wtorek, 9 maja 2023

Lek na wszystko? -110

 Teresa i Kazik od  chwili przekroczenia bramy ośrodka co chwilę  wracali myślami do swego pierwszego tu pobytu. Teraz trwały w niektórych domkach  prace remontowe, wytyczono też teren na plac zabaw dla dzieci. Wczasowiczów  można  było  bez trudu policzyć na palcach jednej  ręki - rodzina  Teresy i Kazika  zajmowała  w  sumie 3 domki, oprócz  nich jeszcze  dwie rodziny wynajmowały  domki, w hotelu też nie  było tłoku. Pan  Henryk twierdził, że jeszcze nieco osób przyjedzie  w październiku, a potem to dopiero zaczną  się  zjeżdżać na Boże Narodzenie i na czas zimowych   ferii w  szkołach. No i  dobrze, bo przecież  trzeba jednak raz na jakiś czas przeprowadzać  drobne a czasem i  większe  remonty.  

Czytając przyniesioną z recepcji książkę, do której wpisywali się wczasowicze  wyrażając swą opinię o ośrodku i o swoich  wrażeniach,  Teresa powiedziała - ja tych ludzi to nie  rozumiem. Każdy  wyjazd na  wczasy  jest swego  rodzaju oddechem od  codzienności, a tu  czytam zażalenia, że w  domkach nie ma "prawdziwej" kuchni, bo czajnik elektryczny i mała  płyta grzewcza oraz lodówka to stanowczo zbyt małe  wyposażenie i nie można tu sobie ugotować prawdziwego obiadu. I strasznie wszyscy narzekają na śniadania, że są mało urozmaicone a to przecież zasadniczy posiłek.  I że powinny tu być śniadania w formie szwedzkiego stołu. Tylko chyba jakoś nikt  z tych narzekaczy nie bierze pod uwagę, że to nie jest pięciogwiazdkowy hotel w dużym mieście, kiedyś tu wcale nie było hotelu, tylko zwykły, skromny dom wczasowy pewnej firmy. I że  śniadania w postaci szwedzkiego  stołu są bardzo  drogie i ich koszt jest  wtedy rozłożony na inne usługi  danego hotelu.

Narzekają też, że jedzenie "skromne", że jeśli ktoś nie  zgłosi, że nie będzie jadł danego  dnia  obiadu to nie dostanie go na kolację. No chyba tych ludzików ciut porąbało w mózg - we wszystkich domach  wczasowych, jeśli danego dnia nie będziesz na obiedzie to musisz to zgłosić - wtedy najczęściej proponują  suchy prowiant  na  wycieczkę i normalną kolację  wieczorem. Ale znam domy wczasowe, w których jeśli się umówisz, to dostaniesz ten obiad wieczorem a na swoją wycieczkę suchy prowiant. Ooooo, kawiarnia też się wielu osobom nie podobała, bo "na gorąco"  to tylko można  dostać kawę lub herbatę. O i jest opinia, że są tylko drogie, markowe alkohole. No fakt, czyściochy tu nie  widziałam. Ale koniak markowy był super. 

Grill też się nie podoba, bo "tylko poślednie części kurczaka grillują, to znaczy udka i skrzydełka, a piersi tylko w plastrach, a na dodatek nie na szpadkach tylko rzucane na blachę". Gdybym była  właścicielem takiego obiektu też bym nie urządziła go tak, by każdy tu mógł pichcić.  Bo wyobrażam sobie  zaraz , że po 3/4 wczasowiczów trzeba  by całą kuchenkę nie tylko dokładnie sprzątnąć  ale i prusaki lub inne robale wybijać -powiedziała Teresa.

Teresa i Kazik zastanawiali się jak mają się ulokować- na pięterku były dwa pokoiki, każdy z dwoma pojedynczymi łóżkami  i po krótkim namyśle  wybrali opcję, że będą spali na dole na szerokiej, rozkładanej, dwuosobowej wersalce i łóżeczko małego też  tu będzie. W dzień łóżeczko będzie  stało w kuchni - nie będzie im jego obecność przeszkadzała w przygotowaniu kawy lub herbaty, bo to w  sumie spore  pomieszczenie.

Nim malec poszedł spać poszli z nim razem na balkon na pięterku, by mu pokazać wieczorne niebo. Alek po raz pierwszy w  życiu widział rozgwieżdżone wieczorne niebo. Kazik musiał nieźle wysilić mózg, by wytłumaczyć dziecku, że to nie są światełka które ktoś na górze zapala i że to co widzi na górze to nie jakaś  dekoracja, ale to jest cały czas to samo niebo, na którym w dzień, na  błękitnym  tle świeci słońce. Postanowili, że następnego dnia powędrują  z nim u schyłku dnia, by dziecko zobaczyło jak zmienia się barwa nieba, jak zapada  zmierzch i zaczynają być widoczne gwiazdy.

Rano, przy "nieurozmaiconym śniadaniu" siedzieli przy stoliku razem z  dziadkami, którzy stwierdzili, że świetnie im  się tu spało. Podobnie jak Kazik i Teresa stali  wieczorem na balkoniku i  zachwycali  się niebem pełnym gwiazd. I tą cudowną ciszą i zapachem iglastych drzew. Nie da  się ukryć, że tu jest zupełnie inne powietrze - "odkrywczo" stwierdził tata. A Alek powiedział - tu są gwiazdy, duzo gwiazdów, w domu nie było. Teresa od  razu wyjaśniła, że  dziecko po raz pierwszy widziało niebo pełne gwiazd i że dziś mają zamiar pokazać mu jak dzień zmienia się w wieczór. Gdy już kończyli śniadanie do jadalni dotarł Kris z Aliną i Tadzikiem. Ależ tu się świetnie  śpi - zachwycał się Kris. Gdy byłem piękny  i młody to byliśmy tu raz z rodzicami, pamiętasz? - spytał się Kazika. Pamiętam, ale wszystkie poprzednie pobyty już dawno są zresetowane w mojej pamięci - dla mnie liczy   się ten, gdy byliśmy tu z Tesią przed jej rozwodem i ten obecny. A ja myślałem, że wy byliście wtedy w Sandomierzu - powiedział Kris.  Owszem, byliśmy w Sandomierzu, ale tylko na obiedzie w Lapidarium i kelner zapytał się jak mojej żonie smakował obiad. I wziąłem to pytanie  za wróżbę i patrz - spełniło się! Teresa, która już  zjadła wstała i podeszła  do Aliny - chodź Tadziniu do  cioci,  posiedzimy i popatrzymy jak mama i tata jedzą śniadanie.

Mały bez problemu poszedł na ręce Teresy, a gdy Teresa usiadła z małym Alek natychmiast się do niej przytulił. Teresa objęła go drugą ręką i powiedziała -posiedzimy i poczekamy aż ciocia i wujek zjedzą. A może masz ochotę syneczku na biszkopta? Tak, prose. No więc idź z tatusiem do domku, w kuchni jest torebka z  biszkoptami i przynieś dwa biszkopciki - jeden dla Tadzisia, drugi dla  ciebie. One są owinięte  serwetkami. To może ja pójdę z nim - zaoferował się tata, ale Teresa powiedziała - nie, bo nie masz klucza. 

Jacek i tata też byli  zachwyceni jak tu cichutko i jakie wspaniałe powietrze. Tadzik poczuł się luzacko na kolanach Teresy i wstał na  nóżki i trzymając  się mocno Teresy zaczął ćwiczyć stawy kolanowe. Nie pozwól - niemal krzyknęła Alina. Ale dlaczego?- zdziwiła  się Teresa - trzymam go mocno, nie  zleci mi z kolan. Widać mu ten ruch jest do szczęścia potrzebny. Wszystkie maluszki tak robią, one tak ćwiczą sobie mięśnie nóg. W tych domkach są dobre  warunki do biegania dla maluchów, bo na dole nic nie stoi na środku. Tylko trzeba uważać by mały nie  wszedł do kominka.  A te kominki są czynne? spytała Alina . Oczywiście, na górze kominka  są zapałki. Warto tylko zapamiętać jak jest drewno w nim ułożone i tak samo następne ułożyć. To jest porcja na dwa wieczory, potem zgłosisz na recepcji i ci doniosą nowe drewienka. 

Wrócił Kazik z Alkiem i biszkopcikami, Teresa poprosiła Alka by rozwinął biszkopcik z bibułki i dał go Tadzikowi, co bardzo zgrabnie dziecko  zrobiło i zaraz usiadło na krześle obok Teresy. Tadzik do jedzenia rozsiadł się na kolanach Teresy i w końcu Teresa lewą ręką obejmowała Tadzia, prawą Alka,  a Kris patrząc na  nią powiedział: matka Teresa od  aniołków.   Teresa roześmiała  się - tamta to była matka Joanna i była blondynką i była od aniołów. Wiesz jak potem mówili o tym filmie? No jak - spytał Kris. Mówili, że nie byłoby nic gdyby nie Winnickiej cyc. I według mnie to była dobra recenzja. Strzał w sedno.

Gdy Kris i Alina już skończyli jeść do jadalni wszedł p. Henryk. Przepytał się jak im  się spało, powiedział, że pogoda ładna to mogą pojechać nad Zalew Soliński. My to raczej pospacerujemy z małym- dobrze to zrobi i jemu i nam- powiedział Kris. Po tych  alejkach to może  sobie  dzieciak popchać wózek. A my pojedziemy do Cisnej, zajrzymy do Majdanu  koło Cisnej i jeśli kursuje  kolejka to nią pojedziemy do Balnicy i z powrotem, co nam  zajmie  dwie  godziny. I zobaczymy o której  wrócimy do Cisnej, bo może  wtedy jeszcze byśmy pojechali nad Zalew, ale to  naprawdę żaden problem. Dla Alka weźmiemy picie i jedzenie, a my gdy  wrócimy to coś  sobie  z grilla zjemy albo,  jeśli głód nas  zmorze  wcześniej to zjemy gdzieś po drodze. A wy panowie- Kazik zwrócił  się do Jacka i taty- może  się  wybierzecie z nami jednym samochodem, Jacek  może  siedzieć koło mnie a reszta z tyłu. Ale  wróćcie na kolację, będą placki ziemniaczane z gulaszem - powiedział Henryk. OOOO- super! Wszyscy lubimy placki ziemniaczane, Alek też je lubi. Teresa coś szeptała Alinie do ucha co od  razu zwróciło uwagę obu  braci. Co tak spiskujecie? - dopytywał się Kris. Nie  spiskujemy, tylko wymieniamy  się informacjami na temat minionej nocy- palnęła Teresa.  Wolałbyś byśmy mówiły o  tym głośno? Biedny Kris nie  bardzo wiedział jak zripostować i zamilkł. Gdy wyszli z jadalni powiedział - ty się bratowa marnujesz-byłabyś dobra  w sądzie. To tak ci  się tylko wydaje- drogi szwagrze-odpowiedziała  ze śmiechem Teresa.  Czy ty naprawdę sądzisz, że wymieniamy się z Aliną takimi informacjami? To, że  się z Aliną znamy furę lat nie znaczy, że się wymieniamy takimi informacjami. Alutko powiedz mu co ci mówiłam, bo to będzie  go dręczyło. Ale wiesz co, powiedziała  Alina, ja  chyba tych grubych beżowych  spodenek nie  wzięłam, bo jeszcze były wilgotne, zostały na  sznurku w łazience. Ale mam takie za długie, grube skarpetki i mogę je włożyć mu pod  spód, tylko nie  wiem, czy mu wtedy butki wejdą. Ale mogę je rozpruć i wtedy je tak podwinąć, żeby były  dwie warstwy na kolanach. A nie  będzie  ci ich  żal? Nie,  bo one są strasznie  grube, z włóczki boucle i żadne butki na nie nie  wchodzą, poza  tym one  nie mają wyrobionej piętki tylko  zszycie tam gdzie są palce. Strasznie  nie  lubię takich  skarpetek. Ja też nie- przytaknęła Alinie Teresa. Wiesz, tak  się zastanawiam- powiedziała Alina- jak myślisz- a może byśmy pojechali   z wami tą kolejką? Tadzik co prawda nic  z tego nie pojmie, ale mam wrażenie, że mu się podoba gdy jest nas  więcej. 

Słuchaj - tak  między nami kobietami- atrakcja zerowa, ale może mu  się podobać bo będzie  w grupie, będzie Alek. No ale to musisz przegadać z Krisem. Możemy  wziąć dla niego parasolkowiec Alka  zamiast  jego spacerówki. Tylko jakieś picie trzeba dla niego wziąć. Ten pociąg jest dość  ażurowy, weź kombinezonik i czapeczkę. Ja też  wezmę  dla Alka czapeczkę i  kurtkę. I wezmę  swój plecaczek, to do  niego pochowamy ciuchy i picie   dla  nich. I może powiedz Krisowi o tym, że jedziecie  z nami. Wiesz, że dziadki też  z nami jadą? No to fajnie. A o której  jedziemy? no za jakie pół godziny najdalej. Ja to wezmę nocniczek dla Alka,  on już bezpampersowy jest. A ty weź dla Tadzia pampersa na  zapas. Pół godziny później wyruszyli w  dwa samochody.

Całkiem nieźle trafili, kolejka ruszyła  w drogę w kwadrans  po tym jak zostawili  samochody na  strzeżonym, prywatnym parkingu. Przy jednym oknie vis a vis siedzieli tatusiowie a dzieci po nich deptały. Alek co chwilę machał rączką i mówił "pa, pa," do pasących  się owieczek lub krów, dodatkowo Kazik tłumaczył mu co mijają, aż Kris nie  wytrzymał i powiedział -gadasz i gadasz, a on i tak jeszcze nic nie  rozumie, więc zaraz  usłyszał reprymendę , że im  się wcześniej zacznie  dziecku wszystko tłumaczyć i im więcej będzie  się do niego mówiło tym szybciej  dziecko samo zacznie mówić. A na dodatek powiedział, że wspaniały pan mecenas powinien nieco uzupełnić  swą  wiedzę w temacie  "wychowanie  dziecka". W drodze powrotnej Tadzio też już machał rączką do mijanych  zwierząt, a Alek co chwilę sprawdzał czy mama i dziadkowie też widzą to co i on. 

Gdy już  wrócili do punktu,   z którego wyruszyli Teresa  zaczęła rozmawiać z Alkiem pytając  się go jakie  zwierzęta widział i co jeszcze  widział i okazało się, że mały zauważył jeszcze konika i taktor, czyli traktor. A to znaczyło, że dziecko dobrze cały  czas obserwowało, bo ten traktor był dość oddalony od trasy kolejki. Oczywiście gdy wysiedli z kolejki to obaj dziadkowie przepytali malca co mu się podobało i konik wygrał w przedbiegach.  Stamtąd pojechali jeszcze do Polańczyka, gdzie zjedli duuży i smaczny obiad. Jak na taką niewielką miejscowość było tam  wiele porządnych punktów gastronomicznych a ulica  Zdrojowa  powinna nazywać  się raczej ulicą restauracyjną. Co prawda było już po sezonie,  ale ponieważ Polańczyk leży bliziutko  Solińskiego  Zalewu  to masa tam "wodniaków", którzy pływają nie tylko w lipcu i  sierpniu. Z jedzeniem Alka nie było najmniejszego problemu, bo jak powiedział Kazik z nim to już można  było wszystkie knajpy zwiedzać, a dla Tadzia  Teresa doradziła by bardzo drobniutko pokroić sznycel cielęcy i wymieszać  go z ugniecionym ziemniakiem i niewielką ilością  surowego masła. Tadzik, który widział koło  siebie, że  wszyscy jedzą zjadł to zaimprowizowane danie, a Teresa szepnęła do Aliny - dobrze  że zapomniałaś słoiczka z domu - na co Alina odszepnęła - został w samochodzie. W drodze powrotnej Tadzio z pełnym żołądkiem i główką pełną nowych  wrażeń spokojnie zasnął. Nie obudził się nawet na parkingu, więc Kris wysupłał go z fotelika i zaniósł śpiącego do domu. Alek całą drogę powrotną ćwierkał. Usiłował gwizdać tak jak gwizdała  lokomotywka kolejki a wieczorem już w  swoim łóżeczku zapytał  się kiedy  znowu pojadą kolejką.

Na kolację  rzeczywiście  były placki kartoflane i gulasz. Oczywiście Alek zjadł spory kawałek placka i ze trzy kawałki gulaszu, który nie był jak u Teresy  zrobiony z pieczeniowego mięsa ale  z jakiegoś "gorszej" jakości kawałka, przez  co był łykowaty i twardy. 

Tego wieczoru  Alek i  Tadzik bardzo szybko przenieśli się w objęcia Morfeusza.

                                                                       c.d.n.

poniedziałek, 8 maja 2023

Lek na wszystko?- 109

 W pierwszych dniach  września  Kazik zatelefonował  do Kurta  z pytaniem, czy w tym roku przyjadą  z  dziećmi do Warszawy. Ale okazało się, że i w tym sezonie będzie  to niemożliwe. Dwaj starsi jadą w czasie jesiennych  ferii na jakiś obóz sprawnościowy a najmłodszy ma aktualnie rękę w gipsie i w czasie tych ferii będzie  miał rehabilitację bo to uszkodzenie blisko nadgarstka, więc  trzeba o tę rękę   nieco bardziej zadbać. 

No to w takim razie  my pojedziemy w te Bieszczady nieomal  zaraz - poinformował Kazik  Teresę. Oczywiście weźmiemy ze sobą  obu dziadków. I, powiedz mi szczerze, bo sam nie wiem - może zaproponować Krystianowi by wysłał w te Bieszczady Alinę z dzieckiem .  Mam podejrzenie, że życie rodzinne nieco go przerasta i  chyba dobrze by mu  zrobiło nieco samotności - po prostu "zresetowałby  się". Poza tym w porównaniu z małym Tadziem to nasze  dziecko jest głównie na dworze, bo jak mi powiedział Kris to mały w tej Wildze to był głównie wietrzony, bo było strasznie dużo komarów. No fakt- słyszałam, że głównie spędzał czas na  zadaszonym tarasie osłoniętym jakąś muślinową zasłoną - tyle tylko wiem o pobycie Aliny w Wildze- stwierdziła  Teresa.  No ale ja jakoś nie mogę  sobie uzmysłowić czy w Baligrodzie  były komary i nie mogę zagwarantować że ich tam nie ma. Może i  były, ale ja byłam wtedy zajęta tylko tym, by nagle nie paść przed  tobą na kolana i nie błagać  cię  byś mnie pokochał i nie szukał po świecie innych dziewczyn.  Kazik przytulił ją mocno i powiedział - a ja zaciskałem zęby żeby nie wyjść z roli tylko i wyłącznie twojego przyjaciela - oboje  byliśmy wtedy nieco pokręceni. Ale nie jest wykluczone, że pan mecenas zdecyduje  się, że skoro my jedziemy w pełnym zestawie to i on pojedzie z Aliną i dzieckiem  a pani Maria będzie miała  w tym czasie urlop. I weźmiemy trzy domki. Kocham obu dziadków, Krisa również, ale chcę byśmy mieli oddzielny  domek. Nie  mniej trzeba przyznać obu  dziadkom, że jako lokatorzy w jednym domu są absolutnie nie krępującymi lokatorami. Gdyby nagle okazało  się, że  Jacek  nie chce jechać no to wtedy może  wzięlibyśmy jeden z większych domków.  Ale Jacek woli górki i las  niż morze, więc na pewno pojedzie z nami.  Zaraz porozmawiam z dziadkami i Krisem,   a potem zatelefonuję do Baligrodu by zamówić odpowiednią ilość domków.

No to ty dzwoń,  a ja wezmę Alka i tatę na  spacer. Na  spacerze  zostawię ich na  trochę samych, bo podjadę  do  Tesco po tę nakładkę na deskę sedesową. Przy okazji zrobię zakupy żywnościowe. No to ja pojadę z tobą, tylko nie mów tego głośno przy małym, bo zaraz i on będzie  chciał jechać- doradził Kazik. Ale nie  musisz wcale ze mną jechać - wyciągnę  cię  z domu byś mi  zakupy przeniósł z  samochodu do domu. 

Jak powszechnie  wiadomo życie nie jest  romansem i często nasze plany idą się paść na łąkę. Jeszcze nim Teresa zdążyła przygotować  wszystko do  spaceru zatelefonował Jacek, że właśnie jest u chirurga i  czeka na  zagipsowanie stawu skokowego, bo mu w nim pękła jakaś kosteczka i lekarz  uznał, że należy to dać w gips, więc na  razie będzie uziemiony, za trzy tygodnie będzie kontrola. W takim razie zrób listę co ci trzeba kupić, bo ja  wybieram się do sklepu, to ci kupię a potem któreś  z nas ci zakupy podrzuci. Kazik, który  stał obok  zabrał telefon z ręki Teresy i powiedział - podaj mi adres gdzie jesteś, to cię odwiozę do domu. I albo w czasie nieobecności  Pawła będziesz u nas,  albo ci podrzucę tatę - przez ten pierwszy tydzień nie powinieneś być w domu sam. Skąd wiesz? Nie marudź, powiedz lepiej co wyprawiałeś że ci coś trzasnęło. Zeskoczyłem ze stołka i jakoś noga  mi  się podwinęła. Daj mi adres gdzie jesteś - w  szpitalu na Stępińskiej na SORze- padła odpowiedź. No to zaczekaj tam na mnie, zaraz będę. Gdy się rozłączyli Teresa  powiedziała - chyba przywieź go do nas- na pewno  będzie lepiej gdy teraz u nas pobędzie. A potem może oddelegujemy na tydzień do niego tatę. Zastanowimy  się nad  wszystkim gdy już będzie u nas. Bo bardzo możliwe, że  Paweł weźmie trochę urlopu. Zaraz  do niego zatelefonuję,  a ty jedź do tego  szpitala. Pójdę tatę uświadomić co się wydarzyło. Tacie też się wciąż  wydaje, że jest tak samiutko sprawny jak  był w  wieku dwudziestu lat.

Jak  było do przewidzenia tata się wielce przejął przypadłością  swego przyjaciela i  zdecydował, że w takim razie przez ten czas do kontroli on zamieszka z Jackiem.  Alkowi Kazik z Teresą wytłumaczyli, że dziadek Jacek  jest troszkę chory, bo zrobił coś głupiego,  czyli zeskoczył z wysokiego stołka i teraz  nie będzie mógł przez jakiś czas chodzić na  spacery i pewnie dziadek Tadek będzie u niego mieszkał,  albo dziadek Jacek będzie u nich codziennie, żeby nie  był sam w  swoim mieszkaniu.

Paweł bardzo się wystraszył i stwierdził, że weźmie trochę urlopu od następnego dnia i po prostu będzie przez te trzy tygodnie mieszkał z ojcem. Z tym, że urlopu nie będzie mógł wziąć więcej niż tydzień. No fajnie - powiedział Kazik - to jak wrócisz po urlopie do pracy to będziesz rano przywoził ojca do nas i odbierał wracając z pracy. A potem to albo mu zdejmą gips albo razem z gipsem zabiorę twego ojca w Bieszczady. Zaraz jadę po niego do  szpitala i porozmawiam z lekarzem jak to wszystko wygląda okiem lekarza. Tak, że jak wrócisz z pracy to już  będziesz  coś więcej wiedział- my też. Skoro go wypuszczają ze świeżo założonym gipsem to pewnie nie jest tam w  środku bardzo źle. W każdym razie nie zamartwiaj się za bardzo, sytuacja na  razie raczej jest całkowicie opanowana.

W niemal dwie godziny później Kazik przywiózł Jacka. Alek lekko przerażony patrzył na Jacka, który nieco dziwnie wyglądał  w spodniach, których jedna nogawka był rozpruta od strony wewnętrznej, a na dodatek noga była w gipsie.  Na początek Kazik pomógł się ubrać Jackowi w spodnie dresowe, które zakupił po drodze,  a które były ze dwa rozmiary za duże na objętość  dla Jacka, ale mieściła  się w nich noga opatulona  gipsem aż do kolana.  W szpitalu Kazik powiedział lekarzowi, że jest synem Jacka, a lekarz  tego nie  sprawdzał. Lekarz pokazał Kazikowi wynik rtg - pękła, ale nie rozleciała  się jedna kosteczka w stawie skokowym, a ścięgna są w porządku i staw na szczęście nie jest uszkodzony i żeby uniknąć komplikacji założono gips. Po trzech tygodniach będzie kontrola rentgenowska i jest duża szansa, że wtedy może nawet mu zdejmą gips. Bo to jest tylko pęknięcie tej kosteczki, nie  jest potrzaskana. Oczywiście ma głównie leżeć lub siedzieć  tak, by noga nie była poniżej siedzenia. No i  musi brać zapisane leki. Mało chodzić zwłaszcza przez pierwszy tydzień. Wystarczy przejście z pokoju do pokoju i do łazienki. Nie brać prysznica ani kąpieli w  wannie. I ma wybić sobie z głowy zeskakiwanie ze stołków a korzystać z drabinki. 

Jacek czuł się nieco zażenowany, że narobił przyjaciołom nieco kłopotu, ale wszyscy go usilnie zapewniali,  że to żaden kłopot i każdemu może  się taka rzecz  zdarzyć. Kazik od  razu mu powiedział, że na ostatnie  dwa tygodnie września jadą do Baligrodu, więc  ma nadzieję, że do tego  czasu pozbędzie  się gipsu, a jeśli nie to go wezmą tam razem z gipsem. Po obiedzie Jacek został wyekspediowany na drzemkę do sypialni taty, a Teresa wreszcie poszła  z Alkiem na spacer. Dziecko było ogromnie przejęte i smutne, że dziadek Jacek  "ma cholą nogę". 

Paweł przyjechał po ojca z wielkim bukietem kwiatów dla Teresy. Na razie wziął tydzień urlopu, bo w następnym  tygodniu musiał być trzy  dni w pracy i będzie przez ten  czas  mieszkał z ojcem. A potem zobaczą  co  dalej, bo może "starsi panowie" dojdą  do wniosku, że wystarczy Jackowi "opieka z doskoku", czyli będzie  do niego przed południem przychodził tata Teresy. Kazik przyznał  się Pawłowi, że dla "dobra sprawy" skłamał  lekarzowi, że jest synem Jacka, więc następną wizytę może odbędą już  "obaj synowie" Jacka,  a potem tylko sam Paweł będzie jeździł z ojcem.

Trzy tygodnie nawet jakoś  szybko minęły i na kontrolę pojechał Jacek z Pawłem. Zrobiono  kontrolne badanie  rtg i, ku wielkiemu  zadowoleniu i pacjenta i lekarza, w 3 dni później zdjęto Jackowi gips. Znowu Jacek usłyszał, by nie korzystał ze  stołków  ale z  drabinki, tym bardziej, że można nabyć i całkiem niewysokie  drabinki i w domu powinny być  dwie- jedna wysoka a  druga niska,  zastępująca z powodzeniem stołek. No i powinien sobie Jacek zdać  sprawę z faktu, że z wiekiem niestety  kości kruszeją. I ma uzupełniać poziom witaminy D, który u  wszystkich osób około sześćdziesiątki  spada. Jacek przepytał się  jeszcze, czy są jakieś przeciwwskazania do wyjazdu w Bieszczady, dostał tylko przykazanie by nie chodził na  dalekie wycieczki i nie  chodził po wertepach,  a by  nie  skręcać kostki miał nosić na tym stawie specjalną elastyczną , stabilizującą staw opaskę.

W drodze do  domu panowie odwiedzili sklep  z akcesoriami rehabilitacyjnymi. Jacek zakupił aż dwie opaski, bo stwierdził, że gdy będzie chodził po lesie  to obydwa  stawy skokowe będzie  chronił opaskami. W dwa dni później wyruszyli  trzema samochodami w Bieszczady. Na dobrą  sprawę daliby radę jechać w dwa samochody, ale Jacek stwierdził, że to jednak dość daleka  droga, więc  będzie lepiej gdy samochód nie będzie przeładowany, zwłaszcza, że brali dla Alka składane turystyczne łóżeczko. Jacek uparł się, by jechali jego samochodem i prowadzili go z tatą  Teresy na  zmianę. Kris i Alina mieli ze  sobą tyle bagażu, że  część została umieszczona w bagażniku samochodu Jacka. 

Teresa nieśmiało zwróciła Alinie  uwagę, że nie jadą na  bezludną wyspę, poza tym jeśli czegoś zabraknie to zawsze można którymś samochodem podjechać  do Sanoka i brakującą  rzecz dokupić. A Krisowi podpowiedziała, by zrealizował zapasową  receptę i wykupił leki Aliny i zapakował je do swojej torby. Bo ona osobiście nie do  końca  ufa Alinie więc lepiej mieć tak ważną rzecz jak lek Aliny- w zapasie. Paweł został w Warszawie i zaoferował się, że będzie zaglądał do dwóch  mieszkań Kazików no i oczywiście  do mieszkania Jacka. Do mieszkania Krisa i Aliny miała  zaglądać pani Maria, która miała  zaplanowane dość gruntowne porządki przed zimą. 

Alek miał w czasie jazdy bardzo poważne zadanie, bo oczywiście miał ze  sobą swoje ZOO i uważał za stosowane by jego podopieczni byli dobrze poinformowani przez  jaką miejscowość aktualnie przejeżdżają.

Jakoś tak dobrze im się jechało, że pierwszy dość krótki postój zrobili w  okolicy Iłży  a kolejny dopiero niedaleko Rzeszowa. Sama jazda, nie licząc postojów zajęła im 5 godzin 15 minut. Gdy zajechali na teren ośrodka i gdy tylko Kazik wysiadł z samochodu z głównego budynku wyszedł kierownik , szeroki uśmiech zdobił jego twarz i szedł do Kazika z rozłożonymi ramionami, gotowymi do objęcia go. I tak Kazik wpierw wpadł w jego ramiona, potem Teresa, która zaraz zyskała  miano kochanej dziewczyny, w tym czasie Kazik wyciągnął z  samochodu Alka, mówiąc mu, że to jest jeszcze jeden przyjaciel mamy i taty, wujek Henryk, więc ma  ładnie tego wujka ukochać. A że z "ukochiwaniem" Alek nie  miał nigdy problemu, nowy wujek został ukochany, potem Kazik przedstawił resztę towarzystwa i oczywiście wszyscy zostali wyściskani na powitanie, bratanek Kazika również. Z uwagi na ilość "bambetli" Krisowi pan Henryk powiedział by podjechał pod  domek i potem  dopiero odstawił wóz na parking, tak  samo zostali potraktowani obaj dziadkowie, a pan Henryk przydzielił im pomoc w postaci zdrowo wyglądającej osobniczki płci żeńskiej, a że Kazikom przypadł domek tuż obok parkingu ( bo pamiętałem, że twoja dziewczyna, chłopie, nie lubi dalekiej  drogi na posiłki)  sam pomógł wnieść walizki i łóżeczko małego do domku. W domu powiedział - personel wie, że jesteście moją rodziną. Kazik westchnął - coś  w tym jest, bo gdybyś ze mną wtedy nie przespacerował całej nocy to nie wiem czy dziś bylibyśmy u ciebie razem i to właściwie całą rodziną.

Wiesz, Kaziku, jesteście z bratem szalenie  do siebie podobni, nieomal jak bliźniacy! Eeee, to tylko tak na pierwszy  rzut oka, Krystian jest ode mnie pięć lat młodszy. Grunt, że nasze żony nas  rozróżniają, mój mały też,  ale  dzieciak brata to nie  za bardzo i gdy stoimy obok  siebie to pewnie ma podejrzenie, że widzi dwóch tatusiów. Alek, gdy był młodszy,  też tak patrzył na  nas gdy staliśmy obok  siebie.  

Alek przyglądał się panu Henrykowi bystro, a potem podreptał do torby, w której była jego menażeria, chwilę w niej grzebał i przydreptał z dwoma misiami - brązowym i białym.  Kazik szybko wyjaśnił, że to efekt wizyty małego w ZOO, a pan Henryk powiedział małemu, że w tych lasach są misie brązowe i panowie którzy pracują w lesie to czasem je  widują z daleka i dobrze, że tylko z daleka, bo misie  nie są zwierzątkami do głaskania i nie są wcale zachwycone,  gdy ludzie wchodzą na ich tereny. Potem powiedział do Kazika - między innymi dlatego teraz podwyższyliśmy ogrodzenie i nie wyłączamy na  noc oświetlenia terenu. Brama wjazdowa już od godziny osiemnastej jest zamknięta.  Teraz jest zdecydowanie mniej ludzi niż latem. Pokoje w budynku recepcji pracują  w trybie hotelowym. W ośrodku są teraz głównie dobrzy, starzy goście, Alek i twój bratanek to będą jedyne teraz  dzieci.  Korzystamy z tego, że jest po sezonie, gośćmi w domkach jesteście praktycznie  tylko wy, w domkach  działają teraz  dwie ekipy remontowe. Ośrodek już jest teraz  całoroczny, mamy centralne ogrzewanie. Teraz jeszcze  nie  włączone, jak na  razie to jeszcze ciepło i kominek wystarcza.

Gdy tak spokojnie  rozmawiali rozległo się pukanie  do drzwi i na głośne zaproszenie do środka weszli dwaj dziadkowie. Kazik, którego rozpierała duma, że ma koło siebie ukochaną żonę i synka powiedział do małego - synku, powiedz panu Henrykowi  jak dziadkowie mają na imię, możesz pokazać paluszkiem. Malec dumny i blady wpierw pokazał ojca Tesi i powiedział - to dada Tadek, a to dada Jacek. A to kto- zapytał Kazik i wskazał pana Henryka.  To pan Henryk. Brawo, brawo, powiedziałeś tak jak trzeba to pan Henryk i pięknie powiedziałeś to imię, bo powiedziałeś jak duży chłopczyk literkę "r"! Kazik i Teresa oboje klaskali w ręce więc i on też zaczął klaskać w  ręce. Szczegółowej prezentacji dokonał Kazik , a gdy mówił o Jacku Teresa dodała - w moim odczuciu Jacek jest w sensie mentalnym ojcem Kazika, odkąd go znam bliżej uważam go za swego teścia.

Zik, sprowadź Krisa z resztą rodzinną, wzięłam nescę, zrobię kawę i coś słodkiego do kawy. A   może byście wpierw zjedli  coś  grilla? Ponieważ jest dość pusto, to nie serwujemy regularnych obiadów, tylko jakieś mięsko z grilla z ryżem lub  frytkami. Nie da się ukryć, że najczęściej jest to kurczak. Oooo, to świetnie, mały Krystiana jest na "słoiczkach" a nasz je to co my. Zaraz Kazik przyprowadzi brata z przyległościami. Myślę, że będziemy codziennie gdzieś  wyjeżdżać, niech się dziecko uczy, że urlop to nie jest siedzenie w jednym  miejscu. Byliśmy w lecie nad  morzem, ale też jeździliśmy po okolicy. Tu chcemy pojechać kolejką wąskotorową, będzie miał dzieciak frajdę, chcemy też  się wybrać do  Łańcuta. Jacek jest po świeżo zdjętym gipsie, to musimy tak kombinować, żeby go nie uszkodzić. A co się stało? Dopytywał się  pan kierownik. 

Ach -Jacek machnął ręką - aż wstyd mówić- tak zgrabnie zeskoczyłem z taboretu, że musiałem pogotowie wzywać- dobrze  że pękła tylko mała kostka  w stawie  skokowym a nie pozrywałem ścięgien lub nie uszkodziłem całego stawu. Teresa  zacząła się  śmiać - ciesz  się, że to nie był pokazowy skok ze spadochronem  bo rok by się z ciebie po kątach chichotali jak to pan komendant z gracją wylądował. Jacek uśmiechnął się - to samo sobie  pomyślałem gdy mi gips nakładali.

Do domku dotarł Kazik z resztą rodziny. Kris przepraszał, że tak długo się  zbierali, ale mały był głodny a szybko to on  nie je, więc  trochę to trwało. Kazik podpuścił Alka by przestawił  nowo przybyłych i, ku wielkiej radości Teresy i Kazika, mały prawidłowo wymówił imię Krisa i znów  zebrał mnóstwo pochwał.

Henryk śmiał się, że teraz dziecko będzie zapewne wstawiało literę "r" w wyrazach mleko, kluski, lalka,  itp., ale Teresa powiedziała , że niekoniecznie, bo on bardzo uważnie słucha. Jest to oczywiście  dobry objaw, tyle  tylko, że trzeba bardzo uważać na dobór używanych  wyrazów, żeby potem nie rumienić się  ze wstydu. 

Teresa z pomocą taty zrobiła kawę dla wszystkich, picie dla maluchów, dzieci załapały  się na domowe biszkopty, dorośli na wytrawne herbatniki. Alina skomplementowała cały ośrodek i przydzielony im domek, a Kazik powiedział bratu i bratowej, że Henryk ich wszystkich wpisał jako swoją rodzinę, więc automatycznie  przechodzą z nim  wszyscy  "na ty". No i bardzo dobrze - powiedział tata- porządnej rodziny nigdy nie jest  za wiele.

                                                                 c.d.n.




sobota, 6 maja 2023

Lek na wszystko? - 108

 Okazało  się, że wizyta w Ogrodzie Zoologicznym była  wielkim wydarzeniem dla Alka, a Encyklopedia Zwierząt stała  się - "niezbędnikiem".  Lektorami byli na zmianę dziadek i Teresa. W domu zagościły figurki niektórych  zwierząt a Alek stał się wiernym klientem sklepu, w  którym można było te  figurki kupić. Do słonika, tygrysa, dwóch niedźwiedzi i koników  różnej maści dołączyły figurki dinozaurów,  tyranozaurów i innych prehistorycznych zwierząt,  a na uwagę Kazika, że przecież w  ZOO nie było takich zwierząt mały powiedział, że przecież tym zwierzątkom byłoby  smutno, gdyby zostały  w sklepie. 

 No tak- powiedział Kazik Teresie- to jest argument nie do odparcia. Mogłyby się biedactwa  rozchorować z przygnębienia.  No a że  są dość brzydkie i patrząc na nie my  się możemy rozchorować z przygnębienia ich  ewidentną brzydotą to nieistotne. Kochanie, za jakiś czas mu  się znudzą i pomyśl, że na  całe  szczęście nie  chce mieć  w domu jakiegoś żywego  zwierzaka  - pocieszyła  męża  Teresa.

Jacek w przypływie szczerości i ataku samokrytycyzmu powiedział, że dopiero teraz  w pełni sobie uświadomił jak wiele stracił, że nie był w czasie  dzieciństwa Pawła. No ale przecież  nie  wiedziałeś nic o tym, że zostałeś ojcem - trzeźwiła  go Teresa, a  tata popierał ją  w pełni. Powinienem był  się domyśleć, co się stało- niemal jęczał Jacek.

Wiesz  co - przestań  się nad  sobą roztkliwiać obrugała go Teresa gdy kolejny raz w tym samym  tygodniu znów się  zadręczał. Zachowałeś  się właściwie gdy jej zabrakło, masz przy  sobie swego  syna, który  jest fajnym, mądrym facetem. I mam wrażenie, że jego mama dobrze  zadbała o to, żeby nie splagiatował  waszej historii. Podobała ci  się ta Basia , ale na szczęście szybko "odkryła karty", a jak widać Paweł "nadkochliwy" nie jest. No i bardzo dobrze.

No ale ty mówiłaś, że Basia sprawia  wrażenie  normalnej, która nie ma przewrócone  we łbie - argumentował  Jacek. No bo nie ma we łbie  przewrócone - jak  widać  ma tam  tak niewiele, że nie bardzo  ma się tam  co przewracać - zaśmiała  się Teresa. Pani cybernetyczka (pewnie by mnie  zakatrupiła za ten epitet) ewidentnie miała przewrócone  w głowie, bo to kierunek na którym raczej  brak kobiet. W jej mniemaniu była nieskończenie  mądra,  szkoda  tylko że tak bardzo wybiórczo, w jednym kierunku. Słyszałeś - nie ma  co czytać bo wszystko takie miałkie  co teraz ludzie  piszą, oczywiście  nie tylko w Polsce, TV to w ogóle dno, spód naczynia, w klubie też  się jej nie podobało bo zespół jakiś taki źle ubrany, tak jakby zespół amatorski grający  dlatego, że ludzie w nim  lubią grać (bo kiedyś rodzice posyłali ich do  szkoły muzycznej i szkoda zatracić tę umiejętność) powinien  być w extra  ciuchach, w teatrze to ona też nie  bywa bo nie ma  na co pójść i Paweł ją dobrze podsumował mówiąc, że jest lekko pieprznięta.  

No ale ty z Kazikiem dobraliście  się świetnie. Tak - zgodziła  się Teresa- dobraliśmy się,  ale on mnie znał odkąd wyjrzałam na świat, znaliśmy się, przyjaźniliśmy i każde  z nas wdepnęło w całkiem nieudany  związek, by po latach zauważyć, że cały czas  się kochaliśmy uważając, że to tylko przyjaźń. W ramach przyjaźni świadkowałam na jego sprawie rozwodowej i w ramach przyjaźni brat Zika załatwił mi rozwód "bezbolesny", bez mojego stawania na rozprawie. Muszę tu oddać sprawiedliwość byłemu, że dostarczył sądowi wspaniałych dowodów, że to on jest w100% stroną  winną, więc koszty rozwodu on poniósł. I może dlatego, że oboje z Zikiem  dostaliśmy  w kość w poprzednich  związkach teraz  dbamy bardzo o naszą miłość starając  się dawać sobie  wzajemnie  tylko dobro.

Spójrz na swoje związki- pierwszy skonsumowany ale nie sformalizowany, drugi sformalizowany, nawet skonsumowany  i jesteś rozwodnikiem i nie  wiem czy wiesz dlaczego. Jak widzisz to wcale nie jest łatwo znaleźć tę  drugą swoją połówkę i z nią iść razem aż  do końca życia. Może te 15 lat różnicy między  wami przy twoim wielkim zaangażowaniu w życie  zawodowe miało wpływ,  a może byłeś jej potrzebny tylko przejściowo bo miała od początku jakiś inny plan i byłeś w nim "schodkiem lub poręczą" do jej wymarzonego  celu. Nie mam pojęcia, dlaczego cię pozostawiła, bo zdążyłam  ciebie poznać i dziwię się, bo jesteś naprawdę fajnym facetem. Ale być może dlatego tak los wszystko poplątał byś   mógł być ze  swoim synem, byście  się mogli spokojnie poznawać i nadrobić zaległości ojcowsko-synowskie. Bo masz naprawdę świetnego syna. Mądry, wykształcony, kulturalny a i po tatusiu  przystojny.

Też  coś - zaprotestował  Jacek- Paweł jest przystojny po swojej mamie, nie po mnie. Teresa  zaśmiała  się- mogę ci pójść na rękę i powiedzieć, że po was obojgu, ale  to  skóra  zdarta  z ciebie. Ażeby wszystko jeszcze  bardziej poplątać  to ja, tak wewnątrz siebie,   uważam  cię za mentalnego ojca Kazika i dlatego nie  zaprotestowałam,  gdy Alek zaczął nazywać  cię dziadkiem. Zresztą Kazik jest  do ciebie  bardzo przywiązany. I dlatego mnie przywiózł do ciebie na to rozdanie nagród. Chciał ci koniecznie udowodnić, że stać go na kogoś lepszego niż Anka i że się  ze  wszystkim już pozbierał. Byłeś dla niego wzorcem. I nie zdziw  się, gdy  kiedyś,  gdzieś,  przedstawię Cię jako swego teścia.  Może to dziwne,  ale dla  mnie  więzy krwi mają  znaczenie głównie w medycynie a właściwie w genetyce. Można kochać kogoś z kim  się nie ma ani kropli wspólnej krwi a można też nienawidzić któregoś ze  swoich biologicznych rodziców, a nawet i oboje.

Zaczynam podejrzewać, że ty mnie lubisz- roześmiał się  Jacek- a to mi najzwyczajniej  w  świecie pochlebia. No przecież gdybym  cię nie lubiła to bym cię wciąż nie  zapraszała, zwłaszcza na wyjazd wakacyjny, więc prawidłowo podejrzewasz.

Coś ci powiem, tylko się nie śmiej- bardzo ale to bardzo chciałbym by Paweł spotkał odpowiednią dla  siebie  dziewczynę i bym się doczekał jego dziecka - powiedział Jacek. Po prostu marzy mi się bym umierając miał świadomość że on ma  rodzinę - żonę, dziecko, że nie jest sam. Teresa popatrzyła na niego poważnie i powiedziała - on dopiero co szczęśliwie ukończył studia, zapewne chce pożyć trochę na luzie a nie pakować  się teraz/zaraz w poważne obowiązki. Do małżeństwa trzeba dojrzeć bo to całkiem ciężki kawałek  chleba.  On jest w o tyle dobrej sytuacji, że ma własne mieszkanie i ma już pracę, która  chyba mu odpowiada, bo nie  słyszałam ani razu by narzekał na pracę.

Rozmowę przerwało "pikanie" telefonu- Teresa zerknęła na ekran i powiedziała-zaczekaj, muszę odebrać, dzwoni Franek. W kilka minut potem powiedziała- to cudownie, ucałuj je obie ode mnie, zaraz pójdę to powiedzieć  moim chłopakom. Potem powiedziała do Jacka - żona Franka pół godziny temu urodziła dziewczynkę. Ponoć duża, zdrowa, wrzeszcząca  i Franek cały w skowronkach. Coś mi się wydaje że trochę jakby przed terminem, no ale  skoro dzidzia zdrowa to wszystko jest w porządku. Będzie miał Alek koleżankę. No  to  jak będziesz  z nim rozmawiała to pogratuluj im ode mnie - poprosił Jacek. Sam mu pogratuluj, przecież go znasz i masz  do niego numer.  Będzie na pewno wzruszony- świeżo upieczony tata niemal 45-latek to będzie tata-wariat. Idę powiedzieć tacie i Zikowi. Wpierw pójdę do Zika, a potem do taty i dyrektora tego zwierzyńca.

Wpierw poszła do gabinetu Kazika, który chociaż  akurat  z kimś wiódł jakąś służbową rozmowę przygarnął ją mocno do siebie i usadził na  swoich kolanach. Po zakończeniu rozmowy wycałował ją czule, potem  zapytał czy Jacek jeszcze jest, bo jeśli jest to fajnie, a Teresa powiedziała - Frankowa urodziła dziewczynkę, podobno duża i wrzeszcząca.

Eeee, to chyba jakoś przed czasem- zastanowił się Kazik. No mnie też  się  zdaje, że trochę przed  czasem, tak ze dwa tygodnie - zgodziła  się Teresa. No ale skoro duża i wrzeszcząca to pewnie  zdrowa. Zadzwonię do niego trochę później, teraz  pewnie obdzwania pół Europy. No wiesz, podejrzewam że i pół Afryki poinformuje o tym fakcie- zaśmiał się Kazik. A co robi nasz Słodyczek?  Słodyczek zapewne karmi lub leczy zwierzęta w swoim ZOO- tata jest razem z nim. A nasz przyjaciel Jacek marzy żeby się Paweł  ożenił i oszczenił  nim on odejdzie w lepszy wymiar. Jak to oszczenił? - zdziwił się  Kazik.  No bo nie wiem czy jest takie  słowo "odziecił". No to pójdę teraz  z tobą do Jacka a potem zajrzę do ZOO. W chwilę później obaj wynieśli się do gabinetu Kazika, a Kazik poprosił o kawę dla nich obu, więc  zamiast do Alka i taty Teresa poszła  do kuchni, zrobiła kawę i dała  "coś  do kawy", czyli słodkie naleśniki z gęstym musem brzoskwiniowym, polane sosem czekoladowym. A potem poszła do dziecka i taty i już w progu powiedziała-  coś dobrego czeka na  was w kuchni, więc zostawcie na trochę to ZOO - są naleśniki z owocami polane czekoladą. A mogę wziąć dinozaula? - zapytał Alek. Możesz , ale tylko jednego i  nie wolno mu jeść naleśnika z czekoladą, czekolada  szkodzi zwierzętom.

Przy tym lunchu Teresa powiedziała  dziecku i tacie, że Frankowa żona urodziła  dziewczynkę, więc tata może zatelefonować  do Franka i do jego ojca  z gratulacjami.

A kiedy tam pojedziemy? spytał Alek. Pewnie wtedy, gdy dziecko skończy trzy miesiące. Nie odwiedza  się takich świeżo urodzonych dzidziusiów- tłumaczyła  dziecku Teresa. Wujek Franek przyśle nam zdjęcie maleńkiej. Ona jest duuużo mniejsza niż twój braciszek Tadzik. Pokażę ci  centymetrem na blacie stołu jakiej jest długości. I Teresa poszła po centymetr, odmierzyła na blacie 51 centymetrów i pokazała małemu mówiąc - pomiędzy tymi kreskami zmieściłaby  się córeczka wujka  Franka. Wszyscy ludzie gdy się tylko urodzą są właśnie takiej długości. Alek patrzył się na Teresę jak na zamorskie stworzenie, więc poszła po album, by mu pokazać jaki był malutki. I ona jest? No przecież mówię ci, że właśnie ją ciocia Joasia urodziła. Dzieci rodzą się malutkie, bo nim się urodzą są w brzuszku swojej mamusi  i tam w ciszy i ciepełku  rosną przez dziewięć miesięcy. Gdy już są takiej długości, to wychodzą z brzuszka mamy i dalej już rosną w domu mamy i taty. Ja też? Tak syneczku - wszyscy ludzie są wpierw malutką kropelką, która rośnie w brzuchu mamy i potem  się rodzą i już potem rosną poza  brzuszkiem mamy. Pokażę ci zdjęcie   moje, gdy ty byłeś jeszcze w moim brzuszku i sobie  w nim spokojnie rosłeś. Alek wpatrywał się w zdjęcie wyeksponowanego brzuszka Teresy i zapytał a ja? Teresa pokazała swój ciążowy brzuszek  w dzień przed porodem i powiedziała- ciebie nie widać, bo jesteś tam w środku, w moim brzuszku. O, a na tym zdjęciu jesteś gdy już wyszedłeś z mojego brzuszka. Mały pokazał zdjęcie sprzed porodu i powiedział- tu klopelka w bzusku. Tak synku, ale byłeś już tak dużą kropelką, że musiałeś wyjść z brzuszka mamusi bo się już w nim nie mieściłeś. Do taty idę - oświadczył biorąc zdjęcia. Teresa przytrzymała go- tata w tej chwili pracuje w gabinecie z dziadkiem Jackiem, jak skończą to wtedy pokażesz tatusiowi. Jak skończą pracę to sami do nas przyjdą, zaczekaj spokojnie.

Ojciec popatrzył na  swą córkę jakby ją zobaczył pierwszy raz w życiu i powiedział - a myślałem że wielki ze mnie  nowator, bo zaczęliśmy cię uświadamiać gdy miałaś chyba już  pięć lat. Ale odnoszę wrażenie, że on nawet coś z tego załapał.  Na pewno załapał- stwierdziła Teresa. A mówił ci już o  tym, że panowie powinni sikać na siedząco w domu a na stojąco tylko w miejskich toaletach?  A skąd on o  tym wie? -zdziwił się tata. A od Kazika. Bo raz byli w toalecie,  w której był pisuar dla dzieci  i małemu  się to strasznie spodobało, to się od  razu dowiedział, że to tylko awaryjnie  tak się  sika, a prawidłowo na  siedząco. No właśnie, przypomniało mi się, że mam kupić nakładkę na deskę, żeby zlikwidować nocnik przynajmniej  w dzień.  Może jutro wyskoczę na  zakupy. Nie ma problemu- powiedział tata - przecież albo ja z nim zostanę w  domu i zrobisz  zakupy,  albo ja kupię. Jacek potrafił to ja chyba też dam radę.

                                                                               c.d.n.


 


piątek, 5 maja 2023

Lek na wszystko? -107

 Do Ogrodu Zoologicznego pojechali w  dwie rodziny, dwoma samochodami. Wpierw podjechali od  strony starego  wejścia przy ulicy Ratuszowej, no ale parking to w Warszawie "ustrojstwo" raczej mało popularne i trudno dostępne, więc pojechali do drugiego wejścia w okolicy Mostu Gdańskiego.  Nawet  były jeszcze  miejsca na parkingu. Teresa przezornie wzięła z domu składany  wózek "parasolkowy". Jakby na to nie  spojrzeć dziecko chociaż nie było przekarmione i pulchne to jednak  już  ważyło ok.15 kg, a warszawskie ZOO ma 40 hektarów  powierzchni i wiadomo przecież, że przetuptają od wejścia przy Moście  Gdańskim aż do wejścia  przy Ratuszowej, tam zawrócą i dojdą z powrotem do Mostu Gdańskiego. Teresa zapowiedziała, że tym razem pominą Akwarium,  bo to jednak jest ciekawe dla nieco starszych  dzieci, a jest to dodatkowe dreptanie. Akwarium będą  zwiedzać w jakiś chłodny jesienny lub  wręcz zimowy  dzień. A w międzyczasie będą w  wielu miejscach stali, więc ogólnie  rzecz ujmując  wycieczka  do ZOO- każdego- to sprawa   męcząca nawet  dla dorosłych. A noszenie 15 kilogramów na  rękach to dość upiorna frajda- nikt  z tego towarzystwa  nie  był "ciężarowcem".  Kazik i tata coś mamrotali, że lepiej  się zwiedza zaczynając od  wejścia przy Ratuszowej, wpierw się zwiedza wszystko to co jest po prawej stronie  Ogrodu a potem, wracając, to co po lewej stronie, ale jedno spojrzenie Teresy i zapewnienie, że nic im się  nie stanie gdy raz wpierw  zobaczą te zwierzaki które przedtem widywali w drugiej fazie zwiedzania  a nie  w pierwszej w  zupełności wystarczyło. Jackowi i Pawłowi było to obojętne, bo Jacek był tu "wieki temu", a Paweł znał tylko Oliwskie ZOO. 

Mały był niezwykle podniecony. Wszystkie, bez wyjątku, zwierzęta były dla niego piękne i ciężko go było od każdej klatki lub wybiegu odciągnąć. A najpiękniejszym zwierzątkiem był....osiołek, który ciągnął wózek z grupką dzieci. Bo osiołek dał się pogłaskać i nawet przytulić. Najmniej podobały mu  się  żubry, które wcale nie  chciały podejść w stronę Alka. Lew też podpadł dziecku, zupełnie  nie docenił faktu, że Alek widzi tylko jego kawałek, bo lwisko ułożyło się  daleko na  swym wybiegu. Teresa myślała, że najwięcej czasu postoją przy klatkach  z małpkami, ale najdłużej stali przy wybiegach żyraf  i przy wybiegu kucyków bo akurat było tam małe źrebiątko, które wyglądało  jak zabawka. 

Mały był przerażony kondorem, który akurat wtedy, gdy podeszli do jego olbrzymiej woliery poczuł potrzebę rozłożenia  swych ogromnych skrzydeł. Dziadek Tadek pocieszył Alka, że w tej części Ziemi, w której mieszkają, kondory żyją tylko w Ogrodzie Zoologicznym i  nie latają nad polami. Teresa obiecała dziecku, że gdy wrócą do  domu będzie  mógł jeszcze  raz obejrzeć w encyklopedii wszystkie te zwierzęta, które dziś widział i że o każdym z tych zwierzaków ona albo dziadek lub tata mu poczytają i pokaże mu na mapie świata jak bardzo daleko od Warszawy jest rodzinny dom wielu zwierząt, które dziś widział. 

Na  słonia to Alek  był wręcz obrażony, bo słoń ciskał kamykami i piaskiem w publiczność, więc nie podeszli blisko do jego wybiegu. A cemu on zuca piachem? - dopytywało się dziecko. I wtedy Kazik podjął się dość  trudnej  sztuki opowiedzenia dziecku o tworzeniu ogrodów  zoologicznych, o tym, że chociaż teraz większość tych  zwierząt to są te, które już urodziły się w jakimś ogrodzie zoologicznym to jednak jest im na pewno niezbyt miło, gdy tak naprawdę to żyją w klatce, bo nawet duży wybieg jest jednak rodzajem klatki. I chcąc sprawę nieco dziecku przybliżyć powiedział - to tak, jakby tata z mamą nigdy nie wyjęli dziecka z łóżeczka, lub gdyby nigdy dziecko nie  wychodziło z domu chociaż jest zdrowe i potrafi chodzić i biegać. A ponieważ dostał kuksańca od Teresy i szepnęła "wybiel to  trochę" to zaraz  dodał, że wszystkim zwierzakom w ZOO ludzie starają się zapewnić jak najlepsze warunki życia, mają zawsze jedzenie, nie głodują, co się jednak na wolności zdarza. A na koniec obiecał, że ilekroć będzie w telewizji film o zwierzakach to pozwolą dziecku by go oglądał i posłuchał opowieści o zwierzakach.

Paweł się przyznał, że gdy był w ostatniej klasie podstawówki to po wycieczce do ZOO czuł nieprzepartą ochotę  by pracować kiedyś w ZOO. Gdy obejrzał kilka filmów nagranych w  zagranicznych ogrodach zoologicznych i dowiedział się, że bez  studiów to co najwyżej mógłby klatki sprzątać to zaraz  mu chęć do pracy w ZOO minęła. Teresa śmiała  się, że jest wiele osób  , które  z wielkiej miłości do zwierząt biorą do  domu jakieś zwierzątko nie zdając  sobie  sprawy z faktu, że każde zwierzątko wymaga opieki pełnowymiarowej, że musi jeść nie resztki, a dobrej jakości jedzenie takie, które jest dla niego wskazane, że wymaga spacerów i że nie można go zostawiać na cały  dzień bez kontaktu z właścicielem a już na pewno nie można zostawić zwierzaka w domu samego i wyjechać na urlop. I zaraz  pochwaliła Franka, którego Dunia  nigdy nie  zostaje sama w domu lub w ogrodzie na dłużej niż  na 2 godziny.

Słowo Dunia zelektryzowało małego. Kocham Dunie - oświadczył. Kazik posłał spojrzenie Teresie - Dunia i Franek należeli do świata Teresy. Teresa szybko  "wybrnęła" mówiąc, że teraz nie pojadą do Duni, wujka Franka i cioci Joasi, bo ciocia Joasia wkrótce urodzi dzidziusia i pojadą dopiero wtedy, gdy dziecko będzie już mogło  mieć kontakt z osobami spoza  rodziny, bo takich maciupeńkich dzieci nie powinno się odwiedzać, żeby im nie przynieść jakichś zarazków.

W ramach atrakcji oferowanych przez ogród Alek przejechał się małą bryczką ciągniętą przez osiołka. Trochę był przerażony faktem, że będzie siedział sam w towarzystwie obcych maluchów, ale osiołek tak wolno człapał, że Kazik szedł obok bryczki, więc przerażenie Alka szybko minęło.  Paweł, który kiedyś był na "wczasach w  siodle" powiedział, że rozejrzy się czy są gdzieś w okolicach Warszawy jakieś szkoły lub ośrodki jeździeckie, bo z chęcią by nieco "zażył" jazdy konnej. Wreszcie ma trochę wolnego czasu. A mały mógłby się przymierzyć do hipoterapii,  bo konie, które tam pracują są szalenie łagodne i przyzwyczajone do  dzieci. No ale czy tam mogą być dzieci pełnosprawne, które nie  wymagają hipoterapii to trzeba  by dopiero sprawdzić "u źródła" i Paweł to sprawdzi. No to sprawdź- stwierdziła Teresa. Zamiast łażenia po placach zabaw popatrzę sobie na konie, to może być całkiem  miłe.  Tiaaa, a potem będzie "kupcie mi konika" wyszeptał dziadek Jacek w ucho dziadka Tadka i obaj się zaczęli śmiać. Nic nowego pod  słońcem - przecież  dzieci to skarbonka z ogromną  dziurą w dnie- odpowiedział tata.

Gdy już zwiedzili cały ogród a na dodatek Alek jeszcze napił się picia zabranego z domu będąc przekonanym, że to picie z tej kawiarenki, stwierdzili, że należy pojechać już do domu. Obiad był tym razem u Jacka i był wspólnym dziełem ojca i  syna. Były domowej roboty kotleciki mielone, które były wielkości piłeczki do pingponga i było ich strasznie  dużo, do nich był do wyboru ryż lub kasza  gryczana oraz domowej roboty surówka z lekko ukwaszonej kapusty. Na deser była galaretka, w której były zatopione świeże  maliny. Zamiast ciasta były lody. 

Ku wielkiej radości Jacka zdaniem gości obiad był pyszny, a mały kazał sobie nałożyć i ryżu i kaszy, bo lubił i kaszę  gryczaną i ryż. Zachwyciła  go też wielkość kotlecików i w sumie wchłonął ich tyle, że  zadziwił tym wszystkich. Nie  podejrzewałam, że już malec  dojrzał do gałki muszkatołowej i dotąd jej nie  dodawałam do jego porcji. No patrz, nie  wpadłem na to, że jemu robiłaś nieco inne kotleciki, bo na oko wyglądały tak  samo - sumitował się Jacek.

Galaretka z owocami wzbudziła szczery zachwyt dziecka, które było wielkim fanem malin i borówek amerykańskich

Alek nadal jeszcze porządkował w  swej główce wizytę w ZOO i dzielił się swoimi wrażeniami. " Ten kondol był bzydki i taki stlasny" - opowiadał z wielkim przejęciem. Dziadkowie obaj pocieszali dziecko, że ani w Warszawie ani w jakimkolwiek miejscu w Polsce kondory nie latają tak jak gołębie. A Teresa szepnęła Kazikowi do ucha- jego opowieść o brzydocie i straszności tego ptaka całkowicie zamiera w tym jego seplenieniu. Gdy on o nim  mówi to mi aż żal tego ptaka. 

Zmęczony i najedzony Alek przytulił się do Teresy i.....zasnął. Z dużą pomocą Kazika  Teresa wstała od  stołu i Kazik pomógł jej przejeść małego do pokoju,  a Jacek szybko przyniósł jasiek i kocyk i Teresa  delikatnie  ułożyła  małego na  sofie. Zastawili sofę trzema krzesłami by mały przypadkiem nie  stoczył się z niej na podłogę. No to nas dziecko uziemiło -śmiał się Kazik.

No i bardzo dobrze, że dziecko sobie trochę pośpi - stwierdził Jacek. To znak, że czuje  się tu bezpiecznie. Dla mnie to radość podwójna bo i jedzonko  mu smakowało i dobrze  się tu dziecko czuje. Jakby na to nie spojrzeć to jednak sporo się dziś nadreptał i miał też sporo nowych wrażeń. I "naćwierkał" się przy okazji, wszak cały  czas nam opowiadał. Niech sobie kruszyna spokojnie teraz odpocznie. 

A masz jakąś folię nieprzemakalną?- spytała Teresa. Bo on zasnął, ale jest bez pampersa, a dawno nie  sikał, więc się boję, że może ci sofę  zasikać.  Nie denerwuj się - uspokajał Teresę Jacek. Zrobimy mu z Kazikiem majty z torebki foliowej i założymy  na spodenki. I podłożymy mu jeszcze  gruby ręcznik frotowy. Dobrze, że ma na  sobie  długie spodenki to go folia nie odparzy.  I Jacek z Kazikiem poszli preparować majty z torebki foliowej. Konstrukcja była  prosta- wycięli z boków torby, przy jej dnie , otwory na  nóżki i delikatnie  wsunęli tę "osłonę" na dziecko i delikatnie, na jeden raz  zawiązali "uszy" torebki. Kazik jeszcze podłożył małemu pod  pupinę frotowy ręcznik. Zostawili otwarte  drzwi, żeby słyszeć gdyby dziecko zaczęło wołać. W dwie godziny później usłyszeli "tata- siku", Kazik pobiegł do dziecka, a Jacek szybko nałożył na deskę toaletową specjalną nakładkę dopasowaną wielkością do wymiarów dziecięcych. Dziecko było nieco zdumione swym strojem, potem razem z Kazikiem było zdumione udogodnieniem w toalecie. Gdy operacja "tata-siku" została pomyślnie  zakończona  Alek poinformował, że już nie chce spać i wylądował na kolanach swojej mamy. Dorośli jeszcze  spokojnie wypili drugą porcję kawy i zjedli lody a dziecko dostało troszkę lodów i porcję malin, już bez galaretki. Teresa zachwyciła  się głośno faktem, że Jacek pomyślał o nakładce  dla  dziecka na  deskę  sedesową, a Jacek stwierdził, że to nie jego  zasługa- on chciał kupić nocniczek  dla małego by mały gość  miał luksus, ale nie wiedział jaki ma kupić i zapytał się pani  sprzedawczyni jaki ma kupić nocniczek  dla dwulatka i pani doradziła  mu zakup tej nakładki. No ale chwała  ci  za to, że w ogóle o  tym pomyślałeś! - powiedziała Teresa. Ja też  się  zastanawiałam  czy już mu ją kupić, czy jeszcze nie. Ale  w tym układzie jutro wpadnę do sklepu.

A powiedz mi Jacku z jakiego mięsa robiłeś te pyszne  mielone  kotleciki- zapytała Teresa. Z trzech różnych- odpowiedział. Miałem kawałek pieczeniowej wołowiny, resztkę perliczki i trochę szynki wieprzowej. Każdy z tych kawałków był góra na  dwie osoby na jeden dzień. Jednocześnie  było tego  zbyt mało na  pasztet, więc postawiłem na  mielone. A żeby wyrównać  smak dałem nie tylko gałkę ale i cynamon i odrobinę garam masali. No i zamiast wody dałem trochę mleka kokosowego, w którym namoczyłem bezglutenową panierkę.I nie  dałem całego jajka a  samo białko- bałem  się że ta bezglutenowa panierka nie  zwiąże mi dobrze mięsa. Cieszę  się, że  wam to  wszystko smakowało!  No jasne,  że nam  smakowało! - zapewniła go Teresa. A lubicie obaj serowe placki z dżemem jeżynowym? Ale dżem jest niemal nie  słodki, bo gdy go robiłam to się okazało że nie mam cukru i posłodziłam go.... cukrem waniliowym a nie wanilinowym.   No i te placki robię z mąką  migdałową a nie pszenną. To musi być pyszotka- stwierdził Paweł. A kiedy je będziesz  robiła?  Dziś, na kolację, więc was obu zapraszam. Ale jeśli Paweł ma coś w planie na  dziś, to  sobie je potem odgrzeje w mikrofali.

Nie mam niczego na  dziś i na  najbliższą przyszłość  w planie-  oświadczył Paweł. A co, Basia wyjechała do rodziców?- zapytał Jacek. Nie wiem, nie interesuje mnie to  wcale, już się nie spotykamy. Mamy tak różne poglądy na życie, że nie da  się tego w  żaden sposób skleić w jakąś całość. Ona jeszcze pisze tę swoją pracę, potem ma obronę, a chce byśmy już wzięli ślub, bo będzie mieszkać sama, nie z kumpelką. Podobno rodzicom bardzo się to mieszkanie spodobało i całe jej po swojemu umeblowali - odrzuciło mnie gdy je  zobaczyłem, tam nie ma gdzie  szpilki wcisnąć tak zagracone nowiutkimi wielkimi meblami. No i płacą  za nie. A ponieważ ja  jej tak naprawdę prawie nie znam, z miłości do niej nie konam i nie  czuję pociągu  do małżeństwa, to się z tej imprezy  zwanej Basia- wycofałem. Ma już tak mało do skończenia studiów a małżeństwo jej w głowie. No po prostu ręce opadają. Zapowiadała  się znacznie lepiej i nie mam pojęcia co ją tak pokręciło. A jak mi pokazała swoją pościel z koronkowymi rogami, jaśki z haftami i zobaczyłem te fotele z leżącymi na  nich koronkowymi serwetkami to omal przez okno nie wypadłem. Jest na mnie tak obrażona, że nawet na  dzień dobry mi na ulicy nie odpowiedziała. A ja naprawdę nie  dałem jej powodu by mogła mniemać, że mam  wobec  niej jakieś plany, matrymonialne zwłaszcza. Ja jej nawet nie mówiłem, że mam własne mieszkanie, mówiłem zawsze tak, jakbym  mieszkał z ojcem. 

Hmm, powiedziała Teresa, która już o tym wszystkim wiedziała - a wyglądała ta panienka na dość miłą i rozsądną. Nie odpowiadanie na  dzień dobry to zwykły  brak kultury. W moim odczuciu  wychodzi z  tej panienki  "małomiasteczkowość". Skończyła taki nowoczesny kierunek  a w jej głowie jakieś takie wielce staromodne  przekonania. Można nie  mieć ślubu, kochać  się, być ze sobą i nawet  mieć  wspólne  dzieci. Ślub nie jest gwarancją uczuć.

Jacek wyglądał na wielce zdziwionego, wreszcie  z  siebie  wydusił - nic nie mówiłeś dotąd. No to właśnie powiedziałem- Teresa i Kazik są  wszak i moimi przyjaciółmi i nie mam zamiaru przed nimi cokolwiek ukrywać - to żaden wstyd pomylić się  w ocenie kogoś, kogo się dość krótko zna. Te babki co  studiują na Politechnice to jakieś mutanty z pokręconą psychiką. Albo ja mam takie "zezowate szczęście". Znałem taką jedną  chemiczkę, starszą nieco ode  mnie ze 3 lub 4 lata. Studia skończyła  koncertowo, wszystkie egzaminy zdawała  w terminie  zerowym. I tak ze dwa lata po studiach okazało się, że wylądowała w szpitalu psychiatrycznym - schizofrenia. I niewiele brakowało bym zaczął się koło niej kręcić bo mi bardzo imponowała tym swoim zacięciem do studiowania.

Teresa uśmiechnęła się - z tego co wiem to większość chorób psychicznych jest dość trudno rozpoznać wcześnie. Moja wieloletnia przyjaciółka,  którą znam od I klasy licealnej, a która jest teraz bratową Zika, jest pod opieką Instytutu Psychoneurologii, bo ma chorobę afektywną, dwubiegunową. Dopóki bierze stale lek wszystko jest w porządku. Ale  gdy przestaje  go brać następuje huśtawka nastrojów o bardzo dużej amplitudzie. A ponieważ każdy z nas, nawet w 100%  zdrowy też miewa zmienne nastroje to wiele osób wcale  się nie leczy. Znakiem rozpoznawczym tej choroby jest jej cykliczność. Jej mama wyrządziła jej wielką krzywdę, bo ukrywała przed nią, że ona choruje na dwubiegunówkę. A potem była  cała seria   wydarzeń niekorzystnych dla niej - śmierć jej ojca, potem matki, potem się zakochała, potem ciąża i poród i bańka pękła. Ale teraz jest wszystko pod kontrolą. Na szczęście nie jest to schorzenie dziedziczne o ile oboje rodzice  nie  są nosicielami takiego specyficznego układu genów. A nie  są w tym przypadku.

                                                                    c.d.n.

czwartek, 4 maja 2023

Lek na wszystko?- 106

Pierwszy poranek po powrocie  z  wakacji zawsze jest nieco rozczarowujący. Przy  śniadaniu Alek rozłożył  rączki mówiąc  - "moza nie ma, piachu nie ma, zamka nie ma,  dada Jacka nie ma". Teresa rozejrzała  się po pokoju i powiedziała- nie ma  morza i nie ma piasku, ale gdy  zjesz śniadanie to weźmiemy rowerek i pójdziemy na spacer. Zatelefonujemy do dziadka Jacka  i może będzie  chciał razem z nami pójść na  spacer. Dziadek Tadek też  pewnie z nami pójdzie. Tata też? - dopytywał  się mały. Kazik poczuł  się jak wywołany do tablicy uczeń i zaczął dziecku tłumaczyć, że życie ludzi  dorosłych to jest głównie praca, że nad morzem to byli dlatego, że on miał urlop, a teraz  to niestety  musi już znowu pracować.  A na dodatek dziś  nie będzie pracował w domu,  musi pojechać do swego biura. I wrócis? dopytywało się  dziecko. Wrócę za kilka godzin. Kazik wziął do  ręki zegarek  i powiedział- popatrz synku - gdy ta duża wskazówka  zegarka będzie o na tej cyferce ( tu wskazał 12) a ta mniejsza to będzie na tej cyferce i wskazał  cyfrę 3, to ja  wtedy już będę w domu.  Dziecko bystro wpatrywało się w zegarek i Kazik jeszcze raz pokazał dziecku, o której będzie w  domu. A potem narysował dla Alka sporej wielkości cyferblat, elegancko ponumerował tarczę i  czerwonym kolorem narysował układ wskazówek. Wręczył dziecku i powiedział - gdy na naszym dużym zegarze będą wskazówki na tych cyferkach, tak jak na tym narysowanym  zegarze to już będę w  domu. A ty, gdy ja będę w pracy, będziesz w tym czasie na spacerze, zjesz  grzecznie  drugie  śniadanie, odpoczniesz trochę a potem razem zjemy obiad. 

Żegnając się z Teresą powiedział - chyba trzeba się rozejrzeć za jakimś  zegarem zabawkowym, na którym można ustawiać godziny.  Żaden problem stwierdziła  Teresa - zrobię dziś z kartonu cyferblat, wytnę z kartonu  wskazówki,  w papierniczym sklepie kupię samoprzylepne cyferki, a ty pokombinujesz jak umocować wskazówki- zobacz w firmie na wydziale doświadczalnym czy są jakieś tulejki by na nich umocować wskazówki. Albo  dziadkowie wpadną do któregoś  sklepu z zabawkami, może będą plastikowe zegary, na których  można  dowolnie ustawiać  wskazówki. Bo jak znam życie to będą potrzebne co najmniej trzy zegary. A za rok to będzie  się domagał własnego zegarka na rękę- śmiała  się Teresa.

Czy  wy nie  za  dużo od takiego maluszka  wymagacie?- zapytał dziadek. Ależ my tatku niczego od  niego nie wymagamy- jedyna osoba, która ma jakieś wymagania w tym domu to właśnie  Alek - i to na ogół on od nas  wymaga  a nie my od niego -odpowiedziała Teresa. My tylko korzystamy  z faktu, że wszystko go interesuje. Gdy dziecko  się  czymś  bardzo interesuje  to dobrze jest ten fakt wykorzystać, wtedy łyka  wiedzę bez problemu i  szybko ją  sobie przyswaja. Dwulatek jednej  z moich koleżanek liczył do 10 i potrafił nazwać napisane  cyfry od jednego  do dziesięciu. Alek liczy do pięciu. 

A przypomnij  sobie, proszę, ile ja miałam lat gdy zaczęłam czytać. Bo z tego co pamiętam, to czytałam nim poszłam do szkoły, a do  szkoły poszłam  mając sześć lat. Kazik też przecież poszedł do  szkoły gdy miał sześć lat i też  już czytał. Po prostu nasze  dziecko jest obciążone dziedzicznie. Zdolności są sprawą dziedziczną. Dziecko pary matołów raczej  nie czytałoby w wieku pięciu lat. My jeśli coś Alkowi wyjaśniamy, tłumaczymy to tylko wtedy gdy widać  gołym  okiem, że dziecko jest  tym bardzo zainteresowane. Ja ci tatku nie  wymawiam, ty nauczyłeś Alka jak  się nazywają palce a nie  sądzę, by on się ciebie o to pytał. Popatrz - nie uczyliśmy Alka rozróżniania  marek samochodów a on zawsze na ulicy wypatrzy Toyotę, bo Kris  ma  taki wóz.  Gdy ostatnio byłam  z nim u Aliny, to Kris się mnie zapytał dlaczego nie przyszedł z nami Kazik i nim zdążyłam dziób otworzyć Alek wyjaśnił Krisowi mówiąc, że tata pracuje, że dużo pisze.  Krisowi niemal szczęka opadła. Mamy zwyczaj tłumaczyć dziecku wszystko co się wokół niego dzieje- ja do niego gadałam na okrągło odkąd wróciłam do domu ze  szpitala chociaż dobrze  wiedziałam, że w pewnym  sensie gadam w próżnię. Dzieci Kurta mówiły do niego cały  czas po niemiecku, a on jakimś cudem robił to co one  chciały. On chłonie  wszystko niczym  dobra  jakościowo gąbka i trzeba uważać  co  się przy nim  mówi.  Pomyślałam, że jeśli będzie dobra pogoda w  weekend to możemy  pojechać  do ZOO i przy okazji zobaczymy ile zwierząt  rozpozna, bo encyklopedię zwierząt oglądał   dość  dawno. Oczywiście, jeśli tylko będziesz  miał ochotę to pojedziemy wszyscy  razem, możemy nawet wziąć Jacka i pojechać jednym  samochodem, naszym. No a teraz   zatelefonuj tato do Jacka i  powiedz,  że  się wybieramy z  dzieckiem  na krążenie po osiedlu, więc  jeśli ma ochotę to  zapraszamy.

Tata zatelefonował do swego przyjaciela i okazało  się, że Jacek z  wielką  chęcią będzie  towarzyszył Tesi i Alkowi na  spacerze. Umówili  się, że spotkają  się koło "dużego placu zabaw", bo wokół niego jest sporo szerokich  asfaltowych  ścieżek, w  sam raz do jeżdżenia po nich rowerkiem. Wracając  stamtąd kupią w cukierni bezy i  w domu wypiją  razem kawę , Alek zje  swoje drugie śniadanie i być może nawet trochę podrzemie. Ostatni punkt programu był raczej problematyczny, bo Alek na wakacjach  tylko raz spał w  dzień i chociaż  spał krótko to wieczorem dał się zapakować  do łóżka dopiero około godziny 23,00. 

Teresie udało się przekonać malca by do placu zabaw doszedł na własnych  nogach,  bo chodnikiem ciągle chodzi dużo osób, więc po prostu dziadek przeniesie jego rowerek w okolice dużego placu zabaw i tam  sobie Alek spokojnie pojeździ bo są szerokie alejki a poza tym nie ma  w pobliżu  żadnego  sklepu więc i tymi alejkami nie  spaceruje  wiele osób. "Duży plac  zabaw"  skusił Alka zjeżdżalnią, potem specjalną nawierzchnią do skakania i drewnianym domkiem do wspinania się. Teresa czekała na dziecko poza placem zabaw i przyglądała  się jak obaj starsi panowie hołubią dziecko. Wreszcie dziecko stwierdziło, że za ogrodzeniem placu siedzi mama z rowerkiem i....piciem i poinformowało obu  dziadków, że teraz idzie do mamy, "mama da piciu"  i potem on będzie jeździł rowerkiem. No i jeździł, całkiem  sporo i za każdym razem gdy podjeżdżał do ławki, na której siedziała Teresa z dziadkami pytał się czy ładnie i grzecznie jeździ.

W trzy kwadranse później Teresa ogłosiła, że teraz już pójdą do domu, a po drodze wstąpią do cukierni i kupią malutkie bezy, które będą w domu podane do lodów razem z bitą śmietaną. Do cukierni dziecię dojechało swym pojazdem, a od  cukierni szło do domu per pedes, a rowerek  w dość oryginalny sposób prowadził Jacek -  Teresa z tatą  stwierdzili, że powinien koniecznie opatentować tę  technikę.

Malec, chociaż  był już nieco zmęczony stwierdził, że nie będzie odpoczywał w  łóżeczku, ale poczyta książeczkę, w której są otwierane i  zamykane okienka a w każdym z okienek było jakieś zwierzątko. Były to głównie zwierzęta gospodarskie, więc wybitnie  miejskie dziecko nie za bardzo wszystkie widziało w naturze.  

We wrześniu będzie duża wystawa zwierząt hodowlanych, więc możemy  się na  nią wybrać z dzieckiem - powiedział tata. Teresa popatrzyła na niego i powiedziała - na mnie nie liczcie, ja to mogę tylko oglądać zwierzęta w ZOO.  Nie cierpię takich wystaw tuczników, byków,  krów itp. A do ZOO to moglibyśmy pojechać w najbliższą sobotę. W sobotę będzie mniej ludzi niż w niedzielę, bo część osób soboty  przeznacza na  różne zakupy. Jacuś- pojedziesz  z nami?  Powtórz- poprosił Jacek. Nie słyszałeś, tak bardzo się zamyśliłeś?- zdziwiła  się Teresa. Nie zrozumiałaś - powiedziałaś "Jacuś" a ostatni  raz tak mówiła do mnie mama i aż mi  ciarki  przeszły po grzbiecie. 

Nie  żartuj- 90% kobiet ma  zwyczaj zdrabniać imię mężczyzny którego bardzo lubi lub  kocha  - stwierdziła Teresa.  Chyba nie  sprawiłam  ci tym zdrobnieniem dyskomfortu? Nie dziecino - nie sprawiłaś mi dyskomfortu tylko mnie nieco tym wzruszyłaś. Słyszałem kilka razy jak mówisz do Kazika "Zik" i mówisz to tak, że wypowiadasz każdą literę jakby oddzielnie, ale jest w  tym tyle  czułości, że zaraz mnie ogarnia z jednej  strony zazdrość, a z drugiej radość, że ma chłopak  wreszcie kobietę, która go naprawdę kocha. Nie kocham  go - ja go po prostu uwielbiam i wcale nie  wstydzę  się do tego przyznawać - odpowiedziała  Teresa.  Jacek uśmiechnął się - a on poza tobą świata nie widzi. Ty, Alek, Kazik - to jego cały świat. Gdzieś dalej w tle jest jego praca, ale latanie już nie. Ale ja  nigdy nawet słowa  nie pisnęłam na ten  temat, nigdy nie powiedziałam żeby nie latał. 

Och, wiem, że nie mówiłaś. Rzecz jest  w tym, że nie  da się być dobrym pilotem i latać raz na jakiś czas od przypadku do przypadku. Trening na  symulatorze to pożeracz  czasu, ale rzecz konieczna. A oprócz tego trzeba jeszcze faktycznie latać. A on chciał i nadal chce być z tobą a nie z  samolotem. On teraz  to nawet samochodem nie szaleje, a kiedyś bił rekordy. Twoja miłość zatrzymała go na ziemi, przy życiu.

Powiedz mi- a gdy lecieliście  do Berlina jak się zachowywał? Chyba normalnie, nic nie komentował poza tym, że mu się kolana wbijają w fotel przed nim. Margał tylko w Berlinie, że czekaliśmy na  autobus. Ale kiedyś mu podpadłam, bo powiedziałam, że juniorowi, gdy pojedziemy z nim kiedyś na lotnisko w porze przylotów, to na pewno spodoba się pan w  żółtym ubranku dający znaki "follow me". Aż się zaczął wypytywać skąd to znam. Podejrzewał, że znałam osobiście kogoś takiego lub  pilota. Zapomniał, że ja często odbierałam  byłego z lotniska i stałam na tarasie  widokowym, więc  widziałam sporo lądowań. Startów mniej, bo  rano to musiałam być w pracy.  Najbardziej  lubiłam moment, gdy odległy punkcik na  horyzoncie zamieniał się  w samolot i potem ten moment przyziemienia. I wiesz - za każdym razem modliłam się do wszelakich bóstw by samolot usiadł bezpiecznie. Po południu to zawsze  sporo samolotów lądowało, to  się nawet  sporo namodliłam. No tak - start i lądowanie to dwa bardzo krytyczne momenty- przyznał Jacek. A nasze lotnisko na Okęciu malutkie i wszystko dobrze  widać.

A propos tego ZOO- może Paweł też  będzie  chciał z nami jechać. Ty awansowałeś w nomenklaturze Alka na dziadka a Paweł na wujka. Zachwyca mnie   nasze  dziecko tym, że tak bardzo szybko was przysposobił i uważa za naturalną rodzinę- stwierdziła Teresa.

Równiutko o godzinie 14,55 zazgrzytał klucz w zamku i w  drzwiach wejściowych stanął Kazik - taaata, zawołał radośnie Alek i pobiegł do Kazika. Zaraz znalazł się na rękach  Kazika, a Teresa powiedziała- zobacz synusiu - tata  wrócił o tej godzinie, o której powiedział, że będzie. Tata, na  lowelku byłem i zjezdzałem i na domek wlaziłem. I był dada Jacek i dada Tadek. No to bardzo miło spędziłeś dzień - rzekł ze śmiechem Kazik. Zaczekaj, umyję ręce i opowiesz mi wszystko po kolei co robiłeś. A gdzie dziadek Tadek? Posedł po gazety, sybko wlóci. I rzeczywiście, dziadek szybko wrócił.

Po obiedzie Kazik wyciągnął ze swojej aktówki zegar dla Alka. Skąd to masz?  -spytała Teresa. Z pracy. Został kiedyś zezłomowany bo mu szybka pękła i chłopcy mi go przystosowali dla  dziecka. Wymontowali bebechy, oprawę przygięli tak, by przytrzymała cyferblat i gotowe. No i sprawdzili, czy sobie dziecko niczym paluszków nie  uszkodzi. A jaką mieli radochę bo im dałem kupon na sześciopak piwa. A teraz mi powiedzcie z czego Alek zjeżdżał rowerkiem - bo nie  bardzo zrozumiałem. Więc Teresa opowiedziała jak przebiegł dzień. Powiedziała też, że jeśli będzie  w sobotę pogoda  to może pojadą całą grupą, w  dwa  samochody do  ZOO.

                                                                        c.d.n.




środa, 3 maja 2023

Lek na wszystko?- 105

 Jacek z tatą uparli  się, żeby dziecko zaznało kąpieli  w  wodzie  morskiej,  a że ta woda była niestety bardzo  chłodna Jacek skombinował  dla  dziecka "basen". Z wielkim poświęceniem  dziadkowie napełniali wodą morską  nadmuchiwany nieduży basenik, który Teresie  kojarzył się głównie  z balią.  Stawiali go na plaży by woda  się  nieco ogrzała na  słońcu i po kilku godzinach  mały mógł się taplać w nieco cieplejszej  wodzie.  Dziecko było zadowolone, podobała  mu się zabawa  w  wodzie. Jacek polecał Teresie, by sprawdziła, czy  są gdzieś  zajęcia z  małymi dziećmi  na  basenie, ale pomysł zupełnie  nie przypadł Teresie  do gustu.  

Oboje z Kazikiem podjęli  decyzję, że w następnym  roku po prostu pojadą nad Morze  Śródziemne, bo np. we Włoszech jest sporo miejscowości, gdzie jest ciepła  woda, bo jest koło plaży  płycizna i woda tam  miewa 26 stopni.  A  z czystością basenów w  stolicy bywa  bardzo różnie. No przecież  są filtry - tłumaczył jej Jacek.  No są, ale rzadko czyszczone, bo to kosztuje, a po  swoich  doświadczeniach  w  tym temacie ona nie pośle malca na  basen,  tłumaczyła Jackowi. Pójdzie na basen gdy już będzie w szkole. Nie sądziłem, że woda  w basenie  może być zainfekowana - dziwił się  Jacek. No to przyjmij  do wiadomości, że może być - pouczyła go Teresa. 

Wieczorami nadal chodzili  brzegiem plaży i śmieli  się, że tego to im  będzie zdecydowanie  brakowało w Warszawie. W dniu odjazdu było im  nieco przykro, że to już koniec pobytu. Ale najmłodszy wracał do domu z radością, bo w domu przecież był rowerek!  Drogę powrotną  "pokonali" z jednym postojem  na  niezbyt dużym, leśnym parkingu, czystym,  z całymi, nie porżniętymi nożem ławkami i  stołem  i nie spowitym odorkiem spowodowanym  brakiem toalet. No tak- stwierdził  Jacek - czysty bo oddalony od  szosy. Pochodzili  trochę po lesie, znaleźli kilka jadalnych  gołąbków, które pokazali Alkowi, ale zostawili je dla wiewiórek i innych leśnych lokatorów.  Gdy już wrócili na parking  "ścignął" ich telefonicznie Kris, pytając się  czy mają na  dziś obiad i czy  może im trzeba coś dokupić, bo właśnie jest na  zakupach. Kazik bratu podziękował za troskę mówiąc, że mają pełną zamrażarkę a w niej zamrożony, gotowy  obiad. Gdy skończyli rozmawiać Kazik pokręcił głową mówiąc : ciekawe co się  stało, że  się zainteresował czy mamy co jeść- nigdy  mu się to jeszcze  nie  zdarzyło. Ciekawe - czary czy  się starzeje.

Nie marudź, przecież to miłe  z jego strony- odkąd jest u  nich pani Maria to oni oboje jacyś  bardziej ogarnięci są. Jak widać nie tylko Alinie była potrzebna matczyna opieka, Krisowi też. I z tego co pamiętam bardziej go przygnębiła śmierć mamy niż ojca - tłumaczyła Teresa  mężowi. Ty byłeś zawsze bardziej związany z ojcem a ojciec obu was traktował tak  samo. A mama była  zdania, że Kris może sobie nie dać rady w życiu. 

Pewnie masz rację - zgodził się z nią Kazik. Poza tym Kris był z nimi razem dłużej niż ja.  A zauważyłaś, że mały zaczął mówić na Jacka "dada" tak jak i na naszego tatę?  Zauważyłam - i zauważyłam, że Jacek nie protestuje, że z przyszywanego wujka stał się przyszywanym dziadkiem. I wcale mi to  nie przeszkadza - dzieci wyczuwają kto naprawdę darzy je uczuciem. A Jacek to tak  naprawdę jest uczuciowym  facetem i czasem zastanawiam się jak on dawał sobie  radę pełniąc rolę komendanta.

Jakoś sobie  dawał radę. Wiele wymagał, ale jednocześnie cały  czas tłumaczył tym młodziakom dlaczego muszą przestrzegać przepisów i  dyscypliny. Był naprawdę nietypowym trochę komendantem, był dla nich wszystkich ojcem. Był naprawdę bardzo przez wszystkich lubiany ale i szanowany. Nawet nie masz bladego pojęcia jaki był szczęśliwy gdy rozszedłem się z Anką. A teraz to nas uważa  za  swoją ukochaną rodzinę. A "rozsmarowałaś go na kromce chleba" wpierw akceptując w pełni Pawła i jeszcze  robiąc  dla niego ten tort a potem tymi portretami matki Pawła. Ma w nas rodzinę i powiem  ci  szczerze - jestem ci za to bardzo wdzięczny, bo zawsze go bardzo ceniłem. Po tym wypadku moich rodziców pomógł mi się pozbierać w całość i nigdy mu tego nie zapomnę.

A ja się ogromnie  cieszę, że się tak zaprzyjaźnił z tatą - nie przypominam  sobie, by tata miał wcześniej jakiegoś przyjaciela - mama była  dla niego wszystkim. Mieli przecież wspólnych znajomych , ale nie przypominam sobie by z kimkolwiek był tak blisko jak z Jackiem. A wiesz co mojego tatę "postawiło na nogi"?  To, że  zaproponowałeś mu by mieszkał z nami - popatrz - od  chwili gdy  się do nas wprowadził wszystkie jego niedomagania odeszły jak ręką odjął. Nawet kataru ani razu nie  złapał ! Jakoś się to wszystko  nam cudownie zgrało. A teraz  jeszcze  ma w Jacku przyjaciela.

Jeszcze nim dojechali do Warszawy Kazik zatelefonował do Jacka, że obiad w dniu dzisiejszym to będzie u nich, bo wystarczy tylko dać na chwilę do mikrofali a potem do piekarnika i gotowe. I jest nawet porcja dla Pawła, jeśli będzie miał ochotę i  czas by zjeść w rodzinnym gronie. Odpowiedź bardzo rozśmieszyła Teresę - no to jutro obiad będzie u mnie, bo Młody na pewno coś wymodził na dwa dni dla "wsiech". A nawet gdyby nie wymodził to ja coś wymodzę, bo zamrażalnik mam pełny- zapełniłem przed  wyjazdem.

Gdy wjeżdżali do Warszawy Jacek poinformował syna gdzie  się w tej chwili znajdują. Gdy podjechali pod blok Kazików stał tam już Paweł. Wypakowanie rzeczy z  samochodów oraz ich transport na  górę trwało może 10 minut. Dobrze, że obydwie windy były  czynne, więc zabrali  się "jednym kursem". Zaraz po wejściu do mieszkania Alek pobiegł sprawdzić, czy w pokoju dziadka stoi jego rowerek. Nie odmówił sobie przyjemności  skorzystania z dzwonka, co bardzo rozbawiło Jacka. Przed  wyjazdem bardzo  długo tłumaczyli dziecku, że to nie jest detal do zabawy, że po prostu tylko wtedy należy dzwonić, jeśli ktoś  stoi na  drodze. Mały wyszedł z pokoju i powiedział-"kici,kici zlobiłem", co oznaczało, że po prostu pogłaskał swój ulubiony rowerek.

Teresa natychmiast znalazła  się w kuchni i uruchomiła mikrofalówkę by rozmroziła jedzenie, potem nastawiła piekarnik. Paweł cały  czas asystował Teresie, nakrył stół w stołowym, przepytywał Teresę jak było na urlopie a w końcu powiedział: rozstałem się z Basią. Ja jeszcze  nie  dojrzałem do zakładania rodziny, ona ma przed  sobą jeszcze obronę a chce byśmy się pobrali. Lubię ją,  ale  nie aż tak by się żenić.  Ale nie mów tego mojemu tacie- będzie chyba rozczarowany, bo mu  się Basia podobała. Teresa uśmiechnęła  się - no i co? smutno ci teraz bez niej?  Nie, było mi tylko przykro dwa dni. Głównie dlatego, że mi powiedziała, że jestem niedojrzały. A  przecież ja nigdy nie powiedziałem, że ją kocham, albo że wyobrażam ją sobie  w roli mojej żony. Owszem, całkiem  miła z niej dziewczyna, ale nie mdlałem z wrażenia na jej widok, nie skręcało mnie z pożądania ani z tęsknoty gdy jej kilka dni nie  widziałem. Do łóżka też jej nie  zaciągnąłem. Pomogłem jej w przeprowadzce, to znaczy przewiozłem jej trzy walizki. Będzie mieszkała tam sama, bo rodzicom spodobało się to jej mieszkanie. W związku z tym oni je umeblowali tak jak im się podobało. 

Wy i my to mamy pusto w  mieszkaniu, u niej nie ma gdzie szpilki wetknąć. A do tego wszędzie  serwetki, koronki i wazoniki - aż mnie  mdliło. Moja mama umiała robić koronkowe duperele i mieliśmy raptem jeden obrus koronkowy, taki od  święta i  12 serwetek pod filiżankę i  spodek, taki komplet do kawy.  U Baśki te serwetki leżą wszędzie, na przykład na oparciu foteli i aż strach usiąść i głowę oprzeć. I pokazywała mi swoją pościel - każda poszwa na poduszkę ma jeden narożnik  zrobiony z koronki. I każda  sztuka pościeli ma wyhaftowany jej inicjał, a  jaśki pod  głowę są z haftami rybek, kwiatków lub listków. Nie udało mi  się opanować obrzydzenia i tylko powiedziałem, że to może być mało zabawne gdy się człowiek zbudzi rano i widzi na swej facjacie odcisk  rybki lub listka, więc nie bardzo rozumiem po co tak coś ozdabiać. No i wtedy podpadłem  do końca, bo w trakcie  rozmowy powiedziała, że  przecież my nie będziemy musieli mieć takich ozdóbek, a ja wtedy jej powiedziałem, że ja jeszcze wcale nie planuję wspólnego życia z nią lub jakąś inną  kobietą. No i tak się znajomość rypnęła. Ale tak prawdę mówiąc to nie jestem za bardzo zmartwiony. Nie gniewasz  się, że ci o tym powiedziałem? 

A  dlaczego miałabym się gniewać?- zdumiała się Teresa. Nawet mi to pochlebia, że mi o  tym mówisz- to dowód, że masz do mnie  zaufanie.  Życie nie jest proste, pewnie jeszcze  nie jedna Basia stanie ci na drodze. I dobrze, że uprzedziłeś dziewczynę, że nie  w głowie ci żeniaczka i że nie zaciągnąłeś jej do łóżka. 

Słuchaj Paweł - myślę, że byłoby bardzo dobrze, gdybyś z ojcem pogadał tak jak facet z facetem -  ja wiem co było z twoimi rodzicami. Już mówiłam Jackowi, że powinien z tobą o tym porozmawiać, bo jesteś już bardzo dorosłym dzieckiem. Ale Jacek chyba się trochę krępuje, więc ułatw mu to - poproś by ci opowiedział jak to było z ich miłością. Bo nie będzie  fajnie jeśli ty powtórzysz  jego błędy lub ożenisz  się z jakąś panienką tylko dlatego, że niechcący wpadnie wam dziecko. I zacznij rozmowę właśnie od tego, że już się nie spotykasz z Basią i powiedz dlaczego. Ja wiem, jak było z twoimi rodzicami i wiem, że powinieneś ty też o  tym wiedzieć. Bo smutne, ale prawdziwe - miłość nie przezwycięży wszystkich problemów, ale szczerą, otwartą rozmową można wszystkie przeszkody pokonać, no a poza tym lepiej się wzajemnie poznać. Bo ty tak  do końca nie  wiesz, jakiego masz fajnego ojca.Kazik zna go długo,  ja znacznie  krócej, ale oboje bardzo go lubimy i  cenimy. A nasze  dziecko zrobiło sobie   z niego drugiego dziadka - już nie  mówi  "ujek Jacek" tylko  "dada Jacek". A ty uzyskałeś tytuł wujka - jesteś ujek Paweł. Jeszcze  trochę a  zacznie  dobrze mówić i będzie dziadek Jacek. No a teraz wyciągamy obiadek z piekarnika i zaniesiemy do pokoju.

Obiad wzbudził niekłamany entuzjazm - były to zrazy zawijane. Nadzieniem były pieczarki starte na tarce i leciutko przesmażone z cebulą i......polentą. O Boże - czym ty, dziewczyno, wypełniłaś  te  zrazy? Zgadnij - mogę  cię tylko zapewnić, że to nie trucizna. To po prostu jest polenta i dlatego do zrazów już nie dałam ryżu lub kaszy. To genialny produkt. Ma od  groma zdrowych mikroelementów i nie ma glutenu. Może nawet  robić jako baza do pizzy, można też ją potraktować jako kluseczki - ładnie ją po ugotowaniu i ostygnięciu pokroić i odsmażyć na oleju kokosowym lub masełku klarowanym. A w lodówce po ugotowaniu  może spędzić  spokojnie kilka  dni. Może być bazą do wytrawnego dania  ale i do słodkiego. No patrz - stary jestem a  chyba pierwszy raz  jem polentę. Paweł - zapamiętałeś?  Tak, ale jak znam życie i Tesię, to na pewno można ten przepis wziąć z sieci - odpowiedział Paweł. 

Teresa roześmiała  się- masz rację Pawle- no przecież po coś  mam komputer  w domu!

                                                                           c.d.n.





sobota, 29 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 104

 Rano,  gdy Teresa w drodze do łazienki "zawadziła" o kuchnię, zdumiała  się  wielce, że nie  było w niej żadnego z  dziadków, a drzwi do ich pokoju były jeszcze  zamknięte. Gdy  wróciła  do pokoju wyszeptała  Kazikowi do ucha: nie wiem  co jest grane, dziadki jeszcze  śpią. Czyżby gdzieś zaszaleli w nocy bez naszej  wiedzy? 

Kazik uśmiechnął się- no wiesz, to już bardzo dorośli  chłopcy. Poza  tym to tu nie ma  w okolicy żadnego lokalu  rozrywkowego ani domu uciech  cielesnych. Może po prostu długo w noc gadali, bo wszak jeden i  drugi ma co wspominać. I zapewne Jacek ma  więcej wspomnień niż tata, bo z tego co pamiętam babeczki za nim szalały i miał opinię Don Juana. Gdyby nadal był taki jak  kiedyś to bym go do domu  nie  wpuścił, bo umarłym z niepokoju, że się  w nim zakochasz. Nigdy nie  widziałem, żeby on którąś podrywał, to one za nim szalały. Jak mówiła jedna z pań Jacek emitował jakieś przyciągające kobiety  biopole.  

No nie wiem, nie znam go wszak zbyt długo- stwierdziła Teresa- owszem przystojny, kulturalny i nawet mądry z niego facet. Kochanie, on nadal się kobietom podoba, co było widać  gołym okiem, gdy byłam z tobą w N.W. M. Bardzo go lubię, ale kocham tylko ciebie. Wiesz- lubię go głównie  za to, że jest twoim lojalnym przyjacielem. A on  może i był i może nadal jest  Don Juanem, ale w stosunku do mnie zawsze jest correct. 

Czasami mam  wrażenie, że on nas oboje  traktuje  jak swoje dzieci. Poza  tym wystarcza  mu,  że doceniam jego już nieco przekwitłą urodę. Wiesz jak jest - chęci to nie  wszystko, jednak  wiek  robi swoje, z czego wielu panów często nie  zdaje sobie  sprawy. Pracowałam z panią, która  miała  męża starszego od siebie o 22 lata. Gdy przekroczył 75 wiosenek to były już głównie tylko chęci i absolutny brak możliwości. Popatrz- żona Jacka zostawiła go, pojechała do Kanady i już nie  wróciła. Nie wiem  czy wiesz - ona wyjeżdżając stąd zabrała wszystkie swoje  otrzymane od  Jacka precjoza, co Jacek odkrył dopiero z okazji ekspediowania do Kanady jej ciuchów. Na logikę rzecz biorąc, to nie wykluczone jest, że wcale ta jej siostra nie była  chora, tylko żonka Jacka potrzebowała pretekstu do wyjazdu. To akurat  wiem od taty, który był szczerze zniesmaczony zachowaniem tej kobiety.

Kazik zaczął się  cicho śmiać- no popatrz zawsze uważałem "panią komendantową"  za durną  gęś a to była spryciula. Oooo, obudzili się i urzędują w kuchni. Pójdę wybadać sytuację, może  dowiem się czegoś ciekawego. A ja poczekam ze  wstaniem aż  się Alek obudzi-  stwierdziła  Teresa. On tu bardzo długo śpi, bo nie drzemie  w ciągu  dnia. Starzeje  się  nam dziecko,  a poza  tym jest tu właściwie calutki dzień na powietrzu.

Kazik  wrócił po kwadransie i powiedział - coś mi  się wydaje, że to będą pierwsze i ostatnie  zarazem nasze  wakacje  w tym miejscu. Idzie  nowe i nie wiadomo czy będzie to lepsze. Jedno jest pewne- nie mamy po co jechać do Wisełki. Wszędzie różne stare ośrodki , ich tereny i zabudowania są  wykupywane przez osoby lub firmy prywatne. Nie bardzo do końca  wiadomo co będzie tu za rok. Jedno jest pewne- niedługo gdzie tylko się da będą budowane  nowe ośrodki, które jak  amen   w pacierzu będą  nastawione na maksymalny  zysk przy minimalnych nakładach. I Jacek rad  niezmiernie, że odszedł do  cywila. 

Nasi  wyszli jeszcze  wczoraj b. późno na  spacerek i spotkali Jackowego kumpla i on ich uświadomił co się  dzieje. Podobno na  placach, na których  dotąd budowano  by  jeden letni  domek stawiane są dwa domy. I budowane są osiedla domków letniskowych techniką  dykta, klej, woda - domek koło  domku, bo wtedy są o  wiele niższe koszty budowy i  masa osób w to inwestuje.  Fakt, że taniej jest "przykleić" dom  do  domu, bo wtedy doprowadzenie  wody, odprowadzenie ścieków i wprowadzenie   zasilania jest znacznie tańsze niż  wtedy gdy każdy dom stoi oddzielnie.  Ponoć  są nawet nieźle wyposażone te domki - wszak trzeba stworzyć jakieś pozory komfortu by potem znaleźć letników. No to jest wtedy parking, musowo teren zabaw  dla dzieci, domki mają  nieco sprzętu małego AGD, lodówkę, niektóre nawet pralkę, nieźle wyposażoną  kuchnię- zmywarka, express do kawy, mikrofalówka, elektryczny czajnik, kuchenka indukcyjna lub płyta grzewcza, piekarnik  elektryczny,  jako że większość osób  z dziećmi decyduje się na  własne wyżywienie, bo to ponoć tańsze. I mają powodzenie te ośrodki, bo teren ogrodzony, wykopujesz  dzieciaka z domu na  plac zabaw dla dzieci a ty wypoczywasz,  słuchając  wrzasku  dzieciaków.  Czyli właściwie  to co już  znamy, co już było, tylko inaczej się nazywało. No i ma  to błysk "luksusu", wtedy  było bardziej siermiężnie.

Jacek zdegustowany, bo mu powiedziałem, że mało  mnie to wzrusza, bo zapewne  dzięki temu okaże  się, że bardziej  będzie się nam opłacało wyjechać  nad ciepłe morze niż moczyć  nogi w lodowatym Bałtyku. Bo póki  co nie ma możliwości ocieplenia  wody w Bałtyku.  A dopóki nasze  dziecko nie pójdzie  do szkoły możemy wyjeżdżać nad  cieplejsze morze, np. do Włoch przed sezonem. Co prawda  podróż zapewne  będzie  droższa, bo nie  sądzę by fajnie  było jechać z małym  dzieckiem  nad Morze  Śródziemne samochodem. Bo tam sezon to lipiec i  sierpień. On na emeryturze też może korzystać z dobrodziejstw wyjazdu w dowolnym  czasie. 

Ja tylko podejrzewam, że nasi sprytni przedsiębiorcy, zapatrzeni  ślepo na  zachód, zabetonują całe wybrzeże mieszkalnymi bunkrami zwanymi "domki letniskowe". Zapewne nie będą to betonowe bunkry, ale  raczej drewniaki. Deski są jednak  tańsze niż cegła lub beton. I w ramach pogoni  za zyskiem, w domku, w którym dotychczas wygodnie mieszkały  dwie osoby umieszczą sprytnie od dwóch do sześciu osób. Już mi mignęły  w sieci domki ogłaszające  się, że jest do wynajęcia piękny  domek letniskowy- jest jedna sypialnia, a w domku jest w  sumie sześć miejsc do spania. Muszę te ogłoszenia odnaleźć, bo nie oglądałem nawet  jaki to domek gdy przeczytałem, że domek ma 1 sypialnię, 1 łazienkę, kuchnię, "salon", taras, ogród a jest  spanie dla sześciu osób. Nowum jest takie, że część właścicieli dopuszcza obecność zwierzęcia w  domku.  Do niedawna nie było takiej opcji. Ale ośrodki, do których wolno ci  wziąć  psa każą za niego płacić, ktoś  mi  mówił, że opłata to 50 złotych za dobę. Więc nic dziwnego, że każdego lata w tak bardzo cywilizowanym kraju jak nasz,  jest masa  psów wyprowadzanych do lasu i przywiązanych do drzewa lub wyrzucanych  na  szosie z jadącego samochodu. W niektórych ogłoszeniach o domkach do wynajęcia jest w opisie  coś takiego jak "łóżeczko" i rysunek łóżeczka ze szczebelkami. Czyli dopuszczają nawet możliwość wzięcia ze sobą małego dziecka,  a nie wyrzucenia go gdzieś w okolicy wysypiska śmieci. Postęp. Kiedyś nie brano pod uwagę możliwości wzięcia malutkiego dziecka do ośrodka wypoczynkowego. Zafundowaliście  sobie  dziecko, to siedźcie  z nim w domu aż skończy  trzy lata.

Ten wojskowy ośrodek w Rogowie też już  nie będzie ośrodkiem dla wojska, będzie ogólnodostępny, tyle, że nie będzie tam całodziennego wyżywienia tylko papu  z grilla. Za to będzie można sobie  wykupić  masaże i jakieś inne usługi wellness.  Trochę zepsułem Jackowi humor, gdy  mu powiedziałem, że chyba  nie ma  się za bardzo  z czego cieszyć, że już jest na  emeryturze, bo znając nieco te elity można liczyć  się z tym , że zabraknie im na emerytury i albo mu drastycznie obniżą emeryturę albo wręcz  cofną i każą dopracowywać, nie wiadomo gdzie,  do przeciętnego wieku emerytalnego. Trochę się zirytował  taką możliwością i bluzgnął nieco niecenzuralnych słów. Nie podejrzewałem, że je zna i że umie  je użyć. Ooo, zobacz, nasz skarb się  chyba budzi.

Skarb rzeczywiście się już budził i jak to określał Kazik, wyglądał jak kot  w miodzie. Wyciągnął obie rączki i wygłosił: tata, siku. Kazik jednym  susem doskoczył do łóżeczka i wyciągając malca powiedział- trzymaj, nie rób, Teresa szybko ściągnęła  dziecku śpioszki i pampersa  i......udało się - pampers ocalał. Po raz pierwszy dziecko obudziło się z suchym pampersem. Oczywiści zaraz  maluch  dowiedział się jakim jest już dużym i grzecznym dzieckiem. Potem było to, co tygrysy lubią,  czyli przytulanie  się i pieszczotki z mamą i tatą. Ubieranie dziecka też było okraszone licznymi przerwami na  całuski i wzajemne "ukochiwania". Gdy w końcu dotarli do  kuchni, by zjeść razem z  dzieckiem śniadanie, obu dziadków już tam nie było.  Dada nie ma? zdziwił się mały. Dziadek Tadek i dziadek Jacek pewnie już poszli na spacer, bo bardzo wcześnie dziś zjedli śniadanie. Ale obaj dziadkowie nie odeszli wcale gdzieś  daleko na  spacer - siedzieli na ławce pod domkiem i rozmawiali z jakimś kapitanem. Kazik pokazał ich  dziecku i powiedział - jak  zjesz to możesz do dziadków pójść i powiesz im, że już zjadłeś i powiesz i że pampers był suchy. Dobze, zgodził się Alek. I nie  zapomnij powiedzieć dzień dobry, bo jeszcze  dziś nie widziałeś dziadków- pouczał małego Kazik. Gdy Alek skończył  jeść i wypił swoją herbatkę, grzecznie nadstawił buźkę do wytarcia i razem z Kazikiem wyszedł z domu. Dobrze  dziecko pamiętało, że należy wpierw się przywitać, wydukał "zień dobry" i zaraz  wpadł w wyciągnięte do niego ręce obu dziadków.  A jak ty masz na imię?-  zapytał kapitan. Alek, jestem duzy i zdlowy - pochwalił się. Jak widzę to jesteś też bardzo grzecznym chłopcem. Kapitan uniósł się z ławki, uścisnął dłoń Kazika i powiedział - słodki chłopaczek. A śniadanie już zjadłeś?- zapytał się małego Jacek. Tak, jogult i ciastecko. I sok był. A jaki sok - zainteresował się Jacek. Molelowy. Kazik uśmiechnął się i dodał wyjaśnienie - to był mus z moreli, Tesia  zrobiła kilka słoików  dla małego. Jacek uśmiechnął się - dobrze  ma dziecina  z wami. Fajnie bym  miał, gdybyście byli moimi rodzicami. Gdy wrócimy do Warszawy to pewnie już będą morele, jak nie nasze to z importu - stwierdził dziadek Tadek. Możesz zamiast mnie stać przy garnku i mieszać morele, żeby  nie przywarły do garnka.Tesia  się strasznie  denerwowała bo po raz pierwszy robiła coś na  zimę nie  ze  zwykłym  cukrem a z brzozowym i bała  się czy się ten mus aby nie popsuje. Ale jak widać  nie popsuł się. Poza tym nie była pewna, czy nie będzie  aby zbyt zmieniony smak, bo jednak  cukier  brzozowy ma inny nieco inny smak. Nie wiem ile w tym prawdy, ale ponoć cukier brzozowy ma pozytywny wpływ na uzębienie, bo  zapobiega  próchnicy. No i jest znacznie  mniej kaloryczny, ma o 40% mniej kalorii niż zwykły cukier.

Cukru brzozowego nigdy nie używałem- powiedział Jacek- ale piłem  przez  pół roku codziennie sok  brzozowy gdy  kiedyś  miałem kłopoty z nerkami i miałem też nadciśnienie.  Nie bardzo wierzyłem, że to coś pomoże a jednak pomogło i nigdy  więcej  potem  nie miałem problemu z nadciśnieniem.

Alek przypomniał sobie, że miał się pochwalić, że obudził się rano z suchym pampersem, więc zgramolił się  z kolan Kazika i przytulił się do dziadka Tadka mówiąc: lano pampels siuchy był. Dziadek czym prędzej ogarnął małego ramieniem i wziął na kolana  mówiąc: to brawo, brawo, jesteś już dużym chłopczykiem, skoro wstałeś rano i pampers  był suchy - szturchnął łokciem Jacka i powiedział - nasz  dzielny chłopczyk wstał dziś z  suchym pampersem. Oooo, to już sukces! Aleczku- jesteś bardzo, bardzo dzielnym chłopczykiem i  mądrym chłopczykiem.

Kazik podniósł się z ławki i powiedział do dziecka - zostań z dziadkami a ja pójdę zobaczyć, czy  nie trzeba mamusi w  czymś pomóc. Alek, siedząc w dalszym  ciągu na kolanach dziadka Tadka powiedział-pocekam. 

A my tymczasem przypomnimy sobie jak się nazywają paluszki - dziadka Tadka wyraźnie rozsadzała  chęć uczenia wnuczka. Pokaż mi, który to jest mały paluszek- powiedział rozczapierzając palce lewej  dłoni. Dziecię bezbłędnie wskazało. A który to jest palec wskazujący?- znów padła bezbłędna odpowiedź i po kilku chwilach okazało się, że mały bezbłędnie kojarzy nazwy wszystkich palców. A na którym mamusia nosi obrączkę?  Na seldecnym. A tatuś?  - tatuś na ślodkowym. A na której ręce? Na plawej. Ojej - zdziwił się pan kapitan -dobry jest, ile on ma?  W grudniu skończy trzy lata. No naprawdę dobry jest!  Na razie liczy do pięciu - ale nie tylko na palcach. Policzy też patyczki lub klocki. A na ulicy bezbłędnie pokaże toyotę corollę, nie tylko czarną, bo taką ma jego stryjek. Aleczku, powiedz panu jakim samochodem jeździ tata. Cie ctely - C cztery citroen- podpowiadał dziadek a Jacek przerwał to męczenie dziecka i powiedział - nie  zadręczaj dziecka, on i tak jak na swój wiek to dużo wie i rozumie, on jeszcze 3 lat nie ma. Nie wiesz przypadkiem co na dziś Kazik zaplanował? Nie wiem, przecież oni jeszcze  spali gdy my wychodziliśmy z domu. Kapitan zerknął na zegarek i powiedział: niestety muszę was panowie opuścić - czeka na mnie praca. Ale  cieszę  się,że poznałem tak fajnego malca!  Do zobaczenia! i oddalił się sprężystym krokiem.

                                                                          c.d.n.