sobota, 17 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 151

 Na Słowację pojechali  "rozrzutnie" trzema samochodami. Na  kwaterze oczekiwał  ich Ondrej  Janeczek. Oprowadził gości po domu, pokazał gdzie  dokładnie  co jest, potem zrobił kawę , do której było ciasto. Gdy  się "wzmocnili" zapakował ich  w  samochód czyli  w  swój mikrobus i zawiózł do małej,  ale bardzo sympatycznej restauracji i przedstawił ich jej  właścicielowi, mówiąc, że to są jego znajomi,  letnicy z Polski. Potem wznowił  swą propozycję, że będzie im nie tyle  robił śniadania,  co  po prostu przynosił im  rano świeże pieczywo, jajka  będą  zawsze w lodówce i świeży  wiejski ser.  Bo on  musi codziennie  odwiedzać  swoje kury, które nadal regularnie  brudzą  swój wybieg, a on  musi po  nich sprzątać.

 Zapisał im datę i godzinę  wjazdu na  Łomnicę i wręczył kartkę z rezerwacją biletów- mieli  się  zgłosić do kasy na godzinę  przed  wyruszeniem kolejki. Zareklamował co jeszcze  warto  zobaczyć i dokąd powędrować  pieszo i dokąd  lepiej  dojechać  elektryczną  kolejką  zostawiając samochody na parkingu "dworca" owej  kolejki. No a poza tym polecił by odwiedzili  kilka  miejsc, zareklamował baseny z wodą termalną.  Pozaznaczał na  mapie dokąd  warto pojechać, na kartce  napisał którędy  jechać,żeby  było im najwygodniej,  zapewnił ich, że on będzie codziennie rano uchwytny i będzie  przychodził nie  wcześniej  niż o 9 rano. Dostali 3 pary kluczy od  domu i jeden od  bramy wjazdowej. 

Najśmieszniejsze, że Słowak i Polacy  rozmawiali w języku  angielskim. Po polsku też by mogli rozmawiać, bo polski i  słowacki są bardzo podobnymi językami, tylko niektóre z  wyrazów choć brzmią niemal identycznie to mają inne  znaczenie. I zawsze gdy rozmawiają Polak  ze  Słowakiem to wiele wyrazów słowackich śmieszy  Polaków i odwrotnie, poza tym niektóre mają inne  znaczenie, choć brzmią tak  samo.

Wejście Słowacji  do strefy euro spowodowało duży napływ turystów  "dewizowych", bo nie  da się ukryć, że  ceny na Słowacji  wszelakich usług turystycznych były i są dla nich  szalenie  atrakcyjne, spadła  za to ilość polskich turystów, co jakoś nikogo tu  nie  zmartwiło. Miejsce, w którym teraz  zamieszkali było osiedlem wybudowanym  już  dość dawno przez władze  słowackie  dla  Romów. Ondrej twierdził, że dom w którym mieszkają jest właściwie własnością jego matki, która jest Romką, ale  żeby go móc posiadać  rozeszła  się z ojcem Ondreja, ale  tylko oficjalnie , papierkowo. A faktycznie nadal  mieszka z "byłym" mężem i nadal  się kochają.  A znajomi i przyjaciele ojca Ondreja "wybaczyli" mu w końcu to, że na żonę  wybrał Romkę a  nie Słowaczkę. Romowie też jakoś przeboleli fakt, że ich rodaczka wyszła  za mąż za Słowaka a nie Roma. I nadal jednak zdarzają  się całkiem poważne konflikty pomiędzy obu nacjami zamieszkującymi te  tereny od wielu lat.

 Ondrej  się śmiał, że ponieważ obie  rodziny  młodych na  siebie "warczały" nie było żadnego wesela, bo pewnie  nie obeszło by  się bez jakiejś super  awantury lub  wręcz  bitwy, więc    "młodzi" wzięli pieniądze od  obu rodzin i pojechali w podróż poślubną  do Wenecji i niewiele brakowało by nie  wrócili do Słowacji. Bo obojgu  bardzo się podobała Wenecja.

Tydzień pobytu minął szalenie szybko - dla Ali, Maryli, Michała i Andrzeja były to całkiem  nowe  wrażenia, dla Marty to był powrót  wspomnień z pobytu tu z tatą i okazja  do podziwiania  jak  wiele  Słowacy zainwestowali w branżę  turystyczną. Wojtek postanowił by przyszłe  wakacje  spędzili w Austrii. Bo jednak Tatry są małe - no nijak to  się ma do Alp. 

Wyprawa na  Łomnicę podobała  się wszystkim, a wjazd kolejką dostarczył sporo  wrażeń. Blisko  godzinny  pobyt na  szczycie  Łomnicy i podziwianie widoków z tarasów "jakimś  cudem" trzymających  się skał zrobiło na  wszystkich wrażenie. W trakcie  picia   kawy rozmawiali z jednym z przewodników, któremu zwierzyli  się, że pierwotnie mieli zamiar dotrzeć na szczyt na własnych  nogach. Przewodnik popatrzył na nich i powiedział - i dobrze, że jednak wjechaliście kolejką, bo przynajmniej napatrzycie  się na  Tatry, a piechotą to nie  dość, że od chwili zaczęcia  drogi do  dotarcia na  szczyt zeszłoby  wam 7 a może nawet  8 godzin dreptania, choć kawałek i tak  musielibyście w niższych partiach pokonać kolejką bo nie ma innej  drogi,  a  z kieszeni ubyłoby wam sporo euro, to bylibyście tak  zmordowani, że ledwo byście  mogli ustać  na tarasie i jeszcze  byście musieli polować na miejsce w kolejce by zjechać  na dół. A to wcale nie  byłaby wspinaczka , tylko turystyczne przejście, co prawdą  z liną ze względów  waszego bezpieczeństwa, ale nawet ta turystyczna trasa jest trudna i bardzo męcząca gdy ktoś nie  chodzi  stale po  górach. No i rzeczywiście ta trasa  wymaga towarzystwa wykwalifikowanego  przewodnika, w tym wypadku na 6 osób to musielibyście  mieć ich dwóch.

Najwięcej to się z przewodnikiem nagadał Wojtek, bo oczywiście  napomknął, że mieszkał kiedyś w Austrii, więc się przewodnik rozgadał, bo bywał dość regularnie  w Alpach. Gdy Wojtek powiedział, że w następnym  roku na pewno pojadą w Alpy  to przewodnik powiedział, by  wpierw jednak "wyskoczyli" w Dolomity - tak dla treningu. I żeby obeszli "Trzy Siostry" w ramach treningu.  Panowie wymienili się adresami i numerami telefonów, bo nie wykluczone, że mogli by się  spotkać w Dolomitach. W trakcie  rozmowy przewodnik wypytywał się jak  długo zamierzają teraz  być, doradził dokąd mają  się wybrać by nie narazić na  szwank swego "ceprowskiego" zdrowia, bo nadmierne zmęczenie w górach nikomu nie przyzwyczajonemu do dużego wysiłku fizycznego   jakoś nie wychodzi na  zdrowie. 

Tylko naiwniak może po niemal roku spędzonym  głównie  za biurkiem iść w góry, a naiwniaków nie  brak i górskie pogotowie ratownicze ciągle ma pełne ręce roboty i niestety spora  część  tych naiwniaków ląduje  w siatce. W jakiej siatce? - zdziwiła  się   Ala. No w takiej transportowej, zawieszonej na  kijkach bambusowych - przecież trzeba jakoś takiego nieszczęśnika  znieść  w dół - wyjaśnił. Helikopter to się wzywa gdy jest jeszcze  szansa na uratowanie  delikwenta, a jeśli on jest martwy to się go znosi- wszak  pośpiech już nie pomoże.

No ale wytrawni wspinacze też ulegają  kontuzjom podczas wspinaczek - stwierdziła Marta.  Tak- to prawda. To zgodne jest z powiedzeniem, że kto mieczem wojuje ten od miecza  ginie. Z czasem zamiera w ludziach czujność  a wraz  z każdym kolejnym udanym przejściem nabierają zbytniego zaufania do własnych  możliwości, czasem są gorzej przygotowani, ale wierzą, że zawsze  sobie poradzą. Mam stały kontakt  z polskimi ratownikami i czasami ich opowieści jeżą mi owłosienie  na  całym ciele. Czasem też biorę udział w akcjach ratunkowych po waszej  stronie  Tatr. I na  własne oczy widziałem kobitkę, która wokół Morskiego Oka dreptała w szpilkach.  Ze  zdumienia omal się nie  zatchnąłem na śmierć. A mój polski kolega "po fachu" sprowadzał z Giewontu  jakiegoś  typa z dwulatkiem. Tatulek dwulatka był w eleganckim garniturze i równie eleganckich czarnych.....lakierkach. Tatulek cały czas pochlipiwał i mówił, że nigdy  więcej w Tatry  nie przyjedzie. I mam nadzieję, że tego przyrzeczenia  dotrzymał.

Pojedźcie państwo "elektriczką" do Szczyrbskiego Plesa - od stacji jest trochę do przejścia, ale trasa łatwa, sporo idzie  się lasem, a jak odpoczniecie nad jeziorem to idźcie na cmentarzyk  upamiętniający znanych wspinaczy, którzy niestety już nie żyją i zginęli w ukochanych  górach. Sporo jest też tam polskich nazwisk.  A w schronisku nad  jeziorem dobrze karmią i fajnie  jest jeść sznycel wpatrując  się w góry i  jezioro.  Można też wypożyczyć leżak i posiedzieć  w ciszy nad jeziorem.  I całkiem  blisko Szczyrbskiego Plesa  jest bardzo ładna  Jaskinia  Ważecka, w pobliżu wsi Vażec.  A może Janeczek wasz "gospodarz" załatwi  wam  w którymś z biur turystycznych taką  wycieczkę po  naszych jaskiniach? Bardzo ładne  i warte obejrzenia są jaskinie Demianowska, Lodowa i Bielska. Tą Bielską to możecie zwiedzić wracając do Polski bo jest przy  drodze z Łysej Polany do Smokowca, do przedreptania, oczywiście  z przewodnikiem, jest tylko 1370 metrów i na ogół takie  zwiedzanie trwa tylko 70 minut. Do niej  regularnie  zjeżdżają wszyscy , którzy przyjeżdżają na urlop do Zakopanego. Ale  nie wykluczam, że jest jakaś możliwość takiej "objazdowej" wycieczki po jaskiniach. Oczywiście   zawsze  wszystkie jaskinie  są zwiedzane  z przewodnikiem, a że teraz  sezon turystyczny to pewnie lepiej będzie zarezerwować sobie  wcześniej termin. A ta  Jaskinia Demianowska  jest uznana za  najpiękniejszą jaskinię  w Europie i ma nawet  dwie trasy- przejście jednej to nieco mniej  niż dwie godziny, a krótsza trasa to godzina  dreptania.

A zimą to przyjedźcie na Chopok - trasy długie, można  się  zajeździć na śmierć. Jest cała  fura wyciągów i trasy  o różnym stopniu trudności. Są też na Chopoku kwatery  prywatne bardzo blisko wyciągów. Wychodzi  się  z domu i zaraz  przypina  narty.  A gdzie  wy teraz mieszkacie? 

Gdy Wojtek tylko powiedział, że na romskim osiedlu to przewodnik powiedział: bardzo dobry  wybór, to fajny chłopak z tego Janeczka. A jego mama, choć już młodość ma za sobą to nadal jest piękną kobietą!  Na takiego dorosłego  syna  to wcale a wcale  nie  wygląda. Wyobrażam  sobie ile  musieli  się nasłuchać  oboje głupiego  gadania w swych domach rodzinnych. Ludzie jednak są dziwni  i niemal  zupełnie pozbawieni tolerancji wobec osób innej narodowości. 

A jakby Janeczek z jakiegoś powodu nie mógł tych  jaskiń  wam załatwić, to zatelefonujcie  do mnie i ja wtedy uruchomię własny kontakt. Albo zaczekajcie- ja  zaraz do niego zagadam. Macie na jutro jakieś plany? No nie, dopiero w  domu pomyślimy wieczorem nad następnym  dniem- zapewnili go panowie.  Andrzej podniósł się i powiedział - idę do bufetu, coś mnie  suszy w tych górach, chce ktoś  z was coś z bufetu? To ja też się przejdę do bufetu - stwierdziła Marta- może mają "lentilki" i gorzką czekoladę? To weź też dla wszystkich do domu  wafelki w  czekoladzie i zwykłą czekoladę to będzie  zagryzka na  wycieczki- dopowiedział Wojtek. A jest tu gdzieś toaleta? -spytała Maryla.  Pewnie jest- powiedziała  Marta- nie  sądzę by jeden z tych dziurawych tarasów spełniał tę rolę. Musi być, bo przecież  tu jest możliwość  zanocowania. Albo wytrzymaj do zjazdu, a  na  dole na pewno jest koło kas toaleta i  zapewne większa niż  tu.  Nie chciałabym tu  za nic w świecie nocować. Nie  wyobrażam  sobie  tu noclegu  podczas burzy. Bałabym  się, że zaraz  całość wichura  zmiecie. A tu jest też przecież stacja meteo. Jakoś nie mogę  sobie  wyobrazić siebie  bym mogła pracować w takim  miejscu - stwierdziła Marta. A pomyślcie  jak  tu budowano  to schronisko i mocowano  te  ażurowe tarasy. To trochę przerasta moją wyobraźnię. Trochę mi nieswojo gdy patrzę na podłogę tarasu i pod nią widzę przepaść. A mnie  się robi tak jakoś dziwnie w kolejce gdy ona tak wisi daleko od podpór - przyznała  się Ala. W bufecie Marta  zakupiła czekoladę i wafelki oblane  czekoladą, lentilek nie było. Za dziesięć minut  przyjeżdża kolejka, naród  z niej  wysiądzie  i my się  w nią  władujemy - poinformowała wszystkich  Marta gdy wróciła  z bufetu. A toaletę to masz tam- Marta  pokazała Maryli w którą  stronę ma  się udać.  Nim zjechali kolejką dostali informację od przewodnika, że  Ondrej zwiedzanie  jaskiń  już zarezerwował, tylko jeszcze  nie  zdążył tego faktu omówić ze swoimi gośćmi i zwiedzanie jaskiń będzie  za trzy dni. I to dobrze, bo według prognoz meteo za 3 dni mają się zacząć upały, więc jaskinie to dobre  schronienie  przed upałem.

Gdy zjeżdżali na  dół  Michał powiedział - strasznie  fajni  ludzie  ci Słowacy, tacy bardzo kontaktowi. Tak, zwłaszcza  ci co pracują w turystyce. Kontaktowość, kultura, uczynność  to bardzo pożądane  cechy u każdego kto  się zajmuje  turystyką - stwierdził Wojtek. Im będą milsi  i bardziej uczynni tym więcej będą  mieli klientów. W końcu jakby na  to nie  spojrzeć  żyją z obsługi turystów, więc im  będą dla nich milsi i bardziej im przydatni tym więcej  będą mieli klientów. Dziwi  mnie  tylko to, że w naszym kraju jest tak jakby nikt o  tym nie  wiedział i wszyscy  zajmujący  się  turystyką  tak obsługują turystów jakby  robili turystom wielką łaskę, że turyści chcą  wydać pieniądze na różne atrakcje.

No i wychodzi na to, że gdy zamelinujemy się po polskiej stronie Tatr to przeżyjemy szok kulturowy. Bo nie  będziemy mieli dla siebie całego domku i wszędzie  będzie  niemiłosierny tłok bo już stonka ma wakacje a nasi górale lubią brać pieniądze  za nic - stwierdziła Marta. I właśnie pomyślałam, patrząc na panoramę Tatr, że moglibyśmy  się wybrać na świętą górę Słowaków czyli Krywań, albo na Rysy To tak ze 3,5 do 4 godzin wędrówki i trasa nie jest  trudniejsza  niż droga  na Świnicę. I jeszcze pomyślałam, że może byłoby lepiej zostać do końca tutaj i tylko zawiadomić "pana majstra", że rezygnujemy z tej  Bukowiny. On bez problemu znajdzie chętnych na kwaterę, zresztą ostatnio ćwierkał,  że właściwie  nie jest  zainteresowany wynajmowaniem letnikom, bo strasznie  niszczą dom.

 Bo sobie  pomyślałam popatrzywszy na  mapę, że może byłoby nam  znacznie  lepiej zostać tu i na drugi tydzień i moglibyśmy  zrobić wycieczkę albo na Rysy, albo na Krywań. Wejście na Rysy od  strony Słowacji jest znacznie   łatwiejsze  niż od strony Polski. I jeszcze pomyślałam, że moglibyśmy zapytać  się tego Milosza, czy nie poszedł by  z nami w charakterze  przewodnika, bo po górach  to właściwie  tylko ja  chodziłam a Wojtek to głównie jeździł na nartach i to w Austrii. I będziemy  musieli wykupić ubezpieczenie, koniecznie  z opcją transportu lotniczego w razie  wypadku. Tu tak należy  to zrobić. O ile  pamiętam, to trzeba będzie podjechać  na parking w okolicy Szczyrbskiego  Plesa i stamtąd jest 4,5 godziny  drogi na  szczyt  Rysów. Po 3,5  godzinach  dowleczemy  się do schroniska a stamtąd  jest już tylko godzina  drogi na  szczyt. I wiem, że tylko w jednym  miejscu droga jest blisko przepaści  i jest  znacznie  mniej niebezpiecznie niż pójście na  Rysy od polskiej  strony. No i co wy o  tym myślicie? Męska cześć "wycieczki" stwierdziła, że oni są za pozostaniem na Słowacji i pójdą na Rysy. I że to bardzo  dobry pomysł, żeby wziąć przewodnika, bo jakby  nie  było  oni nie są "oblatani" w  górach. Panie miały dość  niewyraźne  miny, ale  stwierdziły, że im się  Słowacja podoba i w razie  czego to one zostaną w przydomowym ogródku a Marta pogna  z  chłopakami w  góry.  W związku z powyższym Wojtek z Andrzejem odciągnęli Milosza od rozmowy z panią  bufetową  i zaczęli  z nim omawiać ów projekt. 

No ale na tej trasie nie jest  wymagany przewodnik- powiedział. No wiemy - powiedziała  Marta, ale z tego towarzystwa  to tylko ja  trochę tuptałam po górach, a stąd droga na Rysy  jest znacznie łatwiejsza niż po polskiej  stronie i właściwie jest tylko jedno miejsce, w którym ścieżka jest blisko przepaści i jedno miejsce w którym są klamry i właściwie się idzie na czworakach. Oczywiście  wykupimy wszyscy ubezpieczenie uwzględniające opcję transportu lotniczego w  razie  wypadku. No i oczywiście zapłacimy ci normalną  stawkę   za przewodnictwo. A ty dużo chodziłaś po górach?- spytał Martę  Milosz. Nie, niedużo, byłam na Granatach z  zejściem do Koziej Dolinki,  szłam z Kasprowego na  Świnicę, byłam na  Zawracie, na Kościelcu, na Kominach  Tylkowych, nie mam lęku wysokości, nie  boję  się ekspozycji. A  zimą kilka razy przechodziłam z Doliny Chochołowskiej  do Małej  Łąki przez  Przysłop Miętusi. To lepszy  wariant niż Droga pod  Reglami lub czekanie na  zatłoczony autobus. 

No fajnie, powiedział Milosz, jesteś nieźle  zorientowana w górach. Jest tylko jeden problem- trzeba bardzo, bardzo rano wstać by jak najwcześniej być na  szlaku, bo potem  to jest dość tłoczno na  drodze. Podjechalibyśmy samochodem tu w okolice tak chyba z 11 km od  Szczyrbskiego  Plesa. Droga  na Rysy mało ciekawa i faktycznie od  tej  strony jest dużo łatwiejsza niż od polskiej strony.  Wiesz Milosz, ale jest bardzo możliwe, że Ala i Maryla nie pójdą bo byłaby to dla  nich pierwsza w życiu wyprawa  w prawdziwe  góry i poszlibyśmy my trzej i Marta - powiedział Wojtek. No ale  to chyba nie jest jakiś problem?- spytał Milosz. Jeśli one  nie  chodziły dotąd po górach to  lepiej by na pierwszy  raz nie  szły na taką daleką trasę. Zobaczymy prognozę na  najbliższe dni. Skoro chcecie zostać na  następny tydzień  tutaj a nie przemieścić  się  do Polski to możemy sobie  wybrać termin w przyszłym tygodniu- będziecie  już trochę rozruszani fizycznie  po przejściu jaskiń. I to wam dobrze  zrobi przez  Rysami. Na pewno nie  będziemy zasuwać na  szlaku jak konie  wyścigowe.

                                                                   c.d.n.


piątek, 16 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 150

 Gdy wizyta  dobiegła  końca i się żegnali to i pani Jadwiga  i "stary" wyrazili nadzieję, że  wkrótce znów   się spotkają. Marta delikatnie  wspomniała, że chyba  jednak  dopiero gdy  wrócą z wyprawy w Słowackie  Tatry, bo cały  lipiec  i  sierpień to będą w Warszawie, by w razie  czego pojechać  ratować resztę rodziny, która  w tym  czasie  będzie przecież w Sopocie w charakterze  wysoko wykwalifikowanych  nianiek.  

Nie  miałem pojęcia, że ty Michale jesteś taternikiem, nigdy o  tym nie mówiłeś - powiedział  "Stary"  z lekką pretensją  w głosie.    Michał  roześmiał się i powiedział- nie miałem o  czym  mówić bo tak naprawdę  to pierwszy raz  jadę w Tatry.  W czasach studenckich to jeździłem w Bieszczady, bo było tam tanio i  dziko i wszystkie  studenckie  obozy to  głównie były w Bieszczadach. Poza tym  w  wakacje  często  pracowałem. Wojtek  też rzadko w   Tatry jeździł, bo albo musiał opiekować  się swoją  starą  ciotką  albo pracował.  Marta jeździła  w Tatry z ojcem, bo jej ojciec  lubił Tatry , więc  dzielił urlop pomiędzy   Tatry i  morze.  A ja - stwierdziła Ala - po raz  drugi będę miała urlop  od  dzieciaków i  bardzo   się  z tego  cieszę.  Ja też  jeszcze  nie  byłam nigdy na urlopie w Tatrach. To wy panowie w jednym czasie bierzecie  urlop?  Tak, raptem dwa  tygodnie w drugiej połowie  czerwca, w lipcu  będziemy  na  miejscu  w pracy  - zapewniał  Starego Michał.

W samochodzie Marta  stwierdziła, że pani Jadwiga  jest  całkiem  miłą osobą, ale ma bardzo źle zrobiony manicure a jej twarzy  przydałby się kontakt  z dobrą  kosmetyczką.  To czemu jej tego nie powiedziałaś?-dziwiła  się Ala.  No coś ty - gdyby była moją koleżanką  to pewnie  bym  coś tam  szepnęła do ucha,  ale ona to już  bardzo  duża  dziewczynka i   w  swym  mniemaniu bardzo rozgarnięta.  Jest bardzo głęboko przekonana o swej  doskonałości pod każdym  względem.  Ja  w tej  chwili zupełnie  nie orientuję  się  czy i gdzie są  dobre  gabinety kosmetyczne  w Warszawie.  Poza tym mam  wrażenie, że ona jest   z tych, którym nie  wystarczy powiedzieć, żeby  się wybrały na jakąś  lekką  renowację i zapewne  chciałaby żeby jej polecić konkretny gabinet.  A ja odkąd pracuję to nie  mam żadnego kontaktu z kosmetyczkami.

A kiedy wam Ziukowie zwrócą dzieci?- zapytała  Marta. Jutro, pod  wieczór. No to w takim  razie  jedziemy  do nas na obiad. Tylko  surówkę trzeba  dorobić, reszta jest  gotowa. No to fajnie- ucieszył się, Michał.  Ale przejedźmy przez  nasz  dom, to wezmę  samochód , żebyście  nas potem  nie  musieli odwozić no i mamy ogórki kiszone przez  Ziukową, to je weźmiemy - oświadczyła Ala. Ojejku, cudnie - ucieszyła  się Marta. A masz tyle, że  i dla nas będą? No jasne,  Ziukowa  zawsze robi wszystko hurtowo.

To wy bierzcie  te ogórki z  domu, my po drodze  kupimy lody- macie  jakieś upatrzone?  Nie, wszystko jedno, lody Grycana  wszystkie  są  pyszne. No to na razie pa.  Ala z Michałem wysiedli, a Wojtek, gdy  tylko zamknęły  się za nimi  drzwi  powiedział  : "Staremu" to mało oczy nie wypadły  z orbit, tak się w was obie wpatrywał. Gdy poszłyście  z Jadwigą do tego dzieła architektury to już  zupełnie  nie  wiedział która z  was jest piękniejsza.  Ubawiliśmy się z Michałem  setnie. Bo gadał o  was obu  jak   nakręcony.

 Marta  wzruszyła  tylko ramionami - dziwne, nie  zauważyłam z jego  strony  żadnego extra  zainteresowania   naszymi  osobami. A to  dzieło w ogródku to nawet  nieźle zrobione, zwłaszcza, że  wszystkie materiały  są z odzysku,  a montował  ten jakiś Franek z kolegą.  Nie Franek, tylko Feliks - poprawił ją Wojtek.  Oni go zawsze  wykorzystują do różnych  prac - a to pomóż  skopać,  a  to przytnij itp. żądania, zainstaluj, pomaluj itp.  "Stary"go  wcisnął na budownictwo  lądowe, które ma  spore powodzenie. Jakby  nie  było to mosty, nowe  zapory i inne tego typu budowle jak fabryki czy też  zakłady  przemysłowe są  wciąż   potrzebne. Ten  wydział jest nawet mocno "oblężony", a kuzyn chyba nie  błyszczał na egzaminie, więc  go  musiał  stary  nieco podeprzeć. Wiesz-  zdać egzamin to go  zdał, ale jak  miejsc nie ma  dużo to  wtedy wybierają   tych najlepszych, a  on  nie  był w grupie  tych najlepszych.

W L'Eclercu w  firmowym  stoisku Grycana zakupili mnóstwo  lodów , bo Wojtek stwierdził, że weźmie też do pracy, żeby  nie  wychodzić w czasie  dnia z pracy, bo ma strasznie  dużo do myślenia i pisania. Zabierze po prostu  z domu  turystyczną lodówkę i razem  z Michałem  będą  się opychać w pracy lodami. To może  i hamak weźmiesz- wyzłośliwiła  się Marta. W hamaku  się świetnie  leży i myśli, a że nie będziesz pod  gołym niebem to nawet nie będziesz  się musiał oganiać od os. Tyle  tylko, że hamak jest jeden  a was dwóch.

W kwadrans po nich "dojechały  Michały" i wkrótce  zasiedli do wspólnego obiadu. Deser w postaci  lodów skierował ich  myśli ku zbliżającemu  się urlopowi.  Marta wyciągnęła albumy ze  zdjęciami  oraz dwie  mapy  Tatr. Jeszcze raz sprawdzili  w pamięci,  czy  mają już całe potrzebne wyposażenie,   zatelefonowali też  do Andrzeja , który  za godzinę kończył dyżur, więc postanowił wpaść do nich  w drodze do domu bo Maryla z  dziećmi i rodzicami są  gdzieś pod  Warszawą i wrócą dopiero wieczorem. A obiad jadłeś? - dopytywał się Wojtek. Bo  w razie  czego to cię nakarmimy. Jadłem, jadłem, kawa mi  do szczęścia  wystarczy -  zapewnił Wojtka Andrzej. 

Za  godzinę  to Andrzej już dzwonił do drzwi. Wyściskał i wycałował  wszystkich, zachwycony był, że  są lody. Nie  wiem  jak  to jest, ale  latem  to jakoś jest mniej pacjentów. Dziś w przychodni  to były raptem trzy osoby, w tym dwie  to tylko kontrola po operacji i jedne  szwy  do zdjęcia. Pewnie myśli o  urlopie jakoś tak  zdrowotnie   na pacjentów  wpływają. A ja wymyśliłem,  by na  czas waszej nieobecności ojciec mieszkał na Sadybie z moimi rodzicami, żeby  nie  był sam.  

Ależ on nie  będzie  sam, bo w tym czasie on razem z moimi rodzicami będzie  na wakacjach nad  Narwią - przypomniała Andrzejowi Marta. Jeśli mu  się tam będzie podobało to i w  sierpniu tam posiedzą - my będziemy tam wpadać w weekendy. Pan kardiolog powiedział, że nie  widzi problemu, o ile ojciec nie będzie  sam się wybierał  do lasu.  My  będziemy do  niego tam  wpadać  w  weekendy, na  kontrolę. W tym sezonie  kwiaciarnia będzie  miała całe  dwa miesiące wakacji, bo trzeba w  niej zrobić remont, bo znów  był cyrk z zacinającą  się kratą. Trzeba zrobić jakieś inne drzwi i  coś mi  się obiło o uszy, że zrobią też inną szybę, taką antywłamaniową, ale  możesz mnie nawet zabić lecz  nie mam pojęcia jak to ma  być.  Ojciec  to  chce by Pati  w ogóle zrezygnowała z tej pracy i przyjęła propozycję taty Wojtka  i zajęła  się  redagowaniem biuletynu ośrodka  informacji w którym on ma  1/2  etatu. Bo babka, która to dotychczas  robiła znarowiła  się, bo została  babcią  a jej córka nie ma zamiaru siedzieć z dzieciakiem  w domu, tylko zaraz po ustawowym trzymiesięcznym  macierzyńskim wraca do pracy a dzieciak będzie  wrzucony  do żłobka, ale w państwowych  to nie ma  miejsc a prywatne  są cholernie  drogie.  Zresztą ojciec  mówi, że już niemal od  roku to on się  "dobroczynnie" zajmował redakcją biuletynu, bo  babka zaczęła to tak  zwanie  olewać, nic  nie  robiła  ale  forsę brała. I  on wręcz  czeka żeby babsko wreszcie odeszło z pracy. No ale nie  da  się babki wcześniej stamtąd wygruzić. Poza tym wspólniczka Pati  zrobiła  się ostatnio jakaś  chorowita i Pati jest praktycznie  sama. I nie  wiadomo czy  to naprawdę  kwestia   zdrowia  czy  się może coś tej babce  nie podoba, ale  nie  chce  powiedzieć. Bo to tak jakoś  zbiegło się  czasowo z chwilą, gdy Wojtkowy tata poznał  kuzynkę  tej  wspólniczki.  Mój tata  nie  może  się  wręcz doczekać, by Pati przestała wstawać o 3,30 w nocy i jeździć  po towar na  giełdę. Bo jeśli idzie o  stronę  finansową to Pati tak naprawdę nie  musi pracować, bez problemu wyżyją  spokojnie  z pensji taty. Ale Pati  to taka mocno  ambitna dziewczyna i chce "pracować a nie  być na utrzymaniu męża". Powiedziała, że ona  przestanie pracować  gdy zostanie babcią - takie ciche wezwanie z tej  strony dla mnie  do rozmnażania  się.  A ja jakoś jeszcze  nie  czuję powołania  w tym kierunku.  Mój gin to mi powiedział, że powinnam jednak już  oswoić  się  z tą myślą i w przyszłym  roku coś wyprodukować. On mi obiecał, że da mnie pod opiekę  dobrego  gina-położnika, który poprowadzi  mnie od początku  do końca. 

Wiesz, ja też  ci mogę zapewnić bardzo  dobrego lekarza  na cały  czas od  początku do końca- łącznie  z rozwiązaniem ciąży- powiedział Andrzej.  Miał Lenę pod opieką? - spytała  Marta. Nie, nią  się opiekował jakiś pseudo kuzyn ich  rodziny i  chyba nie  był najlepszy  w te klocki bo nie  zgodził  się na poród  ze znieczuleniem tłumacząc, że to bardzo niezdrowe i dla  matki i  dla dziecka. Gdybym  miał ten rozum  co teraz  to bym  faceta przegonił, no ale ja byłem jeszcze tak  zwanym młodym lekarzem a on starym  wygą w  zawodzie,  tuż przed  emeryturą.  Poza tym byłem zapracowany totalnie bo byłem  w trakcie  robienia doktoratu. Więcej czasu  spędzałem w  szpitalu niż   w domu.  

No to ja mam lepiej bracie  z pisaniem doktoratu niż  ty miałeś - stwierdził Wojtek. Tak naprawdę to tylko dydaktyka mi nieco zaburza myślenie  w temacie pracy. Ale w sumie  nie jest  źle, bo  panowie   studenci często  zadają  całkiem mądre pytania. Na początku to bałem  się straszliwie czy dam  sobie  radę z wykładem, czy dostatecznie  jasno mówię, bo  może  tylko  mnie  się  wydaje, że tłumaczę  wszystko logicznie i jasno.   

Michał roześmiał  się -tłumaczysz  im  wszystko tak jak należy a poza tym to bardzo  cię lubią, bo im powiedziałeś, żeby cię  nie nazywali profesorem, bo póki co to jesteś magistrem inżynierem i że jak  bardzo  chcą cię jakoś  tytułować to  mają do wyboru  albo tytuł  inżyniera  albo magistra albo zwykłe bez tytułu  "pan". No i bardzo im  się podoba, że zawsze  poświęcasz kilka minut na  dzień dobry i pytasz  się czy wszystko jest u  nich w porządku i że często  wprowadzeniem do wykładu jest pytanie jak oni by rozwiązali problem, który potem okazuje  się przedmiotem wykładu. I jeszcze  coś - pamiętasz jakimś  cudem ich imiona  i zawsze gdy  z którymś rozmawiasz to do słowa  "pan" dodajesz  imię i jak któryś powiedział to wtedy oni nie  czują  się bezosobową  masą. 

No ale ja się tego nauczyłem Michałku od   ciebie - zaśmiał  się Wojtek. Mnie też jest  milej gdy mogę do  nazwiska studenta  dopasować imię. A wiesz co naszych  studentów  szalenie   zdziwiło?  No nie wiem- powiedział  Michał - ich  wiele rzeczy  dziwi. No byli  zaskoczeni, że kadra wykładowców  nie ma  trzech miesięcy urlopu - wyjaśnił Wojtek. Ale nie wiem na jakiej podstawie wysnuli wniosek, że  my tak jak i oni mamy trzy  miesiące wakacji. Co dziwniejsze, to  myślą tak nie  tylko studenci z poza Warszawy ale rodowici warszawiacy także. A jak byli szalenie  zdziwieni,że  część akademików latem pełni funkcje hotelu - bardzo byli tym  zdziwieni, mało im  szczęki nie powypadały z  zawiasów.  

Michu- ja porozmawiam ze swoimi  szefami, czyli z tym od produkcji i z moim od  laboratorium, bo w wakacje produkcja zawsze narzeka  na  brak rąk  do pracy, a nie jest to ciężka praca - powiedziała Marta. Zarobki na pewno  nie powalają, ale zawsze trochę forsy  wpadnie za te 8 godzin dziennie.  U nas  nie ma  co prawda stołówki,  ale  przyjeżdża do nas  catering i obiady  są naprawdę jadalne no i niedrogie. Na pewno do laboratorium będzie  szef też kogoś potrzebował. Coraz  trudniej jest namówić którąś ze studentek,  bo one na okres  wakacji najchętniej podejmują pracę w  jakimś salonie kosmetycznym, nawet jako sprzątaczki, bo jednak jest jaki/taki kontakt  z  zawodem. Mogą  prześledzić organizację  pracy, zobaczyć co z wyposażenia  jest na  pewno niezbędne a co nie  za bardzo, podejrzeć  w co warto inwestować  w przyszłości, popatrzeć na  co ciekawsze  zabiegi i podpatrzeć co lubią klientki. Ja trafiłam do laboratorium po raz pierwszy  w czasie  wakacji jeszcze  w czasie  studiów i bardzo mi  się praca spodobała a szefowi się spodobało moje podejście  do pracy  i potem w  wakacje byłam  tylko na połówce etatu, ale jakimś cudem zarobiłam jak na całym etacie. Przy laboratorium jest mini zakład  produkcyjny i tam być może nadal w okresie urlopowym brak rąk do pracy. Praca nie  ciężka bo jednak w  sporej  mierze zmechanizowana, ale osoba obsługująca musi być  odpowiedzialna by składniki były we właściwych proporcjach no i musi umieć  to wszystko co wrzuca  razem opisać ile  czego itp. Po prostu cały nieskomplikowany proces  wymaga aptekarskiej  dokładności. Ja biorę tylko 2 tygodnie urlopu latem, w lipcu i   w sierpniu będę w pracy i jak znam życie to szef mnie wrobi w opiekę nad "tymczasowym  pracownikiem". Zresztą moim  zdaniem Warszawa jest bardzo  miłym  miastem  właśnie w  wakacje, nawet można  bez  problemu  zaparkować  w śródmieściu.

Mówisz serio?-  niezbyt mądrze  spytał  się Michał.  No jasne, wiesz, że bardzo rzadko zdarza  mi  się żartować. Wiesz, ja dopiero gdy posłuchałam rozmów dziewczyn  z którymi studiowałam zdałam  sobie  sprawę z faktu, że  jestem szczęściarą  bo mam super ojca i męża i teścia a na dodatek  mieszkam w dużym mieście a nie gdzieś, gdzie  diabeł mówi  dobranoc, a na dodatek zawsze  miałam  co jeść, nawet  wtedy gdy była z nami moja  matka, bo najczęściej to tata gotował i robił zakupy. 

A co robiła  w takim razie  twoja mama? -  spytał Andrzej.  Noooo- istniała - zupełnie nieobecna duszą i  częściowo ciałem  w domu- wyjaśniła Marta. Nie wiem  co robiła poza  wymawianiem mi, że jej przeszkadzam w życiu. Ja byłam  w  szkole, ona nie pracowała  zawodowo ale najczęściej  wracałam  do pustego mieszkania i  dobrze, że  Wojtek mnie  codziennie odprowadzał aż do mieszkania i często  trochę z mną siedział. 

                                                                          c.d.n




poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Córeczka tatusia -149

 Wojtek z  Michałem uzgodnili, że na wizytę u Starego pojadą jednym samochodem  ( z uwagi na foteliki dziecięce  zainstalowane w  samochodzie  Michała) czyli  samochodem Wojtka. No a  skoro pani domu z jakichś  względów miała unikać  słodyczy, to Marta  zakupiła (po cenach hurtowych) orchidee w doniczce i oczywiście dołączyła  do  nich dokładną instrukcję obsługi.

Dobrze, że mieli  ze  sobą świstek z nagryzmolonym planem. Panowie przestudiowali  dokładnie  plan miasta przy okazji odkrywszy, że podany  adres to wcale  nie Marymont Ruda, ale część Marymontu o innej nazwie, więc pojadą do placu Wilsona, skręcą  w Mickiewicza i "jak po sznurku" dojadą pod  wskazany  adres. Coś się Staremu pokićkało z tymi nazwami- już  gdy mówił, że to Marymont  Rudy to mi coś  się kołatało we łbie, że tam to jest jakieś  paskudne osiedle olbrzymich wieżowców takich  w typie  tych pobudowanych na  osiedlu  za Żelazną  Bramą. A kiedyś były tam ogródki działkowe. I wiesz- nie pojedziemy Wisłostradą, bo w sobotę  to ona  będzie  bardziej obłożona  niż city. Pojedziemy przez miasto. Kurczę-  coraz  większa ta Warszawa, z jednego  końca na  drugi to jest jednak  kawał drogi- niezbyt odkrywczo stwierdził Wojtek.

"Stary"  mieszkał na pierwszym piętrze w tak  zwanej  wielorodzinnej dwupiętrowej  willi, sądząc po wyglądzie  wybudowanej najprawdopodobniej tuż  przed II wojną światową. Jak  informowała tabliczka na murku przy  furtce, na parterze był prywatny gabinet stomatologiczny, a pierwsze i drugie  piętro zajmowali dwaj  bracia. Pierwsze piętro "Stary", a  drugie  jego brat.   Na całej  uliczce sąsiednie  domy też  były jeszcze  sprzed wojny, wszystkie  dwupiętrowe,  ale bardzo wyraźnie różniły  się od  siebie. Każdy dom był inny.Jedno co je  w pewien  sposób łączyło to  fakt, że  wszystkie miały duże okna, trzy lub nawet cztero częściowe. I  chyba  wszystkie   niedawno przeszły remonty, bo ich  tynki, niezależnie od  barwy były bardzo czyste, a okalające posesje ogrodzenia wyglądały na   niedawno odmalowane.  Na drzwiczkach  furtki przed którą  stali wisiała skrzynka  na listy i to na  tyle duża, że bez trudu  mogła pomieścić kopertę formatu A-4. Ogródki od  strony ulicy były właściwie  symboliczne,  po prostu nieduże trawniki, na  niektórych rosły jakieś krzewy ozdobne. Partery większości domków były  dość wysoko nad poziomem gruntu, wchodziło  się do nich po  siedmiu schodkach.  

Popatrzcie- powiedział Wojtek- na  Sadybie  niemal  wszystkie posesje mają ogrodzenia obrośnięte żywopłotem, a tu całkiem "goło". No  cóż- stwierdziła Ala- żywopłot w pewnym  sensie daje większą intymność  posesji, ale ma ten minus, że trzeba go regularnie strzyc, a to wcale  takie fajne  nie jest. Pamiętam, jak  Ziuk  zawsze  narzekał, że panowie  od  strzyżenia to tylko strzygą,  a on  to ma potem masę sprzątania. No to co - stoimy tu dalej, czy  dzwonimy do nich? - spytała  Marta.  Popatrzcie- zaraz  za tymi domami są te obrzydliwe smutne ściany  płaczu. W życiu bym nie chciała  mieszkać w takim wieżowcu. Wojtek popatrzył na nią i powiedział - gdybyś nie miała  gdzie  mieszkać  a   dostałabyś pracę  w Warszawie to na pewno mieszkałabyś w takim  "mrówkowcu".  Przecież Ursynów to też fura wieżowców i Ziukowie mieszkają w  wieżowcu. No fakt, że te ursynowskie  to jakoś lepiej się prezentują, są po prostu mniejsze, nie mają po 20 pięter i są mniej  "rozrośnięte"  w poprzek. A to osiedle jest podobno najbrzydsze w  całej  Warszawie. Popatrz  w  lewo- tam ludziom rosną jakieś  dwa wysokie iglaki- one to chyba  też jeszcze przedwojenne. Nawet z  daleka wyglądają na stare. 

W tym momencie z budynku wyszedł "Stary" mówiąc:  " zastanawiacie  się czy wejść czy może  lepiej zawrócić?". Pomyślałem, że może  dzwonek nie  działa  więc po was  wyszedłem.  Wszyscy  się roześmieli a Michał powiedział - obgadujemy teren - bo nikt  z nas  tu jeszcze nie  był. I, o ile podobają się nam te stare domy to  ich tło w postaci  tych wieżowców rozrośniętych we  wszystkie  strony jakoś nas nie  zachwyca. Tamte bloki przytłaczają swym ogromem. Teraz  wiem,  dlaczego wszyscy nazywają ten kawałek Marymontu najbrzydszym placem budowy w Warszawie. 

No fakt - stwierdził Stary - nie  można nazwać tamtego osiedla ładnym. Plus jest tylko taki, że  są tam już  sklepy spożywcze, więc nie trzeba wszystkiego ciągać z poza osiedla. Ale my tu bywamy tylko latem, a cała posesja jest właściwie  własnością mojej bratowej, a że brat ma  z nią wszak wspólnotę  majątkową  to należy też do niego. I parter jest wynajmowany pewnemu    dentyście - on tu ma gabinet i mieszka. Nie mam nawet  bladego pojęcia jaki z niego  fachowiec, ale ma facet  sporo pacjentów. Brat z żoną  byli tu na Boże  Narodzenie i wtedy  bratowa stwierdziła, że ona woli mieszkać  w Niemczech.  Otworzę wam bramę i wjedźcie do środka. Miał być  garaż,  a jest tylko zadaszenie. A na jesień i  zimę są dopinane brezentowe "ściany". Brat siedzi już od  dość długiego  czasu w Niemczech  i nie wiem nawet czy  wrócą do Polski. Więc my  sobie  tu pomieszkujemy  głównie w  weekendy a  w lecie to  nawet cały  czas. Jadwiga to  pewnie  zaraz   mnie ochrzani, że  zamiast  wziąć  was  szybko do  chałupy to tu  z  wami gadam. Jakaś nerwowa  się zrobiła. 

Chwilę trwały powitania  i "prezentacja", potem żona   "Starego" oprowadziła gości po mieszkaniu, a Ala  powiedziała- poczytałam  wczoraj o Marymoncie. Kiedyś, kiedyś a tak dokładnie  w 1412 roku był tu duży folwark o nazwie  Ruda i płynęła  rzeczka  Rudawka i nad  nią  stały  młyny. A w 1639 roku Król Władysław IV Waza przekazał wieś  Ruda wraz  z młynami klasztorowi  Kamedułów, co było nawet  wyszczególnione  w  akcie darowizny.  W XVII  wieku Król  Jan   III Sobieski zbudował dla  swej ukochanej  żony  Marysieńki pałacyk na planie  krzyża . Z pałacyku  był widok na Wisłę, na młyny nad  rzeczką  Rudawką i na Lasek  Bielański, a  przypałacowy ogród  miał wiele  pięknych rzeźb. A w 1771 roku,  w listopadzie  konfederaci porwali króla Stanisława Augusta i uwięzili  w jednym  z młynów. W roku 1818 wieś Ruda przeszła  na własność Instytutu Agronomicznego. W  roku 1916 wieś  Ruda została  włączona do Warszawy a od 1994 roku  cały ten teren  należy do gminy Bielany.  Kiedyś  były tu tak zwane  ogródki działkowe, no a teraz jest paskudne ale pojemne osiedle  mieszkaniowe. I teraz  niektórzy mówią, że  mieszkają  w Warszawie na końcu ulicy Mickiewicza, bo ona  dochodzi do tego osiedla.  Ale jakoś nie doczytałam  się nigdzie czy nazwa Marymont funkcjonowała już za czasów Sobieskiego , bo być może on  znał angielski i ochrzcił ten teren Góra Marii. Bo Wisła , w  stosunku do tego terenu to wszak była i jest  w dole. 

Pani Jadwiga była  zachwycona, że do orchidei  dołączona jest "instrukcja  użytkowania" i wyraziła nadzieję, że tym razem nie straci orchidei  w  czasie  jednego  miesiąca. Bo dotychczas to niestety ani razu  nie udała  się jej hodowla  orchidei. "Stary" pokręcił głową z  dezaprobatą - a co w  tym dziwnego, że te orchidee źle  się  hodują  w Polsce- przecież  one pochodzą  z dżungli, gdzie jest zupełnie inny klimat niż u nas.  To tak jakbyś nasze rumianki nagle  posadziła w polarnym klimacie i  dziwiła  się, że  ci się hodowla ich  nie udaje. Poza tym  to gdy je kupujesz  w kwiaciarni to wiedz, że w kwiaciarni też  są dla nich na pewno lepsze  warunki niż w mieszkaniu. A do kwiaciarni też nie trafiają z jakiegoś zwykłego mieszkania  ale są hodowane  w  szklarni, gdzie jest  cały  czas kontrolowana  temperatura i wilgotność a nawet poziom naświetlenia.  

Marta przywołała na twarz najbardziej  słodki uśmiech i powiedziała- ma pan rację  - w szklarni i kwiaciarni to one  zdecydowanie mają lepsze  warunki  bytowania. Nie mniej prawda wygląda tak, że orchidee, a tak naprawdę storczyki,  rosną  dziko nieomal na  całym świecie  a nie  tylko w kwiaciarniach i rozpoznano już ich 25 tysięcy gatunków. W Polsce rośnie ich ponad 50 gatunków. Storczyki  są trudne  w hodowli  z uwagi na fakt, że nie każdy owad  zapylający jest  w stanie je  zapylić - można powiedzieć, że nie  dają się byle komu zapylić,  mają swoje  wybrane  gatunki  "zapylaczy". A w Polsce  najokazalsze są obuwiki pospolite, które  przypominają  wyglądem miniaturowe pantofelki.  Storczyki rosną  w wielu miejscach w lasach, na łąkach, na torfowiskach, preferują podłoże  bogate w węglan wapnia. Nie  da  się jednak  ukryć, że najpiękniejsze  storczyki rosną w klimacie  tropikalnym i często są pasożytami bo rosną na pniach drzew, z których  przy okazji  pobierają potrzebne im  do istnienia składniki.  W Polsce to tylko te obuwiki najbardziej  przypominają  swym  wyglądem  jeden  z  gatunków tych orchidei z dżungli, ale on to rośnie  "normalnie", w  gruncie, nie pasożytuje.  Bo inne storczyki niż obuwiki to dla "zwykłego Kowalskiego" są tylko "kwitnącym  chwastem",  choć niektóre  z nich ponoć bardzo ładnie pachną.  Jak na razie  to nigdzie  nie  spotkałam dzikiego  storczyka  w Polsce, no ale  tak naprawdę  gdybym chciała ich  szukać to musiałabym  mieć jakiś  dobry atlas botaniczny. Bo  w  szkole nikt z nami na  łąki nie chadzał i nie pokazywał nam co tam  rośnie. Za to wymagano od nas  teoretycznego rozróżniania roślin odkryto-  od  nagonasiennych, a nie jak odróżnić liść  brzozy od liścia buka gdy leżą obok  siebie. A ja to wszystko wiem dlatego, że moja mama jest właścicielką kwiaciarni i  ma  sporo książek o hodowli kwiatów, choć ich sama nie hoduje, ale wyszła z  założenia, że dobrze jest wiedzieć  czym  się handluje. 

"Stary" poklepał Wojtka po ramieniu i powiedział półgłosem - masz  szczęście  "brachu" bo nie  tylko ładna  ale i mądra ta twoja  żona.  I ma rację - szkolnictwo podstawowe i średnie powinno przejść wiele zmian, bo programy  są przeładowane, tyle  tylko że  często wcale nie  tym co ważne, a  w domu też się większość niczego nie  nauczy, bo zdaniem  rodziców od uczenia  dzieci to jest  szkoła.  Obawiam się  tylko, że nikt  we władzach  kraju   tak naprawdę nie jest  zainteresowany tym tematem. A Wojtek uśmiechnął  się i powiedział do "Starego" -  z jednej  strony  mnie to cieszy, że to taka  mądra dziewczyna, ale  z  drugiej to  szalenie podwyższa mi poprzeczkę. Nie mogę ot tak,  bez  zastanowienia   "wypluć  coś  z  siebie", bo  ona  zawsze  wszystko wyłapie  jeśli coś "lapnę". Jak na  razie  to mam  szanse  błyszczeć tylko w temacie informatyki, bo ten temat jakoś  zupełnie nie  nie pociąga  mojej żony.  więc  go nie  zgłębia.  Powiem ci tak w sekrecie, że najbardziej to lubię słuchać  jak  moja żona dyskutuje z naszym przyjacielem lekarzem chirurgiem.  Zawsze mam wtedy wrażenie że za moment  staną razem przy stole operacyjnym i żeby nie  był  pusty to mnie na nim rozłożą. On twierdzi, że powinna była  zdawać po raz  drugi na medycynę,  ale ona po moim, a potem i po swoim pobycie  w szpitalu stwierdziła,  że jednak dobrze  wybrała kierunek bo praca każdego lekarza  jest jednak bardzo ciężka i trudno ją połączyć z życiem prywatnym, a  ona należy  do tych osób, które jeśli coś  robią to  nie na pół gwizdka ale na sto procent. 

Tymczasem panie wróciły  z "obchodu"  miniaturowego ogródka, który  był z tyłu  domu, a tam podziwiały konstrukcję altany w której  był mały  stolik i cztery  krzesełka A było bowiem co podziwiać, bo altana była  "wynalazkiem" jednego  z kuzynów  pani Jadwigi. Konstrukcję nośną stanowiły... drzwi, drewniane  razem z  futrynami i altana była  sześciokątem. Jak wyjaśniała pani Jadwiga część z nich  to były drzwi kuchenne ale o  dość nietypowych wymiarach z dużymi ongiś  szklanymi  szybami, które  zostały zastąpione żaluzjami z tworzywa. Kuzyn pani Jadwigi  ukończył wydział Budownictwa  Lądowego i w ramach "odpoczynku od  zawodu" projektuje różne  dziwne obiekty całkowicie odmienne od  tych, nad którymi pracuje  w biurze projektów. W sumie owa  altanka  wyglądała jak  domek dla nieco mocno  wyrośniętych  krasnali.  Marta bardzo  skrupulatnie oglądała konstrukcję  owego "wynalazku", w końcu stwierdziła - to nie futryny drzwi są konstrukcją nośną a sześć  umieszczonych w podłożu belek do których zostały przymocowane futryny. To w  sumie mocna konstrukcja. Pani Jadwiga  tylko wzruszyła ramionami - Zbyszkowi i tak  się to nie podoba, uważa, że to wygląda  cudacznie i wcale  tu nie pasuje. A ja lubię  tu latem posiedzieć i poczytać. W ubiegłym roku siedziałam tu cały  czas  sama, bo Zbyszek nie  chciał tu być bo mu za daleko  stąd  do Uczelni.  

Marta uśmiechnęła  się delikatnie - bo to prawda- to tak  zwany kawał drogi  a w czasie poza urlopowym to jeżdżenie  dwa razy  dziennie samochodem bez  względu na  pogodę wcale nie jest  zabawne. My dziś jechaliśmy do państwa nie Wisłostradą a przez   miasto i nawet  gładko to poszło, no ale  dziś dzień wolny od pracy. A w dzień powszedni w godzinach porannych i tych, w których  wszyscy wracają z pracy  to wcale nie jest  wesoło. Ja przez pięć lat jeździłam na prawobrzeżną Warszawę, bo tam  była  moja uczelnia  i te dojazdy czy to komunikacją  miejską  czy też swoim  samochodem to jednak  dawały mi w kość. Teraz to mam luksus, bo do pracy jadę zaledwie kwadrans a do tego nie obciążoną trasą. Trzeba  jeszcze  brać pod  uwagę fakt, że codziennie do Warszawy dojeżdża samochodami cała masa ludzi mieszkających w promieniu do 100 kilometrów od miasta. I wszystkie  drogi dojazdowe  do Warszawy  są  rano z reguły zawalone samochodami, więc  się wcale nie  dziwię, że pani mąż nie jest zachwycony dojazdami stąd do pracy. Według przeprowadzonych badań to codziennie do Warszawy przyjeżdża do pracy ponad milion  osób. Część swoimi  samochodami,  część pociągami i potem po mieście   jeżdżą  miejskim transportem.  Nie  da  się ukryć, że w dużym  mieście jest po prostu praca, której  brak w małych  miejscowościach.  My mieszkamy na starym Mokotowie a gdy byłam dzieckiem to nikt nie  słyszał o dzielnicy zwanej Ursynów. Warszawa tak jak i inne stolice na świecie  staje  się pomału molochem. 

Pani Jadwiga patrzyła na Martę z niedowierzaniem, a potem  westchnęła i powiedziała- jakoś nie miałam pojęcia  o tym, że tyle osób codziennie  dojeżdża  do Warszawy. Marta uśmiechnęła  się - ja to się o tym dowiedziałam  dopiero będąc na studiach, bo tam była masa  dziewcząt spoza  stolicy. Niektóre  dojeżdżały codziennie bo ktoś z ich  rodziny  dojeżdżał do pracy to się z nim zabierały. Większość jednak mieszkała na prywatnych kwaterach. 

                                                                                    c.d.n.


środa, 7 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 148

 Mniej więcej w tydzień  po powrocie z delegacji Wojtek  i Michał wraz  z  żonami zostali zaproszeni  na prywatne spotkanie z szefem i  jego żoną.  I Wojtek i Michał długo wpatrywali  się w podany adres, w końcu Michał powiedział - jak to jest Warszawa to ja jestem Chińczykiem.  Wojtek  zerknął w mapę Google i powiedział - niedaleko stamtąd  do dwóch  cmentarzy - do tego nowego na Wólce Węglowej i do dawnego Wojskowego, który już od lat jest Cmentarzem Komunalnym. Dobra  lokalizacja  gdy na którymś  z nich ma się  pochowaną jakąś  rodzinę.To jakiś kawałek o nazwie Marymont Ruda. Nie  wiem tylko dlaczego Marymont Ruda  a  Rudy, bo jak dla mnie  Marymont to rodzaj męski. I ten Marymont  jest  stosunkowo blisko Wisły. A w ogóle  to na moje oko są trzy części Marymontu. I jakaś woda tam jest. I do Lasku Bielańskiego, który  awansował do miana Rezerwatu  mają  blisko. Nie wiem  tylko, czy to taki ogólnie  dostępny  czy trzeba  może jakieś bilety wykupywać. Ale do pracy to ma  facet daleko.  

Michał wzruszył ramionami - oni  się  chyba dość niedawno tam przeprowadzili. Ale coś  mi  się  wydaje , że oni tam  bywają tylko w  weekendy, a na  co dzień to  bliżej  Śródmieścia.Wiesz, tak na  co dzień to facet nie jeździ  bladym świtem.  Do Łomianek, które już są poza Warszawą, to jeszcze jest  kawałek drogi. Ale mam nadzieję, że będzie łatwo trafić, bo pojedziemy jak po sznurku Wisłostradą. Jak  się zagapimy i nie odbijemy  w pewnej chwili w bok to możemy  się  znaleźć  nagle  w Zakroczymiu. I pognać  do Gdańska.  Wieki całe nie  byłem  w Gdańsku - stwierdził Michał. A lubię Gdańsk. Wziąłbym Alę i  dzieciaki w jakiś  rejsik po Motławie. A w ogóle  to zauważyłem, że mi praca  w życiu  zaczyna przeszkadzać.  I to coraz  częściej

Wojtek roześmiał się - podejrzewam, że nie  tobie  jednemu praca przeszkadza,  znacznie  fajniej  mi było na studiach. Pracowałem nie  dlatego, że musiałem, bo rodzice  mnie jednak finansowali a  po prostu dlatego, że miałem mnóstwo  pomysłów na  sprawdzenie przydatności tego o  czym  się uczę. 

No to przecież masz przecież nadal możliwość sprawdzenia  swej  wiedzy bo masz  stypendium doktoranckie, więc jest  to szansa na sprawdzenie przydatności dotąd  zdobytej wiedzy. I masz ten luz, że nie masz  tak naprawdę przymusu przychodzenia tu codziennie zawsze o  tej  samej porze. Mnie  nie przeszkadza  to poranne przychodzenie  bo przy  dzieciakach to niestety  się nie pośpi- tłumaczył przyjacielowi Michał. Przecież  możemy się obaj  zastanowić jak sobie  wzajemnie życie tu uprzyjemnić a nie uprzykrzyć.  Wiesz - uczelnia to nie  sklep spożywczy z jednoosobową obsługą i nie jest powiedziane że musisz  być w  ściśle określonych porach. Zresztą  jesteś w tej chwili na  stypendium i nigdzie nie jest  zapisane, że masz  być od  np. od 8,00 do 16,00. Z uwagi na temat to mógłbyś spokojnie pisać to w domu, no ale mam wrażenie, że tak jest jednak i dla ciebie lepiej i, że już nie  wspomnę dyplomatycznie o  tym, że i mnie  to bardzo pasuje, że jesteś. Poza tym nie będziesz  "jakimś tam obcym doktorkiem", tylko naszym, znanym, lubianym itp.

No wiem, wiem, ale z kolei  Marta pracuje od  9 rano, więc wstajemy o siódmej, czasem  7,30. Jakoś  byłoby mi głupio spać rano gdy ona  wstaje  do pracy. Michał, a dlaczego  mi nie powiedziałeś, że masz nagranie  mojego wykładu? I jeszcze go dałeś  do odsłuchania "Staremu".  

To był czysty przypadek- stwierdził Michał. Wpadł do  mnie  jeden ze studentów z pytaniem  czy mógłbym mu pożyczyć  dyktafon, bo jego właśnie  wysiadł, a on nie może  być na  wykładzie  bo jego ojciec jest  w szpitalu po wypadku i on  jedzie oddać  krew do Banku Krwi, bo tak sobie  szpital zażyczył, więc mu koledzy nagrają  wykład. I gdy mi za dwa dni go oddał to przy okazji przesłuchałem bo go facet  nie  wykasował  i stwierdziłem, że  warto dać  Staremu do posłuchania, żeby wiedział, że  jesteś bardzo udanym  nabytkiem. Więc nagrałem  ten wykład na  drugi dyktafon i podsunąłem Staremu. I gdyby  to był zły krok to Stary  nie   zaprosiłby nas z żonami do siebie  do  domu.  On nie jest zbyt  towarzyskim  facetem i raczej niewiele osób może powiedzieć gdzie i jak Stary  mieszka. On raczej zawsze jest  za spotkaniami w jakiejś spokojnej  knajpie. Jestem niemal zaskoczony tym, że nas do siebie  zaprosił. Jak dotąd to  bywałem  z nim tylko na obiadach lub kolacji - raz w Bristolu a  raz w takiej "etnicznej" restauracji , w której ponoć był kuchnia  rosyjska. I nawet mieli w karcie  jesiotra.  Chyba mu  się  bardzo spodobało, że  wybrałeś wyjazd do Poznania  a nie  do Hanoweru.  

Wojtek  zaczął się śmiać- gdyby wiedział dlaczego tak naprawdę wybrałem  Poznań a nie Hanower to by padł ze śmiechu.  Tak to byłem  tylko jedną  noc i dwa  dni bez Marty, a przy innym  wyborze  byłbym tydzień poza domem.  Jak dla mnie  to zasadnicza  różnica.  Kwestia tematyki była tak naprawdę mniej istotnym  elementem.

No to ciekawe jak  to będzie  gdy  się wam rodzina powiększy - wtedy Martusia już nie  będzie  tylko  dla ciebie -  będziesz  się musiał  nią  dzielić  z dziećmi. Mirkowi gdy  był malutki to było dość obojętne   do kogo się przytulił - byle się czuł objęty.  Irunia to  zasypiała  najszybciej gdy  mnie trzymała   za ucho, a Marek gdy był wtulony buźką w pierś Ali.   A teraz cała trójka   jakoś zdziecinniała i wieczorem każde z nich musi być utulone i wymiziane przez nas oboje.

Wojtek  skrzywił  się - nam to się jakoś  jeszcze  nie  spieszy do dzieci i mam nadzieję, że poprzestaniemy na jednej  sztuce  i nie  będzie klonów  ani Marta nie wyprodukuje  2 jajeczek na raz. Ostatnio jej lekarz  stwierdził, że powinniśmy  się najdalej za rok  wziąć za produkcję.  I bardzo się biedula  tym zmartwiła. Bo teoretycznie to ona  nie ma nic przeciwko posiadaniu  dzieci, ale faza niemowlęctwa ją nieco przeraża. Poza tym zastanawia się, czy aby nie odziedziczyła po swej matce  niechęci do posiadania  dzieci.  A skąd Marcie przyszło coś takiego do głowy? - zapytał  zdziwiony Michał. 

 No bo matka całe dzieciństwo Marty, aż do dwunastego  roku  jej życia,  czyli do chwili rozwodu rodziców  mówiła  Marcie, że jest ona  jednym wielkim problemem i że matka nigdy jej nie chciała. Na sprawie Marta wybrała ojca i ponoć bardzo spokojnie  opowiedziała jak ją matka traktowała. Wiem o  tym od mego ojca, bo on  wtedy był świadkiem na  sprawie. Wiesz - ojciec Marty  gdy już  się Marta pokazała na świecie to powiedział swej żonie, że jeśli chce  to może  nie pracować, bo on  sam wyrobi finansowo, bo po co   Marta  ma  się  hodować  w żłobku a potem  w przedszkolu  lub z czasem w  szkolnej świetlicy.  A efekt  był taki, że  Marta zawsze  chodziła  z kluczem na  szyi i wracała  do  pustego mieszkania.   Wiem, bo ją  przez  trzy lata codziennie odprowadzałem do  domu.  Wiesz, przed  sprawą Martę wypytywali o wszystko  psycholodzy dziecięcy i to też  było w aktach.Teraz  na  szczęście to  już nawet młodsze dzieci niż była wtedy Marta  sąd pyta u kogo chcą być po rozwodzie.  Ale  z tego co widziałem to nie powinno być  źle, gdy będziemy  mieli jakieś dziecię, bo ona ma , moim zdaniem,  całkiem  dobry kontakt z dziećmi. Gdy byliśmy u Andrzeja w Londynie to młodszy przydreptał nad  ranem do nas, wpakował się w jej objęcia, choć spał w pokoju razem z Andrzejem i starszym  bratem i  na pewno miał bliżej do niego niż do pokoju w którym my spaliśmy. Poza tym to ona traktuje  takie maluchy całkiem poważnie a nie jak jakieś przygłupy. Wszystko dzieciakom Andrzeja tłumaczyła i nie  było żadnych problemów w podróży. Byłem tym nawet  zdziwiony, bo  wcale  nie  bywaliśmy u Andrzeja  często gdy jeszcze był przed rozwodem. A waszą Irunię to ona  nazywa małą księżniczką i stwierdziła, że jak Irunia  dorośnie to będzie  sobie facetów owijać  wokół palca zupełnie nie  zdając  sobie z tego sprawy.  

Michał się zaczął śmiać - Irunia to baaardzo cwana dziecina i podejrzewam, że Marta ma rację. Szczerze mówiąc  to nie bardzo  wiedziałem jak Ziukowie przyjmą  nowe dzieci - wszak "to nie ich krew", ale  oni oboje stanęli w 200% na wysokości zadania. Cały  czas  czułem ich wsparcie  moralne i takie bardzo praktyczne. Ja byłem nieco przerażony, że to będzie dwoje, ale Ziukowie byli  zachwyceni i zaraz  mi powiedzieli, że choć  oni do wierzących  to raczej nie należą, to uważają, że "natura wie  co robi". No i do dziś  są  ukochanymi  dziadkami naszych dzieci. I zawsze mnie i  Alę wspierali i nadal tak  jest.  A ciebie Wojteczku też zaliczają do rodziny boś im to mieszkanie na Ursynowie odstąpił.  Przecież nie dostali go ode mnie  w prezencie- zaprotestował Wojtek- ja je  normalnie  sprzedałem. Taaa, normalnie - wcale nie normalnie bo tylko po kosztach- nawet złotówki na tym nie  zarobiłeś-  protestował Michał.  Wojtek  popatrzył na  niego i powiedział - bo doskonale wiedziałem, że ty zrobiłbyś to samo, gdybym szło o mnie. Natura czy też jakaś inna  siła  wyższa nie obdarzyła mnie rodzeństwem, ale mam ciebie i Andrzeja i dla mnie jesteście  rodziną.

Dalszą dyskusję przerwało pukanie  do drzwi i na Michałowe "wejść" w drzwiach ukazał się  "Stary" mówiąc - przyszedłem zobaczyć wasz kącik kawowy- mam pół godziny relaksu, więc możecie  mnie potraktować kawusią. Skąd  wy tyle  szaf nabraliście? Gospodarczy wam kupił? 

A  skądże! - odpowiedzieli  jednocześnie. Ale  wpuścił nas do magazynu rzeczy przeznaczonych do utylizacji, na dodatek pozwolił nam byśmy  sobie  wybrali co chcemy, no to sobie  wybraliśmy, cztery popołudnia  spędziliśmy na umyciu tych biblioteczek i ich oklejeniu samoprzylepną  folią do mebli, potem załatwił nam kilku silnych do przeniesienia ich do nas, panie  sprzątające poratowały nas suknami na których przesuwaliśmy to co tutaj stało. Przy okazji zrobiliśmy remanent  we  wszystkich szafach. Krzesła mamy od ojca Wojtka - są co prawda niezbyt dobrane kolorystycznie, ale mają ten plus, że są składane i całkiem wygodne. A jak widzisz siedziszcza mają, można powiedzieć - tapicerowane. Ta gąbka pod ich pokryciem jest jakaś wyjątkowo  dobra  jakościowo. Co prawda ich kolor może trochę za frywolny,  bo na moje oko to lepsze by  było gdyby  ten materiał miał ciemnowiśniowy kolor a nie taką jaskrawą czerwień, no ale darowanemu koniowi nikt do pyska nie zagląda. A gdzie taką  folię kupiliście?  A  w OBI,  nawet był spory wybór. Raz przelecieliśmy te szafy papierem ściernym, żeby się folia  lepiej trzymała. Szef macał te oklejone  powierzchnie i stwierdził, że ta folia to całkiem fajna  sprawa. A te szybki to też potraktowane   folią? Bo na pierwszy  rzut oka  to wyglądają bardzo plastycznie, jakby to były metalowe  listewki.  Można pomacać? No jasne, tylko nie podważaj tego paznokciami, to naprawdę tylko folia samoprzylepna.  Po prostu do szkła są przylepione  takie  cieniutkie listewki, nawet nie listewki tylko  patyczki grubości 4 mm i dodatkowo są przyklejone paskami tej folii udającej metal, które  wszystko razem do kupy  trzymają. Nawet nie podejrzewałem, że to tak  dobrze  będzie wyglądało.

No - panowie - zadziwiliście  mnie zupełnie - jesteście   bardzo pomysłowi. No to muszę cię pocieszyć, że chociaż sami to robiliśmy to też jesteśmy zdziwieni, że to tak dobrze wypadło - nawet nie podejrzewałem, że to tak dobrze  będzie wyglądało - stwierdził Wojtek. A wszystko wyszło stąd, że znajoma  ekipa remontowa, które nam i    naszemu przyjacielowi remontowała mieszkania,   górne okna w drzwiach łazienek pozaklejała  folią, która udawała grube matowe szkło. Przepuszczała  światło ale nie dawała widoku na łazienkę. A ponieważ oni się  straszliwie spieszyli, by zdążyć przed  naszym powrotem z mini wakacji po  naszym ślubie,  to ustalili z naszymi ojcami, że będzie najlepiej i najszybciej gdy nam te istniejące  szybki okleją a nie będą się bawili w usuwanie tych szyb i zamawianie nowych u szklarza, zwłaszcza, że był to okres  wakacyjny a tym  samym remontowy. Ojcowie po prostu kupili nowe drzwi do kuchni i łazienki i WC, nieco bardziej przeszklone, by w przedpokoju było więcej światła, ekipa te  szybki  zakleiła i to  całkiem fajnie teraz  wygląda. Bo chyba  najwięcej remontów  to się  robi właśnie latem. A jak nam  się te szybki znudzą to moja  Marta powiedziała, że wtedy możemy je wymienić  na   folię z witrażowym, kolorowym  wzorem. Tych folii samoprzylepnych jest mnóstwo - i takich jak  typowe okleiny meblowe i takich  w przeróżne  wzory i też  są takie imitujące  witraże.  Na jednej z  działek podwarszawskich  widzieliśmy oszkloną  werandę  oklejoną wzorzystą okleiną z obrazkami ptaków. Jak nam mówił właściciel to odkąd ma tę folię przestały mu ptaszyska wydłubywać  ze  skrzynek zewnętrznych  malutkie  sadzonki lub  po prostu grzebać w nich. Najśmieszniejsze, że oboje  z Martą polubiliśmy wizyty w takich marketach jak OBI. W PRAKTIKERZE też  się nam podobało, tyle  tylko, że akurat  niczego stamtąd  nie potrzebowaliśmy. 

Wypoczynkowe pół godziny szefa minęło, a szef  "cały w skowronkach" nadal siedział i rozmawiał na całkiem pozasłużbowe  tematy. Przy okazji nagryzmolił im na kartce jak mają do niego trafić, powiedział by nie przywozić dla pani domu "Broń Panie Boże Czekoladek" bo ona ma odstawić słodycze i że  w ogóle to żadna okazja, tylko po prostu zwyczajne  spotkanie zwyczajnych  ludzi.  No fajnie, ale tak całkiem naprawdę to my nie jesteśmy zwyczajnymi ludźmi - powiedział Michał. Zwyczajni ludzie  to na takim spotkaniu stawiają na stole ze dwie półlitrówki, półmisek z  zagrychą i jest to polska zwyczajność. Potem  nieco  znieczuleni  wsiadają do swoich  bryczuszek  i starają  się nie  wpaść  w oko jakiemuś gliniarzowi. Pomału  zaczynam  się zastanawiać  czy  aby na pewno  jestem  w tym układzie  Polakiem. Ja już  dawno się nad  tym problemem  zastanawiam. 

Nooo, to prawda -zgodził  się  szef. W Rosji jeśli nie pijesz to znaczy, że jesteś szpiegiem. Unikam jak ognia kontaktów z  nimi. Raz byłem służbowo w Moskwie - i wystarczy. Właściwie  mogę powiedzieć, że byłem dwa razy  - pierwszy i ostatni. Moja połowica była ze swoją  kuzynką dwa  tygodnie w Soczi. Wróciły ładnie "wycieniowane" bo im jedzenie nie odpowiadało. Bo kurczaki podawane do obiadu były na  wpół surowe. Śmiałem  się, że w Ameryce podają krwiste befsztyki, a w Soczi krwiste kurczaki. Poza tym klimat był cholernie  męczący, bo były upały i bardzo wysoka  wilgotność. Żywiły się głównie bułkami i rosyjskim szampanem, bo to można było kupić bez problemu. A raz  to nawet  udało im  się kupić prawdziwe maliny, to się tak tym napasły, że przesiedziały potem cały dzień w pokoju na  zmianę okupując toaletę. Poza tym były zbulwersowane  widokiem  plażowiczów  opalających  się na dachach  wagonów kolejowych. Potem  się dowiedziały, że to były tak zwane  "wczasy  wagonowe". Pociąg przywoził wczasowiczów którzy mieszkali  w tych wagonach i po dwóch tygodniach postoju na bocznicy  blisko brzegu morza ich odwoził I raz  się  wybrały z całą grupą wczasowiczów do tamtejszego arboretum i bardzo  szybko się stamtąd ulotniły bo w tym arboretum było piekielnie  gorąco a do tego duszno. A jak mówiłem babom, że ten wyjazd to nie jest wcale a  wcale dobry pomysł to mnie  chciały pobić.  I całe  szczęście, że z nią tam  nie  byłem bo miałbym już drugi rozwód.

                                                                            c.d.n.

sobota, 3 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 147

 Gdy tylko Wojtek wsiadł do samochodu i przywitał się  z  szefem ten powiedział - "pozwolę  sobie  zaproponować  byśmy porzucili oficjalne  formy i mówili sobie  po imieniu". Wojtkowi nieco opadła  szczęka  ze  zdziwienia, ale  nim zdążył coś powiedzieć  szef  otworzył małą  torbę i wyciągnął z niej....mały jasiek  w kolorowej poszeweczce i wciskając  go w  rękę Wojtka powiedział - nie wiem jak ty, ale  ja jestem piekielnie  śpiący, więc zaraz zasnę. Wolisz  siedzieć z prawej czy  z lewej  strony?- zapytał. 

Obojętne - stwierdził Wojtek. Ja też mógłbym jeszcze   pospać, od ukończenia studiów nigdy  jeszcze o tej porze  nie  wstawałem. No to świetnie - podsumował  szef. Jeśli bym chrapał to mnie po prostu trąć, to na pewien  czas przestanę. A ta ładna "panienka z okienka" na parterze to zapewne jakaś ciekawska  sąsiadka?   Wojtek uśmiechnął się lekko - to moja żona, mieszkamy na parterze. Wstała  razem  ze mną, wypiła kawę i teraz  zapewne żałuje tego, bo ona jeździ  do pracy na  dziewiątą.

Pracuje w jakimś ministerstwie?- bo oni  zwykle   zaczynają pracować dopiero od  dziewiątej - dociekał szef.  Nie, pracuje w laboratorium  chemicznym jednej  z firm kosmetycznych, jest magistrem kosmetologii. I już nawet zdążyła  być  współtwórcą patentu - pochwalił się Wojtek. No masz chłopie szczęście- nie dość, że ładna to do tego mądra- to dość  rzadkie zestawienie.  A od dawna jest twoją żoną?- szef wyraźnie  był zaciekawiony. Żoną to od chwili gdy ukończyłem  studia, ale  razem , parą, to my jesteśmy od czasu szkoły podstawowej - wyjaśnił  Wojtek.  

Żartujesz? - spytał szef. Nie , nie żartuję. Jesteśmy razem od piątej klasy szkoły podstawowej. Z tym ,że całe liceum byliśmy  rozdzieleni, bo ja  byłem w Austrii z rodzicami, a ona z ojcem tutaj. I może właśnie dlatego, że te  cztery lata upływały  nam na  sporadycznych kontaktach to szczeniackie uczucie  jakoś nam pozostało. Ona ma cudownego ojca - ostatnie  dwa lata  podstawówki to właściwie  niemal u nich  mieszkałem. On nas wychował- przez  wiele  lat kochałem go sto razy  bardziej niż  własnego ojca, ale  teraz kocham ich obu.  A mój ojciec to oddałby  życie  za Martę, gdyby zaszła taka potrzeba - to jego ukochana córeczka.  To co powie Martusia to jest święte - świętsze  i ważniejsze niż  Biblia. Zwłaszcza od  chwili gdy wysłała ojca do kardiologa.  I zabroniła mojej matce przyjeżdżania do Polski i wizytowania  nas  bez uzgodnienia.   Ojciec częściej  nocuje u nas  niż w  swoim mieszkaniu, bo gdy jeszcze  Marta studiowała to uparł się, że będzie nam gotował, bo Marty uczelnia  była na praskim brzegu. On już teraz pracuje  tylko na połówce etatu. Dobrze, że oboje z Martą lubimy jeść  to samo bo gdyby  było inaczej to musiałbym jeść to co ona  lubi. U nas  w domu to najważniejsza jest Marta, potem nasza psinka a na końcu ja.

Niesamowite, naprawdę niesamowita  historia- stwierdził szef. Musicie do nas  wpaść z żoną. Michał mi mówił, że ogromnie  się zaprzyjaźniliście od  chwili, gdy wybrałeś go na swego promotora. Byłem na waszych  służbowych  włościach- świetnie sobie urządziliście ten pokój. 

Wojtek roześmiał się - najważniejsze, że udało nam  się wydębić z magazynu te  stare  szafy i że udało  się kupić folię do ich oklejenia i teraz wszystko wygląda dobrze, jak nowe. Trochę się napracowaliśmy, ale warto  było. Teraz mamy wszystko pochowane no i Michał wreszcie pojął, że nie zostawia się otwartego pokoju gdy nas w nim nie ma.  A widziałeś nasz kącik kawowy?  Gdzie macie ten kącik? - dali wam jeszcze jakiś pokój? - dopytywał  się szef.  Nie, nie mamy jeszcze jednego pokoju, ale w pewnym momencie za dużo i za często wpadali studenci gdy nasz ekspres do kawy stał na  widoku, więc przemeblowaliśmy pokój i mamy kącik kawowy. Poza tym sami sobie  w swoim pokoju  sprzątamy i dzięki temu nikt nie wie, że mamy ekspres.  Od razu jakoś znacznie mniej studentów  ma do nas  sprawy do omówienia. A my czasem naprawdę potrzebujemy nieco ciszy żeby myśli pozbierać. Wiesz - Michał to jest niesamowitej dobroci facet  i trochę całe towarzystwo rozbestwił.

Szef roześmiał się - obydwaj ich rozbestwiacie - ty im tak wszystko tłumaczysz na  wykładzie jakby  byli dziećmi, a Michał na egzaminach też  się z nimi cacka - zauważył szef.  

Oooo, ja to podziwiam Michała, gdy on egzaminuje - powiedział Wojtek. Ja to bym już dawno wykopał delikwenta  za  drzwi a on bardzo cierpliwie słucha tych bredni, potem mówi czego gość nie pojął i co powinien sobie poczytać- ja go  naprawdę podziwiam.   Obaj ich rozpuszczacie - ty z kolei mówisz im na wykładzie  co powinni  sobie zanotować bo to z głowy  z czasem wylatuje - śmiał  się szef. Przepraszam, a skąd  wiesz co ja im  bredzę na wykładzie? - spytał Wojtek- przecież  nie wizytujesz  wykładów.  Szef  się uśmiechnął- po prostu raz odsłuchałem nagranie - a  nagrał twój wykład Michał - i tak mu się  wykład  spodobał, że  przyleciał do mnie żebym odsłuchał. To jeden z pierwszych,  gdy okazjonalnie  Michała zastępowałeś. Świetnie ten temat  ująłeś.

Wiesz Zbyszku - Michał to jest chodząca dobroć i szlachetność- powiedział Wojtek. Mam naprawdę sporo szczęścia, żeśmy  się zaprzyjaźnili. A jego żona  to też szalenie  miła osoba. W ubiegłe  wakacje  byliśmy w trzy pary w Turcji - oni, my i drugi nasz przyjaciel z żoną, o którym zawsze mówimy, że to nasza rodzina, że jesteśmy przyrodnimi  braćmi. Było naprawdę świetnie. Byliśmy we  wrześniu - głównie  dlatego, że wtedy już nie ma tej wakacyjnej stonki,  czyli dzieci. Była na plaży  cisza , spokój, żadnego sypiącego się zewsząd piachu, żadnych  ryków podczas posiłków. A poza tym nawet gdyby  były z nami jego  dzieci  lub  Michała to i jego dzieci i drugiego naszego przyjaciela to są  świetnie ułożone. Znają perfect takie  słowa  jak "proszę, dziękuję, czy mogę" i przebywanie w ich towarzystwie  nie przyprawia nikogo o ból głowy. A w tym roku wybieramy się w tym samym  "składzie  tureckim"co w ubiegłym roku na Słowację,  by pochodzić  trochę po  Wysokich Tatrach, mamy już zarezerwowany domek na Słowacji. My pojedziemy w Tatry Słowackie i  Polskie, a dzieciaki będą w tym  czasie w Sopocie z dziadkami. 

A kiedy jedziecie? W czerwcu, w drugiej połowie - jedziemy tylko na dwa tygodnie- tydzień będziemy po słowackiej stronie i tydzień po polskiej.  Wymyśliliśmy  sobie, że będzie  lepiej  gdy będziemy w Warszawie w tym czasie  gdy dziadkowie  z  dzieciakami będą  nad  morzem, a oni tam będą cały  lipiec i pół sierpnia.  Wiesz- z dzieciakami to zawsze  swoista  ruletka- albo będzie  wszystko w porządku albo będą jakieś  cyrki w rodzaju choroby czy jakiegoś  nieprzewidzianego wypadku. Co prawda  dziadkowie  i Michała i Andrzeja są świetnie  zorganizowani itp., ale różnie to może być, a łatwiej  tam dotrzeć w  razie  draki z Warszawy  niż z Tatr.

No to fajnie, bo w lipcu to przynajmniej jeden z  was będzie  tu potrzebny. Wojtek uśmiechnął się - wiemy o tym i  braliśmy to pod uwagę. W tym momencie "zaszurał" Wojtkowy smartfon - Wojtek zerknął na ekran i powiedział- przepraszam ale muszę odebrać bo to matka mi brzęczy. Po chwili  szef  usłyszał jak Wojtek mówi - "na pewno dziś się z tobą nie  zobaczę, bo właśnie jestem w  drodze do Poznania i nie  wiem jeszcze kiedy wrócę. A teraz  to nie porozmawiamy, tak, jadę samochodem. Gdy wrócę do Warszawy to do ciebie  zatelefonuję.  Tak, na razie."  Po chwili spojrzał na szefa i powiedział - przepraszam,  ale muszę w tym układzie  uprzedzić Martę, że moja matka przyjechała. Trzeba ojca  wziąć pod ochronę.

Mina  szefa  wyrażała  bezbrzeżne  zdumienie, ale Wojtek już "ścignął" Martę i po 2 minutach  rozmowy powiedział do szefa - już  Marta przejęła  ster. W tym układzie ojciec  już będzie  wiedział, że ma nie odbierać  telefonu od nieznanego  numeru polskiego lub austriackiego i nie  reagować  w domu na  dzwonki do drzwi.  Moi rodzice są po rozwodzie, który nastąpił z winy matki. Po prostu go zdradziła i  całe miasto o tym wiedziało tylko mój  ojciec  się nie tropnął co jest  grane. A teraz  co jakiś czas ona  tu zjeżdża, pewnie  znów ma jakiegoś  nowego gacha. A ojcu  zaraz  ciśnienie  skacze  w górę a jest po dawno przebytym  ale  wtedy  nierozpoznanym zawale, więc musi być pod ochroną.  Teraz to już jest cały  czas pod  opieką Instytutu  Kardiologii i jest ustabilizowany,  a co  sześć  miesięcy ma  badania kontrolne u nich. Na  co  dzień to jest pod opieką kardiologa w klinice, w której mamy wykupione karnety. A i tak , już  to wypróbowałem, że najlepiej jest gdy mu to  wszystko po raz  setny mówi  "ukochana  córeńka".  Kiedyś  się zastanawiałem, czy gdyby  mu Marta kazała  wytarzać  się  w  smole  to czy by tak  zrobił.  Bo wg  niego to Marta  jest lekarzem a do tego "światłem jego oczu".  Jak znam życie, to Marta zaraz zatelefonuje do swego  ojca i ten ściągnie  mojego do siebie do domu i  tak wszystko zorganizuje, by mój ojciec u nich był do mojego powrotu. A rodzice Marty to mieszkają raptem 200 m od  nas. 

A co w takim  razie twoja mama może  chcieć od twego ojca?- spytał szef. Eeeee, chcieć  to od  niego nic  nie chce, poza  zezłoszczeniem  go - ona  jest głównie  zainteresowana Martą, bo Marta ma uprawnienia  do posiadania własnego gabinetu kosmetycznego, a z kolei moja matka ma na to pieniądze i dotychczas miała taki gabinet do spółki z jakąś kosmetyczką,  ale  zmieniły  się przepisy i gabinet może posiadać i prowadzić  tylko osoba z tytułem mgr kosmetolog, no a  Marta ma taki tytuł, ale nie ma  najmniejszego zamiaru by prowadzić i posiadać  gabinet  kosmetyczny. I już sto razy tłumaczyliśmy to mojej matce,  a ta z uporem maniaka  nadal nagabuje  Martę. Marta bardzo długo nie mogła się zdecydować na jakie  studia iść- wpierw zdawała na  medycynę, ale napisała, że  chce iść na kierunek lekarski i choć  była w liceum bardzo dobra  z chemii to właśnie chemia jej na egzaminie nie  za bardzo wypadła i na medycynę  się nie załapała  ale zdała na studium kosmetyczne trzyletnie a potem zrobiła studia magisterskie. I moja matka, gdy  tylko zmieniły  się przepisy to zaraz uczepiła  się  Marty jak pijany płotu, choć  Marta od  samego początku jej mówiła, że widzi  się  w jakimś  laboratorium a nie jako kosmetyczka. Jest bardzo z tej pracy zadowolona, ma przyzwoitego szefa i jest jedyną  kobieta w tym laboratorium i w ogóle  jest zadowolona , bo na dodatek to jedzie do pracy  swoim  samochodem raptem  15 minut, a liczy od  chwili wyjścia  z domu. Najbardziej  się  tak wewnętrznie uśmiałem, gdy Marta wróciła do domu po pierwszych zajęciach praktycznych  na  studiach - była bardzo zdegustowana i w ogóle chciała przerwać te studia ale wtedy rozmawiała  z doradcą, a właściwie  doradczynią studentek  i ta jej właśnie podsunęła  myśl o laboratorium i tym samym o pracy naukowej  jak i o tym, że wiele  gabinetów odnowy biologicznej też potrzebuje kosmetologów i Marta została na  tych studiach. Nasz przyjaciel, zresztą świetny chirurg ,  twierdzi, że Marta  byłaby  świetnym  diagnostą bo bardzo logicznie  myśli. A najlepsze to było to, że on  chciał się przekwalifikować na chirurga plastycznego , już  snuł plany jak z Martą u  boku będzie operował nosy  uszy i inne  części ludzkie , a moja słodka   Martusia  w dwudziestu zdaniach wybiła mu to  z głowy . Po półgodzinnej analizie  tego co mu powiedziała Marta  doszedł do wniosku, że ona ma rację.   

Wiesz co Wojtek- mieliśmy drzemać, ale może  zadekujmy się na  chwilę na najbliższym Orlenie   i wypijmy po kawie. Moja połowica  nawet jakiś placek ukręciła - z owocami. To  jedyne  co  w domu piecze- resztę kupujemy  w cukierni - zarządził szef. Nooo, niezły pomysł - zgodził się Wojtek. A dla pana, panie Kazimierzu jest ciasto czekoladowe z rodzynkami  - powiedział szef do kierowcy. Och, to super!- ucieszył  się pan Kazimierz.  Wojtek zaczął się  śmiać - tylko usiądźmy  gdzieś   z boku- będziemy robić za niemieckich  prowincjonalnych turystów - oni u siebie przeważnie goszczą  się zawsze własnym ciastem i tylko kawę zamawiają. Chociaż gdy byłem ostatni raz za miedzą to trafiłem na jakieś  święto wina - wino i kawę kupowali w  bufecie,  a resztę wyciągali z  sakwojaży.  Niektórzy to mieli nawet ze  sobą dania gorące. Aż  miałem ochotę obejrzeć  z bliska te ich termosy. 

Gdy już jedli ciasto Wojtek powiedział - bardzo dobry ten placek- zadzwoń do pani  żony i powiedz jej to- niech się ucieszy. Żartujesz? - zapytał szef. Nie, nie żartuję, naprawdę  smaczny ten placek. Kto cię tego nauczył?  Wojtek uśmiechnął się - mój teść mnie  tego nauczył. Jemu  nie wyszło z matką Marty, potem  chodził dość  długo do psychologa, a potem uczył nas i razem i oddzielnie jak trudną sprawą jest takie bycie w związku i co ułatwia  życie.  Między innymi takie wzajemne akcentowanie  tego co nam sprawiło radość, nawet taki drobiazg jak pochwalenie tego co które zrobiło w domu. No to zrób zdjęcie nasze wspólne przy tym stole i dołącz podziękowania - dodał Wojtek.  Pomyśli, że zwariowałem,  ale zrobię jak mówisz - zgodził  się szef. Jesssu, jeszcze mi kobiecisko  zemdleje  ze  zdumienia. I napiszę, że wkrótce nas  nawiedzicie razem z Michałami. Ona bardzo lubi Michała - aż nie wiem  czy nie  za bardzo. 

Wszyscy lubią Michała - nie  zauważyłeś tego?  Personel dziekanatu zwłaszcza - dodał  Wojtek. Moja Marta też bardzo lubi Michała. Jego ojciec także jest lubiany przez  płeć piękną. No ale on już owdowiał. Wiem, nawet z nim rozmawiałem - kiedyś prowadził moją sprawę rozwodową, choć rozwody to nie jego specjalność.  No ale na tyle  dobrze  poprowadził, że nie  zostałem goły i bosy.  Ta obecna  żona to już druga.  A Michał mi coś szemrał, że chcieliście założyć własną firmę komputerową i kancelaria  miała  wam zrobić  rozeznanie. I co z tego wyszło?  

No nic nie wyszło,  a Marta w pewnej chwili stwierdziła, że wszędzie  dobrze  gdzie nas nie ma, że wydamy wszyscy kupę  forsy na szukanie gdzie, potem na  szykowanie  dobrego miejsca na  firmę, ktoś z nas będzie przecież  musiał tego  tam na miejscu doglądać, więc nie będzie  zarabiać a będzie  wydawać poza tym nikt  z tej kancelarii nie bardzo mógł pojąć o jakie przepisy  chodzi i tym sposobem wszystko się "rozeszło po kościach"  niczym  grypa.  Wiesz- oni są dobrzy w prawie amerykańskim  ale o naszym, europejskim  a do tego w tej branży to raczej  mało wiedzą. Oni to właśnie głównie  się specjalizują w  sprawach majątkowych.  A nie oszukujmy się - tu można  się z usług informatycznych  nieźle utrzymać.  Tyle  tylko, że lepiej jest  robić  małe projekty  jako "wolny strzelec".  Rynek prywatny nie jest jeszcze nasycony.  Ojciec  Michała  coś mówił o tym, że może  się przeniesie gdzieś  bliżej Polski, ale chyba także już mu  zapał do przeprowadzki i zaczynanie  wszystkiego od  nowa przeszło.  Tu już prawie  on nie ma znajomych - przyjaźń  na odległość jest równie  nietrwała jak miłość na odległość.  No to się trzeba  zbierać  - stwierdził zerkając  na  zegarek.  Gdy już byli w dalszej drodze żona szefa napisała sms, z  zapytaniem co mąż  zbroił, że aż  dziękuję za  dodatek do kawy.

                                                                            c.d.n.



poniedziałek, 29 lipca 2024

Córeczka tatusia- 146

 Dni mijały  szybko i  w pewnej  chwili Marta  stwierdziła, że  czas  to chyba przyspieszył. Z miłych "wydarzeń" to Marta odnotowała, że badania  Wojtkowego  ojca wypadły bardzo  dobrze, a lekarz  pochwalił pomysł  spędzenia przez  niego  dwóch letnich miesięcy poza Warszawą i planowane  wędrówki po lesie. Oczywiście  zaraz dodał, że po lesie to jednak nie powinien sam wędrować - zresztą zdaniem lekarza  nikt nie powinien  sam  włóczyć  się po lesie, nawet  ci najzdrowsi, bo każdemu może się coś niemiłego przytrafić. Lipiec i pół sierpnia rodzice Andrzeja i teściowie Michała mieli już zaplanowane w Sopocie. Udało im  się zarezerwować mieszkania  w dwóch sąsiednich budynkach, z których  do plaży to było nie więcej  niż 250 metrów. Oczywiście przed wspólnym  wyjazdem Andrzej zorganizował u siebie  "wieczorek zapoznawczy" dla dzieciaków, który tak  się dzieciakom spodobał, że były jeszcze  dodatkowe spotkania w domku na  Sadybie. Mała  Irenka rządziła wszystkimi czterema chłopakami, a dorośli po cichu skręcali się  ze śmiechu  obserwując dzieciaki. No popatrz- przecież oni się widywali na spędach u Ziuków a  wcale tego nie pamiętają  dziwił się Wojtek.  Ale Marta  zaraz  go sprowadziła  na  ziemię, że dzieci Andrzeja  to były tam raptem raz, poza  tym tyle  się  wydarzyło w ich życiu ważnych  zmian, że mogą już tego nie pamiętać, poza  tym dzieci Andrzeja  są młodsze od dzieci Michała.

Ojciec Wojtka przestał  się zamartwiać wyjazdem "dzieci" w Tatry słowackie, bowiem  pan Janeczek jakimiś jemu tylko znanymi  metodami  zarezerwował  bilety na kolejkę linową na Łomnicę, o  czym zaraz poinformował Martę. Oczywiście  zaznaczył, że jeżeli danego  dnia nie  będzie dobrej pogody to albo pojadą i nic lub  niewiele zobaczą albo nie pojadą  i w obu tych ewentualnościach  stracą pieniądze. Marta chciała mu od razu  przesłać  pieniądze na konto, ale pan Janeczek  wytłumaczył,że to  tylko jest rezerwacja, a wystarczy gdy  wykupią bilet zaraz po przyjeździe. A udało mu  się zarezerwować, bo powiedział i przedstawił  dokumenty, że wynajmuje swój domek turystom i uprzejmie  go podciągnęli pod biuro turystyczne. Bo u  nich tak jak i po polskiej  stronie Tatr agencje  turystyczne mają wszak pierwszeństwo. Marta oczywiście zaraz opowiedziała  wszystko pozostałym "członkom  załogi" i Andrzej zaraz przepatrzył swe  zasoby "prezentowe" i do pana Janeczka powędrował pięknie wydany album ze zdjęciami Londynu - oczywiście był wydany w Wielkiej  Brytanii. Do środka  Andrzej włożył ozdobną kartkę i na  niej pięknie Maryla wykaligrafowała podziękowania, a ojciec  Andrzeja  "przejechał się" na Główną Pocztę, tam album zapakował i nadał. Było to o  tyle  sensowne, że od  razu został wysłany i był znaczek, że zawartość jest  sprawdzona.

W każdy pogodny czerwcowy weekend  rodzice Marty oraz jej kuzynka,  Małgorzata, jeździli nad  Narew i szykowali dom na letni pobyt, a  wraz  z nimi jeździł ojciec  Wojtka i  psina. Za każdym razem ojciec się zamartwiał jak sobie "biedne dzieci" bez niego w lecie poradzą i nawet  czuł się lekko urażony, gdy Patrycja za którymś razem powiedziała, że to przecież  już nie  są dzieci a "stare, doświadczone konie". A poza  tym  przynajmniej będą  mogły sobie  wtedy polatać w upał nago po mieszkaniu. Ojciec Wojtka popatrzył się na  nią i powiedział - czy ty naprawdę wierzysz że kostium bikini cokolwiek ukrywa? Te  cztery małe trójkąty lub dwa małe  trójkąty i pasek  szerokości 15  centymetrów to tak naprawdę niczego nie ukrywają.  Dziś faceci są już tak przyzwyczajeni  do golizny, że wcale nas ona nie podnieca. A Marta w upały biega po domu w cieniutkich szortach i bluzce  z dużym dekoltem i krótkimi  rękawkami.  I wyobraź sobie, że to dziecko zapytało się mnie, czy mnie to nie będzie  raziło.  Uwielbiam swoją  synową za  jej sposób myślenia a nie za to, że ma młode ciało i jest ładna.  Oczywiście  doceniam jej urodę, ale dla mnie jest szalenie  ważne, że to mądra dziewczyna.  

Panu Maćkowi,  sąsiadowi, udało  się przekonać Małgorzatę, by jednak zainstalować w domku ogrzewanie  gazowe, a  Patrycja po naradzie z mężem stwierdziła, że oni się dołożą finansowo do tej inwestycji, bo wtedy domek zyska na komforcie i gdy Małgorzata  będzie chciała go sprzedać, to uzyska  znacznie lepszą cenę. Ekipę wynalazł " pan majster" a prace zostały zaplanowane na wrzesień. Na razie pan majster zrobił listę co należy  zakupić  i gdzie najlepiej dokonać  zakupów, poza tym  obiecał, że prace nie potrwają dłużej niż miesiąc a domek  będzie  się nadawał do użytku przez  cały rok.

W końcu czerwca Marta dostała  dość enigmatyczną wiadomość : "W poniedziałek będę w Warszawie i chcę się z  wami zobaczyć. mama". Marta obejrzała dokładnie  wiadomość, ale  nadawca nie kojarzył  się jej z kimś znajomym.  Nie namyślając  się długo wystukała odpowiedź : to jakaś pomyłka, jestem sierotą. A potem całość przesłała  mailem do Wojtka, który  po odczytaniu całości zaczął się chichotać i na zdziwione spojrzenie Michała pokazał mu tego maila w  całości mówiąc - to na 100% jest mail od mojej matki. Znam to nazwisko, to babka, z którą moja matka robiła i może nadal robi interesy. Matka nie  wie, że ja od  dawna wiedziałem, że ona ma tu swoje pieniądze włożone w zakład kosmetyczny. A Marta jest bezbłędna w reakcji- muszę do niej zaraz  napisać nim pójdę  na wykłady. Szybko wystukał  maila - "To twoja  teściowa, na pewno jest  w Warszawie. Idę wykładać, dam głos  gdy wrócę, kocham."

Późnym popołudniem, gdy już Wojtek dotarł do domu powiedział - to konto,  z którego  moja  matka wysłała  maila to jest jednej z babek, która jest jej wspólniczką. 

Ja jutro jadę z szefem na  dwa  dni do Poznania - ku  jego zdziwieniu wybrałem  wyjazd  z nim  do Poznania a nie do Hanoweru z profesorem F. Gdy się zaczął wypytywać to mu powiedziałem, że odkąd się ożeniłem to nie lubię wyjeżdżać na dłużej z domu - patrzył na mnie jak na  wariata. A potem stwierdził, że o ten wyjazd do Hanoweru to wszyscy tu walczą, a ja wolę z nim  do Poznania niż na pewnie bardziej atrakcyjny wyjazd  do Hanoweru. Więc mu powiedziałem, że ja nie jestem stęskniony za pobytem poza Polską, bo mieszkałem cztery lata w Austrii i nie widzę nic  atrakcyjnego w  wyjeździe do Hanoweru. A poza tym tematyka konferencji w Poznaniu jest mi znacznie bliższa, bardziej związana z tematem doktoratu. No i od  razu  się  stary rozpromienił, wyglądał  tak jakby  mnie  chciał pogłaskać po głowie i dodatkowo nakarmić  mnie  tortem czekoladowym.  Potem porozmawialiśmy  trochę o tym doktoracie i  się dowiedziałem, że jestem "świetnym nabytkiem". Gdy to opowiedziałem  wszystko  Michałowi to  on stwierdził, że jego zdaniem  doktorat mam  już niemal w kieszeni i że wybranie  Poznania a nie  Hanoweru świadczy o mojej niewątpliwej inteligencji i wielkim zaangażowaniu w to co robię,  a  szef  to ceni.  

Jest tylko jedna niedogodność tego wyjazdu - wyjeżdżamy  o świcie, czyli  o 5 rano, jedziemy służbowym samochodem, oczywiście z kierowcą. Konferencja  jest o 10,00 rano, wrócimy pojutrze pod wieczór i  zdaniem  szefa powinniśmy być w Warszawie najpóźniej około 20,00. Teraz  bardzo długo jest  widno.  Szef mi powiedział, że po prostu podrzemiemy  sobie  w  drodze. A droga  to nam  nie  zajmie  więcej  niż trzy  godziny. Dobrze, że mam ten letni garnitur i że wymiary mi  się nie  zmieniły.  Ale  chyba na  wszelki wypadek wezmę ze  sobą dodatkową koszulę. 

A co do mojej matki - ja  zaraz  do niej zatelefonuję i powiem, że właśnie wyjeżdżam służbowo i że w domu będzie  z tobą tylko jej były mąż, więc nie ma szans by się  z nami  zobaczyć.  I zełgam, że  wracam za trzy  dni.   Ojej, ale jak ja bez  ciebie zasnę?!- całkiem  poważnie  zmartwił  się.  Marta roześmiała  się - przytulisz  się do szefa  albo do mojego zdjęcia. A poza tym zapewne pójdziecie dość późno spać bo pewnie będzie jakaś wspólna kolacja lub przedłużony obiad.  No to  dziś powinniśmy pójść nieco  wcześniej  spać i dziś przygotować  ci to masz  mieć  ze sobą w Poznaniu- stwierdziła  Marta.   I trzeba  będzie nastawić budzik, bo ja to się co prawda budzę o świcie, jak  mówisz, ale mój świt to tak jakoś o szóstej  dopiero   wypada, a ty chyba musisz wstać po 4 rano, skoro o 5 już wyjeżdżacie.

No to chodźmy już spać, muszę  się do ciebie  "naprzytulać" na  zapas - zamarudził Wojtek. No to wpierw się  spakuj pod  względem służbowym i prywatnym i przejrzyj którą koszulę weźmiesz jako zapasową i weź ze  sobą tę nową, letnią piżamę i te domowe klapki, które bierzesz jako kapcie na  wakacje i nie  zapomnij maszynki do golenia i szczoteczki wraz  z pastą i weź ten biało niebieski ręcznik do twarzy. To wszystko  wejdzie  do twego wytwornego nesesera. I weź skarpetki na  zmianę.  Popatrz - tu masz  kilka plastikowych  zamykanych  woreczków na to co brudne lub mokre. Wojtek szybko "zgarnął" to co  wymieniła Marta, na  dno wsunął przydatne  jego zdaniem  dokumenty i  zapiski a potem powiedział -  z tym neseserem od twego taty to będę  wyglądał bardzo po europejsku. No wiesz - tata ograniczał swe wyjazdy do minimum nawet  wtedy gdy jeszcze był przed  rozwodem. Wszyscy  wybierali długie  wyjazdy a on te najkrótsze, takie które  naprawdę  były konieczne. A zakup tego dla  ciebie to tata zlecił gdy byliśmy jeszcze  przed  ślubem  i od  razu miał na myśli  ciebie.  Jego jest znacznie ciemniejszy i ma trochę inne zamki, mam wrażenie, że po prostu gdzie indziej był kupiony. Ten jest   moim zdaniem  lepszy, bo ma wszystkie przegródki  firmowo zamykane. W neseserze taty tylko dwie  są zamykane. 

Gdy ojciec Wojtka dotarł do mieszkania zastał na  stole w kuchni kartkę, że oni następnego dnia wstają o 4 rano bo Wojtek jedzie o 5 rano  do Poznania i żeby tata nie reagował na dzwonki do drzwi bo jego była  żona jest w  Warszawie, a Misia już jest u rodziców  Marty, żeby następnego  dnia  nie  siedziała  sama cały dzień  w domu.

Następnego dnia o godzinie  5,15  rano na podwórko zajechał służbowy samochód szefa i Wojtek wycisnął na policzku   żony ostatniego całusa i cicho wyszedł z domu.  Marta, która  zaczynała pracę dopiero o 9,00 rano nie bardzo wiedziała  co ma  ze sobą zrobić, bo oczywiście  wstała  razem z Wojtkiem o 4 rano i  zupełnie bezmyślnie wypiła  razem z nim kawę, więc - jak to sama określiła była  zupełnie niepotrzebnie "trzeźwa  jak świnia", o  czym poinformowała  swego teścia  gdy ten wszedł rano do kuchni. To  może weź córeńko jeden dzień wolnego - doradził. Nieee, szkoda urlopu- po prostu  zamiast jednej  zapewne  dziś  wypiję  dwie  kawy, a  w najgorszym razie  nic mądrego  dziś nie  wymyślę i wezmę się  za porządkowanie  swoich dokumentów i  zapisków. Bo ostatnio zaczęłam  wszystko nieco bez ładu i składu  wrzucać  do  szuflady  swego biurka. Dobrze mi zrobi gdy  uporządkuję wszystkie  swoje zapiski. Muszę tylko poszukać takiej  kartonowej teczki z licznymi przegródkami. Mam wrażenie, że widziałam takie  teczki w laboratorium. A dużo muszą mieć przegródek? - zainteresował się  teść. Bo ja mam takie z czterema, za to dość pojemnymi. Gdy  wszystkie  są  zapełnione to teczka   może mieć  nawet 5 cm grubości. Są nawet w dość sympatycznym  ciemnozielonym kolorze. Mam ich kilka - miałem ich  więcej, ale zostały  mi już tylko trzy, bo kiedyś uporządkowałem swoje rodzinne  dokumenty. Tato, mnie  to wystarczy  jedna taka teczka. No to ja ci ją podrzucę do laboratorium około dwunastej. Wyjdę trochę wcześniej, przejadę przez  swoje mieszkanie i gdy wjadę na  wasz teren to do ciebie zadzwonię, że już jestem. Bo i tak  muszę  wpaść  do siebie przed pokazaniem  się w ośrodku. Obiad  na  dziś to jest już gotowy, a na jutro to ugotuję jutro rano. Te teczki to są  rodem z USA - są niezwykle eleganckie i bardzo dobre  jakościowo.

Zgodnie z zaleceniem swojej ukochanej  synowej i równie  kochanego syna,  ojciec  Wojtka nie  zareagował na  dzwonek domofonu gdy ten się rozległ około godziny  10,00. Wiadomo  było, że listonosz  to ma własny  klucz od drzwi  wejściowych  na klatkę schodową, a gdyby go  zapomniał lub  zgubił to obdzwoniłby wszystkie mieszkania. Przezornie   nie  zbliżał  się  do okien  wychodzących na podwórko, choć już kilka  razy sprawdzał wraz ze  swym przyjacielem, że nawet jeśli żaluzje nie  są rozłożone  to i tak nie  widać czy jest ktoś w  mieszkaniu. Tak jak obiecał Marcie "wpadł" do  swojego  mieszkania i wziął z niego  dla niej 2 teczki i pojechał do laboratorium. Gdy wjechał na podwórko zatelefonował  do  Marty, że już jest. W trzy minuty później na podwórko wybiegła Marta i odebrała od niego 2 teczki i szybko pobiegła  z powrotem, bowiem wybiegła chyłkiem z "narady roboczej". Gdy tak  szybko wróciła wszyscy popatrzyli na nią zdumieni a jeden z kolegów powiedział - nabrał cię któryś  z portierów czy  mocz  w oczęta  zaszczypał?   

Nieee, teść mi przywiózł taką wytworną teczkę,  bo zaczynam się gubić w swoich nagromadzonych  zapiskach, a tak to sobie wszystko posegreguję i nie będę 5 razy tego  samego zapisywać. Bo gdy ostatnio  znalazłam w  szufladzie trzy notki na ten  sam temat to mnie  z lekka złość trzepnęła, że niedługo to utonę w tych papierach. Wszyscy  koledzy z zaciekawieniem obejrzeli  teczki a jeden przytomnie zauważył, że one nie są  rodzimej produkcji. No nie  są polskie, ale są w Polsce kupione. No i są drogie.  A tak nawiasem - pytanie czy mnie mocz  w oczy zaszczypał i dlatego szybko  stąd  wyszłam jest godne pijaczyny spod  budki z piwem,  a nie kogoś kto ma tytuł  magistra inżyniera  i chce  być  zaliczany do elity laboratorium. Takie  pytanie Robercie  to możesz  zadać swemu kumplowi ewentualnie  swojej dziewczynie, a nie w gruncie  rzeczy obcej kobiecie. Bo to, że wszyscy  mówimy sobie  po imieniu nie upoważnia  cię do tego. Robert zaczerwienił się, bąknął "przepraszam  cię bardzo", Marta odpowiedziała "przeprosiny przyjęte  więc  wracajmy "ad meritum"  i  narada trwała  dalej.

                                                                              c.d.n.