piątek, 31 stycznia 2014

Pod prąd - cz . XIII

Po niemal trzech godzinach Mietek zerwał się, przeprosił, że się tak zasiedział, bo to
przecież pierwsza wizyta, zapewnił babcię, że tak miłej i  uroczej osoby jak babcia
Zuza, to dawno nie spotkał, cmoknął babcię w  rękę a Izę w czoło i wyszedł.
Babcia podeszła do okna odprowadzając go wzrokiem do furtki.
"bardzo miły młodzieniec - dobrze wychowany, oczytany i całkiem niczego sobie"
rzuciła  w stronę Izy.
Iza uśmiechnęła się blado-  a zauważyłaś babciu, że on jest ode mnie całe dziesięć
lat starszy? I jak dla mnie to mógłby być wyższy. Na szpilkach sięgam mu głową do
połowy ucha - wybrzydzała Iza. Poza tym to nie jesteśmy żadną parą, więc właściwie
to jest obojętne dokąd mu sięgam.
Babcia uśmiechnęła się z wyrozumiałością  - wiedziała od  doktora S., że po tej operacji
Iza przez minimum 2 miesiące nie będzie się mogła "pozbierać", że trzeba jej dać czas na
przestrojenie się  organizmu. Na razie Iza była cały czas na zwolnieniu lekarskim.
Iza usiadła w jadalni w fotelu i głęboko się zamyśliła.
Lubiła Mietka, czuła się w jego towarzystwie dziwnie bezpiecznie. Jakimś cudem on
zawsze niemal wyprzedzał jej życzenia. Ledwie pomyślała, że mogliby pójść na  kawę,
a on właśnie proponował by wstąpili do barku kawowego.
No i woził ją "po drodze" do szpitala na rehabilitację, a tak naprawdę to wcale nie było
mu "po drodze". Nadkładał całkiem sporo drogi, by po nią przyjechać, a potem odwiezć.
Tak prawdę mówiąc to nic o nim nie wiedziała poza tym jaką miał operację i jakie ma
po niej komplikacje. Przez miesiąc widywali się w strojach mocno niekompletnych, czyli
były to spotkania szlafrokowe. Nie wypytywali się wzajemnie o prywatne życie- i chyba
obojgu to odpowiadało.
Właściwie to powinna go nieco przepytać, ale z drugiej strony nie za bardzo chciała
opowiadać o sobie. Nie chciała wspominać swego  nieudanego  narzeczeństwa ani krótkiej
przyjazni z Alkiem. O swej sytuacji rodzinnej też nie lubiła mówić.
Ale ... może go chyba zapytać co miał na myśli mówiąc, że ona ucieknie gdy się czegoś
o nim dowie.
Z zadumy wyrwał ją głos babci - "Iza, telefon do ciebie". Iza pobiegła do kuchni, bo tam
stał aparat. Miała w planie zainstalowanie drugiego równoległego telefonu, ale jakoś
jeszcze tego nie załatwiła.
Wzięła słuchawkę od babci, która czym prędzej wyszła z kuchni, by Iza mogła swobodnie
rozmawiać.
Telefonował Mietek - powiedział, że dostał ze szpitala wiadomość, że następnego dnia
ma się  stawić na chirurgii na czczo o 8 rano i zostanie 3 doby, bo chcą wreszcie zrobić
porządek z tą jego pooperacyjną raną, więc nie będzie mógł po nią przyjechać.
Poza tym zachwycał się babcią Zuzą i ich wspólnym domkiem.  Iza powiedziała, że po
rehabilitacji wpadnie do niego na oddział.
Trochę się zmartwiła, ale  z drugiej strony dobrze, że wreszcie się tym postanowili zająć.
Bo to raczej mało miłe jest chodzenie cały czas z  opatrunkami i dziurą w brzuchu.
Po skończonej rozmowie Iza pomyślała - chyba go  ściągnęłam myślami, ale po chwili
stwierdziła, że chyba przesadza.
Następnego dnia , po ćwiczeniach głosu i fizykoterapii poszła na odział chirurgiczny-
dopytała się u pielęgniarek, w której sali leży Mietek i do niego poszła.
Mietek był bledziutki, skrzywiony i wyraznie obolały. Nie dostał narkozy, a znieczulenie
za wiele nie pomogło. Wyciągnęli mu z rany całkiem spory zwitek nici, część  szwów
powyciągali , całość przepłukali i założyli nowe szwy zewnętrzne.
Z trzech przewidywanych dni pobytu zrobiły się cztery i Iza codziennie do niego zaglądała.
Drugiego dnia, gdy siedziała przy jego łóżku do sali weszła bardzo przystojna młoda
kobieta- była to siostra Mietka. Powiedziała Izie, że Mietek już kilka razy opowiadał o niej
i to w taki sposób, że ona i  mama  nabrały ochoty by Izę poznać. Iza szybko zakończyła swą
wizytę, by nie  przeszkadzać w rozmowie.
Przy pożegnaniu siostra Mietka zaprosiła ją by do nich przyjechała, gdy Mietek wyjdzie ze
szpitala.
W drodze do domu Iza bardzo długo zastanawiała się, co też  Mietek mógł o niej opowiadać.
W domu  czekał na Izę  list od ojca. Ojciec niepokoił się jej zdrowiem, bo już dawno nie
miał od niej wiadomości, przypominał, aby  zrobiła prawo jazdy, prosił by przestrzegała
wszystkich zaleceń lekarskich i napisała do niego jeśli będą potrzebne jakieś leki lub
cokolwiek innego.
c.d.n.

czwartek, 30 stycznia 2014

Pod prąd - cz.XII

Noc po operacji była dość ciężka, bo Iza miała krwotok z nosa i dopiero zastrzyk
z  Wit.K pomógł opanować sytuację.
Ale rano już mogła wstać i o własnych siłach iść na opatrunek - zdjęto z cięcia
klamry, założono plasterki ściągające lekko brzegi rany, zmieniono opatrunek
osłaniający dren.
Lekarz na sali opatrunkowej tłumaczył Izie, że nie musi podtrzymywać sobie
głowy, a jej wrażenie, że zaraz się jej głowa urwie do tyłu jest tylko złudzeniem.
A ból karku jest od kantu stołu operacyjnego i minie po kilku dniach.
W kilka dni po operacji Iza straciła głos - dopóki w okolicach strun głosowych
była opuchlizna Iza mogła mówić - gdy opuchlizna zeszła- zaniemówiła.
W trakcie operacji został uszkodzony nerw lewej struny głosowej - zaczęła się
walka o to, by Iza odzyskała głos. Codziennie spędzała przynajmniej godzinę na
ćwiczeniach foniatrycznych, poza tym miała zleconą  galwanizację.
Mietek śmiał się, że jest ona w tym stanie najbardziej poszukiwaną kandydatką
na żonę - wiadomo, mężczyzni zawsze narzekają, że żony za dużo mówią.
Ale cały czas dzielnie ją pocieszał, starał się rozśmieszać, pilnował by zgodnie
z zaleceniem foniatry nie mówiła szeptem a odpowiadała "pełnym głosem".
W dwa tygodnie po operacji  Iza została wypisana do domu, z tym, że miała
codziennie przyjeżdżać do przychodni foniatrycznej.
Mietek natomiast zaczął "rodzić" szwy wewnętrzne, które były nierozpuszczalne.
Kawałek rany  pooperacyjnej był wciąż niezarośnięty i ciągle wychodziły z niego
kawałki nitek. I też musiał jeszcze pokazywać się w szpitalu, bo ciągle mu
w tej ranie grzebali.
W dniu, w którym Iza wychodziła ze szpitala, kartę wypisową wręczył jej sam
docent W. - cieszył się, że Iza tak szybko wraca do zdrowia, tłumaczył, że
niestety nie był w stanie oszczędzić tego nerwu struny głosowej bo płat tarczycy
bardzo  ściśle i dokładnie oplatał struny głosowe i udało mu się nie uszkodzić
samej struny, więc  z czasem Iza w pełni odzyska głos.
Tłumaczył też, że musiał niestety mocno poszerzyć cięcie, więc blizna jest długa,
 za to w takim miejscu, że bez trudu  może być ukryta pod naszyjnikiem-
"po prostu mąż kupi pani naturalne perły w prezencie  ślubnym".
To ostatnie zdanie szalenie  Izę rozbawiło.  I jako dobry dowcip opowiedziała to
Mietkowi. Wymieniła z nim numery telefonów i obiecali sobie, że nadal
będą tę znajomość podtrzymywać.
I rzeczywiście - spotykali się po kilka razy w tygodniu-  ilekroć Mietek jechał do
szpitala wstępował po Izę, potem ją odwoził do  domu.
Fizycznie Iza czuła się dobrze, niestety psychicznie nie za bardzo. Zauważyła, że
wszystko mało ją obchodzi. Nie miała ochoty na nic - ani na kino, ani na czytanie,
na spotkania z ludzmi też nie.
Widywała się tylko z Mietkiem i była to zawsze jego inicjatywa. Zabierał ją
często poza miasto, spacerowali po lesie a tam zmuszał ją do....krzyku, tłumacząc,
że to konieczne by w pełni odzyskała głos.
Na którymś z takich spacerów Iza  zapytała go: Mietek, czy  ty mnie podrywasz?
Mietek spojrzał się na nią bardzo poważnie i powiedział:  " w jakimś sensie tak,
ale głównie to chcę cię oswoić, przyzwyczaić do siebie, żebyś nie uciekła gdy ci
wszystko kiedyś o sobie opowiem".
Pewnego słonecznego dnia, gdy Mietek podjechał pod dom Izy , z domku wybiegła
babcia Zuza- zaprosiła Mietka do nich na  "coś słodkiego" i kawę lub herbatę.
Iza patrzyła na babcię mocno zdziwiona i pomyślała, że babcia zapewne od samego
jej wyjścia z domu  stała przy oknie wypatrując nadjeżdżającego samochodu.
Mietek był wyraznie ucieszony, przedstawił się,cmoknął babcię wytwornie w  rękę,
potem poszedł za paniami do domu.
W jadalni czekała na nich świeżo upieczona szarlotka - Izie aż oczy wyszły z orbit
ze zdziwienia.
Babcia zaczęła wypytywać Mietka o jego zdrowie, narzekała, że przez epidemię grypy
nie wpuszczano do szpitala odwiedzających, przepytała Mietka odnośnie jego daty
urodzin, opowiedziała mu o jego znaku zodiaku, pytała o jego pracę , ulubione książki
i muzykę.
c.d.n.

wtorek, 28 stycznia 2014

Pod prąd -cz. XI

Po dziesięciu dniach pobytu w szpitalu, po porannym obchodzie lekarskim przyszedł
do Izy prowadzący ją lekarz. Przeprosił, że znów ją musi osłuchać i "obmacać", ale
następnego dnia  już będzie operacja. On miał Izę operować, pokazał w którym
miejscu zrobi nacięcie, poprosił by od godz.14,00 już nic nie jadła i zapowiedział, że
nieco pózniej przyjdzie do niej anestezjolog by zrobić z nią szczegółowy wywiad.
W dwie godziny pózniej przyszedł rzeczony lekarz - na jego widok wszystkie trzy
panie, bez względu na wiek aż westchnęły: w drzwiach stanęło 195 cm wzrostu ,
szczupłe, ale niechude, o pięknych, regularnych rysach, czarnych włosach, brązowych,
oczach, lekko smagłej cerze i pięknie wykrojonych ustach.
Podszedł do Izy, przysiadł przy jej łóżku i zaczął  przeprowadzać wywiad. Na koniec
zapewnił Izę, że dołoży starań, by wszystko przebiegło sprawnie i bezboleśnie.
Po jego wyjściu panie zgodnie orzekły, że powinien grać role  amanta w Hollywood
a nie sterczeć na sali operacyjnej. Wieczorem Izie podano tabletkę "uspakajacza" i
spała spokojnie do rana.
Następnego dnia o 8,20 pomaszerowała w towarzystwie pielęgniarki na blok
operacyjny.
Na operacyjnej zajęły się nią pielęgniarki. Ale nie darmo Iza zawsze szła pod prąd-
dwie z pielęgniarek bezskutecznie usiłowały się wkłuć w jej najgrubszą  żyłę z boku
nadgarstka, a potem na dłoni - po trzech próbach poddały się i wezwały lekarza
anestezjologa.
"Ślicznota" ( jak go Iza nazwała w myśli) rzucił tylko okiem na rękę Izy, zażądał
cienkiej   igły,obrugał panienki, że przecież na kilometr widać, że pacjentka ma
cieniutkie  a do tego cienkościenne żyły, więc "igła jak dla konia" tu nie pasuje.
Potem życzył Izie  miłych snów i wstrzyknął lek usypiający. O tym, co było potem Iza
dowiedziała się dużo pózniej, tuż przed wyjściem ze szpitala.
Rzeczywiście, usunięcie jednego płata tarczycy było dość rutynowym zabiegiem.
Oczywiście, nawet najprostsza operacja może się nie udać, lub udać, a pacjent zejść.
Po odsłonięciu przeznaczonego do usunięcia płata tarczycy okazało się, że  rozrósł się
on bardzo głęboko w głąb klatki piersiowej. Poza tym oplatał struny głosowe. Zapanowała
konsternacja - przerwano operację, zawiadomiono o tym przypadku docenta W.,
ordynatora chirurgii.
Okazało się, że pierwsze niedopatrzenie było ze strony technika robiącego scyntygraficzną
mapę  tarczycy- zrobił tylko badanie odcinka szyjnego, nie sprawdzając czy płat nie rozrósł
się w dół. Drugie niedopatrzenie- nie wykonano Izie dzień przed operacją badania rtg
z kontrastem.
W przypadku tarczycy zamostkowej ( a tu był taki przypadek) zwykle rozcinano mostek i
dopiero wtedy usuwano przerośnięty płat.
Ale taki przecięty mostek to  lekkie kalectwo do końca życia a Iza miała zaledwie 25 lat.
Kości mostka nigdy się nie zrosną, muszą być zespolone metalowymi klamrami i tylko te
klamry i cienka warstwa kostniny go utrzymują w całości. Wtedy do końca życia są różne
ograniczenia fizyczne.
Docent W. postanowił, że sam poprowadzi dalej operację i usunie ten nieszczęsny płat bez
rozcinania mostka. Tarczyca jest bardzo mocno ukrwionym narządem i zawsze jest to
bardzo krwawa operacja, a pole operacyjne zle widoczne mimo stałego osuszania.
W pewnej chwili Iza dostała krwotoku i to tak obfitego, że musiano szybko podłączyć krew.
Przez długą chwilę obawiano się, że Iza podczas operacji umrze. Na szczęście opanowano
krwotok, w sumie podano dziewczynie 1,5 litra krwi  i niebezpieczeństwo zażegnano.
Zaczęto ją wybudzać jeszcze podczas zakładania klamer na skórze.
Iza czuła  ból i słyszała czyjś głos, namawiający ją by otworzyła oczy. Otworzyła  z trudem
oczy - nad jej dekoltem pochylała się jakaś młodziutka lekarka, z jednej strony stał pan
docent W. zwracając uwagę lekarce, by nie gniotła skóry klamrami, a za głową Izy stał
"Ślicznota" i stukał ją palcami w czoło. Gdy ich oczy się spotkały, zapytał : " jak się pani
czuje?"
Jestem strasznie zmęczona, wyszeptała Iza. "My też", odpowiedział jej chórek stojących
nad nią lekarzy.
Po zaklejeniu rany Izę zawieziono do jej pokoju.Jadąc korytarzem Iza spojrzała na zegar-
była godzina 12,45.
W pokoju poproszono jej współtowarzyszki, by z nią rozmawiały, by nie pozwolić jej spać.
Gdy tylko ułożono ją na łóżku wpadł z odwiedzinami Mietek - zapewnił pielęgniarki, że
dopilnuje by Iza przypadkiem nie zasnęła.
Siedział przez resztę dnia przy jej łóżku i co jakiś czas delikatnie klepał po ramieniu ilekroć
Iza zamykała oczy. Było to duże poświęcenie, bo nadal siedzenie sprawiało mu ból.
Na noc Iza miała wykupioną opiekę pielęgniarki, bo jak zwykle obawiano się przełomu
tarczycowego.
c.d.n.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Pod prąd - cz . X

Tak jak Iza podejrzewała, jej  awans w pracy był ciągle jeszcze melodią przyszłości.
Pewnego dnia kierowniczka kadr poprosiła ją do siebie i zaproponowała, by Iza
przyjęła skierowanie na kurs na rzeczników patentowych, który miał się rozpocząć
mniej więcej za pół roku.
Izie się ten projekt spodobał,  miała tylko jedno  zastrzeżenie - nie była inżynierem,
a większość projektów dotyczyła wszak spraw technicznych, ale kadrowa poprosiła
do siebie  obecnego rzecznika patentowego, który wytłumaczył jej na czym ta praca
polega.
Badania Izy pomału dobiegały  końca- została przebadana przez lekarzy zupełnie
różnych specjalności, porobiono mnóstwo analiz, zrobiono kilka prześwietleń  i nie
pozostawało Izie nic innego jak zebrać wszystko w jedną teczkę i zanieść do  swego
doktora. Gdyby to było dzisiaj, to wystarczyłyby ze trzy analizy krwi i jedno badanie
USG i byłoby wiadomo co Izie dolega. Ale wtedy badań ultrasonograficznych
jeszcze w Polsce nie znano.
Doktor S. ucieszył się, że Iza już ma komplet badań, powiedział jej  wreszcie co
podejrzewa i dał skierowanie .....do szpitala. Uprzedził ją, że jeśli on ma rację, to Izę
czeka operacja, ale o tym to już zadecydują lekarze w przychodni przyszpitalnej.
Wytłumaczył Izie dokładnie jak taka operacja przebiega, zapewnił, że  wykonywana
jest wręcz rutynowo i nie ma się Iza czego bać.
W przychodni przyszpitalnej Izie wykonano jeszcze jedno badanie, które przesądziło
o konieczności operacji. Iza, która była entuzjastką działania  chirurgicznego od chwili
gdy jej wycięto bolący wściekle wyrostek robaczkowy, wcale się tym wszystkim nie
przejęła.
Ale  babcia Zuza i mama były bardzo zaniepokojone. Babcia szybciutko podreptała do
doktora S.by wypytać dokładnie czy operacja konieczna, jakie są zagrożenia i rokowania.
Matka Izy czym prędzej odświeżyła swe kontakty z dawno nie widzianą kuzynką, której
córka była pielęgniarką w jednym z lepszych stołecznych szpitali. I tak po znajomości
Iza w ciągu tygodnia została przyjęta do szpitala na oddział chirurgii miękkiej.
W swej wielkiej naiwności  Iza sądziła, że skoro przyszła w poniedziałek rano z kompletem
badań, to operację zrobią najpózniej w czwartek, potem pewnie z tydzień poleży, więc cała
impreza zajmie jej góra dwa tygodnie.
Rzeczywistość jednak była zupełnie inna - przyszedł pacjent, więc trzeba go wpierw przebadać.
Co z tego, że ma badania ?- one  nie były wykonane w warunkach szpitalnych, więc jest
tak, jakby ich wcale nie było.
Żeby było śmieszniej Izę położono w pokoju na oddziale męskim - bo były to czasy
dokładnego płciowego podziału oddziałów. Ale oddział kobiecy był tak zawalony
pacjentkami,  że już nie było ani jednej salki wolnej.
Tego samego dnia ulokowano tu jeszcze jedną pacjentkę, po tygodniu następną.
Pacjenci płci męskiej byli zachwyceni - nie dość, że ulokowano tu kobiety, to na dodatek
jedna z nich była b. młoda i ładna - jak poinformował pacjentów jeden z młodych lekarzy.
Organizując chirurgię projektant  pomyślał o czymś, co nosiło nazwę świetlicy - chodzący
pacjenci tu jadali obiady, mogli poczytać prasę lub pograć w jakieś gry towarzyskie.
Pomysł był dobry, bo każdy po operacji starał się jak najprędzej wrócić do "świetlicy",
gdzie kwitło życie towarzyskie.
Była pózna jesień, okien nie otwierano, więc panie miały otwarte drzwi swej sali  co
bardzo zmobilizowało niektórych panów. Snuli się w tę i z powrotem po korytarzu, za
każdym razem posyłając uśmiechy. Co śmielsi  zatrzymywali się w drzwiach i zagadywali.
Jeden bardzo leciwy pan, który sam siebie nazywał starym, poinformował Izę, że on też
czeka na operację,taką jaką będzie miała Iza. Poza tym wyjaśnił jej, że przez cały  tydzień
przed operacją będzie dostawała rano lek, który ma zapobiec ewentualnym powikłaniom
pooperacyjnym.
Przy pierwszym obiedzie do stolika Izy dosiadł się jeden z pacjentów, który wpierw się
przedstawił, potem zapytał, czy może jej w tym szpitalnym obiedzie towarzyszyć i
z trudem, krzywiąc się z bólu, usiadł.
Nie da się ukryć, że zrobił na Izie dobre wrażenie - starannie ogolony i uczesany, w ładnym
szlafroku i porządnych klapkach, ciemne oczy, ciemne włosy , z całą pewnością po 30-ce.
Całkiem niezły - pomyślała przy czwartej łyżce zupy pomidorowej.
Okazało sie, że p.Mietek, bo tak miał "przystojniak" na imię, wstał pierwszy raz po dwóch
tygodniach leżenia plackiem po przebytej operacji przepukliny. Bo kiedyś była zupełnie
inna technika tej operacji i pacjenci musieli dwa tygodnie odleżeć. Dziś, jeśli nie ma
żadnych  powikłań pacjent idzie na drugi dzień po operacji do domu.
Nie bardzo wiadomo jak to się dzieje, ale po 2 dniach Iza już dokładnie wiedziała na co
kto choruje, kto czeka na operację a kto jest po i w jakim stanie, poza tym jedna z jej
współlokatorek szczegółowo zdała jej relację ze wszystkich swych chorób, pobytów
w szpitalach oraz .......opowiedziała o przepuklinie swego męża. Sposób opowieści tak
Izę zniesmaczył, że starała się jak najczęściej przebywać poza swym pokojem, siedząc
na świetlicy. Często towarzyszył jej p. Mietek - albo siedzieli i rozmawiali, albo spacerowali
po korytarzu.
c.d.n.



sobota, 25 stycznia 2014

Pod prąd - cz.IX

Po wtorkowych nerwach, korzystając z urlopu, Iza pospała dłużej.Obudziła się co prawda
tak jak zawsze, zerknęła na zegarek, przekręciła się na drugi bok i ponownie zasnęła.
Obudziła się dobrze po dziesiątej. Leżała chwilę w łóżku przeciągając się niczym kot,
wreszcie niespiesznie wstała.
Oj, jak dobrze, że nie muszę dziś iść do pracy - pomyślała. Stojąc pod prysznicem zaczęła
się zastanawiać co powinna dziś zrobić. Najchętniej pojechałaby dziś do miasta, tak dawno
nie chodziła po sklepach. No i włosy trzeba by podciąć, fryzura  już zupełnie straciła swą
linię.
W domu panowała cisza, babci Zuzy nie było w domu. Ciekawe gdzie to się moja babulka
wybrała - pomyślała z czułością. W lodówce leżały na talerzu przygotowane dla Izy kanapki.
Ponieważ była sama, zaczęła przy śniadaniu czytać. W ogóle lubiła czytać w czasie posiłku,
ale mogła to robić tylko wtedy, gdy była sama w domu.
Zarówno jej matka jak i babcia nie pozwalały na to - wg nich jedzenie wymagało skupienia,
a czytanie sprawiało, że czynność ta stawała się czymś mimowolnym, co nie sprzyjało jego
przyswajaniu.
Iza zjadła  śniadanie i właśnie zdążyła zaparzyć sobie kawę, gdy do domu wróciła babcia.
Okazało się, że starsza pani była u swego rejonowego lekarza bo kończyły się jej leki.
Oczywiście nie odmówiła sobie przyjemności pochwalenia się Izą, tym że właśnie obroniła
pracę, a przy okazji opowiedziała o tym, że Iza bardzo zmizerniała, zrobiła się bardzo
nerwowa, że czasami wybuchała płaczem. Doktor S. cierpliwie wszystkiego słuchał, a
potem poprosił swą pacjentkę, by koniecznie zapisała do niego wnuczkę - "bo trzeba się
temu wszystkiemu z bliska przyjrzeć, jako że przyczyn może być wiele".
Wyszedł nawet z babcią Zuzą z gabinetu i w rejestracji polecił, by zapisano do niego  nową
pacjentkę możliwie szybko.
Doktor S. doskonale  znał swych pacjentów z rejonu, był tu już bardzo długo.Troszczył się
o swoich pacjentów, gdy któryś ze starszych pacjentów poważniej chorował i musiał leżeć,
doktor S.poświęcał swój prywatny czas i odwiedzał go  po pracy, sprawdzając jak się
pacjent  czuje.
A pacjenci doceniali to i bardzo doktora S. lubili i szanowali. Był lekarzem z powołania,
dobrze wiedział, że człowiek to nie tylko ciało, to także dusza i stan ducha  zawsze ma duży
wpływ na kondycję człowieka. Wysłuchiwał, niczym spowiednik, różnych tajemnic, zawsze
umiał pocieszyć, często łzy ocierał zagubionym we współczesności staruszkom.
Panie w rejestracji zapisały Izę na następny dzień, na popołudnie.
Iza tłumaczyła babci, że z pewnością jej dolegliwości miną gdy tylko nieco odpocznie i pan
doktor S. zapewne zapisze jej tylko jakieś witaminy, bo jest  całkiem zdrowa.
Iza ucałowała babcię, zapytała się czy coś powinna dla  babci kupić w mieście, bo wybiera
się do swojej fryzjerki. A wróci dopiero po południu, bo chce jeszcze zaglądnąć do kilku
sklepów i do księgarni.
Doktor S.spodobał się Izie , choć niesamowicie dokładnie wypytywał się o wszystkie
przebyte dotąd choroby, o to co je i  w jakiej ilości, potem Izę dokładnie osłuchał, zwrócił
uwagę na jej pogrubiałą w jednym miejscu szyję i zapytał, od kiedy tak jest. Iza stwierdziła,
że od bardzo dawna, pamięta, że jeszcze w podstawówce jakaś lekarka szkolna zwróciła na
tę szyję uwagę, ale na tym się skończyło. A ona uznała, że taka jej uroda i nie interesowała
się tym. Doktor S. dał Izie mnóstwo skierowań na różne  badania kontrolne i poprosił by
przyszła do niego z wynikami. Na wszystkich skierowaniach czerwonym długopisem było
napisane CITO!
W poniedziałek Iza poszła do pracy - oczywiście przyniosła ze sobą kawę i ciastka.
Uczciła wraz  z koleżankami swój sukces. Oczywiście szef też  wziął udział w tej fecie.
Szef już planował dla niej jakiś nowy temat, związany jednak z tematem pracy dyplomowej,
ale dokładnie miał z nią wszystko omówić dopiero po wizycie w zjednoczeniu.
Póki co to stanowisko i pensja pozostać miały bez zmian.
Koleżanki roztaczały przed nią niemal bajeczne perspektywy, ale Iza wiedziała swoje -
w tej instytucji ona nie zrobi kariery. Nie ona  pierwsza podniosła tu swe kwalifikacje, jej
poprzednicy, którzy po zdobyciu dyplomu tu  pozostali nie mogli się długo doczekać awansu.
Ale nie podzieliła się z koleżankami swymi przemyśleniami.
Postanowiła szukać gdzie indziej pracy, a gdy znajdzie coś , co jej będzie odpowiadało,
to po prostu złoży wypowiedzenie.

c.d.n.








piątek, 24 stycznia 2014

Życie pod prąd - cz.VIII

Zbliżał się termin obrony pracy. Iza  miała wrażenie, że gdyby to wszystko miało
trwać jeszcze dwa miesiące dłużej, to najzwyczajniej w świecie nie doczekałaby tego.
Była wciąż zdenerwowana, zmęczona, nawet niewielkie przeciwności doprowadzały
Izę do łez. Koleżanki w pracy szeptały między sobą, że Iza pewnie się zakochała.
Ich zdaniem każda młoda  kobieta musiała mieć  jakiegoś absztyfikanta, no chyba,
że była osobą aseksualną lub wybierała się do klasztoru.
Babcia Zuza z  przerażeniem spoglądała na wnuczkę - Iza ostatnio bardzo
zmizerniała, choć nie można było powiedzieć, że się zle lub niewystarczająco
odżywia.
Skrupulatnie pilnowała, by Iza zawsze jadła rano śniadanie, szykowała dla niej kanapki
do pracy, dbała by Iza jadła owoce i  surówki.
Wreszcie nadszedł ten oczekiwany dzień - Iza  pojechała na uczelnię w stroju niemal
galowym. Ubrała kostium w grafitowym kolorze, pod żakiet włożyła jedwabną bluzkę
w jasno perłowym kolorze. Całość wyglądała niezwykle nobliwie.
Była bardzo zdenerwowana, spodziewała się gradu pytań, a najbardziej takich, które
byłyby sprawdzianem wiedzy z pierwszego lub drugiego roku studiów.
Weszła do sali, w której urzędowała "wysoka  Komisja" i ze zdziwieniem ujrzała zaledwie
cztery osoby - wśród nich znajdował się oczywiście też jej promotor.
Jeden z profesorów wziął do ręki jej pracę, powoli przerzucił kilka kartek i powiedział:
"Ta praca mogłaby być z powodzeniem pracą doktorską. Nie tylko jest bardzo, bardzo
obszerna ale też bardzo szczegółowo omawia temat. Mamy nadzieję, że będzie pani
kontynuować ten temat. Gratuluję, praca jest świetna"
I nie było  żadnych więcej pytań, pozostali panowie tylko usmiechali się życzliwie, a
potem każdy uścisnął jej rękę.
I to koniec? zapytała oszołomiona Iza. Panowie roześmieli się zgodnie, a potem
jej promotor powiedział - "to dopiero początek, dopilnuję, by pani dalej nad tym tematem
pracowała".
Iza podziękowała, przywołała na twarz uśmiech i na miękkich nogach wyszła z sali.
Miała wielce mieszane uczucia - z jednej strony radość, że wreszcie ma studia za sobą,
z drugiej  czuła jakiś niedosyt - nastawiła się na obronę tego co napisała, spodziewała się
podchwytliwych pytań, a tu nic- zero pytań na temat pracy,  zero sprawdzenia jej
wiadomości zdobytych na studiach.
Powędrowała jeszcze do dziekanatu by się dowiedzieć kiedy będzie mogła odebrać
dyplom, potem odszukała aparat telefoniczny, poczekała spokojnie w kolejce i zadzwoniła
do matki informując ją, że już po wszystkim. Prosiła też, by powiadomiła o tym również
babcię, bo ona już nie ma drobnych na  automat.
Niespiesznie wyszła z budynku i usiadła na jednej z ławek, które były na dziedzińcu. Była
bardzo zmęczona, zupełnie jakby przed chwilą dzwigała jakieś niesamowite ciężary.
Był początek  września, słońce grzało obłędnie, drzewa zmieniały pomału kolor liści.
Niebo było idealnie błękitne. Był dopiero wtorek, a Iza miała do końca tygodnia urlop.
Porozglądała się jeszcze po dziedzińcu rozkoszując się świadomością, że nie musi się
nigdzie spieszyć. Wreszcie wstała  z ławki i ruszyła w stronę przystanku autobusowego.
Postanowiła zahaczyć po drodze o cukiernię i kupić w niej coś słodkiego, by wieczorem
razem z  babcią i mamą uczcić to radosne wydarzenie. Wstąpiła do cukierni Bliklego,
kupiła nieduży tort czekoladowo-kawowy  i bojąc się o jego całość, zafundowała sobie
do domu taksówkę. Szybko rozgrzeszyła się z tego wydatku, wszak nie codziennie
broni się pracy dyplomowej.
Babci Zuzy nie było w domu. Iza wstawiła tort do lodówki, przebrała się i ruszyła na
poszukiwanie babci. Sądziła, że babcia powędrowała do pobliskiego warzywniaka lub
sklepu spożywczego, więc ruszyła w ich stronę .
Znalazła babcię w warzywniaku , w którym starsza pani marudziła wybierając paprykę.
Jedna była za mała, inna już nieco zwiędnięta i babcia Zuza była bardzo niezadowolona.
Ale na widok Izy rozpromieniona babcia przestała narzekać, pochwaliła się pani Ulce
sukcesem swej wnuczki i prędko zakończyła zakupy.
Po drodze do domu uzupełniły jeszcze  zapasy cukru, bo babcia miała w planie zrobienie
soku z czarnego bzu.
W domu babcia niemal skakała z radości, że Iza wreszcie skończyła studia. Moja dzielna
koteczka- mówiła co chwilę podchodząc do Izy i tuląc ją do siebie.
Iza pomagała babci w szykowaniu obiadu- tym razem zrobiły "byle co", jak nazywała tę
potrawę babcia. Pokroiły w kostkę surowe kartofle, wrzuciły je na olej, potem dodały
pokrojony w kostkę wędzony boczek, a gdy kartofle się przyrumieniły, nakryły patelnię
pokrywką, by kartofle  zmiękły. W tym czasie Iza zrobiła sałatkę z papryki, kwaszonego
ogórka i cebulki. Gdy kartofle  były już gotowe, zawartość patelni została zalana trzema
rozbełtanymi jajkami. Po pięciu minutach patelnia wraz z zawartością powędrowała do
piekarnika na 15 minut. I "byle co" było gotowe do jedzenia.
Póznym popołudniem, prosto z pracy przyjechała  matka Izy. Dostała odłożoną dla niej
część "byle czego", a potem na stół wjechał tort od Bliklego. Nie dość, że świetnie się
prezentował to był też obłędnie smaczny.
c.d.n.

środa, 22 stycznia 2014

Życie pod prąd -cz.VII

W sobotę póznym popołudniem Iza pod dyktando babci Zuzy zrobiła po raz
pierwszy szarlotkę. Była zdumiona, że wszystko jej się udało tak jak powinno.
Następnie, również pod okiem babci, zamarynowała w specjalnej zalewie zrazy.
Na niedzielny obiad zaplanowały zrazy zawijane, marynowane w zalewie
musztardowej, a do nich kaszę gryczaną i sałatę z koperkiem i szczypiorkiem.
Po tych przygotowaniach kulinarnych Iza zniknęła w swoim gabinecie  i zajęła
się pisaniem pracy dyplomowej.
W niedzielę około południa przyjechała matka Izy z.....Alkiem. Iza była bardzo
zdziwiona, skąd on się wziął. Sprawa była prosta - zatelefonował do matki Izy
z pytaniem, czy może przynieść książki, które ma dla Izy, a ta zaproponowała
by razem z nią pojechał do niej. Korzyść była obustronna -matka wiozła dość
pełną torbę z rzeczami Izy więc zyskała tragarza, a Alek miał okazję by zobaczyć
Izę. Ot, taka transakcja wiązana.
Trochę zaskoczona tą wizytą Iza oprowadziła Alka po swym nowym domu.
Bardzo się chłopakowi podobał i domek i nowe lokum Izy.
Iza zrobiła dla wszystkich kawę  na tarasie, z dumą podała szarlotkę swojej
roboty. Babcia też była dumna, że jej uczennica jest taka pojętna.
Iza w porę przypomniała sobie, że czas zacząć przygotowania do obiadu i
zabrała Alka do kuchni- miał szybko przebrać kaszę gryczaną, ona tymczasem
szykowała zrazy do duszenia.
Wszystko się tu Alkowi podobało- kuchnia była utrzymana "w starym stylu" -
stały aż dwa kredensy- jeden z krytą nadstawką, a drugi miał w górnej części
odkryte półki, na których stały naczynia z Włocławka. Niżej stały różne pojemniki
fajansowe - na każdym był napis co znajduje się wewnątrz.
Wyżej stały ozdobne talerze , dzbanki , różnej wielkości miski.
Kuchenka  gazowa stała tuż obok  pieca, który miał boki z jasnych kafli. Była
tak mocno przysunięta do pieca, że w pierwszej chwili wydawało się, że tworzą
jedną całość.
Oczywiście uwagę Alka zwróciły skrzynki z truskawkami - pierwszy raz widział
pnące się po kratce truskawki.
Babcia chciała by zjedli obiad w jadalni, ale wszyscy zgodnie orzekli, że im do
szczęścia wystarczy kuchenny stół, przy którym bez trudu mogło usiąść i sześć
osób.
Po obiedzie Iza zabrała się za zmywanie a Alek wycierał naczynia. Poobiednią kawę
wypili  jednak w jadalni  - na tarasie było już nieco za chłodno.
Alek zaproponował Izie mały spacer, na co przystała chętnie - nie znała dokładnie
najbliższej okolicy, więc była okazja do jej poznania.
W czasie spaceru Alek zaczął się żalić,  że tak  rzadko się teraz widzą - Iza
popatrzyła na niego zimnym wzrokiem i powiedziała:  "twoja mama jest chyba
z tego zadowolona; nie odciągam cię od domu i matki. Wiesz Alek, nie mogę się
spotykać z tobą, skoro wiem, że twoja mama  mnie nie akceptuje. To bardzo niemiła
sytuacja, tym bardziej, że nie zaakceptowała mnie, choć wcale mnie nie zna".
Alek usiłował jeszcze usprawiedliwiać postawę matki, ale Iza zakończyła sprawę
jednym zdaniem: "widzisz, wiecznie byłbyś między młotem a kowadłem, a to
bardzo niedobre miejsce, w którym zarówno boli uderzenie młota jak i odbicie się
od kowadła".
Trochę się na tym spacerze zgubili zajęci rozmową - uliczki były nieduże a domki
niepokojąco do siebie podobne.
Gdy wrócili do domu, matka Izy zbierała się już do domu. Alek oczywiście też wracał,
tym razem niosąc już  pustą torbę.

W swoim pokoju, na biurku, Iza znalazła w zaklejonej kopercie list od ojca.Miał
zwyczaj pakować po dwa, trzy listy w jedną kopertę.
Ojciec był bardzo wdzięczny Izie, że zdecydowała się zamieszkać razem z babcią -
zapewniał, że w razie potrzeby będzie finansował kogoś, kto będzie pomagał Izie
w opiece nad babcią, gdy zajdzie taka konieczność. Bo przecież z czasem babcia nie
będzie mogła być cały dzień w domu sama, a Iza  będzie w pracy.
Pisał też, że sprawy rozwodowe idą pomału do przodu, że ma nadzieję przyjechać
w następnym roku na miesiąc do Polski.
Prosił, by córka pomyślała również o zrobieniu prawa jazdy, gdy już się upora
z pracą dyplomową.
Iza zamyśliła się nad listem - rzeczywiście może nadejść taka chwila, że babcia już
nie będzie tak sprawna jak teraz. Miała 76 lat i sporo chorób związanych z wiekiem.
Na szczęście była jeszcze bardzo sprawna umysłowo, jedyne co zapominała to
łykanie lekarstw ,tych które brała co drugi dzień.
A po co ja mam zrobić prawo jazdy?-zastanawiała się. Przecież nie mam samochodu
i pewnie długo nie będę miała. Tata to pewnie zapomniał jak tu jest. Zresztą i tak
nie mam czasu.
Izuniu, zrobić  ci herbaty? - dobiegł ją głos babci. Iza wstała, wzięła list i wyszła
z nim do babci.
c.d.n.

wtorek, 21 stycznia 2014

Pod prąd - cz.VI

Babcia Zuza była rzeczywiście "niesamowita"- wstawała codziennie o 5,30 rano.Nic w tym dziwnego, skoro o godz.22,30 zasypiała, a przynajmniej gasiła światło.
Twierdziła, że nawet gdy nie ma jeszcze ochoty spać, to nie czyta, tylko leży spokojnie
w ciemnym pokoju, stara się  "wygładzić poskręcane myśli" i w końcu zasypia.
Jeżeli myśli były bardzo natrętne i babcia długo nie mogła zasnąć, następnego dnia
zawsze starała się nieco w ciągu dnia zdrzemnąć.
W małym babcinym ogródku rosły już tylko krzewy owocowe i jedna stara grusza.
Z żalem rozstała się babcia Zuza za swoim warzywnikiem , truskawkami i poziomkami.
Ich miejsce  zajął nowy trawnik. Pan Józik, który wiedział jak bardzo kochała swe
truskawki, zakupił dla niej w prezencie kilka krzaczków pnących truskawek , które
owocowały w najmniej spodziewanym czasie - czasem w pazdzierniku.Miały swe miejsce
w kuchni na stoliku blisko okna i pięły się po kratce na którą świeciło słońce. Nie były
takie smaczne jak te ogrodowe, były za to niezmiernie dekoracyjne.
Poza tym Babcia  Zuza codziennie stawiała kilka pasjansów, każdy w innej intencji.
Interesowała się astrologią,  sporządzała horoskopy dla członków rodziny na dany rok,
wszystko dokładnie  zapisując. Na koniec każdego roku wyciągała te zapiski i porównywała
"prognozy" z tym co się rzeczywiście wydarzyło.
Bardzo dużo czytała - często wracała do książek, które czytała przed wielu laty. Twierdziła,
że z wiekiem każdemu  zmienia się punkt widzenia, a poza tym , gdy się  z grubsza zna
treść książki, nie goni się za fabułą a większą uwagę zwraca się na to co jest między
wierszami  ukryte, na styl, język.
Konfitury babci Zuzy nie miały sobie równych - smażenie konfitur to był cały rytuał. Każdy
jeden owoc był dokładnie obejrzany - musiał być zdrowy, nieuszkodzony i odpowiednio
dojrzały. Wszelkie gałązki lub  resztki kwiatu nie były urywane ale delikatnie odcinane
małymi, bardzo ostrymi nożyczkami. Owoce w  babcinych konfiturach wyglądały naprawdę
cudownie - nie były pomarszczone lub zlepione, każdy był wypełniony słodkim sokiem, był
gładki, zachowywał swój naturalny kolor. Wiele sąsiadek zapisywało uważnie babcine
przepisy, ale większośc z nich załamywała się, gdy przepis nakazywał każdy jeden owoc
nakłuć ileś razy ostrą drewnianą wykałaczką, nim zatonął w syropie.No i to smażenie - na
maleńkim ogniu, wiele, wiele razy. I to stanie nad garnkiem i zbieranie "szumowin".
Babcia wychodziła z założenia, że nie tam czysto, gdzie się  ciągle sprząta, ale tam gdzie
się mało brudzi.
Po mieszkaniu krążyła zawsze ze ściereczkami - jedną wilgotną, drugą suchą i na bieżąco
wszystko czyściła. Zawsze popołudniami włączała odtwarzacz CD i słuchała swych
ulubionych utworów. Czasem w domu rozbrzmiewał  Mozart a czasem....Moniuszko.
Koleżanki  Izy nie mogły się nadziwić, że zdecydowała się mieszkać z mocno starszą panią.
Iza tylko wzruszała ramionami. Nie mówiła  nic koleżankom, że teraz domek jest jej, a ona
czuje się zobowiązana  by w jakiś sposób odwdzięczyć się  babci za taki prezent.
Mieszkało jej się tam świetnie, babcia nie była  wścibska, nie krytykowała Izy, starała się
tylko o nią dyskretnie dbać - dzięki temu Iza nie wychodziła rano z domu bez śniadania,
ba, nawet zawsze miała naszykowaną niedużą kanapkę do pracy.
Od czasu przeprowadzki  kontakt Izy z Alkiem był tylko telefoniczny. Iza jakoś nie mogła
zapomnieć słów, które powiedziała jego matka i nie zaprosiła Alka, by zobaczył jak ona
teraz mieszka. Tłumaczyła mu, że jeszcze się do końca nie urządziła, że ma mało czasu, bo
więcej go teraz traci na dojazdy, a w niedzielę odrabia wszelkie zaległości - przecież musi
posprzątać, zrobić pranie i nieco odespać zarywane na pisanie noce. A w najbliższą
niedzielę miała przyjechać jej matka, bo właściwie od przeprowadzki to się nie widziały.
c.d.n.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Pod prąd - cz.V

Izę ostatnio prześladowała chęć przemeblowania swego życia.  W kółko tylko praca,
nauka, pisanie  pracy dyplomowej -pomału pogrążało ją to wszystko czarnej dziurze
potężnego zniechęcenia.  Poza tym miała bardzo niemiłe spotkanie z matką Alka ,
która na powitanie stwierdziła: "aaa, to ta co Cię odciąga od rodziny i nauki. Może
jeszcze  chce za  Ciebie wyjść za mąż???"
Izie aż mowę odebrało na takie dictum. Okręciła się na pięcie i szybko opuściła tak mało
gościnne progi. Zbiegając po schodach usłyszała jeszcze gderliwe słowa: "Tak, tak, leć za
nią, ważniejsza dziewucha od domu i matki".
Przy bramie dogonił ją  zdenerwowany i zawstydzony Alek- przepraszał ją  za zachowanie
swej matki. Okazało się, że Iza była pierwszą dziewczyną przyprowadzoną do domu i
określoną przez niego jako jego dziewczyna. Z powodu choroby ojca Alek nie zapraszał
do domu ani kolegów ani koleżanek. Żal jej było Alka, ale ten incydent mocno ją
dotknął.
W ramach przemeblowywania swego życia zmieniła  nieco swój wygląd. Przede wszystkim
zmieniła kolor włosów  - szarobury blond zmienił się w  głęboką czerń, a koński ogon
zniknął i zastąpiła go czarna, dość krótka fryzurka z grzywką.  Posiadanie grzywki było od
 dawna skrytym marzeniem Izy, ale jej mama uważała, że jest to fanaberia i czoło
powinno być odsłonięte.
Ta grzywka to był "strzał w dziesiątkę" - Izie naprawdę było b. ładnie w takim uczesaniu.
W ciągu godziny zyskała nowy, bardzo atrakcyjny wygląd. Nawet matka przyznała, że
kolor i grzywka korzystnie zmieniły wygląd Izy.
W pracy przyjęto tę zmianę entuzjastycznie, nasłuchała się wielu komplementów.
Alek orzekł, że i przedtem Iza mu się bardzo podobała, ale teraz jest "jakaś inna".
Następnym krokiem był pomysł na wyprowadzenie się z  domu - doszła do wniosku, że
jest dostatecznie dorosła by mieszkać  bez czujnego oka matki. Ale problem był ze
znalezieniem jakiegoś mieszkania - wynajęcie samodzielnego mieszkania pochłonęłoby
jej całą pensję!
Wtedy wymyśliła inne rozwiązanie - przecież była zameldowana w domku  babci. Uwolni
matkę od bywania 3 razy w tygodniu u babci i zamieszka tam na stałe. Babcia była jeszcze
wciąż dość sprawna, należało tylko dopilnowywać by brała lekarstwa. A babcia swą wnusię
bardzo kochała i zawsze jej na wszystko pozwalała.
Bez trudu namówiła babcię, by to ona poprosiła swą synową o to, by Iza zamieszkała
zgodnie ze swym zameldowaniem.
Babcia urzędowała głównie w swej wielkiej sypialni i w kuchni, która  była olbrzymia, bo
jej część miała wydzieloną jadalnię, która na co dzień była ukryta za przesuwaną ścianą.
Pozostałe 3 nieduże pokoje były niewykorzystane, stały  tam tylko meble.
Prośba babci nieco zdziwiła matkę Izy, ale obiecała, że porozmawia z Izą, i jeśli ona się
zgodzi to oczywiście nie ma sprawy - może Iza zamieszkać u  babci.
Iza oczywiście z miejsca nie podjęła decyzji, udawała nieco zaskoczoną taką prośbą. Po
kilku dniach "zgodziła się łaskawie"  na przeprowadzkę - na razie na próbę.
W krótkim czasie przewiozły wraz z matką część rzeczy Izy i jej wszystkie podręczniki
do domu babci.

Gdy Iza wprowadziła się do babci, tej jakby ubyło lat. Wyraznie poweselała, co jakiś czas podchodziła do Izy by ją pogłaskać po ramieniu lub włosach, mówiąc przy tym "moje
kociątko". Namówiła Izę, by swoją sypialenkę  zrobiła w pokoju, którego okno wychodziło
na wschód, bo łatwiej się  budzić, gdy słońce zagląda w okno. A  mały, przylegający
do tej sypialni pokój, który miał aż dwa okna, zaproponowała jako gabinet do pracy.
Stało tu nieduże biurko, przy nim fotel obrotowy, dwa regały, szafa  żaluzjowa oraz miękki,
wygodny fotel z podnóżkiem. Obok stała prosta lampa. Idealne miejsce do czytania.
Drugi taki sam fotel stał w babcinej sypialni. Tylko babci lampa była bardziej ozdobna.
Jedynym poważnym mankamentem mieszkania  były dojazdy do śródmieścia. Musiała
jezdzić przynajmniej dwoma autobusami, najczęściej bardzo zatłoczonymi.
Kilka dni po przeprowadzce, gdy Iza dotarła wreszcie do domu, babcia Zuza  bardzo
podniecona powitała wnuczkę.
 "Choć szybko, coś  ci pokażę, zobacz co zrobił pan Józik" - i pociągnęła Izę w stronę
jej sypialni. Szafa w sypialni była przestawiona na inną  ścianę, za to w jej miejscu były
drzwi do gabinetu Izy, a gabinetowa szafa żaluzjowa stała teraz w miejscu drzwi, które
wychodziły na korytarz.
"Teraz będziesz miała niemal apartament" -  z uśmiechem trajkotała babcia.
"Byłam pewna, ,że te dwa pokoje miały kiedyś połączenie, ale nie pamiętałam w którym
miejscu. Zawołałam pana Józika i on sprawdził, za którą szafą są drzwi. W nagrodę za
przestawienie szaf dostał słoik konfitury z wiśni i mały sok malinowy. Ale jeśli  ci się
takie ustawienie nie podoba, to  jutro znów go poproszę i zmieni na poprzedni układ".
Ale Izie podobał się nowy układ. Teraz wejście do jej sypialni było przez gabinecik.
Objęła babcię, przytuliła i wyszeptała: babciu, ty jesteś niesamowita!

Bo babcia Zuza była naprawdę niesamowita, o czym  Iza dotąd nie wiedziała. Zbyt rzadko
przebywała ze swą babcią.
c.d.n.





niedziela, 19 stycznia 2014

Pod prąd - cz.IV

Alek spokojnie wysłuchał  "sensacji rodzinnych" Izy i na pytanie  "i co ty na to?"
odpowiedział, że sprawa przykra, no ale on niewiele na ten temat może powiedzieć.
Sam miał dość trudną sytuację rodzinną, bo jego ojciec był nieuleczalnie chory, a
do tego  choroba postępowała coraz szybciej i właściwie z miesiąca na miesiąc było
gorzej.
Matka Alka nie pracowała, ojciec miał niską rentę inwalidzką, Alek, jak większość
młodych ludzi zarabiał niewiele, ale musiał dokładać się do domowego budżetu.
Iza podziękowała sobie w duchu, że wprowadziła zasadę każdy płaci sam za siebie.
Postanowiła powiedzieć o wszystkim matce i poprosić by mogli dość często
siedzieć wieczorami w domu zamiast  szwendać się po klubach. Jakby na to nie
patrzeć kawa w domu i jakaś drobna przekąska były znacznie tańsze od tych w
kawiarni.
Iza postanowiła napisać do ojca list i wyrazić w nim swe rozczarowanie tym
wszystkim, czego się dowiedziała z listu ojca do matki.
To wcale nie było łatwe - nie chciała ojca urazić, mimo wszystko go kochała i za nim
tęskniła.
Pisała, kreśliła, darła na strzępy. W efekcie końcowym list miał zaledwie kilka zdań:
"Tatusiu, wiem o wszystkim, ale nie mam pojęcia co zrobić by wszystko było tak
jak wtedy gdy  byłam mała. Kocham Cię i tęsknię za Tobą. I rozumiem, że było Ci
ciężko bez  mamy. Nie rozumiem tylko jak obca osoba mogła Ci ją zastąpić.
Zapewne się rozejdziecie,  a ja nic na to nie mogę poradzić.
Tęsknię. Może kiedyś, gdy skończę studia przyjadę do Ciebie.Tylko czy jeszcze mnie
poznasz? Iza
Matka  Izy zaczęła się "kręcić" koło sprawy rozwodowej. Wśród znajomych miała kilku
prawników. Każdy miał inny pogląd na  tę sprawę, ale wszyscy zgodnie twierdzili, że
najlepiej załatwić sprawę polubownie, tak by Iza miała  jakieś  zabezpieczenie finansowe
od  ojca, poza tym należało omówić sprawy spadkowe po jego rodzicach. Dziadek Izy
już nie żył, a babcia też nie za dobrze się czuła i w każdej chwili mogła umrzeć.
Opiekę nad  nią sprawowała matka Izy - lubiła swą teściową. Wiedziała dobrze, że starsza
pani potępia swego syna za to, że przedłożył karierę zawodową nad życie rodzinne.
Wcale nie była dumna  z tego, że był za granicą znany i ceniony. Cały swój "majątek"
chciała zapisać Izie. Ten "majątek" to był nieduży domek z ogródkiem  na obrzeżu miasta.
Na szczęście ostatnimi czasy niedaleko domku miał swój krańcowy przystanek miejski
autobus. Matka Izy ciągle powstrzymywała  teściową od zrobienia zapisu dla Izy, ale
teraz, w tej nowej sytuacji postanowiła porozumieć się w tej sprawie wpierw z prawnikami
a w drugiej kolejności z mężem. Uważała, że musi  całą sprawę rzetelnie sprawdzić od
strony prawnej i dopiero wtedy napisać wszystko mężowi.
Iza z Alkiem większość wolnego czasu spędzali u Izy w domu - miało to dwie dobre
strony - Iza zaczęła się nieco interesować "kuchnią", starała się przyrządzać niedrogie
kolacje, opanowała nawet pieczenie różnych ciasteczek.
Prawdę mówiąc nie miała wybitnych zdolności w tym kierunku - kilka razy zdarzyło się,
że ciasteczka były bez  jakiegokolwiek smaku, raz spiekły się na węgiel, innym razem,
zupełnie nie wiadomo dlaczego były twarde jak kamień.
Ale, jak mówiła jedna z jej koleżanek, skoro Czukczę można nauczyć prowadzenia
autobusu to i pieczenie ciast można opanować. W razie porażki zawartość blachy
znajdzie się w śmietniku.
Czas parł do przodu, zmieniały się pory roku, niezmienny był tylko brak czasu i ciągłe
przemęczenie. Iza marzyła by wreszcie móc się wyspać - ale przedtem musiała jeszcze
zdać kilka paskudnych egzaminów. Pomału zastanawiała się nad tematem pracy
dyplomowej - jej własny szef miał ochotę zostać promotorem, tyle tylko, że temat pracy
był "bardzo pojemny" i dość trudny.
Alek już zaczął pisać swą pracę dyplomową i miał coraz mniej czasu. Często ich spotkania
ograniczały się do wspólnego wypicia kawy a potem każde z nich  zanurzało się we
własnych książkach lub notatkach.
Sprawy około rozwodowe zaczęły nabierać rumieńców - babcia Izy, zgodnie z radami
prawników, zrobiła Izie darowiznę, która obejmowała domek i ogródek. Jednocześnie Iza
zameldowała się na stałe w domu  babci. Był to rodzaj zabezpieczenia - nigdy przecież
nie wiadomo było jak się zmienią przepisy.
Ojciec Izy zgadzał się na wszystko. W swym liście do Izy napisał, że choć nastąpi rozwód
to przecież ta sprawa dotyczy uczuć pomiędzy nim a jej matka, a nie pomiędzy nią a nim.
Iza zawsze, do końca jego życia będzie jego kochana córką, o którą on nie przestanie
dbać i z pewnością nie przestanie kochać. Prosił też by Iza założyła sobie oddzielne konto
dewizowe w PeKaO, bo chce  pieniądze dla niej przekazywać oddzielnie.
c.d.n.

piątek, 17 stycznia 2014

Życie pod prąd - cz.III

Nowy amant miał na imię Aleksander, ale wszyscy  mówili na niego Alek.
Był ze dwa lata starszy od Izy i tak samo  jak ona zapracowany, bo pracował i
jednocześnie studiował na  Politechnice.
Okazało się, że mają wiele wspólnych tematów do omawiania. Alek był zachwycony,
że Iza tak bardzo różni się od znanych mu dotąd dziewcząt.
Nie paplała wciąż  o modzie, była bardzo oczytana, miała naprawdę niezle poukładane
w głowie, nie chichotała  bez powodu, nie opowiadała mu o osobach których wcale
nie znał.
Izie zaś Alek odpowiadał pod względem intelektualnym, miał miłą powierzchowność,
a poza tym  trzymał ręce przy sobie, choć straszliwie się w nią wgapiał.
Nie widywali się zbyt często, najłatwiej było się spotkać w sobotę. Wpadali na krótko
do różnych klubów studenckich, ale w tym hałasie i tłoku trudno było rozmawiać, a oni
zawsze mieli mnóstwo tematów do omówienia.
Pewnego wiosennego dnia, nim Iza wyszła do pracy, matka poprosiła ją, by po pracy
(tego dnia nie było wykładów) wróciła do domu, bo jest kilka spraw, które muszą
razem rozstrzygnąć.
Przez cały dzień Izę zżerała ciekawość, ale podejrzewała, że sprawa albo dotyczy jej
spotykania się z Alkiem, albo ojca. Matka uważała, że Iza dopóki nie skończy studiów nie
powinna się z nikim umawiać, bo nauka ważniejsza.
Jak na złość tego dnia była jakaś awaria tramwajów na mieście i nim obydwie dotarły
do domu dochodziła już siódma. Iza była już po obiedzie, bo stołowała się  w pracy, matka
szybko szykowała dla siebie resztę obiadu z poprzedniego dnia.
Po obiedzie zaparzyła dla nich obu herbatę, na stół podała jakieś herbatniki, a z torebki
wyjęła list i podała go Izie.
List był od ojca. Pisał go chyba "na raty", przez kilka dni. Pierwsze akapity były o tym,
jak bardzo tęsknił za żoną i córką, potem  o jego rozczarowaniu, że nie dostały paszportów,
dalej roztkliwiał  się nad sobą , jakie to ciężkie życie samotnego faceta na obczyznie,
w dalszej części listu obwiniał matkę Izy o to, że  ona nie chce przyjechać do Stanów,
tym samym pozbawiając go dziecka.
Miał pretensję, że skoro sama nie chce przyjechać to powinna przynajmniej Izę namówić
na wyjazd do Stanów .
Ale ostatni akapit był "bombą sezonu", jak określiła Iza  - przyznawał się, że faktycznie
przyjazni się z pewną b. porządną panią, są sobie bliscy, ale jeśli matka Izy  zdecyduje się
znów podjąć próbę starania się o paszport, on ten związek zakończy  natychmiast.
I znów będą rodziną.  Jak dawniej.
Iza przeczytała list aż dwa razy, w niektórych miejscach  rzucała komentarz "ale numer!",
w końcu oddała go matce.
I co dalej- zapytała matkę? Będziesz się starała o ponowne "stworzenie rodziny" czy
się rozejdziecie? Nie jestes jeszcze stara, z pewnością znajdzie się ktoś chętny na
samotną kobietę z dorosłą, niemal samodzielną córką. Z czasem się przecież wyprowadzę,
nie zamierzam do końca życia tu mieszkać.
Matka wyjaśniła Izie, że już po roku ojciec  zaprzyjaznił się bardzo intensywnie z pewną
farmaceutką, u której wynajmował pokój. Wiadomość o tym przysłał matce Izy jeden
z kolegów, który od lat mieszkał w San Francisco, a z którym ojciec Izy kontaktował się
zaraz po przybyciu do Stanów.
Iza była bardzo rozczarowana postawą ojca. Teraz zaczęła rozumieć, dlaczego matka
wcale nie starała się za wszelką cenę o paszporty.
Matka Izy była zdecydowana na rozwód - nie ma sensu ciągnąć  fikcyjnego związku -
zresztą po kilku latach rozdzielenia był to dla niej niemal obcy człowiek. Postanowiła
jeszcze poradzić się dobrego adwokata, prowadzącego "międzykontynentalne rozwody".
Iza zaś postanowiła całą sprawę opowiedzieć Alkowi - ciekawa była co on o tym sądzi.
c.d.n.




czwartek, 16 stycznia 2014

Życie pod prąd - cz.II

Iza  nie była osobą skorą do zwierzeń - nie powiedziała matce z jakiego powodu
pokłóciła się z narzeczonym. Na zadane przez matkę pytanie odpowiedziała
krótko - mamy zbyt różne poglądy na to, jak ma wyglądać nasze wspólne życie.
Jemu się wydaje, że będę tylko gospochą domową i niańką fury dzieci. A mnie
takie życie nie odpowiada.
Izę wprawdzie aż skręcało z tęsknoty za Jerzym, ale nadal nie odbierała telefonów,
nie chciała się z nim spotkać.Schudła,  zmarniała, była ciągle zdenerwowana, kilka
razy miała ochotę zasnąć i nigdy się nie obudzić.
Przez chwilę rozważała  mozliwość zejścia się z Jerzym,  ale jednocześnie gdzieś
głęboko w głowie tkwiła jej myśl, że on jest od niej kilka lat starszy, ma już dość
mocno ukształtowane poglądy na życie- był z tych, którzy uważali, że każdy
prawdziwy mężczyzna musi się ożenić, wybudować dom, spłodzić syna i w dniu
jego urodzin zasadzić drzewo- najlepiej dąb.
Iza miała dość dobrze rozwiniętą wyobraznię i  juz widziała siebie jak u boku
Jerzego kroczy z pięcioma córkami i oczekuje kolejnego dziecka  z nadzieją, że tym
razem będzie chłopiec i nie będzie musiała więcej rodzić. W wersji drugiej widziała
siebie z rodzinną drużyną hokejową, czyli piątką dorodnych chłopaczków.
Wytwory jej wyobrazni tak ją przerażały, że aż jej skóra cierpła na plecach.
Iza odesłała Jerzemu pierścionek, który od niego dostała - zrobiła małą paczuszkę,
dołączyła  króciutki liścik - bardzo krótki, bo było to jedno zdanie.Wyekspediowała
ją pocztą, jako przesyłkę poleconą, wartościową. Pokwitowanie włożyła do
plastikowej okładki i odłożyła do swoich ważnych dokumentów.
Jerzy w końcu przestał telefonować, a ona pomału zaczęła wracać do normalności.
Odnowiła kilka  starych znajomości, zaczęła pracować, a po roku pracy podjęła
studia wieczorowe.
W głębi duszy Izie bardzo brakowało ojca, którego nie było w domu już cztery lata.
Mieszkał w San Francisco, do którego wyjechał na dwuletnie stypendium naukowe.
Gdy zakończył je, otrzymał bardzo dobrą ofertę pracy - nadal miał prowadzić
rozpoczęte wcześniej  badania, otwierały się przed nim bardzo szerokie perspektywy.
Decyzję o pozostaniu musiał podjąć dosłownie w ciągu dwóch tygodni - mama Izy
przepłakała chyba 3 dni, potem zamówiła rozmowę telefoniczną i powiedziała:
"uważam, że ta propozycja jest dla  ciebie dużą szansą, przyjmij ją. U nas takich
badań nikt jeszcze długo nie będzie prowadził. Nie ma  cię już dwa lata, ale my jakoś
dajemy sobie radę  bez  twej obecności. Oczywiście złożę papiery".
Ojciec przysyłał im regularne wpłaty na konto PeKaO. Oprócz tego również paczki
żywnościowe  - same delikatesy, jak mówiła Iza.
Matka Izy podobno złożyła odpowiednie dokumenty by otrzymać paszport i oficjalnie
dołączyć wraz z Izą do swego męża.
Ale dostała  odpowiedz odmowną.  Po czterech latach nieobecności męża już wcale nie
była pewna, czy taki wyjazd ma jakikolwiek sens.  Iza podejrzewała, że matka spotyka
się z kimś. Czasami wyjeżdżała na kilka dni, podobno w delegację, a Iza podejrzała, że
wtedy w jej walizce lądowała nowo zakupiona bielizna, nowe bluzki. Zdarzało się też,
że dzwoniła do Izy, że wróci bardzo póżno wieczorem, bo po pracy spotka się ze swoimi
znajomymi. W te dni, niby przypadkiem, zjawiała się ciocia Marylka, dość daleka
kuzynka matki. Za kolejnym razem, gdy pojawiła się ciocia Marylka a w pół godziny
potem mama Izy zatelefonowała, że przyjdzie bardzo póżno do domu, Iza powiedziała -
nie szkodzi, "ciocia przyzwoitka" już dotarła.
Od tej pory, matka pytała Izę, czy  ma przyjść ciocia Marylka, czy może Iza woli sama
czekać na powrót matki. Czasami Iza wolała zostać sama, a czasami wybierała obecność
ciotki, która zresztą była b. miłą i serdeczną osobą.
Pracując i studiując Iza nie miała zbyt wiele wolnego czasu na życie towarzyskie. Bardzo
pózno  kładła się spać, była wciąż zmęczona i niedospana, a randka była tym, o czym
wcale nie marzyła.
Życie jednak składa się z samych przypadków i choć Iza wcale nie paliła się do zawierania
nowych znajomości, zaczęła spotykać się z pewnym miłym, młodym chłopakiem.
On także nie grzeszył nadmiarem wolnego czasu, też studiował i pracował.
c.d.n.

środa, 15 stycznia 2014

Życie pod prąd

Małe, krótkie słowo "NIE"  było chyba najczęściej używanym przez Izę słowem.
Rodzina i przyjaciele wiedzieli dobrze, że za każdym razem "NIE" nigdy się nie
zmieniało w "TAK".
Gdy była dzieckiem w kółko było " nie", a pytana dlaczego nie?- wybuchała płaczem.
Gdy dorosła wszystkie  "NIE" miały swe mniej lub bardziej logiczne uzasadnienia.
Wszyscy w końcu się do tego przyzwyczaili i raczej bardzo dziwili się, gdy Iza nie
zgłaszała swego "NIE".
Wg przekazów rodzinnych pierwszym jej słowem nie było jak u innych dzieci mama
lub baba, ale właśnie  NIE, a właściwie "ne".
Przekazy rodzinne to swoisty zlepek wspomnień rodziców, ciotek, dziadków i trzeba
powiedzieć, że nie zawsze przekazują prawdę o tym jak było.
Iza dość wcześnie poukładała sobie w głowie to wszystko co  ją otaczało. Nie należała
do osób, które wiecznie się zastanawiały nad podjęciem decyzji a pózniej  i tak były
z niej niezadowolone.
Jeśli nawet podjęła niezbyt korzystną dla siebie decyzję, nigdy się do tego głośno nie
przyznała.
Na ogół podejmowała  każdą decyzję szybko i często zupełnie inną niż większość jej
koleżanek.
Ona zawsze idzie w poprzek drogi- mawiały koleżanki. Ale jakimś cudem to chodzenie
własną drogą służyło Izie całkiem niezle.
Ona ma  niesamowite szczęście, mawiały za jej plecami  niektóre "życzliwe inaczej"
koleżanki.
A owo szczęście Izy polegało głównie na tym, że myślała o niektórych sprawach ze
znacznym wyprzedzeniem,  zastanawiając się nad każdym drobnym szczegółem.
Nie było to  myślenie "życzeniowe" a szczegółowa analiza sytuacji, na ile dana sprawa
ma szanse realizacji, co będzie dla niej bezpieczne, a co może zaszkodzić.
Prawdę mówiąc swą mądrość życiową  zdobyła  dość gwałtownie i szybko.
Iza była dość interesującą dziewczyną, choć trudno było o niej powiedzieć,  że  była
bardzo ładna.
Gdyby tak rozpatrywać każdy jej element z osobna, to nie było w niej nic pięknego:
figura typu klepsydra, nogi bardzo przeciętne, włosy proste, bez określonego koloru,
oczy koloru także nieokreślonego, twarz dość symetryczna, usta wąskie.
Zupełnie nie wiadomo, dlaczego zawsze kręcili się koło niej przeróżni młodzi ludzie
zapraszając  do kina, na spacery, na kawę, do klubu.
W pewnym momencie wszystkich kolegów zastąpił jeden facet -  Iza przestała się
umawiać z kimkolwiek- ten jeden przesłonił jej cały świat, zaanektował jej życie.
Przestała się widywać i z koleżankami - zaczęła prowadzić życie  dorosłej  kobiety.
Na szczęście dla niej nie były to czasy, gdy można było bez trudu wynająć mieszkanie
i być razem bez ślubu.
Ślub miał się odbyć gdy tylko ukochany zdobędzie mieszkanie i.....rozwód.
O tym, że jest żonaty, ale że właśnie  się rozwodził wiedziała już od samego początku.
Nie było jej pilno do ślubu, w końcu była jeszcze bardzo młoda. Dzieci w ogóle jakoś
nie widziała w swych planach, w przeciwieństwie do niego. A on w kółko opowiadał,
że  gdy tylko się pobiorą to zaraz postarają się o dziecko. Ona wtedy będzie się
zajmowała dzieckiem a on na wszystko zarobi. I na następne dziecko też.
Izę  aż zatkało - ona przecież chciała zdawać na studia a nie dzieci niańczyć!
Ja nie chcę mieć dzieci dopóki nie ukończę studiów - powiedziała cicho, ale stanowczo.
Możemy się pobrać, gdy się rozejdziesz, ale ja się na dziecko nie godzę.
Nie mam zamiaru wbagniać się w dzieci przed ukończeniem studiów, rozumiesz?
Mówisz mi o swojej miłości do mnie a nie możesz tego zrozumieć?
Spotkanie skończyło się w dość klubowej atmosferze i okazało się być ostatnim.
Iza nie odbierała telefonów od niego, dwa razy on rozmawiał z jej matką, ale
matka powiedziała, że Iza ma prawo sama zarządzać swym życiem i ona nie ma tu
nic do powiedzenia.
c.d.n.