piątek, 6 lutego 2009

Pytanie Tygodnia

Najczęściej zadawanym pytaniem tego tygodnia było: "czy lepiej zwiększać zadłużenie państwa, czy też ciąć wydatki budżetowe?"
Pytanie to zadano znanym w Polsce ekonomistom, eskpertom gospodarczym, socjologom.
Zdania podzielone,ale czy u nas kiedykolwiek eksperci mówili jednym głosem?
Zdaniem dr Andrzeja Olechowskiego, b. ministra finansów, jest to nie tylko kwestia wyboru, ale możliwości. Zwiększenie deficytu budżetowego, powyżej zafiksowanego w aktualnym budżecie, spowoduje restrykcje wynikające ze stosownych ustaw o ograniczeniu długu i utrudni naszą sytuację budżetową w 2010 roku, który będzie jeszcze trudniejszy niż obecny.Druga kwestia- znalezienie nabywców na polskie papiery dłużne powyżej zaplanowanych ilości może się okazać bardzo kosztowne. Odpowiedż brzmi- oszczędzać.
Prof.Jadwiga Staniszkis, socjolog, uważa, że należy robić oszczędności tam, gdzie to tylko jest możliwe, głównie w celu ukrócenia marnotrawstwa w strukturach państwa.Ponadto należy starać się wynegocjować zmiany w uzytkowaniu funduszy unijnych ( co już sie dzieje), bo niekiedy trzeba mieć mniej środków własnych. Wykorzystywane do 2013 roku środki powinny być skoncentrowane jedynie na wielkie projekty, takie jak budowa gazoportu czy też elektrowni jądrowych, co będzie tworzyło nowe miejsca pracy i podniesie poziom technologiczny. A najważniejsze -nie należy stawiać sprawy "albo-albo", nie usztywniać się i pozostawić swobodę manewru.
Były wicepremier , prof. Jerzy Hausner uważa, że trzeba ograniczać zbędne wydatki, natomiast zwiększać te, które służą aktywności gospodarczej i rozwojowi, a w szczególności te, które szybko uruchomią inwestycje publiczne. Jeżeli będziemy w stanie zwiększyć inwestycje publiczne, to deficyt może byc większy niż planowany. Natomiast nie należy powiększać deficytu dla wydatków bieżących.
Analityk i ekspert gospodarczy, dr Richard Mbewe, jest zdania, że trzeba ciąć wydatki budżetowe, ale zwiększenie zadłużenia byłoby dość niebezpieczne, bo oddalałoby przejście na walutę euro. Trzeba cały czas pamietać, że wejście do tej strefy przyspieszyłoby rozwój gospodarki. Powinno sie oszczędzać i słusznie premier rządu tnie wydatki, ale trzeba się liczyć z tym, że ludzie też na tym ucierpią.
Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Zdzisław Sadowski podsumował sytuacje w ten sposób - "warto rozejrzeć się za sposobem dostosowania do obecnej sytuacji i trzeba podkreślic stanowczo, że Polska nie jest w kryzysie, dopiero może w nim być. Rząd nie powinien wykonywać nerwowych ruchów, lepiej poczekac co będzie dalej.
Oczywiście można dopuścić możliwość powiększenia deficytu w razie wielkiego zagrożenia, ale na razie takiego na pewno nie ma."
Tyle eksperci .
Nikt nie potrafi jeszcze dzisiaj ocenić prawdziwej skali kryzysu, ani przewidzieć i oszacować efektów programów ratunkowych. Ich skala i zakres są ogromne i dopiero czas pokaże co z tego wyniknie.
W Brukseli odbyły się rozmowy pomiędzy przedstawicielami europejskiego samorządu gospodarczego i bankami. Rozmowom przewodniczył Gunter Verheugen. Wystosowano w ich trakcie apel skierowany do banków, że w dobie kryzysu nie powinny zapominać o swych obowiązkach wobec małych i średnich przesiębiorstw , ale nie wiadomo, czy odniesie to jakikolwiek skutek.
Jak długo ekonomiści i politycy nie zauważą, że globalna gospodarka wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli i wpływów i nadal będzie postepować "giełdyzacja" gospodarki i rządzić nią kapitał spekulacyjny a nie inwestycyjny, tak długo pole manewru dla polityków gospodarczych będzie bardzo ograniczone.

wtorek, 3 lutego 2009

Bić czy nie bić?

Miałam napisac coś wielce pogodnego, ale dzisiejszy post Atiny Bezdomnej zdopingował mnie do napisania czegoś poważnego, a jeśli poważne to juz nie pogodne.
Bić czy nie bić ? -to jest pytanie, które od czasu do czasu zaprzata głowę niektórym, którzy aktualnie wychowują dzieci.
Bo trzeba tu jasno powiedzieć,że niektórzy nie maja takich rozterek i tłuką dzieci z byle powodu i gdzie popadnie - pupa, głowa, plecy - byle mocno, bo musi ta mała zaraza pojąć, że tata lub mama wymagaja od niego szacunku dla siebie.
To oni tu rządzą, nie dzieciak.
Nie ukrywajmy - wychowanie dziecka to dośc trudny i żmudny obowiązek, zwłaszcza w czasach, gdy my, dorośli nie umiemy sie w obecnej rzeczywistości odnalezć.
Coraz częściej brakuje pieniędzy, czasu a w końcu i chęci. I wtedy swoje frustracje przenosimy na dziecko, zwlaszcza w chwili, gdy jest nieposłuszne lub hałasuje, gdy nam głowa pęka z nadmiaru problemów. Zaczynamy podświadomie obarczać dziecko wina za całe zło i wtedy często je karcimy. Jeśli nawet nie bijemy, to wydzieramy sie na nie niemiłosiernie.
Ci co mnie często odwiedzają, wiedzą, że juz zakończyłam działalność wychowawczą, bo dziecko jest dorosłe i nawet uczyniło mnie babcią.
Przyznam sie nieskromnie, ze jestem zadowolona z tego, jak ją wychowałam. I naprawdę, nie stosowałam w procesie wychowawczym klapsów, klęczenia na grochu, stania w kącie lub wrzasku.
Wychowując ją cały czas miałam w pamięci swoje dzieciństwo, pełne zakazów i rygorów (tu ciekawostka- wychowywali mnie dziadkowie), które w wieku nastolatki omijałam kłamiąc w domu niemiłosiernie.
Nie chciałam, by moje dziecko bało się mnie i tego ,że będę na nią wrzeszczeć gdy zrobi coś niezgodnego z poleceniem, nie chciałam by ze strachu kłamała.
Chciałam, by zawsze miała własne zdanie, umiała podjąć odpowiednia decyzję, nie bała się brania odpowiedzialności za swoje decyzje.
I wiecie co, to wcale nie było takie łatwe , bo wymagało żelaznej konsekwencji w postępowaniu.
Jezeli raz dziecku czegoś zabronisz , a pod wpływem jego wrzasku pozwolisz na to, co przedtem zabroniłaś - cały efekt pedagogiczny bierze w łeb. I jeszcze jedno- twoje postępowanie musi mieć pełną akceptacje twego partnera, a nie tak, ze ty zabraniasz czegoś, a on, ten dobry tata, pozwala na to. Tu musi byc wyjątkowo zgodny front.
Pomimo, ze w tym okresie moj mąz raczej mało bywał w domu ( w końcu ktoś musiał na to wszystko zarabiać) doskonale mnie wspierał w tym wszystkim.
Wiem, miałam łatwiej niz inne mamy, siedziałam z nią w domu, nie "kiblowała" w świetlicy, nie chodziła z kluczem na szyi.
Nie było w tym czasie całej gamy poradników dotyczących wychowywania dziecka - kierowałam sie prostą zasada- stawiałam siebie na jej miejscu i jednocześnie przywoływałam z dzieciństwa te wspomnienia, które ciągle jeszcze bolały.
I jeszcze jedna wazna rzecz - nigdy nie obiecywaliśmy jej czegoś, o czym wiedzieliśmy, ze nie mamy możliwości realizacji danej obietnicy.
Myślę , ze pamietalismy zawsze o tym, ze dziecko to tez człowiek i jednocześnie nasz partner.
Wiem, ze toczy sie dyskusja , wokół tematu ustawy zabraniającej bicia dzieci. Jedni mówia,że klaps "spontaniczny" zadnemu dziecku krzywdy nie wyrządzi, drudzy są innego zdania. Przy okazji niektórym wydaje się, ze wychowanie bez klapsów jest równoznaczne z wychowaniem bezstresowym. Wychowanie bezstresowe nie polega tylko na tym,ze nikt dziecku nie daje klapsa- wychowanie bezstresowe to pozwalanie dziecku na wszystko, co mu do tej dziecięcej głowki wpadnie. Nie lubi kogoś , niech to swobodnie okaże, np, może go kopnąć, gdy ma taka ochotę, ma ochote wrzeszczeć- a niech wrzeszczy, nie chce jeśc obiadu a zajada cukierki- a co, niech je, niech sie biedak zakazami nie stresuje.
Ja uważam, ze skoro jest coraz więcej przypadków maltretowanych dzieci lub bitych "tylko" sporadycznie, to świadczy to o tym, że część społeczeństwa nie ma nawet bladego pojęcia o wychowywaniu dzieci i należałoby czym prędzej wprowadzić obowiązek dokształcenia się w tej dziedzinie. Każda kobieta ciężarna musiałaby , wraz z partnerem, uczestniczyć w takim kursie- wyegzekwowanie dość proste- nie dostanie słynnego becikowego jeśli takiego kursu nie zaliczyła.
Bo uchwalenie ustawy zabraniającej bicia dzieci, bez nauczenia ludzi właściwych metod wychowawczych nie jest właściwą metodą. Gdy czegoś zabraniamy, musimy jednocześnie wytłumaczyc dlaczego tego zabraniamy i wskazać inne sposoby postępowania.
Ciekawa jestem , jak Wy widzicie ten problem jakie macie propozycje,
zapraszam do komentowania
anabell

sobota, 31 stycznia 2009

Europejczyk

Jak już zapewne zauważyliście zaliczam sie do osób nieco dziwnych i co za tym idzie, moi znajomi tez bywają nieco dziwni. Wiadomo, swój do swego ciągnie.
Chcę dziś opowiedzieć o jednym z naszych przyjaciół ,ale zachowam w tajemnicy jego prawdziwe imię, otrzyma nick - Europejczyk.
Europejczyk dziś jest w wieku 62 lat, prezentuje się całkiem niezle, wysoki, ciemne, gęste włosy nieco przyprószone są siwizną, ale broda ma już sporo srebrnych nitek.
W latach szczęśliwości gierkowskiej udało mu się wymknąć z Polski do RFN. Niechętnie wspomina ten okres, twierdzi, że było ciężko, wszak znalazł się tam nielegalnie. Bardzo chciał tam pozostać i chyba dlatego ozenił sie z Polką, która miała obywatelstwo niemieckie.
W latach 80-tych, przyjechał do Polski. Był to okres, w którym powstawały pierwsze spółki z o.o. a ludzie uwierzyli, że można poradzić sobie z prowadzeniem działalności gospodarczej.
Właśnie wtedy spotkaliśmy się z Europejczykiem po raz pierwszy. Wspólnie rozkręciliśmy spółkę, która nawet niezle prosperowała, to znaczy nie przynosiła dochodu, ale i nie dawała strat.
To była prawdziwa szkoła przetrwania - pracownicy mieli wyższe wynagrodzenie niz prezes Spółki, pracowało się od świtu do nocy, że juz nie wspomnę, o tym drobiazgu, że nie przypominam sobie abym miała wolna sobote czy tez niedzielę.
Gro czasu zabierało nam lawirowanie w gąszczu przepisów, bieganie po przeróznych urzędach, wypełnianie stosów różnych papierków , użeranie sie z urzędnikami.
Pierwszy załamał sie Europejczyk. Zabrał co swoje i postanowił rozwinąc własny, jednoosobowy interes. Zrobił uprawnienia na tzw. "gospodnika" i postanowił załozyć mini bar. Mini - bar to brzmiało dumnie, bo w praktyce to był po prostu rożen.
Pierwszą rafą było znalezienie jakiegoś małego lokalu, np. wielkości kiosku ruchu, najlepiej w miejscu , w którym taki rożen miałby racje bytu, np. blisko parkingu lub stacji benzynowej.
Sprawa nie była wcale łatwa i prosta. Europejczyk załatwił w końcu zezwolenie na handel obwozny tymi nieszczęsnymi kiełbaskami z rożna.
Prawie codziennie stawał w innym miejscu przy szosie "gierkówce", rozkładał rożen, rozpinał nad nim kolorowy parasol, rozpalał grill, rozstawiał stolik turystyczny i 2 krzesełka.
Zakończył jesienią, pożegnał sie z nami i powiedział, że wraca, skąd przyjechał. Nie mieliśmy pojęcia jak mu ten interes sie udał, ale chyba nie było zle.
Po kilku miesiącach otrzymaliśmy wiadomośc, że jest w Hiszpanii i zabiera się za ...hotelarstwo.
Zakupił jakąś ruinę, którą ma zamiar przemienić w dobrze prosperujący pensjonat.
Tymczasem my zrezygnowaliśmy z prowadzenie tej Spólki, bo juz oboje mielismy dość zycia na dwa domy. Przejął od nas całość trzeci wspólnik.
Pomyślalam wtedy,że fajnie będzie, gdy kolega będzie miał pensjonat w Hiszpanii, moze uda się nam pojechać tam na wakacje.
Wtedy, gdy byliśmy prawie pewni, ze ten hotel juz jest wybudowany, pojawił sie u nas Europejczyk.
Wesolutki jak szczygiełek bo....pozbył sie kłopotu, sprzedał prawie gotowy hotel i jeszcze na tym zarobił. Był jeszcze jeden powód do radości - żona go porzuciła, bo nie odpowiadał jej żywot żony marynarza.
Europejczyk posiedział kilka miesięcy w Polsce, przymierzał się do interesów, ale doszedł do wniosku, że u nas coraz trudniej jest prowadzić jakąkolwiek działalnośc gospodarczą. Przepisów przybyło, niektóre były ze soba sprzeczne, obciązenia pracodawcy stale rosły, fiskus miał nienasycony apetyt, trudny do zaspokojenia.
Pojechał znów do Niemiec, pozałatwiać wszystkie swoje sprawy rodzinne.
Po jakimś czasie dał nam znać, ze znów jest w Hiszpanii, ale tym razem ma firmę budowlaną, bo do Hiszpanii przyjezdza wielu Brytyjczyków , kupują stare domy i remontują je, aby się osiedlić na stałe.
Europejczyk często zatrudniał naszych robotników, bo nasi są słowniejsi niz hiszpańscy. Jakoś mnie to nie dziwiło. Nasi przyjeżdżali tam na krótko, chcieli jak najwięcej zarobić, więc intensywnie pracowali.
Hiszpańscy fachowcy umawiali się "na rano" , ale to rano często wypadało około południa, zaraz potem była przerwa i na budowie zapadała niczym nie zmącona cisza.
Tak właśnie przebiegał remont tej ruiny, która poprzednio kupił Europejczyk.
Przez kilka lat Europejczyk nie dawał znaku życia, jego komórka była nieczynna.
Przyjechał niedawno. Tak samo miły i serdeczny jak zawsze. Już od dość dawna nie remontuje "ruin hiszpańskich".
Prowadzi firmę w Niemczech. Zatrudnia polskich specjalistów, po których sam przyjeżdża do Polski.
A co robił przez ten czas, gdy się nie odzywał? Nie uwierzycie - wędrował po Europie! I to wcale nie samochodem . Najczęściej poruszał się rowerem lub wędrował pieszo, szlakami dawnych kupców. W ten sposób pokonał część "via male" , drogi prowadzącej przez przełęcze alpejskie,
przedreptał Południowy Tyrol, rowerem pojezdził po Hiszpanii i Szwajcarii.
Pytałam go o ten kryzys, czy utrzyma firmę w kryzysie. Tylko się roześmiał.
Nie obawia się kryzysu, nie spłaca kredytów, nie ma żadnych zaległości finansowych.
Nieśmiało zapytałam o życie osobiste - jest sam, bo jakoś żadna z pań nie była zainteresowana czekaniem na niego w samotności w domu lub wędrówką po Europie per pedes lub rowerem.
Ot, prawdziwy Europejczyk.
anabell

czwartek, 29 stycznia 2009

Homo sapiens i androidzi

Czy pamiętacie film Ridleya Scotta "Łowca Androidów"?
Okazuje się, że na naszych oczach zaczyna się tworzenie cywilizacji rodem z tamtego filmu.
Kanadyjski wynalazca, Le Trung, trzydziestotrzyletni Wietnamczyk, wykonał duży krok do największego marzenia futurologów- stworzenia humanoidalnego androida.
Jego dziełem jest pomoc domowa o imieniu Aiko - najbardziej spektakularny i najdroższy cud współczesnej cybernetyki.
Aiko wygląda z daleka jak oryginalna Azjatka. Ma idealne wymiary, piękny uśmiech i zadbane , ciemne włosy. Jej zdolności mogą przyprawić każdego o zawrót głowy. Potrafi bowiem rozpoznawać twarze, wypowiada 13 tysięcy zdań, podczas przejażdżki może być przenośnym GPS-em lub funkcjonalnym laptopem.
Ponadto -nie musi jeść, nie odmawia wykonania poleceń i nie narzeka.
No i jeszcze coś, czym wprawia w zachwyt wszystkich panów - nie odczuwa zupełnie potrzeby ciągłego chodzenia na zakupy i wydawania pieniędzy.
Konstruktor podkreśla w wywiadach, że wciąż jest to wersja niedoskonała i niestety konieczne są dalsze nakłady finansowe., by ją ulepszyć, np. sprawić by Aiko poruszała sie jak człowiek.
Wszyscy odnoszą wrażenie, że wynalazca traktuje swój wynalazek jak kogoś bardzo bliskiego. Aiko każdego ranka czyta mu najciekawsze artykuły z gazet, a gdy wraca z pracy, towarzyszy przy kolacji.
Le Trung uważa, że można tak przeprojektować oprogramowanie jego wynalazku, aby Aiko stała sie również - patrnerem seksualnym. I co wtedy?
Bo czy mozliwe jest w naszej rzeczywistości realne uczucie między człowiekiem a androidem?
Wynalazek pana Le rodzi kluczowy dla naszej cywilizacji precedens, gdyż balansuje niezwykle blisko granicy, po przekroczeniu której nastąpi powszechna zgoda na związki Homo Sapiens z androidami.
Skutków takiego wydarzenia nie sposób sobie nawet dziś wyobrazić.
Znani futurolodzy przewiduja, ze juz za 20 lat "sztuczna inteligencja" moze osiągnąć poziom świadomości równy człowiekowi, by potem zdominowac nasz gatunek na zawsze.
W takiej sytuacji każde przesuwanie wspomnianej bariery musi być podejmowane z rozwagą i spokojem.
Pomyślałam od razu o jednym z blogujących, który tak pięknie pisze "porady"o tym, jak wytrzymać z kobietą.
I wiecie co, mam nadzieję, że nie dotrwam do czasu, gdy konkurentkami kobiet staną się -
androidki. Brrr.. okropieństwo!
anabell

niedziela, 25 stycznia 2009

Limit wieku?

Dziś zupełnie "babski" temat , tak dla odmiany.
Zadzwoniła do mnie przyjaciółka, z prośbą, bym koniecznie do niej przyjechała bo musimy się razem wybrać do Halinki. Owa Halinka mieszka niedaleko mojej przyjaciółki i wiem, że ostatnio nie wychodzi z domu, bo jest po operacji.
Po ponad godzinnej jezdzie miejskim autobusem dotarłam na miejsce. Moja przyjaciółka nie mogla się mnie wprost doczekać, stała w oknie i machała do mnie ręką. Troche to było dziwne.Gdy weszłam do mieszkania zaciągnęła mnie do swego pokoju i starannie zamknęła drzwi, żeby jej mąż nie słyszał naszej rozmowy.
- Z Haliną jest zle , poinformowała mnie ściszonym głosem. Po plecach przeszedł mi dreszcz, bo wyobraziłam sobie, że pewnie wykryto u Haliny jakąś sprawę nowotworową.
- No a co mówią lekarze? zapytałam zaniepokojona.
-A co mają do tego lekarze? odpowiedziała mi pytaniem, co wprawiło mnie w absolutne zdumienie.
- Ona się zakochała! Zwariowała dla jakiegoś młodego faceta! Ona gotowa wyjść za niego!
Moja miła przyjaciółka wyrzucała z siebie krótkie zdania głosem przyciszonym (aby jej mąż nic nie usłyszał) , nie mniej dość zgorszonym.
Zaczęłam się śmiać, bo poczułam ulgę, że nic złego się nie dzieje. Alicja wpatrywała się we mnie wzrokiem bazyliszka.
-Nie rozumiem co cię tak cieszy, to przeciez tragedia! On jest od niej dużo młodszy, z 15 lat!
Musimy jej to wybić z głowy, w tym wieku nie powinna się zakochiwać, a zwłaszcza w człowieku młodszym od niej, podsumowała Alicja.
Tu muszę coś wyjaśnić - Halinka jest od klkunastu lat wdową, dzieci nie ma i wiele razy skarżyła się na samotność. W ramach wydobywania się z poczucia samotności zaczęła uczęszczać na spotkania do osiedlowego klubu seniora. Tam właśnie poznała owego pana. Rzeczywiście jest od niej 15 lat młodszy, ale Halinka zupełnie nie wygląda na swoje lata, jest miłą, dowcipną kobietą, lubi chodzić na klubowe potańcówki, a odkąd zaczęła wychodzić z domu, ubyło jej lat.
Poszłyśmy z Alicją do Halinki, upewniwszy się przedtem, czy jest sama w domu. Była sama i nawet ucieszyła się naszym przyjściem.
Była zajęta szykowaniem jakiejś owocowej sałatki, bo za godzinę miał przyjść ów powód niepokojów Alicji. Halinka nie ukrywa, że jest z tym panem w bliskich stosunkach. On doskonale wie, ile ona ma lat i wcale mu to nie przeszkadza.
Mają wspólne zainteresowania, chodzą do kina, na wystawy, chodzą na długie spacery albo oglądaja razem program TV lub wdają się w dyskusje. Weekendy przeważnie spedzają razem, w jej mieszkaniu. On też jest wdowcem, ale ma syna, który jest już żonaty.
Halina nie nazywa tego jakąś romantyczną, szaloną miłością. Oboje maja romantyczne młodzieńcze uniesienia poza soba, to uczucie jest oparte na przyjazni.
Być może postanowią razem spędzić następne lata i prawdopodobnie wezmą ślub. Łatwiej jest żyć "na stare lata" razem niż samemu.
Znają się dopiero 2 lata a Halinie się nie spieszy.
Pożegnałyśmy się przed upływem godziny i poszłyśmy na spacer.
Alicja w dalszym ciągu uważa, że " w pewnym wieku" należy zrezygnować z uczuć, bo nie wypada zakochiwać się na starość, zwłaszcza w człowieku młodszym od siebie.
Przypomniałam jej tylko jak to wyglądało pod względem wiekowym w mojej rodzinie - po rozwodzie moi rodzice wybrali : ojciec- kobietę starsza od siebie o 8 lat, a trzeci mąż mojej matki był od niej młodszy o 13 lat.
A moja kuzynka, gdy owdowiała, wyszła ponownie za mąż w wieku 67 lat, za człowieka ,który był jej pierwszą miłością.
Bo według mnie uczucia nie są limitowane wiekiem.
A co Wy o tym sądzicie?
anabell

sobota, 24 stycznia 2009

Gorąca prośba

Kochani Blogowi Goście!
W Klinice, w Zabrzu, mały Kacperek oczekuje pomocy. Życie może mu uratować jedynie przeszczep serca. Klinika w Berlinie podejmie się tej operacji, lecz potrzebne na to są pieniądze.
Bliższe informacje o Kacperku znajdziecie na:

http://pomozkacperkowi.pl

Proponuję, aby każdy z moich gości umieścił ten adres na swoim blogu.
Każdy z nas ma wielu odwiedzających, wszak liczna jest społeczność blogowiczów.
Pomóżmy uratować Kacperkowi życie.

anabell

piątek, 23 stycznia 2009

Obejrzałam bardzo ciekawy film dokumentalny. Film bez ani jednego dialogu, skromne , niezauważalne tło muzyczne, pełna gama dzwięków natury. Film był nakręcony w amazońskiej dżungli.
We wstępie realizatorzy podali, że nie mogą ujawnić ani dokładnego miejsca, w którym był film nakręcony, ani nazwy plemienia, które zostało sfilmowane, ponieważ jest to ostatnia grupa etniczna, nie mająca kontaktu z dzisiejszą cywilizacją i tak powinno jak najdłużej pozostać.
Trochę był ten film trudny w odbiorze, bo nikt nic nie tłumaczył, nie wyjasniał kto kim jest.
Filmy o Amazonii, które dotychczas oglądałam pokazywały owych na wpół dzikich Indian, których kontakt z cywilizacja sprowadzał się do używania plastikowych pojemników na wodę, noszeniu podartych podkoszulków, zasłanianiu "nieprzyzwoitych" części ciała.
Ci Indianie byli jednak inni - na wodę mieli tykwy, jakieś gęsto splatane pojemniki, wyścielane dużymi liśćmi. Właściwie wszyscy byli nadzy, bo trudno róznego rodzaju ozdobne plecionki nazwać ubraniem. Wszystkie kobiety i dzieci miały skórę pokrytą jakąś kremową substancją w kolorze terakoty. Dzieci miały równiez pokryte nią główki. Wyglądało to niesamowicie. W dalszym ciągu filmu nastąpiło wyjaśnienie, czym pokryte są ich ciała.
Wszystkie kobiety i dzieci chodziły w określone miejsce, z którego wydobywano tłustą, czerwona glinkę. Przed nałożeniem nowej warstwy stara była dokladnie zmywana. Kobiety pomagały sobie wzajemnie przy nakładaniu owego kosmetyku. Mam wrazenie, ze była to ochrona przed insektami. W czasie tej "operacji" wszystkie kobiety wyglądały na bardzo szczęśliwe i zrelaksowane. Potem wracały do wsi , o ile można nazwać wsią 3 chaty zbudowane z trzciny i jakichś gałezi. Część z nich oddalała się od wioski i zabierała starsze dzieci, każda miała jakis koszyk na plecach , oraz coś w rodzaju siatki przywiązanej wokół talii, w ręce dość gruby patyk, niektóre zaś długie kije.
Nie wiem skąd wiedziały, w którym miejscu kopać, bo na moje oko te wykopywane bulwy mogły być pod każdym krzakiem. Inne , tymi długimi kijami starały się naginac gałęzie, z których zrywały liście , a z niektórych gałęzi owoce.Zabawne, gdy oglądasz film i nie jestes w stanie rozpoznac jakie to owoce zbierają.
Następna scena to znowu ta wioska. Mężczyzni zajęci zdobieniem twarzy. Oczywiście malują się nawzajem, lusterko rzecz nieznana. Z pewnością nie jest to "makijaż" wojenny, ale ma jakieś rytualne znaczenie. Za chwilę mężczyzni i młodzi chłopcy wyruszają w las, myślę, że idą na polowanie, mają ze sobą łuki. A więc owe malunki miały pomóc w polowaniu.
Kobiety wspólnie zabieraja sie do przygotowywania jakiegoś posiłku. I w tym miejscu pełne zaskoczenie- one mają coś pośredniego między nożem a maczetą. A więc jest jakis kontakt z cywilizacją. Gdy patrzę jak męczą się obłupywaniem tych twardych bulw, myślę, że zawsze
kobietom trafiały się ciężkie prace. A potem wrzucają te posiekane bulwy do naczynia zrobionego chyba z pnia drzewa wydrążonego w środku i zaczynają ubijać grubym drągiem.
Stoją we trzy, każda ma własny drąg, tłuką na zmianę. To młode kobiety, mają pogodne twarze, krótkie kręcone włosy, w uszach jakieś ozdoby, wyglądające jak duże pestki. Ich wielkośc kojarzy mi sie z pestką awokado . To co zwraca uwagę to mała ilość niemowląt. Nie wiem dlaczego, na filmach dotąd oglądanych było zawsze sporo maluchów. Zreszta cała ta wioska jest nieliczna, nie mogę się zorientować ile właściwie jest tych osób.
Kamera usiłuje zaglądnąć do wnętrza chaty, ale w tym momencie wyrasta przeszkoda w postaci bardzo starej kobiety, która robi reką taki ruch, jakby odganiała muchę. Ta kobieta nie jest pomalowana gliną, ma ciemną, bardzo pomarszczona skórę, kolorem przypominającą łupinę orzecha. Ale na jej twarzy nie widac złości czy tez zniecierpliwienia. Twarz wprawdzie tonie w głębokich zmarszczkach, ale jest łagodna, nieomal uśmiechnięta.
Zreszta wszyscy sfilmowani Indianie wyglądaja na spokojnych, łagodnych ludzi. Wszystko co się tu dzieje jest wykonywane bez pośpiechu, nikt nikogo nie pogania, nie rozmawiaja ze sobą zbyt dużo. Zdają sie zupełnie nie zauważać kamery. Do wioski wracaja mężczyzni - do długiego kija, który niosą dwaj męzczyzni, przwiązane są dwie martwe małpy.
Oszczędzono widzom widoku szykowania posiłku z małp.
Ostatnia scena to wspólny, wieczorny posiłek przy niewielkim ognisku.
Pomyślałam ,że własciwie każdy kontakt tzw. "ludów prymitywnych" z cywilizacja białych nie był dla nich korzystny. Wiele plemion niemal wyginęło, bo zmiotły ich choroby przywleczone przez nieproszonych gości.
Nikt nie zadawał sobie trudu dokładnego poznania owych "prymitywnych " plemion, a przecież one funkcjonowały, miały własny ustalony porządek działania, swego wodza, określone rytuały na każdą okazję. A że ich obyczaje były dla "cywilizowanych" zupełnie niezrozumiałe to nie dowód, że były niewłaściwe. Siłą narzucano inne obyczaje, wprowadzano nowe porządki. Niekiedy tych "dzikich tubylców " po prostu zabijano, przepędzano, więziono, tak jak w Ameryce lub Australii. Myślę, że gdyby wykazano więcej cierpliwości i wyrozumiałości to trwające obok siebie nawet bardzo różne cywilizacje wymieszałyby się, z większą korzyścia dla tych
"prymitywnych".
Brat mojej matki, przez wiele lat był polskim attache handlowym w jednym z krajów afrykańskich. Był zafascynowany Afryką, na urlopy nie przyjeżdzał do Polski, zwiedzał Afrykę.
Zachwycał się afrykańskimi legendami, obyczajami, sztuką.
Gdy już po jego powrocie rozmawiałam z nim na temat Afryki powiedział, że ekspansja białego człowieka jest zgubą tego kontynentu. W tym okresie jeszcze nie było tam wojen, nie wszystkie kraje były niepodległe. Ale wujek właśnie w owej niepodległości upatrywał zarzewie wszelkiego zła. Uważał, że i do niepodległości i do demokracji każdy naród musi dojrzeć , a jest to proces bardzo powolny, który musi trwać przynajmniej sto lat. Nagłe przekształcenie przeważnie kończy się rewoltą, wojną domową, kłopotami gospodarczymi. Chyba wypowiedział to w złą godzinę. To wszystko właśnie mamy w Afryce. Dziż już wujka nie ma wśród nas i czasem myślę, że to dobrze - serce by mu pękło z bólu, gdyby słuchał tych wszystkich wiadomości napływających z "Czarnego Kontynentu."
anabell