środa, 12 czerwca 2019

Trzeba zabić tę miłość

Podobno nie zapomina się swej pierwszej miłości i nawet po latach wspomina się obiekt
swych uczuć ze wzruszeniem.
Wielu rodziców traktuje pierwszą miłość swego dziecka jak kolejną wirusówkę, jak jakąś
odmianę ospy wietrznej - trochę swędzi, trochę poboli, dużych blizn nie będzie, to przecież
nie czarna ospa.
Poznali się w Warszawie - ona właśnie skończyła pomaturalne Studium Stenotypii i Języków
Obcych, on wraz z grupą absolwentów Konserwatorium Drezdeńskiego miał grać I Koncert
Skrzypcowy D-Dur Paganiniego.
Koncert miał się odbyć w auli Warszawskiego Konserwatorium i gdyby nie sąsiadka, która
tam pracowała, zapewne nigdy by się nie poznali. Sąsiadka, wiedząc że Sandra zna  język
niemiecki zaprosiła ją na koncert i poprosiła, by służyła też za tłumaczkę, bo zapewne nie
wszyscy goście  będą mogli rozmawiać po angielsku, który to język był po stokroć
popularniejszy w Polsce niż  niemiecki.
Nie wzbudziła tym  zaproszeniem entuzjazmu Sandry, ale skoro na najbliższe sobotnie
popołudnie i tak nie miała żadnych planów zgodziła się, zakładając, że jest to niezły
sposób na podszlifowanie języka.
Młodzież grała świetnie, zresztą nic dziwnego, bo każdy z młodych ludzi miał za sobą
tryliony godzin spędzonych na graniu na wybranym przez siebie instrumencie.
Większość z nich zaczynała bliski kontakt z muzyką w wieku  sześciu  lub nawet pięciu lat.
Wreszcie nadszedł czas na koncert skrzypcowy D-dur Paganiniego. Na scenę wślizgnął
się wysoki chudy młodzieniec w  czarnym garniturze, stanął skromnie  przed skrzypkami
orkiestry. Był blady, a ową bladość podkreślał czarny garnitur i ciemne włosy.
Sandra siedziała blisko sceny i gdy spojrzała na jego twarz pomyślała- "piękny chłopak
a będzie rzępolił", jako że nie lubiła skrzypiec.
Orkiestra zagrała wstęp i gdy zaczął grać solista Sandra po raz pierwszy odebrała dźwięk
skrzypiec pozytywnie. Po chwili złapała z nim kontakt wzrokowy - on się w nią wpatrywał,
a ona w niego. I na takim intensywnym wgapianiu się w  siebie wzajemnie minęło nieco
ponad pół godziny. Oklaski były długie, Sandra nawet zawołała  "brawo" a skrzypek
kłaniając się podszedł bliżej brzegu sceny mówiąc po niemiecku "pięknie dziękuję" , cały
czas  zatapiając swój wzrok w oczach Sandry.
Koncert trwał dalej, ale Sandra nadal była myślami przy  pięknym skrzypku, który resztę
koncertu spędził za kulisami.
Po koncercie sąsiadka  zaprosiła ją na wspólną kolację z gośćmi i nieliczną grupą polskich
studentów .
Sandra gdy tylko zobaczyła skrzypka, podeszła do niego i powiedziała: nie lubię brzmienia
skrzypiec, ale ty grałeś  cudownie i po raz pierwszy doceniłam ten instrument. Jestem
naprawdę pełna podziwu! Skrzypek uśmiechnął się - to nie moja zasługa a Paganiniego,
umiał dobierać dźwięki. Ja je tylko powieliłem.
Mam na imię Eric, a ty?   -Sandra, a właściwie Aleksandra.
Widzisz tamtego  blondyna z tą szopą  na głowie? To mój przyjaciel, Udo. On mi często
akompaniuje na fortepianie, może podejdziemy do niego?
Eric dokonał prezentacji. Jego przyjaciel miał nie tyle szopę na głowie co mocno odrośnięte
afro i wyglądał nieco śmiesznie. Po chwili dołączyło do nich jeszcze kilka osób łącznie
z ciałem profesorskim płci żeńskiej.  Sandra musiała odpowiadać na wiele pytań. Następny
dzień, czyli niedzielę wszyscy mieli  dla siebie, więc pytali się dokąd mogą pójść,
co zobaczyć. Na  poniedziałek mieli  załatwionego przewodnika i autokar.
A Eric i Udo  zapytali się czy Sandra nie miałaby nic przeciwko temu, by w niedzielę ona,
ich dwóch i sympatia Udo,  Marie, spotkali się i razem pochodzili po mieście. Bez chwili
namysłu Sandra  zaakceptowała tę propozycję i następnego dnia  spotkali się pod hotelem,
w którym goście mieszkali.
Marie była przemiłą dziewczyną, z dużym poczuciem humoru, chwilami podkpiwała ze
swych kolegów. Na pytanie Sandry jaki instrument ona wybrała,  odpowiedziała, że
ponieważ ona na wszystko gwiżdże, to gra na  flecie. Sandra z przerażeniem słuchała
opowieści  swych nowych znajomych o tym, ile godzin oni przez całe swe dotychczasowe
życie spędzają na ćwiczeniu gry na swych instrumentach. Patrzyła na nich z podziwem
i świetnie rozumiała ich troskę o to, co będzie z nimi dalej.
Już teraz wiadomo było, że Erica czeka solowa kariera, ale przecież nie był jedynym
zdolnym, obiecującym skrzypkiem w swoim kraju.
By być tym najlepszym, rozpoznawalnym nie tylko we  własnym kraju ale i poza jego
granicami trzeba swej pasji poświęcić i podporządkować całe swe życie.
Ale teraz Eric zupełnie przestał interesować się swą dalszą karierą, Sandra nagle
przesłoniła mu "pole widzenia". Podobała mu się  ta drobna dziewczyna, która nawet na
wysokich obcasach z trudem sięgała mu do ramienia, jej roztrzepane na wietrze krótkie
włosy i ta jej lekka niepewność w głosie gdy mówiła  po niemiecku. Czasem prosiła-
powiedz to inaczej, nie bardzo rozumiem co powiedziałeś.
Cała trójka dopytywała się o różne polskie  wyrazy i zgodnie stwierdzili, że polski
język wcale nie jest łatwy. Po obiedzie, na który poszli do restauracji w której wtedy
serwowano tzw. "zdrowe posiłki", czyli głównie wegetariańskie, jakbyśmy to dziś
określili, wybrali się do Łazienek Królewskich. To park, który na wszystkich robi zawsze
miłe i dobre wrażenie i po którym można krążyć niemal cały dzień.
Tu  w tajemniczy sposób Udo i Marie jakoś się "zgubili", co wcale Erica nie zmartwiło,
a zaniepokojonej Sandrze wytłumaczył, że Udo posiada  "szósty zmysł" w postaci planu
Warszawy i bez trudu odnajdą wraz z Marie drogę do hotelu.
Gdy zostali sami, tematyka ich rozmów zeszła na bardziej osobiste tematy, Eric jawnym
tekstem, bez niedomówień, powiedział Sandrze, że ona mu się bardzo podoba i marzy mu
się by połączyło ich coś więcej niż przyjaźń. I choć wiele osób twierdzi, że miłość na
odległość nie istnieje, to on wierzy, że jest to możliwe.
Obiecali sobie wzajemnie, że będą ze sobą korespondować, w miarę możliwości również
utrzymywać kontakt telefoniczny (przypominam, że były to czasy gdy było NRD a nie
było automatycznych połączeń między krajowych, UE, paszportów w domu, komórek
i internetu a  na instalację telefonu stacjonarnego czekało się latami).
Reasumując były  to bardzo trudne czasy dla miłości na odległość.
Włóczyli się po Łazienkach aż do zmroku, wynajdując odosobnione ławki, by móc bez
przeszkód  się całować i przytulać. Gdy opuścili park wędrowali objęci ulicami miasta.
Z wielkim żalem rozstali się w okolicy hotelu, w którym był zakwaterowany Eric.
Ponieważ Sandra jeszcze nie podjęła pracy (miała zacząć pracować od września, a był
dopiero koniec czerwca) i miała wolny czas, Eric wymyślił, że zwolni się z wycieczki po
Warszawie i ten dzień spędzą razem. A ponadto dowie się, czy Sandra mogłaby razem z ich
grupą pojechać do Żelazowej Woli na koncert , zna niemiecki i mogłaby wspomóc swą
obecnością przewodniczkę, o której wiedzieli, że znacznie lepiej zna angielski niż niemiecki.
Po powrocie  do mieszkania (które wynajmowała wraz z koleżanką) Sandra długo analizowała
każde słowo, które na tym ich spotkaniu padło.
Podobał jej się ten chłopak - był inteligentny, utalentowany, kulturalny, opanowany i.....
ładny.
Idylla trwała jeszcze dwa dni, przyćmiona mocno widmem nieuchronnego rozstania.
Jak wiadomo rozstania  bywają smutne. Ponieważ Sandra miała w planie wyjazd do swych
rodziców, umówili się, że korespondencję rozpoczną dopiero po 10 lipca, gdy Sandra już
powróci do Warszawy. Co prawda jej rodzice nie mieszkali na wsi zabitej dechami tylko
w mieście bodajże  powiatowym, ale cała korespondencja z zagranicy zawsze wędrowała
przez Warszawę nim trafiła do adresata, więc oboje uznali, że tak będzie lepiej.
Krótki pobyt w rodzinnym mieście znudził Sandrę niemiłosiernie. Przez cztery lata
mieszkała  sama w Warszawie i zupełnie odzwyczaiła się od tego, by ktoś jej dyktował jak
ma się ubierać, z kim spotykać, co czytać lub oglądać. Jej rodzicom wielkie miasto jawiło
się jako epicentrum zła i wszelakiego zgorszenia. Krytykowali wszystko- szpilki,  zbyt
krótką spódniczkę, nawet fryzurę. A  pytania czy ma już narzeczonego i kiedy wyjdzie
za mąż i uszczęśliwi  swych rodziców wnukami zezłościły ją zupełnie. Nie tak sobie
wyobrażała pobyt w rodzinnym domu.
Nie da się ukryć, że z ulgą stamtąd wyjechała.
W warszawskim mieszkaniu, na stole kuchennym leżały  trzy wyjęte   ze skrzynki listy-
wszystkie trzy do niej od Erica. 
Dwa pierwsze sprawiały wrażenie dziennika zrozpaczonego rozstaniem nieszczęśnika.
Trzeci zawierał  nieco konkretów a nie tylko same biadolenia.
Okazało się, że zwierzył się  swej matce ze swego "stanu zakochania" i uprosił ją by matka
zaprosiła oficjalnie Sandrę do siebie. Zaproszenie było wystosowane w dwóch językach,
niemieckim i polskim  przetłumaczonym przez tłumacza przysięgłego.
Ponieważ  zaproszenie zapewniało Sandrze mieszkanie i wyżywienie oraz ewentualną opiekę
lekarską a Eric wszak jeszcze nie był samodzielny finansowo, zaproszenie wystosowała
jego matka. Ważne było od dnia wystawienia aż do końca sierpnia.
Tego samego dnia bardzo późnym wieczorem Sandrę postawił na nogi dzwonek telefonu-
 po kilku godzinach oczekiwania Eric otrzymał połączenie z Warszawą. Pytał się czy Sandra
 otrzymała list z zaproszeniem i prosił by jak najszybciej złożyła pismo w urzędzie by dostać
paszport. Na szczęście dla nich obojga, Sandra rok wcześniej miała wystawiony paszport na
Kraje Demokracji Ludowej, więc teraz była to tylko kwestia  jego wznowienia.

                                             ciąg dalszy nastąpi
P.S.
Przypominam o dawaniu znaku  życia pod tekstem  :(  lub :)




13 komentarzy:

  1. Oj podoba mi się ten początek, wygląda na dobrze zadzierzgniętą miłość... Tylko tytuł mnie niepokoi bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, nareszcie zaczęłam tą ciekawą historię...a ile wspomnień od razu! Czekanie na telefon...paszporty....goście zza granicy!

    OdpowiedzUsuń
  3. A czytałaś "Bardzo samotne wakacje"? Nieco dłuższe, ale za to z happy endem.
    Gdy sobie pomyślę, że NRD było niemal wymarzona zagranica to mnie smutek ogarnia.
    Pamiętam moją pierwsza wizytę w NRD- w porównaniu do tego co u nas to tam było super. No ale musieli, żeby im wszyscy nie zwieli do RFN.

    OdpowiedzUsuń