niedziela, 14 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 112

 Po wyjściu  z  kantyny Andrzej poszedł jeszcze  sprawdzić ilu ma na  ten dzień  pacjentów  w przychodni, a Maryla wracając  na oddział pomyślała, że "podrywacz" z Andrzeja  jest kiepściuni, ale pomimo tego to bardzo sympatyczny  facet. Co zabawniejsze, to takie  samo  zdanie o  sobie jako o podrywaczu  miał i Andrzej, więc postanowił przedyskutować  tę  kwestię  z..... Martą. W  związku  z tym szedł na oddział per pedes zamiast pojechać  windą i po drodze pisał do Marty sms z zapytaniem, czy może do nich wpaść wczesnym popołudniem. Odpowiedź była krótka - tak, będę od 15,30  w domu. Ostatnie  piętro pokonał  więc  niemal  sprintem i wchodząc  do swego gabinetu pomyślał - chyba  mi coś na mózg padło ostatnio. Albo  już bardzo, bardzo potrzebuję urlopu a może to tylko  początek  starości.  Podoba  mi  się ta Marylka, taka sympatyczna  skromniusia  dziewczyna.   Popatrzył na  zdjęcia, które  miał na biurku i stwierdził, że trzeba zrobić jakieś  nowe, bo te już  mocno nieaktualne,  w  ciągu ostatniego  roku  chłopcy urośli a i  Marta wygląda teraz inaczej bo ma bardzo krótkie  włosy.  Przejechał odruchowo ręką po własnej  głowie i stwierdził, że chyba  czas znów skrócić  włosy bo wtedy jest  mu po prostu wygodniej, mniej  się poci głowa pod  czepkiem. Że też  nikt  nie wymyślił  jeszcze  jakiegoś czepka z wentylacją - i zaraz sam  sobie udzielił w głowie  wyjaśnienia w tej kwestii. Jego rozmyślania  przerwało wejście jednego  z kolegów  "od  noża i stołu" jak ich nazywał Andrzej. 

Kolega   musiał się wyżalić, bo okazało  się,  że  jego żona, która aktualnie jest w ósmym  miesiącu ciąży  ma nieprawidłowo ułożony płód, a na dodatek dziecko duże, więc konieczna będzie operacja. Oni  chyba coś przeoczyli, bo  na poprzednim USG wszystko było w porządku i prawidłowo - żalił  się Andrzejowi. Andrzej tylko wzruszył ramionami  i powiedział - ja to bym teraz wysłał ją  do innego ginekologa - ryzykujesz  tylko kosztem ceny wizyty i zobaczysz co inny dostrzeże. A najlepiej  by zrobiła  badania tam, gdzie  będzie  rodzić.  Możesz  mieć  ze sobą ten ostatni wynik i jeśli będzie ten drugi zupełnie odmienny to wtedy ....wyślę ją na trzecie  badanie i ona  mnie przeklnie - dokończył zdanie  kolega. Nooo, wszystko jest  możliwe  - stwierdził Andrzej. Lepiej żeby  miała "cesarkę" niż całodobowy  poród i w  efekcie zbyt długiego porodu  uszkodzone dziecko. Znam taki przypadek z warszawskiego, całkiem  dobrego w rankingach  szpitala - dziewczyna  rodziła 35 godzin, dziecko było przez to niedotlenione i chłopczyk nie  chodzi, ma DPM. Może kiedyś, kiedyś  wymyślą  sztuczne macice i ciąża będzie  przebiegała  poza organizmem matki. W "in vitro" nikt nie  wierzył, a jednak  po świecie  już drepczą  zastępy dzieci poczęte  tą metodą, więc i takie  rozwiązanie może kiedyś  zaistnieć. 

A gdzie będzie rodziła? W państwowym  czy prywatnym? W państwowym i to poza Warszawą , tak ze 120 km stąd. Bo tam  jej ciotka ma przyjaciółkę, która jest położną.  I tam jej robili te badania?  Nie, badania jej robili w Warszawie. Odkąd ona jest w  ciąży to ja gadam w przestrzeń - przecież ona , jej mama i ciocia wiedzą lepiej no bo ja nie jestem ani ginekologiem ani położnikiem, a to, że przez 6  lat studiowałem medycynę ogólną a dopiero potem drugie  6 lat robiłem  specjalizację to się nie liczy. Zastanawiam się teraz  gdzie ja  miałem oczy i  rozum żeniąc  się z nią.  Andrzej poklepał go po ramieniu i powiedział - nie jesteś jedynym facetem, który sam sobie po latach zadaje to pytanie. Powiem  ci gdzie - w takim  miejscu, w którym ich nigdy nikt nie miał i mieć nie będzie. Miejsce  czułe i absolutnie  ślepe.

 Pociesz  się,że moja też  zawsze kwestionowała  wszystkie moje  sugestie medycznej natury. No i co?- spytał się  kolega.  No i nic, już jesteśmy po rozwodzie.  A do dzieci cię dopuszcza? - spytał kolega. Nie ma  szans by mnie nie  dopuścić, bo dzieci są  ze mną.  I jak sobie radzisz?  No cóż - wynająłem do dzieci opiekunkę a w weekendy itp. dni dzieci są u dziadków -  u moich rodziców.  Co zrobiłeś, że dzieci tobie przyznano? - dziwił  się kolega.  Ja - ja nic  nie  zrobiłem. Sąd uznał, że ona niestety nie nadaje  się na matkę dzieciom.  Ja  tylko przepuszczam oszczędności na opiekunkę, ale od  września to chyba trzeba będzie  coś  znów pokombinować, bo starszy idzie do zerówki i pewnie  się stanę weekendowym ojcem, bo obaj będą u moich  rodziców.  

O kurczę! To masz  większy  problem niż ja  - masz dwoje w różnym  wieku- kolega był wyraźnie pod wrażeniem tej wiadomości. Ty - tylko nie rozpowiadaj o  tym- uprzedził  go Andrzej. Gdy jeszcze  byłem żonaty to i tak bywałem mało w domu i byłem niemal weekendowym ojcem. Teraz jestem  z nimi w tygodniu  od  21,00 do 7,30 rano no a w  weekendy oni  są u dziadków.  Staram  się tam bywać jak najczęściej, jeśli tylko nie spadnie na  mnie  jakiś  dyżur , bo szefostwo wie, że przestałem być mocno dyspozycyjny.  No i jakoś to wszystko idzie. Sporo mi pomagają moi przyjaciele - gdy byłem w Anglii to mi nawet dzieci przywieźli na święta. No to masz  szczęście  -  moi tak zwani przyjaciele to się  ujawniają  dopiero wtedy gdy oni lub ktoś z ich bliskiej  rodziny potrzebuje pilnego kontaktu z jakimś lekarzem. Andrzej uśmiechnął się - no to masz wokół siebie pijawki a nie przyjaciół.  Moi jakoś sami  się orientują  w czym mogą być pomocni i jesteśmy wszyscy ze  sobą bardziej zżyci niż niejedna  rodzina. 

A droga jest taka opiekunka  do dzieci?- bo moja żona nie ma  zamiaru siedzieć  z  dzieckiem  w domu i chce je oddać  do żłobka gdy się jej  skończy ustawowy urlop  - dopytywał się  kolega. Nie wiem, bo ja mam  panią magister od wychowania/nauczania  przedszkolnego no i zajmuje  się  dwójką dzieci, które zdecydowanie  mają  większe  wymagania niż niemowlę. Nie mam pojęcia co lepsze dla takiego trzymiesięcznego dziecka - własny dom czy żłobek. Wiem natomiast, że wiele kobiet  nie  wyrabia siedzenia z maluszkiem  w domu, bo nikt ich do tego nie przygotowywał, więc  się przeleć czym prędzej do księgarni i kup do domu książkę o hodowli takiego małego człowieczka w domu i sobie  razem z  żoną o tym poczytajcie bo niestety wiedza w tej materii nie rodzi  się w głowie  w tej samej chwili gdy  w domu pojawia  się dziecko. Jeśli nie masz  czasu by się przebiec  do księgarni to wrzuć w sieć hasło "książki o pielęgnacji niemowląt", przejrzyj co o nich piszą i  zamów - dostaniesz je pocztą. Możesz też  zatelefonować do biblioteki medycznej z pytaniem  jaką książkę mogą  ci polecić dla młodej kobiety, która wnet  zostanie matką. A płeć swego  dziecka już  znasz?  Dziewuszka. No to fajnie, te maleńkie królewny są przezabawne. A w ogóle to maleństwa są niesamowite i można  godzinami je  obserwować. Przy swym pierworodnym mogłem godzinami siedzieć i go obserwować. 

Dalszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi i na Andrzejowe "proszę" weszła  wyraźnie  zdenerwowana  Maryla mówiąc - przepraszam  panie doktorze, ale pacjent z  "szóstki", ten po cholecystektomii wyrwał sobie sam dren i nie pozwala go sobie ponownie umieścić, a gdy usiłowałam  go przekonać, że skoro ma  założony dren to widocznie jego stan  zdrowia tego wymaga to obrzucił mnie wyzwiskami, więc przerwałam opatrunek i przyszłam po pomoc.  Andrzej zmełł w ustał nieprzystojne  słowo i powiedział -no to chodźmy - zobaczymy ile narozrabiał.  To jakiś dziwny człowiek, jest  bardzo pobudzony- wczoraj sprawdzałam poziom odessanego płynu, rozmawiał normalnie, trochę narzekał, że do toalety musi chodzić razem ze stojakiem więc mu wczoraj pomogłam podprowadzić  stojak do toalety, a  dziś coś  z nim jest  nie tak.  

Chodź Tadek, pójdziemy  zobaczyć co faceta  ugryzło - Andrzej zagarnął  kolegę i Marylę z  wózkiem opatrunkowym. Gdy wyszli Andrzej zamknął gabinet na klucz i poszli do  pokoju nr 6.  Pierwszy wkroczył Andrzej i jego oczom ukazał się raczej niecodzienny  widok - pacjent siedział na fotelu, golutki od pasa  w dół i dłubał sobie zawzięcie w miejscu, w którym przedtem był umieszczony dren.  Był tak bardzo skupiony na tym co robi, że nawet nie  zauważył ani dwóch lekarzy ani pielęgniarki. Proszę wezwać szybko dwóch pielęgniarzy - powiedział półgłosem  do Marylki Andrzej - on się chyba czegoś naćpał.  A wózek panom zostawić? -spytała. Tak i anestezjolog też by  się tu przydał. Maryla  szybko  wyszła i ze służbowego  telefonu wezwała wskazane osoby, krótko wyjaśniając co się  dzieje. Pierwszy przybiegł anestezjolog, chwilę potem dwóch pielęgniarzy, Maryla zostawiła swój wózek opatrunkowy i poszła  po drugi i razem  z nim poszła do kolejnych pacjentów, którym musiała sprawdzić lub  zmienić opatrunki.  Gdy po swoim obchodzie wróciła  do pokoju pielęgniarek dowiedziała  się, że pacjent został zabrany do Instytutu Psychiatrii bo łyknął "jakiegoś procha i popił alkoholem", który  najwidoczniej  miał ze sobą  w szpitalu. Założyli mu nowy dren i resztę kuracji odbędzie w szpitalu Instytutu.  

Bardzo  dobrze Marylko, że poszłaś po pomoc - on mógł ci zrobić krzywdę - pochwaliła  Marylę  szefowa pielęgniarek. A drugie  bardzo dobrze, że nie  zostawiłaś u  niego wózka idąc po pomoc. I pamiętajcie o tym, że nie wolno nawet na moment  zostawiać wózka sam na sam z pacjentem - przypomniała wszystkim obecnym pielęgniarkom ich  szefowa. Współczuję współpracownikom tego pacjenta- on ma własną firmę-  i zapewne nie był to jego pierwszy wyskok, bo jest znanym Instytutowi pacjentem. Alkoholik i ćpun w jednym ciele. No to rodzina ma na pewno gorzej niż jego  współpracownicy- zauważyła jedna z pielęgniarek. Pod koniec  dnia  Maryla  dostała wiadomość od  Andrzeja - "siedzę w samochodzie na krytym parkingu, nr na tablicy to WA,,,, czekam na  Ciebie, odwiozę do domu i po drodze porozmawiamy.A.". W odpowiedzi napisała tylko "OK", będę za 5 minut.

I rzeczywiście  równo w 5 minut później stanęła obok jego samochodu i usiadła obok Andrzeja.  Jak  się czujesz po tej niecodziennej przygodzie?- spytał Andrzej.  Już doszłam  do siebie - takiego  numeru to jeszcze nie  miałam, a przecież  już wielu pacjentów  dziwnych mi się zdarzyło. W pierwszej chwili, gdy zobaczyłam, że siedzi  bez  spodni to pomyślałam,  że się  zabawia  sam ze sobą, ale przeraziłam  się, gdy zobaczyłam, że trzyma  w garści pojemniczek od drenu. Tym bardziej, że mam zwyczaj zawsze nim wyjdę z sali sprawdzić czy wszystko się dobrze trzyma i pamiętałam, że wczoraj było wszystko dobrze.

 Ja nieco zdębiałem gdy weszliśmy i zobaczyłem, że sobie  grzebie  w ranie i od  razu wiedziałem, że coś  z nim nie jest w porządku, skoro tak sobie  grzebie w żywym ciele i nie  czuje  bólu. Dobrze, że zaraz  wyszłaś i przyszłaś po pomoc.  No przecież musiałam przyjść po pomoc, nie  sądzę bym mu mogła tak w  ciemno umieścić rurkę drenu  we właściwym  miejscu.  Jeszcze  nigdy  nie  musiałam tego robić. Jakoś jeszcze  żaden pacjent nie wyrwał  sobie na mojej  zmianie drenu z rany.  To żaden problem - pokażę ci jak to bezpiecznie, w razie konieczności  zrobić  -  zapewnił ją Andrzej. Ale nam  się trafił pacjent - ćpun a do tego alkoholik.  Jak się trafi taki następny to szefostwo będzie kazało sprawdzać ich pokoje  czy  aby nie mają alkoholu ze  sobą.

Ale  zostawmy to już za sobą, porozmawiajmy o  czymś ciekawszym. Byłaś kiedyś w Turcji nad morzem? Nie, nigdy  nie byłam w Turcji. Ja też nie  byłem, to już jest nas  dwoje. Ale byli moi serdeczni przyjaciele i wrócili zachwyceni.  Masz  jakiś urlop w tym sezonie? Mam, ale w czasie wakacji szkolnych nie biorę, bo nie muszę  akurat w tej porze- dzięki temu może iść któraś z tych, co mają dzieciaka w  szkole. Tak żeśmy się umówiły z  dziewczynami.   Och - to super!!! Ucieszył się Andrzej - w takim  razie zapraszam cię na dwa tygodnie we  wrześniu na wakacje  w Turcji. Polecimy do tej Turcji w szóstkę.  Leci Marta z Wojtkiem, kumpel i jednocześnie  współpracownik jego z  żoną no i my. Ale - zaczekaj - wysłuchaj  do końca. Pokoje są dwuosobowe, a ja jestem  sam, więc i tak  muszę wykupić pokój dwuosobowy, śniadania  są  w cenie pokoju. Wyżywienie w hotelu  jest systemem bufetowym, więc  zawsze coś sobie do jedzenia  dobierzemy, zresztą tam jest niemal  europejskie menu,  w końcu  oni są rzekomo w Europie.  Przysięgam, że cię nie będę napastował, choć nie da  się ukryć, że szalenie mi  się podobasz, o czym głównie to wie .....Marta. Polecimy do Side, z tego co Marta i Wojtek o Side  czytali to będzie nawet co zwiedzać, woda w morzu 26 stopni, na plaży może być nawet do 32, hotel ma własny kawałek plaży, są parasole i leżaki, tam jest mikroklimat, bo bardzo blisko jest do gór.  Znasz ich, oni bardzo cię lubią a Marta stwierdziła, że wg  niej jesteś najbardziej przytomną i kompetentną  pielęgniarką na chirurgii.  A ja to sprawdziłem, wziąłem cię  pod lupę i wiem, że ona ma rację. To będzie drugi i trzeci tydzień  września. Błagam cię, rozważ to pozytywnie , pojedź ze mną. Oni byli w ubiegłe wakacje  w czwórkę w Alanyi i wrócili bardzo zadowoleni. Do września jest jeszcze ciut czasu, więc  może się  do mnie przekonasz.  Ojej, mam skręcić teraz w lewo czy w prawo? 

W lewo, w Dolną. W prawo to jest Chełmska. A zaraz za benzynówką skręć w lewo. I tym sposobem dojedziesz do tej Piwarskiego.  Zaskoczyłeś mnie tą propozycją szalenie. Bo tak naprawdę to mnie  nie  znasz  i nigdy nie podejrzewałam cię o to, że mnie lubisz, a tu nagle zaproszenie  do teatru a teraz do Turcji. 

Po prostu  już  się pozbierałem i uporządkowałem po tej smętnej historii z żoną. Ja wiem, że nie jestem obiektem pożądania płci pięknej - rozwodnik z dwójką  dzieci. Ale ja  nie  szukam dla nich matki zastępczej - nimi opiekuje  się opiekunka i trochę moi rodzice. Mam dość stabilną  sytuację - w soboty  robię  zakupy na  cały tydzień, opiekunka gotuje dla dzieci, pralka pierze, ja sprzątam, zmywarka zmywa.

Straciłem żonę, odzyskałem za to rodziców. I bilans w tym wypadku jest na plus, nie na  zero. Bo  ostatni rok to już zupełnie  nie było między nami porozumienia. Przy okazji przestałem być tak zarobiony w  szpitalu i popatrz-nikomu to nie  zaszkodziło. Znów mam zaproszenie do Londynu, ale nie pojadę, chociaż  mógłbym, bo dzieciaki mają opiekę. A dlaczego nie chcesz pojechać  do Londynu?- spytała  Maryla. Mówiłeś, że było ci w tym  szpitalu dobrze. Taak, ale teraz nie byłoby mi dobrze - nie byłoby tam ciebie.  Chyba żartujesz w tej  chwili. Nie - nie  żartuję, mówię to co czuję i myślę. Ja mam jedną poważną wadę, która  czasem utrudnia mi nieco życie -gdy coś do kogoś  mówię to nie po to by usłyszał coś dla siebie  miłego - kiepski ze mnie  dyplomata po prostu.

                                                                     c.d.n.



piątek, 12 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 111

 Wyniki badania Marty nieco zasmuciły Andrzeja - miał rację, że Marta  wygląda na  bardzo zmęczoną -  z badania  wynikało, że jest na granicy anemii, o  czym zaraz poinformował nie  tylko ją ale i Wojtka. No to ojciec  się zapłacze - skonstatował Wojtek. No ale ona je przecież tyle  zieleniny i owoców , dbam o  to, żeby  się nie przemęczała - zmartwił  się Wojtek. Nie zamartwiaj  się na  zapas - uspokajał go Andrzej- weźmie  trochę żelaza w tabletkach i witamin, przestanie siedzieć  dzień  w  dzień do północy i szybko  wszystko się poprawi. Z tego  co wiem to ostatni raz  witaminy łykała jeszcze w liceum gdy miała jakąś infekcję.  Wiesz- teraz ta cała nasza  żywność jest mało wartościowa i trzeba  się  wspomagać różnymi medykamentami. We wrześniu te  dwa tygodnie  nad  morzem bardzo dobrze jej  zrobią. Jak dobrze  pójdzie, to i ja  pojadę z wami, tylko dopiero jutro będę  wiedział czy sam czy z kimś. Już obgadałem sprawę  z rodzicami, te  dwa  tygodnie dzieciaki pomieszkają u nich. Zabawne, bo obie  strony są  tym projektem  zachwycone.  Ojciec będzie odwoził starszego do zerówki na 9 rano i odbierał około 14,30, a młodszy  będzie w tym czasie z moją matką na Sadybie. 

Z tego co wiem to jeśli tylko nie  będzie deszczu czy jakiegoś innego pogodowego armagedonu  to dzieciaki zerówkowe będą wyprowadzane  na  spacer, bo i spacer może  ponoć czegoś  dzieci nauczyć. Pożyjemy- zobaczymy. Ewa będzie  miała w czasie  mojej nieobecności urlop - oczywiście płatny- jestem uczciwym pracodawcą.

A kogo chcesz  zabrać ze  sobą do Turcji? - ciekawość zżerała nieco Wojtka. Oczywiście kobietę - jak na razie  to jakoś  nie  gustuję  w facetach - Andrzej udzielił wymijającej odpowiedzi. Dziś  wieczorem powinienem wiedzieć. Tylko jeszcze  nic  nie mów Marci. Michał mi obiecał, że mi załatwi tak  czy tak dwuosobowy pokój, bo jedynek tam raczej nie ma.

Tego dnia  w trakcie obiadu w kantynie Andrzej  zaprosił Marylę do teatru. Była bardzo zdziwiona tym zaproszeniem ale i zadowolona. Ojej - jęknęła- szalenie  dawno nie byłam w teatrze - ostatnio  bardzo  się zaniedbałam.  Jakoś ta cała  szopka  w wykonaniu mego byłego ślubnego tak mnie  zdołowała. 

No to panią pocieszę, że ja też szalenie  dawno nie byłem w teatrze- ostatni raz to chyba z siedem lat temu. Jak na człowieka, który uważa się za kulturalnego to  całe  wieki. Marylko - czy gdy jesteśmy  sami to moglibyśmy sobie mówić per "ty"? Oczywiście  nie  obrażę  się, jeśli się nie  zgodzisz. Maryla nieco  się zaczerwieniła  się i powiedziała - to dobry pomysł- w ten sposób  przynajmniej  nie będzie plotek. To teraz podaj  mi swój adres - wpadnę po ciebie samochodem - musimy tylko z pół godziny  wcześniej przyjechać przed  spektaklem, żeby załapać jakieś  miejsce  do zaparkowania - zadecydował Andrzej. I albo  trochę pospacerujemy  albo wpadniemy gdzieś  na   kawę  z  ciachem. Maryla podała mu adres, Andrzej spojrzał i powiedział - zupełnie  nie mam pojęcia  gdzie jest ta ulica i kim był ów Piwarski, że  się dorobił ulicy. 

Kim był to ja też nie  wiem - powiedziała,  ale to jest ulica na Dolnym  Mokotowie, niemal równoległa do Gierymskiego, a Gierymskiego jest równoległa do Sobieskiego -wjeżdża się  w Dolną, skręca w Piaseczyńską i dojeżdża  nią do Piwarskiego. To osiedle z wielkiej płyty i mam tam M-3. Odkąd  mieszkam  sama całkiem mi tam dobrze, chociaż jest to mieszkanie byle jakie - takie z ciemną kuchnią.  No ale dla jednej osoby wystarczające. Mało gotuję, bo w tej kantynie jest  całkiem dobre jedzenie.  Gorzej mają  ci co  mają dzieci. Ale mam blisko dwa sklepy no i do Sobieskiego też  blisko, więc komunikacyjnie  też  dobrze, szybko  docieram do pracy. Dobrze, że ojciec je na mnie  zapisał, a przed  zapisaniem już miałam rozdzielność  majątkową z mężem - bo on ma dziedziczyć po ojcu jakieś hektary i stary zapisał je  memu mężowi dopiero wtedy gdy podpisałam  z nim  rozdzielność majątkową, co było uzgodnione  ze mną jeszcze  przed ślubem. Mnie jego hektary nie imponowały. Najlepsza była  moja teściowa, która nie  mogła pojąć, że chcę rozwodu bo mnie  zdradził - jej powiedzenie, że "to nie mydło i się nie  wymydli" powaliło mnie  absolutnie.

Andrzej roześmiał się- no fakt- nie wymydli  się,  ale może nawet coś podarować - pomijając  stronę  etyczną tego zagadnienia. Sprawdzałam- niczego ze  sobą  nie przywlókł- odpowiedziała  Maryla. Teście mieszkają niedaleko- na Chełmskiej i czasem spotykam teściową  w pewnym markecie. Oczywiście  mówię grzecznie "dzień dobry" a ona mi nie odpowiada, zupełnie jakby mnie nie znała. Już dwa razy tak zrobiła, więc teraz jeśli ją  spotkam to już jej nie powiem  dzień dobry. Moja mama się wcale nie zdziwiła i stwierdziła, że znając moją byłą teściową  powinnam była  się takiej reakcji spodziewać. Mama zawsze mówi, że jestem naiwna i przeceniam ludzi.

A czemu ty się rozwiodłeś - spytała  cichutko i trochę nieśmiało. Z kilku powodów - zdrada też  w tym była. Poza tym ostatnio dorwała  się do marihuany, a na dodatek to schizofreniczka, o czym ona  wiedziała od końca pierwszej  ciąży i ona oraz jej rodzina skrzętnie przede mną tę  wiadomość ukrywali. I nie powinna była być w  drugiej  ciąży ale chciała i świadomie przestała  brać tabletki. To straszne- wyszeptała  Maryla.

Tak, to jest  straszne. Ale od  chwili rozwodu już nie ma kontaktu   z dziećmi. Zaraz po rozwodzie wylądowała na leczeniu i dzieci póki  co nie mają z nią  kontaktu. Zresztą może mieć  z nimi kontakt  tylko w mojej obecności. Wynająłem do nich prywatną opiekunkę. Odkąd jej nie ma dzieci nawet  słowem  nie  wspominają o swojej matce. Powiedziałem im  tylko, że mama się leczy, bo jest  chora, bo paliła papierosy. A o tym, że paliła to właśnie oni  mi  donieśli. Zabawne- straciłem żonę a odzyskałem  rodziców, którzy są całkowicie zakochani w  swych  wnukach. Jak widzisz życie nam serwuje  bardzo dziwne scenariusze.

Rozwód  dostałem niemal z marszu, po pierwszej rozprawie, dzieci przyznano mnie. Powiedziałem naszemu szefostwu, że już nie mogę  być tak dyspozycyjny jak kiedyś, bo jestem samotnym ojcem. Wiem, że  to się już jakoś rozniosło po szpitalu, ale mówiąc nieelegancko - wisi mi to i powiewa. Perspektywa bycia z facetem, który ma  dwoje dzieci skutecznie odcina ode  mnie płeć piękną. I bardzo dobrze - bardzo  nie  lubię być podrywany i czuć się żywym wibratorem. A tak się ostatnie lata czułem przy własnej żonie, dla której seks i tylko seks był oznaką miłości.

 Ja po prostu jestem z innej, mniej popularnej bajki, w której uczucia  wyraża  się się w bardziej skomplikowany sposób, a seks jest uzupełnieniem  a nie główną sprawą. Marta, Wojtek, moi rodzice - wszyscy myślimy podobnie i dobrze nam z takim sposobem myślenia. Zastanawia mnie  tylko jedno - dlaczego chłopcy zupełnie nie  wspominają matki. Nie mam pojęcia jak to interpretować. Szalenie obaj lubią Martę to ich ukochana  ciocia, jej teścia nazywają dziadkiem, mąż Marty to ukochany  wujek. Obca kobieta, ich wychowawczyni (magister wychowania przedszkolnego) jest przez  nich traktowana jak ciocia, ale w skali ich  uczuć zajmuje niższe miejsce niż Marta. A o swej matce wcale nie  wspominają, a przecież  gdy byłem pół roku w Londynie to oni byli tu z nią i jej matką. Do mnie do Londynu przylecieli z Martą i Wojtkiem.  Nie umiem tej łamigłówki ułożyć. 

Nie boli mnie to, że nie tęsknią za swoją matką, mnie tylko zastanawia dlaczego nie tęsknią.  Na razie nie drążę tematu - mam wrażenie że to z czasem samo wyjdzie  na  wierzch.  Coś ci pokażę-  to zdjęcie pod  tytułem Marta i Wojtek nie  chcą na  razie  dzieci - i pokazał  Maryli zdjęcie z Londynu  - Wojtek obejmujący Martę i przytulonego  do niej młodszego synka Andrzeja - cała trójka pogrążona we śnie.

Chyba zrobię z niego powiększoną odbitkę i oprawię  w ramki- chłopcy  w Londynie  spali razem  na jednym szerokim  łóżku i mały chyba nad  ranem powędrował do drugiego pokoju, gdzie  spali Marta z Wojtkiem. Wgramolił się na łóżko od  strony Marty, przytulił się  do niej i  spał dalej. A Wojtek tylko wyczuł, że  Marta  jakoś zwiększyła  swą objętość,  ale za bardzo się nad  tym nie  zastanawiał i przytulił oboje.

To jest wielce nietypowe małżeństwo - oni jeszcze w podstawówce  byli parą. Potem w czasach liceum  byli rozdzieleni i rzadko się widywali bo on  był w Austrii, a ona tutaj, ale Wojtek po kryjomu zdał egzamin wstępny na Politechnikę i gdy już znał  wynik to dopiero wtedy w domu powiedział, że jedzie do Polski studiować.  I po tylu latach znajomości nadal się kochali i pobrali. A ojciec Marty to jest zupełnie niezwykły facet- on ją sam wychowywał od  dwunastego roku życia - bo też  miał takie mocno zezowate szczęście. Bo jego żona wcale nie  chciała dziecka, ale  zaszła (bo seks się jej jednak podobał) i bardzo marnie  zajmowała  się  Martą i nawet bardzo dawała  dziewczynie odczuć, że jej nie kocha i Marta na sprawie  wybrała ojca na opiekuna. Widziałaś tu ojca Marty - chodząca  dobroć- bardzo, bardzo go lubię i  cenię.

Andrzej, ale ty mi nie powiedziałeś kiedy idziemy do tego teatru. Andrzej westchnął  - przepraszam, mam nieomal  zerową wprawę w umawianiu  się na jakieś  wyjścia i dlatego  zapomniałem- to będzie w piątek, czyli za dwa  dni. Poczekaj - zerknę w podpowiadacza i szybko  zajrzał w  swego smartfona - tak- oooo- mam- jutro mam potwierdzić, czy odbieram zarezerwowane bilety, a  spektakl jest   w piątek o 19,00. W takim  razie godzinie 18,15  będę sterczał na tej Piwarskiego. Ciekawy jestem czym  się facet  zasłużył, że ma ulicę.  Pewnie jakiś działacz polityczno-społeczny,  może jakiś  kumpel np. Waryńskiego. 

Wiesz - czuję się tak,  jakbym pierwszy raz  w  życiu szedł do teatru. Tkwiłem w jakimś  swoistym  kieracie- szpital  czyli operacja, dyżur, operacja, przychodnia i tak w kółko. Paranoja. Właściwie  może powinienem być wdzięczny losowi, że tak  mi się posypało wszystko. Dużo masz dziś opatrunków - zapytał Marylę.  No nie, twoich  to trzech, w tym  dwie babeczki, Henio też chyba tak  nakroił i dziś  w przychodni jest  Henio, więc pewnie  jakieś   szwy będzie  ściągał to będę przy tym także. Teraz  taka pora  roku, że jakby mniej jest pacjentów  chirurgicznych. Wiesz- mnie  się tu podoba  to, że  pielęgniarka  chirurgiczna  nie jest  "panią do wszystkich prac pielęgnacyjnych" i jest utrzymywany ten podział kompetencyjny,  a są   szpitale, że pielęgniarka jest do wszystkiego. Aż cud, że nie ma  dyżurów  w pralni szpitalnej. 

Andrzej podsunął jej swój smartfon i powiedział wskazując  palcem- bądź tak  miła i  wpisz mi tu  swój  numer priv, a tu masz moją wizytówkę z numerem priv i domowym. I wiesz - ogromnie  się cieszę, że pójdziemy  razem do teatru! Chyba wracamy już  na oddział.

                                                                           c.d.n.

czwartek, 11 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 110

 Promotor Marty poinformował ją, że  obrona jej pracy  może być dopiero najwcześniej w połowie  października, ale to  w niczym jej  nie przeszkodzi, bo jeśli musi podjąć zaraz pracę to będzie bez problemu do pracy przyjęta i bez tego mgr, ale jego zdaniem to Marta  powinna jednak nieco po tych studiach odpocząć, tym bardziej, że  i tak  musi zaczekać na decyzję UP, bo dalej trwają badania. i dopiero po ich  zakończeniu będzie mogła bronic pracy. Wiadomość ta  bardzo ucieszyła obu ojców i jej męża, ona  sama  miała tak  zwane "mieszane uczucia" - owszem,  była  zmęczona, ale nie aż tak bardzo jak się innym  wydaje.  Ale rodzina była  zdania, że nie ma potrzeby żeby  Marta teraz/zaraz szła do pracy - w  sumie pracowała  intensywnie pięć lat w trakcie studiów, więc  niech nawet o pół etacie w trakcie  wakacji nie  myśli. Jeszcze  się  dziewczyna  w życiu napracuje. Poza tym ze  względów stricte   taktycznych lepiej jest by przyszła do pracy z tytułem magistra -  od razu jest wtedy dla  niej  lepszy start po prostu inaczej  ją przyjmą  ci, co już tam pracują.

Wojtek chyba wszystkim  znajomym nawkładał do głów, by powstrzymali Martę od pójścia do pracy przed  uzyskaniem owego tytułu "magistra". Patrycja  jej powiedziała, że jeżeli będzie  tęskniła  za pracą to może popracować w kwiaciarni i wtedy raz  będzie  zastępowała ją, bo chcą z tatą wyjechać w góry, a potem, gdy ona wróci z urlopu to Marta zastąpi jej wspólniczkę. Teść z kolei stwierdził, że jeśli  będzie  się nudzić w  domu,  to on jej wynajdzie  zajęcie u siebie  w Ośrodku  Informacji  i może się nawet pouczyć przy okazji niemieckiego. Ala się śmiała, że ona  bardzo  chętnie przyjmie pomoc Marty przy  swoich latoroślach, bo w  wakacje cała trójka  jest  w domu,  więc mogłyby razem z dzieciakami gdzieś  razem jeździć , zwłaszcza, że teraz cała trójka  już jeździ bez  fotelików tylko ma takie specjalne samochodowe poduszki i są  wtedy normalnie przypięci  pasami, a te  trzy łebki to nawet w "pięćsetce" z tyłu się  mieszczą bez problemu. 

Andrzej też jej  "wkładał" do głowy, że stanowczo powinna się  "odrestaurować", bo widać po niej, że jednak jest zmęczona.  Marta popatrzyła się na niego i powiedziała - znaczy, że przestałam ci się  już podobać. Andrzej się  tylko roześmiał i powiedział - twoja dociekliwość i zdolność  dedukcji wyraźnie poszły  się gdzieś  paść na łąkę i z przemęczenia  głupstwa pleciesz. Wiesz dobrze, że gdybyś nie była żoną mego przyjaciela to błagałbym  cię na kolanach byś była  ze mną. I on o tym też dobrze  wie, bo mu o  tym kiedyś powiedziałem. Przyjedź na pobranie  krwi pojutrze  rano, bo wyglądasz nieco anemicznie. Odciągnij  dolną powiekę i zerknij  w lusterko - bledziutko tam. Już cię zapisałem  do nich.   Po pobraniu krwi zjesz śniadanie ze mną w kantynie  i dopiero wtedy pojedziesz albo domu albo na uczelnię.

A skąd wiesz, że pojutrze zaczynam zajęcia później?- zdziwiła  się Marta.  Andrzej  się tylko roześmiał - przecież jesteśmy rodziną, a ja jestem "rodzinny  facet" i nic  co się  dzieje  w rodzinie  nie jest mi obce. Przy okazji dogadamy niedzielę - bo mam ochotę porwać was do moich rodziców, bo usłyszałem, że powinni poznać mego brata i bratową, skoro ich posiadam. 

Chyba  bardzo się postarzałem,  skoro zaczynam  się z nimi dogadywać. Pokaż mi swoją łapkę z tym ścięgnem - muszę pomacać. Kumpel mi kazał macać to ścięgno przynajmniej raz na kwartał,  a ja się nieco  opuściłem w tym macaniu twojej łapki. Ale ja ją często macam gdy myję ręce- powiedziała  Marta- moim  zdaniem to nic się  z tym ścięgnem nie  dzieje, chociaż wyraźnie jest grubsze, ale nie tworzą się  jakieś złogi i  mnie nie boli i nie mam na  nim żadnych gruzełków  ani nie mam przykurczu. Zobacz jak mogę sobie daleko odciągnąć ten palec  "do tyłu". I nic mnie przy tym nie boli - ani  ścięgno  ani żaden ze stawów. A ten często wybity staw boli mnie  tylko przy ucisku , no ale on jest w drugiej  dłoni.  Może po prostu  to taka anomalna moja uroda . I wiesz- to bardzo fajnie, że  się zaczynasz dogadywać z rodzicami. Jakby na to nie  spojrzeć rodzina to podstawa. No a fakt, że dzieciakom dobrze jest u twoich rodziców to też jest ważny. W którejś mądrej książce wyczytałam, że dla małych dzieci ważne jest by ta rodzina to nie byli tylko rodzice i najbliższe rodzeństwo ale i dziadkowie, ciocie przeróżne, wujkowie i kuzyni.  Mam wrażenie, że my z Wojtkiem przez to, że oboje  mamy dość mocno ograniczoną rodzinę to jesteśmy tak bardzo do siebie przywiązani.

A ja z kolei do was - i wiem, że nic już tego nie  zmieni- stwierdził Andrzej. Ewa mi powiedziała, że jej zdaniem  Wojtek i ja na pewno jesteśmy spokrewnieni -  chyba będę musiał przepytać ojca co on o tym myśli, no ale do tego to musi koniecznie poznać Wojtka. No i nie powiem nic  na początku, żeby nic mu nie  sugerować. A moi dwaj  zbóje  powiedzieli  mi ostatnio, że ciocia Marta jest: ładniejsza od  cioci Ewy, lepiej opowiada o zwierzątkach, ładniej rysuje i.....nie maluje się. A najlepsze  ze  wszystkiego, że do tych pozytywów starszy dodał - i ciocia Marta ma swego męża i wujek od cioci Marty jest fajny. I dziadek  Wiesiek  od cioci Marty też jest fajny. Wniosek jasny jak  słońce - ciocia Marta ma  fajnych  facetów obok  siebie.

Mało się nie udusiłem powstrzymując  śmiech gdy mi to powiedzieli. Rozmowy z nimi czasami są niesamowite. Ale nigdy żaden z nich nic nie mówi o Lenie i zastanawia mnie to dlaczego. To tak jakoś wygląda w moim pojęciu dziwnie. Ja wiem, że ona często na nich krzyczała,  ale oni jakoś zupełnie ją jakby skasowali w pamięci. Dziwi mnie to - bo na przykład po naszej przeprowadzce, gdy poznali twojego teścia  to sporo o nim mówili i zaraz uznali go za  dziadka. No i teraz  też często  o nim mówią. I o tym  jak byli z nim i moją  teściową w ZOO.  O Lenie to tylko powiedzieli moim rodzicom, że ona jest chora i długo jej nie będzie. A jest  chora  bo paliła  papierosy. Wspominają Ziuka, jego żonę, Michała i jego dzieci, Alę - ale słowem nie  wspomnieli o Lenie i to mnie  zastanawia. I, żeby było jeszcze ciekawiej czasem opowiadają o Otwocku, o siostrze mojej byłej teściowej i o jej synu, że woził ich kolejno na rowerze. O Lenie z tamtego okresu też nie ma ani słowa - zupełnie jakby tam byli bez niej. Zupełnie tego nie  rozumiem,  ale z drugiej strony to może  dobrze, że nie tęsknią za Leną.

Pytałem  się  Ewę czy oni coś czasem mówią o Lenie, ale ona twierdzi że nie-  raz tylko się pytali czy ona pali papierosy i byli zadowoleni usłyszawszy, że ona nigdy nie paliła i na pewno nie będzie palić, bo to bardzo szkodzi zdrowiu. I  więcej nigdy nic nie mówili o Lenie. Babcia dla nich to tylko moja  matka - o drugiej  babci nie mówią,  a przecież  mieli  z nią  bardzo  częsty kontakt nieomal od pieluch. Fakt, że mnie moja  matka  nigdy tak nie  dogadzała jak im dogadza.  Gotuje  to co najbardziej lubią, jak wprowadza coś nowego do menu to tak o  tym wpierw opowiada, że się nie mogą wręcz doczekać, żeby to spróbować.

Marta zamyśliła  się, a po chwili powiedziała - kiedyś szalenie  mnie dziwiło, że dawniej kandydat na męża musiał być starszy od swej "wybranki" - ale po latach obserwacji doszłam do wniosku, że to wcale nie było takie głupie, jak mi  się to przedtem  wydawało. Już od  wielu facetów  słyszałam, że oni do ojcostwa "dorośli mentalnie"  tak średnio - przeciętnie dopiero około czterdziestki- dopiero wtedy to dziecko przestawało być niewygodą. Bo dopiero po około 7- 10 lat po ślubie "podzielenie się" swą  żoną z dzieckiem dobrze  znosili psychicznie. I mówili mi o tym faceci, a ich żony tylko to potwierdzały. I chyba to jest bardziej  zgodne  z  rozwojem psychiki - ani Wojtek ani ja  jakoś nie tęsknimy do tego by  się rozmnażać, choć mamy do tego obiektywnie całkiem dobre  warunki- mamy swoje własne  umeblowane  mieszkanie, Wojtek ma  dobrą pracę, którą lubi,  dobrze stoimy finansowo,  mamy wsparcie  rodziny, ale ani ja, ani on jakoś  się nie  spieszymy do posiadania dziecka.  I to nie jest tak, że ja nie lubię dzieci - ja  tylko nie  tolerują wrzeszczących rozwydrzonych bachorów, którym głupie mamuśki na  wszystko pozwalają na  zasadzie, że  to jeszcze małe dziecko, podrośnie  to zmądrzeje. Podrosnąć to ono podrośnie,  ale będzie miało złe nawyki.

No i jak cię  nie kochać- zaśmiał się Andrzej. Powiedz mi jakbyś odebrała faceta, który by cię na pierwszą randkę  zaprosił do teatru?  Pytasz  się mnie teoretycznie  czy praktycznie?- spytała. Nooo - praktycznie. Ja to bym  się ucieszyła - to bardzo dobry pomysł, tylko żeby sztuka nie była ponura z natury. To bardzo dobre miejsce na  wzajemne poznawanie  się - poznajesz co towarzyszącą  ci osobę bawi i po wyjściu macie automatycznie o  czym porozmawiać - stwierdziła Marta. Jeśli babka jest na poziomie to na pewno doceni ten pomysł. A na co idziecie?  Do "Współczesnego",  na komedię "To czego nie widać". Nie znam tej  sztuki, ale podobno  wszyscy się jeszcze po wyjściu z teatru  śmieją. No wiesz, jeszcze jej  nie  zaprosiłem, ale jutro to zrobię - chciałem  wpierw  się ciebie poradzić. 

  To następnym  razem, jeśli ocenisz, że warto w nią inwestować to zaproś ją po  teatrze na dobrą kolację np. do Europejskiego - tam dobrze karmią - świeże papu i nie spaprane - doradziła  Marta. Oczywiście z góry  wcześniej  zarezerwuj tylko stolik, jedzenie  zamówicie  przy  stoliku.

Jesteś niesamowita - radzisz  mi, ale nie pytasz się  z kim idę -Andrzej był nieco zdziwiony. Marta wzruszyła ramionami - sam mi powiesz gdy ocenisz, że warto było z tą osobą pójść do teatru i zainwestować w  dobrą kolację. Już nie jesteś napalonym na  dupinę studentem ale chirurgiem z doktoratem w dorobku.

A kiedy lecicie do Turcji?  We wrześniu, ale nawet jeszcze nie wiem dokładnie którego września, wiem  tylko że do Side - wszystko załatwia Michał- on ma  chyba jakąś znajomą w którymś biurze turystycznym, chyba w TUI. A ty też byś poleciał do Turcji? Nooo, z wami to wszędzie  bym poleciał, nawet gdybym musiał sam tam być. No to zadzwoń do Michała - chyba masz jego numer komórki? Mam tylko do  domu, bo miała ten numer Lena i wpisała do domowej książki telefonicznej. No to dam ci jego priv, więc na  dzień dobry miauknij, że masz go ode mnie. Michał na wakacjach  to sama radocha- zupełnie inny facet niż na co dzień- zupełnie jakby gdzieś w drodze zgubił ze  20 lat - przy nim  to nawet  gdy pada deszcz to masz wrażenie, że jest świetna pogoda. Polubiłam go nieomal od  pierwszego  spotkania gdy był promotorem Wojtka. Wojtek mówi, że najbardziej mu się Michał podoba gdy egzaminuje studentów - on go wtedy wręcz podziwia, bo często studenci, a zwłaszcza płeć piękna, wyplatają  takie  brednie, że Wojtek to by takiego przez okno wywalił z trzeciego piętra, a  Michał słucha tych bredni spokojnie i nieomal z  zainteresowaniem, a potem spokojnie mówi delikwentowi, że bardzo, bardzo mu przykro,  ale  dziś  niestety egzamin jest oblany i  zaprasza na następny termin.

Andrzej  śmiał  się i powiedział - Michał bardzo lubi nie tylko Wojtka, ale tak samo  ciebie i twojego tatę. Opowiadał  mi o obronie magisterki - zadziwiliście ponoć panie  sekretarki kompletnie, podobno panie na początku były pewne, że to jest rodzony ojciec  Wojtka a nie  teść.  Marta  się śmiała-  ja  to mam wrażenie, że mój tata to już nawet  nie  wie które  z nas jest jego rodzonym  dzieckiem a które  tylko "przysposobionym" nieoficjalnie.  Tak naprawdę to on nas oboje  wychował. Ze  strachem myślę o  tym, że w pewnym  momencie może go zabraknąć. Tata jak  coś kupuje dla mnie to od razu kupuje  coś dla Wojtka. Jak przywoził z  zagranicy coś dla mnie to i od  razu dla Wojtka. Dobrze, że teraz ma Pati i ona o niego bardzo dba. A Wojtek dopiero całkiem niedawno "odkrył", że jego ojciec też jest fajnym  facetem. Obaj  nas rozpieszczają.

Marciu, trzymaj za mnie kciuki, żeby to moje  zaproszenie do teatru zostało przyjęte  no i żeby to wszystko wypaliło. Dobrze, będę trzymała, chociaż nie mam pojęcia o kogo chodzi. Zakładam, że już wydoroślałeś.

                                                                     c.d.n.

wtorek, 9 kwietnia 2024

Córeczka tatusia- 109

 Rodzice Andrzeja wrócili oczarowani Hiszpanią, a  zwłaszcza Katalonią. Nagle  zaczęli żałować, że nie byli nigdy  dotąd w Hiszpanii, bo gdyby znali  Katalonię to zamiast domku na Sadybie  kupiliby jakiś  domek na Costa Brava- bo tam jest  ślicznie!!!! - nieomal  piała z  zachwytu matka Andrzeja.  Ojcu też się podobał pobyt  w Hiszpanii, ale  całkiem przytomnie   zauważył, że  po pierwsze- trzeba jednak  znać język, po drugie  - byli przed typowym  sezonem turystycznym, więc nie  było "wakacyjnych dzikich tłumów" , gdy "ludź na  ludziu leży i ludziem  pogania"  a pobyt tam w okresie jesienno- zimowym i  wczesnowiosennym na pewno nie jest tak bardzo miły jak w  sezonie letnim. Sporo domków jest wtedy pustych i  choć nie jest może tam tak zimno jak nad Bałtykiem  w  tym okresie, to miłego ciepełka na pewno nie ma. No a on nie bardzo jest w stanie  uwierzyć, że  w krótkim czasie opanowaliby język hiszpański. W tym momencie mama Andrzeja  stale nadawała tekst z gatunku  "dla chcącego  nie ma rzeczy  zbyt trudnych", a poza tym to przecież są tam od teraz  na stałe  "sadybianie", więc  mieli by towarzystwo. Niusiu -(tak pieszczotliwie  zwracał  się do matki Andrzeja jej mąż) - jeśli mi nie  wierzysz to poleć w listopadzie  na kilka dni do Hiszpanii  i sprawdzisz  doświadczalnie jak tam jest późną jesienią.

Z początku ojciec nieomal kłócił się  z matką  i wciąż jej tłumaczył, że to są  zupełnie pozbawione  sensu jej marzenia, ale  szybko Andrzej  mu wytłumaczył, że  praktyczniej  będzie  nie  reagować na te  niedorzeczne plany i spokojnie przeczekać. By zająć umysł swej matki innymi sprawami na każdy weekend  przywoził chłopców  do dziadków i w krótkim czasie stało się  to rutyną, a obie  strony były bardzo zadowolone  z  zaistniałej  sytuacji. Dziadek wciąż  wymyślał weekendowe  rozrywki dla  dzieci i przeważnie  w każdy piątek wieczorem dzieci przekraczały próg domku na  Sadybie, wpadając  w ramiona już stęsknionej  babci.  

Podobało się im  u dziadków i to, że jeśli tylko była dobra  pogoda to całe  dnie spędzali w ogrodzie, w którym dziadek zainstalował huśtawkę a ponieważ w ogrodzie  praktycznie  nie było żadnych "grządek" bo poziomki i niewielka  ilość  truskawek rosły w pojemnikach, chłopcy mogli pobiegać kopiąc przy okazji piłkę. Poza tym dziadkowie zainstalowali dla nich stolik i krzesełka oraz parasol więc mogli też rysować lub  budować  coś  z klocków.

Ewa nadal pracowała u Andrzeja. Po wakacjach "starszy" już zaczynał zajęcia  w zerówce i wyraźnie  był tym faktem  nieco przerażony, więc Ewa tuż przed tymi  wakacjami udała  się do "pani od  zerówki" i sprawiła, że starszy mógł kilka razy być w miejscu, w którym od września  miał bywać  codziennie. I, jak  się okazało, był to świetny pomysł - dziecko wprost nie mogło  się  doczekać  i stale  pytał  się Ewy "kiedy  ja  wreszcie pójdę do zerówki ?" Ewa czym prędzej poświęciła jeden  z kalendarzy, zaznaczyła mu dzień aktualny, w prostokącie z data 1 września narysowała domek z tabliczką "0" i miał codziennie krzyżykiem oznaczać miniony dzień.

Ostatnia  sesja egzaminacyjna Marty "przeleciała" nieomal z prędkością światła. Wiesz- mówiła Marta  do męża-  jakoś tak mi szybko ta sesja minęła, że nieomal jej nie  zauważyłam. Ale niestety trochę mi się ślimaczy  z tą magisterką i na pewno będę w  wakacje pracować - coś jest jednak w tym powiedzeniu, że "pańskie oko konia  tuczy."  

No popatrz - a ja cały  czas myślałem , że ty zajmujesz  się  jakimś procesem  chemicznym  a ty  mi nagle mówisz o koniach i ich  tuczeniu - śmiał  się Wojtek. Nie narzekaj, pomyśl, że niektóre  twoje  koleżanki teraz  dopiero  zaczną pisać a ty już  niemal  skończyłaś pisać i całe to opóźnienie nie wynika  z twojej winy tylko z opieszałości innych osób. Ale mam nadzieję, że nie będziemy musieli  zmieniać terminu wyjazdu i wyjedziemy we  wrześniu, bo już sobie  z Michałem zaklepaliśmy pierwszą połowę  września- tym razem w  Side - to tylko 65 km od lotniska w Antalyi, a więc sporo, niemal  o połowę  bliżej  niż Alanya. Temperatury  w dzień ponoć  będą około 32 stopni, ale tam jest  mniejsza  wilgotność, ponoć jest  jakiś mikroklimat, bo góry  bliżej i upał tak nie  doskwiera,w nocy temperatura spada  do 19 stopni, a woda  we  wrześniu ma jeszcze 26 stopni, słońce jest przez  10 godzin. 

Do zwiedzania  są ruiny starożytne teatru i świątyń - Apollina, Ateny, i jakiegoś Mena, ale ani ja   ani Michał nie  wiemy co to za bóstwo było, poza tym jest  muzeum  archeologiczne. Hotel jest 4 km od centrum  miasta, a samo  miasto ponoć bardzo  fajne i ma  bardzo ciekawą  starą  część.  I  jest tam sporo fantastycznych sklepów jubilerskich i u każdego niemal jubilera można  zamówić coś na  zamówienie - tylko oczywiście  należy  się targować i wtedy cenę początkową  można obniżyć nawet od 40 do 50 procent. Wszystkie  posiłki w hotelu są  serwowane w charakterze  bufetu i jak  dla  mnie to dobra  wiadomość. Ty też tak  wolisz chyba.   Ala na pewno  do ciebie  zadzwoni, na razie chodzi i podśpiewuje, bo bardzo jej przypadła do gustu Turcja. No i będzie 2 tygodnie bez ukochanych  dzieci - też bym na jej  miejscu śpiewał z radości. Chociaż,  jak  zauważył Michał, odkąd Ziukowie  mieszkają w Warszawie to Ala ma  więcej  czasu  dla  siebie i upiera  się, by jednak pójść  do pracy na  pół etatu. 

A rodzice  Michała  namawiają  ją na  studia i chcą im w tym czasie nawet pomagać  finansowo, czyli te jej  studia  w  całości sfinansować, bo na pewno za jakiś  czas, gdy już dzieci podrosną to pójdzie  do pracy i wtedy "ten papierek", że ma ukończone  studia spowoduje, że  będzie miała lepszą pozycję przetargową. Michał sądzi, że ona wkrótce "dojrzeje do takiej opcji" , więc  się  nie  zdziw gdy do ciebie  zatelefonuje i będzie się ciebie  wypytywać o studia. Ojciec  Michała  już  robił  wywiad u  Koźmińskiego i   Łazarskiego  i stwierdził, że  warto  wybrać  Łazarskiego, bo oni  są dotowani przez UE i ceny studiów  nie powodują  bólu  głowy i  dziury  w kieszeni. No i lokalizacja dobra, bo blisko metra i kampus  uczelni  wygląda  naprawdę  europejsko. Różnica  w  cenie pomiędzy studiami stacjonarnymi na nie stacjonarnymi to 1200 złotych za rok. On patrzył na studia  prawnicze, bo Ala wszak na takie  kiedyś  zdawała, więc   zrobił  założenie, że pewnie  takie  by  wybrała. Poza tym ojciec Michała  stwierdził, że  nie ma  zamiaru  wziąć  swych pieniędzy  do grobu i chce  by jego pieniądze trafiły  potem do Michała i jego  rodziny i już  "podjął stosowne działania". I najprawdopodobniej po  wakacjach  przylecą oboje  do Warszawy. Może tym razem mama Michała  nie  podłapie  gdzieś  grypy, która ją unieruchomi. Ziuk z kolei  stwierdził, że jeśli Ala podejmie  studia to oni po prostu bardziej włączą  się do opieki nad  dziećmi - odkąd mieszkają na Ursynowie częste  bywanie u Michała i Ali  przestało  wszak być problemem. 

Tak sobie  pomyślałam-  stwierdziła  Marta- że my z Alą to mamy szczęście - i ani ona, ani ja  nie możemy ani jednego złego słowa  powiedzieć  o  swych teściach - Dziadkowie Mireczka  w pełni "adoptowali" i ją i Michała i ich  dzieci. Z tego co dotychczas  widziałam lub  słyszałam od innych to jednak rzadkość. Ale  z  drugiej  strony nie wyobrażam  sobie jak ktoś mógłby nie polubić Michała - to naprawdę szalenie fajny człowiek. Mądry, wykształcony, uczynny i szalenie  troskliwy. Ziuk kiedyś powiedział naszemu ojcu,  że  dzięki Michałowi odżyli po śmierci syna i teraz mogą żyć bez traumy. A twój ojciec ciągle mi  mówi, że jestem jego córeczką i że cieszy się, że nasza przyjaźń przemieniła  się w małżeństwo. 

Czasem dziewczyny  na uczelni straszliwie narzekają na  swoich obecnych lub przyszłych teściów i twierdzą, że najgorsze co  może je  spotkać to mieszkanie  pod jednym  dachem z teściami, nawet jeśli pod  tym jednym dachem jest duża chałupa a w niej dwa piętra a czasem nawet dwa oddzielne wejścia. Kiedyś powiedziałam, że spieszę  się do domu, bo  mój teść zawsze  się niepokoi gdy mnie nie ma o określonej godzinie w domu, a poza tym to pewnie włącza i wyłącza gaz pod  garnkiem, żebym  miała  zaraz  coś  ciepłego do zjedzenia. I twój tata urósł w ich oczach do rangi bohatera, bowiem - potrafi gotować i na dodatek  gotuje  dla synowej.  Całą drogę do  domu śmiałam  się - czyli dziewczyny  "zrobiły  mi drogę  do  domu". Ciekawe co by powiedziały gdyby wiedziały, że mnie ojciec sam wychowywał od 12 roku  życia. Pewnie by  zrobiły składkę na wybudowanie  mu pomnika.  

Często rozmawiam z Kingą - to jedna z tych co robią  drugi  stopień i też  ją  zlewały  siódme poty gdy słuchała wypowiedzi większości  dziewczyn na temat  życia, biznesu i  facetów. Najbardziej  mnie rozbawiła  stwierdzeniem, że gdy wdepnie  do jakiegoś  zakładu kosmetycznego a tam kosmetyczką  będzie któraś z naszych koleżanek z tych co to zakończyły  działalność naukową po I stopniu to na pewno nie  zostanie na  zabiegu. Ona jest  teraz ze  Szczyrku, a pochodzi z  Zambrowa  i już ma  za sobą zrobiony dyplom  masażysty, który  zrobiła w Konstancinie. Teraz zrobi magisterkę z kosmetologii i ma  w planie otworzyć  "nieduże SPA" ale  stwierdziła, że chce po prostu by to było dobre SPA a nie byle jakie, więc zdobywa  wiedzę w temacie. 

Obiecałyśmy sobie kontakt i obiecałam, że na pewno do  niej wpadniemy do tego  Szczyrku - jak będziemy  chcieli połazić po górkach to najlepiej wczesną jesienią, we  wrześniu  a na  narty to zimą. Ona też ma  fajnych teściów.  Teściowa gdy  zobaczyła na SKYPE, że Kinga jakoś marnie  wygląda to zaraz przyjechała, kazała jej zmienić mieszkanie na bliższe uczelni i zapłaciła za nie do końca studiów i jeszcze synka  obrugała, że nie  zauważył gdy był u Kingi, że Kinga bledziutka jak opłatek i że może nie  dojada, że  zmęczona  dojazdami do uczelni i jej teściówka siedziała w Warszawie niemal miesiąc, odkarmiła Kingę, obkupiła w cieplejsze  ciuchy i w tajemnicy przed mężem Kingi dosyła jej pieniądze. A Kingi mąż jest już lekarzem  - ortopedą  więc mu  w tym  Szczyrku  nie  zabraknie pacjentów, zwłaszcza  zimą.  On  to jej wakacyjna miłość  sprzed  matury - jak się Kinga śmieje - to  wszystko przez  to, że była na wycieczce szkolnej  i sobie skręciła i obtłukła  staw skokowy, a on akurat tego  dnia pracował na izbie  przyjęć w szpitalu  w Bielsku-Białej  i się bardzo troskliwie nią zajął. Jak się śmiałyśmy,  to ona  wpierw wpadła w kamienie bo się  zagapiła  patrząc na  wyciąg krzesełkowy,  a potem jemu  do oka.  Ona tu to była i jest świetna  w temacie   funkcjonowania  gabinetu, organizacji pracy, wyposażenia itp. Mnie  to jakoś mało obeszło, nie zagłębiałam  się   w temat, bo  nie mam zamiaru otwierać gabinetu lub go tylko  firmować.  Ona twierdzi, że jej teściowie to  chyba ją bardziej kochają  niż  swego synka. Jak była teraz na wakacjach u  nich to teściowa gotowała  tylko to co Kinga  lubi. Teściowa nazywa ją Inga, bo twierdzi, że to "K" na początku  imienia nadaje mu jakąś twardość.  Kinga twierdzi, że  czasami jej głupio, bo oni mieszkają w jednym  domu z teściami i teściowa nic jej  nie daje   w domu zrobić, ale synka to do roboty goni, męża zresztą też.  

Kinga ma jeszcze  dwie siostry starsze od  siebie, obie  mężatki i obie  dzieciate, każda ma "dwójeczkę" a jedna  z nich  prowadzi razem z mężem gospodarstwo  agroturystyczne " w kartoflach i łubinie" jak mówi Kinga nad jakimś jezioro-bajorem, a druga osiadła  w Łomży i pracuje w jakimś urzędzie.  Obaj  mężowie   jej  sióstr są z okolic Łomży i jej  zdaniem to bardzo nieciekawe typy, które co roku lezą z pielgrzymką do Częstochowy w intencji by już  więcej nie  zaglądać do kieliszka, ale  chyba te pielgrzymki  niewiele dają i jedna  z nich już zaczyna dojrzewać  do rozwodu. A cała ta  sytuacja bardzo martwi rodziców Kingi, bo gdy wychodziły  za mąż to oni oboje  byli przekonani, że to bardzo porządni chłopcy, choć jak wieść  gminna niesie jeden z bardzo porządnych chłopców tak się spił na weselu swego kolegi, że aż tydzień spędził w  szpitalu na odtruwaniu. Kinga  się śmieje, że chwilami  ma  wrażenie, że ona nie jest z tej rodziny, że  zapewne w  szpitalu wydano ją niewłaściwym małżonkom, bo ona zupełnie nie ma wspólnego języka ze swymi siostrami. Jedna jest od  niej 3 lata starsza, druga pięć lat. Ale  Kinga bardzo,  bardzo rzadko jeździ do  swych rodziców, a nawet gdy tam jest to nie  spotyka   się z  siostrami. I kiedyś mi powiedziała, że mi zazdrości, że jestem jedynaczką.

                                                             c.d.n.

niedziela, 7 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 108

 Tak jak przewidywała  Marta znalezienie w Warszawie  takiego mieszkania, które odpowiadałoby w 100% rodzicom Andrzeja nie było sprawą  prostą. Co kilka  dni ojciec  Andrzeja donosił  mu o kolejnym "niewypale". W pewnym momencie  Andrzej dość  brutalnie powiedział  swemu ojcu, że najzwyczajniej  w  świecie  muszą  się  z tym problemem zmierzyć sami, bo on nie ma  czasu na to by niemal co drugi  dzień jeździć oglądać  to co im proponują a poza tym to co się podoba jemu z reguły nie  zyskuje poklasku rodziców, więc sami powinni się jeszcze  raz zastanowić nad każdym obejrzanym lokalem  sprawdzając  w ilu  procentach spełnia  ich wymagania, które  wszak mają wypisane na kartce. W pewnym momencie "wyszło  szydło  z worka", bo ojciec powiedział, że tak naprawdę to oni woleliby jakiś mały domek na  starych osiedlach domków jednorodzinnych. Dobrze, że trudno kogoś zabić  wzrokiem - Andrzej tylko głośno przełknął ślinę i powiedział, by w takim  razie spisali swe wymagania odnośnie owego domku i dali ją firmie, która "obracała" nieruchomościami.

Kwestia znalezienia nowego miejsca  do zamieszkania  nabrała rozpędu  w chwili, gdy znalazł  się poważny kupiec na ten olbrzymi dom rodziców. W rozmowie z Martą i Wojtkiem Andrzej nazwał chętnego na ów dom "czubkiem", który  chce tam  zrobić, rozkręcić jakiś biznes, a pomysł oscyluje pomiędzy projektem na "dom  weselny" lub "dom letniskowo -opiekuńczy" dla mocno starszych osób. Obydwa pomysły były  zdaniem Andrzeja  nieco "wydumane", ale gdy ktoś  to kupi bo cierpi na nadmiar gotówki to niech  sobie tu nawet zrobi szulernię lub  dom uciech  cielesnych - jemu jest to zupełnie obojętne. 

Marta popatrzyła  się na niego i powiedziała - mam wrażenie, że jak na dom uciech  cielesnych to jest tam zbyt mało łazienek - z tego co mówiłeś to są tylko dwie łazienki. Ale nie mam pojęcia czy są jakieś przepisy prawne  w tej kwestii, bo przecież u nas nie ma legalnych domów uciech  cielesnych. W dwa tygodnie  później  ojciec Andrzeja  poprosił go by powiedział, który wieczór  w następnym tygodniu ma  wolny, bo jest  domek - mały, nie porywający urodą z  zewnątrz, z niedużym ogrodem, z garażem a wszystko na Sadybie bardzo blisko  Jeziorka Czerniakowskiego, ale nie nad samym jeziorkiem. Domek jest parterowy. Sądząc z planu to całkiem udany domek typu "klocek kryty spadzistym dachem" i jest pod owym dachem  strych. Wg pośrednika  domek jest  zadbany a jego właściciele wyjeżdżają z  Polski na stałe do jakiegoś ciepłego kraju, do siostry tej pani. I nie przewidują by tu wrócić. Andrzej szybko przejrzał grafik i okazało się, że ma wolne niedzielne popołudnie i  wieczór.

Mama  Andrzeja ze  trzy razy dzwoniła  do niego  pytając  się, czy pamięta, że w niedzielne popołudnie jadą oglądać  ten domek  i była pełna entuzjazmu, że wreszcie będzie mieszkała w mieście a nie na takim "wygnajewie" jak tu. Już sprawdziła na planie miasta w którym to jest miejscu i jest cała w skowronkach, bo stamtąd jest blisko do wszelakich zdobyczy cywilizacji typu sklepy, poczta, punkty usługowe  plus  duży super market a nawet kino i kościół - co do tej ostatniej pozycji to mało istotne, a ogród ponoć mały. Po obu stronach ogrodu są ogrody sąsiadów, tak samo z tyłu.  Jedyny mankament, że będzie do nich należał kawałek chodnika, czyli trzeba  będzie go zimą posypywać by nie było ślisko. Ale  do tego można ponoć kogoś  wynająć. Domek jest podłączony do  wszystkich mediów miejskich, co jest jednak bardzo istotne. Andrzej  szybko  sprawdził na planie  miasta tę lokalizację i jego  zdaniem było to całkiem niezłe miejsce no i był garaż, co było dość istotne. Z tym, że dla  niego najistotniejszą rzeczą było to, że domek funkcjonuje na  miejskich  mediach a nie na własnym ogrzewaniu. Od  wielu kolegów słyszał narzekania na wysokie koszty ogrzewania  indywidualnego. No i do środków miejskiej komunikacji było  dość blisko. I dobrze, że od  samego jeziorka był oddalony o jedną linię domków. Bo Jeziorko Czerniakowskie było dla wielu osób atrakcyjnym kąpieliskiem, na  szczęście owe  kąpielisko było nieco w  bok, od lokalizacji  domku, a do tego  miejsca to dopływały tylko kajaki,  kąpiel w tej części jeziorka   była zakazana. No i do cmentarza  blisko - zauważył Andrzej  z przekąsem - tyle  tylko, że nikt z  rodziny  na nim nie  spoczywa.  Będę miał do nich całkiem prosty dojazd-  nawet im wyrysuję, żeby ich ucieszyć. 

Marta zaproponowała, by zaraz po oględzinach domku Andrzej wraz z rodzicami przyjechał do nich na kawę i coś  do kawy. "Dziadek Wiesiek" albo będzie  albo nie- to zależy od kogoś, kto być może przyjedzie na weekend do Warszawy, albo  nie przyjedzie.

Ciekawa jestem  jak się im  spodoba Ewa- powiedziała  Marta.  A to -to mnie  mało interesuje stwierdził Andrzej- nie przewiduję by Ewa  miała mi towarzyszyć do końca  życia - zresztą ona ma jakiegoś faceta. Dla mnie, jak na razie, kwestia wdepnięcia w kolejne małżeństwo raczej jest w bardzo odległych planach. Na to trzeba po prostu mieć  czas- żeby znów nie polecieć  tylko na  zgrabny kuperek i dobry  humor. Już raz  głupotę zrobiłem i .....wystarczy.  Marta roześmiała  się- no popatrz-  nie  szukałeś  a masz nagle "brata i bratową", masz też  "przyszywanego tatę", więc może jak się któregoś  dnia rozejrzysz to i jakaś kandydatka w miejsce Leny się znajdzie.  

Wątpię - stwierdził Andrzej- od  chwili gdy  się rozeszła  wieść, że jestem samotnym  ojcem z dwójką dzieci to w  widoczny sposób spadły  moje notowania u bab w klinice. Na przysłowiowe "tutti frutti"  to były chętne, ale perspektywa dołączenia do wychowywania dzieci wyraźnie spowodowała "spadek moich akcji", a ja nigdzie nie  bywam poza pracą.

Oględziny  domku, zdaniem Andrzeja,  wypadły dobrze. Domek rzeczywiście z  zewnątrz  nie prowokował do chęci by zobaczyć  co jest  w środku. No i dobrze - jak stwierdził ojciec Andrzeja. Okazały dom zawsze kusi by zajrzeć do wewnątrz, bo skoro jest taki ładny  z  zewnątrz to na pewno  jego właściciele  to bogaci  ludzie.  Ponieważ jego obecni właściciele  wyjeżdżają do Hiszpanii  do Katalonii na stałe, chcą pozbyć się  swoich mebli, które  są dopasowane  wielkością do tego właśnie wnętrza, poza tym dom, w którym będą tam  mieszkać już jest umeblowany i całkowicie  wyposażony a na dodatek transport  mebli z Polski do Hiszpanii jest  absolutnie  nieopłacalny. Oni do tej  Katalonii biorą tylko rzeczy osobiste, jakieś rodzinne pamiątki no i dokumenty. 

W  związku z tym rodzice  Andrzeja po dość krótkim  namyśle  doszli do wniosku,  że wezmą ten domek razem z tym wyposażeniem, bo te  meble  są bardziej do tego  wnętrza  dopasowane niż ich, kupowane  do większej powierzchni. Postanowili, że swój dom też będą sprzedawać razem z meblami. Jedyne czego na pewno będzie żałowała mama Andrzeja  to kominek w salonie, choć korzystali z niego bardzo rzadko.  Właściciele "małego domku" poprosili by mama Andrzeja przejrzała całe wyposażenie kuchenne bo to też  zostaje a to czego zdecydowanie nie będzie chciała niech odda np. do Monaru. Oni oddadzą tam masę rzeczy z wyposażenia domu.

Oprócz wszystkiego tego co jest w domku obejrzeli również cały ogród i piwnicę. W części piwnicy był, nadal jeszcze  sprawny, piec do ogrzewania domu i zdaniem ojca  Andrzeja mógł nadal tu być - jeść wszak nie wołał. Tylko będzie trzeba go przystosować do długiego pauzowania  w  działaniu. W ogrodzie, na tyłach domu, były dwie bardzo duże i wysokie skrzynie wypełnione   ziemią by można  w nich hodować miniaturowe  pomidory, rzodkiewki a nawet  czarne porzeczki - skrzynie celowo były wysokie, by nie trzeba  było się  schylać gdyby trzeba  było usuwać jakieś  chwasty. Ogrodzenie posesji było oplecione winobluszczem, dzięki  czemu przez  część roku ogród  miał "wentylację". Pod dachem był strych i ......ukryty system szaf. Garaż nie  był połączony  drzwiami z częścią mieszkalną domu  co bardzo  się rodzicom podobało. Obie  strony  transakcji  były zadowolone  z  wyniku  rozmów, pozostawało  tylko zgranie  wszystkiego pod  względem terminu. Ojciec  Andrzeja  śmiał  się, że właściwie  każda transakcja zapewnia osobom w niej  biorącym dwie  radości w  życiu - wpierw  się każdy  cieszy z tego, że coś nabył, a potem  drugi raz się  cieszy, że ową  nabytą  rzecz  sprzedał. 

Wysłuchawszy tych  wszystkich nowin Andrzej głęboko odetchnął - rodzice zajęli się intensywnie sprawą sprzedaży swej posiadłości i w  ciągu miesiąca  udało im się znaleźć chętnego na ten wielki dom z wielkim  ogrodem. Dogranie wszystkich formalności trochę obie  strony  transakcji zmęczyło, ale po wielu dyskusjach w Warszawie, rozmów z Katalonią itp. "radości" ustalono, że "sadybianie" wylecą do Katalonii w połowie sierpnia, a  ostatni tydzień w Polsce spędzą w..... domu rodziców Andrzeja, a w tym czasie w ich domku będzie malowanie i szykowanie  go do zamieszkania przez  nowych  właścicieli. Rodzice  Andrzeja dostali zaproszenie do Katalonii, a obie panie bardzo  się polubiły i nawet  zaprzyjaźniły.                        

                                                                         *   *   * 

Niemal rok później obydwie pary wędrowały po ulicach  Barcelony i systematycznie  zwiedzały nadmorskie  miejscowości Costa Brava i Costa Bianca,  a rodzice Andrzeja zasypywali  go zdjęciami z miejsc, w których  byli. Gdy tylko wrócili z objazdu  wybrzeża zaczęli namawiać Andrzeja, by w następnym roku koniecznie wraz  z dziećmi  pojechał do ich nowych przyjaciół, zwłaszcza, że szwagier , który im oddał w użytkowanie jeden ze  swoich domków był hotelarzem.  

Im to dobrze ! - powiedział Andrzej- nie mają  małych  dzieci, już nie pracują i tylko jakoś pojąć  nie mogą, że ja jeszcze pracuję i mam dzieci na dodatek. Ale jeśli bym tam jechał, to pojedziemy tam razem. Kto to jest pod słowem "razem"? - spytała.  No to jasne przecież- ty i Wojtek.  Marta spojrzała na niego i powiedziała - podziwiam twoich rodziców  za tak dalekosiężne planowanie - ja z trudnością układam  sobie plan na  najbliższe dwa miesiące,  a  oni już planują, że  za rok  znów wylądują  w Hiszpanii.   Oni za tydzień wracają- zaglądałeś do ich mini hacjendy? Tak, byłem tam razem z dziećmi. Sąsiad zza płotu podlewał im ogród, zostawili mu klucze "od  zagrody".

A Ziuk, pod  naciskiem swej żony kupił to mieszkanie w bloku obok naszego i Ewa już z nami nie mieszka, ale nadal ma do nas blisko. Śpi z dzieciakami  gdy ja mam  nockę.  Ostatnio, tak jakoś między  wierszami powiedziała  mi, że zerwała  z facetem, z którym widywała  się od  roku, bo wyśmiał jej  chęć studiowania pedagogiki specjalnej mówiąc, że chyba zwariowała chcąc potem pracować z ludźmi "nienormalnymi" . Bo ona  chciała  studiować to zaocznie. Powiedziałem jej tylko, że może nim zacznie te studia  to powinna się zorientować jak wygląda z bliska praca   z osobami widzącymi i czującymi wszystko inaczej niż ci nazywani "normalnymi". Bo może się jej zdarzyć, że podejmie te  studia  ( to są płatne, zaoczne) a okaże  się, że nie wytrzyma tego psychicznie i będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo nawet pracując z tak  zwanym "normalnym dzieckiem" nie jest wcale łatwo nauczyć go wielu rzeczy, jak choćby tego, by składało swoje rzeczy gdy je z siebie  zdejmie a nie rzucało zmięte byle gdzie.  Chyba ją to lekko zabolało, bo starszy nadal ma  system rozbierania  się dwutaktowego - na pierwszy takt ściąga  wszystko razem to co się  ściąga  górą i to wszystko ląduje w charakterze "kłębu czegoś", na drugi takt  ściąga  wszystko to co się zdejmuje  dołem. To chyba  dziedziczne, bo Lena tak często  rozbierała i siebie  i  dzieci.  Pocieszyłem Ewę, że gdy mu  się przed  rozbieraniem  przypomni, że nie  ściąga  się  wszystkiego naraz, to rozbiera  się normalnie. Ja to mu  zawsze jeszcze mówię, że  wtedy samo rozbieranie  się  trwa nieco  dłużej,  ale wtedy jest szybciej  wszystko odpowiednio ułożone  czy też odwieszone na miejsce.

Wczoraj jadłem obiad w kantynie w towarzystwie Marylki. I masz od  niej pozdrowienia, tylko ja zapomniałem ci je przekazać. Pytała  się o ciebie, bo zobaczyła w papierach, że niedawno byłaś na opatrunku u mnie. Masz rację, że to bardzo miła i zrównoważona dziewczyna. A że siedzieliśmy vis a' vis  to stwierdziłem, że to całkiem ładna dziewczyna i chyba jedyna na naszym oddziale, która się nie  maluje a mimo  to fajnie wygląda.  Obgadywaliśmy ciebie, Wojtka i twojego tatę- głównie ciebie, bo powiedziałem jej co studiujesz. Ona, tak jak ja, też rozwiedziona.  Rozwiodła się, bo on pojechał do pracy do Niemiec. Gdy wrócił po sześciu miesiącach to budzony przez nią rano pomylił, będąc jeszcze  w półśnie jej imię i powiedział do niej  "Matilde", na co mu odpowiedziała, że jest Marylą a nie Matyldą. No to zrobił jej awanturę, że ona go "podsłuchuje" gdy on  rozmawia z koleżanką z Niemiec. No i po trzech miesiącach w końcu się przyznał, że zakochał się w Matyldzie i chyba wyjedzie tam  znowu. Maryla   zaproponowała  mu rozwód, na  co on przystał. Ale kazała mu się natychmiast wynieść ze swojego  mieszkania. Bo na  szczęście  mieszkanie  było jej, nie jego. No więc wyjechał. W pracy nikomu o  tym nie mówiła, bo więcej  niż połowa dziewczyn uważa, że ten jeden raz to można wybaczyć a ja jestem po prostu wariatką, bo przecież on pojechał tam by nam  się poprawiła sytuacja majątkowa i  byśmy mogli kupić większe mieszkanie powiedziała.  Marylka   jest po trzyletnich  studiach na WUM. I w moim odczuciu jest bardzo  dobrą  pielęgniarką, bo myśli. No  więc jej powiedziałem, że  w pełni doceniam  jej pracę i dostałem  w nagrodę prześliczny uśmiech i rumieniec na policzkach.

                                                           c.d.n.

środa, 3 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 107

 Oglądanie, dezynfekowanie i opatrywanie trwało ze trzy kwadranse, po namyśle zamiast szczepionki p.tężcowej Andrzej uparł  się na  zastrzyk  antybiotyku. Ty  chyba przesadzasz- stwierdziła  Marta- zobacz- nawet nie jest zmacerowana skóra, nie ma śladu krwi. I od  razu mi lepiej jak przeciąłeś tę skórę. Ja bym to najchętniej trzymała teraz  na  sucho. Zakryj to tą skórą i zrób mi tylko opatrunek i będzie wszystko w porządku. Zwolnienie mi się przyda, bo posiedzę lub poleżę i  szybko się to wszystko wygoi. A na jutrzejszy  zastrzyk to  mnie tata przywiezie.  Bo antybiotyku w tabletce  nie  będę  brała. Na noc to opatrunek zdejmę i  założę  cienką, bawełnianą skarpetkę żeby  to  "oddychało i  wysychało". No to ja  do was wpadnę przed południem, tak około 10,00, bo potem to mam przecież podwieczorek u starych. Obejrzę i zrobię ci osobiście zastrzyk, przywiozę go ze sobą, przywiozę  ci  zwolnienie, rano będzie Henio. A ty umiesz  robić zastrzyk domięśniowy? Wiesz w które miejsce się  wkłuć  żeby nie wbić  się  w nerw kulszowy?- spytała. Jesteś paskudnie złośliwa- jasne, że wiem. No to wracamy do domu, w nagrodę dostaniesz pyszną kolację, którą nam ojciec przygotuje, czyli wyjmie z lodówki i  wstawi do piekarnika. A ja będę "chorować" w towarzystwie trzech facetów. 

Andrzej, tak  jak obiecał, przyjechał do "swej ulubionej pacjentki"  zaraz po 13,00, a nie po 10,00 rano,  obejrzał z wielkim zadowoleniem stopę Marty - było sucho i przywiezionymi wysterylizowanymi  nożyczkami obciął  skórę i zrobił nowy opatrunek. Przy okazji  musiał wysłuchać opowieści Wojtka, jakie to mrożące w krew żyłach kłopoty ze stopami  miewała Marta, więc niech  się Andrzej  nie dziwi, że ten pęcherz to było dla niej "małe piwko", ona ma już spore  doświadczenie a on  już się uodpornił i ..... przyzwyczaił. 

Andrzej przyjechał tym razem  z  chłopcami,  którzy   z przejęciem   oglądali  ciotczyną  stopę,  bili  brawo, że ciocia nawet  nie  skrzywiła  się przy  zastrzyku. Andrzej  zatelefonował do swych  rodziców, przepytał się o najlepszy dojazd , wyściskał się  z domownikami i obiecał, że  wieczorem  zadzwoni a może nawet  wpadnie. Jakoś nie bardzo  mu się spieszyło do tej wizyty.   Dzieciaki zjadły na lunch zrobione przez  dziadka Wieśka naleśniki udające pizzę.  Wieczorem Andrzej doniósł, że  wizyta się udała a dzieci były  grzeczne. Obiecał, że  gdy skończy  wieczorny obchód to nim się położy  spać zda im  sprawozdanie z wizyty. 

No ale niestety nie zatelefonował, bo musiał zoperować przywiezionego pacjenta- niby  nic wielkiego, wyrostek robaczkowy, ale.....rozlany. Jakiś odporny był ten pacjent, bo z bólem pojechał jeszcze na  ślub kolegi  w  sobotę, a w ramach leczenia  bólu wypił  nieco i Andrzej  nie mógł  się nadziwić  jak można  wpaść na pomysł, żeby ból wyrostka leczyć wódką. No to miałeś przynajmniej zdezynfekowanego od środka pacjenta- wódka wszak też dezynfekuje -  śmiała  się  Marta. A był trzeźwy gdy go przywieźli ?- spytała. No tak - doszedł do genialnego  wniosku, że to chyba jednak nie żołądek go boli, bo po wódce to by mu przeszło gdyby to była jakaś niestrawność. Szalenie  rozbawiła Martę ta opowieść. Zrobiła prędko zdjęcie swej  stopy smartfonem i  wysłała  do Andrzeja - wygląda  świetnie- odpisał Andrzej. Goi się na  tobie  jak na psie.  Raczej jak na  suce - sprostowała Marta. I to bez nawet  jednego  kieliszka wódki! Ewenement- no nie???  Fakt - zaśmiewał się Andrzej. A o wizycie  to ci opowiem gdy  się zobaczymy- w  sumie było całkiem  sympatycznie, chłopcy  byli dobrze wysterowani przez Ewę, oglądali kolekcję samochodzików mojego ojca - bo stary od wielu lat zbiera samochodziki, ale  tylko modele  zabytkowych samochodów. Pozwolił im  nawet niektóre  wziąć  do ręki i  opowiadał ze  szczegółami o tych modelach. Nie  miałem pojęcia, że on  zbiera takie samochodziki - za mojej kadencji  w domu nie zbierał. Chłopcy byli zachwyceni. Co do Leny - powiedziałem matce jak się Lena popisała - była zdumiona. Ona im  się nie podobała głównie  dlatego, że była "zbyt swobodna", dość wyzywająco się ubierała i zdaniem  mojej matki za  bardzo  się malowała. No a  chłopcy sporo opowiadali o Ewie i rodzice  mnie nawet pochwalili, że nie posłałem ich  do przedszkola, bo to jednak jest  wylęgarnia  różnych  chorób - sprawozdawał Andrzej. A dzieci powiedziały  dziadkom, że mama jest teraz w  szpitalu, bo zachorowała z powodu palenia papierosów, a palenie papierosów jest bardzo, bardzo złe. Matka stwierdziła, że byłoby miło, gdybym ich przywoził do nich  na  weekendy. 

Trochę się  dziwiła, że ja często/gęsto pracuję w  weekendy i dopiero ojciec jej uświadomił, że przecież szpitale pracują "na okrągło", bo ludzie  chorują bez  względu na to jaki jest to  dzień tygodnia.  Trochę była  zdumiona, że nie mam własnej praktyki prywatnej, więc musiałem jej nieco oczęta otworzyć opowiadając ile  czego potrzeba do najprostszego  zabiegu chirurgicznego i ile kosztują leki, materiały opatrunkowe, narzędzia i cała najprostsza  nawet aparatura.  Jej się chyba  wydawało, że chirurg  to jak dentysta - może mieć bez problemu własny gabinet i wykonywać  najrozmaitsze operacje. A na końcu  się uśmiałem, bo rodzice chcą się z powrotem sprowadzić do Warszawy i zaczynają  studiować ogłoszenia. Bo jednak coraz  trudniej im  się tu  mieszka no i ciężko tę dużą chatę i posesję "obrobić". Powiedziałem im tylko to co wy mi  mówiliście - by nie  szli do tych prywatnych inwestorów i by raczej rozglądali  się za już wybudowanym mieszkaniem. 

Mówiłem im  o was, że dzięki  wam mam teraz  brata i siostrę i że kiedyś  was do nich przywiozę.  Dzieciaki też o was opowiadały, a o Misi tak mówili, że matka odniosła wrażenie, że to dziewczynka, wasza  córeczka  a nie piesek. Obiecałem rodzicom, że następnym  razem zaproponuję Ewie  by też z nami do nich przyjechała.  Ojciec zainteresował  się "Miasteczkiem Wilanów" i chce  się tam z matką wybrać. Na  szczęście  już dojrzeli do zwykłego  mieszkania a nie domu. Bo jednak własny dom to tyle  samo kłopotu co i radości,  a im  człowiek  starszy tym więcej kłopotu niż radości. W każdym razie było lepiej niż się  spodziewałem.  Oni już nawet oglądali te  domki na Kabatach i też  stwierdzili, że szkoda na to pieniędzy.  Przymierzali się też  do  mieszkania   w bloku  w Piasecznie, ale odpuścili, bo jak  mama orzekła to czułaby się jak w  przeludnionym ulu.  Ale z tego co mówili, to wywnioskowałem, że oglądali  mieszkania  w którymś  ze starych bloków z wielkiej  płyty, więc  może nic  dziwnego, że odnieśli takie  wrażenie. Powiedziałem im, że my  mieszkamy w bloku,  ale nie czuję  się w nim  wcale jak  w ulu, więc może niech do nas wpadną,  bo na Ursynowie ciągle  coś się buduje i często można kupić jakieś mieszkanie.  Obwiozę ich któregoś  dnia po Ursynowie, bo to osiedle z okna  samochodu świetnie  się prezentuje. A oni jakimś  cudem  nigdy tu nie  byli. W drodze  do  domu  dzieciaki  mi powiedziały, że obaj dziadkowie , czyli wasi ojcowie  są fajniejsi, a zwłaszcza dziadek Wiesiek, bo rozmawia  z nimi jak z dorosłymi i nie  mówi o nich "dzieciaczki"  tylko "chłopcy".

Marta się uśmiała z tych opowieści, a potem powiedziała, że jak  zna życie, to za miesiąc  lub  dwa, jego rodzice ogromnie się zniechęca  do myśli o przeprowadzce i niech oni, nim on ich obwiezie po Ursynowie powędrują trochę po różnych nowo budowanych osiedlach. A miasteczko Wilanów, a  właściwie mieszkania , które tam powstają  raczej  nie  zachwycą  rodziców. I opowiedziała  o  swoich doświadczeniach z wizyty  w jednym z "okazowych" budynków, w którym w mieszkaniach  projektant zrezygnował całkowicie z....drzwi w pokojach. Co gorsze, gdyby komuś  się jednak zachciało mieć drzwi to musiałby robić je na  indywidualne  zamówienie, bo "otwory  drzwiowe"  w ścianach były zupełnie niewymiarowe.  Marta zwiedziła  tylko jeden blok w tym miasteczku Wilanów i tak  się  tym "okazowym" mieszkaniem zraziła, że od razu skreśliła  całe osiedle  z listy  swych  zainteresowań.  

Opowieść o domu  z mieszkaniami bez  drzwi bardzo  spodobała  się Andrzejowi, który zaraz opowiedział, że najwidoczniej projektantowi spodobał  się  system mieszkania  w jurcie mongolskiej, w której na wspólnej przestrzeni mieszkają trzy pokolenia niczym od  siebie nie oddzielone. 

Ojciec Andrzeja  mówił, tak między  wierszami o tym, że on to by  chętnie przeprowadził  się albo na starą  część Sadyby lub Wilanowa i że teraz bardzo żałuje, że to poprzednie swoje  mieszkanie sprzedali  zamiast dać je pod  wynajem ( a tak im  wtedy  radził Andrzej)  bo gdyby ono nadal było ich to mogliby tam mieszkać, choć to było drugie piętro,  a oni woleliby parter. A najbardziej Andrzeja rozśmieszyło ojcowskie  zapytanie   "a co ty nam radzisz  synu?",  na które odpowiedział, że nie jest  w stanie  niczego im  doradzić, bo on i oni to dwie  zupełnie  różne "bajki", a każdy doradzający zawsze doradza kierując  się własnymi upodobaniami i potrzebami. Obiecał im jednak, że w miarę swych możliwości czasowych  obejrzy  to co wyda  się rodzicom interesujące. No i doradził  również  by wypisali swe  życzenia  odnośnie nowego lokum bardzo  dokładnie i skontaktowali  się z osobami zajmującymi się kupnem-sprzedażą  domów i  mieszkań. Bo tego rodzaju pośrednicy mają więcej informacji niż tylko ogłoszenia w gazecie codziennej - to firmy  żyjące z pośrednictwa w tej materii i na ogół  mają bardzo dobre  bazy  danych. 

A jak  ty sobie synku dajesz radę bez żony? Gotować to ci pewnie  gotuje  ta niania do  dzieci. Andrzej tylko się  roześmiał i powiedział - jest  mi naprawdę świetnie bez  żony - pani Ewa zajmuje  się dziećmi, uczy je wielu rzeczy, między innymi utrzymania porządku, a  ja mam w klinice świetną kantynę i tam  jem obiady  i jem  drugie śniadania, pomijam fakt, że umiem też ugotować  coś  w razie potrzeby, poza tym mam w domu takie udogodnienia jak zmywarka  i pralka.  A najważniejsze dla mnie jest to, że mam prawdziwych przyjaciół. Jedyne to, czego zawsze mam zbyt mało to - czas. Ale  już zgłosiłem w dyrekcji, że jestem teraz samotnym ojcem, więc nie  będę tak bardzo dyspozycyjny jak  dotychczas. Zawód lekarza nie jest jednak łatwy, to wielce obciążające psychikę  zajęcie, do tego trzeba być wciąż na  bieżąco z nowymi metodami leczenia, nową aparaturą.  Poza tym co jakiś  czas wyjeżdżam za granicę.  Ostatnie Boże Narodzenie spędziłem w  Londynie i moi przyjaciele, Marta i jej mąż, Wojtek,  przywieźli do  mnie chłopców. To ich właśnie uważam za swoje rodzeństwo. 

A moi chłopcy ochrzcili ojca Wojtka  swym dziadkiem - jest dla nich  wzorem i co dziadek Wiesiek powie to jest święte. A że "dziadek Wiesiek" jeszcze własnych  wnuków  nie posiada to moi chłopcy  całkiem  zawojowali jego  serce. A oni  nie tęsknią za matką? - podpytywała Andrzeja matka.  Raczej nie, bo pani Ewa nie  skąpi im  czułości, choć ich  nie  rozpieszcza.  Oni ją poprosili, by ona  spała  z nimi  w jednym  pokoju, więc przemeblowałem mieszkanie i oni mieszkają razem   z nią  w jednym pokoju. Ale bardzo możliwe, że będzie  bardzo niedługo  miała  swoje własne  mieszkanie w sąsiednim  budynku - małe, dwa pokoje  z kuchnią. Ja nadal mam  przecież  nocne dyżury, nie pracuję tylko przedpołudniami -  szpital to takie wariatkowo czynne  całą  dobę  tak jak organizm człowieka. Tak naprawdę to szalenie obciążający zawód, chirurgia zwłaszcza. Bo choć to może brzmi dziwnie, ale często życie pacjenta  jest dosłownie  w rękach chirurga. I nie  dość, że już na  starcie gdy  zaczynasz  pracować musisz  mieć wiele wiadomości, bo organizm człowieka  to szalenie  skomplikowane urządzenie, to stale  coś nowego nam, lekarzom, wpada w oczy, coraz  więcej dolegliwości można uleczyć lub przynajmniej ułatwić pacjentowi życie codzienne.

Ojciec Andrzeja głośno odchrząknął i półgłosem powiedział - zmarnowaliśmy tyle  czasu żyjąc oddzielnie zamiast ci pomagać, ale  może gdy będziemy mieszkać bliżej to  wszystko się jeszcze "wyprostuje". Na ogół  zawsze po latach niepowodzeń  przychodzi dobra passa. Zobacz, jak oni delikatnie obchodzą  się z tymi modelami.  Andrzej rzucił okiem w  stronę chłopców i powiedział - oni nigdy nie niszczyli zabawek chociaż dopytywali  się  co one  mają  w środku.

Gdy Andrzej już to  wszystko opowiedział Marcie ta powiedziała - gdy już będę mogła swobodnie  stać na nodze a ty  będziesz znał swój grafik to zrobimy "mały  spęd"- ty z dziećmi i swoimi rodzicami i może też z Ewą, jeśli już będą ją  znali.  Ojciec Wojtka będzie  w siódmym niebie bo on uwielbia takie  spędy. A twoi rodzice ?- zapytał Andrzej. Pomału  - i bez  nich to będzie zgraja ludzi, zdążymy jeszcze ich poznać z twoimi rodzicami.  Jak  się nasi "starsi" poznają i polubią to sami będą  sobie zapewne urządzać  "spędy".

                                                                           c.d.n.



wtorek, 2 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 106

 Andrzej szykował się do wizyty z  dziećmi u  swych  rodziców  niczym średniowieczny rycerz  do wyprawy krzyżowej - tak to określiła  Marta. Wyluzuj, to przecież  twoi rodzice  a nie nowy pracodawca na którym  musisz   zrobić jak najlepsze  wrażenie na kilku frontach by otrzymać dobre stanowisko i odpowiednie   warunki finansowe - tłumaczyła  mu Marta a wtórowali jej Wojtek i jego ojciec.

No nie  byłem idealnym  synem, wiecznie  z ojcem koty darłem- to szalenie  apodyktyczny facet, który zawsze  lubił wszystkim  rządzić i narzucać  swą  wolę. On sobie  wymarzył syna-architekta i mało mnie  nie pobił, gdy mu powiedziałem, że nie będę  studiował  architektury bo mnie to nie interesuje. A na  dodatek ożeniłem  się z Leną, która na pewno nie  była  dla którejkolwiek pary  rodziców wymarzoną  synową.  Pyskata, swobodna, "wypacykowana", jak mawiała  mama no i spieprzyliśmy  "w krótkich obcugach"  z wesela- tłumaczył Andrzej. Co prawda mówiłem, że my nie  chcemy żadnego wesela, no ale zdaniem moich "starych" jak jest ślub to musi i być  wesele,  bo tak  sobie  to wymyślili.

No wiesz- ja też podpadłem- co prawda nie  z powodu ucieczki z  wesela,  ale z dlatego, że  w tajemnicy  zdałem na studia w Warszawie  a nie jak  Bóg przykazał w Austrii i powiedziałem o tym, gdy już  wiedziałem, że jestem przyjęty na te  studia.  Co prawda  gdybym  zdawał w Wiedniu to też na informatykę. Jak się już  "starzy" nazłościli na mnie  to powiedziałem, że gdyby musieli płacić  za moje  mieszkanie i utrzymanie  w Wiedniu to byłoby to znacznie  droższe niż mieszkanie w Warszawie  z siostrą mego ojca - mówił Wojtek. 

Marta zaśmiała się - wygląda na to, że ja  miałam najlepiej z  was-  dwa lata straciłam na wymyślaniu co bym  chciała  studiować, raz oblałam egzamin na  medycynę, a mój tata  wcale mnie nie popędzał mówiąc  żebym  się spokojnie  zastanowiła co chcę  studiować to potem będę przecież  pracować w  wybranym przez  siebie  kierunku.  No wiesz - twój tata to  szalenie szalenie delikatny i wyrozumiały  człowiek - powiedział Wojtek. Ja go naprawdę kocham i naprawdę bardziej niż własnego ojca. Chociaż nie da  się ukryć, że mój ojciec  bardzo, bardzo  zmienił  się na korzyść  odkąd się rozszedł z  mamą.  Ponieważ w  domu funkcjonowałem  głównie "na podsłuchu" to nie jeden  raz słyszałem, że on, dla dobra Marty,  zawalił swoją drogę zawodową, bo  gdyby wyjechał na placówkę to Marta  musiałaby iść  do szkoły z internatem. Moja matka mówiła, że ojciec Marty histeryzuje i że tam przecież   bardzo dbają o te dzieci i one  widują  się  z rodzicami gdy są ferie  lub  wakacje. To  była  w Warszawie jakaś  szkoła  z internatem? - dziwił  się Andrzej. No tak, bo w niewielu krajach były polskie  szkoły, a dzieci  wszak  muszą chodzić do szkoły. Nie  wszyscy rodzice , tak jak moi, pakowali dzieciaka do  szkoły za  granicą, a z kolei  w niektóre miejsca nie  wysyłano facetów bez  żon. Tylko nie pytajcie  mnie dlaczego - powiedział Wojtek. To proste - powiedziała  Marta- samotni nie byli brani pod  uwagę żeby  nie  wpadli na jakąś podstawioną babkę i nie wyjawili jakichś "wrażliwych danych". Kiedyś mi to tata wyjaśniał.

Andrzej był wielce  zestresowany czekającą  go wizytą.  Początkowo był zdecydowany by  wziąć  również  ze sobą  Ewę, ale ten pomysł wybiła mu  z głowy Marta mówiąc, że być może obecność  Ewy rzeczywiście odwróci nieco uwagę jego rodziców od  chłopców i nie  będą  dręczyć  dzieci pytaniami, ale w zamian  za to może się liczyć z bardzo niewygodnymi pytaniami odnośnie Ewy - w rodzaju czy ma na przyszłość  jakieś plany wobec  niej lub wręcz  dociekania czy przyczyną rozwodu jest rzeczywiście zachowanie i choroba Leny czy może on romansuje ukradkiem  z Ewą.  Bo  Ewa  zdecydowanie  nie  wygląda  na nianię do dzieci - żadna  pani domu nie zatrudniła by jej u siebie bo dziewczyna jest atrakcyjna.  Poza tym  Marta wcisnęła Andrzejowi koszyczek  z fiołkami afrykańskimi w doniczce dla mamy   a dla  taty "sztywny bukiet" w postaci dobrego koniaku - z domowych zapasów  swego taty.  A dla chłopców "zaczarowaną tablicę" na której  mogli rysować i jednym ruchem  ręki skasować to co nabazgrolili. Gier elektronicznych  nie  pozwoliła im wziąć, bo  nadal Wojtek z Michałem nie  mieli czasu by zajrzeć im "w bebechy" i skasować lub mocno wyciszyć ich dźwięk. 

I pokajaj się przed mamą, że się ożeniłeś z Leną, to może się dowiesz  czemu nie  chcieli jej za synową- dodała na końcu Marta. I pamiętaj, że  dzieci mają bardzo dobry  słuch i najczęściej  słyszą to, czego nie powinny, więc reaguj natychmiast gdy któreś zacznie "ćwierkać" coś, o czym dzieci   nie powinny słyszeć - po prostu zwróć rodzicom  cicho  uwagę, że to temat tabu bo są  dzieci. Obiecaj, że zaspokoisz ich ciekawość innym razem gdy nie będzie obok dzieci. I dobrze, że nie idziesz z dzieciakami na obiad a tylko na podwieczorek - jest większa  szansa, że dostaną na talerze to co lubią - zapewne  jakieś ciasto twoja mama wymodzi sama jeśli lubi piec lub ewentualnie kupi. I zapewniam  cię, że oni też  są tak  samo jak ty zestresowani.

Muszę jeszcze dziś wieczorem do nich zatelefonować i przepytać się którędy do nich jest najwygodniej  dojechać, bo ich chałupa stoi  obecnie na granicy  dwóch "zadupiów", a wiem, że w okolicy pobudowało  się  sporo chałup i nie wiem czy trafię, bo pozmieniały  się na pewno  "punkty orientacyjne".  A wolałbym  nie błądzić i nie wypytywać o nich po drodze. A gdzie to jest?  A tak bliżej Piaseczna niż  Warszawy, kiedyś  był tam dojazd  tylko od  strony  Piaseczna a teraz jest podobno od  drogi na Lesznowolę, która odchodzi od  Puławskiej jeszcze przed  Piasecznem. Zero komunikacji z Warszawą, bez samochodu to tam  się nie istnieje i ojciec nie mógł pojąć, że ja nie  chcę tam  mieszkać. Zero sklepów - wszystko ciągniesz z Warszawy lub Piaseczna. Zero pomocy  medycznej - najbliższy lekarz w Piasecznie. Jak kupili tę  chałupę  to obok  były  tylko puste działki budowlane. Wiem od innych, że tam teraz już sporo się pobudowało, bo działki były tanie, wiele osób kupowało  działkę, inwestowali w budowę a potem sprzedawali  całość i to się ponoć opłacało. Ta ich parcela jest olbrzymia, jest co obrabiać, chałupa piętrowa  i siedzą tam sami. Ja tam to chyba  aż trzy razy byłem i bałbym  się tam  mieszkać, bo dookoła pusto, droga dojazdowa  nie utwardzona i tym podobne luksusy. Stary to się "złaszczył" bo to była tania chałupa. Jak ojciec zemrze to mi przypadnie  zapewne  w spadku i wtedy natychmiast sprzedam. A dla matki to kupię jakieś małe mieszkanie  w Warszawie. Gorzej będzie  gdy to ona pierwsza  odejdzie, bo z nim się trudno dogadać. No a na dodatek to wcale  mnie pod  względem projektowym ta  chata  nie odpowiada, bo na dole living room to ma lekko ze 46 metrów kwadratowych, mnóstwo okien  do mycia a pokój trudny do ogrzania  zimą , kuchnia też taka wielka, że można się  w berka  bawić, a na piętrze małe pokoiki. Plac ma  ze 2 tys. metrów kwadratowych, jest  co kosić i przycinać.  No istne wariatkowo, garaż na dwa samochody. Ale jak zimą dobrze posypie to z posesji nie wyjedziesz, bo nie ma kto "ulicy" odśnieżyć. Matka do mnie kiedyś  dzwoniła  z pytaniem czy nie przyjechałbym odgarnąć  śniegu bo z garażu ojciec nie może wyjechać,  więc jej tylko powiedziałem, że jestem  chirurgiem a nie  facetem z  zakładu oczyszczania  miasta i że powinni raczej pomyśleć nad  sprzedażą tej chałupy, bo z wiekiem  będzie  coraz  ciężej. A mieli całkiem miłe  mieszkanie na Wierzbnie, blisko Puławskiej ale  hałas z Puławskiej tam nie  dochodził.  I był to ładny, przedwojenny budynek. Trzy duże ładne pokoje na drugim piętrze, blisko do sklepów, blisko do lekarza.

Ciekawy jestem czy już  ojcu  minął entuzjazm do mieszkania na  takim  zadupiu. On to zupełnie  nie  rozumie, że ja właściwie wciąż jestem poza domem, że ja nie pracuję w  domu tak jak on  to robił. I chyba  nie  dotarło do niego, że gdybym  był, tak jak  mu się marzyło, architektem, to też  bym  nie pracował  w domu tylko w jakimś  biurze projektowym. Bo staremu  się marzyło, że ja będę projektował domy  a on je  będzie  sprzedawał. Brakowało  tylko w tych planach trzeciego ogniwa- tego kto je  będzie budował.

Wiesz,  a myśmy się  w pewnej chwili przymierzali się do kupna jakiegoś domu, nawet oglądaliśmy te domki na Kabatach, ale one  straszliwie  drogie i małe i są raczej wiaty przy nich  a nie garaże. Potem  z  Ziukiem oglądaliśmy też budujące się domy w Powsinie - bliziutko Ursynowa, ale projekty były delikatnie mówiąc kiepskie, zero sklepów, las pod  nosem, żadnego zabezpieczenia przed kradzieżą, bo ogrodzenie ze zwykłego drutu- nawet nie  siatka, tylko takie jak czasem pastwiska są ogrodzone. Do Ursynowa dojazd  drogą bitą przez ugór. No i oczywiście sprawa  zmarła  śmiercią  naturalną - powiedział Wojtek. 

Nie  stresuj  się na  zapas- pamiętaj  cały  czas, że masz fajne mieszkanie, niedaleko do pracy i masz nas - więc nawet głupie  gadanie  twego ojca  jednym uchem  wpuszczaj a drugim  szybko wypuszczaj - powiedziała  Marta.  Jesteś już  dawno poza  zasięgiem  wpływu ojca na twoje życie- to nie on będzie teraz  tobie potrzebny ale prędzej ty jemu. Jeśli poczujesz dyskomfort to  wyjdź do toalety i wyślij do nas  sms SOS- nic  więcej,  a Wojtek lub  ja  natychmiast do ciebie  zatelefonujemy, że masz wracać do kliniki i przyjedziecie wtedy do nas, żebyś to spotkanie odreagował. My się  nigdzie  nie wybieramy, ja mam zamiar pisać ale Wojtek i ojciec będą wolni. A poza tym mogę  w każdej chwili przerwać pisanie i odetchnąć.

Wstając  z fotela Marta lekko się  skrzywiła, co nie umknęło uwadze Andrzeja i  zapytał co ją boli i czy może to prawy dolny kwadrant  brzucha. Nie, ale zrobił mi się pęcherz pod  spodem stopy i chyba  muszę go przekłuć, bo sam cholernik nie pękł jak dotąd.  Pokaż- zarządził Andrzej - skoro sam nie pękł i boli gdy obciążasz  nogę, to muszę  to zobaczyć . Marta  szybko ściągnęła skarpetkę i pokazała spód  stopy. Obejrzał i powiedział - jedziemy do mnie, do zabiegowego - to bardzo brzydko wygląda, trzeba  to wpierw porządnie odkazić a potem przeciąć bo tam chyba jest ropa. No to ja mam przecież wodę utlenioną i jodynę i jałowe opatrunki. Fajnie , że masz,  ale ja nie mam tu skalpela i antybiotyku. 

Zobacz Wojtek , pół podeszwy stopy jest czerwone.  Jedziemy do kliniki. Od kiedy to hodujesz?  Dopiero drugi dzień mnie  boli, liczyłam, że  samo pęknie, lub przyschnie  sam, przedtem  był płaściutki ten pęcherz. Teraz tam się coś dużo płynu zebrało i miałam nadzieję, że samo pęknie.  Miałam jakieś "zagięcie" we wkładce do buta  a podeszwy  stóp to mam jak niemowlę - jak  na przykład mam zbyt grubo tkane  skarpetki to zawsze mi się coś  zdarza, zwłaszcza gdy jestem  w adidasach. Gdy chodzę  w szpilkach to czasem nowe  szpilki mi ocierają pięty, więc  zawsze mam na początku plastrem oklejone, dopóki się bucik nie  dopasuje  dobrze do pięty. 

Możesz doskakać do drzwi na dole na jednej nodze, ja dojadę pod samą bramę - stwierdził Andrzej. Nie  musi skakać, ja ją zniosę te pięć schodków - stwierdził Wojtek - to tylko 52 kg żywej  wagi.  Nie - zaprotestowała Marta- poskaczę , nie będziesz  mnie nosił, druga przepuklina nie jest ci potrzebna. Tylko zadzwoń do ojca żeby wracając do domu z ośrodka odebrał Misię od  mamy z kwiaciarni. To jedziemy  w dwa  samochody?  - spytała Marta. Moim  zdaniem tak- powiedział Wojtek- a moim zdaniem jedziemy tylko moim samochodem, bo jak ją opatrzę to was do domu odstawię- zarządził Andrzej.  Jak chcecie- mnie to obojętne, wnerwiona jestem tą stopą.  

Na razie  to jedziemy zobaczyć co się tam  dzieje i dopiero wtedy  będę wiedział co dalej- zarządził Andrzej. Gdy  zaparkujemy przy klinice pójdę po wózek dla ciebie, żebyś już nie  skakała. Szczepiłaś się przeciw  tężcowi? Kiedyś, bardzo, bardzo dawno, na pewno więcej niż 10 lat temu, bo miałam rozwalone kolano a hulnęłam na kamienie  na wiejskiej drodze.   No to może  tylko dawkę przypominającą ci zlecę, wpierw i tak  muszę obejrzeć to dokładnie.  Ale na antybiotyk to się pewne  załapiesz. I z tydzień posiedzisz w domu z nogą na  wysokości swej pupci a nie  opuszczonej w dół.

                                                              c.d.n.