec  Andrzeja  śmiał  się, że właściwie  każda transakcja zapewnia osobom w niej  biorącym dwie  radości w  życiu - wpierw  się każdy  cieszy z tego, że coś nabył, a potem  drugi raz się  cieszy, że ową  nabytą  rzecz  sprzedał. 

Wysłuchawszy tych  wszystkich nowin Andrzej głęboko odetchnął - rodzice zajęli się intensywnie sprawą sprzedaży swej posiadłości i w  ciągu miesiąca  udało im się znaleźć chętnego na ten wielki dom z wielkim  ogrodem. Dogranie wszystkich formalności trochę obie  strony  transakcji zmęczyło, ale po wielu dyskusjach w Warszawie, rozmów z Katalonią itp. "radości" ustalono, że "sadybianie" wylecą do Katalonii w połowie sierpnia, a  ostatni tydzień w Polsce spędzą w..... domu rodziców Andrzeja, a w tym czasie w ich domku będzie malowanie i szykowanie  go do zamieszkania przez  nowych  właścicieli. Rodzice  Andrzeja dostali zaproszenie do Katalonii, a obie panie bardzo  się polubiły i nawet  zaprzyjaźniły.                        

                                                                         *   *   * 

Niemal rok później obydwie pary wędrowały po ulicach  Barcelony i systematycznie  zwiedzały nadmorskie  miejscowości Costa Brava i Costa Bianca,  a rodzice Andrzeja zasypywali  go zdjęciami z miejsc, w których  byli. Gdy tylko wrócili z objazdu  wybrzeża zaczęli namawiać Andrzeja, by w następnym roku koniecznie wraz  z dziećmi  pojechał do ich nowych przyjaciół, zwłaszcza, że szwagier , który im oddał w użytkowanie jeden ze  swoich domków był hotelarzem.  

Im to dobrze ! - powiedział Andrzej- nie mają  małych  dzieci, już nie pracują i tylko jakoś pojąć  nie mogą, że ja jeszcze pracuję i mam dzieci na dodatek. Ale jeśli bym tam jechał, to pojedziemy tam razem. Kto to jest pod słowem "razem"? - spytała.  No to jasne przecież- ty i Wojtek.  Marta spojrzała na niego i powiedziała - podziwiam twoich rodziców  za tak dalekosiężne planowanie - ja z trudnością układam  sobie plan na  najbliższe dwa miesiące,  a  oni już planują, że  za rok  znów wylądują  w Hiszpanii.   Oni za tydzień wracają- zaglądałeś do ich mini hacjendy? Tak, byłem tam razem z dziećmi. Sąsiad zza płotu podlewał im ogród, zostawili mu klucze "od  zagrody".

A Ziuk, pod  naciskiem swej żony kupił to mieszkanie w bloku obok naszego i Ewa już z nami nie mieszka, ale nadal ma do nas blisko. Śpi z dzieciakami  gdy ja mam  nockę.  Ostatnio, tak jakoś między  wierszami powiedziała  mi, że zerwała  z facetem, z którym widywała  się od  roku, bo wyśmiał jej  chęć studiowania pedagogiki specjalnej mówiąc, że chyba zwariowała chcąc potem pracować z ludźmi "nienormalnymi" . Bo ona  chciała  studiować to zaocznie. Powiedziałem jej tylko, że może nim zacznie te studia  to powinna się zorientować jak wygląda z bliska praca   z osobami widzącymi i czującymi wszystko inaczej niż ci nazywani "normalnymi". Bo może się jej zdarzyć, że podejmie te  studia  ( to są płatne, zaoczne) a okaże  się, że nie wytrzyma tego psychicznie i będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo nawet pracując z tak  zwanym "normalnym dzieckiem" nie jest wcale łatwo nauczyć go wielu rzeczy, jak choćby tego, by składało swoje rzeczy gdy je z siebie  zdejmie a nie rzucało zmięte byle gdzie.  Chyba ją to lekko zabolało, bo starszy nadal ma  system rozbierania  się dwutaktowego - na pierwszy takt ściąga  wszystko razem to co się  ściąga  górą i to wszystko ląduje w charakterze "kłębu czegoś", na drugi takt  ściąga  wszystko to co się zdejmuje  dołem. To chyba  dziedziczne, bo Lena tak często  rozbierała i siebie  i  dzieci.  Pocieszyłem Ewę, że gdy mu  się przed  rozbieraniem  przypomni, że nie  ściąga  się  wszystkiego naraz, to rozbiera  się normalnie. Ja to mu  zawsze jeszcze mówię, że  wtedy samo rozbieranie  się  trwa nieco  dłużej,  ale wtedy jest szybciej  wszystko odpowiednio ułożone  czy też odwieszone na miejsce.

Wczoraj jadłem obiad w kantynie w towarzystwie Marylki. I masz od  niej pozdrowienia, tylko ja zapomniałem ci je przekazać. Pytała  się o ciebie, bo zobaczyła w papierach, że niedawno byłaś na opatrunku u mnie. Masz rację, że to bardzo miła i zrównoważona dziewczyna. A że siedzieliśmy vis a' vis  to stwierdziłem, że to całkiem ładna dziewczyna i chyba jedyna na naszym oddziale, która się nie  maluje a mimo  to fajnie wygląda.  Obgadywaliśmy ciebie, Wojtka i twojego tatę- głównie ciebie, bo powiedziałem jej co studiujesz. Ona, tak jak ja, też rozwiedziona.  Rozwiodła się, bo on pojechał do pracy do Niemiec. Gdy wrócił po sześciu miesiącach to budzony przez nią rano pomylił, będąc jeszcze  w półśnie jej imię i powiedział do niej  "Matilde", na co mu odpowiedziała, że jest Marylą a nie Matyldą. No to zrobił jej awanturę, że ona go "podsłuchuje" gdy on  rozmawia z koleżanką z Niemiec. No i po trzech miesiącach w końcu się przyznał, że zakochał się w Matyldzie i chyba wyjedzie tam  znowu. Maryla   zaproponowała  mu rozwód, na  co on przystał. Ale kazała mu się natychmiast wynieść ze swojego  mieszkania. Bo na  szczęście  mieszkanie  było jej, nie jego. No więc wyjechał. W pracy nikomu o  tym nie mówiła, bo więcej  niż połowa dziewczyn uważa, że ten jeden raz to można wybaczyć a ja jestem po prostu wariatką, bo przecież on pojechał tam by nam  się poprawiła sytuacja majątkowa i  byśmy mogli kupić większe mieszkanie powiedziała.  Marylka   jest po trzyletnich  studiach na WUM. I w moim odczuciu jest bardzo  dobrą  pielęgniarką, bo myśli. No  więc jej powiedziałem, że  w pełni doceniam  jej pracę i dostałem  w nagrodę prześliczny uśmiech i rumieniec na policzkach.

                                                           c.d.n.

środa, 3 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 107

 Oglądanie, dezynfekowanie i opatrywanie trwało ze trzy kwadranse, po namyśle zamiast szczepionki p.tężcowej Andrzej uparł  się na  zastrzyk  antybiotyku. Ty  chyba przesadzasz- stwierdziła  Marta- zobacz- nawet nie jest zmacerowana skóra, nie ma śladu krwi. I od  razu mi lepiej jak przeciąłeś tę skórę. Ja bym to najchętniej trzymała teraz  na  sucho. Zakryj to tą skórą i zrób mi tylko opatrunek i będzie wszystko w porządku. Zwolnienie mi się przyda, bo posiedzę lub poleżę i  szybko się to wszystko wygoi. A na jutrzejszy  zastrzyk to  mnie tata przywiezie.  Bo antybiotyku w tabletce  nie  będę  brała. Na noc to opatrunek zdejmę i  założę  cienką, bawełnianą skarpetkę żeby  to  "oddychało i  wysychało". No to ja  do was wpadnę przed południem, tak około 10,00, bo potem to mam przecież podwieczorek u starych. Obejrzę i zrobię ci osobiście zastrzyk, przywiozę go ze sobą, przywiozę  ci  zwolnienie, rano będzie Henio. A ty umiesz  robić zastrzyk domięśniowy? Wiesz w które miejsce się  wkłuć  żeby nie wbić  się  w nerw kulszowy?- spytała. Jesteś paskudnie złośliwa- jasne, że wiem. No to wracamy do domu, w nagrodę dostaniesz pyszną kolację, którą nam ojciec przygotuje, czyli wyjmie z lodówki i  wstawi do piekarnika. A ja będę "chorować" w towarzystwie trzech facetów. 

Andrzej, tak  jak obiecał, przyjechał do "swej ulubionej pacjentki"  zaraz po 13,00, a nie po 10,00 rano,  obejrzał z wielkim zadowoleniem stopę Marty - było sucho i przywiezionymi wysterylizowanymi  nożyczkami obciął  skórę i zrobił nowy opatrunek. Przy okazji  musiał wysłuchać opowieści Wojtka, jakie to mrożące w krew żyłach kłopoty ze stopami  miewała Marta, więc niech  się Andrzej  nie dziwi, że ten pęcherz to było dla niej "małe piwko", ona ma już spore  doświadczenie a on  już się uodpornił i ..... przyzwyczaił. 

Andrzej przyjechał tym razem  z  chłopcami,  którzy   z przejęciem   oglądali  ciotczyną  stopę,  bili  brawo, że ciocia nawet  nie  skrzywiła  się przy  zastrzyku. Andrzej  zatelefonował do swych  rodziców, przepytał się o najlepszy dojazd , wyściskał się  z domownikami i obiecał, że  wieczorem  zadzwoni a może nawet  wpadnie. Jakoś nie bardzo  mu się spieszyło do tej wizyty.   Dzieciaki zjadły na lunch zrobione przez  dziadka Wieśka naleśniki udające pizzę.  Wieczorem Andrzej doniósł, że  wizyta się udała a dzieci były  grzeczne. Obiecał, że  gdy skończy  wieczorny obchód to nim się położy  spać zda im  sprawozdanie z wizyty. 

No ale niestety nie zatelefonował, bo musiał zoperować przywiezionego pacjenta- niby  nic wielkiego, wyrostek robaczkowy, ale.....rozlany. Jakiś odporny był ten pacjent, bo z bólem pojechał jeszcze na  ślub kolegi  w  sobotę, a w ramach leczenia  bólu wypił  nieco i Andrzej  nie mógł  się nadziwić  jak można  wpaść na pomysł, żeby ból wyrostka leczyć wódką. No to miałeś przynajmniej zdezynfekowanego od środka pacjenta- wódka wszak też dezynfekuje -  śmiała  się  Marta. A był trzeźwy gdy go przywieźli ?- spytała. No tak - doszedł do genialnego  wniosku, że to chyba jednak nie żołądek go boli, bo po wódce to by mu przeszło gdyby to była jakaś niestrawność. Szalenie  rozbawiła Martę ta opowieść. Zrobiła prędko zdjęcie swej  stopy smartfonem i  wysłała  do Andrzeja - wygląda  świetnie- odpisał Andrzej. Goi się na  tobie  jak na psie.  Raczej jak na  suce - sprostowała Marta. I to bez nawet  jednego  kieliszka wódki! Ewenement- no nie???  Fakt - zaśmiewał się Andrzej. A o wizycie  to ci opowiem gdy  się zobaczymy- w  sumie było całkiem  sympatycznie, chłopcy  byli dobrze wysterowani przez Ewę, oglądali kolekcję samochodzików mojego ojca - bo stary od wielu lat zbiera samochodziki, ale  tylko modele  zabytkowych samochodów. Pozwolił im  nawet niektóre  wziąć  do ręki i  opowiadał ze  szczegółami o tych modelach. Nie  miałem pojęcia, że on  zbiera takie samochodziki - za mojej kadencji  w domu nie zbierał. Chłopcy byli zachwyceni. Co do Leny - powiedziałem matce jak się Lena popisała - była zdumiona. Ona im  się nie podobała głównie  dlatego, że była "zbyt swobodna", dość wyzywająco się ubierała i zdaniem  mojej matki za  bardzo  się malowała. No a  chłopcy sporo opowiadali o Ewie i rodzice  mnie nawet pochwalili, że nie posłałem ich  do przedszkola, bo to jednak jest  wylęgarnia  różnych  chorób - sprawozdawał Andrzej. A dzieci powiedziały  dziadkom, że mama jest teraz w  szpitalu, bo zachorowała z powodu palenia papierosów, a palenie papierosów jest bardzo, bardzo złe. Matka stwierdziła, że byłoby miło, gdybym ich przywoził do nich  na  weekendy. 

Trochę się  dziwiła, że ja często/gęsto pracuję w  weekendy i dopiero ojciec jej uświadomił, że przecież szpitale pracują "na okrągło", bo ludzie  chorują bez  względu na to jaki jest to  dzień tygodnia.  Trochę była  zdumiona, że nie mam własnej praktyki prywatnej, więc musiałem jej nieco oczęta otworzyć opowiadając ile  czego potrzeba do najprostszego  zabiegu chirurgicznego i ile kosztują leki, materiały opatrunkowe, narzędzia i cała najprostsza  nawet aparatura.  Jej się chyba  wydawało, że chirurg  to jak dentysta - może mieć bez problemu własny gabinet i wykonywać  najrozmaitsze operacje. A na końcu  się uśmiałem, bo rodzice chcą się z powrotem sprowadzić do Warszawy i zaczynają  studiować ogłoszenia. Bo jednak coraz  trudniej im  się tu  mieszka no i ciężko tę dużą chatę i posesję "obrobić". Powiedziałem im tylko to co wy mi  mówiliście - by nie  szli do tych prywatnych inwestorów i by raczej rozglądali  się za już wybudowanym mieszkaniem. 

Mówiłem im  o was, że dzięki  wam mam teraz  brata i siostrę i że kiedyś  was do nich przywiozę.  Dzieciaki też o was opowiadały, a o Misi tak mówili, że matka odniosła wrażenie, że to dziewczynka, wasza  córeczka  a nie piesek. Obiecałem rodzicom, że następnym  razem zaproponuję Ewie  by też z nami do nich przyjechała.  Ojciec zainteresował  się "Miasteczkiem Wilanów" i chce  się tam z matką wybrać. Na  szczęście  już dojrzeli do zwykłego  mieszkania a nie domu. Bo jednak własny dom to tyle  samo kłopotu co i radości,  a im  człowiek  starszy tym więcej kłopotu niż radości. W każdym razie było lepiej niż się  spodziewałem.  Oni już nawet oglądali te  domki na Kabatach i też  stwierdzili, że szkoda na to pieniędzy.  Przymierzali się też  do  mieszkania   w bloku  w Piasecznie, ale odpuścili, bo jak  mama orzekła to czułaby się jak w  przeludnionym ulu.  Ale z tego co mówili, to wywnioskowałem, że oglądali  mieszkania  w którymś  ze starych bloków z wielkiej  płyty, więc  może nic  dziwnego, że odnieśli takie  wrażenie. Powiedziałem im, że my  mieszkamy w bloku,  ale nie czuję  się w nim  wcale jak  w ulu, więc może niech do nas wpadną,  bo na Ursynowie ciągle  coś się buduje i często można kupić jakieś mieszkanie.  Obwiozę ich któregoś  dnia po Ursynowie, bo to osiedle z okna  samochodu świetnie  się prezentuje. A oni jakimś  cudem  nigdy tu nie  byli. W drodze  do  domu  dzieciaki  mi powiedziały, że obaj dziadkowie , czyli wasi ojcowie  są fajniejsi, a zwłaszcza dziadek Wiesiek, bo rozmawia  z nimi jak z dorosłymi i nie  mówi o nich "dzieciaczki"  tylko "chłopcy".

Marta się uśmiała z tych opowieści, a potem powiedziała, że jak  zna życie, to za miesiąc  lub  dwa, jego rodzice ogromnie się zniechęca  do myśli o przeprowadzce i niech oni, nim on ich obwiezie po Ursynowie powędrują trochę po różnych nowo budowanych osiedlach. A miasteczko Wilanów, a  właściwie mieszkania , które tam powstają  raczej  nie  zachwycą  rodziców. I opowiedziała  o  swoich doświadczeniach z wizyty  w jednym z "okazowych" budynków, w którym w mieszkaniach  projektant zrezygnował całkowicie z....drzwi w pokojach. Co gorsze, gdyby komuś  się jednak zachciało mieć drzwi to musiałby robić je na  indywidualne  zamówienie, bo "otwory  drzwiowe"  w ścianach były zupełnie niewymiarowe.  Marta zwiedziła  tylko jeden blok w tym miasteczku Wilanów i tak  się  tym "okazowym" mieszkaniem zraziła, że od razu skreśliła  całe osiedle  z listy  swych  zainteresowań.  

Opowieść o domu  z mieszkaniami bez  drzwi bardzo  spodobała  się Andrzejowi, który zaraz opowiedział, że najwidoczniej projektantowi spodobał  się  system mieszkania  w jurcie mongolskiej, w której na wspólnej przestrzeni mieszkają trzy pokolenia niczym od  siebie nie oddzielone. 

Ojciec Andrzeja  mówił, tak między  wierszami o tym, że on to by  chętnie przeprowadził  się albo na starą  część Sadyby lub Wilanowa i że teraz bardzo żałuje, że to poprzednie swoje  mieszkanie sprzedali  zamiast dać je pod  wynajem ( a tak im  wtedy  radził Andrzej)  bo gdyby ono nadal było ich to mogliby tam mieszkać, choć to było drugie piętro,  a oni woleliby parter. A najbardziej Andrzeja rozśmieszyło ojcowskie  zapytanie   "a co ty nam radzisz  synu?",  na które odpowiedział, że nie jest  w stanie  niczego im  doradzić, bo on i oni to dwie  zupełnie  różne "bajki", a każdy doradzający zawsze doradza kierując  się własnymi upodobaniami i potrzebami. Obiecał im jednak, że w miarę swych możliwości czasowych  obejrzy  to co wyda  się rodzicom interesujące. No i doradził  również  by wypisali swe  życzenia  odnośnie nowego lokum bardzo  dokładnie i skontaktowali  się z osobami zajmującymi się kupnem-sprzedażą  domów i  mieszkań. Bo tego rodzaju pośrednicy mają więcej informacji niż tylko ogłoszenia w gazecie codziennej - to firmy  żyjące z pośrednictwa w tej materii i na ogół  mają bardzo dobre  bazy  danych. 

A jak  ty sobie synku dajesz radę bez żony? Gotować to ci pewnie  gotuje  ta niania do  dzieci. Andrzej tylko się  roześmiał i powiedział - jest  mi naprawdę świetnie bez  żony - pani Ewa zajmuje  się dziećmi, uczy je wielu rzeczy, między innymi utrzymania porządku, a  ja mam w klinice świetną kantynę i tam  jem obiady  i jem  drugie śniadania, pomijam fakt, że umiem też ugotować  coś  w razie potrzeby, poza tym mam w domu takie udogodnienia jak zmywarka  i pralka.  A najważniejsze dla mnie jest to, że mam prawdziwych przyjaciół. Jedyne to, czego zawsze mam zbyt mało to - czas. Ale  już zgłosiłem w dyrekcji, że jestem teraz samotnym ojcem, więc nie  będę tak bardzo dyspozycyjny jak  dotychczas. Zawód lekarza nie jest jednak łatwy, to wielce obciążające psychikę  zajęcie, do tego trzeba być wciąż na  bieżąco z nowymi metodami leczenia, nową aparaturą.  Poza tym co jakiś  czas wyjeżdżam za granicę.  Ostatnie Boże Narodzenie spędziłem w  Londynie i moi przyjaciele, Marta i jej mąż, Wojtek,  przywieźli do  mnie chłopców. To ich właśnie uważam za swoje rodzeństwo. 

A moi chłopcy ochrzcili ojca Wojtka  swym dziadkiem - jest dla nich  wzorem i co dziadek Wiesiek powie to jest święte. A że "dziadek Wiesiek" jeszcze własnych  wnuków  nie posiada to moi chłopcy  całkiem  zawojowali jego  serce. A oni  nie tęsknią za matką? - podpytywała Andrzeja matka.  Raczej nie, bo pani Ewa nie  skąpi im  czułości, choć ich  nie  rozpieszcza.  Oni ją poprosili, by ona  spała  z nimi  w jednym  pokoju, więc przemeblowałem mieszkanie i oni mieszkają razem   z nią  w jednym pokoju. Ale bardzo możliwe, że będzie  bardzo niedługo  miała  swoje własne  mieszkanie w sąsiednim  budynku - małe, dwa pokoje  z kuchnią. Ja nadal mam  przecież  nocne dyżury, nie pracuję tylko przedpołudniami -  szpital to takie wariatkowo czynne  całą  dobę  tak jak organizm człowieka. Tak naprawdę to szalenie obciążający zawód, chirurgia zwłaszcza. Bo choć to może brzmi dziwnie, ale często życie pacjenta  jest dosłownie  w rękach chirurga. I nie  dość, że już na  starcie gdy  zaczynasz  pracować musisz  mieć wiele wiadomości, bo organizm człowieka  to szalenie  skomplikowane urządzenie, to stale  coś nowego nam, lekarzom, wpada w oczy, coraz  więcej dolegliwości można uleczyć lub przynajmniej ułatwić pacjentowi życie codzienne.

Ojciec Andrzeja głośno odchrząknął i półgłosem powiedział - zmarnowaliśmy tyle  czasu żyjąc oddzielnie zamiast ci pomagać, ale  może gdy będziemy mieszkać bliżej to  wszystko się jeszcze "wyprostuje". Na ogół  zawsze po latach niepowodzeń  przychodzi dobra passa. Zobacz, jak oni delikatnie obchodzą  się z tymi modelami.  Andrzej rzucił okiem w  stronę chłopców i powiedział - oni nigdy nie niszczyli zabawek chociaż dopytywali  się  co one  mają  w środku.

Gdy Andrzej już to  wszystko opowiedział Marcie ta powiedziała - gdy już będę mogła swobodnie  stać na nodze a ty  będziesz znał swój grafik to zrobimy "mały  spęd"- ty z dziećmi i swoimi rodzicami i może też z Ewą, jeśli już będą ją  znali.  Ojciec Wojtka będzie  w siódmym niebie bo on uwielbia takie  spędy. A twoi rodzice ?- zapytał Andrzej. Pomału  - i bez  nich to będzie zgraja ludzi, zdążymy jeszcze ich poznać z twoimi rodzicami.  Jak  się nasi "starsi" poznają i polubią to sami będą  sobie zapewne urządzać  "spędy".

                                                                           c.d.n.



wtorek, 2 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 106

 Andrzej szykował się do wizyty z  dziećmi u  swych  rodziców  niczym średniowieczny rycerz  do wyprawy krzyżowej - tak to określiła  Marta. Wyluzuj, to przecież  twoi rodzice  a nie nowy pracodawca na którym  musisz   zrobić jak najlepsze  wrażenie na kilku frontach by otrzymać dobre stanowisko i odpowiednie   warunki finansowe - tłumaczyła  mu Marta a wtórowali jej Wojtek i jego ojciec.

No nie  byłem idealnym  synem, wiecznie  z ojcem koty darłem- to szalenie  apodyktyczny facet, który zawsze  lubił wszystkim  rządzić i narzucać  swą  wolę. On sobie  wymarzył syna-architekta i mało mnie  nie pobił, gdy mu powiedziałem, że nie będę  studiował  architektury bo mnie to nie interesuje. A na  dodatek ożeniłem  się z Leną, która na pewno nie  była  dla którejkolwiek pary  rodziców wymarzoną  synową.  Pyskata, swobodna, "wypacykowana", jak mawiała  mama no i spieprzyliśmy  "w krótkich obcugach"  z wesela- tłumaczył Andrzej. Co prawda mówiłem, że my nie  chcemy żadnego wesela, no ale zdaniem moich "starych" jak jest ślub to musi i być  wesele,  bo tak  sobie  to wymyślili.

No wiesz- ja też podpadłem- co prawda nie  z powodu ucieczki z  wesela,  ale z dlatego, że  w tajemnicy  zdałem na studia w Warszawie  a nie jak  Bóg przykazał w Austrii i powiedziałem o tym, gdy już  wiedziałem, że jestem przyjęty na te  studia.  Co prawda  gdybym  zdawał w Wiedniu to też na informatykę. Jak się już  "starzy" nazłościli na mnie  to powiedziałem, że gdyby musieli płacić  za moje  mieszkanie i utrzymanie  w Wiedniu to byłoby to znacznie  droższe niż mieszkanie w Warszawie  z siostrą mego ojca - mówił Wojtek. 

Marta zaśmiała się - wygląda na to, że ja  miałam najlepiej z  was-  dwa lata straciłam na wymyślaniu co bym  chciała  studiować, raz oblałam egzamin na  medycynę, a mój tata  wcale mnie nie popędzał mówiąc  żebym  się spokojnie  zastanowiła co chcę  studiować to potem będę przecież  pracować w  wybranym przez  siebie  kierunku.  No wiesz - twój tata to  szalenie szalenie delikatny i wyrozumiały  człowiek - powiedział Wojtek. Ja go naprawdę kocham i naprawdę bardziej niż własnego ojca. Chociaż nie da  się ukryć, że mój ojciec  bardzo, bardzo  zmienił  się na korzyść  odkąd się rozszedł z  mamą.  Ponieważ w  domu funkcjonowałem  głównie "na podsłuchu" to nie jeden  raz słyszałem, że on, dla dobra Marty,  zawalił swoją drogę zawodową, bo  gdyby wyjechał na placówkę to Marta  musiałaby iść  do szkoły z internatem. Moja matka mówiła, że ojciec Marty histeryzuje i że tam przecież   bardzo dbają o te dzieci i one  widują  się  z rodzicami gdy są ferie  lub  wakacje. To  była  w Warszawie jakaś  szkoła  z internatem? - dziwił  się Andrzej. No tak, bo w niewielu krajach były polskie  szkoły, a dzieci  wszak  muszą chodzić do szkoły. Nie  wszyscy rodzice , tak jak moi, pakowali dzieciaka do  szkoły za  granicą, a z kolei  w niektóre miejsca nie  wysyłano facetów bez  żon. Tylko nie pytajcie  mnie dlaczego - powiedział Wojtek. To proste - powiedziała  Marta- samotni nie byli brani pod  uwagę żeby  nie  wpadli na jakąś podstawioną babkę i nie wyjawili jakichś "wrażliwych danych". Kiedyś mi to tata wyjaśniał.

Andrzej był wielce  zestresowany czekającą  go wizytą.  Początkowo był zdecydowany by  wziąć  również  ze sobą  Ewę, ale ten pomysł wybiła mu  z głowy Marta mówiąc, że być może obecność  Ewy rzeczywiście odwróci nieco uwagę jego rodziców od  chłopców i nie  będą  dręczyć  dzieci pytaniami, ale w zamian  za to może się liczyć z bardzo niewygodnymi pytaniami odnośnie Ewy - w rodzaju czy ma na przyszłość  jakieś plany wobec  niej lub wręcz  dociekania czy przyczyną rozwodu jest rzeczywiście zachowanie i choroba Leny czy może on romansuje ukradkiem  z Ewą.  Bo  Ewa  zdecydowanie  nie  wygląda  na nianię do dzieci - żadna  pani domu nie zatrudniła by jej u siebie bo dziewczyna jest atrakcyjna.  Poza tym  Marta wcisnęła Andrzejowi koszyczek  z fiołkami afrykańskimi w doniczce dla mamy   a dla  taty "sztywny bukiet" w postaci dobrego koniaku - z domowych zapasów  swego taty.  A dla chłopców "zaczarowaną tablicę" na której  mogli rysować i jednym ruchem  ręki skasować to co nabazgrolili. Gier elektronicznych  nie  pozwoliła im wziąć, bo  nadal Wojtek z Michałem nie  mieli czasu by zajrzeć im "w bebechy" i skasować lub mocno wyciszyć ich dźwięk. 

I pokajaj się przed mamą, że się ożeniłeś z Leną, to może się dowiesz  czemu nie  chcieli jej za synową- dodała na końcu Marta. I pamiętaj, że  dzieci mają bardzo dobry  słuch i najczęściej  słyszą to, czego nie powinny, więc reaguj natychmiast gdy któreś zacznie "ćwierkać" coś, o czym dzieci   nie powinny słyszeć - po prostu zwróć rodzicom  cicho  uwagę, że to temat tabu bo są  dzieci. Obiecaj, że zaspokoisz ich ciekawość innym razem gdy nie będzie obok dzieci. I dobrze, że nie idziesz z dzieciakami na obiad a tylko na podwieczorek - jest większa  szansa, że dostaną na talerze to co lubią - zapewne  jakieś ciasto twoja mama wymodzi sama jeśli lubi piec lub ewentualnie kupi. I zapewniam  cię, że oni też  są tak  samo jak ty zestresowani.

Muszę jeszcze dziś wieczorem do nich zatelefonować i przepytać się którędy do nich jest najwygodniej  dojechać, bo ich chałupa stoi  obecnie na granicy  dwóch "zadupiów", a wiem, że w okolicy pobudowało  się  sporo chałup i nie wiem czy trafię, bo pozmieniały  się na pewno  "punkty orientacyjne".  A wolałbym  nie błądzić i nie wypytywać o nich po drodze. A gdzie to jest?  A tak bliżej Piaseczna niż  Warszawy, kiedyś  był tam dojazd  tylko od  strony  Piaseczna a teraz jest podobno od  drogi na Lesznowolę, która odchodzi od  Puławskiej jeszcze przed  Piasecznem. Zero komunikacji z Warszawą, bez samochodu to tam  się nie istnieje i ojciec nie mógł pojąć, że ja nie  chcę tam  mieszkać. Zero sklepów - wszystko ciągniesz z Warszawy lub Piaseczna. Zero pomocy  medycznej - najbliższy lekarz w Piasecznie. Jak kupili tę  chałupę  to obok  były  tylko puste działki budowlane. Wiem od innych, że tam teraz już sporo się pobudowało, bo działki były tanie, wiele osób kupowało  działkę, inwestowali w budowę a potem sprzedawali  całość i to się ponoć opłacało. Ta ich parcela jest olbrzymia, jest co obrabiać, chałupa piętrowa  i siedzą tam sami. Ja tam to chyba  aż trzy razy byłem i bałbym  się tam  mieszkać, bo dookoła pusto, droga dojazdowa  nie utwardzona i tym podobne luksusy. Stary to się "złaszczył" bo to była tania chałupa. Jak ojciec zemrze to mi przypadnie  zapewne  w spadku i wtedy natychmiast sprzedam. A dla matki to kupię jakieś małe mieszkanie  w Warszawie. Gorzej będzie  gdy to ona pierwsza  odejdzie, bo z nim się trudno dogadać. No a na dodatek to wcale  mnie pod  względem projektowym ta  chata  nie odpowiada, bo na dole living room to ma lekko ze 46 metrów kwadratowych, mnóstwo okien  do mycia a pokój trudny do ogrzania  zimą , kuchnia też taka wielka, że można się  w berka  bawić, a na piętrze małe pokoiki. Plac ma  ze 2 tys. metrów kwadratowych, jest  co kosić i przycinać.  No istne wariatkowo, garaż na dwa samochody. Ale jak zimą dobrze posypie to z posesji nie wyjedziesz, bo nie ma kto "ulicy" odśnieżyć. Matka do mnie kiedyś  dzwoniła  z pytaniem czy nie przyjechałbym odgarnąć  śniegu bo z garażu ojciec nie może wyjechać,  więc jej tylko powiedziałem, że jestem  chirurgiem a nie  facetem z  zakładu oczyszczania  miasta i że powinni raczej pomyśleć nad  sprzedażą tej chałupy, bo z wiekiem  będzie  coraz  ciężej. A mieli całkiem miłe  mieszkanie na Wierzbnie, blisko Puławskiej ale  hałas z Puławskiej tam nie  dochodził.  I był to ładny, przedwojenny budynek. Trzy duże ładne pokoje na drugim piętrze, blisko do sklepów, blisko do lekarza.

Ciekawy jestem czy już  ojcu  minął entuzjazm do mieszkania na  takim  zadupiu. On to zupełnie  nie  rozumie, że ja właściwie wciąż jestem poza domem, że ja nie pracuję w  domu tak jak on  to robił. I chyba  nie  dotarło do niego, że gdybym  był, tak jak  mu się marzyło, architektem, to też  bym  nie pracował  w domu tylko w jakimś  biurze projektowym. Bo staremu  się marzyło, że ja będę projektował domy  a on je  będzie  sprzedawał. Brakowało  tylko w tych planach trzeciego ogniwa- tego kto je  będzie budował.

Wiesz,  a myśmy się  w pewnej chwili przymierzali się do kupna jakiegoś domu, nawet oglądaliśmy te domki na Kabatach, ale one  straszliwie  drogie i małe i są raczej wiaty przy nich  a nie garaże. Potem  z  Ziukiem oglądaliśmy też budujące się domy w Powsinie - bliziutko Ursynowa, ale projekty były delikatnie mówiąc kiepskie, zero sklepów, las pod  nosem, żadnego zabezpieczenia przed kradzieżą, bo ogrodzenie ze zwykłego drutu- nawet nie  siatka, tylko takie jak czasem pastwiska są ogrodzone. Do Ursynowa dojazd  drogą bitą przez ugór. No i oczywiście sprawa  zmarła  śmiercią  naturalną - powiedział Wojtek. 

Nie  stresuj  się na  zapas- pamiętaj  cały  czas, że masz fajne mieszkanie, niedaleko do pracy i masz nas - więc nawet głupie  gadanie  twego ojca  jednym uchem  wpuszczaj a drugim  szybko wypuszczaj - powiedziała  Marta.  Jesteś już  dawno poza  zasięgiem  wpływu ojca na twoje życie- to nie on będzie teraz  tobie potrzebny ale prędzej ty jemu. Jeśli poczujesz dyskomfort to  wyjdź do toalety i wyślij do nas  sms SOS- nic  więcej,  a Wojtek lub  ja  natychmiast do ciebie  zatelefonujemy, że masz wracać do kliniki i przyjedziecie wtedy do nas, żebyś to spotkanie odreagował. My się  nigdzie  nie wybieramy, ja mam zamiar pisać ale Wojtek i ojciec będą wolni. A poza tym mogę  w każdej chwili przerwać pisanie i odetchnąć.

Wstając  z fotela Marta lekko się  skrzywiła, co nie umknęło uwadze Andrzeja i  zapytał co ją boli i czy może to prawy dolny kwadrant  brzucha. Nie, ale zrobił mi się pęcherz pod  spodem stopy i chyba  muszę go przekłuć, bo sam cholernik nie pękł jak dotąd.  Pokaż- zarządził Andrzej - skoro sam nie pękł i boli gdy obciążasz  nogę, to muszę  to zobaczyć . Marta  szybko ściągnęła skarpetkę i pokazała spód  stopy. Obejrzał i powiedział - jedziemy do mnie, do zabiegowego - to bardzo brzydko wygląda, trzeba  to wpierw porządnie odkazić a potem przeciąć bo tam chyba jest ropa. No to ja mam przecież wodę utlenioną i jodynę i jałowe opatrunki. Fajnie , że masz,  ale ja nie mam tu skalpela i antybiotyku. 

Zobacz Wojtek , pół podeszwy stopy jest czerwone.  Jedziemy do kliniki. Od kiedy to hodujesz?  Dopiero drugi dzień mnie  boli, liczyłam, że  samo pęknie, lub przyschnie  sam, przedtem  był płaściutki ten pęcherz. Teraz tam się coś dużo płynu zebrało i miałam nadzieję, że samo pęknie.  Miałam jakieś "zagięcie" we wkładce do buta  a podeszwy  stóp to mam jak niemowlę - jak  na przykład mam zbyt grubo tkane  skarpetki to zawsze mi się coś  zdarza, zwłaszcza gdy jestem  w adidasach. Gdy chodzę  w szpilkach to czasem nowe  szpilki mi ocierają pięty, więc  zawsze mam na początku plastrem oklejone, dopóki się bucik nie  dopasuje  dobrze do pięty. 

Możesz doskakać do drzwi na dole na jednej nodze, ja dojadę pod samą bramę - stwierdził Andrzej. Nie  musi skakać, ja ją zniosę te pięć schodków - stwierdził Wojtek - to tylko 52 kg żywej  wagi.  Nie - zaprotestowała Marta- poskaczę , nie będziesz  mnie nosił, druga przepuklina nie jest ci potrzebna. Tylko zadzwoń do ojca żeby wracając do domu z ośrodka odebrał Misię od  mamy z kwiaciarni. To jedziemy  w dwa  samochody?  - spytała Marta. Moim  zdaniem tak- powiedział Wojtek- a moim zdaniem jedziemy tylko moim samochodem, bo jak ją opatrzę to was do domu odstawię- zarządził Andrzej.  Jak chcecie- mnie to obojętne, wnerwiona jestem tą stopą.  

Na razie  to jedziemy zobaczyć co się tam  dzieje i dopiero wtedy  będę wiedział co dalej- zarządził Andrzej. Gdy  zaparkujemy przy klinice pójdę po wózek dla ciebie, żebyś już nie  skakała. Szczepiłaś się przeciw  tężcowi? Kiedyś, bardzo, bardzo dawno, na pewno więcej niż 10 lat temu, bo miałam rozwalone kolano a hulnęłam na kamienie  na wiejskiej drodze.   No to może  tylko dawkę przypominającą ci zlecę, wpierw i tak  muszę obejrzeć to dokładnie.  Ale na antybiotyk to się pewne  załapiesz. I z tydzień posiedzisz w domu z nogą na  wysokości swej pupci a nie  opuszczonej w dół.

                                                              c.d.n.


niedziela, 31 marca 2024

Córeczka tatusia - 105

 Mniej więcej trzy tygodnie później do Andrzeja zatelefonował Ziuk z wiadomością, że on jest umówiony z jednym z lokatorów budynku w którym mieszka  Andrzej, bo ten człowiek chce  sprzedać dwupokojowe mieszkanie w sąsiednim budynku i Ziuk wpadł na pomysł, że kupi to mieszkanie. Umówiony jest  z właścicielem tego mieszkania na najbliższą  środę. Ale to rozmowa nie na telefon, więc Ziuk  chciałby porozmawiać o tym z Andrzejem w cztery oczy. 

Andrzeja nieco zatkało, ale szybko zerknął w rozpiskę swych  dyżurów i stwierdził, że jeśli to takie pilne, to może  Ziuk wpadłby do niego do kliniki, we  wtorek, bo on tam będzie  od 14,00 do 22,00  i  tego dnia raczej nikogo nie  będzie operował, a w ogóle najlepiej gdyby wpadł  zaraz o 14,00. Ziuku, ale ja nie mam bladego pojęcia po ile teraz "chodzą" mieszkania  na Ursynowie, więc chyba nie  za bardzo ci rozjaśnię w głowie. Ależ mnie nie idzie o ceny mieszkań, bo te  znam, mam inne pytania. Andrzej jeszcze  tego samego  dnia  zatelefonował  do Wojtka  z pytaniem, czy może on wie co Ziukowi odbiło, że chce  nabyć  jeszcze jedno  mieszkanie - przecież mają mieszkanie to co Ziuk przejął od Wojtka.  Usłyszał tylko w odpowiedzi, że Wojtek nic o tym nie wie,  a Michał nic  nie mówił, że Ziuk ma w planie kupno jeszcze jednego mieszkania. 

Ziuk, tak jak było umówione  wpadł do Andrzeja do kliniki i zreferował mu sprawę - otóż jego żona przyjaźni się okrutnie  z  panią majstrową a ta od lat z matką Ewy i matka Ewy wymyśliła, by Ziukowa  lub lepiej  Ziuk kupił na  siebie te  dwa pokoje z kuchnią, bo one są obok  bloku, w którym  mieszka Andrzej  i byłoby to mieszkanie  dla Ewy. Andrzej patrzył się  na Ziuka, słuchał, odpowiadał na pytania i w końcu  powiedział - ja tylko nie mogę pojąć dlaczego tego mieszkania nie może od  razu kupić na  siebie Ewa. Po co robić takie dziwne transakcje? Ja zupełnie tego nie rozumiem.  No bo rodzice Ewy są bardzo, bardzo oszczędni i jakimś psim  swędem dowiedzieli się, że gdy  mieszkanie kupuje ktoś, kto nie ma stałego  meldunku w Warszawie od lat, to wtedy cena mieszkania jest wyższa. A ona przecież ma stały meldunek w Bydgoszczy. Poza tym Ziuk  bardzo dokładnie  wypytywał Andrzeja jak  się spisuje Ewa, czy dzieci ją lubią, czy on jest  zadowolony z jej pracy.  Andrzej odpowiedział na  wszystkie  pytania i na koniec  powiedział, że musi się "przespać" z tą prośbą Ziuka, a właściwie  to z prośbą rodziców Ewy. No i oczywiście nic o tym wszystkim  nie powie Ewie. A czy komuś innemu mogę powiedzieć?- zapytał. No tak  ale też  z zastrzeżeniem, by Ewa o tym nie wiedziała. 

No dobrze, ale co Ewa będzie  miała  z tego, że ty kupisz to mieszkanie - bo słucham tego i wciąż nie wiem o co chodzi. No bo ja będę jej to mieszkanie wynajmował za darmo, jako przyjaciel rodziny- uświadomił go Ziuk.  No a pieniądze to i tak będą jej rodziców, tylko ona ma o tym nie wiedzieć. Andrzej popatrzył na Ziuka i powiedział - chyba jestem jednak mało bystry bo jakoś  zupełnie to do mnie  nie trafia. A w ogóle skąd oni wiedzą, że  w sąsiednim obok  "mojego"  bloku jest mieszkanie  do kupienia? W gwiazdach  to wyczytali  czy jakaś  tarocistka im to w kartach  wypatrzyła?

No ode mnie wiedzą, bo w mojej skrzynce listowej była kartka z taką informacją. Teraz jest taki zwyczaj, że sprzedający  wpierw wrzuca informację o tym, że  chce  sprzedać mieszkanie do skrzynek pocztowych lokatorów budynku, w którym mieszka i w  sąsiednim. Ci widocznie chcą  szybko sprzedać, bo powrzucali kartki w okoliczne  bloki. No a jestem  w to wszystko zamieszany, bo wszak sprzedałem  chałupę i ziemię i mogę  się wykazać, że stać mnie na taką inwestycję - oczywiście  dzięki temu, że Wojtek mi to wszystko sprzedał tylko po kosztach które  rzeczywiście poniósł a pan majster pewnie ma  trudności z wykazaniem  w razie  czego wszystkich wpływów.  Bo nie  wszyscy płacą oficjalnie.

A wiesz Ziuku, że Ewa teraz mieszka u mnie i śpi w pokoju chłopców?  Chcę  się w tygodniu zamienić z ojcem Wojtka na sofy, bo on ma taką porządną, podwójną a ta to jest wąska. A jemu  z kolei taka wystarczy, bo praktycznie jest stale  u Wojtka i Marty. Bo Marta "zarobiona" z okazji pisania  magisterki a on pilnuje żeby miała zawsze gorący obiadek gdy wróci do domu i drugie śniadanie gdy będzie na  wykładach.

Andrzej oczywiście zaraz  po rozwodzie powiedział swemu dyrektorowi, że od teraz jest samotnym ojcem, a sąd przyznał  dzieci jemu, więc ma nadzieję, że szef weźmie to pod uwagę i nie  będzie mu wtykał zbyt wielu "nocek", bo jednak to jeszcze małe  dzieciaki i nie może ich zostawić  na noc samych a za każdą noc, gdy będą zostawały  z opiekunką to on oczywiście  musi płacić. Poza tym tak mimochodem wspomniał, że gdyby wcześniej  mu się pokomplikowało życie osobiste to zostałby  w Londynie i tam po prostu  ściągnął dzieci. Nie ukrywał, że odpada opieka Leny nad  dziećmi, że teraz Lena już jest na leczeniu, więc on automatycznie  musi więcej  czasu poświęcać dzieciom. A tak naprawdę to on już nigdy  nie  zaryzykuje by zostawić ją samą z  dziećmi  w domu. Może będzie  to możliwe za jakiś czas gdy Lena przejdzie  wielomiesięczną kurację. Szef, któremu Andrzej powiedział o chorobie  Leny stwierdził, że Andrzej  powinien  raczej  nie mieć  złudzeń i że choć  czasami i przez  rok może być wszystko dobrze, to jednak następują okresy pogorszenia i  nikt nie jest w  stanie przewidzieć w jakim  stopniu stan się pogorszy.  Andrzej powiedział w pracy, że na razie w opiece nad  dziećmi pomagają mu przyjaciele i dalsza rodzina.

W domu Andrzej wytłumaczył z kolei Ewie, żeby gotowała posiłki tylko dla dzieci i siebie, bo on będzie  się stołował w kantynie. Oczywiście na  swoje posiłki Ewa ma brać te produkty co i dla  dzieci. I niech  dzieci pomagają  jej w sprzątaniu, on też się do tego włączy, bo ona nie jest "pomocą domową" ale wychowawczynią dla dzieci. Od  września starszy będzie  już  chodził  do zerówki, do której nie jest na szczęście daleko. W dni,  w które Andrzej idzie do pracy później on go zaprowadzi, a Ewa razem z młodszym odbierze. Oczywiście pierwszego dnia odprowadzą go oboje, bo Andrzej przedstawi Ewę osobie, która będzie  wychowawczynią grupy  "zerówkowej".

Jak powszechnie wiadomo ściany mają uszy i oczy i dość  szybko rozeszła  się wiadomość, że Wojtek jest po rozwodzie.  Fakt, że dzieci  zostały przy nim dawał paniom chętnym do podrywu dużo do myślenia i bardzo skutecznie  zmalała ilość  zainteresowanych  nim pań.  Co innego poflirtować i pożartować  a co innego "wkręcić" się w pomaganie w opiece nad dziećmi samotnego ojca. Na  biurku  w  swoim  gabinecie Andrzej zlikwidował zdjęcie Leny z dziećmi, były tylko zdjęcia dzieci oraz Marty w objęciach Wojtka i swego teścia.

Ojciec Wojtka,  czyli  "dziadek Wiesiek" dość  szybko i sprawnie  przeprowadził  zamianę sof  oraz  zorganizował rzecz  całą angażując  do tego "pana majstra". W tempie  ekspresowym bo w niecałe trzy godziny sofy zamieniły  się  "adresami" i living room w mieszkaniu Andrzeja zamienił  się  w pokój  chłopców i Ewy. 

Andrzej dojrzał wreszcie do chwili, o której myślał już od jakiegoś  czasu - zatelefonował do swego ojca z pytaniem, czy mógłby rodzicom w któryś weekend przedstawić swych synków, bo chyba  czas by poznali swego własnego  dziadka. Tylko nie przywoź tu tej rozkoszniaczki - powiedział ojciec. Andrzej tylko się zaśmiał mówiąc - nie ma obawy, jesteśmy rozwiedzeni i sąd mnie przyznał opiekę nad  chłopcami. I co, masz  drugą żonę? - spytał ojciec.

Nie, ale zaangażowałem do  opieki  nad nimi osobę która  jest po studiach wychowania przedszkolnego. Dzieci bardzo ją lubią, mówią nawet  do niej  "ciocia". No to ją też przywieź.  Raczej nie, bo jeśli ja nie mam w weekend dyżuru to ona ma wtedy wolne i z tego korzysta. Ona po prostu u  mnie pracuje, płacę jej ZUS.

A dlaczego mówisz, że przedstawisz  synków? Ja słyszałem, że masz syna i córkę. Ta twoja "była" kiedyś spotkała Frankowską i powiedziała, że drugie  dziecko to będzie  dziewczynka, bo tak wykazało USG. No to najzwyczajniej  w  świecie  skłamała - powiedział Andrzej. Nie było nawet  cienia podejrzenia, że  drugie to dziewczynka. To ile twoje chłopaki już mają lat? - spytał się ojciec Andrzeja. Sześć i cztery - starszy we  wrześniu idzie do zerówki. No dobrze, to przyjedźcie w niedzielę, tak koło południa. Matka się popłacze- to pewne- stwierdził.  Tato, jeśli jej  powiesz  dziś, że przyjadę z nimi w niedzielę to się  zdąży do tego czasu uspokoić, nadziwić, wygłosić ze  sto teorii jak  marnie  na pewno są wasi wnukowie wychowani i na pewno dom  wam rozwalą na kawałki.  Nikt z dorosłych w otoczeniu moich  chłopców nie płacze i mogą się wystraszyć - wytłumacz  jej to.  

A ty nadal mieszkasz  w tym paskudnym  mieszkaniu na  Woli? - ojciec  wyraźnie  chciał jeszcze  trochę porozmawiać.  Nie,  mieszkam na Ursynowie, mam trzypokojowe mieszkanie z loggią. No i wreszcie blisko do pracy. A w którym szpitalu pracujesz?  W prywatnej klinice - ja cię przepraszam, ale za pięć minut mam już pacjenta.  Dzwonię do  ciebie  z pracy. Więc przyjadę w niedzielę około południa i wtedy porozmawiamy.  Andrzej wyłączył telefon i mruknął sam do siebie - będzie  ciekawie!  Muszę jakoś chłopców ustawić. A może jednak wziąć Ewę? Wtedy cała uwaga "starych" nie  będzie  skupiona tylko na dzieciach - zastanawiał się.  Ciekawe jak  się zmienili- jakoś tak mało ich od czasu  ślubu widywałem, że nie  wiem czy poznałbym ich na ulicy. Muszę się skonsultować z Martą co im przywieźć i czy poprosić Ewę by pojechała ze mną.

W chwilę później napisał do Marty i Wojtka, że w niedzielę robi krok w  stronę normalizacji rodzinnych stosunków i zabierze  chłopców do swych rodziców. A Ewę też?-  zapytała Marta. Nie, pilnuję żeby zawsze gdy nie jestem w pracy miała czas wolny dla siebie. Ale muszę to jeszcze przemyśleć, bo jej obecność na pewno nieco rozproszy zbytnie  zainteresowanie moich rodziców chłopcami.

No popatrz - chyba bardziej się opłaca  być opiekunką  do dziecka niż jego matką - napisała   Marta - matki tak naprawdę  nigdy nie mają dla siebie czasu wolnego, bo nawet gdy dzieciak  śpi to mają pełne ręce roboty, trzeba jedzenie  ugotować dla  całej rodziny i  chatę trzeba  obrobić, coś poprać,  coś przyszyć, zakupy zrobić. Jak się tak  spokojnie  zastanowić to kobiety mają przechlapane, nawet te, które mają jakąś pomoc  do dziecka i nie  bardzo rozumiem dlaczego się demografowie dziwią, że  dzietność  spada.  Ala ma niechcący troje i pomagają jej dziadkowie  pierwszego dziecka a i tak zarobiona jest po uszy, chociaż i Michał pomaga gdy wróci z pracy, bo się zajmuje dzieciakami.

Marciu - doradź mi - co mam rodzicom przywieźć? Same dzieci czy jeszcze coś? Za moment dostał odpowiedź- zlituj się,  ja ich przecież   nie  znam i nie mam pojęcia   jakie  były w twojej rodzinie schematy przychodzenia  w gości!  Jeśli twoja mama lubiła kiedyś  kwiaty to  wezmę od  Patrycji jakiś doniczkowy kwiatek - zawszeć dłużej "wyrobi" niż  cięty i może go mamie dać młodszy - on  uwielbia coś dawać, jak zauważyłam. A o czymś dla ojca to pogadaj z "dziadkiem  Cześkiem", on wie  co starsi panowie  lubią  dostawać -  ja nie mam pojęcia.

                                                                     c.d.n.


piątek, 29 marca 2024

****

                                          Wesołych Świąt !!!


 

                                                       

Córeczka tatusia - 104

 W czasie  gdy pani Ewa czytała  dzieciom bajkę Marta powiedziała  Andrzejowi, że "nowa  ciocia", jak ją nazwały  dzieci, zrobiła na niej bardzo dobre wrażenie i zapytała  się go,  czy nie  będzie miał nic przeciwko temu, że ona zaproponuje jej   "przejście na ty", bo są w bardzo zbliżonym  wieku. Oczywiście Andrzej nie  widział przeszkód i powiedział, że on skorzysta z okazji i też przejdzie  z nią  "na ty", bo to nieco głupio, że dzieci  zwracają  się do nie per ciocia  a on per pani.  Więc  gdy Ewa wróciła z dziecinnego pokoju Marta powiedziała,  że  teraz  będzie  "grupowe" przyjęcie Ewy  do rodziny, bo nawet Misia uznała ją  "za  swoją".  Ewa z lekka  się  zaczerwieniła i powiedziała, że  skoro panu doktorowi to w niczym nie ujmie prestiżu to ona bardzo chętnie. Marta jej szybko wytłumaczyła, że przejście na ty niewiele ma w dzisiejszych czasach wspólnego z prestiżem. W niejednym przypadku jest tak, że ci co się  do kogoś  zwracają per pan  wcale nie  traktują  swego  rozmówcy z szacunkiem. 

Ewa  się zachwycała chłopcami, że są tacy grzeczni. Była  nieco  zdziwiona, bo starszy zapytał  się jej czy ona pali papierosy, więc musiała go zapewnić, że ona nigdy nie paliła i nie  zamierza palić papierosów.  Poza tym  zapytali się, czy ona  nie mogłaby spać z nimi w jednym pokoju. Marta zaraz jej wytłumaczyła  skąd takie pytanie na temat palenia i że zapewne to wynik tego, że Andrzej powiedział, że Leny nie ma i bardzo, bardzo długo jej nie będzie, bo się leczy, bo  jej zdrowiu zaszkodziły papierosy.  

Z kolei co do spania z nimi w jednym pokoju, to Andrzej powiedział, że to zależy tylko od  niej i jeżeli ona  dojdzie do wniosku, że tak byłoby lepiej, to wtedy przemeblują trochę mieszkanie i ona   z dziećmi zajmie living room, bo jednak jest większy niż pokój chłopców. Tylko przy okazji  zmienią sofę na  model z funkcją  spania. Gości to Andrzej praktycznie nie miewa, więc living room z powodzeniem  może być w mniejszym pokoju. Ale niech Ewa  przemyśli to, bo jego  zdaniem  Ewa jednak powinna  mieć  własny pokój.  Ojciec  Wojtka  zaraz powiedział, że on by wziął od  Wojtka tę sofę  a dałby mu swoją, właśnie  z funkcją  spania. Bo nawet  miał kupić do siebie  jakąś kanapę, taką typową  do siedzenia. 

Marta zapytała się, czy matka Leny ma  duże mieszkanie, ale Andrzej stwierdził, że nie  czuje  się na siłach by prowadzić jakiekolwiek pertraktacje z rodziną Leny.  Marciu- nie tylko Lena jest "nieco  zaburzona", jej mamcia w moim odczuciu również. Stosunkowo najbardziej  normalna to jest siostra jej matki. A tak  zupełnie  normalny to jest siostrzeniec  matki Leny i jego ojciec.  I jakoś przestałem  się dziwić, że ojciec Leny "dał nogę" i od lat siedzi poza Polską a tylko przysyła żonie pieniądze - powiedział Andrzej. Ja go nawet na naszym ślubie nie  widziałem bo nie doleciał tylko nam przesłał życzenia i dewizy na konto Leny, których zresztą ja nigdy nie  wydałem, bo zostały na jej koncie. Tak naprawdę to nawet nie wiem, czy ona jeszcze ma to konto dolarowe. Znając jej talent  to może już być puste. I teraz  to  Lena pewnie przejdzie na utrzymanie  matki, bo wątpię by poszła  do jakiejś pracy. Jak znam życie to nie pójdzie bo na pewno już wykombinowała, że wtedy mógłbym żądać by się dokładała  do utrzymania dzieci. A poza tym nie bardzo wiem gdzie by ją do pracy przyjęli, bo przecież tej szkoły pielęgniarskiej to nie ukończyła. Zaczęła  potem chodzić do jakiegoś studium hotelarstwa i turystyki, ale też tego nie skończyła.     Hotelarstwo  też się jej "odwidziało"  tak samo jak pielęgniarstwo, tyle  tylko, że jeszcze szybciej niż pielęgniarstwo. Ale, jak słyszałaś to aspiracje ma  wysokie, w życiu nie pracowałaby jako recepcjonistka w przychodni. Ona nawet nie ma  bladego pojęcia jakie obowiązki ma recepcjonistka w przychodni, ale pyszczy. To jedna  z jej  cech, które najbardziej mi  zawsze przeszkadzały na  co  dzień. Nie można  wydawać opinii o  czymś czego się na  własnej  skórze  nie poznało. Zapomniałem wam o  czymś powiedzieć - telefonował  do mnie Michał i dość  długo mi tłumaczył, bym ja przekonał Alę, żeby nie poszła  do pracy na pełny etat ale tylko na pół etatu, bo jego zdaniem ona i tak  się  dość  naharowała  przy dzieciach i powinna  się jednak trochę pooszczędzać  i nieco odpocząć nim podejmie jakąś pracę. Bo poza tym to tak naprawdę nie ma  potrzeby by Ala pracowała - on i jego ojciec  uważają, że mogłaby natomiast podjąć jakieś  studia, które sprawiłyby jej  frajdę.  Poza  tym  obaj są pełni podziwu dla Marty  i jej przemyśleń na temat rozwinięcia jakiejś działalności poza  krajem. I ojciec Michała zaczął się zastanawiać nad powrotem tu gdy tylko przejdzie na  emeryturę. Michał podejrzewa, że jego ojciec już coś  "ma na oku", ale dopóki nie jest  to na 100% sprawdzone to nie puszcza pary  z ust. I jak  mi powiedział, to chociaż już jest wszak bardzo  dorosły, to cieszyłby  się,  gdyby ojciec  z matką wrócili do Polski, bo jego zdaniem to i dziadkowie  są  dzieciom  do szczęścia potrzebni, nawet  gdyby  wybrali inne niż  Warszawa  miejsce  do  zamieszkania.

Marta uśmiechnęła się - strasznie mały jest ten świat, skoro na  moje kichnięcie w Polsce  ktoś w Ameryce natychmiast  mi mówi "na  zdrowie". Doszłam ostatnio do  wielce odkrywczego  wniosku, że mam w  życiu chyba  więcej  szczęścia  niż rozumu, bo mam dookoła  siebie takich prawdziwych a do tego mądrych przyjaciół. Nie widzę  w tym nic nadzwyczajnego - stwierdził Andrzej - świat jest tak "urządzony", że  istoty pod  wieloma  względami podobne  do siebie  przyciągają  się  wzajemnie. A rozumu to ty masz naprawdę bardzo dużo.  Dla mnie ty,  Wojtek,  wasi obaj ojcowie stali  się zupełnie nagle rodziną, za którą oddałbym własne  życie, oczywiście w razie potrzeby. Kocham was wszystkich.  A  moje  maluchy pokochały  cię Marciu w niecałe pół godziny.  Wyciągnął z kieszeni smartfona i pokazał Ewie  zdjęcie Marty i  swego młodszego synka  śpiącego w objęciach Marty i pośrednio Wojtka. Spójrz Ewo - tak wygląda osoba, która   dzieci nie lubi. 

No nie przesadzaj , że ja dzieci nie lubię - zaprotestowała  Marta - ja po prostu jeszcze nie  czuję potrzeby ich posiadania. Lubię grzeczne i mądre  dzieci, nie lubię  tylko rozwydrzonych  bachorów. I zdaję  sobie  sprawę z faktu, że owo "rozwydrzenie" jest najczęściej  efektem złego wychowywania  dzieci, z mylnego zrozumienia przez  rodziców pojęcia  bezstresowego wychowania. I bez stresowania dziecka  można  mu pokazać  granice, w których może  się swobodnie  poruszać. Zrobię magisterkę to wtedy będę planować  co dalej. Na razie to muszę jeszcze ostatnią sesję zaliczyć i skończyć pisanie pracy. Staram się jak najbardziej "streszczać" w tej  pracy, ale jednocześnie  muszę uważać  by to co piszę miało jakąś  ciągłość logiczną  a nie wyglądało jakby sobie  nagle  z nieba spadło. Poza tym jestem trochę przyblokowana przez kwestie patentowe, a w Laboratorium mi wszyscy tłumaczą, że mam rok na  zakończenie  magisterki a poza tym to zaraz po absolutorium  mam miejsce w laboratorium zapewnione. A gdy powiedziałam, że  przecież  mam jeszcze sesję przed  sobą to się popatrzyli na  mnie jak na głupią. Już  nawet  rozmawiałam  z doradczynią i ona  mi też to tak  samo przedstawiła.  

No to się jej posłuchaj - stwierdził Wojtek. Z tego co pamiętam to zawsze ci ta  babka dobrze  radziła, nie  sądzę by w tej nowej sytuacji gdy następuje zmiana na tej  uczelni nagle  wszyscy potracili rozum. Nie jesteś przecież jedyna, która robi magisterkę i oni  muszą poczekać aż wszystkie  z tego ostatniego  rocznika skończycie tu, gdzie  zaczynałyście pisanie - tłumaczył Marcie. 

No wiem,  ale trochę jestem  zła, bo muszę niemal każde  zdanie  omawiać  z rzecznikiem patentowym, bo jeden ze składników to nasz patent, tylko dotąd nie był w takim układzie  stosowany. Muszę o tym pogadać z chemikami jak zjeść cukierka i nadal go mieć. To łebscy faceci i nawet mi jeden powiedział, że fajnie, że będę  z nimi pracować. Najlepsze, bo jakoś go dotąd prawie nie  widywałam, choć znam jego nazwisko, tylko jakoś z konkretną facjatą nie mogłam tego nazwiska skojarzyć. 

A ile tam jest kobiet w laboratorium?- spytała Ewa. Jedna  chemiczka,  jedna  laborantka, dwie fizyczne pracownice no i teraz ja w roli kosmetologa, czyli na stanowisku badawczym. Szef to mi nawet skombinował "przedłużacz wzrostu" żebym nie  była zmuszona  do pracy w tym samym  miejscu. A regał, z którego zleciała ta pęknięta zlewka jest teraz  nazywany "regał Marty", co mnie  nieco złości.  Osobiście  byłabym najszczęśliwsza gdyby wszyscy  zapomnieli o tym wydarzeniu, bo fajne  wszak nie  było. Do dziś  jak  to sobie przypomnę to mi się zimno robi. 

Nie tobie jednej, ja też  się wtedy porządnie  wystraszyłem tego  co zaraz odkryję. Miałaś jednak szczęście, bo mogło być  różnie - stwierdził Andrzej.  Już  widziałem  w  wyobraźni poprzecinane  ścięgna i pełno odłamków   pokruszonego  szkła.  A co się stało? - spytała Ewa. Marta uśmiechnęła  się - łapałam niepotrzebnie spadające z regału szklane  naczynie, które już było pęknięte, tylko że ja o  tym nie  wiedziałam - wyjaśniła Marta. Byłam pewna, że je  strąciłam ale dopiero potem do mnie  dotarło, że w drugiej ręce trzymam  jego górny brzeg, więc go nie  strąciłam, tylko się  samo rozleciało.  Z nerwów to nawet bólu nie  czułam. Bolało mnie  dopiero  znieczulanie bo pielęgniarka  strasznie  szybko mi wstrzykiwała lek znieczulający. A jak  się  wtłacza do mięśnia szybko jakiś płyn to boli, a ona się spieszyła  bo krwawiłam nieźle. Dobrze, że Andrzej był wtedy dostępny  a nie przy stole operacyjnym.  A gdy potem już wróciłam na uczelnię to wszyscy w laboratorium uważali za  stosowne  by mi opowiedzieć  jak  bardzo niebezpieczna jest praca w każdym laboratorium chemicznym.   Wynikało  z tych opowieści, że jak się ma  pecha to nawet w  wyschniętym na pieprz  polskim stawie rekin ci ramię  może odgryźć, choć w Polsce  rekinów wszak nie ma a poza tym nie jest to słodkowodny stwór. I gdy wróciłam potem do laboratorium by omówić temat  swojej magisterki to mi szef się pochwalił, że teraz jest dla mnie nowy regał, bardziej dostosowany wysokością do mego wzrostu a teraz to mam nawet specjalne   "schodki" żeby nie  stawać  na palcach. No i poszli mi na rękę i piszę magisterkę z tematu, który będzie wykorzystany w produkcji a na dodatek szef mi  naraił promotora, przemiłego starszego faceta, który   mieszka niedaleko od  nas. A Andrzej mi umożliwił konsultacje z lekarką dermatologiem - szalenie  miłą babką. 

Gdy około północy Marta  z Wojtkiem  i teściem wracali do domu, doszli  do "odkrywczego  wniosku", że bardzo miła ta pani "przedszkolanka" i widać, że  dzieciaki ją lubią. Mam wrażenie, że do tego  zawodu  nie trafiają osoby  które  nie lubią dzieci. No a jak ktoś naprawdę lubi  dzieci, a nie tylko ich  robienie, to zawsze  się z dziećmi dogada - stwierdził ojciec. Nie  miałem  pojęcia, że  są studia dla wychowawczyń przedszkolnych. No i bardzo dobrze, że takowe  są, bo właśnie  między trzecim  a siódmym  rokiem  życia  dziecka dzieci najintensywniej poznają  otaczający ich świat i przyswajają  sobie   multum rzeczy- stwierdziła Marta.  No fakt - ja  w tym okresie   odkryłem, że dziewczynki nie  sikają tak jak chłopcy i czułem  się niezmiernie  dumny, że mam siusiaka i mogę  siusiać  stojąc przy krzaku i nie muszę do tego  ściągać  spodenek-  śmiejąc się  powiedział Wojtek.  A teraz "odkryto", że mężczyźni również powinni oddawać  mocz w pozycji siedzącej bo to zdrowsza dla nich pozycja. No właśnie, zawtórował mu teść  Marty - koniec wygody i obsikiwania murków. Pierwsze pytanie u urologa dotyczyło właśnie pozycji i facet  zrobił mi ze dwudziestominutowy  wykład na ten  temat. Aż  miałem ochotę  zapytać  się go czy on też tak robi, bo znam wielu lekarzy, którzy pacjentom różne rzeczy  zalecają   a sami  się  wcale  do nich nie  stosują. Miałem znajomego lekarza, który oczywiście pacjentom mówił  jak wielce  szkodliwy jest alkohol, a sam chłonął alkohol jak gąbka wodę i będąc "pod  wpływem"  wsiadł za kierownicę i na zakręcie wyleciał z  szosy - podobno nie bardzo było co zbierać, bo to było na  górskiej  drodze. A jego była żona twierdziła, że on to zrobił celowo, bo był zakochany w jakiejś zamężnej młódce, dla której  się rozszedł z  żoną. 

Oj, to bardzo smutna  historia - stwierdziła  Marta- ale nigdy nie  wiadomo jak w takich mocno skomplikowanych  układach było naprawdę.  Kuzyn  mojej koleżanki z liceum (starszy od nas  co najmniej 6 lat) był chirurgiem i zaczął popijać po każdym  zabiegu "na rozluźnienie" i strasznie   szybko musiał odejść od  zawodu bo "rozluźnianie się" zaczynał już przed operacją i w efekcie  odszedł z tego zawodu. Już nie operuje. Nie mam pojęcia co teraz  robi- tak naprawdę  nie podtrzymuję kontaktu z koleżankami z liceum. Andrzej na szczęście ma inną metodę, która nie  szkodzi ani jemu ani komukolwiek. Ale nie powiem wam jaką, bo byłoby to naruszenie tajemnicy o której wiem ja i Krzyś.

 Czy ty się skarbie  aby w nim nie podkochujesz?- spytał Wojtek.  Aby nie - odpowiedziała Marta- ja go tylko niezmiernie podziwiam bo to szalenie trudny zawód i ogromna odpowiedzialność- życie pacjenta jest w rękach chirurga i  anestezjologa. To team, który po iluś wspólnie przepracowanych zabiegach  może  się porozumiewać nawet tylko  "półsłówkami" lub pomrukami. Andrzej najbardziej lubi pracować z Krzysiem i głównie  z nim pracuje. Bo zdaniem Andrzeja  Krzyś  świetnie przepytuje pacjenta przed  zabiegiem i wszystko potem analizuje. A ponieważ wciąż  wygląda jak  student  z młodszego rocznika to jest Krzysiem  a  nie Krzysztofem.

                                                                 c.d.n.