Jacek W. przyszedł do rodziców Doroty w sobotę wieczorem. Chyba podjął jakieś
starania by wyglądać nieco staranniej. Zamiast uczesania typu "wronie gniazdo"
miał krótko przycięte włosy, na nogach zamiast adidasów tkwiły całkiem czyste,
zamszowe mokasyny. Stroju dopełniały sztruksy i niepowyciągana sportowa
bluza. Pryszcze pozostały bez zmian.
Aśka doceniła te jego starania. Na początku Pan Domu przegonił Młodszą z jej
pokoju i tam się rozsiadł z Jackiem W.
O czym rozmawiali przez ponad pół godziny, zostało ich słodką tajemnicą.
Jedynie, gdy juz wychodzili z pokoju, podsłuchująca Młodsza usłyszała- "pamiętaj, znajdę
cię nawet na antypodach" -zapewniał Jacka W. Pan Domu.
Rodzice poinformowali Dorotę i Jacka W., że oczywiście wierzą w ich szczere uczucia.
Mogą być parą, ale ślub będzie wchodził w grę dopiero po maturze Doroty.
A teraz niech dają dowód swej dorosłości tym, że nie zmajstrują dziecka. Dorota oczywiście dostanie pieniądze na wakacje, rodzice sami załatwią im lokum w Zakopanem w miejscu,
gdzie będzie również wyżywienie.
Jacek W. siedział cichutko, trzymając Dorotę za rękę. Gdy rodzicielskie expose zostało
juz zakończone, Jacek W. powiedział lekko się zacinając - jesteście państwo bardzo
wyrozumiałymi i nowoczesnymi ludzmi. Jasne, że nie zrobię Dorocie żadnej krzywdy, ja
naprawdę ją kocham.
Dorota, w gruncie rzeczy zaskoczona nieco reakcją rodziców, dziękowała im. Spodziewała
się,że będzie musiała ostro walczyć o siebie i Jacka W., a tu nagle okazuje się, że jest
wszystko w porządku - zero awantury, zero zakazu, no istny Wersal.
Oczywiście Aśka jeszcze tego samego wieczoru przepytała córkę w jaki sposób się
zabezpiecza, pochwaliła ją za wizytę u lekarza razem z Jackiem W. i poradziła, by
namówiła Jacka na wizytę u dermatologa i kosmetyczki. Wizytę u kosmetyczki opłaciła
z góry, bez wiedzy Jacka W.
Młodzi spędzili w górach całe dwa miesiące. W sierpniu zjechali do Zakopanego na tydzień
Aśka i Pan Domu.
Dorota szczęśliwie zdała w następnym roku maturę i egzaminy na uczelnię. Ciche nadzieje
Aśki, że młodzi się sobą znudzą i ślub im wywietrzeje z głowy spełzły na niczym.
Dorota parła do ślubu niczym koń do stajni. A ten wielki chłopak słuchał się jej ślepo.
Ślub był tzw. cichy, czyli tylko cywilny i tylko rodzice i rodzeństwo młodych a i tak
uzbierała się spora gromadka.
Przez pierwszy rok młodzi mieszkali z rodzicami Doroty. A potem Jacek W. doznał
bardzo ciężkiej kontuzji kręgosłupa i kilka miesięcy spędził na rehabilitacji w szpitalu
ortopedycznym. Dość długo nie było wiadomo, czy będzie chodził. Przez ten cały czas
Dorota mieszkała z rodzicami, co drugi dzień jeżdżąc do męża. W dni, w które nie
mogła przyjechać bywała tam Aśka lub Pan Domu.
Oczywiście Jacek W. musiał zerwać ze sportem, studia które rozpoczął przestały mieć sens.
Musiał się czym prędzej przekwalifikować na inny kierunek - z trenerskiego przeszedł na
rehabilitację.
Gdy Jacek W. pisał pracę magisterską, dowiedział się, że zostanie ojcem. Miał wielce
mieszane uczucia, bo bał się, że nie poradzi sobie w nowej sytuacji.
Miał wprawdzie zapewnioną pracę w klinice, w której spędził wiele miesięcy jako
pacjent, ale musiał się liczyć z faktem, że pełnej sprawności już nie odzyska.
Miał żal do Doroty, że sama podjęła decyzję w tej sprawie, ale żal minął gdy pierwszy raz
wziął na ręce swą maleńką córeczkę.
Jacek W. zupełnie niespodziewanie zmarł w 36 wiośnie życia Jechał rowerem i zleciał
z roweru, bo podbiło mu koło na jakimś korzeniu. Pozbierał się, doszedł do domu i w nocy
zmarł. Okazało się, że żył z bombą zegarową - miał tętniaka w mózgu. I dobrze o tym
wiedział, bo potem Dorota znalazła jego wyniki badań, których jej nigdy nie pokazał.
Aśka, która w końcu traktowała zięcia niczym swe kolejne dziecko bardzo rozpaczała.
W cztery lata pózniej Dorota ponownie wyszła za mąż. Ale już nie za sportowca.
KONIEC
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Miłość bywa.... cz.II
Ale miłość Doroty do wielkiego, pryszczatego osobnika jakoś nie mijała. Aśka i jej mąż
bardzo byli tym zaniepokojeni, bo Dorota w następnym roku szkolnym miała zdawać
maturę. Na razie jej miłość do koszykarza nie miała większego wpływu na jej wyniki
w szkole.
Byli przekonani, że wakacyjny wyjazd obu sióstr do szkoły językowej w Anglii, nowe
towarzystwo, mieszkanie u dalekiej kuzynki w Londynie, automatycznie wyleczą
Dorotę z fascynacji koszykarzem.
Zdobyli się nawet na szczyty rodzicielskiej wyrozumiałości i zaprosili Jacka W. na
urodzinową kolację Pana Domu.
Nie była to żadna wielka feta, Aśka zrobiła dużą ilość zapiekanki makaronowej z szynką,
a potem podała tort czekoladowy z wiśniami, który zrobiła jej najlepsza przyjaciółka.
Pan Domu bezskutecznie usiłował wydobyć z Jacka W. nieco inne dzwięki niż krótkie
"tak, nie, yhm". Ale gdy na stole wylądował tort i lekkie półsłodkie wino, z ust Jacka W.
padło ciche westchnienie : "szkoda, że nie ma piwa".
Rodziców Doroty z lekka zatkało, ale Młodsza spojrzała się na Jacka W. i powiedziała:
"w tym domu nie pije się piwa- to po pierwsze, po drugie do tortu piwo nie pasuje."
Jacek W. z lekkim wstrętem na twarzy wypił dwa łyki wina - a gdy odstawiał kieliszek
wszystkim się zdawało, że w kieliszku był kwas solny, a nie wino.
Po odstawieniu kieliszka zerknął na swój zegarek wielkości małego budzika i oświadczył:
"miło było, ale muszę już iść".
Z hurgotem odsunął swoje krzesło, wstał, powiedział wszystkim "no to do zobaczenia"
i pożeglował do przedpokoju.
Dorota oczywiście zerwała się również od stołu by obiekt swych uczuć odprowadzić.
A rodzice przypatrywali się, gdy Jacek W. szeroko rozstawiając nogi i lekko się kołysząc
przemierzał odległość między pokojem a drzwiami wyjściowymi.
Faktycznie- pomyślała Aśka- idzie jakby miał pieluchę w spodniach.
Po pół godzinie wróciła Dorota i już od drzwi zaczęła wrzeszczeć na Młodszą , że swą
wypowiedzią uraziła Jacka W.
Młodsza z kolei wyraziła swą niepochlebną opinię o intelekcie Jacka W. i już po chwili
siostry przerzucały się niewybrednymi inwektywami.
Pan Domu przywołał córki do rzeczywistości wrzasnąwszy "ciszaaa!"
Przez kilka dni siostry ze sobą nie rozmawiały, a wieczorne rozmowy sypialniane rodziców
zdominował temat : "jak wyeliminować Jacka W. z życia Doroty".
Aśka proponowała, by to Pan Domu zaprosił Jacka W. na poważną, męską rozmowę.
Powinieneś mu powiedzieć- perorowała Aśka- by powstrzymał się z zawracaniem Dorocie
głowy przynajmniej do czasu aż ona zda maturę i egzaminy na uczelnię. Może on wcale
nie jest taki głupi na jakiego wygląda.
A ja z kolei postaram się wyciągnąć Dorotę na zwierzenia - trzeba przed wyjazdem do
Anglii nieco uzupełnić jej garderobę, więc wybiorę się z nią na zakupy.
Na takich zakupach świetnie się gada a zakup fajnych ciuchów na ogół rozwiązuje język.
I świetnie opróżnia się konto z pieniędzy - podsumował Pan Domu, zastanawiając się na
jaką kwotę zostanie trafiony.
Ale w życiu tak już jest, że nawet najlepsze plany "biorą w łeb".
Kilka dni pózniej, po powrocie ze szkoły Dorota oświadczyła Aśce, że ona nie pojedzie
z Młodszą do szkoły językowej. Niech Młodsza jedzie sama- mniej się forsy wyda.
A ona pojedzie do Zakopanego, będzie nocować u górala, więc wyda znacznie mniej
pieniędzy. Nie trzeba będzie wydać forsy na jej bilet lotniczy i na zajęcia w szkole.
Do Zakopanego pojedzie autokarem razem z koszykarzami - bo Jacek W. jedzie na
cały lipiec na obóz właśnie do Zakopanego. On będzie mieszkał w ośrodku sportowym,
a ona u górala na Bystrem.
I niech sobie rodzice nie wyobrażają, że ona pojedzie do tej Anglii. Mowy nie ma.
Aśkę zatkało - patrzyła na córkę, czując, że ma wielką ochotę walnąć dziewczynę w
głowę, by oprzytomniała. Zamiast tego powiedziała niemal spokojnie - porozmawiamy
na ten temat, gdy wróci z pracy ojciec. A teraz idz się uczyć.
Gdy Dorota zniknęła w swoim pokoju Aśka zatelefonowała do męża, by uprzedzić go,
co czeka ich wieczorem.Tylko pamiętaj - nie mów nic, dopóki ona sama drugi raz tego
samego nie powie, instruowała męża. No cóż, wieczór zapowiadał się interesująco.
Pan domu bardzo szybko zjadł obiad- zupełnie nie czuł głodu i z trudem pokonał
zawartość talerza.
Aśka zaparzyła dla męża i siebie herbatę z melisy , w nadziei, że choć trochę przywróci
im ona nadwątloną równowagę psychiczną i zawołała do pokoju Dorotę. Jednocześnie
poprosiła Młodszą, by ta pozostała w swoim pokoju. Młodsza puściła do Aśki oczko i
wyszeptała: korrida, korrida, ciekawe kto wygra? byk czy torreador?
Gdy zostali w trójkę, Aśka poprosiła Dorotę, by ta powiedziała ojcu, na jaki to pomysł
wpadła. Dorota zaczęła z wysokiego "c", pytając się Pana Domu, czy gdy się już ma
ukończone 18 lat to jest się pełnoletnim człowiekiem odpowiedzialnym za to co sam robi.
Bo ona już 4 miesiące temu uzyskała pełnoletność i dostała Dowód Osobisty i nowy
paszport.
Pan Domu spokojnie odpowiedział - pełnoletność nie jest równoważna z samodzielnością.
Jesteś pełnoletnia, ale na naszym utrzymaniu i w związku z tym nadal za ciebie my
odpowiadamy. A o co chodzi?
Bo ja nie chcę jechać do Anglii razem z Młodszą. Ja chcę jechać na miesiąc do Zakopanego.
Bo chcemy z Jackiem W. być razem. On będzie mieszkał w ośrodku sportowym , ja na
Bystrem u górala. To będzie przecież tańsze niż ten wyjazd do Anglii.
Owszem, zgadzam się, że tańszy, ale znacznie mniej pożyteczny, chyba to sama rozumiesz?
Pan Domu powiedział to z anielskim wprost spokojem.
A tak ogólnie czyj to pomysł- Twój czy Jacka?- zapytał.
Wspólny - naprawdę.
Tato zrozum - my chcemy razem spędzić te wakacje. Ja naprawdę jestem odpowiedzialna.
Nie zafunduję sobie bachora przed maturą. On też o dziecku nie marzy. My po prostu
chcemy być razem, cieszyć się sobą. Zastanawialiśmy się nawet nad ślubem - bo wtedy
moglibyśmy być bez przeszkód razem, a maturę mogłabym zrobić w CKU (centrum
kształcenia ustawicznego). Zrozumcie - my się naprawdę kochamy i po mojej maturze
wezmiemy ślub. I tak już żyjemy ze sobą od jakiegoś czasu, ale wiemy co robić, by
nie było ciąży!
W pokoju zaległa cisza - Aśkę i jej męża zamurowało. Aśka pomyślała, że Dorota musi
być bardzo zdeterminowana, skoro przyznała się , że współżyje z Jackiem W.
I jak jej nie przeszkadzają te jego koszmarne pryszcze?- zastanawiała się bezsensownie.
Przecież wygląda z nimi szkaradnie, nieestetycznie.
A Pan Domu pomyślał- moja maleńka , cudowna córeczka stała się kobietą, a my tego
wcale nie zauważyliśmy.
Dorota, zaproś w najbliższym czasie Jacka W.- muszę z nim porozmawiać- powiedział
cicho Pan Domu.
c.d.n.
bardzo byli tym zaniepokojeni, bo Dorota w następnym roku szkolnym miała zdawać
maturę. Na razie jej miłość do koszykarza nie miała większego wpływu na jej wyniki
w szkole.
Byli przekonani, że wakacyjny wyjazd obu sióstr do szkoły językowej w Anglii, nowe
towarzystwo, mieszkanie u dalekiej kuzynki w Londynie, automatycznie wyleczą
Dorotę z fascynacji koszykarzem.
Zdobyli się nawet na szczyty rodzicielskiej wyrozumiałości i zaprosili Jacka W. na
urodzinową kolację Pana Domu.
Nie była to żadna wielka feta, Aśka zrobiła dużą ilość zapiekanki makaronowej z szynką,
a potem podała tort czekoladowy z wiśniami, który zrobiła jej najlepsza przyjaciółka.
Pan Domu bezskutecznie usiłował wydobyć z Jacka W. nieco inne dzwięki niż krótkie
"tak, nie, yhm". Ale gdy na stole wylądował tort i lekkie półsłodkie wino, z ust Jacka W.
padło ciche westchnienie : "szkoda, że nie ma piwa".
Rodziców Doroty z lekka zatkało, ale Młodsza spojrzała się na Jacka W. i powiedziała:
"w tym domu nie pije się piwa- to po pierwsze, po drugie do tortu piwo nie pasuje."
Jacek W. z lekkim wstrętem na twarzy wypił dwa łyki wina - a gdy odstawiał kieliszek
wszystkim się zdawało, że w kieliszku był kwas solny, a nie wino.
Po odstawieniu kieliszka zerknął na swój zegarek wielkości małego budzika i oświadczył:
"miło było, ale muszę już iść".
Z hurgotem odsunął swoje krzesło, wstał, powiedział wszystkim "no to do zobaczenia"
i pożeglował do przedpokoju.
Dorota oczywiście zerwała się również od stołu by obiekt swych uczuć odprowadzić.
A rodzice przypatrywali się, gdy Jacek W. szeroko rozstawiając nogi i lekko się kołysząc
przemierzał odległość między pokojem a drzwiami wyjściowymi.
Faktycznie- pomyślała Aśka- idzie jakby miał pieluchę w spodniach.
Po pół godzinie wróciła Dorota i już od drzwi zaczęła wrzeszczeć na Młodszą , że swą
wypowiedzią uraziła Jacka W.
Młodsza z kolei wyraziła swą niepochlebną opinię o intelekcie Jacka W. i już po chwili
siostry przerzucały się niewybrednymi inwektywami.
Pan Domu przywołał córki do rzeczywistości wrzasnąwszy "ciszaaa!"
Przez kilka dni siostry ze sobą nie rozmawiały, a wieczorne rozmowy sypialniane rodziców
zdominował temat : "jak wyeliminować Jacka W. z życia Doroty".
Aśka proponowała, by to Pan Domu zaprosił Jacka W. na poważną, męską rozmowę.
Powinieneś mu powiedzieć- perorowała Aśka- by powstrzymał się z zawracaniem Dorocie
głowy przynajmniej do czasu aż ona zda maturę i egzaminy na uczelnię. Może on wcale
nie jest taki głupi na jakiego wygląda.
A ja z kolei postaram się wyciągnąć Dorotę na zwierzenia - trzeba przed wyjazdem do
Anglii nieco uzupełnić jej garderobę, więc wybiorę się z nią na zakupy.
Na takich zakupach świetnie się gada a zakup fajnych ciuchów na ogół rozwiązuje język.
I świetnie opróżnia się konto z pieniędzy - podsumował Pan Domu, zastanawiając się na
jaką kwotę zostanie trafiony.
Ale w życiu tak już jest, że nawet najlepsze plany "biorą w łeb".
Kilka dni pózniej, po powrocie ze szkoły Dorota oświadczyła Aśce, że ona nie pojedzie
z Młodszą do szkoły językowej. Niech Młodsza jedzie sama- mniej się forsy wyda.
A ona pojedzie do Zakopanego, będzie nocować u górala, więc wyda znacznie mniej
pieniędzy. Nie trzeba będzie wydać forsy na jej bilet lotniczy i na zajęcia w szkole.
Do Zakopanego pojedzie autokarem razem z koszykarzami - bo Jacek W. jedzie na
cały lipiec na obóz właśnie do Zakopanego. On będzie mieszkał w ośrodku sportowym,
a ona u górala na Bystrem.
I niech sobie rodzice nie wyobrażają, że ona pojedzie do tej Anglii. Mowy nie ma.
Aśkę zatkało - patrzyła na córkę, czując, że ma wielką ochotę walnąć dziewczynę w
głowę, by oprzytomniała. Zamiast tego powiedziała niemal spokojnie - porozmawiamy
na ten temat, gdy wróci z pracy ojciec. A teraz idz się uczyć.
Gdy Dorota zniknęła w swoim pokoju Aśka zatelefonowała do męża, by uprzedzić go,
co czeka ich wieczorem.Tylko pamiętaj - nie mów nic, dopóki ona sama drugi raz tego
samego nie powie, instruowała męża. No cóż, wieczór zapowiadał się interesująco.
Pan domu bardzo szybko zjadł obiad- zupełnie nie czuł głodu i z trudem pokonał
zawartość talerza.
Aśka zaparzyła dla męża i siebie herbatę z melisy , w nadziei, że choć trochę przywróci
im ona nadwątloną równowagę psychiczną i zawołała do pokoju Dorotę. Jednocześnie
poprosiła Młodszą, by ta pozostała w swoim pokoju. Młodsza puściła do Aśki oczko i
wyszeptała: korrida, korrida, ciekawe kto wygra? byk czy torreador?
Gdy zostali w trójkę, Aśka poprosiła Dorotę, by ta powiedziała ojcu, na jaki to pomysł
wpadła. Dorota zaczęła z wysokiego "c", pytając się Pana Domu, czy gdy się już ma
ukończone 18 lat to jest się pełnoletnim człowiekiem odpowiedzialnym za to co sam robi.
Bo ona już 4 miesiące temu uzyskała pełnoletność i dostała Dowód Osobisty i nowy
paszport.
Pan Domu spokojnie odpowiedział - pełnoletność nie jest równoważna z samodzielnością.
Jesteś pełnoletnia, ale na naszym utrzymaniu i w związku z tym nadal za ciebie my
odpowiadamy. A o co chodzi?
Bo ja nie chcę jechać do Anglii razem z Młodszą. Ja chcę jechać na miesiąc do Zakopanego.
Bo chcemy z Jackiem W. być razem. On będzie mieszkał w ośrodku sportowym , ja na
Bystrem u górala. To będzie przecież tańsze niż ten wyjazd do Anglii.
Owszem, zgadzam się, że tańszy, ale znacznie mniej pożyteczny, chyba to sama rozumiesz?
Pan Domu powiedział to z anielskim wprost spokojem.
A tak ogólnie czyj to pomysł- Twój czy Jacka?- zapytał.
Wspólny - naprawdę.
Tato zrozum - my chcemy razem spędzić te wakacje. Ja naprawdę jestem odpowiedzialna.
Nie zafunduję sobie bachora przed maturą. On też o dziecku nie marzy. My po prostu
chcemy być razem, cieszyć się sobą. Zastanawialiśmy się nawet nad ślubem - bo wtedy
moglibyśmy być bez przeszkód razem, a maturę mogłabym zrobić w CKU (centrum
kształcenia ustawicznego). Zrozumcie - my się naprawdę kochamy i po mojej maturze
wezmiemy ślub. I tak już żyjemy ze sobą od jakiegoś czasu, ale wiemy co robić, by
nie było ciąży!
W pokoju zaległa cisza - Aśkę i jej męża zamurowało. Aśka pomyślała, że Dorota musi
być bardzo zdeterminowana, skoro przyznała się , że współżyje z Jackiem W.
I jak jej nie przeszkadzają te jego koszmarne pryszcze?- zastanawiała się bezsensownie.
Przecież wygląda z nimi szkaradnie, nieestetycznie.
A Pan Domu pomyślał- moja maleńka , cudowna córeczka stała się kobietą, a my tego
wcale nie zauważyliśmy.
Dorota, zaproś w najbliższym czasie Jacka W.- muszę z nim porozmawiać- powiedział
cicho Pan Domu.
c.d.n.
Miłość bywa ślepa i głucha
Natarczywy dzwonek u drzwi wejściowych oderwał Aśkę od maszyny do szycia w chwili
gdy przyszywała lamówkę. Zerknęła na zegar, zastanawiając się, kto to może być.
Według wszelkich praw na ziemi i niebie córki były jeszcze w szkole, mąż w pracy, poza
tym każde z nich miało własny klucz do mieszkania. Idąc do przedpokoju pomyślała, że
raczej za drzwiami nie jest któraś z jej koleżanek, bo przestrzegały zasady, że wpierw
należy się telefonicznie umówić, a nie wpadać do kogoś znienacka.
Otworzyła drzwi wejściowe i oczy jej niemal wyszły na wierzch -na wprost niej stała
jej starsza córka z jakimś pryszczatym, rozczochranym osobnikiem ogromnie wysokim.
Mamuś - to jest Jacuś W., wyjaśniła. Jacek, to jest "moja Stara" - Dorota dokonała swoistej
prezentacji.
Pryszczaty zgiął się w pół i ręką wielkości sporego bochenka chleba pochwycił rękę Aśki
i zbliżył do niej swą pryszczatą twarz. Aśka z trudem powstrzymała się przed wyrwaniem
ręki, ale zapewne i tak nie udała by się jej ta sztuka, bo Jacek W. uchwyt miał mocny -
niemal jak imadło. Na szczęście cmoknął głośno powietrze nad jej dłonią co Aśka przyjęła
z wielką ulgą. W chwili gdy przez moment pochylał się nad jej ręką, Aśka przesłała
córce mordercze spojrzenie, które, nie wiadomo dlaczego, jakoś nie zadziałało.
Dorota stała uśmiechnięta i rozanielona, ze wzrokiem utkwionym w Jacku W., nie widząc
zupełnie matki.
Jacek W. puścił wreszcie rękę Aśki, która opadła niemal bezwładnie. Aśka odsunęła się
nieco w głąb przedpokoju mówiąc - no to wchodzcie dzieci.
Z organu mowy Jacka W. wydobył się tubalny śmiech i słowa- "my już nie dzieci, już
mamy po 18 lat". Dorota pociągnęła go szybko do swego pokoju, starannie zamykając za
sobą drzwi. Aśka zdążyła tylko zauważyć, że Dorota sięgała Jackowi W. z 5 cm powyżej
jego łokcia.
Zamykając drzwi i wracając do przerwanego zajęcia, Aśka zastanawiała się skąd jej córka
wytrzasnęła takiego typa- z całą pewnością nie był to jej kolega ze szkoły. Nawet gdyby
był z innej klasy to też Aśka znałaby go chociaż z widzenia, bo jego wygląd rzucał się
w oczy, a Aśka dość często bywała w szkole swych córek, bo dyrekcja szkoły wprowadziła
zasadę, że raz w miesiącu były spotkania dzieci, nauczycieli i rodziców.
Z pokoju Doroty dobiegały cienkie, radosne dziewczęce piski i tubalny śmieszek jej gościa.
Dorosła wyobraznia Aśki podsuwała jej na myśl, że Jacek W. chyba odkrywa erogenne
strefy ciała jej córki. Jeszcze nigdy nie słyszała, by Dorota wydawała z siebie takie dzwięki.
Nie bardzo wiedząc co zrobić, rozdarła się na cały głos- Dorota, a może coś zjecie?
W pokoju Doroty zaległa cisza, a po chwili do Aśki przyszła jej córka.
Mamuś, co wołałaś?- zapytała. Bo oglądamy mecz, w którym grał Jacek. Jego kolega go
nagrał na kasetę. Aśka bezgłośnie odetchnęła.
Pytałam się czy może chcecie coś zjeść - może ten twój kolega jest głodny? Obiad dopiero
będę szykować, ale może zjecie po kanapce? Zapytam się- szepnęła Dorota i pobiegła do
siebie.
Po chwili wróciła i powiedziała - kanapek nie zje, ale jeśli mamy jakiś makaron to mu ugotuj.
Zje go z masłem i sosem pomidorowym. A ja zjem jogurt, dobrze? Z płatkami owsianymi.
No to wstaw wodę na makaron, ja muszę doszyć tę lamówkę do końca- zarządziła Aśka.
Jak będzie gotowe to was zawołam. Dobrze, ale my zjemy w moim pokoju, nie w kuchni.
W dwadzieścia minut pózniej Dorota przyszła do kuczni, doprawiła sos pomidorowy i dużą
parującą michę makaronu zaniosła do swego pokoju. Po chwili wpadła jeszcze do kuchni
po swój jogurt.
Potem wróciła ze szkoły młodsza latorośl Aśki- była w podłym nastroju, bo nie nauczyła się
wiersza ( no mamo, po prostu zapomniałam) i załapała pałę.
W pierwszym odruchu Młodsza zajrzała do pokoju Doroty, ale natychmiast się wycofała.
Przyszła do kuchni i zapytała- oni już długo tu są? Długo, odpowiedziała Aśka. Na tyle
długo, że ten duży pochłonął już makaron, który ugotowałam dla nas wszystkich -
poinformowała Młodszą Aśka. Młodsza zrobiła mądrą minę - nic dziwnego, to sportowiec, koszykarz.
Z waszej szkoły? - dopytywała się Aśka. Nie, on już chyba jest na AWF-ie. Nie wiem co
Dorota w nim widzi - on jest zwyczajnie brzydki. I tak dziwnie chodzi, szeroko rozstawia
nogi, jakby miał pełne gacie- Młodsza na obiekcie westchnień swej siostry nie zostawiła
nawet jednej suchej nitki. I chyba jakiś głupi - mądry to by grał w tenisa i gdyby był dobry
zarobiłby kupę forsy. Młodsza , jak zwykle, wykazała się zmysłem praktycznym.
Nim wrócił z pracy mąż Aśki, Jacek W. wykrzyknął z przedpokoju głośne "do zobaczenia",
a Dorota wpadła do kuchni informując matkę, że wychodzi razem z Jackiem, który musi
jechać na trening, ale ona zaraz wróci, tylko go odprowadzi do tramwaju.
A on sam nie trafi do tego przystanku, Dorocia musi go zaprowadzić i wskazać do którego
tramwaju ma wsiąść, żeby dojechać na miejsce- wyzłośliwiła się Młodsza. Na tym AWF
same głąby studiują- kontynuowała.
Nie głąby, ale ludzie mający zacięcie sportowe - poprawiła ją Aśka. I co ty taka złośliwa
się zrobiłaś? Zazdrościsz siostrze chłopaka?
Młodsza prychnęła - mama, ty chyba żartujesz. Jak go poznasz bliżej- zrozumiesz.
A ty go już poznałaś bliżej? -dopytywała się Aśka. Coś jakby - usiłowałam nawet z nim
rozmawiać, ale się nie da. Dorocia zna go już z pół roku. Doszłam do wniosku, że moja
starsza siostra robi się coraz głupsza - posumowała sprawę Młodsza.
Wieczorem o całej sprawie Aśka poinformowała swego męża.
Przejdzie jej, pocieszał Aśkę- przecież to w gruncie rzeczy mądra dziewczyna.
c.d.n.
gdy przyszywała lamówkę. Zerknęła na zegar, zastanawiając się, kto to może być.
Według wszelkich praw na ziemi i niebie córki były jeszcze w szkole, mąż w pracy, poza
tym każde z nich miało własny klucz do mieszkania. Idąc do przedpokoju pomyślała, że
raczej za drzwiami nie jest któraś z jej koleżanek, bo przestrzegały zasady, że wpierw
należy się telefonicznie umówić, a nie wpadać do kogoś znienacka.
Otworzyła drzwi wejściowe i oczy jej niemal wyszły na wierzch -na wprost niej stała
jej starsza córka z jakimś pryszczatym, rozczochranym osobnikiem ogromnie wysokim.
Mamuś - to jest Jacuś W., wyjaśniła. Jacek, to jest "moja Stara" - Dorota dokonała swoistej
prezentacji.
Pryszczaty zgiął się w pół i ręką wielkości sporego bochenka chleba pochwycił rękę Aśki
i zbliżył do niej swą pryszczatą twarz. Aśka z trudem powstrzymała się przed wyrwaniem
ręki, ale zapewne i tak nie udała by się jej ta sztuka, bo Jacek W. uchwyt miał mocny -
niemal jak imadło. Na szczęście cmoknął głośno powietrze nad jej dłonią co Aśka przyjęła
z wielką ulgą. W chwili gdy przez moment pochylał się nad jej ręką, Aśka przesłała
córce mordercze spojrzenie, które, nie wiadomo dlaczego, jakoś nie zadziałało.
Dorota stała uśmiechnięta i rozanielona, ze wzrokiem utkwionym w Jacku W., nie widząc
zupełnie matki.
Jacek W. puścił wreszcie rękę Aśki, która opadła niemal bezwładnie. Aśka odsunęła się
nieco w głąb przedpokoju mówiąc - no to wchodzcie dzieci.
Z organu mowy Jacka W. wydobył się tubalny śmiech i słowa- "my już nie dzieci, już
mamy po 18 lat". Dorota pociągnęła go szybko do swego pokoju, starannie zamykając za
sobą drzwi. Aśka zdążyła tylko zauważyć, że Dorota sięgała Jackowi W. z 5 cm powyżej
jego łokcia.
Zamykając drzwi i wracając do przerwanego zajęcia, Aśka zastanawiała się skąd jej córka
wytrzasnęła takiego typa- z całą pewnością nie był to jej kolega ze szkoły. Nawet gdyby
był z innej klasy to też Aśka znałaby go chociaż z widzenia, bo jego wygląd rzucał się
w oczy, a Aśka dość często bywała w szkole swych córek, bo dyrekcja szkoły wprowadziła
zasadę, że raz w miesiącu były spotkania dzieci, nauczycieli i rodziców.
Z pokoju Doroty dobiegały cienkie, radosne dziewczęce piski i tubalny śmieszek jej gościa.
Dorosła wyobraznia Aśki podsuwała jej na myśl, że Jacek W. chyba odkrywa erogenne
strefy ciała jej córki. Jeszcze nigdy nie słyszała, by Dorota wydawała z siebie takie dzwięki.
Nie bardzo wiedząc co zrobić, rozdarła się na cały głos- Dorota, a może coś zjecie?
W pokoju Doroty zaległa cisza, a po chwili do Aśki przyszła jej córka.
Mamuś, co wołałaś?- zapytała. Bo oglądamy mecz, w którym grał Jacek. Jego kolega go
nagrał na kasetę. Aśka bezgłośnie odetchnęła.
Pytałam się czy może chcecie coś zjeść - może ten twój kolega jest głodny? Obiad dopiero
będę szykować, ale może zjecie po kanapce? Zapytam się- szepnęła Dorota i pobiegła do
siebie.
Po chwili wróciła i powiedziała - kanapek nie zje, ale jeśli mamy jakiś makaron to mu ugotuj.
Zje go z masłem i sosem pomidorowym. A ja zjem jogurt, dobrze? Z płatkami owsianymi.
No to wstaw wodę na makaron, ja muszę doszyć tę lamówkę do końca- zarządziła Aśka.
Jak będzie gotowe to was zawołam. Dobrze, ale my zjemy w moim pokoju, nie w kuchni.
W dwadzieścia minut pózniej Dorota przyszła do kuczni, doprawiła sos pomidorowy i dużą
parującą michę makaronu zaniosła do swego pokoju. Po chwili wpadła jeszcze do kuchni
po swój jogurt.
Potem wróciła ze szkoły młodsza latorośl Aśki- była w podłym nastroju, bo nie nauczyła się
wiersza ( no mamo, po prostu zapomniałam) i załapała pałę.
W pierwszym odruchu Młodsza zajrzała do pokoju Doroty, ale natychmiast się wycofała.
Przyszła do kuchni i zapytała- oni już długo tu są? Długo, odpowiedziała Aśka. Na tyle
długo, że ten duży pochłonął już makaron, który ugotowałam dla nas wszystkich -
poinformowała Młodszą Aśka. Młodsza zrobiła mądrą minę - nic dziwnego, to sportowiec, koszykarz.
Z waszej szkoły? - dopytywała się Aśka. Nie, on już chyba jest na AWF-ie. Nie wiem co
Dorota w nim widzi - on jest zwyczajnie brzydki. I tak dziwnie chodzi, szeroko rozstawia
nogi, jakby miał pełne gacie- Młodsza na obiekcie westchnień swej siostry nie zostawiła
nawet jednej suchej nitki. I chyba jakiś głupi - mądry to by grał w tenisa i gdyby był dobry
zarobiłby kupę forsy. Młodsza , jak zwykle, wykazała się zmysłem praktycznym.
Nim wrócił z pracy mąż Aśki, Jacek W. wykrzyknął z przedpokoju głośne "do zobaczenia",
a Dorota wpadła do kuchni informując matkę, że wychodzi razem z Jackiem, który musi
jechać na trening, ale ona zaraz wróci, tylko go odprowadzi do tramwaju.
A on sam nie trafi do tego przystanku, Dorocia musi go zaprowadzić i wskazać do którego
tramwaju ma wsiąść, żeby dojechać na miejsce- wyzłośliwiła się Młodsza. Na tym AWF
same głąby studiują- kontynuowała.
Nie głąby, ale ludzie mający zacięcie sportowe - poprawiła ją Aśka. I co ty taka złośliwa
się zrobiłaś? Zazdrościsz siostrze chłopaka?
Młodsza prychnęła - mama, ty chyba żartujesz. Jak go poznasz bliżej- zrozumiesz.
A ty go już poznałaś bliżej? -dopytywała się Aśka. Coś jakby - usiłowałam nawet z nim
rozmawiać, ale się nie da. Dorocia zna go już z pół roku. Doszłam do wniosku, że moja
starsza siostra robi się coraz głupsza - posumowała sprawę Młodsza.
Wieczorem o całej sprawie Aśka poinformowała swego męża.
Przejdzie jej, pocieszał Aśkę- przecież to w gruncie rzeczy mądra dziewczyna.
c.d.n.
niedziela, 31 maja 2015
Mezalians -cz.III
Susząc włosy, a było co suszyć, bo było ich dużo i były już długie, Iwona nadal rozmyślała
nad swym małżeństwem Dość często była niemile zaskoczona zachowaniem Piotra - były
to co prawda drobiazgi, ale przecież życie składa się właśnie z drobiazgów.
Nie mieli jeszcze własnego mieszkania, ale bardzo wiekowa ciotka Iwony, która już sama
nie mogła mieszkać, zostawiła im swe mieszkanie, wyjeżdżając do swego syna.
Była to dla nich duża pomoc, płacili tylko niewysoki czynsz oraz media.
Gdyby nie to, musieli by mieszkać albo z rodzicami Iwony albo wynająć gdzieś kawalerkę.
Piotr wcale nie był tym zachwycony- nie podobały mu się stylowe meble i obrazy
oprawione w pozłacane ramy. "Strasznie drobnomieszczańskie to mieszkanie- orzekł.
I co z tego, że to obrazy Kossaka, nie podobają mi się".
Iwona pod pretekstem, że boi się by obrazy nie uległy jakiemuś uszkodzeniu, lub kradzieży
gdy całymi dniami nikogo nie ma w domu, opakowała je starannie i zawiozła do mieszkania
swoich rodziców. W ich miejsce powiesiła modne w tym czasie plakaty. Każde spojrzenie
na ścianę w dziennym pokoju przyprawiało ją o ból zębów. Gdy Piotr wyjechał na kilka dni
w delegację, ściągnęła je i z pomocą kuzyna pomalowała ściany w pokoju, by wyrównać
koloryt ścian.
O, teraz lepiej tu wygląda gdy pomalowałaś te ściany - skonstatował Piotr po powrocie.
Wolę takie białe niż żółtawe. Iwona chciała mu powiedzieć, że tamte były w kolorze ecru,
ale ugryzła się w język uświadamiając sobie, że większość facetów to daltoniści.
Nie podejrzewała, że susząc włosy można sobie tyle spraw przypomnieć. Przed oczami
przeleciała jej scenka z kwiatami- Iwona była przyzwyczajona, że w jej domu na stole
zawsze stał wazon z ciętymi kwiatami. Nie były to jakieś drogie, kwiaciarniane bukiety, ale
sezonowe kwiaty, kupowane na bazarze.
Gdy pierwszy raz przyniosła do domu bukiet różnobarwnych astrów Piotr był ciekawy
skąd te kwiaty.
No jak to skąd, kupiłam po drodze, stała babina z kwiatami i kupiłam- wyjaśniła mężowi.
Piotr spojrzał na nią jak na wariatkę i powiedział- och baby, baby- matka kupowała zawsze
jakieś plastikowe, a ty naturalne i oczywiście obie mówicie, żeby było w domu milej.
Twoje zwiędną za kilka dni, a tamte po tygodniu były zakurzone. Głupie pomysły i tyle.
To wszystko były drobiazgi, w sprawach zasadniczych zgadzali się ze sobą.
Ale i z drobnego żwiru można usypać całkiem sporą górkę- pomyślała. Zaplatając warkocz
zastanawiała się co dalej.
Wychodząc za mąż wiedziała, że małżeństwo jest sztuką kompromisu, ale to obie strony
muszą do niego dążyć. Nawet rozmawiali o tym z Piotrem - każde z nich miało utrzymać
swe dotychczasowe hobby. Piotr miał nadal grać z kolegami w tenisa, Iwona chodzić na
gimnastykę połączoną z choreografią i na kurs francuskiego.
W krótkim czasie okazało się, że Iwonie z trudem udało się znalezć czas na kurs językowy,
ale gimnastyki nie było już gdzie upchnąć. Piotr 3 razy w tygodniu spędzał czas na kortach,
wciąż narzekając, że Iwona mu nie towarzyszy, by podziwiać jak dobrze gra. Ale Iwona
nigdy nie ukrywała, że tenis, ping pong, brydż i "piłka kopana" nigdy nie były w kręgu
jej zainteresowań i pewnością nie będą.
Nie wymagała również, by Piotr uczył się francuskiego tylko dlatego, że ona się tego języka
uczy.
Teoretycznie Piotr to wszystko rozumiał, ale miał żal, że nie spędzają każdej wolnej chwili
razem, a najlepiej byłoby gdyby Iwona nauczyła się grać w tenisa ziemnego i stołowego
oraz brydża. W piłkę nożną na szczęście już nie, no ale mogłaby przecież raz na jakiś czas
wybrać się z nim i znajomymi na mecz.
Ale Iwona była "uparta" i nie zgadzała się na którąkolwiek propozycję.
Nie ciągnęła go na przedstawienia baletowe - chodziła na nie z matką lub koleżanką.
Rozumiała, że nie każdy lubi taką rozrywkę.Wystarczało jej do szczęścia, że chodzili razem
do kina, teatru i na różne opery.
Kiedyś, jeszcze na początku znajomości, Iwona powiedziała, że chodzi na kurs języka
francuskiego, bo z poprzednim chłopakiem chcieli razem wyjechać do pracy w Maroku.
Nie powiedziała jednak, że chłopak był z innego miasta i na ten kurs wcale nie chodzili
razem- ale oddzielnie, każde w swoim mieście.
No a jak wiadomo odległość raczej nie potęguje uczuć, więc tamta znajomość "rozeszła się
po kościach". Ale Piotrek ubzdurał sobie, że Iwona z całą pewnością tylko dlatego chodzi
na ten kurs, by się spotykać z tamtym chłopakiem.
Co jakiś czas przyjeżdżał bez uprzedzenia pod klub, w którym był kurs i czekał na Iwonę
w holu, pilnie obserwując z kim wychodzi z sali.
No a ona, jak na złość, wychodziła albo sama albo w towarzystwie siwego, starszego pana,
który szedł na ten sam przystanek tramwajowy co i ona. Wg Piotra starszy pan był wielkim
nudziarzem, który przez kilka przystanków, które przejeżdżał razem z Iwoną, mówił tylko
o tym, z czym ma trudności w uczeniu się języka francuskiego.
Następny dzień w pracy należał do dni upiornych.
Pomiary wykazały, że nowiutkie urządzenie do próżniowego pokrywania powierzchni nie
działa najlepiej - i tak dokładnie nie wiadomo było co jest tego przyczyną- czy urządzenie
jest wadliwe, czy jego obsługa niewłaściwa czy też powierzchnie przeznaczone do pokrycia
ferrytem niedokładnie przygotowane.
Szef zwołał naradę, a Iwona sama na siebie "ukręciła bicz" bo stwierdziła, że skoro nie
bardzo teraz wiadomo co kto przygotowywał, to trudno powiedzieć w którym miejscu
popełniono błąd.
Ceramikę przygotowywano partiami, a potem wszystko razem wrzucano do jednego
pojemnika.
Okazało się, że każdy nieco inaczej ją przygotowywał, więc od teraz każdy miał wykonać
tylko jedną operację szczegółowo opisaną krok po kroku i obowiązek bardzo dokładnego zanotowania całego procesu.
Szef, cały w skowronkach, obarczył Iwonę rozpisaniem całego procesu przygotowawczego,
z zaznaczeniem dokładnego czasu trwania każdej operacji.
Dobrze wiedział, że Iwona ze trzy razy wszystko sprawdzi w instrukcjach nim cokolwiek
napisze.
Usiedli w jego gabinecie obłożeni instrukcjami obsługi samego urządzenia i instrukcjami
próżniowego pokrywania powierzchni. Szef czytał i tłumaczył te, które były w języku
angielskim, Iwona zaś te same, ale w języku francuskim. Oboje wiedzieli, że mogę się
one nieco od siebie różnić.
Około godz. 21,00 mieli wszystko dokładnie przetłumaczone.
Rozpisywanie na poszczególne operacje zostawili na następny dzień- to Iwona mogła
już zrobić sama, szef miał tylko wyznaczyć co kto będzie robił.
Gdy zbierali się do domu szef nagle powiedział - no a jak tam w domu? czy już lepiej?
Iwona, nieco zaskoczona taką bezpośredniością odpowiedziała - jeszcze nie, ale to
tylko drobiazgi. A szef, który już jedno małżeństwo miał za sobą, powiedział - pamiętaj
dziewczyno, że w małżeństwie każdy drobiazg urasta z czasem do rozmiaru Himalajów.
Jeśli nie można tych drobiazgów natychmiast usunąć, twój związek pod nimi zginie.
Wiem co mówię, więc pomyśl dobrze nad tymi drobiazgami, by cię nie przygniotły.
I pomyśl o studiach, pogadam o tym z kadrami.
A teraz cię odwiozę do domu, już pózno się zrobiło.
W dwa miesiące pózniej Iwona miała dość burzliwą rozmowę z Piotrem. Postanowili
rozstać się na jakiś czas, ale nie informować o tym swoich rodziców.
Po pół roku wnieśli sprawę rozwodową - dzieci nie posiadali, wspólnego majątku też nie,
więc sprawa przeszła jak burza.
Iwona nadal mieszkała w mieszkaniu ciotki, nie chciała wrócić do rodziców.
Rozwód przyjęła z ulgą, choć jednocześnie uważała rozpad małżeństwa za swą porażkę.
Zgodnie z radą swego szefa zaczęła studia na politechnice.
W dwa lata pózniej zaprosiła swego szefa na swój kolejny ślub i nieco złośliwie
powiadomiła o nim Piotra.
Nigdy nie zapomni miny Piotra, gdy u jej boku zobaczył tego siwego staruszka-nudziarza,
który razem z nią uczył się francuskiego. Ów staruszek miał całe 40 lat ,czyli był od
niej zaledwie 12 lat starszy.
Staruszek- nudziarz był naprawdę super mężem, pomagał Iwonie w domu, dbał o nią i jak
twierdziła Iwona był niesamowicie żywotnym facetem, którego wygląd kłócił się z jego
możliwościami.
Gdy Iwona skończyła studia, staruszek-nudziarz podjął pracę na kontrakcie w Algierii,
gdzie spędzili cztery lata, a potem wyemigrowali do Kanady.
KONIEC
nad swym małżeństwem Dość często była niemile zaskoczona zachowaniem Piotra - były
to co prawda drobiazgi, ale przecież życie składa się właśnie z drobiazgów.
Nie mieli jeszcze własnego mieszkania, ale bardzo wiekowa ciotka Iwony, która już sama
nie mogła mieszkać, zostawiła im swe mieszkanie, wyjeżdżając do swego syna.
Była to dla nich duża pomoc, płacili tylko niewysoki czynsz oraz media.
Gdyby nie to, musieli by mieszkać albo z rodzicami Iwony albo wynająć gdzieś kawalerkę.
Piotr wcale nie był tym zachwycony- nie podobały mu się stylowe meble i obrazy
oprawione w pozłacane ramy. "Strasznie drobnomieszczańskie to mieszkanie- orzekł.
I co z tego, że to obrazy Kossaka, nie podobają mi się".
Iwona pod pretekstem, że boi się by obrazy nie uległy jakiemuś uszkodzeniu, lub kradzieży
gdy całymi dniami nikogo nie ma w domu, opakowała je starannie i zawiozła do mieszkania
swoich rodziców. W ich miejsce powiesiła modne w tym czasie plakaty. Każde spojrzenie
na ścianę w dziennym pokoju przyprawiało ją o ból zębów. Gdy Piotr wyjechał na kilka dni
w delegację, ściągnęła je i z pomocą kuzyna pomalowała ściany w pokoju, by wyrównać
koloryt ścian.
O, teraz lepiej tu wygląda gdy pomalowałaś te ściany - skonstatował Piotr po powrocie.
Wolę takie białe niż żółtawe. Iwona chciała mu powiedzieć, że tamte były w kolorze ecru,
ale ugryzła się w język uświadamiając sobie, że większość facetów to daltoniści.
Nie podejrzewała, że susząc włosy można sobie tyle spraw przypomnieć. Przed oczami
przeleciała jej scenka z kwiatami- Iwona była przyzwyczajona, że w jej domu na stole
zawsze stał wazon z ciętymi kwiatami. Nie były to jakieś drogie, kwiaciarniane bukiety, ale
sezonowe kwiaty, kupowane na bazarze.
Gdy pierwszy raz przyniosła do domu bukiet różnobarwnych astrów Piotr był ciekawy
skąd te kwiaty.
No jak to skąd, kupiłam po drodze, stała babina z kwiatami i kupiłam- wyjaśniła mężowi.
Piotr spojrzał na nią jak na wariatkę i powiedział- och baby, baby- matka kupowała zawsze
jakieś plastikowe, a ty naturalne i oczywiście obie mówicie, żeby było w domu milej.
Twoje zwiędną za kilka dni, a tamte po tygodniu były zakurzone. Głupie pomysły i tyle.
To wszystko były drobiazgi, w sprawach zasadniczych zgadzali się ze sobą.
Ale i z drobnego żwiru można usypać całkiem sporą górkę- pomyślała. Zaplatając warkocz
zastanawiała się co dalej.
Wychodząc za mąż wiedziała, że małżeństwo jest sztuką kompromisu, ale to obie strony
muszą do niego dążyć. Nawet rozmawiali o tym z Piotrem - każde z nich miało utrzymać
swe dotychczasowe hobby. Piotr miał nadal grać z kolegami w tenisa, Iwona chodzić na
gimnastykę połączoną z choreografią i na kurs francuskiego.
W krótkim czasie okazało się, że Iwonie z trudem udało się znalezć czas na kurs językowy,
ale gimnastyki nie było już gdzie upchnąć. Piotr 3 razy w tygodniu spędzał czas na kortach,
wciąż narzekając, że Iwona mu nie towarzyszy, by podziwiać jak dobrze gra. Ale Iwona
nigdy nie ukrywała, że tenis, ping pong, brydż i "piłka kopana" nigdy nie były w kręgu
jej zainteresowań i pewnością nie będą.
Nie wymagała również, by Piotr uczył się francuskiego tylko dlatego, że ona się tego języka
uczy.
Teoretycznie Piotr to wszystko rozumiał, ale miał żal, że nie spędzają każdej wolnej chwili
razem, a najlepiej byłoby gdyby Iwona nauczyła się grać w tenisa ziemnego i stołowego
oraz brydża. W piłkę nożną na szczęście już nie, no ale mogłaby przecież raz na jakiś czas
wybrać się z nim i znajomymi na mecz.
Ale Iwona była "uparta" i nie zgadzała się na którąkolwiek propozycję.
Nie ciągnęła go na przedstawienia baletowe - chodziła na nie z matką lub koleżanką.
Rozumiała, że nie każdy lubi taką rozrywkę.Wystarczało jej do szczęścia, że chodzili razem
do kina, teatru i na różne opery.
Kiedyś, jeszcze na początku znajomości, Iwona powiedziała, że chodzi na kurs języka
francuskiego, bo z poprzednim chłopakiem chcieli razem wyjechać do pracy w Maroku.
Nie powiedziała jednak, że chłopak był z innego miasta i na ten kurs wcale nie chodzili
razem- ale oddzielnie, każde w swoim mieście.
No a jak wiadomo odległość raczej nie potęguje uczuć, więc tamta znajomość "rozeszła się
po kościach". Ale Piotrek ubzdurał sobie, że Iwona z całą pewnością tylko dlatego chodzi
na ten kurs, by się spotykać z tamtym chłopakiem.
Co jakiś czas przyjeżdżał bez uprzedzenia pod klub, w którym był kurs i czekał na Iwonę
w holu, pilnie obserwując z kim wychodzi z sali.
No a ona, jak na złość, wychodziła albo sama albo w towarzystwie siwego, starszego pana,
który szedł na ten sam przystanek tramwajowy co i ona. Wg Piotra starszy pan był wielkim
nudziarzem, który przez kilka przystanków, które przejeżdżał razem z Iwoną, mówił tylko
o tym, z czym ma trudności w uczeniu się języka francuskiego.
Następny dzień w pracy należał do dni upiornych.
Pomiary wykazały, że nowiutkie urządzenie do próżniowego pokrywania powierzchni nie
działa najlepiej - i tak dokładnie nie wiadomo było co jest tego przyczyną- czy urządzenie
jest wadliwe, czy jego obsługa niewłaściwa czy też powierzchnie przeznaczone do pokrycia
ferrytem niedokładnie przygotowane.
Szef zwołał naradę, a Iwona sama na siebie "ukręciła bicz" bo stwierdziła, że skoro nie
bardzo teraz wiadomo co kto przygotowywał, to trudno powiedzieć w którym miejscu
popełniono błąd.
Ceramikę przygotowywano partiami, a potem wszystko razem wrzucano do jednego
pojemnika.
Okazało się, że każdy nieco inaczej ją przygotowywał, więc od teraz każdy miał wykonać
tylko jedną operację szczegółowo opisaną krok po kroku i obowiązek bardzo dokładnego zanotowania całego procesu.
Szef, cały w skowronkach, obarczył Iwonę rozpisaniem całego procesu przygotowawczego,
z zaznaczeniem dokładnego czasu trwania każdej operacji.
Dobrze wiedział, że Iwona ze trzy razy wszystko sprawdzi w instrukcjach nim cokolwiek
napisze.
Usiedli w jego gabinecie obłożeni instrukcjami obsługi samego urządzenia i instrukcjami
próżniowego pokrywania powierzchni. Szef czytał i tłumaczył te, które były w języku
angielskim, Iwona zaś te same, ale w języku francuskim. Oboje wiedzieli, że mogę się
one nieco od siebie różnić.
Około godz. 21,00 mieli wszystko dokładnie przetłumaczone.
Rozpisywanie na poszczególne operacje zostawili na następny dzień- to Iwona mogła
już zrobić sama, szef miał tylko wyznaczyć co kto będzie robił.
Gdy zbierali się do domu szef nagle powiedział - no a jak tam w domu? czy już lepiej?
Iwona, nieco zaskoczona taką bezpośredniością odpowiedziała - jeszcze nie, ale to
tylko drobiazgi. A szef, który już jedno małżeństwo miał za sobą, powiedział - pamiętaj
dziewczyno, że w małżeństwie każdy drobiazg urasta z czasem do rozmiaru Himalajów.
Jeśli nie można tych drobiazgów natychmiast usunąć, twój związek pod nimi zginie.
Wiem co mówię, więc pomyśl dobrze nad tymi drobiazgami, by cię nie przygniotły.
I pomyśl o studiach, pogadam o tym z kadrami.
A teraz cię odwiozę do domu, już pózno się zrobiło.
W dwa miesiące pózniej Iwona miała dość burzliwą rozmowę z Piotrem. Postanowili
rozstać się na jakiś czas, ale nie informować o tym swoich rodziców.
Po pół roku wnieśli sprawę rozwodową - dzieci nie posiadali, wspólnego majątku też nie,
więc sprawa przeszła jak burza.
Iwona nadal mieszkała w mieszkaniu ciotki, nie chciała wrócić do rodziców.
Rozwód przyjęła z ulgą, choć jednocześnie uważała rozpad małżeństwa za swą porażkę.
Zgodnie z radą swego szefa zaczęła studia na politechnice.
W dwa lata pózniej zaprosiła swego szefa na swój kolejny ślub i nieco złośliwie
powiadomiła o nim Piotra.
Nigdy nie zapomni miny Piotra, gdy u jej boku zobaczył tego siwego staruszka-nudziarza,
który razem z nią uczył się francuskiego. Ów staruszek miał całe 40 lat ,czyli był od
niej zaledwie 12 lat starszy.
Staruszek- nudziarz był naprawdę super mężem, pomagał Iwonie w domu, dbał o nią i jak
twierdziła Iwona był niesamowicie żywotnym facetem, którego wygląd kłócił się z jego
możliwościami.
Gdy Iwona skończyła studia, staruszek-nudziarz podjął pracę na kontrakcie w Algierii,
gdzie spędzili cztery lata, a potem wyemigrowali do Kanady.
KONIEC
sobota, 30 maja 2015
Mezalians , cz.II
Całą drogę do pracy Iwona intensywnie myślała nad tym, jak wpłynąć na Piotra tak,
by się nie spóżniał. Była tak bardzo zamyślona, że omal nie przejechała przystanku,
na którym zawsze wysiadała.
Była straszliwie niewyspana i wielce roztargniona.
Szef przyglądał się jej badawczo, w końcu zaprosił do swego gabinetu.
Iwona wpierw się nieco zdenerwowała tym zaproszeniem, ale gdy szef zapytał się o
wyniki badań powłok ferrytowych , uspokoiła się.
Chciała pójść po dokładne notatki, ale szef powiedział, że obejrzy je potem, przy okazji,
a teraz niech powie coś na temat ostatniej dostawy ferrytu.
Iwona wymieniła swe spostrzeżenia.
Tego dnia miało być pierwsze próżniowe napylanie korpusów oporników ferrytem.
Na koniec szef zapytał się Iwony co się z nią dzieje, czy aby nie jest chora lub w ciąży,
bo wygląda jakoś dziwnie.
Ale Iwona zapewniła, że z całą pewnością w ciąży nie jest, tylko miała kiepską noc, jest
tylko nieco zdenerwowana i niewyspana.
Gdy wróciła do laboratorium koleżanka dość obcesowo zadała jej takie same pytania
jak szef. Iwona pokrótce wyjaśniła jej całą sprawę - a koleżanka zawyrokowała - "wiesz,
on na pewno był z jakąś dziewczyną i dlatego zapomniał o powrocie do domu".
Iwona popatrzyła na nią z odrazą. No to mnie pocieszyłaś, wiesz?- wycedziła przez zęby.
Nie sadzę, żeby był z dziewczyną, bo to nie w jego stylu. Ale jesteś naiwna - zaśmiała się
koleżanka.
Około godziny czternastej szef znów wezwał Iwonę do siebie - popatrzył na nią i tym razem powiedział- jutro będziemy siedzieli w pracy dłużej, więc niech teraz pani wpadnie do
Instytutu i podrzuci im te pierwsze napylone korpusy. Oni to wszystko dokładnie
pomierzą i rano zamiast tu, pojedzie pani wpierw do nich , odbierze je i przywiezie.
Tylko proszę dopilnować, żeby był dokładny opis. I proszę się na jutro dobrze wyspać, bo
to będzie długi i ciężki dzień. Wręczył Iwonie kasetkę z napylonymi korpusami, wystawił
przepustkę na portiernię i wypchnął delikatnie z gabinetu.
Iwona szybko się zebrała i powędrowała do Instytutu. Daleko nie miała, wystarczyło przejść
na sąsiednią ulicę.
Pół godziny pózniej była już w drodze do domu. Właściwie to była wdzięczna szefowi, że ją
wyprawił wcześniej do domu.
W ogóle szef zawsze dobrze ją traktował , starał się by ciągle uczyła się nowych rzeczy,
czasem zabierał na ciekawe konferencje. W laboratorium pracowały w trójkę, ale tylko ona
naprawdę interesowała się tym co robi. Była po technikum chemicznym i szef namawiał ją
by koniecznie poszła na studia politechniczne.
Iwona zaprosiła go na swój ślub, podobnie jak i dwie koleżanki z laboratorium.
Na ślub szef przyszedł z żoną i niedużą córeczką, a składając nowożeńcom życzenia
poinformował pana młodego, że Iwona to jego najlepsza pracownica i koniecznie powinna
studiować.
Piotr wrócił z pracy około siedemnastej, zjedli razem coś na kształt obiadu (Iwona gotowała
raz na dwa dni) i po obiedzie, odkładając zmywanie na póżniej, Iwona zapytała się Piotra
czy może jej powiedzieć czemu tak pózno poprzedniego dnia wrócił.
Ale zamiast jakiegokolwiek wytłumaczenia usłyszała, że jest histeryczką, bo dzwoniła na
pogotowie, a przecież co mu się mogło stać, skoro grał w ping ponga.
No po prostu pózno zaczęli grać, grali partię i rewanż, potem trochę gadali i wracali do
domu oczywiście piechotą, bo nie było sensu czekać na nocny autobus. I on wcale nie ma
za co ją przepraszać, to raczej ona jego powinna przeprosić bo miała do niego nie
wiadomo z jakiego powodu pretensje. Przecież on niczego złego nie zrobił, był z kolegami,
więc o co jej chodzi?
Iwona, usiłując zachować spokój tłumaczyła, że nawet zakładając, że tenis stołowy jest
stosunkowo mało kontuzjogenny, to zawsze może się wydarzyć coś złego, można skręcić
nogę, złamać rękę lub dostać po drodze od kogoś nożem w brzuch.
Ale Piotr tylko lekceważąco machnął ręką i stwierdził, że nie mają o czym dyskutować.
Iwonie "puściły nerwy" i stwierdziła, że inna kobieta na jej miejscu podejrzewałaby, że
po prostu był z kobietą i o całym świecie zapomniał. Piotr się wściekł i obraził. Iwona
pozmywała tymczasem po obiedzie i powiedziała, że ona dziś wcześniej się kładzie do
łóżka, bo musi odespać zarwaną noc a następnego dnia będzie dłużej pracowała.
Piotr usiłował jeszcze coś powiedzieć, ale Iwona stwierdziła, że już temat zakończony i
nie ma już o czym dyskutować.
Siedząc w wannie przypomniała sobie, jak matka i ciotka tłumaczyły jej, że Piotr nie
jest wcale właściwym kandydatem, bo wychował się w zupełnie innej rodzinie i jego
rodzice oraz brat nie grzeszą nadmiarem kultury, taktu i rozumu i taki związek zawsze
powoduje konflikty. Ale Iwona twierdziła, że Piotr jest zupełnie inny niż jego rodzina,
a poza tym przecież oni będą mieszkali sami, a nie z którąkolwiek z rodzin.
Poza tym czasy się zmieniły ,czego chyba rodzice jakoś nie zauważyli, a chłopak jest
uczciwy, miły, wykształcony i małżeństwo z nim wcale nie będzie mezaliansem.
W końcu matka "odpuściła", twierdząc, że to przecież Iwony życie a nie ich i jeśli
Iwona jest pewna, że Piotr jest tym wyśnionym, wymarzonym - to trudno.
c.d.n.
by się nie spóżniał. Była tak bardzo zamyślona, że omal nie przejechała przystanku,
na którym zawsze wysiadała.
Była straszliwie niewyspana i wielce roztargniona.
Szef przyglądał się jej badawczo, w końcu zaprosił do swego gabinetu.
Iwona wpierw się nieco zdenerwowała tym zaproszeniem, ale gdy szef zapytał się o
wyniki badań powłok ferrytowych , uspokoiła się.
Chciała pójść po dokładne notatki, ale szef powiedział, że obejrzy je potem, przy okazji,
a teraz niech powie coś na temat ostatniej dostawy ferrytu.
Iwona wymieniła swe spostrzeżenia.
Tego dnia miało być pierwsze próżniowe napylanie korpusów oporników ferrytem.
Na koniec szef zapytał się Iwony co się z nią dzieje, czy aby nie jest chora lub w ciąży,
bo wygląda jakoś dziwnie.
Ale Iwona zapewniła, że z całą pewnością w ciąży nie jest, tylko miała kiepską noc, jest
tylko nieco zdenerwowana i niewyspana.
Gdy wróciła do laboratorium koleżanka dość obcesowo zadała jej takie same pytania
jak szef. Iwona pokrótce wyjaśniła jej całą sprawę - a koleżanka zawyrokowała - "wiesz,
on na pewno był z jakąś dziewczyną i dlatego zapomniał o powrocie do domu".
Iwona popatrzyła na nią z odrazą. No to mnie pocieszyłaś, wiesz?- wycedziła przez zęby.
Nie sadzę, żeby był z dziewczyną, bo to nie w jego stylu. Ale jesteś naiwna - zaśmiała się
koleżanka.
Około godziny czternastej szef znów wezwał Iwonę do siebie - popatrzył na nią i tym razem powiedział- jutro będziemy siedzieli w pracy dłużej, więc niech teraz pani wpadnie do
Instytutu i podrzuci im te pierwsze napylone korpusy. Oni to wszystko dokładnie
pomierzą i rano zamiast tu, pojedzie pani wpierw do nich , odbierze je i przywiezie.
Tylko proszę dopilnować, żeby był dokładny opis. I proszę się na jutro dobrze wyspać, bo
to będzie długi i ciężki dzień. Wręczył Iwonie kasetkę z napylonymi korpusami, wystawił
przepustkę na portiernię i wypchnął delikatnie z gabinetu.
Iwona szybko się zebrała i powędrowała do Instytutu. Daleko nie miała, wystarczyło przejść
na sąsiednią ulicę.
Pół godziny pózniej była już w drodze do domu. Właściwie to była wdzięczna szefowi, że ją
wyprawił wcześniej do domu.
W ogóle szef zawsze dobrze ją traktował , starał się by ciągle uczyła się nowych rzeczy,
czasem zabierał na ciekawe konferencje. W laboratorium pracowały w trójkę, ale tylko ona
naprawdę interesowała się tym co robi. Była po technikum chemicznym i szef namawiał ją
by koniecznie poszła na studia politechniczne.
Iwona zaprosiła go na swój ślub, podobnie jak i dwie koleżanki z laboratorium.
Na ślub szef przyszedł z żoną i niedużą córeczką, a składając nowożeńcom życzenia
poinformował pana młodego, że Iwona to jego najlepsza pracownica i koniecznie powinna
studiować.
Piotr wrócił z pracy około siedemnastej, zjedli razem coś na kształt obiadu (Iwona gotowała
raz na dwa dni) i po obiedzie, odkładając zmywanie na póżniej, Iwona zapytała się Piotra
czy może jej powiedzieć czemu tak pózno poprzedniego dnia wrócił.
Ale zamiast jakiegokolwiek wytłumaczenia usłyszała, że jest histeryczką, bo dzwoniła na
pogotowie, a przecież co mu się mogło stać, skoro grał w ping ponga.
No po prostu pózno zaczęli grać, grali partię i rewanż, potem trochę gadali i wracali do
domu oczywiście piechotą, bo nie było sensu czekać na nocny autobus. I on wcale nie ma
za co ją przepraszać, to raczej ona jego powinna przeprosić bo miała do niego nie
wiadomo z jakiego powodu pretensje. Przecież on niczego złego nie zrobił, był z kolegami,
więc o co jej chodzi?
Iwona, usiłując zachować spokój tłumaczyła, że nawet zakładając, że tenis stołowy jest
stosunkowo mało kontuzjogenny, to zawsze może się wydarzyć coś złego, można skręcić
nogę, złamać rękę lub dostać po drodze od kogoś nożem w brzuch.
Ale Piotr tylko lekceważąco machnął ręką i stwierdził, że nie mają o czym dyskutować.
Iwonie "puściły nerwy" i stwierdziła, że inna kobieta na jej miejscu podejrzewałaby, że
po prostu był z kobietą i o całym świecie zapomniał. Piotr się wściekł i obraził. Iwona
pozmywała tymczasem po obiedzie i powiedziała, że ona dziś wcześniej się kładzie do
łóżka, bo musi odespać zarwaną noc a następnego dnia będzie dłużej pracowała.
Piotr usiłował jeszcze coś powiedzieć, ale Iwona stwierdziła, że już temat zakończony i
nie ma już o czym dyskutować.
Siedząc w wannie przypomniała sobie, jak matka i ciotka tłumaczyły jej, że Piotr nie
jest wcale właściwym kandydatem, bo wychował się w zupełnie innej rodzinie i jego
rodzice oraz brat nie grzeszą nadmiarem kultury, taktu i rozumu i taki związek zawsze
powoduje konflikty. Ale Iwona twierdziła, że Piotr jest zupełnie inny niż jego rodzina,
a poza tym przecież oni będą mieszkali sami, a nie z którąkolwiek z rodzin.
Poza tym czasy się zmieniły ,czego chyba rodzice jakoś nie zauważyli, a chłopak jest
uczciwy, miły, wykształcony i małżeństwo z nim wcale nie będzie mezaliansem.
W końcu matka "odpuściła", twierdząc, że to przecież Iwony życie a nie ich i jeśli
Iwona jest pewna, że Piotr jest tym wyśnionym, wymarzonym - to trudno.
c.d.n.
sobota, 9 maja 2015
Mezalians
Iwona wróciła z pracy skonana - na domiar złego nastąpiła tajemnicza awaria sieci
tramwajowej i musiała pokonać kilka kilometrów piechotą- no, może 4 kilometry to nie jest
bardzo dużo, ale po 8 godzinach pracy, wcale nie było to zabawne.
Ale i tak lepsze niż stanie w autobusie w charakterze sardynki w puszce, pomyślała gdy
już otwierała drzwi mieszkania.
W domu nie było nikogo, to popołudnie miała tylko dla siebie. Jej niedawno poślubiony
mąż zapowiedział rano, że obiad zje w stołówce, bo dziś mają z kolegami pograć po
pracy w tenisa stołowego, więc wróci pewnie ze trzy godziny pózniej.
Iwona należała do osób, które były niesamowicie punktualne - jeśli komuś obiecała, że
będzie o określonej godzinie, to zawsze była.
Za to jej mąż był uosobieniem niepunktualności, co ją zawsze denerwowało. Niewiele
brakowało a spóżnił by się na własny ślub do USC.
Iwona zmyła z siebie trudy dnia biorąc cieplutki prysznic, potem ułożyła się wygodnie na
kanapie, otuliła pledem i pogrążyła w lekturze nowego numeru "Zwierciadła".
Może nie było to czasopismo najwyższych lotów, ale na tle innych wypadało całkiem niezle.
Z zainteresowaniem obejrzała nową modę i doszła do wniosku, że chyba trzeba będzie coś
uszyć sobie na nadchodzące lato. Miała nawet niezły materiał, w sam raz na letnią
sukienkę. Rozmyślając nad szyciem nowej sukienki...zasnęła.
Obudziła się ze zdrętwiałym karkiem- kanapowa poduszka nie była zbyt wygodna.
Do pokoju wpadało światło nieodległej latarni, okno nie było zasłonięte zasłoną - z lekka
jeszcze zamroczona snem wstała, zasłoniła okno i zapaliła lampę. Spojrzała na zegarek i
w jednej chwili oprzytomniała - było już dobrze po północy. Zajrzała do drugiego pokoju-
był pusty, jej męża nie było. W pierwszym odruchu chciała położyć się do łóżka i dalej
spać, ale w tej chwili zaświeciło się jej w głowie ostrzegawcze , czerwone światełko-
a może coś się złego stało? Wiedziała, że wzorem punktualności jej mąż nie jest, ale było
już po północy, właściwe bliżej pierwszej. Nie bardzo wiedziała co ma zrobić , gdzie go
szukać, na domiar złego nadal nie mieli telefonu.
Wniosek o jego zainstalowanie leżał w Urzędzie Telekomunikacji i spokojnie nabierał mocy urzędowej. Iwona zaczęła się ubierać- postanowiła pójść do pobliskiej budki telefonicznej i zatelefonować do informacji o wypadkach.
Pod jednym z nr pogotowia ratunkowego podając nazwisko osoby poszukiwanej można się
było dowiedzieć czy danej osobie udzielano pomocy i co się z nią dzieje.
Iwona biegiem dotarła do budki, która szczęśliwym trafem była czynna, wykręciła numer
i znów szczęśliwy traf chciał, że po drugiej stronie informacji udzielała jakaś życzliwa
osoba. Informatorka sprawdziła w kilku miejscach listy osób, które w ciągu ostatnich pięciu
godzin doznały jakiegoś uszczerbku na zdrowiu, ale wśród nich nie było jej męża.
Nieco uspokojona, wróciła do mieszkania. Była tak wściekła, że nawet nie położyła się
do łóżka, tylko po ciemku siedziała w pokoju na kanapie.
Około godziny 1,30 w drzwiach zazgrzytał klucz.
Iwona odetchnęła z ulgą, ale jednocześnie siłą powstrzymywała się, by nie wypaść do
przedpokoju i nie nawymyślać mu. Piotr rozebrał się w przedpokoju, wpadł na chwilę
do łazienki i nie zapalając światła skierował się prosto do ich sypialenki. Po trzech
minutach wypadł stamtąd i wszedł do pokoju, w którym była Iwona, zapalając światło.
Co się stało? dlaczego nie śpisz? - dopytywał się idiotycznie.
Słowa te podziałały na Iwonę jak płachta na byka - ty się pytasz czemu? Ty idioto, ja
tu umieram ze strachu, że coś ci się stało,wydzwaniam na pogotowie, a ty spokojnie
wracasz niemal nad ranem i jeszcze się pytasz czemu nie śpię? No jasne, ty pewnie byś
spał spokojnie gdyby mnie nie było tyle godzin w domu. No ale ja jestem inna - fakt.
I wiesz, może będzie lepiej gdy się już teraz rozejdziemy, bo ja nie mam zamiaru
żyć z kimś, kto jest taki nieodpowiedzialny. Nie mam na to zdrowia, rozumiesz?
Piotr stał z głupią miną, usiłując wybąkać przeprosiny i ją przytulić, ale Iwona była
nadal wściekła i go odtrąciła. Przyniosła sobie z sypialni jasiek i położyła się na
kanapie wyrzucając Piotra z pokoju.
Ranek był koszmarny - Iwona wyglądała jakby przerzuciła w nocy tonę węgla, spała
raptem 3 godziny.
Piotr już urzędował w kuchni, robił dla siebie herbatę i drugie śniadanie do pracy.
W kubku już czekała na Iwonę kawa. Była już nawet lekko przestudzona, obok na
talerzyku oczekiwały dwa krakersy.
Iwuś- zaczął Piotr , ale Iwona przerwała mu- nic nie mów, porozmawiamy po pracy.
Usiadła i z zamkniętymi oczami popijała kawę, mając nadzieję, że ją "postawi na nogi".
Iwona szybciej niż zwykle wyszykowała się do wyjścia i gdy Piotr poszedł jeszcze do
sypialni by się ubrać, rzuciła w przestrzeń "no to cześć" i szybko wyszła z mieszkania.
W drodze do pracy nadal zastanawiała się nad całym tym zajściem. To, że Piotr jest
niepunktualny to wiedziała, ale tylko raz się spóznił pół godziny a i to wtedy, gdy byli
umówieni u niej w domu. Gdy umawiali się na mieście na ogół nie spózniał się więcej
niż 10 minut. On po prostu nie potrafił sobie dobrze wyliczyć czasu potrzebnego na
dotarcie na miejsce, jeśli musiał w drodze skorzystać ze środków komunikacji miejskiej.
No tak- pomyślała- ale on nie był po prostu w domu wychowywany tak jak ja.
W jej domu rodzinnym punktualność była chyba na pierwszym miejscu.
Wszystko działało w jej życiu wg ściśle ułożonego wcześniej planu - śniadanie niezmiennie
o siódmej rano, wyjście do szkoły o 7,30. Na ścianie w kuchni wisiał jej plan lekcji i mama
wiedziała o której Iwona kończy lekcje i o której powinna dotrzeć do domu.
Jeśli gdzieś wychodziła, musiała określić dokładnie, o której godzinie powróci.
Jeżeli nastąpiło coś, że nie mogła wrócić do domu punktualnie, zawsze telefonowała.
Pełnoletność niczego tu nie zmieniła - nie musiała się co prawda opowiadać dokąd idzie,
ale nadal wymagano od niej punktualności.
Bardzo to śmieszyło Piotra, który zawsze wychodząc z domu wygłaszał tekst "jak wrócę
to będę" , jego rodzice godzili się z tym bez problemu.
Na tle koleżanek Piotra Iwona była niemal dziwadłem -nigdy nie założyła jakichkolwiek
butów na bose stopy- niezależnie od otaczającej temperatury miała pończochy lub rajstopy.
Gdy się dziwił, wytłumaczyła mu, że to po prostu brak elegancji, by wkładać buty na bose
stopy no i poza tym to przecież niehigieniczne.
Do pracy nigdy nie założyła mocno wydekoltowanej bluzki czy sukienki i nie chodziła
w rozpuszczonych w nieładzie włosach. Zawsze były spięte lub uczesane w kok.
Zdziwionemu Piotrowi tłumaczyła, że zawsze trzeba być ubranym stosownie do sytuacji-
biuro to nie park rozrywki i tyle.
Gdy się umawiali dokładnie wypytywała go dokąd pójdą i co będą robili.
Pamiętała jego totalne zaskoczenie, gdy w którąś niedzielę umówili się na dworcu , bo
mieli wyjechać do jej koleżanki pod Warszawę - Iwona była w spodniach, w bluzce
z ogromnym dekoltem i...tenisówkach a włosy miała spięte w "kucyki". Na jej widok
zdziwiony wydusił - ooo, gdzieś się zagubiła panienka z dobrego domu. Nie zgubiła-
poprawiła go Iwona- po prostu panienki z dobrego domu nie jezdżą na wycieczki na
szpilkach i w kostiumie - zapamiętaj to sobie.
Iwona była rzeczywiście "panienką z dobrego domu". Od dziecka była uczona dobrych
manier - jak się poruszać, jak witać, jak siedzieć przy stole, jak się posługiwać prawidłowo
sztućcami, jak nakrywać do stołu, jakie kieliszki pasują do którego wina, jakie wino
podaje się do czerwonego mięsa a jakie do ryb, i do deserów.
Tak bardzo nawet nie musiano jej tego wszystkiego specjalnie uczyć, bo na co dzień w jej
domu przestrzegano takich zasad, więc niejako automatycznie się ich uczyła.
Bardzo wcześnie dotarło do niej, że z 90% jej koleżanek zupełnie inaczej zachowuje się
przy stole i nie ma zielonego pojęcia o tych wszystkich przepisach dobrego tonu.
Zazdrościła im jednej rzeczy - im wolno było jeść na ulicy- Iwonie nie, nawet gdyby ją
skręcało z głodu.
c.d.n.
tramwajowej i musiała pokonać kilka kilometrów piechotą- no, może 4 kilometry to nie jest
bardzo dużo, ale po 8 godzinach pracy, wcale nie było to zabawne.
Ale i tak lepsze niż stanie w autobusie w charakterze sardynki w puszce, pomyślała gdy
już otwierała drzwi mieszkania.
W domu nie było nikogo, to popołudnie miała tylko dla siebie. Jej niedawno poślubiony
mąż zapowiedział rano, że obiad zje w stołówce, bo dziś mają z kolegami pograć po
pracy w tenisa stołowego, więc wróci pewnie ze trzy godziny pózniej.
Iwona należała do osób, które były niesamowicie punktualne - jeśli komuś obiecała, że
będzie o określonej godzinie, to zawsze była.
Za to jej mąż był uosobieniem niepunktualności, co ją zawsze denerwowało. Niewiele
brakowało a spóżnił by się na własny ślub do USC.
Iwona zmyła z siebie trudy dnia biorąc cieplutki prysznic, potem ułożyła się wygodnie na
kanapie, otuliła pledem i pogrążyła w lekturze nowego numeru "Zwierciadła".
Może nie było to czasopismo najwyższych lotów, ale na tle innych wypadało całkiem niezle.
Z zainteresowaniem obejrzała nową modę i doszła do wniosku, że chyba trzeba będzie coś
uszyć sobie na nadchodzące lato. Miała nawet niezły materiał, w sam raz na letnią
sukienkę. Rozmyślając nad szyciem nowej sukienki...zasnęła.
Obudziła się ze zdrętwiałym karkiem- kanapowa poduszka nie była zbyt wygodna.
Do pokoju wpadało światło nieodległej latarni, okno nie było zasłonięte zasłoną - z lekka
jeszcze zamroczona snem wstała, zasłoniła okno i zapaliła lampę. Spojrzała na zegarek i
w jednej chwili oprzytomniała - było już dobrze po północy. Zajrzała do drugiego pokoju-
był pusty, jej męża nie było. W pierwszym odruchu chciała położyć się do łóżka i dalej
spać, ale w tej chwili zaświeciło się jej w głowie ostrzegawcze , czerwone światełko-
a może coś się złego stało? Wiedziała, że wzorem punktualności jej mąż nie jest, ale było
już po północy, właściwe bliżej pierwszej. Nie bardzo wiedziała co ma zrobić , gdzie go
szukać, na domiar złego nadal nie mieli telefonu.
Wniosek o jego zainstalowanie leżał w Urzędzie Telekomunikacji i spokojnie nabierał mocy urzędowej. Iwona zaczęła się ubierać- postanowiła pójść do pobliskiej budki telefonicznej i zatelefonować do informacji o wypadkach.
Pod jednym z nr pogotowia ratunkowego podając nazwisko osoby poszukiwanej można się
było dowiedzieć czy danej osobie udzielano pomocy i co się z nią dzieje.
Iwona biegiem dotarła do budki, która szczęśliwym trafem była czynna, wykręciła numer
i znów szczęśliwy traf chciał, że po drugiej stronie informacji udzielała jakaś życzliwa
osoba. Informatorka sprawdziła w kilku miejscach listy osób, które w ciągu ostatnich pięciu
godzin doznały jakiegoś uszczerbku na zdrowiu, ale wśród nich nie było jej męża.
Nieco uspokojona, wróciła do mieszkania. Była tak wściekła, że nawet nie położyła się
do łóżka, tylko po ciemku siedziała w pokoju na kanapie.
Około godziny 1,30 w drzwiach zazgrzytał klucz.
Iwona odetchnęła z ulgą, ale jednocześnie siłą powstrzymywała się, by nie wypaść do
przedpokoju i nie nawymyślać mu. Piotr rozebrał się w przedpokoju, wpadł na chwilę
do łazienki i nie zapalając światła skierował się prosto do ich sypialenki. Po trzech
minutach wypadł stamtąd i wszedł do pokoju, w którym była Iwona, zapalając światło.
Co się stało? dlaczego nie śpisz? - dopytywał się idiotycznie.
Słowa te podziałały na Iwonę jak płachta na byka - ty się pytasz czemu? Ty idioto, ja
tu umieram ze strachu, że coś ci się stało,wydzwaniam na pogotowie, a ty spokojnie
wracasz niemal nad ranem i jeszcze się pytasz czemu nie śpię? No jasne, ty pewnie byś
spał spokojnie gdyby mnie nie było tyle godzin w domu. No ale ja jestem inna - fakt.
I wiesz, może będzie lepiej gdy się już teraz rozejdziemy, bo ja nie mam zamiaru
żyć z kimś, kto jest taki nieodpowiedzialny. Nie mam na to zdrowia, rozumiesz?
Piotr stał z głupią miną, usiłując wybąkać przeprosiny i ją przytulić, ale Iwona była
nadal wściekła i go odtrąciła. Przyniosła sobie z sypialni jasiek i położyła się na
kanapie wyrzucając Piotra z pokoju.
Ranek był koszmarny - Iwona wyglądała jakby przerzuciła w nocy tonę węgla, spała
raptem 3 godziny.
Piotr już urzędował w kuchni, robił dla siebie herbatę i drugie śniadanie do pracy.
W kubku już czekała na Iwonę kawa. Była już nawet lekko przestudzona, obok na
talerzyku oczekiwały dwa krakersy.
Iwuś- zaczął Piotr , ale Iwona przerwała mu- nic nie mów, porozmawiamy po pracy.
Usiadła i z zamkniętymi oczami popijała kawę, mając nadzieję, że ją "postawi na nogi".
Iwona szybciej niż zwykle wyszykowała się do wyjścia i gdy Piotr poszedł jeszcze do
sypialni by się ubrać, rzuciła w przestrzeń "no to cześć" i szybko wyszła z mieszkania.
W drodze do pracy nadal zastanawiała się nad całym tym zajściem. To, że Piotr jest
niepunktualny to wiedziała, ale tylko raz się spóznił pół godziny a i to wtedy, gdy byli
umówieni u niej w domu. Gdy umawiali się na mieście na ogół nie spózniał się więcej
niż 10 minut. On po prostu nie potrafił sobie dobrze wyliczyć czasu potrzebnego na
dotarcie na miejsce, jeśli musiał w drodze skorzystać ze środków komunikacji miejskiej.
No tak- pomyślała- ale on nie był po prostu w domu wychowywany tak jak ja.
W jej domu rodzinnym punktualność była chyba na pierwszym miejscu.
Wszystko działało w jej życiu wg ściśle ułożonego wcześniej planu - śniadanie niezmiennie
o siódmej rano, wyjście do szkoły o 7,30. Na ścianie w kuchni wisiał jej plan lekcji i mama
wiedziała o której Iwona kończy lekcje i o której powinna dotrzeć do domu.
Jeśli gdzieś wychodziła, musiała określić dokładnie, o której godzinie powróci.
Jeżeli nastąpiło coś, że nie mogła wrócić do domu punktualnie, zawsze telefonowała.
Pełnoletność niczego tu nie zmieniła - nie musiała się co prawda opowiadać dokąd idzie,
ale nadal wymagano od niej punktualności.
Bardzo to śmieszyło Piotra, który zawsze wychodząc z domu wygłaszał tekst "jak wrócę
to będę" , jego rodzice godzili się z tym bez problemu.
Na tle koleżanek Piotra Iwona była niemal dziwadłem -nigdy nie założyła jakichkolwiek
butów na bose stopy- niezależnie od otaczającej temperatury miała pończochy lub rajstopy.
Gdy się dziwił, wytłumaczyła mu, że to po prostu brak elegancji, by wkładać buty na bose
stopy no i poza tym to przecież niehigieniczne.
Do pracy nigdy nie założyła mocno wydekoltowanej bluzki czy sukienki i nie chodziła
w rozpuszczonych w nieładzie włosach. Zawsze były spięte lub uczesane w kok.
Zdziwionemu Piotrowi tłumaczyła, że zawsze trzeba być ubranym stosownie do sytuacji-
biuro to nie park rozrywki i tyle.
Gdy się umawiali dokładnie wypytywała go dokąd pójdą i co będą robili.
Pamiętała jego totalne zaskoczenie, gdy w którąś niedzielę umówili się na dworcu , bo
mieli wyjechać do jej koleżanki pod Warszawę - Iwona była w spodniach, w bluzce
z ogromnym dekoltem i...tenisówkach a włosy miała spięte w "kucyki". Na jej widok
zdziwiony wydusił - ooo, gdzieś się zagubiła panienka z dobrego domu. Nie zgubiła-
poprawiła go Iwona- po prostu panienki z dobrego domu nie jezdżą na wycieczki na
szpilkach i w kostiumie - zapamiętaj to sobie.
Iwona była rzeczywiście "panienką z dobrego domu". Od dziecka była uczona dobrych
manier - jak się poruszać, jak witać, jak siedzieć przy stole, jak się posługiwać prawidłowo
sztućcami, jak nakrywać do stołu, jakie kieliszki pasują do którego wina, jakie wino
podaje się do czerwonego mięsa a jakie do ryb, i do deserów.
Tak bardzo nawet nie musiano jej tego wszystkiego specjalnie uczyć, bo na co dzień w jej
domu przestrzegano takich zasad, więc niejako automatycznie się ich uczyła.
Bardzo wcześnie dotarło do niej, że z 90% jej koleżanek zupełnie inaczej zachowuje się
przy stole i nie ma zielonego pojęcia o tych wszystkich przepisach dobrego tonu.
Zazdrościła im jednej rzeczy - im wolno było jeść na ulicy- Iwonie nie, nawet gdyby ją
skręcało z głodu.
c.d.n.
sobota, 2 maja 2015
Przeczytałam....
jednym tchem, książkę pani profesor Lidii Stawowskiej "Reinkarnacja-nieskończoność
istnienia".
Swą książkę, która jest właściwie sprawozdaniem z przeprowadzonych badań, pani
profesor zadedykowała "wszystkim, którzy wątpią w sens życia i nie wierzą we
własną nieśmiertelność".
Nie ma tu nic bajkowego, żadnych dywagacji, żadnych prywatnych poglądów autorki
na zjawisko reinkarnacji - i nawet gdyby pani profesor nie napisała wcale krótkiego
podsumowania wyników, wszystko jest jasne.
Życie to nie tylko synteza białka - posiadamy dwa ciała- fizyczne i energetyczne.
Ciało fizyczne z upływem lat ulega degradacji - ciało energetyczne żyje wiecznie.
Nasza świadomość, podświadomość i nadświadomość jest domeną ciała energetycznego.
Pani profesor już od dawna od nas odeszła i niestety nikt w Polsce nie kontynuuje jej
pracy. A szkoda.
Ale na szczęście są prowadzone badania w innych krajach i co jakiś czas mamy szansę
dowiedzieć się czegoś nowego.
Będąc, że tak to ujmę, w temacie, sięgnęłam po jeszcze jedną pozycję -książkę
Raymonda A. Moody'ego "Życie po życiu". Pierwsze wydanie tej książki ukazało się
w 1975 roku, osiągnęło nakład ponad trzynastu milionów egzemplarzy.
Została przetłumaczona na niemal wszystkie języki świata. Jej tematem jest z kolei
sprawozdanie z badań osób, które doświadczyły śmierci klinicznej i w wyniku działań
medycznych zostały przywrócone do życia.
Przyznam się szczerze, że znając ten tytuł przez wiele lat nie zaglądałam do niej,
opierając się głównie na opinii wielu lekarzy, że takie przeżycia ma każdy, kto cierpi na
silne niedotlenienie mózgu.
Poza tym uważając siebie za wielce nowoczesną kobietę bardziej wierzyłam "szkiełku
i oku" niż temu, że jednak istnieje świat energii i ducha, tym bardziej, że jego istnienie
negowały przeróżne autorytety naukowe.
Takie podejście do tematu zmroziło wielu badaczy, oraz tych, którzy doświadczyli tych
przeżyć. Mało kto o tym opowiadał, bo każdy bał się etykietki łgarza lub wręcz świra.
Ale jeśli ktoś z Was zna kogoś, kto przeżył śmierć kliniczną, zróbcie wszystko by Wam
zaufał i opowiedział o swoich przeżyciach. Uprzedzam, że nie wszyscy zapamiętali te
przeżycia, ale część z nich - tak, chociaż nikomu się z tego nie zwierzyli.
Ze strachu, że ich nazwą głupimi, histerykami, kłamcami.
W swoim opowiadaniu "Między nami, duszyczkami" wykorzystałam część wrażeń
jednego ze znajomych, który przeżył śmierć kliniczną.
Obie omówione przeze mnie książki nie negują istnienia Boga , z tym, że Jego określenie
zawsze zależy od tego jakiego wyznania jest badana osoba, jej poziomu wiedzy,
wychowania.
Jedni opowiadają, że widzieli Chrystusa, inni określają, że spotkali niebywałą jasność,
rozsiewającą wokół ciepło, miłość, bezpieczeństwo, jeszcze inni mówią, że widzieli
Anioły.
Nie mniej wszyscy zgodnie twierdzą (zarówno ci, o których pisała prof. Stawowska
jak i ci, co przeżyli śmierć kliniczną), że nadal czuli, że żyją, chociaż zdają sobie sprawę
z faktu, że nie posiadają swego ciała.
Nasze czasy, pełne nowych technik i technologii nie sprzyjają rozważaniom o tym czy
i jak żyjemy po śmierci.
Jesteśmy tak zafascynowani nowymi zdobyczami techniki, że śmierć i towarzyszące
jej doznania zostały zepchnięte to tematów tabu.
Nikt w szpitalu nie dba o zachowanie godności człowieka w tej chwili gdy jego dusza
(ciało energetyczne) opuszcza ten świat, nie zastanawiają się, czy odchodzący człowiek
jeszcze coś czuje, widzi lub słyszy.
Sprawiono, że śmierć stała się czymś wstydliwym. A szkoda.
Bo śmierć wcale nie jest końcem.
istnienia".
Swą książkę, która jest właściwie sprawozdaniem z przeprowadzonych badań, pani
profesor zadedykowała "wszystkim, którzy wątpią w sens życia i nie wierzą we
własną nieśmiertelność".
Nie ma tu nic bajkowego, żadnych dywagacji, żadnych prywatnych poglądów autorki
na zjawisko reinkarnacji - i nawet gdyby pani profesor nie napisała wcale krótkiego
podsumowania wyników, wszystko jest jasne.
Życie to nie tylko synteza białka - posiadamy dwa ciała- fizyczne i energetyczne.
Ciało fizyczne z upływem lat ulega degradacji - ciało energetyczne żyje wiecznie.
Nasza świadomość, podświadomość i nadświadomość jest domeną ciała energetycznego.
Pani profesor już od dawna od nas odeszła i niestety nikt w Polsce nie kontynuuje jej
pracy. A szkoda.
Ale na szczęście są prowadzone badania w innych krajach i co jakiś czas mamy szansę
dowiedzieć się czegoś nowego.
Będąc, że tak to ujmę, w temacie, sięgnęłam po jeszcze jedną pozycję -książkę
Raymonda A. Moody'ego "Życie po życiu". Pierwsze wydanie tej książki ukazało się
w 1975 roku, osiągnęło nakład ponad trzynastu milionów egzemplarzy.
Została przetłumaczona na niemal wszystkie języki świata. Jej tematem jest z kolei
sprawozdanie z badań osób, które doświadczyły śmierci klinicznej i w wyniku działań
medycznych zostały przywrócone do życia.
Przyznam się szczerze, że znając ten tytuł przez wiele lat nie zaglądałam do niej,
opierając się głównie na opinii wielu lekarzy, że takie przeżycia ma każdy, kto cierpi na
silne niedotlenienie mózgu.
Poza tym uważając siebie za wielce nowoczesną kobietę bardziej wierzyłam "szkiełku
i oku" niż temu, że jednak istnieje świat energii i ducha, tym bardziej, że jego istnienie
negowały przeróżne autorytety naukowe.
Takie podejście do tematu zmroziło wielu badaczy, oraz tych, którzy doświadczyli tych
przeżyć. Mało kto o tym opowiadał, bo każdy bał się etykietki łgarza lub wręcz świra.
Ale jeśli ktoś z Was zna kogoś, kto przeżył śmierć kliniczną, zróbcie wszystko by Wam
zaufał i opowiedział o swoich przeżyciach. Uprzedzam, że nie wszyscy zapamiętali te
przeżycia, ale część z nich - tak, chociaż nikomu się z tego nie zwierzyli.
Ze strachu, że ich nazwą głupimi, histerykami, kłamcami.
W swoim opowiadaniu "Między nami, duszyczkami" wykorzystałam część wrażeń
jednego ze znajomych, który przeżył śmierć kliniczną.
Obie omówione przeze mnie książki nie negują istnienia Boga , z tym, że Jego określenie
zawsze zależy od tego jakiego wyznania jest badana osoba, jej poziomu wiedzy,
wychowania.
Jedni opowiadają, że widzieli Chrystusa, inni określają, że spotkali niebywałą jasność,
rozsiewającą wokół ciepło, miłość, bezpieczeństwo, jeszcze inni mówią, że widzieli
Anioły.
Nie mniej wszyscy zgodnie twierdzą (zarówno ci, o których pisała prof. Stawowska
jak i ci, co przeżyli śmierć kliniczną), że nadal czuli, że żyją, chociaż zdają sobie sprawę
z faktu, że nie posiadają swego ciała.
Nasze czasy, pełne nowych technik i technologii nie sprzyjają rozważaniom o tym czy
i jak żyjemy po śmierci.
Jesteśmy tak zafascynowani nowymi zdobyczami techniki, że śmierć i towarzyszące
jej doznania zostały zepchnięte to tematów tabu.
Nikt w szpitalu nie dba o zachowanie godności człowieka w tej chwili gdy jego dusza
(ciało energetyczne) opuszcza ten świat, nie zastanawiają się, czy odchodzący człowiek
jeszcze coś czuje, widzi lub słyszy.
Sprawiono, że śmierć stała się czymś wstydliwym. A szkoda.
Bo śmierć wcale nie jest końcem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)