sobota, 7 października 2023

Córeczka tatusia - 22

 Cichy ślub był nie  tylko cichy ale i bajecznie krótki i jak zauważyła Marta o dość wczesnej  godzinie czyli o 10,00 przed południem. Ale pogoda za to  była naprawdę piękna, był ciepły a do tego słoneczny dzień. Niezbyt już młodzi "państwo młodzi"  byli bardzo własną  decyzją i przejęci i wzruszeni.

No to trzeba wprowadzić  nowe pojęcie do słownictwa - stwierdziła  Marta. Skoro jest "obiado-kolacja" to u nas  będzie  "śniadanio-obiad".  Misia was zamęczy z radości - prorokowała Marta. No to zróbmy może tak- zaproponowała Pati- podjadę do domu by wskoczyć  w bardziej uniwersalne ubranie niż ten jasny,beżowy kostium na którym  ślad  zostawia  nawet samo spojrzenie a nie tylko  dotyk i pojedziemy  wszyscy razem gdzieś  w plener by się trochę nacieszyć  pogodą i weźmiemy  ze sobą Misię i potem  wrócimy na obiad. 

Oczywiście, to fajny pomysł, mama się przebierze a Misia do reszty  zgłupieje  z radości, bo na spacerku będzie  się  starała każdemu z nas wejść  pod  nogi- pomyślała Marta. No to się spotykamy za pół godziny na parkingu - zadecydował Wojtek. 

W domu Wojtek  zapytał się Marty czy on też ma mówić do Pati "mamo", a Marta stwierdziła, że to byłoby  logiczne, skoro to jest żona jego teścia no i Marta  mówi  do niej per "mamo". Ale wiesz, chyba nie  zaszkodzi, jeśli się o  to zapytasz Pati. A ten prezent  ślubny to im  wręczymy przed obiadem, w domu, gdy już będziemy z powrotem. Mnie  się wydaje, że tata odkąd  jest z Pati to znacznie  zdrowiej wygląda - bo dieta dietą,  leki też pomagają,  ale spore  znaczenie  ma stan psychiki. Nerwy na pewno pogarszają stan pacjenta przy każdej chorobie. Przejrzałam leki, które ma  zapisane - gdy  skończy je  brać to po czterech tygodniach od zakończenia ich  brania będzie miał kontrolę. Akurat wrócą wtedy z sanatorium. 

Do pospacerowania, z uwagi na  Misię, wybrali Konstancin- niedaleko, spory park z wstępem dla piesków i mnóstwo uliczek. W drodze do Konstancina Misia  była  spacyfikowana na kolanach Marty siedzącej obok Wojtka prowadzącego  samochód. A gdy wysiedli na  miejscu zaraz jej uwagę przykuły...... uganiające  się  po parku wiewiórki, które niestety  nie doceniły  towarzystwa  Misi.  Po raz pierwszy Misia zaczęła ujadać - widać bardzo  ją zdenerwowały wiewiórki biegające poza  jej  zasięgiem. Gdy Misia zaliczyła  już załatwienie swych potrzeb naturalnych Wojtek wziął ją  na ręce i niósł, bo towarzystwo wiewiórek wyraźnie źle  na  nią działało, ale gdy była niesiona na rękach  wiewiórki straciły  nią  zainteresowanie. Ooo, westchnęła Marta - jak to dobrze, że  na naszych drzewach i trawnikach  osiedlowych nie ma  wiewiórek. Może one były nią zainteresowane dlatego, że to taka mała psina? Nie mam pojęcia- stwierdził tata.  Ale fakt, że obie  strony zaczęły nagle świrować. 

 Gdy już skończyli obchód  części Konstancina  i przechodzili w pobliżu naleśnikarni ogromnie  zdziwiła ich całkiem  spora kolejka chętnych do budki z naleśnikami i pełna klientów salka. A Pati  zaśmiała  się - tu stoją pacjenci sanatorium, w którym pobyt ma wyszczuplić kuracjuszy. Moja znajoma, właścicielka sporej nadwagi, trafiła  do tego sanatorium - okazało się, że większość kuracjuszy  dożywia  się w naleśnikarni pożerając naleśniki z dżemem a potem idą na ciacha z kremem do kawiarni. A po zakończeniu turnusu wszyscy mówią, że odchudzanie nic im  nie  dało.  Podobno niektórzy to nawet przybrali na  wadze. Wychodzi na  to, że takie sanatorium powinno stać na jakimś szalonym pustkowiu a najbliższy punkt z jakimkolwiek jedzeniem powinien  być oddalony o wiele kilometrów a na dodatek stać na szczycie jakiejś góry, by nie  było do niego dojazdu. Może  wtedy byłyby jakieś  efekty- śmiała  się Pati. Podobno  niektórzy, już dobrze   zaprawieni w bojach z nadwagą to przyjeżdżają  do takich  sanatoriów z walizą pełną jedzenia, np. z kilkoma  kilogramami kiełbasy suchej myśliwskiej lub kabanosów.  Ja tylko nie  mogę pojąć  po co w ogóle jadą do takiego sanatorium, skoro już  z góry nastawiają  się na  dożywianie poza menu sanatoryjnym- przecież to nonsens - stwierdziła Marta. No wiesz - idziesz do lekarza, bo się szybko męczysz i obwiniasz  za to swe wątłe serce a tu się okazuje, że masz od licha i trochę nadwagi, lekarz  wpierw ci tłumaczy, przepisuje  dietę, a ty nadal nic  nie  zmieniasz w  swym modelu żywieniowym to lekarz  -wypisuje ci skierowanie do  sanatorium, realizacja  skierowania to czasem i kilka  miesięcy oczekiwania a pacjent  w tym czasie nadal je i tyje. 

Znałaś Pati pana Jurka T.? - spytał tata. No jasne,  ale dawno go nie  widziałam. No to go nie  zobaczysz - serce nie wytrzymało jego słodkiego ciężaru a na dodatek  używania wina zamiast kompotu i wódki zamiast herbaty. A jadał same  zdrowe  rzeczy - boczek był zawsze  chudy a wino to dobrej jakości  Tokaj - powiedział tata.  No coś podobnego - zmartwiła  się Pati - to był taki miły człowiek. No fakt, że gdy ostatni raz  go widziałam to zdecydowanie  był szerszy niż dłuższy.  No właśnie - dobrze to ujęłaś - był szerszy niż dłuższy. Też był raz  w takim sanatorium by  schudnąć, ale go z niego wyprosili, bo urządził w  swoim pokoju ucztę. I pani sprzątająca doniosła. Bo jej pewnie  nie  zaprosił - dodała  ze śmiechem Marta. A może wolała jakieś inne jedzenie.

Po powrocie z Konstancina, nim usiedli do obiadu Wojtek wręczył obojgu ich  kwity na dwutygodniowy pobyt w sanatorium w Polanicy  Zdroju. Powiedział, że jest opłacony pobyt i następnego  dnia rano  jest już wyznaczona  wizyta lekarska, dla obojga.  I na pewno nie będzie to turnus odchudzający, ale  wiadomo, że jedzenie  dla taty będzie pod kątem jego dolegliwości. A Pati będzie po prostu okazjonalnie przebadana. Poza tym Polanica  ma  bardzo ładne okolice, jest się dokąd  wybrać. Sanatorium, które im  wybrał to najlepsze sanatorium  holistyczne  w Polsce, łączące medycynę z kuchnią mikrobiotyczną. Jeśli nie  czują  się na  siłach jechać  sami, to Wojtek ich odwiezie a potem po nich przyjedzie. Oczywiście oboje gorąco zaprotestowali, bo wszak oboje są kierowcami i  w ciągu 5 godzin na pewno dojadą. Pojadą przez Łódź, Wrocław, Kłodzko i jeśli utrzymają  cały  czas prędkość 100 km na godzinę to dojadą na miejsce w cztery i pół godziny.  Ale dlaczego wpadliście  na pomysł by nas  umieścić  w sanatorium?- dopytywał się tata. 

Przecież to proste,  odpowiedział Wojtek - tata ma  wrzody żołądka, więc musi być na diecie a w zwykłym domu  wczasowym nie ma żadnej diety. To ja  jutro wpadnę  do swojego lekarza i wezmę od niego "rozpiskę" dotyczącą tego owrzodzenia. I zobaczę, czy nie  da  się tego pobytu wrzucić w zwolnienie lekarskie - oświadczył tata. A od kiedy jest ten pobyt?  Marta  zerknęła na  wykupiony pobyt - za pięć  dni od jutra licząc. Czyli już musicie  się szykować do wyjazdu.  Pati, a mój mąż ma do ciebie  romans - ale to on sam musi z tobą porozmawiać. Tata, chodź ze mną do kuchni, bo mam do odkręcenia wek a skaleczyłam  się nieco w palec. A Wojtek w tym  czasie poflirtuje z Pati.

W kuchni tata obejrzał palec Marty, przemył go jeszcze raz, przyłożył maść propolisową i zabandażował. A czemu nie  dałaś  słoika do odkręcenia  Wojtkowi? - on ma silniejsze palce  niż ty. W końcu mu dałam gdy już się skaleczyłam. Tata, a dlaczego już nie podmuchałeś mi na palec - zawsze mi kiedyś dmuchałeś i wtedy od  razu się  goiło- przypomniała mu Marta.  Tata się zaśmiał - no fakt,  dmuchałem ci na paluszek. Dzieci bardzo cenią  sobie takie  dodatkowe czynności - po prostu  czują  się  wtedy bardziej  zadbane. To tyle  samo pomaga  co pocałowanie rozbitego kolana żeby przestało boleć. To taki chwyt psychologiczny.
Tata, a Wojtek chce tak  samo jak ja  mówić do Pati "mama".  Jak myślisz, Pati pozwoli mu?  Na pewno- zapewnił Martę  tata.  Teściowie  to druga para rodziców. Ty  jego rodziców też tytułujesz mamą i tatą.  Tato, a jak wrócicie, to będę  musiała z tobą porozmawiać na temat moich studiów - bo w trakcie  tego roku muszę podjąć  decyzję  czy robić magisterkę  czy poprzestać na licencjacie.  Zaraz na początku roku akademickiego musisz dać odpowiedź? - spytał tata. No nie, po zakończeniu I semestru. Stwierdziliśmy z  Wojtkiem , że  się rozmnożymy ale wtedy to ja wezmę wpierw  ustawowy macierzyński a potem  wychowawczy, bo nie  chcę  dziecka hodować w  żłobkach albo z jakąś niańką. Więc może po prostu poprzestać na tym licencjacie, po którym i tak  dostanę pracę w tej firmie co się opiekuje naszą uczelnią, ewentualnie  w którymś z gabinetów odnowy  biologicznej. No to masz jeszcze kochanie  trochę  czasu do podjęcia  decyzji- stwierdził tata.  Wojtek też tak mówi. Ja w każdym razie tak czy owak napiszę pracę licencjacką.    Wojtek mówi, że mogę nawet po licencjacie spróbować popracować w odnowie biologicznej i wrócić na  uczelnię by dorobić magisterium. Zaraz  na początku roku postaram  się zdecydować na coś konkretnego. 

W czasie obiadu Patrycja się  śmiała, że wygrała los na loterii zwanej życiem, bo ma  teraz córkę i syna i to bez chodzenia  w ciąży i  rodzenia  w bólu i męce. No i najważniejsze, że ma  męża którego jedynym nałogiem jest czytanie książek. To pewnie nagroda za to, że byłego nie zabiłam tylko się z nim rozeszłam- stwierdziła.

To ostatnie  zdanie  szalenie  rozbawiło Martę, która była  świadkiem jak Pati "przemawiała" kiedyś  do tuszy indyczki, którą szykowała  do upieczenia  w piekarniku - wpierw  było ubolewanie nad faktem, że  biedna  indyczka  została pozbawiona życia a potem zapewnianie, że zostanie tak doprawiona i upieczona, by wszyscy przy  stole  byli nią  zachwyceni. Po obiedzie, gdy panowie zaprowadzali w kuchni "klar" tata powiedział do Wojtka, że następnego  dnia przeleje  na jego konto sumę za te wczasy sanatoryjne, bo przecież Wojtek jeszcze  nie  pracuje, więc  są to pieniądze, które mu ojciec przesyła na  utrzymanie  się. Wojtek, uzyskawszy  wpierw od teścia przyrzeczenie, że nikt poza Martą i Pati nie pozna treści ich rozmowy przyznał  się, że od  drugiego roku studiów  regularnie zarabiał robiąc różne projekty i właśnie  z tych pieniędzy wpłacił  wkład na  mieszkanie na Ursynowie( o czym jego  rodzice  nie  wiedzą) a poza tym ma pieniądze ze sprzedaży  mieszkania swemu ojcu- oczywiście  mniej niż gdyby sprzedał je na wolnym  rynku komuś obcemu,  ale w  zamian  za  zachowanie tajemnicy przed matką ojciec przysyła mu oficjalnie pieniądze  i będzie je przesyłał dopóki Wojtek nie zacznie regularnie  pracować po obronie magisterki. A my z Martunią nie  wydajemy na  żadne głupoty i Marta to co dostaje z wynajmowanego swego mieszkania odkłada  w banku. Więc jakikolwiek zwrot za pobyt w sanatorium absolutnie odpada. Tato- moi rodzice wzajemnie  przed sobą ukrywają swoje dochody -matka  ma prywatną firmę w Polsce o której ojciec nie ma  bladego pojęcia i wszystkie przyjazdy do Polski były głównie po to, żeby sprawdzić jak działa  firma i zgarnąć pieniądze, ale pretekstem  była  zawsze moja osoba. Ta ostatnia wizyta, gdy braliśmy ślub z Martunią to  było właśnie po to, by ojciec kupił ode mnie  to mieszkanie - ale mama wie, że ja je tylko dałem pod  wynajem,  a nie że  sprzedałem je własnemu ojcu.  Mam szczęście, że  oni oboje bardzo kochają Martusię - dla niej każde  z nich oddałoby własną krew.  Aż boję  się wyobrazić  sobie co by było gdyby oni jej  nie lubili.  Ja już  się  nawet nie  zastanawiam po jakie  licho oni są razem - mam wrażenie, że po prostu z przyzwyczajenia i wygody, bo każda zmiana w naszym życiu wymaga wysiłku przystosowywania się do nowej sytuacji. A im  człowiek ma  więcej lat tym mu trudniej dostosowywać się do otoczenia.

No to może szkoda, że nie zawiadomiliśmy  ich o naszym  ślubie - zastanawiał  się na głos  ojciec. Nie ma problemu - wyślecie im swoje wspólne  zdjęcie i zawiadomicie, że wzięliście cichy  ślub, tylko wy i świadkowie (nie  podając danych osobowych  świadków), między wierszami dodacie, że w tej wiośnie życia  nie ma  z czego robić  sensacji - tłumaczył tacie Wojtek. I to moi rodzice znakomicie zrozumieją.

                                                                   c.d.n.

środa, 4 października 2023

Córeczka tatusia - 21

 Nowy członek  rodziny bardzo spodobał  się i Patrycji i tacie. Ale pierwsze  spotkanie z Patrycją  i tatą  nie nastąpiło wcale  w kwiaciarni, ale w mieszkaniu Marty i Wojtka.  Marta doszła  do wniosku, że będzie lepiej gdy psinka pozna następnych członków  rodziny we  własnym  domu. Ponieważ wyraźnie  została  porzucona to lepiej, żeby poznała nowe osoby na własnym terenie. Tu na pewno odnajdywała  zapach Wojtka i Marty, miała  swoje posłanko i swoją "budę", miseczki z wodą i jedzonkiem. 

Miseczki z wodą to stały w  dwóch rożnych  miejscach- jedna w kuchni a druga w sypialni, w której było i posłanko Misi.  Posłanko Misi "muszelka  z budką", całe z gąbki poliuretanowej, dodatkowo wymoszczone puszystym kocykiem stało tuż obok małżeńskiego łóżka.   Miseczka z wodą  stała na  tacy, by Misia mogła się  w każdej  chwili napić. Na spody psich  misek Marta nakleiła kawałki gumy, żeby się nie  ślizgały na tacy. Marta dokupiła jeszcze dwa  gąbkowe posłanka, ale już bez  budek, żeby Misia miała również swe własne miejsce w pokoju dziennym jak i w kuchni i w "gabinecie Wojtka".  Ale  nie  da  się ukryć, że najbardziej pod  słońcem to lubiła miejsca na kolanach Marty lub Wojtka.  W łazience przybyły dwa ręczniki, jeden dla Misi po kąpieli a drugi do wycierania łapek, które  miała regularnie  myte po spacerach. Pojechali również do kliniki weterynaryjnej, która była na  terenie SGGW by lekarze na podstawie badania krwi ustalili  jakie  szczepienia powinna przejść.  W efekcie końcowym Misia została zaszczepiona  przeciw wszystkim psim  chorobom a lekarka powiedziała  by dawać jej również trochę "prawdziwego" mięsa, oczywiście gotowanego no i nie dawać  żadnych wędlin ani wieprzowiny. Lekarka była  zdania, że  Misia jest nawet całkiem udaną mieszanką "międzyrasową" i jej zdaniem to  najprawdopodobniej jest  skutkiem przypadku a nie  świadomego eksperymentowania. Pochwaliła Martę i Wojtka, że nie  spuszczają  jej ze  smyczy, że jeśli może  swobodnie biegać po domu  za piłką to takiej maleńkiej psince ta ilość ruchu wystarczy, bo oboje jej rodzice to były pieski pokojowe, takie  do towarzystwa a nie  brytany stróżujące.

Od powrotu Marty i Wojtka   z nad  morza tata i Patrycja byli nieomal codziennymi ich gośćmi. Oboje  się zachwycali Misią a Misia  bardzo  szybko pokochała  następne dwie osoby i teraz,  ongiś biedny, porzucony piesek - miał cztery osoby do kochania i  zabawy.   

Tata odbył "poważną" rozmowę z Martą - okazało  się, że już złożyli wraz z Patrycją  swe dokumenty w USC i postanowili, że to będzie "cichy ślub" - tylko świadkowie  i nowożeńcy. To nas też  nie ma być na waszym ślubie? - spytała Marta. No wy to będziecie naszymi  świadkami - i ponieważ to będzie cichy ślub, to będzie w dzielnicowym USC.  A po ślubie  nie będzie żadnego jedzenia poza  domem, bo okazało  się, że tata musi być na diecie bo "dorobił się" wrzodów żołądka, więc poślubna uczta będzie  w domu. I te  wrzody to ma  od  dawna i jak powiedział lekarz to wrzody powstają nie  tylko z powodu złego sposobu odżywiania  się,  przeżycia psychiczne też mają wpływ. Marta zaraz spisała  sobie  czego tacie  nie  wolno jeść  i stwierdziła,  że "uczta  weselna" będzie u nich w domu. Przy okazji tata "puścił farbę" - okazało się, że kiedyś on i Pati pracowali w ramach tego  samego  Zjednoczenia i ich biura  ze  sobą  dość blisko współpracowały, więc  "znali się  z widzenia".  Potem, gdy zaczęły  się "przemiany ustrojowe" Pati została  zwolniona, poszła na ten kurs  bukieciarstwa i tata kupując kiedyś jakieś doniczkowe kwiatki trafił na  nią w kwiaciarni. Spotkali się potem na kawie, opowiedzieli sobie  wzajemnie o swoich problemach i zawodowych i rodzinnych i tak mniej  więcej po ponad  roku znajomość przerodziła  się w uczucie.   Przy okazji Marta  się dowiedziała, że małżeństwo Patrycji rozpadło  się z powodu alkoholizmu jej męża.  Niestety  alkoholik pozostaje alkoholikiem do końca swego życia i po dwóch nieudanych próbach wyjścia z nałogu Pati  zrezygnowała z wyciągania swego męża z nałogu - po prostu facet  był zbyt towarzyski z natury i miał zbyt  słaby  charakter.

Pati - a gdy już będziecie po ślubie to nie pogniewasz  się, jeśli będę mówiła do ciebie "mamo" a nie jak dotąd po imieniu? - spytała Patrycję Marta.  Patrycja uśmiechnęła  się i powiedziała-  na pewno się nie pogniewam, możesz już nawet od   dziś mówić tak  do mnie- dla mnie to powód do dumy, a nie do tego by się  na ciebie  gniewać.  A ponieważ  zaczęły  się ściskać i obejmować  Misia natychmiast zaczęła się domagać,  by ją  wziąć na kolana, głaskać i przytulać.

Wieczorem tego dnia Wojtek powiedział do Marty -  wymyśliłem już prezent  ślubny dla taty i Pati - dwutygodniowy pobyt w sanatorium w Polanicy- Zdroju. Organizowane  są w ramach turnusu wycieczki krajoznawcze, można również mieć normalne, nie  dietetyczne wyżywienie. A tamte okolice  są naprawdę ładne jesienią. Już  zrobiłem wstępną rezerwację dla nich i jeśli to akceptujesz, to w ciągu 3  dni wykupię ten pobyt.  I wcale  nie musi mieć tata skierowania, skoro za ten pobyt płaci.  Myślałem  wpierw  o czymś bardziej atrakcyjnym  np. o pobycie nad Morzem Śródziemnym,  ale tam to może być problem  z dietą dla taty. No i tu to sobie dojadą  spokojnie samochodem lub jakimś publicznym środkiem lokomocji, a nad Morze Śródziemne jest jednak trochę dłuższa i bardziej męcząca podróż no i problem z dietą. Sprawdzałem też pobyty w Bułgarii i Turcji - podróż  lotnicza, ale problem z tą  dietą  dla taty. A  z tego  co wiem, to dieta jest bardzo istotną sprawą przy wrzodach żołądka. Więc chyba będzie  zdrowiej, jeśli pobyt będzie w granicach Polski a do tego w  sanatorium.   Na przykład we Włoszech lub Turcji regularne wyżywienie w ramach ceny wycieczki to tylko śniadania i kolacje,  ale lunche czy też obiady to już musi  sobie wczasowicz sam organizować. Zastanawiałem  się też czy nie lepiej  byłoby wysłać ich  np. w Dolomity lub w Alpy, ale tam też byłby problem  z dietą, poza  tym tam trzeba dość  dużo dreptać, żeby nie  było nudno a duże  dreptanie na wrzody też chyba nie jest wskazane. I byłbym bardzo wdzięczny tacie gdyby na ten ślub nie  ściągał moich rodziców.

A oni  się nie obrażą na tatę jeśli nie  zostaną zaproszeni na ślub?- zastanawiała  się na głos  Marta. Myślę że się nie obrażą, zwłaszcza gdy będą  wiedzieli, że to cichy ślub a na  dodatek  dowiedzą  się, że podróż poślubna to pobyt sanatoryjny - zapewnił ją  Wojtek.  Ja to chyba jestem tak zwanym  wyrodnym  synem, ale ja naprawdę znacznie bardziej jestem do twego taty przywiązany niż do mego ojca. Gdy twój tata  nam coś  doradza to zawsze stara  się zejść na  nasz poziom i patrzeć na  sprawę  naszymi oczami,  bo dobrze  zdaje sobie  sprawę z tego, że jednak on dorastał w innych  warunkach, a teraz  wszystkie  zmiany poglądów i sytuacji następują  znacznie  szybciej niż kiedyś. I naprawdę ogromnie  się  cieszę, że będą mieszkali z Pati tak bardzo blisko nas. 

Marta zerknęła w  swój notatnik- trzeba kupić u weterynarza  kropelki przeciw kleszczom, bo  trzeba je  dawać na psi grzbiecik co 4 tygodnie.  Jutro je kupię. Nie podejrzewałam, że na miejskich trawnikach też mogą urzędować kleszcze, sądziłam , że są tylko w lesie lub na łąkach. Tak prawdę mówiąc to nawet nie miałam pojęcia, że takie paskudztwo jak kleszcze istnieją. Przecież od  dziecka  chodziłam po lesie   w lecie i jesieni i nie  słyszałam o tym, że one nie tylko istnieją ale i roznoszą  boreliozę, która jest groźna i dla  zwierząt i dla ludzi.  

Bo kiedyś to były prawdziwe  zimy - powiedział Wojtek - ze śniegiem, ze sporymi mrozami, które nie trwały dzień lub dwa, ale po kilka  tygodni i wtedy to wszelkie paskudztwo zimą ginęło.  Żeby pojeździć zimą na  sankach lub na  nartach to wcale  nie trzeba  było wyjeżdżać w góry - sam pamiętam, że zimą to  zjeżdżałem na  sankach Agrikolą  i każda górka była zawsze pełna dzieciaków na  sankach. A na podwórkach to dozorcy robili  ślizgawki i mogliśmy jeździć na łyżwach. Co prawda  nie był to taki idealnie  gładki lód, no ale z kolei my nie  jeździliśmy wszak figurowo.   

Marta  skrzywiła  się - ja tam za śniegiem i lodem w mieście  to nie tęsknię - tak naprawdę to bardzo  nie lubię zimy w mieście. Denerwuje mnie, że trzeba  się ciepło ubierać. Zima to jest fajna   w górach, ale  nie  w mieście. Więc będziemy dzielić urlop - stwierdził  Wojtek - dwa tygodnie zimą w górach i dwa tygodnie latem nad morzem. Uważam, że stanowczo za mało jest tego urlopu - stwierdziła Marta. Oj tak- zgodził  się  z nią  Wojtek. I dlatego mam  w planach być "wolnym  strzelcem" aby nie pracować na etacie. Na początku tak - najlepiej  na etacie, ale potem to raczej jeśli na  etacie to  tylko w jakiejś prywatnej  spółce. Chcę dostawać  wynagrodzenie  za konkretny projekt a nie  za siedzenie osiem na osiem godzin.  Tyle tylko, że u nas to ciągle jest dziwnie w mojej branży. Bardziej liczy się  sama obecność  w miejscu pracy niż wykonana praca. To taka pozostałość socjalistycznej głupoty. Nie jest  ważny efekt, ważna dyscyplina, zgodność  z jakimś idiotycznym  regulaminem.  I być może  dlatego wyjedziemy stąd. Ale na razie  to wpierw  muszę napisać i obronić  magisterkę.  

Czy  zauważyłaś, że my wcale  nie chodzimy  do kina a kiedyś chodziliśmy regularnie? No wiesz-  wydaje  mi  się, że po pierwsze- mam wrażenie, że jest teraz mniej fajnych filmów  w kinach, po drugie- jest sporo filmów do wypożyczenia i obejrzenia  w domu, po trzecie - przypomnij  sobie  po co chodziliśmy do kina. Całować  się i pieścić to możemy w domu, a przyznasz, że jest jednak wygodniej niż  w kinie. Ale został nam jednak jeden  nawyk z kina-  zawsze gdy oglądamy jakiś  film to albo jesteśmy do siebie przytuleni albo trzymamy  się za ręce- stwierdziła Marta.  Ale mnie to bardzo odpowiada i myślę, że tobie  też. No jasne, że mi odpowiada - zapewnił ją Wojtek.

Oj, chyba trzeba wyprowadzić Misię na  spacer, bo snuje  się pod drzwiami wyjściowymi i trąca  noskiem swoją  smycz - zauważył Wojtek. Pójdziesz   z nami, czy chcesz  zostać w  domu?- spytał Wojtek. Pójdę  z wami to wtedy będzie  dłuższy spacer. Ona się tak rozbestwiła  nad morzem, że wieczorem wychodzimy  razem, że gdy idzie tylko z tobą  albo tylko  ze mną to jakoś bardzo krótki jest ten  spacer. Bo to mądra psinka- pochwalił Misię  Wojtek  - wie, że najlepiej  gdy rodzina jest  w komplecie.  Ciekawe  jak będzie   z tym wychodzeniem gdy nadejdą jesienne deszcze - ona  bardzo nie lubi deszczu. Ale już rozmawiałam w psim  sklepie i pani powiedziała, że niedługo będą psie kapotki - była nawet tak  miła, że zmierzyła długość Misi. A ja  pomyślałam, że jej uszyję taką zimową kapotkę z nieprzemakalnym  wierzchem a spód będzie z  czegoś ciepłego. To mała psinka i nadal chudziutka  i  może marznąć  w chłodne  dni, więc powinna mieć chronione nerki, tym bardziej, że jednak zawsze  będzie  strzyżona.  A kapturek też będzie  miała? - zapytał Wojtek.   

No coś ty -to są płaszczyki bez kapturów. No a po każdym spacerze  będzie na pewno nie tylko mycie  samych łapek ale i pewnie  brzuszka. Ale ona jest do tego przyzwyczajona- ostatnio nalewam do umywalki ciepłej  wody i ją  wstawiam, obok umywalki jest taboret z ręcznikiem i panienka  ląduje potem na ręczniku i  zawsze  wtedy dostaję  "liza". Dobrze, że to jednak  malutki piesek a nie owczarek niemiecki - stwierdziła Marta. Bo jestem  dziwnie pewna, że umycie  owczarkowi  łap byłoby poza moimi możliwościami.  

Pati powiedziała, że we  wrześniu zacznie już  zabierać  małą do kwiaciarni, żeby  się przyzwyczaiła, bo przecież mnie od października  nie będzie w domu.  No ale przecież  ja będę - stwierdził Wojtek. No ale ty masz pisać  a nie  zajmować  się psem. Pamiętasz co nasi napisali gdy im przesłaliśmy  zdjęcie  Misi? - napisali, że to będzie  wspólny piesek.  Co tydzień  albo tata  albo Pati podrzucają dla niej mięsko - cielęcinkę, bo tata teraz nie je wędlin, więc Pati często piecze cielęcinę, żeby była do  chleba  zamiast wędliny.  I czasem robi dla Misi kulki z mielonego wołowego - oczywiście  są wrzucane na wrzątek i Misia też je bardzo lubi. Marchewki surowej  nie chce jednak jeść,  ale buraczki gotowane to zjada. Zjada też na surowo cykorię. 

                                                                             c.d.n.


niedziela, 1 października 2023

Córeczka tatusia- 20

 Pogoda się poprawiła i Wojtek z Martą robili  długie  spacery brzegiem plaży. Wojtek nabrał  apetytu i w ramach "drugiego śniadania"  przeprowadzał  degustację ryb w plażowych smażalniach. Marta nie bardzo lubiła  ryby  i przeważnie Wojtek sam je konsumował. No ale miruna  ci smakowała, a to przecież też  ryba - dziwił  się  Wojtek. No smakowała, ale  zdecydowanie wolę pieczonego kurczaka - nie muszę  wtedy  uważać  na obecność ości.

Na trzy dni przed powrotem do Warszawy na plaży przyplątał  się do nich piesek - zdaniem Marty był to kundelek, miał w  sobie  coś z york terriera ale  kudełki miały kolor i fakturę bardziej  zbliżoną do miniaturowego  sznaucera.  Piesek miał skaleczoną tylną łapkę, był dość brudny i strasznie  chudy. Marta przysiadła na  macie niedaleko smażalni i powiedziała - kup dla niego rybkę smażoną, wybierzemy  z niej ości i go poczęstujemy - wygląda na zagłodzonego wszystkie żebra  można mu policzyć i zobaczyć jak jest zbudowana psia miednica. Wojtek wrócił nawet  szybko - wziąłem kotlet mielony z ryby- jest bez ości.Tylko trzeba go pokroić na kawałeczki, żeby ostygł trochę. Postoję z nim, to go wiatr nieco ochłodzi. Pytałem tego faceta w kiosku co jest w środku oprócz mięsa rybiego i powiedział, że tylko bułka tarta. To biedactwo to chyba ktoś z domu wyrzucił. Co roku ta  sama historia w naszym kraju - nagle  się okazuje, że piesek zawadza bo w  wakacje  nie ma co z nim zrobić. Podobno na niektórych trasach to aż się  roi od porzuconych psów a niektóre są  wyrzucane z jadącego samochodu. Przecież  są hotele dla psów- jeśli stać kogoś na wakacje dla  człowieka to powinno go być stać i na psi hotel by tam przechować psa do chwili powrotu z wakacji. Wrócę  jeszcze po wodę dla piesa.   Wojtek po chwili wrócił niosąc butelkę niegazowanej wody mineralnej i  papierowy kubek obcięty do połowy  wysokości.  Zobacz Martuniu, to mały pieseczek a zmiótł ten kotlet całkowicie.  Marta wyciągnęła  z torby mały ręcznik mówiąc - chyba go trochę przetrę mokrym  ręcznikiem - będzie zaraz pieseczek lepiej wyglądał i lepiej  się poczuje. Dobrze  byłoby go wziąć do jakiegoś weterynarza, bo ta jego łapka wygląda na zainfekowaną.  No a co potem z nim zrobimy? - zapytał Wojtek. Jeszcze nie  wiem, wpierw trzeba go weterynarzowi pokazać. Zobacz, on jest całkiem ładniutki i patrz jak się przytulił do mojej nogi. Jeśli okaże  się, że to zdrowy psiaczek to pojedzie  z nami do Warszawy.  To sunia, nie piesek. No to trzeba  będzie sterylizować, żeby się nie  rozmnażała i nie chorowała z tej okazji. I będziemy mieli pieska - chyba że się na to nie zgadzasz.

Ależ  zgadzam  się, z tym, że  zawsze chciałem mieć owczarka niemieckiego. No to możesz  sobie  myśleć, że to miniaturowy owczarek- zaśmiała  się Marta. Zobacz  jak  się wciska pod moją rękę, ona  chce być głaskana. Chodźmy, zatelefonuję z domu do tej agencji i zapytam się gdzie tu jest jakiś gabinet weterynaryjny. Weterynarz był nieomal w Gdyni, ale przynajmniej przyjął ich "od ręki". Wg niego sunia nie  miała jeszcze roku, łapka została zbadana, ranka przemyta i zabandażowana i piesek dostał antybiotyk w  zastrzyku. Cała psina została przemyta jakimś płynem dezynfekcyjnym, na grzbiecik, pomiędzy łopatki weterynarz  dał  kropelki przeciw kleszczom i kazał przyuczyć piesunię do  codziennego mycia ząbków i oczywiście  przeszkolił oboje w tej materii. Akcesoria psie , czyli budkę do spania, obróżkę, smycz i jakieś zabawki  to jego  zdaniem  śmiało można nabyć w jednym z marketów. I żeby od  razu przyzwyczajać psinę do kąpieli w wannie, najlepiej pod  prysznicem, podał też dwa przepisy na jej karmienie, z tym, że on polecał gotowe karmy, bo  są zbilansowane pod  względem kaloryczności. No i zawsze dawać jej jeść nim oni usiądą do jedzenia i nigdy  nie  dawać  pieskowi jeść "z pańskiego stołu" żeby się nie nauczyła  dziadować. Psinka  dostała książeczkę zdrowia, w niej weterynarz  wpisał co zlecił i wykonał oraz swoje uwagi z jej oględzin i przy okazji dostała  imię - Misia, bo Marta stwierdziła, że ona jest taka  misiowata.  Weterynarz zastanawiał  się na głos, czy  Misia jest wynikiem przypadku, czy celowego skrzyżowania  mini sznaucera i yorka, bo ludzie ostatnio dostali kręćka i eksperymentują z rasami.  Przy okazji pan weterynarz stwierdził, że to mądra psinka, postawiona na podłodze od razu podreptała do stóp Marty i ułożyła  się kładąc mordkę na jednej z jej stóp. Ona już panią anektowała, ale kochać to będzie was oboje. Dobrze, że York nie był z miniaturowych a z tych "normalnych". No ale trzeba będzie ją co jakiś czas strzyc u fachowca. No i koniecznie trzeba ją przyuczyć do jedzenia  surowej marchewki, dodając ją drobno startą do gotowej karmy.A gdy zjadą do Warszawy to byłoby dobrze, gdyby w którejś z lecznic weterynaryjnych porobiono Misi  badania krwi i zastanowiono się co ze szczepieniami. No i powinna zostać "zaczipowana".  Po wyjściu pojechali do jednego z dużych  marketów, gdzie kupili psie posłanko z budką, wygodną i lekką torbę do noszenia psa, obróżkę i  smycz z samoczynną regulacją  długości, zabawkę, w którą można było wpakować psie  chrupki i piesek musiał  się  bardzo natrudzić, by je stamtąd wysypać po jednej  sztuce na podłogę, miseczkę na  wodę i drugą na jedzenie oraz piszczącą kurę- zabawkę , która piszczała  tylko wtedy gdy została "zagryziona". Marta z zadowoleniem zauważyła,  że Misia  jest bardzo  grzeczna  w  czasie jazdy  samochodem. Gdy  szła na  smyczy to ciągle się oglądała na Martę i Wojtka, a wtedy każde  z nich uśmiechało się do niej i mówiło- wszystko jest  w porządku, idziemy dalej razem na  spacer.  Dobrze, że teraz oboje jesteśmy w domu, gorzej będzie gdy ty pójdziesz  do jakiejś pracy a ja na uczelnię. Będzie biedulka wiele godzin  sama w domu - martwiła  się Marta. No ale w swoim domu  a nie będzie  się tułać po plaży - stwierdził Wojtek. Myślałam, żeby napisać kartkę z wiadomością, że przyplątał  się piesek, ale teraz  widzę, że ona się  nie  zgubiła  sama, ktoś ją tu przywiózł i zostawił. Jakiś podlec.

Gdy poszli na obiad zostawili Misię samą na kwaterze. Gdy wrócili Misia nie  siedziała  w swoim nowym posłanku ale w torbie transportowej. Od razu zabrali ją na  spacer nad morze, ale nie spuszczali ze  smyczy.  Misia  dreptała bardzo grzecznie, nie  ciągnęła,  nie  szarpała, co jakiś czas ocierała  się o nogę Marty i zaraz Marta ją chwaliła i głaskała. Wieczorem Marta wysłała zdjęcie  Misi swemu ojcu. W odpowiedzi tata napisał - to będzie nasz  wspólny piesek - tak zadecydowała Pati. Będzie z nią siedział w kwiaciarni gdy ona będzie  w sklepie. Pies nie powinien  siedzieć sam w domu wiele  godzin. A Marta pomyślała:  jak to dobrze, że po mojej matce  tata trafił na Pati! A głośno powiedziała do Wojtka - dobrze, że mieszkamy z Pati tak blisko siebie. Byłabym najszczęśliwsza, gdybyśmy mieszkali w jednym budynku, a właściwie w jednym mieszkaniu. 

Podejrzewam, że małe szanse  mamy na taki scenariusz -musielibyśmy mieć willę dwurodzinną - trzeźwo zauważył Wojtek. Ale jest  wspaniałe to, że tata trafił na Pati a nie na babkę jakąś podobną do twojej mamy. Tak prawdę mówiąc  to nie mogę  się nadziwić, że nigdy nie chciała  cię zobaczyć. 

No wiesz - ona nie  chciała dziecka, wiec może to nie takie  dziwne, że nigdy nie  szukała  ze mną kontaktu. Tata podejrzewał, że ona wyjechała zaraz po rozwodzie za granicę. Miała podobno jakąś kuzynkę ale nie wiem  w którym kraju. A ja wcale  za matką  nie tęskniłam. Gdzieś, kiedyś wyczytałam, że kobiety bywają  wielce stabilne w kwestii posiadania  lub nie posiadania  dziecka. Kobieta, która pragnie dziecka, a nie może go jednak mieć to ukradnie  dziecko (to te  mniej rozgarnięte) lub poniesie  wiele wyrzeczeń by jednak je  mieć. W odwrotną  stronę też stosunek kobiet do kwestii nieposiadania  dzieci  też jest jakimś totalnym skrzywieniem psychicznym - mogą  nawet  zabić własne  dziecko, bo przecież go nie  chciały.  I od razu widać jaką brednią jest, że kobiety obdarzone są instynktem macierzyńskim.

Ciekawa jestem jak Misia zniesie jutro podróż do Warszawy. Jedno co już wiemy - nie wymiotuje w czasie jazdy, bo podobno część psów miewa takie przypadłości.  Ona - powiedział Wojtek- przytuli  się na twoich kolanach do  ciebie i będzie grzecznie  spała.  Czy zauważyłaś, że ona nie ujada?  Jeszcze  ani razu nie  zaszczekała!  No fakt - jeszcze nie wiemy czy  aby nie jest jazgotliwym psem. No ale gdyby taka była to by już nam zaprezentowała  swe możliwości w tym zakresie.   Albo pobyt  z nami jest dla niej takim szokiem, że nie  wie co ma  zaszczekać -zaśmiał się Wojtek.  I gdy na nią patrzę,  to doznaję wrażenia, że ona ładnieje z dnia na  dzień.   Ona będzie ładna gdy ją ostrzyże psia fryzjerka - orzekła Marta. Poza tym skoro jest nasza to jest ładna. Zabawnie  wygląda, bo najbardziej  "sznaucerowata"  jest na łebku i ma tu najwięcej ciemnych  kudełków. Reszta jest bardziej "wymieszana". Dziś ją wieczorem wykąpiemy, ale opatrunek to jej zmienię dopiero po kąpieli . Zobaczymy przy okazji jak się to goi. Mamy jeszcze w razie  czego tę maść. Dobrze, że teraz  jest w Warszawie  sporo  weterynarzy. Bo kiedyś była jedna jedyna klinika weterynaryjna na Grochowie i godzinami  się tam czekało na wizytę. Teraz są i kliniki prywatne i prywatni weterynarze.  A ty wiesz Wojtuniu, że ja to się nawet przymierzałam do weterynarii? Ale  tata mi zaraz podrzucił kilka filmów dokumentalnych o pracy weterynarza i  jakoś mi weterynaria wywietrzała z głowy. Bo ja  chciałam być taka jak "doktor Dolittle". Tak się przymierzałam do różnych  kierunków aż zmarnowałam dwa lata. Nie zmarnowałaś kochanie - wcale nie jest łatwo wybrać odpowiedni kierunek studiów. Zrobisz ten ostatni rok do licencjatu, napiszesz pracę i w trakcie  tego roku zastanowisz się czy opłaca  ci  się robić drugi stopień.  Bo może bardziej się opłaca z różnych  względów podjęcie pracy w którymś ośrodku rehabilitacji  niż u tego producenta. Poza tym możesz tam  rozpocząć pracę i zorientować się na  miejscu, jak to wygląda z bliska. Zawsze jeszcze możesz  wrócić na uczelnię i dorobić II stopień. Poza tym planujemy dziecko, a nie  chcesz by się obijało po żłobkach i chcesz je wychować w domu sama  a nie za pomocą różnych nianiek. Więc może lepiej jest po licencjacie podjąć pracę, popracować do rozwiązania, pójść na ustawowy macierzyński a potem  wziąć trzyletni wychowawczy? Ja na pewno  nie zacznę  cię mniej kochać tylko dlatego że masz licencjat a nie  magisterium. Mamy cały  rok na  spokojne  zastanowienie  się. Dobrze, że mamy ten rok przed  sobą, bo być może  zamieszkamy gdzieś poza granicami, gdzie informatycy są bardziej potrzebni niż tu. I wtedy tatę i Pati ściągniemy do siebie, nie zostawimy ich tu. Masz na myśli powrót do Austrii? - spytała Marta. Raczej nie, raczej wyjazd do Niemiec ewentualnie  do Szwajcarii. Mentalnie  to mi najbardziej ta Szwajcaria odpowiada. Ale na te wszystkie decyzje mamy jeszcze  czas. Na razie byłoby  dobrze, by tata uporządkował swoje  życie- teraz  już może  zająć  się swoim osobistym życiem. Taty pogląd na kwestię  całkowitej  zmiany lokalizacji znam - nie pozostawi cię o tysiące kilometrów od siebie. Był ci ojcem i matką i takim  pozostanie, nawet jeśli się ożeni z Patrycją. A ja jakoś bardziej  kocham twego tatę niż  rodzonego ojca i jeśli  się okaże, że najzdrowiej  dla  nas będzie osiąść gdzie indziej, to będę  się rozglądał wtedy za dużym domem na dwie  rodziny. Ale  możliwe,  że będzie to Wiedeń, a przyznasz, że to ładne miasto. Na pewno nie podejmę żadnej decyzji bez omówienia  wpierw z tobą wszystkich  szczegółów. Oczywiście o tym wszystkim to tylko ty wiesz, nie rozmawiam o  tych  sprawach ani ze swoim ojcem  ani matką.  I  Misię też ze sobą weźmiemy, ona będzie z nami na pewno długo - te małe rasy psów zdecydowanie  żyją  dłużej. Wiesz, doszedłem  do  wniosku, że nadal przyprawiasz mnie o serca drżenie gdy o tobie  myślę- zupełnie tak jak wtedy gdy nagle stałaś  się miłością mojego życia chociaż oboje  byliśmy  wtedy jeszcze  dziećmi. Było mi  bardzo źle  bez ciebie w Austrii. Dlaczego spaliłaś  wszystkie listy, które do mnie pisałaś a ich nie wysłałaś ich do mnie?   Bo nie wierzyłam, że po tym austriackim liceum wrócisz do Polski. A ja jednak wróciłem. Kocham cię Martusiu, już nie umiem żyć bez  ciebie. Stałaś  się sensem mego życia. Gdy przyjechałem tu na egzaminy to ogromnie się bałem, że ty tu masz jakiegoś faceta i nawet na mnie  nie spojrzysz, ale już po pierwszym naszym pocałunku wiedziałem, że mam jeszcze  szansę na twoje względy. Chodź, pójdziemy  jeszcze z naszym olbrzymim psem na spacer.

Misia dość  niechętnie spacerowała wieczorem i doszli z Wojtkiem  do  wniosku, że może  ona była zostawiona wieczorem i  ciągle to pamięta. Poza tym na tej uliczce wzdłuż plaży było dość ciemno i może po prostu ona  się bała.  Gdy się psinka wysiusiała Wojtek wziął ją na ręce co zaowocowało tym, że w ramach wdzięczności wylizała Wojtkowi ucho i kawałek szyi. Śmiał się, że już nie musi  się  wieczorem myć, bo go Misia już umyła. Ale  zdaniem Misi należało również  nagrodzić lizaniem Martę, gdy tylko ta wzięła Wojtka  pod  rękę. Umówili  się, że rano z Misią wyjdzie  sam Wojtek, a Marta  w tym czasie poskłada i spakuje ich rzeczy. Potem zjedzą śniadanie i pojadą zdać klucze od  mieszkania i pojadą do Warszawy.

Po drodze do Warszawy zaliczyli tylko jedną przerwę i to głównie  z uwagi na Misię, która musiała pozbyć się porannego picia i chrupek. Przez jakiś  czas Misia oglądała świat przez  szybę  samochodu, ale w końcu zasnęła zwinięta  w kłębek na kolanach Marty.  W cztery godziny  od  wyjazdu z Sopotu    już byli w domu. Od razu poinformowali o tym tatę i Pati. A ja myślałem, że wy przyjedziecie  dopiero wieczorem- zdziwił  się tata.  No popatrz tato jaki niefart - już wróciliśmy- śmiała  się Marta.  A jak psina? -dopytywał  się tata - no na razie to bardzo dokładnie obwąchuje u nas  wszystkie kąty i pewnie myśli, że pomyliliśmy  domy.  Zaraz   z nią wyjdziemy bo zrobimy zakupy. Ja będę  robiła  zakupy a Wojtek będzie z nią czekał w okolicy trawnika. Musi psineczka  poznać  swoją okolicę.  To wstąpcie do Pati do kwiaciarni- ucieszy się, że już jesteście.  A macie jakiś obiad?  Taaak, mamy zamrożony. Tylko kupimy trochę  wędlin i świeże pieczywo i podjedziemy do marketu po psie jedzonko bo ona je gotowy pokarm, bo tak nam doradził pan weterynarz.  Najbliższy nas  jest na przeciwko szpitala- zobaczymy co tam jest, a jeśli nie będzie tego co ona je, to pojedziemy do marketu.  A co ona teraz robi - dopytywał się tata - zwiedza łazienkę razem z Wojtkiem. Nawęszy się dziś za wszystkie czasy - same nowe zapachy. Ależ się cieszę, że już jesteście z powrotem- powiedział tata. My też  się  cieszymy, że już jesteśmy   w domu.

Marta rozpakowała prezenty - dla Pati były dwa prezenty - jeden osobisty i jeden do dekoracji wystawy w kwiaciarni - było to kilka  egzotycznych  muszli różnej wielkości. Dla  taty był świeżo wydany album  ze zdjęciami Gdańska i  bardziej aktualny plan Trójmiasta. Oprócz tych muszli do dekoracji wystawy kwiaciarni   była dla  Pati  bardzo ładna bransoletka z bursztynu i srebra.



sobota, 30 września 2023

Córeczka tatusia - 19

 Wzmocnieni kawą i lodami pospacerowali po Monciaku. Dziwna ta nazwa "Monciak"- stwierdził Wojtek. No bo to skrót od  nazwy ulicy, której nazwa  jest poświęcona  Bohaterom Monte Casino. Nie  wiem kto pierwszy użył takiego żargonu, nie  mniej nazwa ta natychmiast  się przyjęła i dzielnie  się trzyma  już od  wielu lat. 

Obojgu podobało  się wiele starych, ale  starannie odnowionych kamienic. Nie wiem jak ty, ale jestem jakiś głodny, wstąpmy gdzieś na jakiś obiad -stwierdził Wojtek. Nie ma problemu, możemy pojechać do tej restauracji, która jest  blisko  naszej kwatery. Tłoku nie  będzie, bo ludzie jeszcze  sterczą na plaży, zwłaszcza, że na  naszej plaży jest smażalnia ryb i na pewno wiele osób z niej korzysta. Wolę byśmy zjedli  blisko nas, bo gdy trzy razy z rzędu tam  zjemy, to już będziemy "ich stałymi klientami" a  zawsze lepiej mieć  status  "stałego klienta" a nie "przechodniego". Gdy jechali na Karlikowo, bo tak się ta  część Sopotu nazywała w której  mieli kwaterę, Wojtek stwierdził, że po obiedzie to najchętniej przytuliłby się do Martuni i sprawdził czy aby nadal jest taka słodka jak przed ślubem. Marta zaczęła  się śmiać - to może ty załóż jakiś  dzienniczek i odnotowuj za każdym razem jaki miałam poziom słodyczy - może jakaś praca naukowa z tego by wyszła. A wczoraj to byłam mniej słodka niż w Warszawie? Nie, ty byłaś w porządku, tylko ja byłem jakiś podmęczony. 

Wojteńku - przyjechaliśmy tu głównie po to byś odpoczął, odłączył się na trochę od pisania pracy,byś się wyspał i nabrał sił do pisania i obrony. Będziemy codziennie na plaży i będziemy głównie wygładzać  sobie  stópki  o piasek. Z tego kawałka naszej plaży to możemy podreptać do Jelitkowa, będziemy mieli przy  sobie tę matę bo lekka  choć dwuosobowa i  zawsze będziemy  mogli gdzieś przysiąść i grzecznie posiedzieć. Mam takie fajne maciupkie pojemniczki  ze  smarowidłami, żebyśmy  się nie  spiekli, punktów gastronomicznych tu nie brak. Możemy też spokojnie posiedzieć stosunkowo blisko  naszego wejścia  na plażę, byle  daleko od małych potworów, które się  wydzierają i sypią piachem dookoła.  Te wszystkie "atrakcje" jak ZOO, zwiedzanie Gdańska, Gdyni czy też wycieczka na Hel to możemy, ale nie musimy ich  zaliczyć- to taka alternatywa na nieco gorszą pogodę.  Jesteśmy  w tej  chwili wolni, możemy robić co nam do głowy wpadnie. Bo mamy tu po prostu odpocząć. A czy  zauważyłeś, że z okna dziennego pokoju widać Ergo Arenę? Jeśli będzie  w międzyczasie jakiś koncert to wystarczy że otworzymy okno i będziemy słyszeć  co grają na koncercie.  A tuż obok mamy teren Wyścigów Konnych. A na Hel to możemy pojechać samochodem, co jest o tyle  dobre, że możemy w każdej mieścinie wysiąść i się po niej przespacerować. A jeżeli  się wybierzemy na Hel dość wcześnie to pewnie nawet nie postoimy w korku. A w Jastarni to będziemy  mogli kupić ryby prosto z wędzarni. Takie prosto z wędzarni są super.

W restauracji Marta  namówiła  Wojtka, by nie  brał z niej przykładu i zjadł wpierw zupę. Ona  po prostu jak zje zupę to nie zje drugiego dania. W domu to z reguły je "na raty" z przerwą godzinną albo robi zupę do popitki. Drugie danie  wzięli takie  samo -  sznycel cielęcy z frytkami i surówkę. Obojgu obiad  smakował. Wracając do mieszkania  Marta zrobiła krótką przebieżkę przez tutejsze targowisko i kupiła  nieco "zieleniny" do kolacji i śniadania, młody bób, truskawki i wiśnie a na straganie z nabiałem wiejski biały ser i w kiosku z pieczywem rogaliki z makiem.

Z Wojtka zaczęło pomału,  ale wyraźnie  wychodzić zmęczenie studiami i pracą. Przytulony do Marty wreszcie  się wyluzował, wyszeptał kilka zdań jak bardzo ją kocha i wtulony w Martę zasnął. Marta patrzyła na niego i układała w myślach "gry plan" na  najbliższą przyszłość. Po pierwsze będzie  musiała  dopilnować, żeby regularnie jadł codziennie obiady w domu a nie gdzieś na mieście. To powinno  się udać, bo pisać  będzie  głównie  w domu. Marta postanowiła szykować obiady od  razu na cały tydzień- po prostu jeden dzień w tygodniu będzie na pichcenie. Kupią mikrofalówkę, by potem szybko odmrażać zamrożone  dania i je odgrzać.  Dobrze, że są pieniądze z tego sprzedanego mieszkania, dzięki temu Wojtek  skupi  się  tylko i  wyłącznie na pracy magisterskiej i nie  będzie  opracowywał jakichś projektów po nocach. Co do zakupu samochodu  dla niej to ona ma spore  zastrzeżenia.  Musi wpierw jeszcze to omówić z tatą - wolałaby na  razie nie kupować samochodu. W planie jest remont mieszkania, co prawda to tylko łazienka i kilka par  drzwi, no ale  to też kosztuje.Tata co prawda mówił, że ma pieniądze na remont odłożone, no ale teraz to pewnie tata będzie musiał  się  dokładać do Pati, skoro mają  zamiar być  razem. A  w jakim stanie jest mieszkanie  Pati to ona nie wie. Po powrocie  będzie  musiała porozmawiać  z tatą na ten temat.  Dobrze, że  jej  mieszkanie  jest  wynajęte, zawsze to jakiś  dopływ  gotówki. No i mieszkanie Wojtka powinno być  lada  moment oddane  do użytku i Wojtek planuje by je jednak sprzedać a nie wynajmować. Zaczęła  się też zastanawiać nad II stopniem studiów - do licencjatu ma rok, a potem jeszcze pełne  dwa lata do magisterium. Opiekun studiów przyjął by ją do pracy już  za rok i z tego co wie, to z mgr przy nazwisku wcale by dużo  więcej nie  zarabiała. Planują  z Wojtkiem że będą mieli dziecko, a ona wtedy weźmie trzyletni urlop wychowawczy, żeby dziecko nie pałętało się po żłobkach. Więc może lepiej poprzestać na tym licencjacie, choć to brzmi mało ambitnie? Dobrze, że mam jeszcze  rok do namysłu- skonstatowała. 

Wpatrywała  się w Wojtka i porównywała tego Wojtka sprzed lat i dzisiejszego. Włosy - takie same jak były - lekko układające  się, ciemne, ale nie czarne. Rzęsy mu się wyprostowały, kiedyś miał takie jakby używał zalotki do ich podkręcania. Zmienił mu  się owal twarzy, ma teraz lekko zapadnięte policzki. Usta pozostały bez zmian, nawet tak samo jak kiedyś całuje. Kolor oczu też mu  się nie zmienił. Repertuar pieszczot pozostał ten sam, widać, że nie trenował w Austrii. Ciekawe jak teraz  tańczy, bo nie  była to jego mocna  strona. Tańczył, bo to była jedna z okazji do przytulania się bezkarnie, ale  nie  była to jego pasja.

Jej rozmyślania przerwał Wojtek, który dość bezpardonowo przyciągnął ją  do siebie mówiąc - a kto ci pozwolił przestać  się do mnie  tulić?  Chciałam ci  się po prostu dokładnie przyjrzeć co się w twoim wyglądzie zmieniło- cichutko powiedziała Marta.  Przybyło mi nieco centymetrów w kilku miejscach - stwierdził- nawet w obwodzie  szyi. A co ty wynalazłaś?  Rzęsy ci się wyprostowały, miałeś je  kiedyś takie podwinięte do góry. I już nie masz takiej fajnej  chrypki z okazji mutacji.  No i faktycznie zrobiłeś się wysokim facetem. I co jeszcze odnotowałaś?  To, że nadal na mnie działasz  szalenie podniecająco. Nawet  wtedy gdy  zamiast cię pieścić zasypiam jak niemowlę?  Nawet wtedy, bo to oznacza, że masz do mnie pełne  zaufanie i nie czujesz potrzeby  zgrywania  super faceta. Dobrze, że  się obudziłeś, to teraz  wstaniemy, zrobimy sobie kolację, a potem się zastanowimy co chcemy dalej  robić. Wojtek uśmiechnął się - ja to taki monotematyczny się zrobiłem - chcę  cię całować, pieścić, sprawdzać co lubisz. Kocham cię, jesteś dla mnie  całym światem. Kiedyś ci powiedziałem, że na pewno będziemy razem a ty mi odpowiedziałaś, że nikt nie jest  w stanie przewidzieć jak się nam życie ułoży. I co teraz  powiesz?  Nic poza  tym, że kocham cię i jestem z tobą szczęśliwa.  Nie  znam nikogo kto by kontynuował w dorosłym życiu miłość, która  zaczęła  się w szczenięcym  wieku. Owszem - były związki  umawiane jeszcze  w dzieciństwie partnerów, ale z reguły umawiali się rodzice  tych dzieci a one  same to rzadko kiedy się znały i  kochały.

Kolację robili  wspólnie, na deser po kolacji były truskawki potraktowane bitą  śmietaną  z cukrem brzozowym. Po kolacji rozegrali partyjkę szachów, wzięli prysznic i około północy  stwierdzili, że trzeba sprawdzić czy małżeńskie łóżko  nadal jest wygodne. Gdy zasypiali niemal dwie  godziny później Marta  stwierdziła, że na pewno żadna siła  nie  ściągnie  jej z łóżka przed dziewiątą  rano.  Pospali spokojnie do 10 rano i bardzo  zadowoleni wstali dopiero koło południa. Nic  dziwnego, że im się  tak miło spało, bo za oknem  wiatr z małym powodzeniem  przeganiał ciemne  chmury i chwilami padał deszcz.  Marta stwierdziła, że nie  muszą nawet iść na obiad, bo ona zrobi jajka z  szynką i ugotuje do nich ryż. I na pewno nie będą głodni. Wojtek bohatersko zaproponował, że podjedzie  do  Lidla po zaopatrzenie, ale Marta wybrała  się razem z nim,  dzięki czemu kupiła  sobie całkiem  wytworny  czarny dres. Wojtek poczuł się "pominięty" bo w sprzedaży były tylko damskie  dresy. Odstawili zakupy żywnościowe do domu, a że pogoda się poprawiła wybrali  się na krótki spacer.

Wracając  ze  spaceru weszli jednak  do restauracji, bo Wojtek uznał, że nie po to są na urlopie, żeby Marta pichciła. Pan kelner zaproponował, by  tego  dnia zjedli smażoną mirunę, bo to bardzo  zdrowa  ryba i smaczna. Gdy jedli Marta powiedziała - no widzisz -już jesteśmy "stałymi gośćmi", którym się poleca pewne dania.  A ty jesteś nieźle "oblatana" w tych knajpianych  sprawach - jak zauważyłem.  Jestem, bo mąż mojej koleżanki  pracuje w  restauracji i jest tzw.  kierownikiem  sali. To ona mi doradziła  byśmy tylko  zamówili  stolik a nie zamawiali  z góry jedzenia.   A co taki kierownik  sali robi? - dociekał Wojtek.  Z tego co mi mówiła to ustala  grafiki personelu, wyznacza im  zadania, egzekwuje  je, prowadzi rekrutacją nowych pracowników, prowadzi ich szkolenia. Tyle tylko, że godziny pracy nie  zawsze są fajne. On kiedyś był kelnerem - to dopiero było mało zabawne bo pracował często nocami. Ale taki kierownik  sali to ma całkiem przyzwoitą pensję. Odszedł z kelnerowania gdy mu  się kolega z jego zmiany  zabił  wracając samochodem z pracy o czwartej nad  ranem - było ślisko i wpadł na  drzewo, ale nie był na procentach tylko pewnie był  diabelnie  zmęczony. Straszne - stwierdził Wojtek. No straszne, bo osierocił dziecko. 

Załamanie pogody było na  szczęście krótkie i następnego dnia było już  słońce, tylko temperatura  niezbyt plażowa.  No to w takim  razie pojedziemy do Gdyni. Zaparkujemy na parkingu hotelu  Merkury i podrepczemy na Skwer Kościuszki, to tuż obok. Jeśli będziemy  mieli ochotę to pójdziemy do Oceanarium, możemy zwiedzić ORP Błyskawicę, obejrzymy  sobie Dar Pomorza. To pierwsza propozycja- druga - możemy pojechać  na Hel, albo w przeciwną stronę i wpaść do Rozewia i zwiedzić  Latarnię  Morską. Możemy też pojechać do Oliwy i pospacerować po Parku Oliwskim. Możemy też wpaść na godzinę 12,00 do Archikatedry Oliwskiej na koncert organowy, lub tylko je obejrzeć. Wybieraj.

No to pojedźmy na Skwer Kościuszki do Gdyni - zdecydował Wojtek. Na  wszelki wypadek wzięli kurtki przeciwdeszczowo-przeciwwiatrowe. Spędzili na Skwerze kilka godzin - zwiedzili ORP Błyskawica, obejrzeli ćwiczenia młodzieży płci obojga  na rejach  Daru Pomorza, zwiedzili też Oceanarium,  a  Marta pociągnęła go jeszcze do kiosków z "badziewiem", gdzie  kupiła muszlę jakiegoś egzotycznego ślimaka. Stwierdziła, że napełni ją "czymś" i będzie  miała przycisk na  biurko. Przez moment zastanawiali  się  czy zjeść  w hotelu, ale postanowili jednak  wrócić na obiad  do Sopotu. Tym razem "ich kelner" polecił im gulasz z kluskami ziemniaczanymi. A na deser Marta wzięła lody a Wojtek porcję tortu czekoladowego.

                                                           c.d.n.

czwartek, 28 września 2023

Córeczka tatusia - 18

 Tata poszedł do  swojego pokoju i po kwadransie wyszedł  stamtąd z torbą mówiąc - wpadnę do was rano, tak już po dziewiątej, by was uściskać przed  drogą. Bawcie  się grzecznie i dobrze, jutro się  zobaczymy.

Ależ tato, przecież....zaczął mówić Wojtek, ale tata mu przerwał - zrozum Wojtku- dziś jest taki bardzo  szczególny dzień dla was, chcę byście  się  czuli w pełni swobodnie a poza tym ja też bywam czasem stęskniony  kobiecego ciałka.  No i mam strasznie dużo spraw do obgadania z Pati, bo myślę, że nadszedł czas uregulowania pewnych spraw.

Gdy wyszedł Marta powiedziała- oby tylko się dogadał z Pati. A wszyscy mówią, że tylko matka potrafi się poświęcić  dla dziecka. A tata zaprzeczył temu swoim postępowaniem - nie  zafundował mi macochy, był dla mnie zawsze dostępny, zawsze był ze mną. Nigdy do końca szkoły nie  byłam sama w domu bez opieki. Nie miałam pojęcia o istnieniu Pati. Gdy już byłam po maturze zdarzało się, że jechał w delegację, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że ma jakąś kobietę. Choć może czasami ta delegacja to miała na imię Patrycja.

Wtorkowy ranek przywitał  ich lekką mżawką, którą postanowili przeczekać  w domu. Tata, tak jak obiecał przyszedł po godzinie  dziewiątej. Deszcz już nie padał a Marta  z Wojtkiem jedli śniadanie będąc jeszcze  w strojach niedbałych. Ooooo, wy jeszcze  w rozsypce? -zdziwił się tata. No bo czekamy aż  się nieco wypogodzi i wszyscy co  się spieszą nad morze już wyjadą z Warszawy.  Taatoo- a jaki wynik rozmów na  szczeblu?- spytała Marta. 

No cóż-  Pati zaakceptowała mój pomysł.  Pomimo złych doświadczeń jednak  się pobierzemy, ale zamieszkamy razem  już od teraz. Nie będę brał stąd żadnych mebli ani nawet nie  zabiorę wszystkich książek, bo byłyby tytuły zdublowane.Wezmę tylko swoje rzeczy osobiste. A ślub weźmiemy też w Pałacu Ślubów, spodobało nam  się to miejsce. Na razie zaczniemy od wyciągnięcia naszych metryk i umówienia jakiegoś terminu - może też wybierzemy jakiś poniedziałek? Może to będzie początkiem jakiejś  nowej tradycji rodzinnej? - zaśmiał się tata. 

Wojtku,  ale na razie nic jeszcze  nie mów  swoim rodzicom.  Tato, ja naprawdę szalenie rzadko z nimi rozmawiam, oni to chyba pojutrze już wyjeżdżają, ale nie jesteśmy z nimi na dziś umówieni. Mama jest nami totalnie  zawiedziona, bo przecież  chciała nam sprezentować to, o  czym ona po cichu marzy, ale nie marzy o  tym mój ojciec. I gdy Martunia  krytykowała ten pomysł wycieczki wycieczkowcem widziałem, że ojciec spogląda na Martunię  wręcz z uwielbieniem. Muszę  uważać, bo jeszcze  zacznie mi żonę uwodzić - śmiał  się Wojtek.  

Szkoda, że nie jedziecie  razem z nami powiedziała  Marta. Ojciec popatrzył na nią i powiedział - nie wyglądasz na chorą,  a pleciesz jak w malignie. Tak się rozglądam, bo chyba powinno się mieszkanie nieco odmalować. Marta rozejrzała się i powiedziała- skoro ty nie  zabierasz żadnych mebli to nie będzie takiej potrzeby, bo my nic nie będziemy tu przemeblowywać a mnie nie  razi to, że farba nieco wyblakła. Najchętniej  to bym tylko przerobiła łazienkę wyrzucając wannę i ten nieczynny piecyk gazowy. Ale niech wpierw Wojtuś spokojnie napisze i obroni swą magisterkę, to ważniejsza  sprawa od przeróbki łazienki.

A kiedy wy wracacie do Warszawy? W następny czwartek opuścimy lokum o godzinie 14,00 albo i  wcześniej,  jeśli będzie marna pogoda i pożeglujemy  w stronę Warszawy i na kolację już będziemy w Warszawie. Sierpień nad Bałtykiem to już jesień. No to tę kolację po powrocie  to zjecie u nas - powiedział tata. 

Śmieszne - nie będę sam  ale będę za wami tęsknił - powiedział tata. Tato, ale zajrzyj tu jak nas nie będzie bo zostawiamy włączoną lodówkę i  zamrażarkę. No pewnie, że zajrzę, masz to  jak  w banku. Tato, ona mi nie pozwala wziąć laptopa - pożalił się Wojtek. I ma rację, masz odpocząć a nie kombinować z pracą magisterską. Słyszałem co ci powiedział twój promotor - musisz zresetować umysł raz na jakiś czas.

Słuchajcie dzieci - ja was nie  wyrzucam, ale mam wrażenie, że już możecie  ruszyć w  drogę. Ja tu jeszcze chwilę zostanę bo muszę poszukać dokumentów alarmu. Jakiego alarmu?- zdumiała  się Marta. No bo go włączę, skoro nikogo tu nie będzie i zgłoszę do firmy ochroniarskiej. Jak mówią strzeżonego to i Bóg strzeże. Wtedy w razie włączenia  się alarmu oni przyjeżdżają i sprawdzają co jest grane- oni mają jeden komplet kluczy. Przecież nawet nad oknami na  zewnątrz mamy oznakowanie, że to jest chronione mieszkanie. 

A ja  się zastanawiałem kiedyś co to za ozdóbki mamy nad oknami - powiedział Wojtek. A ja myślałam, że  to spółdzielnia coś  sobie tu zainstalowała- stwierdziła Marta. No to jedźmy - powiedział Wojtek. Wyściskali się i wycałowali oboje z tatą i Wojtek z Martą wzięli  swoje torby i poszli na  parking, a tata jeszcze trochę  został. Trochę było mu smutno , ale zaraz sam sobie  wytłumaczył, że za dziesięć dni dzieci wrócą, a on już nie  musi ukrywać swego  związku z Patrycją. I, co  najważniejsze, Marta i Wojtek zaakceptowali Patrycję.

Droga nad Bałtyk przebiegła bez żadnych niespodzianek, za to nieco pobłądzili w Sopocie by trafić do biura Agencji i odebrać klucze oraz dokładną rozpiskę jak dalej w Sopocie trafić. Mieszkanie  typu M-3 było w wieżowcu na ósmym piętrze, pokój dzienny był z dużym balkonem. Było czyściutko w całym mieszkaniu, parkiet lśnił, w łazience były czyściutkie ręczniki, ładna  kabina prysznicowa, WC było oddzielne.  W kuchni wisiały wyraźnie  nowe ścierki do naczyń, duża lodówka ziała co prawda pustką, ale była  czysta i nowa i działała. Kuchenka  była elektryczna z płytą  ceramiczną i piekarnikiem. W sypialni była duża komoda i pojedyncza  szafa ubraniowa, podwójne łóżko, dwa nocne  stoliki, dwa krzesła, dodatkowy koc, do którego była przypięta kartka, że "to nie jest koc plażowy". 

W przedpokoju była  szafa ubraniowa i szafa na odkurzacz i inne sprzęty pomocne przy sprzątaniu.  W dużym dziennym pokoju stał podłużny stół  i czteroosobowa kanapa, dwa głębokie fotele, mebel przypominający kredens, ale  w wersji nowoczesnej, na którym stał duży telewizor  i  radio, były również w tym pokoju krzesła. Blok stał rzeczywiście niedaleko plaży, kilka  bloków razem tworzyło swego rodzaju mini osiedle, był plac  zabaw dla  dzieci, a chcąc się tu dostać należało przy wejściu na teren wprowadzić odpowiedni kod cyfrowy, który otrzymali w biurze Agencji. Miejsce w garażu miało ten sam numer co mieszkanie, które wynajęli. 

Marta zaraz obfotografowała  mieszkanie i przesłała tacie maila wraz ze  zdjęciami. Niedaleko od  bloku,  w którym  zamieszkali była restauracja - nie za wielka, ale całkiem sympatyczna i w niej zjedli obiad. Ceny też nie były powalające a jedzenie smaczne.  Po obiedzie pojechali do niezbyt odległego sklepu Lidla i zrobili zakupy na swe śniadania i kolacje. Marta była  zadowolona  z sąsiedztwa  Lidla, bo w Warszawie regularnie  się w Lidlu zaopatrywali, więc odpadał problem "co kupić"  - kupili to co zawsze i bardzo zadowoleni wrócili do domu. Mieli co prawda zamiar pójść na spacer na plażę, ale  zamiast tego wylądowali w łóżku, a gdy  się ocknęli z drzemki była pora kolacji, którą  wspólnie  zrobili. W tym układzie obejrzeli jakiś film z gatunku "zabili go i uciekł", zjechali windą na dół i poszli popatrzeć na morze. 

Do wejścia na plażę było niedaleko, około 250 metrów  ale zamiast zejść na plażę gdzie  było bardzo ciemno pospacerowali uliczką równoległą do plaży, przy której  było sporo barów, no ale na wizytę w barze to żadne  z nich nie miało ochoty, więc wrócili do domu. Oboje  byli zmęczeni, więc szybko wzięli prysznic i  sprawdzili czy nadal łóżko jest tak  samo wygodne. Przed  zaśnięciem obiecali  sobie wzajemnie, że pośpią do oporu, bo trzeba odespać nadmiar wrażeń z ostatnich dni.

Sierpniowy poranek był nieco chłodny a termometr za oknem wskazywał zaledwie 15 stopni ciepła. No cóż- tak właśnie  wygląda sierpień nad polskim morzem - westchnęła  Marta. Nad Śródziemnym  byłoby cieplej a nawet upalnie. Ale jest  słońce to się w ciągu  dnia ociepli. W czasie śniadania  Marta powiedziała Wojtkowi, żeby przesłał z jej telefonu  zdjęcia  kwatery do swoich rodziców i ich pozdrowił od nich obojga. Napisz, że jest super i że zaraz  pójdziemy na molo. A potem, gdy już będziemy na molo to pchniesz do nich fotki z jednym słowem "molo".  Tacie też wyślę fotkę mola. I nie szkodzi, że tata  zna to molo tak  samo dobrze jak ja.To nie kosztuje  wiele wysiłku, to tylko znak, że żyjemy i o nich pamiętamy.  Wiesz- jakoś tak jest z ludzką psychiką, że każdy z nas czuje  się lepiej gdy wie, że jest komuś potrzebny. Takie krótkie  zdanie "dobrze że jesteś" ratuje wielu ludzi przed depresją. Miałam  trochę  wykładów z psychologii w ramach medycyny estetycznej. Pozytywne przekazy zawsze ludzi podbudowują.

Wojtek był zachwycony sopockim molem - okazało się,  że jeszcze nigdy nie był ani na  słynnym sopockim "Monciaku" ani na molo ani w równie  słynnym sopockim Grand Hotelu. No nie  dziw  się, gdy byłem w podstawówce to ojciec na wakacje  ściągał nas do siebie , bo matka nie  chciała wyjechać z nim na placówkę nawet na jeden rok. Potem mnie wywieźli do Austrii, więc wakacje spędzałem poza Polską,  a jak zacząłem studiować to  najczęściej w  wakacje pracowałem albo bywałem w Austrii u starych. No wiem, ale to już było a teraz  jesteśmy razem. Postali chwilę na końcu mola patrząc na pseudo piracki żaglowiec z turystami i gdy szli z powrotem Marta powiedziała- teraz pójdziemy obejrzeć w tamtych kioskach przy  wejściu różnorodne badziewie. Tylko nic mi nie kupuj- dzień przed  wyjazdem wpadniemy na jakieś  zakupy tak zwanych pamiątek.  Sporo jest ładnych wyrobów z bursztynu, ale bursztyn to dość specyficzny kamień- ja osobiście nie noszę bursztynowej biżuterii - jakoś mi nie leży.Choć np. korale  z bursztynu mają ponoć walor leczniczy.  Czasem bywają całkiem ładne bransoletki srebrne z bursztynem. I gdybym zobaczyła jakiś ładny pierścionek z bursztynem to bym kupiła. Nie ty byś kupiła, ale ja bym ci go kupił- zapomniałaś, że ostatnio sprzedałem mieszkanie? Tuż przed ślubem  zdążyłem jeszcze upoważnić  cię do swego konta, a raczej do obu kont- dolarowego i złotówkowego. I jeszcze  byłem na tyle przytomny, że podałem już twoje małżeńskie nazwisko.

 Gdy wrócimy to będę musiała  sobie  wyrobić nowy dowód osobisty - zauważyła Marta. I już widzę te zdziwione spojrzenia gdy będzie  wykładowca odczytywał  nieznane mu dotąd nazwisko i ja się wtedy uniosę. Bo u nas  jak w  podstawówce- sprawdzana jest lista obecności.  A kochane koleżanki  zaraz  się zapytają kiedy rodzę. Bo jak się któraś wydaje  za mąż w trakcie nauki to wiadomo, że jest w  ciąży. No to będą  miały niespodziankę - podsumował  Wojtek.  

Ale wiesz kochanie -jestem  zdania, że powinniśmy kupić dla ciebie jakiś pojazd - może na początek seicento - żebyś  nie musiała wlec  się przez całe miasto w tłoku autobusami. Albo będę cię woził. A ty w końcu zrobiłaś prawko? Zrobiłam, ale chyba mam wtórny analfabetyzm bo nie jeździłam. No to nie problem - wykupimy jazdy doszkalające i pojeździsz pod fachowym okiem instruktora. Mam kolegę który jest instruktorem  na takich kursach jazdy. Przy okazji odświeżysz  sobie przepisy ruchu drogowego. A czemu nie jeździłaś taty samochodem? No bo nie miałam kiedy. Poza tym strasznie  dawno robiłam to prawko. No to ci się takie jazdy bardzo, bardzo przydadzą. Spróbuję  się  dziś z nim  skontaktować, żeby cię ujął w  swój grafik albo prywatny albo oficjalny.  Trochę  się koleś  zdziwi, bo na pewno nie  wie, że się ożeniłem. Teraz masz jeszcze  wakacje, więc byłoby jak znalazł. No i nowe prawo jazdy też będziesz musiała sobie zrobić. I to zaraz gdy tylko wrócimy- dowód i prawo jazdy i nową legitymację studencką - stwierdziła Marta. Będzie  trochę ganiania. Dowód to Urzędzie Dzielnicowym, we  wrześniu mogę wpaść do sekretariatu uczelni i nową legitymację sobie  zażyczyć. A jak będę miała nowy dowód to wtedy i prawko sobie zmienię na nowe  nazwisko. Ale nie wiem, czy dobrze byśmy mieli na utrzymaniu aż dwa samochody. Utrzymaniu samochodu jednak kosztuje. No ale mamy na to pieniądze. Ojciec mnie  zapewnił, że do chwili mego usamodzielnienia  się będzie nadal dawał mi tyle co dotychczas, a jak znam życie to teraz  pewnie więcej. Wiesz czego on się bał?  Nie wiem, przecież prawie go nie znam. No bo ojciec ogromnie  się bał, że się ożenię z jakąś z jakąś autochtonką, a z kolei o tym marzyła moja matka. Oni zawsze chcą czegoś absolutnie przeciwnego.  I niemal  za cud  uważam  sytuację, że oboje  chcieli byśmy  się pobrali - wygryzłaś  z myśli mojej mamy wszystkie  austriackie panienki. 

Obeszli prawie wszystkie  kioski z bursztynowymi pamiątkami i Marta zaproponowała  by sprawdzili w kasie czy i w jakich godzinach można popłynąć  na Hel, zwiedzić fokarium, pobyć trochę na helskiej plaży i potem wrócić do Sopotu tym samym stateczkiem. Ta wycieczka  to nam  zajmie cały dzień, bo stateczek płynie na Hel 1,5 godziny, tyle  samo trwa powrót, w tak zwanym  międzyczasie zwiedzimy fokarium, czyli pogapimy  się na foki w basenie i posłuchamy co o nich opowiedzą, zobaczymy jak już są wyszkolone żeby dały  się badać i jak dają  sobie  zaglądać do pyska opiekunowi, jak będzie plażowa pogoda to sobie trochę posiedzimy na plaży i tym samym stateczkiem wrócimy. Oczywiście  możemy też zamiast płynąć to pojechać  samochodem na Hel  ale w  sezonie to się często stoi w korkach by wjechać na Półwysep, więc na moje oko lepiej się powlec tym stateczkiem. Tylko trzeba  wziąć kurtki, bo upału to na tym stateczku nie ma.  Można też popłynąć stąd do Gdańska i z Gdańska tym samym statkiem na Hel i wrócić tą  samą drogą do Sopotu.  Z tym, że do Gdańska to wolę jechać  samochodem by móc wrócić  bez problemu kiedy nam  się  zachce  a nie być zależnym od rozkładu rejsów  statku. A teraz to pójdziemy do Grand Hotelu na lody i na kawę.

                                                                     c.d.n.

Córeczka Tatusia - 17

 Oczywiście z parkowaniem były cyrki, więc zdecydowali  się zaparkować nieco dalej od USC. Marta z tatą i Wojtkiem wysiedli  przed urzędem, a Patrycja pojechała  zaparkować  samochód na Długiej. Ojciec Wojtka wypuścił z  samochodu swą żonę a sam pojechał  za Patrycją.  

Straszny bałagan w tym mieście - stwierdziła matka Wojtka. Wam to nie przeszkadza? - spytała się Marty.  Przeszkadza, ale z pustego to i  Salomon  nie naleje. Nie ma tu parkingu przed USC bo tu przecież jest dość reprezentacyjna część miasta, Zamek, Kolumna  Zygmunta, to  teren dla pieszych, więc  nie ma tu parkingów. Po prostu nie ma  gdzie ich  zrobić. Spójrz, ojciec  z Patrycją  już idą w tą  stronę. Nie widzę - stwierdziła "już za moment teściowa". Wojtek popatrzył na matkę i powiedział - pan okulista ci  się kłania - jeśli ich nie  widzisz to znaczy, że coś nie klawo z twoimi oczami. Potem matka spojrzała na Martę i  stwierdziła- ty chyba zostawiłaś w domu torebkę!  

Celowo jej nie  wzięłam, ale mam wszystko co mi jest potrzebne - a potrzebny do ślubu jest  tylko dowód osobisty i ma go Wojtek. A obrączki?  Mamy je już na palcach, założyliśmy je już zawczasu. I oboje  pokazali swoje lewe dłonie z obrączkami na serdecznych palcach. Przełożycie je  w Urzędzie na prawe dłonie?  Nie, bo oboje  jesteśmy  zdecydowanie praworęczni i obrączka  zawsze nieco przeszkadza a na dodatek bardziej  się niszczy.  A to są stare obrączki, jesteśmy trzecim pokoleniem, które je wykorzystuje. I będziemy  się starać by przeszły kiedyś  w ręce naszego dziecka. Jubiler  był nimi zachwycony, są stare. Teraz takich nie robią a te były  robione za granicą, zapewne we Włoszech w końcu XIX wieku wyjaśnił Wojtek. Tak je ocenił Jubiler. Dużo kosztowały?- dociekała matka. Nie wiemy, Martunia je odziedziczyła.

W holu Urzędu Wojtka powitali jego znajomi, ale ponieważ już była godzina, o której  nowożeńcy i świadkowie  musieli załatwiać formalności  mama Wojtka i Patrycja  zostały same  z gromadką młodych i nieco starszych facetów. Po dziesięciu minutach dwóch tatusiów i  Marta z Wojtkiem wyszli do holu i Wojtek zajął się przedstawianiem swych znajomych głównie Marcie. Jeden z kolegów powiedział - ten paskudnik bardzo starannie panią przed nami ukrywał - nigdzie  z nami nie chodził twierdząc, że  pisze już pracę. Marta się śmiała, ale stwierdziła, że wcale nie łgał, rzeczywiście ją pisze, ale ona nie ma  nawet bladego pojęcia o czym on pisze, bo ona chyba więcej wie o Księżycu niż o zagadnieniach z zakresu informatyki. Mój kontakt z informatyką kończy się w chwili gdy zamykam komputer  stwierdziła. Dobrze, że chociaż  wiem  jak go włączyć i wyłączyć i gdzie  co znaleźć w  sieci.

O godzinie 13,50 poproszono do sali ślubów Martę i Wojtka oraz Świadków i gości. Gdy już wchodzili jako ostatni do sali nieomal wbiegł zdyszany promotor Wojtka. Mijając Wojtka  klepnął go przyjacielsko w rękę mówiąc - a jednak zdążyłem!  To świetnie panie  doktorze, ogromnie się cieszę- odpowiedział Wojtek.

Jak na każdym ślubie cywilnym formalności nie trwały długo, bo wszystkie dane były już zapisane, napisane, sprawdzone, Marta i Wojtek złożyli teraz w odpowiednich miejscach  swe podpisy, potem wszyscy  zostali  zaproszeni do sąsiedniej  sali by spełnić szampanem toast za pomyślność młodej pary na nowej drodze życia.  Pierwszy dopadł ich promotor, złożył życzenia, przeprosił, że wpadł jak po ogień, ale zaraz pędzi na uczelnię i że się oczywiście  "zdzwonią". Składając życzenia Marcie poprosił by Marta dopilnowała, by w czasie tego krótkiego urlopu Wojtek nawet nie  dotknął się do  swej pracy magisterskiej.  Niech  mu  się  trochę mózg schłodzi od  bryzy  morskiej, niech trochę poleniuchuje. Wizyta promotora na  ślubie "magistranta" chyba nie  była czymś powszednim i w trakcie tego toastu kilku kolegów  było wielce  zadziwionych, że na ślub Wojtka przybył jego promotor.  Bo to bardzo "ludzki" człowiek - tłumaczył  Wojtek.

Ponieważ Wojtek prosił by nikt nie przynosił kwiatów a jeśli już koniecznie poczuje przemożną chęć wydania z okazji jego ślubu pieniędzy, to niech po prostu wspomoże jeden z domów  dziecka i zamiast wydawać na kwiatki  wpłaci te pieniążki na wskazane przez Wojtka konto - to Dom Dziecka dla chorych nieuleczalnie maluszków, których niektórzy rodzice po prostu nie odebrali po porodzie ewentualnie oddali je tam, bo sami nie  dawali już sobie  rady  i teraz zamiast kwiatów  do rąk  Marty docierały potwierdzenia wpłaty. Marta za każdym  razem  dziękowała  a jej głos coraz bardziej się załamywał ze  wzruszenia.  Gdy już wszyscy złożyli  życzenia a butelki szampana pokazały dno teść Marty poprosił by wszyscy stanęli pod  wejściem do USC i zrobił kilka pamiątkowych  zdjęć  całej  grupie. I znów były uściski, a co bliżsi koledzy Wojtka ośmielili  się objąć Martę i delikatnie  przytulić.

Potem przeszli niespiesznie do swoich samochodów i podjechali do Hotelu Europejskiego.  Gdy już siedzieli przy stole i czekali na  zamówione potrawy, ojciec Wojtka poprosił o jeden z kwitków, by spisać sobie dane  adresowe i numer konta  bankowego owej placówki.

A skąd ty synku  wiedziałeś o tym Domu Dziecka- spytała się Wojtka mama. Stąd, że jeden z moich kolegów ma siostrę która tam pracuje. Ona boi się wyjść za mąż bo jednak większość małżeństw decyduje się chociaż na jedno dziecko, a ona boi  się, bo jest jednak sporo wrodzonych  wad i to wcale nie są  wady genetyczne. No to z czego się biorą? z powietrza? - dziwiła  się  mama Wojtka.  Czasem i ze złego, bo  zatrutego powietrza, czasem z choroby matki w  czasie  ciąży, czasem ze źle prowadzonej ciąży, zbyt długiego i ciężkiego porodu, braku odpowiednich witamin w trakcie ciąży - powiedziała Marta. Przyczyn niczym mrówek w lesie.

Teściowa przyglądała  się Marcie i Wojtkowi i w pewnej chwili dokonała  epokowego odkrycia - kwiatki w butonierce Wojtka i we włosach Marty wyglądały nadal świeżo, jakby dopiero co były tam umieszczone. No bo były  przedtem  w rękach Pati i ona je po prostu zaczarowała - śmiała  się Marta. A poza tym  Pati sama je  dziś przywiozła o świcie z giełdy, więc prawdopodobnie były  ścinane w nocy i odpowiednio przetrzymane. 

Pani dziś jechała o świcie na giełdę? -zdziwiła  się teściowa.  Zawsze jeżdżę po towar o świcie- dostawcy przyjeżdżają  często już o czwartej rano - odpowiedziała Pati. W lecie  żaden problem by tak  raniutko wstać, gorzej  jednak jest zimą, wczesną wiosną i jesienią. Z tym że zimą to więcej jest kwiatków doniczkowych, które są jednak trwalsze, a cięte to kupuję prosto z pewnej szklarni w Warszawie. To w Warszawie są szklarnie?  No są w granicach tak zwanej wielkiej Warszawy. Często ktoś zaczynał od malutkiej  szklarni w ramach  swego hobby a potem dochodził do wniosku, że dobrze mu idzie i z małej szklarni amatorskiej powstawała duża, profesjonalna.

W czasie obiadu ojciec Wojtka spytał się obojga,  czy już się  zastanowili co chcieliby dostać w ślubnym prezencie. Marta uśmiechnęła się  i powiedziała - ja już dostałam fajny prezent. A zdradzisz nam co dostałaś? - spytała  teściowa.  Wojtka dostałam z okazji ślubu. To bardzo udany prezent bo mądry i zdolny z niego  facet i podoba  mi  się a nawet go kocham.Teściowa uśmiechnęła  się - podejrzewam, że wy to kochacie  się od pierwszej klasy  szkoły podstawowej. Nie zgadłaś mamo- powiedział Wojtek - dopiero od V klasy szkoły podstawowej.  

A może chcecie popłynąć w podróż jakimś wycieczkowcem? Są rejsy dookoła  Morza Śródziemnego, są po fiordach Norwegii albo na Bahamy. Oj nie, taki wycieczkowiec to koszmar powiedziała  Marta. Mnie osobiście  wystarcza rejs z Sopotu na Hel. I dobrze, że jest kilka godzin przerwy pomiędzy tym wypłynięciem a powrotem. A na tych wycieczkowcach to jest tłum ludzi, gorzej niż kiedyś na FWP, bo więcej ludzi na  raz. Źle znoszę takie spędy -wyobrażasz sobie być dwa tygodnie na statku na którym jest dwa tysiące osób?  A do tego jeszcze dodaj  załogę, która to tarło obsługuje. A powierzchnia  ograniczona. Już po jednym dniu miałabym załamanie nerwowe. Pływać to ja lubię żaglówką, góra w trzy, cztery osoby, może być nawet jakaś dwugodzinna wycieczka statkiem  ale nie rejs dwa tygodnie w towarzystwie  dwóch tysięcy wycieczkowiczów.

No ale teraz jedziecie do Sopotu na  wczasy.  Owszem, ale nie będziemy mieszkać w jakimś  ośrodku wczasowym a w wynajętym mieszkaniu w normalnym bloku mieszkalnym. Nie będziemy  się stołować w jednym i tym  samym  miejscu, a tam, gdzie  się akurat w porze obiadowej znajdziemy, bo śniadania i kolacje  to będziemy  sobie  sami robić - te mieszkania  są z pełnym wyposażeniem- małe i duże AGD, talerze, garnki, kubki, ścierki do naczyń, pralki, sprzęt do sprzątania i miejsce  w garażu. Po prostu część osób kupuje mieszkanie pod wynajem - a procedurą wynajmu mieszkania wczasowiczom, sprzątania po gościach, sprawdzaniem stanu wyposażenia  zajmuje  się specjalna agencja.  I wszyscy są zadowoleni - właściciel mieszkania, agencja zarządzająca i wczasowicz. A do plaży to mamy  raptem z 250 metrów.

W wielu krajach Europy ludzie inwestują w domy nie  tylko letniskowe  ale i całoroczne. Tu za jakiś  czas też tak będzie. Wkrótce  całe wybrzeże Bałtyku będzie obetonowane domami z mieszkaniami pod wynajem. Ale mnie  się taki sposób  spędzania urlopu podoba. 

No to pomyślcie na tym urlopie co by wam sprawiło frajdę. Może ferie  zimowe  w Alpach? Mamo, przecież oboje jesteśmy jeszcze  "uwiązani"- stwierdził Wojtek. Martunia jeszcze studiuje, ma przed  sobą rok, w którym będzie  robić licencjat a potem jeszcze  dwa lata do magisterium.

Ja zacząłem pisać  swoją pracę magisterską  i nie jest to wypracowanie z polskiego z gatunku co poeta  miał na myśli. Wymaga ode mnie sporo myślenia  i pełnego zaangażowania. Nie jestem  w   stanie przewidzieć  czy będę mógł gdziekolwiek  pojechać zimą, bo może  akurat  wtedy będę musiał przeprowadzać różne badania. Bo to nie jest tak, że wszyscy  tylko na mnie  czekają bym  sobie  mógł coś doświadczalnie przeprowadzić. Ja naprawdę  chcę  jak najprędzej zrobić magisterkę i zacząć samodzielnie się utrzymywać. To wcale nie jest zabawne być dorosłym człowiekiem i być na utrzymaniu rodziców. Dobrze, że mamy gdzie  mieszkać a do tego mój teść jest naprawdę cudownym facetem i umiemy  się we troje dobrze  dogadać. Więc zamiast prezentu ślubnego to po prostu nadal mi pomagajcie finansowo nim zrobię magisterkę i zacznę pracować.  

No to przecież jest zrozumiałe, że nadal będziemy cię finansować dopóki nie  zaczniesz regularnie pracować i zarabiać. Po prostu chcieliśmy wam zrobić jakąś   frajdę.   Wojtek roześmiał  się - frajdę to mamy z okazji ślubu bo już jesteśmy małżeństwem. Od  dziś będę sypiać w sypialni Martuni. Tylko ją troszeczkę  przemeblujemy. Albo się zamienimy pokojami z tatą, bo tata ma podwójne łóżko - a sypia na wersalce powiedziała  Marta. Czeka nas małe przemeblowanie mieszkania. A nie  zrobiliśmy tego  wcześniej, żeby nie  zapeszyć. Po prostu ja  jestem  w pewnych sprawach dość przesądna. Ale  zrobimy to po powrocie z Sopotu. 

Po obiedzie, gdy wracali do domu tata powiedział - możemy dziś w domu omówić kwestię  przemeblowania mieszkania. O której jutro chcecie wyjechać? Nie  wcześniej niż  o 10 rano, bo tam doba zaczyna się o 14,00 - stwierdził Wojtek.  Nie będziemy  "śmigać", nie będziemy przekraczać ograniczeń prędkości. Odwieźli Pati do domu a Marta  coś bardzo  długo  szeptała  Pati do ucha, a na koniec  bardzo mocno  się  wyściskały.

W domu szczegółowo omówili z tatą jak się przemeblują po powrocie z nad morza, a tata powiedział, że ma  zamiar zamieszkać razem z  Pati w jej mieszkaniu i zaproponuje  jej małżeństwo. Oczywiście mógłby i bez ślubu z nią mieszkać, ale  w tym dziwnym  społeczeństwie to taki układ będzie stawiał ją  w złym świetle.  Jak sami widzieli to Pati  mieszka "tuż  za rogiem"  i ma mieszkanie trzypokojowe na pierwszym piętrze.

wtorek, 26 września 2023

Córeczka tatusia - 16

 W niedzielę  przy śniadaniu, Wojtek stwierdził, że pogoda jest "całkiem przyzwoita", więc mogliby w trzy pary,  dwoma   samochodami, wybrać  się w jakieś  sympatyczne "okoliczności przyrody". Na przykład w  jakieś mało cywilizowane  miejsce nad Wisłę. To całkiem niedaleko, mniej  więcej na  wysokości  Konstancina - miejsce dzikie, a co najważniejsze nie ma  tam żadnych "cywilizowanych warunków" typu kioski z jedzeniem  i piciem, więc warszawiacy tam nie jeżdżą, zresztą część drogi pokonuje  się polnym duktem, potem przejeżdża przez wał przeciwpowodziowy. W tym  miejscu jest wyspa na Wiśle i ten kawalątek Wisły między  wyspą a lądem jest płyciutki, ale i tak się nie nadaje  do kąpieli, bo dno Wisły jest niebezpieczne, można trafić na ruchomy piasek i wpaść w  głęboki dół.  A kiedy byłeś tam ostatni raz? - spytała Marta. No z tobą kochanie. 

Ale to było szalenie  dawno! Może  się tam coś już zmieniło, może się tam coś pobudowało- Marta  miała wielkie  wątpliwości odnośnie tej propozycji. Wiesz tata i Pati  to bez trudu przeżyją rozczarowanie takim  miejscem ale twoi rodzice, a głównie mama to mogą być zniesmaczeni -  tłumaczyła Wojtkowi Marta.  No to ja  ich uprzedzę, że może być tam mało cywilizowanie i co najwyżej  można tam nogi pomoczyć. No to są właśnie warunki w sam raz dla mojego taty, on nie  jest typu "ę i ą", woli  "wczasy pod  gruszą" niż w jakimś uzdrowisku.  Zresztą ja ich uprzedzę, że dawno tam nie byliśmy.  Ja wiem, że mama to wolałaby pojechać do któregoś z tych miejsc nad Zegrzem, ale tam w weekendy jest co najmniej  tłumnie.  Ale tata na pewno wolałby pojechać gdzieś na  dziko a mama to wolałaby pojechać do Kazimierza i pospacerować w tłoku na  rynku a nie pójść na jakiś odleglejszy spacer tam, gdzie nie ma ludzi.

Tata przysłuchiwał  się ich dyskusji i długo nic  nie mówił, w końcu powiedział - a może byś Wojtku  po prostu zadzwonił do  rodziców i  zapytał jakie mają plany , bo nie  wykluczone jest, że oni już mają jakieś własne plany na  dziś. My z Pati możemy z wami na to "bezludzie" pojechać, weź tylko pod  uwagę fakt, że jutro macie ślub, więc płeć piękna  z całą pewnością nie będzie zachwycona całodziennym siedzeniem nad wodą. To jednak jest jakieś wydarzenie, do którego każda z pań  chce  być dobrze  przygotowana,  wypiękniona, wypoczęta  a nie zmęczona całym  dniem przebywania  na słońcu.

No fakt, nie  wziąłem tego pod uwagę - przyznał się samokrytycznie  Wojtek. Jestem  już tak  zżyty z Martusią jakbyśmy  byli od lat małżeństwem i jakoś słabo do mnie  dociera, że dopiero jutro będę jej mężem. Najzabawniejsze, że ja od  wielu lat  myślę o  niej tak jakby  była moją żoną.

No ale  jeżeli cię tak dziś nosi to możemy z tatą i Pati wyskoczyć na spacer po Konstancinie i wpaść na obiad do Świerkowej i zjeść go na tarasie oganiając  się od os - zaproponowała Marta.  Jutro mamy ślub, a we wtorek wyjeżdżamy, więc do obu wydarzeń musimy się jakoś przecież przygotować. Dziś musisz  pomyśleć co bierzemy do Sopotu oprócz kąpielówek i klapek. Przecież zamierzamy  tam być głównie na plaży a nie biegać po sklepach by uzupełnić garderobę - Marta wyraźnie trzeźwiła umysł Wojtka.

Wojtek uśmiechnął się kwaśno i stwierdził,  że ma chyba już tak wyjałowiony mózg przez pisanie tej swojej pracy, że racjonalne  myślenie o  otaczającej go rzeczywistości niemal mu  nie wychodzi. Kochany- to może ty się zastanów dziś czy naprawdę mamy brać  ślub już teraz, czy  może aż napiszesz i obronisz  tę pracę - powiedziała ze śmiechem Marta. Tak naprawdę to przecież nic nas pogania do wzięcia ślubu. Równie dobrze możemy się pobrać za rok albo w przerwie pomiędzy moimi semestrami. 

Ojej - rozjęczał się Wojtek- nie bądź okrutna, marzę  żebyśmy już byli po ślubie, bym zasypiał i budził  się razem z tobą, a nie w drugim pokoju. No ale  doceń jak masz mnie  w sumie bliziutko - zwłaszcza teraz  gdy ja mam wakacje - tłumaczyła Marta. Nawet gdy piszesz te  swoje  arcy mądre  rzeczy, z których nic nie  kumam, choć piszesz jak najbardziej po polsku, to jesteśmy razem, bo ty piszesz  a ja jestem obok ciebie i albo czytam  albo robię  coś bardziej pożytecznego, np. sweter dla ciebie. To co robisz to robisz dla mnie? Myślałem, że "drutujesz" coś dla siebie. Robię dla ciebie tak zwany "bezrękawnik" - można go nosić w zimne  dni pod marynarką.

Udało mi  się upolować na internecie włóczkę cienką, miękką a do tego to setka  wełna z jedwabiem. Tylko długo mi się go robi, bo cienka  włóczka więc i druty  muszę mieć  cienkie. Ale już zrobiłam plecy i teraz  robię już przód. Pierwszy raz robię męski sweter i mam wrażenie, że to trwa  wieki, no bo ty jesteś wysoki. Tacie to kupowałam gotowce a dla ciebie się "poświęcam". Mam nadzieję, że go skończę do zimy. A można taki bezrękawnik nosić i bez  marynarki? - spytał Wojtek. No jasne, że można- możesz mieć pod nim "normalną" koszulę  ale  możesz też mieć koszulkę polo. A umiesz zrobić  czapkę? Umiem, ale bez daszka. Mogę ci zrobić na  zimę  czapkę i szalik. Tylko ci zrobię jeszcze przed  zimą, bo będę miała więcej nauki i będę pisała pracę licencjacką. A po co, skoro chcesz  studiować na II stopień?  Po prostu dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości - jeżeli mi stanie coś na przeszkodzie do ukończenia II stopnia to będę jednak już  miała licencjat w garści.  Wojtek zamyślił się -  właściwie to masz rację - bardzo trzeźwo myślisz. Zawsze mi imponowało twoje  trzeźwe  spojrzenie i odwaga  w wygłaszaniu  własnej opinii.  A pomimo tego  nie masz problemu by pójść na kompromis.

Marta wyjęła  z szafy dwie torby, potem otworzyła szafę ze  swoimi rzeczami i zaczęła do jednej z toreb wkładać swoje rzeczy. Co robisz? - niezbyt mądrze zapytał Wojtek. Pakuję się na wyjazd do Sopotu. Na te dziesięć  dni to nie trzeba mi wielu rzeczy, poza tym w Sopocie też można parę rzeczy kupić. Wezmę dwie pary spodni, trzecie  będę miała na  sobie, klapki po domu i klapki na plażę, kurtkę nieprzemakalną i kurtkę letnią, 2 sweterki cienki i grubszy, adidasy zapasowe, bieliznę. szlafrok  kąpielowy zamiast ręcznika na plażę, leżak lub kosz sobie wypożyczymy, podwójną matę plażową też wezmę, czasem chce się poleć na brzuchu, cztery ręczniki. Kilka bluzek, jedną sukienkę gdy się nam  zachce pójść gdzieś potańczyć. Muszę jeszcze kosmetyki dla  nas przejrzeć i może coś w poniedziałek przed południem  dokupić w drogerii. Weź tę zieloną torbę, ona jest większa, ale ty masz większe rozmiarowo rzeczy niż moje. I zastanów  się czy aby na pewno musisz  brać na te 10 dni laptop. Na smartfonie to chyba dasz radę przeżyć, Wi-Fi jest ponoć w tym budynku. No to chodź ze mną gdy się będę pakował, bo ostatnie lata to jakoś nigdzie  nie wyjeżdżałem. W pół godziny potem oboje  już byli spakowani na  wyjazd. Tata dorzucił do rzeczy Wojtka szlafrok frotowy w jasno granatowym kolorze mówiąc - weź mój, bo ja się już jakoś rozrosłem w poprzek- poza tym jakoś zawsze o nim zapominałem jadąc nad morze.

W poniedziałek Marta obudziła  się już o 8,00 rano. Gdy ziewając wyszła ze  swojego pokoju zobaczyła, że w kuchni już urzędują "jej mężczyźni". A co wy tak wcześnie się zerwaliście- spytała tłumiąc  ziewanie. Ja to się obudziłem jak  zawsze o 6,30 poinformował ją  tata, a o 7,00 dobił do mnie  Wojtuś.

A o której idziesz do fryzjerki? - spytał tata. O żadnej,  mam na tyle  krótkie włosy że nie jest mi do czegokolwiek  potrzebna  fryzjerka. Uczeszę  się, psiknę trochę lakieru i będzie.  Pati będzie dopiero koło południa, więc wszystko zdążymy.

Czy my się jakoś umawialiśmy z moimi rodzicami?-zastanawiał  się na głos Wojtek. Nie wiem, ale może  zatelefonuj do nich po dziewiątej, że  szanowny świadek  ma być w Pałacu ślubów o 13,30  i że w  związku z tym wyjeżdżamy z domu o13,00, bo przecież trzeba tam gdzieś  zaparkować. W tym układzie  to możemy przecież pojechać  tam w dwa   samochody - stwierdziła Marta. My tam przyjedziemy przecież razem z Patrycją.

Około 9,30 Wojtek zatelefonował do ojca, przypominając  mu, by nie  zapomniał wziąć swego polskiego paszportu i powiedział, że ma koniecznie być o 13,30 w Pałacu Ślubów i jeśli ma jakieś kłopoty z trafieniem na miejsce to niech podjadą pod dom Marty o godzinie 13,00 i razem w  dwa samochody tam pojadą. 

Patrycja przyszła nieco  wcześniej i wyglądała niezwykle elegancko w letnim wzorzystym kostiumie -  na jasno zielonym tle były ciemno zielone liście, bardzo naturalnie wyglądające. Dopasowany  żakiet świetnie podkreślał jej figurę, ciemno brązowe półszpilki i w takim  samym kolorze torebka dopełniały całości, na  szyi miała złoty łańcuszek, na którym był zawieszony jeden nieduży złoty listek pokryty zieloną  emalią. Wyglądała nie tylko elegancko ale i ładnie. Tak jak obiecała  przyniosła białe frezje  z bordowymi  żyłkami na wewnętrznej stronie płatków. Klamra przeznaczona  do włosów Marty miała trzy kolory frezji- białe z tą bordową  żyłka, ciemno różowe i ciemno różowe z fioletem. Marta zastanawiała  się nad dodatkami, bowiem strój Wojtka  wymuszał niejako , że powinna pójść w czarnych szpilkach, a czarna, matowa torebka jakoś optycznie  nie pasowała do całości. No ale po co ci Martusiu torebka? - zapytała Pati.  Dowód osobisty weźmie do swojej kieszeni Wojtek, chusteczkę do nosa schowasz w torebce, która na pewno jest w tym szerokim pasku. Tam jest torebka? -zdumiała  się Marta. No może nie regularna  torebka, ale taka kieszonka w sam raz na chusteczkę do nosa. Pokaż mi tę sukienkę. Pati obejrzała pasek i powiedziała- jest w  wierzchniej stronie paska, ukryta pod kokardą. Bo jak widzisz on się nieco dziwnie  zapina bo kokarda jest zawiązana na stałe i jego obwód można  zmieniać przesuwając kokardę po obwodzie paska- tu jest mnóstwo dziurek, których nie  widać w  tych  zmarszczeniach,  ale je wyczujesz pod palcami i wetkniesz  w nie te plastikowe kołeczki. 

Frezje, który miały  zdobić butonierkę marynarki miały łodyżki zanurzone w płaskiej fiolce wypełnionej przezroczystą, zielonkawą "galaretką" żeby bez uszczerbku przetrwały wiele godzin. Pati bardzo sprawnie przecięła nitki w butonierce, wprowadziła do niej ową płaską fiolkę i przymocowała ją do spodu klapy marynarki pętelką z nitki w ciemno bordowym kolorze.  Gdy  Pati skończyła przygotowywanie Marty, Wojtek poszedł się przebierać do swojego pokoju i poszła  z nim Marta. Gdy wyszli Pati powiedziała do taty Marty - nie da  się ukryć, że zmajstrowałeś piękną dziewczynkę ale najważniejsze, że ją tak wspaniale wychowałeś. No i  na dodatek  to bardzo mądra dziewczyna. Jestem pełna podziwu dla Ciebie!

Pięć minut przed trzynastą rodzice Wojtka zameldowali przez domofon, że są  na dole i czekają w  samochodzie. Marta szybko dała Wojtkowi swój dowód osobisty, jeszcze raz przejrzała  się w lustrze, objęła Pati, pocałowała ją w policzek, głośno powiedziała, że ogromnie   dziękuje jej za pomoc a do ucha jej szepnęła-  teraz  wasza kolej!

                                                                   c.d.n.