środa, 11 października 2023

Córeczka tatusia - 25

 Odnośnie wspólnych świąt Marta porozmawiała najpierw z Pati. Okazało się, że Pati też  planowała by święta  spędzili razem z "Wojtkami" i rodzicami  Wojtka, ale jeszcze  nie  rozmawiała na ten temat, bo przecież  dopiero za kilka  dni zacznie  się październik. Marta tłumaczyła  swój "pośpiech" tym, że woli jako pierwsza wyjść z propozycją, bo nie chce się jej  jechać  zimą do Grazu, bo ona na ogół  w grudniu to już musi się szykować  do sesji - to raz -  dwa mają wszak w domu zwierzątko  a wygodniej jest zimą nie  podróżować  ze  zwierzątkiem, zwłaszcza , że jechaliby raczej pociągiem, więc byłoby nieco problemu z piesem. Powiedziała też, że zamarzył się jej Sylwester w Operze, co prawda nie  będzie takiej  gali jak we Wiedniu, czyli nie będą wszyscy "goście" w eleganckich strojach spacerować i krążyć po sali w rytmie  walca, ale na pewno będzie jakaś dobrze  wystawiona opera i w antrakcie będzie  można wychylić kieliszek szampana (głównie panie, po panowie wszak będą "szoferować") a potem , po spektaklu spokojniutko wrócić do domu. Samo  Boże Narodzenie, czyli wigilia i obiady świąteczne oczywiście będą w domu. W  tym  czasie teściowie  mogą  mieszkać u  nich - jeśli jeszcze  sypiają w jednym pokoju to oni mogą im odstąpić  swoją sypialnię, ale nie będzie też problemu gdy sypiają w  różnych pokojach. Jakby nie  było są cztery pokoje i właściwie w każdym pokoju jest jakiś mebel do spania, bo wszystkie  sofy są z funkcją  spania. Tylko w gabinecie Wojtka jest pojedyncza sofa, ale jak już "wpróbowali" nadaje  się do również  do spania we dwoje  plus pieseczek. Co prawda pieseczek spał głównie na brzuchu Marty, bo straszny przytulasek  jest z Misi, taki z gatunku, że im bliżej kochanego człowieka tym fajniej.  Stosunek Pati  do "podchoinkowych"  prezentów był niemal identyczny jak Marty - żadnych niespodzianek, prezenty mają być wcześniej omówione. I jeśli będzie wcześniej  wiadomo, że ten wieczór  sylwestrowy jest sprawą realną to on będzie  właśnie prezentem podchoinkowym dla  wszystkich od Wojtka i Marty.

No ale przecież mogą twoi teściowie mieszkać w mieszkaniu Wojtka - zauważyła Pati. Nie mogą - bo to już nie jest mieszkanie Wojtka, on je wynajmuje- wyjaśniła  Marta. A tak naprawdę to on je sprzedał własnemu ojcu, ale matka o tym nie wie - ojciec jej powiedział, że Wojtek je wynajmuje komuś. Pewnie  za jakiś czas je sprzeda i  zysk zachowa dla siebie. Wiesz Pati - jego rodzice  to dziwna para - ona ma tu w Polsce biznes, który skrzętnie jest ukryty przez jej własnym, ślubnym  mężem i oczywiście  przed Wojtkiem też, on kupił od  własnego syna  mieszkanie i wciska jej ciemnotę, że Wojtek je  wynajmuje komuś.  Wojtek tylko wzruszył ramionami i na razie siedzi  cicho bo jeszcze przecież nie pracuje, ale gdy zacznie pracować to pewnie stosunki rodzicielsko- synowskie bardzo się zmienią. Wojtek to mi  wszystko mówi, omawiamy ze sobą każdą, z przeproszeniem "pierdółkę", szalenie  dużo  ze sobą rozmawiamy. No ale my się z Wojtkiem kochamy jeszcze od  szkoły podstawowej. Mieliśmy cztery lata rozstania, bo oni wyemigrowali do Austrii, ale  wszystko jednak przetrwaliśmy. Nasi ojcowie mieli jakieś wspólne  sprawy  o czym na początku to nawet nie wiedzieliśmy. A ja Wojtkowi tak strasznie  zawsze  zazdrościłam matki, a ona  zawsze mnie przytulała i mówiła  mi same  miłe rzeczy. Nadal mi mówi same miłe rzeczy, zresztą ty mi też  zawsze mówisz same  miłe  rzeczy. Ależ ja ci tylko mówię to na  co zasługujesz- odpowiedziała  Pati.

Wiesz, jestem pewna, że ci co porzucili Misię to przywieźli ją samochodem. Bo ona na początku  trzęsła  się ze strachu w samochodzie- bo na  samym początku woziliśmy ją do weterynarza  bez obróżki i smyczy- na rękach  siedziała spokojnie, ale samochód budził jej niepokój. No ale  gdy  kupiliśmy jej szeleczki i miała  je zapięte a do tego była smycz to się uspokoiła. A ona tak grzeczniutko tupta na  smyczy - idzie blisko nogi i ani nie  ciągnie  ani nie szarpie. I szalenie lubi przytulać  się do naszych bosych stóp. Śmiejemy  się,  że  Misia  może służyć za termofor. Wojtek mówi, że przecież było na plaży sporo innych osób,  a ona wybrała nas. Ja to twierdzę, że wybrała  nas, bo akurat odeszliśmy kawałek dalej od strzeżonej plaży i byliśmy jedynymi osobami w  zasięgu jej wzroku.  A była przeraźliwie  chuda- Wojtek zafundował  jej całkiem  spory kotlet z mielonej ryby i ona  wsunęła  go bez najmniejszego problemu. Myślę, że ktoś, kto porzuca pieska to zapewne tak samo porzuciłby bez zająknięcia się dziecko.

Misia, która do tej pory  siedziała obok Marty podniosła  się, obejrzała na Martę i ruszyła w stronę  drzwi wejściowych. Oooo, pewnie chce wyjść na  spacer- wydedukowała Pati. Nie, gdyby  chciała  wyjść, to wpierw podreptała by do drzwi balkonowych i popatrzyła  czy  schodki  na trawnik  są suche  czy mokre.  To raczej przyjechał jej ukochany pan. Nie wiem jak ona  to robi, ale  zawsze wie kiedy on przejeżdża przez podwórko na parking. A dziwi mnie to dlatego, bo siedzimy teraz nie od strony podwórka tylko tego pseudo ogródka.

W niecałe 10 minut później do mieszkania wszedł Wojtek i zaraz  po przekroczeniu progu Misia znalazła  się u niego na  rękach i lizała go w  szyję i ucho. Wojtek posadził Misię na kolanach Marty, przywitał  się z Pati, potem ucałował Martę i poszedł do łazienki. A co piękne  panie knują?- zapytał gdy  wrócił.  Spiskujemy w kwestii świątecznej - wyjaśniła Marta- po prostu najlepiej będzie gdy święta będą w Warszawie, u nas. I zaraz  jutro zatelefonuję  do twojej mamy i  zaproszę ich na święta do nas.  Bo nie  chcę byśmy jechali  zimą do Austrii samochodem a pociągiem z Misią to też kłopot.  Salonki już nie kursują a oddzielny przedział też nam  niestety  nie przysługuje. Nasi rodzice też nie przepadają  za podróżowaniem zimą samochodem. Omawiałyśmy kwestię prezentów i mama, podobnie jak ja też nie jest  zwolenniczką niespodzianek- po prostu każde z nas napisze na kartce ze swoim imieniem  co chciałby dostać - trzy pozycje, do wyboru. Ceny  wszyscy znamy i myślę, że górna granica  nie może przekroczyć 80 zł. To nie mają być jakieś upominki-inwestycje. Z tym, że musisz to wytłumaczyć,  swoim rodzicom, oni mogą po prostu przywieźć coś związanego z Austrią - ja to bym się nie obraziła np. za kozi  lub owczy ser. Mają kapitalne  sery, których tu wcale nie ma- np.z regionu Waldviertel-  wędzony,  owczy chili i truflowy i Granibeisser- śródziemnomorski.  A skąd ty je  znasz- zdziwił się Wojtek - ze serowarskiego sklepu, którego już nie ma- padł bo miał za wysokie  ceny- poinformowała go Marta. A ceny  miał za wysokie bo przy niższych to nikt by nie kupił polskich serów. Taka jest prawda.  Nie  miałem pojęcia, że taki sklep był w Warszawie . No bo o jedzeniu to zawsze jakoś mało rozmawialiśmy - podsumowała  Marta.

No był, ale  dość krótko. Ale one i tak były tanie  w porównaniu z innymi serami importowanymi włoskimi lub francuskimi. Ja rozumiem, że 25 zł za kulkę sera wielkości piłeczki tenisowej to sporo, no ale tego się nie je "na okrągło" i na kilogramy- to taka kulinarna wisienka na deser po dobrym obiedzie. Zjadasz  z tej kulki plasterek i wystarczy.  A wiesz, że ty masz świetny pomysł z tymi serami- poparła Martę Pati.

Pati zerknęła na  zegarek - chyba już  muszę skierować  się  w  stronę domu, tata  za chwilę  wróci. A bardzo nie lubi wracać do pustego  mieszkania. Tak, to prawda- potwierdziła  Marta- to chyba uraz  z czasów  pierwszego związku. Odprowadzimy cię i przy okazji wyprowadzimy Misię - powiedział Wojtek. A ty nie powinieneś  wpierw zjeść obiadu?- spytała Pati. Nie, bo jadłem  lunch przed  wyjściem  z domu. Ja jeszcze nie pracuję i dużo  czasu spędzam w domu, więc Martunia pilnuje  bym przypadkiem nie spadł na wadze z pół kilograma.

Gdy wyszli na podwórku tata właśnie zmierzał do ich klatki schodowej. No właśnie- powiedział- tak podejrzewałem, że cię zastanę u Martuni - bo wykręciłem domowy numer i nie odebrałaś. Przeszli razem pod dom, w którym  mieszkali rodzice, Pati obiecała Marcie, że "sprawozda" tacie o  czym dyskutowały, Marta z Wojtkiem i psinką poszli jeszcze na nieduży spacer, Misia poczytała na trawnikach psią prasę i wrócili do domu.

Wieczorem Wojtek zatelefonował do rodziców, mówiąc, że w tym roku Boże Narodzenie jest w Warszawie. To fajnie-usłyszał-  ale my nie przyjedziemy, bo jedziemy, a raczej lecimy na Boże Narodzenie i Sylwestra do Tajlandii. Chcemy  się wygrzać na słońcu i potaplać w  ciepłej  wodzie. Lecimy do prowincji Krabi razem ze znajomymi, którzy rok w  rok bywają w grudniu w Tajlandii. To tak trochę i dlatego, że  tego roku to stuknie nam 25 rocznica  ślubu. 

No to gratulacje z tej okazji i sprawdźcie dokładnie  jak tam jest to może i my polecimy tam  za rok. Tylko będziecie musieli po powrocie  dobrze na  siebie uważać, bo wrócicie z upału do  nawet ujemnych temperatur - stwierdził.  No właśnie - tego to  się trochę obawiam - stwierdził ojciec. Wiesz- na razie wiem, że lecimy,  ale przed wylotem mama musi mieć kontrolę tych swoich żylaków- mamy nadzieję, że jednak będzie  wolno. W przyszłym tygodniu ma kolejną kontrolę - na razie  wszystko jest dobrze. Jeśli nie będziemy  mogli lecieć na tę Tajlandię to może wy polecicie  zamiast nas?  

Tato, litości, jak na razie to ja wpierw  muszę zrobić magisterkę - Tajlandia to nie archipelag wysp któremu grozi zatonięcie. Poza tym i ja i Martunia lubimy ciepło, ale niekoniecznie aż 30 stopni ciepła. A Martunia to na pewno  nie poleci  zimą do Tajlandii bo przecież jeszcze  studiuje. A ja  bez niej nigdzie na pewno nie wyjadę. I życzę wam obojgu, żeby okazało  się, że dla maminych nóg ta temperatura Tajlandii zimą nie jest za wysoka.  A jak mama po tej operacji? No wiesz, to nie  była operacja tylko zamykanie pewnych odcinków żył przy pomocy wysokiej temperatury- oczywiście w  znieczuleniu. No i mama na dodatek jest na diecie odchudzającej, bo ma nadwagę. No i nie jest w związku  z tym w  dobrym  humorze, bo musi odstawić słodycze.  No to współczuję mamie, bo mama lubi łasuchować. Ty mnie  współczuj a nie mamie - odkąd ma te ograniczenia dietetyczne to jest zła niczym  szerszeń. No dobrze- to mogę wam obojgu  współczuć. Tata, ale daj znać po kontroli czy lecicie  na Tajlandię czy może pociągiem do Warszawy? Sypialnym  chyba  może jechać, a ja was z dworca odbiorę samochodem. Mieszkalibyście u nas, Marta powiedziała, że możecie być albo w naszej  sypialni ale może też każde z was spać oddzielnie. Są przecież cztery pokoje. No dobrze, na razie poczekamy na wynik  tych badań. To ucałuj od nas Martusię.

Wojtek  sprawozdał Marcie  całą sytuację a Marta powiedziała- to ja jutro zatelefonuję do twojej mamy i przepytam ją na okoliczność tych żylaków - to dość nowoczesna technika, ale bardzo ważne jest żeby jak najbardziej obniżyć wagę, sporo chodzić, mało  siedzieć i stale wykonywać pewne  zalecone  ćwiczenia. Ja to pierwszy raz słyszę, że mama ma żylaki - stwierdził Wojtek. Mama stale chodzi w spodniach tak jak i ty, więc nie widać żadnych żylaków. A czasami w damskim garniturze.  

To się  nazywa spodnium - pouczyła męża Marta. Chodzenie  w spodniach to wielka  wygoda - ja to już zapomniałam jak to się chodzi w sukience - stwierdziła  Marta. Latem ma się cieniutkie spodnie, zimą pod  spodniami można  mieć cieplutkie  rajstopy - sama wygoda. Tak prawdę mówiąc to w ślubnej sukience  czułam się tak jakbym była goła, aż się przez moment zastanowiłam, czy aby na pewno mam na  sobie majtki. Czułam się w sukience bardziej  goła niż w bikini na plaży. A miałam przecież na  sobie i majtki i rajstopy, żeby  sobie  stóp nie poocierać na bosaka. Bo do obcierania sobie stóp w różnych butach to jestem pierwsza. Ile  razy włożyłam jakiekolwiek pantofle latem na bose  stopy to zaraz  miałam na drugi dzień całe  stopy w plastrach. Widziałeś nad  morzem - nawet na ten kawałek z plaży do domu zakładałam skarpetki. 

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 9 października 2023

Córeczka tatusia -24

 Gdy teść już  wyszedł Marta  zapytała  się Wojtka, czy gdy mieszkał  z  rodzicami to też tak  się wciąż "ścierał" z ojcem.  Przecież ja się z nim  nie kłócę, mamy po prostu zupełnie  różne poglądy na życie  a poza  tym do ojca  nie  dotarło, że już nie jestem dzieckiem, które musi się go  słuchać bo nie ma innego wyjścia.  Im obojgu wciąż  się  wydaje, że mogą decydować o  tym co ma mi się podobać  a co nie  i że mogą mi narzucić swój punkt  widzenia. To że mam mieszankę ich genów nie oznacza  wcale, że tak samo jak oni mam patrzeć na to wszystko co mnie otacza. Na  szczęście  w jednym, najważniejszym  dla  mnie punkcie  się zgadzamy, a tym punktem to jesteś ty. Mam wrażenie, że gdyby ciebie nie lubili nie zawahali by się usunąć  cię z mojego pola  widzenia.  Mama to pewnie by tolerowała  każdą, która w jej mniemaniu dbałaby o  mnie, poza tym ona  zawsze marzyła o posiadaniu córki. A ojcu się podobasz jako kobieta i  ceni w tobie  to, że można  z tobą o  wszystkim porozmawiać- bo on lubi inteligentne kobiety.

Marta  roześmiała  się - twoi rodzice  zawsze mnie  czymś zaskakują- bo ja  nie mam przed tobą żadnych tajemnic. Może dlatego, że znamy  się niemal  "od  zawsze" i oboje robiliśmy to co było zakazane w naszym wieku. Wtedy zazdrościłam ci mamy, bo twoja cię kochała, a ja  dla mojej byłam tylko swego rodzaju gwoździem w bucie.  Twoja ciebie i mnie przytulała. A moja to pewnie  by mnie nawet nie rozpoznała  w tłumie innych dziewczynek. A gdy zaczęła romansować i regularnie  znikać  z domu to ja byłam z tego powodu  zadowolona i nie mówiłam tacie, że gdy on jest w delegacji to zawsze po  szkole jestem w domu sama bo ona gdzieś  wychodzi.  Ale, jak to mówią, kłamstwo ma  żywot krótki i  kiedyś tata wrócił  dzień  wcześniej z delegacji - ja byłam sama w domu, tata mnie  nieco podpuścił swoimi pytaniami i wygadałam  się, że ja  zawsze wracam do pustego mieszkania po szkole, czyli chodzę  z kluczem na  szyi w sytuacji gdy moja matka nie pracuje zawodowo, bo zdaniem taty to dopiero po szkole podstawowej dziecko mogłoby wracać  do pustego mieszkania. 

Nie było z tej okazji żadnej awantury, ale w dwa albo trzy tygodnie później tata mi powiedział, że moja mama się wyprowadza i że będziemy mieszkali bez niej i że wezmą rozwód i że mam sobie przemyśleć czy chcę z nią mieszkać  czy z nim. I że on uszanuje każdą moją decyzję. Matka nie  spodziewała  się, że ja powiem w sądzie, że chcę zostać z tatą i że powtórzę w  sądzie  to wszystko co od niej wysłuchiwałam. I tata wtedy zmienił pracę żeby tak często nie wyjeżdżać. Nie  chciał od  niej alimentów - po prostu chciał mieć  z nią jak najmniejszy kontakt.  Adwokat namawiał go, żeby pozbawił ją praw rodzicielskich, ale to przedłużyłoby sprawę, a tata chciał by to wszystko szybko  się zakończyło i  jak najmniej mnie dotknęło. I wtedy w  sądzie po raz ostatni i on i ja ją widzieliśmy.  

Kiedyś się  zapytałam taty, czy kontaktował się z matki rodziną, ale powiedział, że  tylko raz się spotkał ze  swoją teściową  gdy ja  się urodziłam i wtedy "dostałam" te nasze obrączki. A on nigdy nie był u rodziny  mojej matki, bo jak powiedział to moja matka była  "w pewnym  sensie usunięta  ze swojej rodziny" i to jeszcze nim ją poznał.  Raz  w życiu miałam jakiś dziwny przypływ ciekawości i zastanawiałam  się czy by nie odszukać tak zwanych  korzeni, ale po głębszym namyśle  stwierdziłam, że  zapewne lepiej nie rozdrapywać dawno przyschniętych ran i do niczego nie jest mi potrzebna wiadomość czy gdzieś jest moja matka która nigdy mnie  nie chciała i jaka była i jest jej rodzina.

Nawet kiedyś powiedziałam o tym tacie i on stwierdził, że dla niego byłam oczekiwanym choć jeszcze nie planowanym  dzieckiem i pokochał mnie nim  mnie zobaczył. I że być może charakter i cała psychika mojej matki kształtowały się w dość nienormalnych  warunkach, bo jej rodzina to byli repatrianci z dzisiejszej Białorusi i być może czas wojny, potem wygnania i tułaczki, zamieszkanie po wojnie na Ziemiach Zachodnich,  trudności powojenne, świadomość, że dom rodzinny i ziemia przepadły - może to wszystko razem wzięte  zaowocowało tym, że więzy rodzinne zanikły, młodzi już  nie  wierzyli w trwałość rodziny. Siebie też winił, bo często był poza  domem, nie  skojarzył, że jego nieobecność i mniejsze zaangażowanie w samo małżeństwo zaowocują  zdradą. Był przekonany, że każda matka kocha  swe  dziecko i stara  się dbać o  nie jak najlepiej. 

Gdy mi powiedziałeś, że mnie  kochasz i że chcesz byśmy się pobrali przestraszyłam  się, bo pomyślałam, że może matczyne  geny się u  mnie ujawnią i unieszczęśliwię ciebie, siebie i z czasem  dziecko. A potem  sobie uzmysłowiłam, że gdy mieliśmy po 14 lat też mi mówiłeś, że mnie kochasz i że  chyba  nie  mam za wiele z mojej matki bo wiem, czuję  to, że możemy  stworzyć dobrą  rodzinę i na pewno będę  kochała nasze  dziecko, bez  względu na jego płeć. Tata  zawsze  mówi, że geny to tylko połowa tego co sobą przedstawiamy, że szalenie  ważne jest co wyniesiemy  z domu, jak nas  wychowano. I myślę, że może byłoby całkiem fajnie, gdyby twoi rodzice zjechali na święta do Warszawy i poszlibyśmy w trzy pary do opery - chyba masz tam nadal chody. Popatrz jak fajnie- jedno małżeństwo z długim  stażem, my staż certyfikowany to mamy niedługi, ale dość długo jesteśmy razem i takie świeżynki w  związku jak Pati i tata.  Świeżynki , ale po przejściach. 

Myślisz o Sylwestrze  w  Operze?- spytał  Wojtek. No właśnie - zamiast prezentów pod choinkę, bo wymyślanie prezentów pod  choinkę przyprawia  mnie o ból głowy. Noo,   pomyślę o  tym, złapię tylko tego chłopa, którego mama tam pracowała - mam nadzieję, że nadal tam urzęduje, miała niezłe tak  zwane "boki". Jeśli pójdziemy do Opery w  Sylwestra to włożę długą, czarną, aksamitną suknię z  dekoltem na plecach - o ile jeszcze  się w niej mieszczę, bo kupiłam  ją na bal maturalny na który nie poszłam - Marta rzuciła "przynętę".  

Dlaczego nie poszłaś? - spytał Wojtek.  Bo napisałeś, że nie będziesz  w tym czasie w Warszawie. Ale ty nie napisałaś, że to chodzi o to, żebym poszedł z tobą na bal a ja wtedy się awanturowałem w  domu w kwestii studiów i w końcu wyjechałem na egzamin i dziwnym trafem go zdałem i zacząłem, tak jak planowałem,  studia w Warszawie. Według mnie i prowadzonego przeze mnie badania palpacyjnego to nie zmieniłaś zbytnio  wymiarów. 

A ten  dekolt na plecach - Wojtek zaczął drążyć temat- to jest  duży? Nooo, może raczej on jest długi i wąski, tak mi ciut za talię sięga, ze trzy centymetry. Za to wielce  nobliwa kiecka  z przodu- zero dekoltu, długie rękawy, wąskie z "pęknięciem" na  całej długości, czyli możesz komuś łokieć pokazać, rękawy wykończone  w  szpic nachodzą na  dłonie- nie nadaje się by mnie ktoś całował w rękę. Na końcu szpica jest pętelka, w którą wchodzi środkowy palec, na pętelce jest czarna perełka. Czyli będę cię całował w wewnętrzną stronę dłoni stwierdził Wojtek . Ty - tak, innym  wara! I słusznie, czyli wiesz  co to znaczy w tajemnym  kodzie męsko-damskim  zauważył Wojtek. Najlepsze , że ja to wiem jeszcze od szczenięcych lat, gdy  się czytało różne  romansidła. Najbardziej lubiłam  sceny gdy kobiecisko mdlało jeszcze nim  do czegoś  doszło a potem  się otrzepywało z kurzu  niczym kura gdy ją kogut przeleci. Krążył po klasie taki filmik i wszyscy go oglądali - na początku z wielkim przejęciem a potem krążył celem rozbawienia. W naszej klasie królowało powiedzonko: "no nie mów, bo zemdleję z wrażenia i będę  się musiała otrzepywać!" 

To miałaś wesołą klasę- stwierdził Wojtek. No ale nie była nawet w połowie tak wesoła jak ostatnia klasa w naszej podstawówce - zapewniła go Marta. Nigdy nie urwaliśmy  się całą klasą do kina, nikt nie ciskał w  czasie  filmu obślinionymi miętówkami z balkonu na widzów na parterze, nikt nie uciekał z lekcji przez okno toalety na parterze i nikt nie  zdewastował śmierdzących materacy na  sali gimnastycznej. I nikt  nie  zawiesił całej klasy za złe  zachowanie i połamanie kilku krzeseł. Pamiętasz  chyba jak to było.

Za to mieliśmy w I licealnej mnóstwo śmiechu gdy dwóch  kolesi rzucało w  siebie pomidorami i były wyświnione ściany i potem nasi rodzice klnąc musieli odmalowywać ściany  w klasie.  Przez te cztery lata klasa jakby schamiała.  Było ze trzech drugorocznych, jeden mawiał, że jakoś dotrwa do ukończenia 16 lat,  a potem to  wszak obowiązek  szkolny już zanikał. Dyrekcja  też z utęsknieniem czekała by ukończył te 16 lat, żeby go wyrzucić ze  szkoły. Nie lubiłam tej szkoły.  Za to były tam fajne pracownie, fizyczna i  chemiczna. W biologicznej nie  wolno było wyciągać preparatów z szaf by je oglądać pod mikroskopem,  za to był puszczany  film jak to  wygląda. No i chłopcy  już popalali w toalecie, więc wciąż  były jakieś awantury.  

A jeden debilowaty tatuniek przywiózł swojemu pierworodnemu  coś jakby  kindżał,  a że debilizm jest dziedziczny to gówniarz przytargał go do  szkoły, a to jest broń obosieczna, łatwo kogoś nawet niechcący  skaleczyć.  I gdy mu chciano go zabrać (pan od WF był taki odważny) chłopak wskoczył na parapet, otworzył okno i groził że wyskoczy z tego drugiego piętra. Dobrze, że któryś z kolegów pobiegł do sekretariatu i wezwano policję i durnocie zaraz odechciało się skakania gdy zobaczył nyskę  policyjną. Zaraz po policji dojechał jego tatulek i razem ze smarkaczem pojechali na komendę. I to był jego ostatni  dzień w tej  szkole.  Nie  wykluczam, że  właśnie o  to mu szło. Nie da się ukryć, że kolegów to miałam koszmarnych. 

Niektóre z dziewczyn to były całkiem fajne choć też paliły i to niekoniecznie zwykłe papierosy. Ja to miałam przechlapane, bo nie chodziłam  na  żadne prywatki i w pewnym  sensie byłam poza nawiasem. Nie piłam, nie ćpałam, nie łaziłam  z  chłopakami, a jeśli wagarowałam to sama.  Raz spotkałam na wagarach Tadka Ł. z naszej ostatniej klasy i poszliśmy do....Muzeum Techniki bo była fajna wystawa modelarzy, a on był w MDK na  modelarstwie lotniczym. Co prawda najwięcej  było modeli przeróżnych  statków, parowców i klasycznych  starych  żaglowców.  Podobno wykonanie  takiego o długości 75 cm może pochłonąć nawet rok.  Oglądałam i  czułam, że szczękę  mam coraz  niżej. To trzeba  mieć nie tylko anielską  cierpliwość i zręczne  ręce ale trzeba szalenie dużo wiedzieć o tym statku lub samolocie którego model dłubiesz. On poszedł do jakiegoś Technikum za którym nie przepadał. Nie pamiętam do jakiego. Ale  strasznie narzekał, że ciężko mu idzie bo "na  warsztatach" coś musiał toczyć, frezować i  coś tam jeszcze, ale najgorsze było to, że potem trzeba było wszystko sprzątać. A to były straszne  brudy.

Z tatą  miałam umowę, że nie  częściej będę  się urywać  ze szkoły niż 2 razy w  miesiącu. I tata zawsze mi pisał usprawiedliwienie.  Ale nigdy nie  wagarowałam  z powodu jakiejś klasówki. Mnie po prostu często  strasznie  się nudziło w szkole. Tata zawsze mówił w  szkole, że jestem bardzo delikatnego  zdrowia i często choruję. Trochę było w  tym prawdy bo miałam ropne migdały, ale byłam do nich bardzo przywiązana i nie  chciałam dać ich  wyciąć. A jak ostatnio byłam u laryngologa to zajrzał mi w  dziób i powiedział- tu już są tylko dziury po migdałach - ropne  dziury. Tego się już nie  da wyciąć. I brałam  antybiotyk - dość  długo. Na razie mam spokój.

Bardzo szanuję twojego tatę za ten jego realizm życiowy - powiedział Wojtek. Dobrze, że mieszkamy tak blisko  siebie i fajnie  byłoby mieszkać w tym samym  budynku. Cały czas mam nadzieję, że to się kiedyś uda. Pomyślałem, że może udałoby  się nam jakoś tak pokombinować by może udało się nam te dwa nasze mieszkania na Ursynowie zamienić na dwa w jednym bloku. Muszę przejrzeć rejestr swoich różnych  znajomych, bo przydałby się ktoś z kierownictwa - jakiś prezes. Bo tu będzie  szło o zamianę a nie o przyznanie mieszkania poza kolejnością. Jedno mnie tylko wstrzymuje  - stąd masz lepszy dojazd  na swoją uczelnię.  

Wiesz, tu mamy cztery pokoje, tam będą  tylko trzy - zauważyła  Marta. Poczekajmy jeszcze  trochę. Pati ma tu pracę i tu jest wszystko już zagospodarowane. Bo przecież tak na  zdrowy rozum tu mamy do nich naprawdę bliziutko. Zaczekajmy spokojnie  aż obronisz i rozejrzysz  się za pracą. Dla mnie najważniejsze, że my jesteśmy razem i że mnie kochasz. A reszta - zawsze się jakoś ułoży. Kocham cię ogromnie - zapewnił ją Wojtek. I dla mnie też najważniejsze, że jesteśmy razem. Zobacz, chyba  psisko się  budzi. Ona się tak zabawnie przeciąga, zawsze mam  wrażenie, że za moment przetrze  oczy łapką. Fajna jest. Chyba trzeba z nią pójść na spacerek. A ty słyszałeś jak ona  czasami ziewa? Bardzo często ziewa głośno- wydaje  z siebie taki śmieszny pisk. Bo ona w ogóle jest dość śmiesznym  zwierzątkiem - stwierdziła Marta.  

Misia wstała, jeszcze  raz  się przeciągnęła i podreptała do drzwi balkonowych. Ona chyba sprawdza jaka jest pogoda. Bardzo często gdy widzi mokry balkon to szybciutko wraca do swego posłanka, bardzo nie lubi chodzić po deszczu, nawet w  swoim płaszczyku. Zaraz  wróci  spod drzwi i stanie przed nami hipnotyzując nas  spojrzeniem, bo balkon jest  suchy. Założymy jej polarowy kabacik, ona  go bardzo lubi, bo jest leciutki i jednocześnie miękki i ciepły.

                                                                                  c.d.n.

Córeczka tatusia -23

 Zgodnie z sugestią Wojtka, Pati i tata zrobili sobie   wspólne  zdjęcie będąc  w Polanicy i wysłali je do Austrii, w ramach "pozdrowień z podróży poślubnej."  Oczywiście Marta i Wojtek codziennie  rozmawiali z "nowożeńcami", którzy  byli bardzo zadowoleni z pobytu, bo,  jak doniosła  Pati, to nie  dość, że karmią zdrowo i smacznie  to codziennie wieczorem jest jakaś pogadanka  "zdrowotna" dotycząca  jak się odżywiać i co robić by jak  najdłużej żyć  w dobrym zdrowiu. Poza tym pozapisywali  się na  wszelkie możliwe  wycieczki, na które są wożeni autokarem i są to wycieczki nie męczące. Polanica im się bardzo podoba i nie jest  wykluczone, że  jeszcze nie jeden  raz spędzą  tu urlop. Oczywiście  najlepiej poza  typowym urlopowym  sezonem.

Tuż przed powrotem "nowożeńców", ośrodek w którym przebywała ciocia Helenka zawiadomił ojca Wojtka, że niestety jego siostra zakończyła  swą wędrówkę po świecie  doczesnym.  Odeszła  bez dodatkowych cierpień. Do Warszawy następnego dnia ojciec przyjechał sam, bo jak powiedział Wojtkowi mama jest aktualnie po zabiegu likwidującym  żylaki, więc nie nadaje  się do podróży, bowiem  dla niej w tej chwili wskazane jest albo leżenie  albo  chodzenie, siedzenie lub stanie  stanowczo jest zabronione. Najprędzej, jeśli wszystko nadal będzie dobrze mogłaby wyruszyć w drogę pociągiem sypialnym.  W domu została  z nią jej bliska przyjaciółka. Marta i Wojtek pojechali z ojcem  do ośrodka,  w którym zmarła  ciocia Helena, ojciec zadecydował  by jej  wszystkie  rzeczy osobiste rozdać potrzebującym. Zdecydował o kremacji zwłok, dzięki  czemu urna mogła być dodana do grobu rodzinnego na  Cmentarzu Bródnowskim.

Ponieważ rodzina  była już bardzo nieliczna pogrzeb był skromny. Przy okazji ojciec powiedział Wojtkowi i Marcie, że gdy on umrze to też mają go poddać kremacji i też "dołożyć" do tego samego grobowca. I taką dyspozycję zostawi też swej żonie. I jest mu obojętne gdzie ona będzie pochowana. Wojtek popatrzył na ojca tak, jakby właśnie  zobaczył jakiś  dziwny okaz flory lub  fauny  ale wydusił z siebie tylko jedno słowo - rozumiem.  To dobrze, że rozumiesz - podsumował ojciec.  

Gdy Marta zapytała  się teścia w którym pokoju , poza ich sypialnią, chce  się rozgościć, ten  stwierdził, że przecież ma tu swoje mieszkanie.  Rzeczywiście  - zupełnie o tym zapomniałam - stwierdziła Marta z uśmiechem.  Teść Marty pobył z nimi jeszcze z godzinę, po czym  się pożegnał, mówiąc, że następnego  dnia ma spotkania  służbowe i wieczorem wraca do Austrii. A może weźmiesz sobie od nas  coś na kolację - zaproponował Wojtek. Nie, nie chce  mi się  zajmować jedzeniem, wyskoczę sobie  do którejś z restauracji, bo pewnie się spotkam jeszcze ze znajomym. A najlepiej prowadzi  się  rozmowy w miłej restauracji. Poprzytulał i wyściskał Martę, cmoknął ją w policzek, powiedział, by pomyśleli nad  przyjazdem do Austrii z okazji Bożego Narodzenia, poklepał syna po ramieniu mówiąc, że świetnie  wygląda....i wyszedł.

Marcie nieco  szczęka opadła, Wojtek też  miał niewyraźną minę a  Misia, która z chwilą przyjścia obcej osoby "prysnęła" do sypialni wyszła z sypialni by sprawdzić kto wyszedł z mieszkania. Uradowana, że oboje "jej ludzie" są w  domu wprosiła  się na kolana Wojtka. 

Domyślam się z kim mój stary ma jutro rano  randkę -jestem pewny, że z notariuszem, bo u niego jest akt notarialny sporządzony kiedyś przez Helenkę, która dostała od rodziców jakieś "grunta podwarszawskie"- powiedział Wojtek. Kiedyś mi ciocia mówiła, że przepisze  wszystko na mnie, ale nie przypominam  sobie  by coś poza jej mieszkaniem było zapisane na mnie. Ale jeśli cioteczka przepisała coś na  mnie w tajemnicy przed  swym  braciszkiem to jutro przed południem ojciec nas nawiedzi. No i się bardzo zdziwi, bo ja mam jutro około 10,00 randkę z moim promotorem - jadę  do niego do Instytutu i nie będzie  mnie  długo w domu, a ty nie wiesz przecież gdzie ja z nim będę. I na mur - beton nie odbiorę od ojca telefonu. A ode mnie odbierzesz?- spytała Marta. To  chyba tak jasne  jak słońce na niebie że nie  odbiorę - nie odbieram telefonów gdy rozmawiam z kimś tak  ważnym jak mój promotor. Ty, jeśli będzie  coś arcy ważnego, po prostu do mnie napiszesz. Dobrze, że rodzice  wracają pojutrze. Czy zauważyłaś jak łatwo mi przychodzi mówić o Pati i twoim tacie  "rodzice"? Zauważyłam- oni  Cię kochają, choć nie ma  tu więzów krwi - stwierdziła Marta.

Następny dzień upłynął bez żadnych niespodzianek, no może poza telefonem od matki Wojtka, która nie  mogła  się dodzwonić do swego męża i zatelefonowała do Marty. Marta jej wyjaśniła, że Wojtek to ma  spotkanie ze  swoim promotorem a teść mówił, że ma przed południem jakieś spotkanie służbowe. A ty biedulko siedzisz sama - stwierdziła teściowa. Nie, nie  sama, z pieskiem.  To wy macie psa? - zdumiała  się teściowa - mamy sunię, mieszankę yorka i miniaturowego sznaucera, przyplątała  się do nas gdy byliśmy nad morzem wyjaśniła Marta.  I zaraz wysłała teściowej fotkę suni na rękach Wojtka. Teściowa  była sunią zachwycona, mówiąc  że śliczna no i że dobrze, że to nie jakiś brytan. Poza tym pochwaliła  pomysł Marty i Wojtka  by wysłać nowożeńców do sanatorium, skoro tata ma kłopoty  zdrowotne. I że zdjęcie Pati i taty ze  sanatorium jest naprawdę bardzo ładne i że, jej zdaniem, ta para jest  dobrana.

Marta "porozpływała" się od razu nad osobą Pati, która jest niesamowicie dobrą, wrażliwą osobą. Teściowa zaprosiła  Martę z pieskiem i Wojtkiem na Boże Narodzenie do Austrii. Marta stwierdziła, że nie  wie  jak to będzie, bo przecież ona jeszcze  studiuje, za kilka  dni już wraca na studia  i już teraz  wie, że będzie miała mnóstwo nauki i sporo egzaminów do zdawania  w  sesji zimowej. No racja, zupełnie mi wyleciało z głowy, że ty jeszcze przecież studiujesz - sumitowała  się teściowa.

Ze spotkania  z promotorem Wojtek wrócił  zadowolony. Marta opowiedziała mu o rozmowie z jego mamą i że przesłała do   niej  jego zdjęcie  z Misią i że zdaniem  jego mamy Misia jest ładnym pieskiem i że zostali  zaproszeni na Boże Narodzenie do Austrii, ale powiedziała teściowej, że nie ma pojęcia co będzie ze świętami, bo przecież ona ma jeszcze od  października zajęcia  na uczelni.  Po południu zatelefonował ojciec  Wojtka, mówiąc, że jeśli nie mają nic przeciwko, to on  przeczeka u nich do chwili przyjazdu po niego taksówki z kolegą, który dziś wraca z Warszawy do Austrii. Taksówka  będzie o 19,00. Dobrze, to spokojnie  zjesz  z nami obiad o godzinie 17,00 - powiedział Wojtek, a mówiąc  to  minę  miał taką, że Marta wyszła  z pokoju, żeby  się swobodnie  wyśmiać. Biedna Misia przeżywała  wyraźnie  rozterkę - biec  za panią czy wprosić  się na kolana pana. Ten drugi wariant jednak zwyciężył. Psinka była  wyraźnie ciepłolubna, a Wojtek gdy brał ją  w domu na ręce to  wkładał ją   sobie za połę swej starej zamszowej kamizelki, której dół był wykończony paskiem zapinanym na klamrę, więc  gdy  wstawał Misi nie groziło wypadnięcie i wystarczało lekkie przytrzymanie jej dłonią. Marta  stwierdziła, że jeszcze  trochę, a  ze swojego starego małego plecaka zrobi  nosidełko dla Misi, tylko podszyje plecak od  wewnątrz flanelą, żeby odizolować psinę od ortalionu,  z którego był zrobiony plecak i od strony zewnętrznej wszyje siatkę, by Misia miała dużo powietrza i coś widziała. 

Misia siedząc przytulona do Wojtka bardzo szybko zasnęła i zupełnie  nie  była  zainteresowana ojcem Wojtka. A ojciec powiedział, że dostał w  spadku po siostrze dwie działki na terenach rekreacyjnych, na obu stoją  jakieś prowizoryczne domki - stoją i niszczeją. W końcu października ojciec przyjedzie  do Warszawy by obejrzeć te działki razem z jakimś rzeczoznawcą, jedną  zapisze żonie  a drugą Wojtkowi. To są już ogrodzone działki, stoją na  nich domki typu "dykta, klej,  woda" jako domki letniskowe i warto je  trzymać  jako lokatę. Są niedaleko Warszawy, bo w Nadarzynie.   No a  czemu nie  zapisałeś obu działek mamie?- spytał Wojtek.  Ojciec pokręcił tylko z dezaprobatą głową i zapytał - kpisz  czy o  drogę pytasz?. I tak dostaniesz  dwie działki w  efekcie końcowym, bo mama zaraz  zrobi zapis testamentowy  na ciebie.  Te  działki jeść  nie  wołają, a nie  są działkami stricte  budowlanymi, więc  nie ma obowiązku postawienia na nich w  ciągu dwóch lat budynku  mieszkalnego. A ziemia zawsze jest  w cenie, jeśli  się znajduje w pobliżu dużych  miast, bo miasta  się wciąż rozrastają.

Mamy nadzieję, że przyjedziecie do nas na Boże  Narodzenie - powiedział ojciec. Nie wiem - odpowiedział Wojtek. Nie mam ochoty jechać   zimą samochodem a jak widzisz  mamy psa - w lecie to byśmy może przyjechali, ale  zimą to raczej  nie. Poza tym ja ciągle  jeszcze piszę  swoją pracę a Martunia będzie  miała  sesję. Lepiej byłoby gdybyście wy do nas przyjechali - byłoby to dla nas prostsze organizacyjnie. Mieszkać w trakcie tego pobytu możecie  tu, w  tym mieszkaniu razem z  nami , tata mieszka w  mieszkaniu Pati, a tu jakby nie  było są cztery pokoje. Ale tak zupełnie  uczciwie  do sprawy podchodząc wolałbym najpierw obronić magisterkę a potem  dopiero gdzieś jeździć lub kogoś gościć. Oboje z Martunią nie jesteśmy entuzjastami zimy, to dość marny czas. 

A kiedy skończysz tę swoją pracę magisterską?- dociekał ojciec. Nie wiem, robię pewien projekt, potem muszę gdzieś  go wypróbować w realu, potem wszystko dokładnie opisać, muszę mieć opinię użytkownika, a to wszystko trwa i wolałbym  się  w tym czasie  nie "rozdrabniać" na wyjazdy i święta. Pati i tato zrobią  święta u siebie, do przejścia  będzie ze 200 metrów bo mieszkają blisko nas. Po prostu odpuśćcie  sobie  te święta - tak będzie dla  mnie najlepiej.  Mama będzie nieszczęśliwa - stwierdził ojciec. Bez przesady - nie  widzę tu  jakiegoś powodu by się  czuła nieszczęśliwa-  powinniście  się  raczej  cieszyć, że to już końcówka moich studiów i zrozumieć, że to dla  mnie  ważniejsze niż jakieś  święta.  A masz już zapewnioną jakąś firmę?  Jeszcze  nie, wpierw muszę mieć dobrze  ocenioną swoją pracę, poza tym marzy mi  się firma, w której nie będę  musiał przesiadywać osiem na osiem godzin tylko dlatego , że taki jest regulamin pracy. Na razie priorytetem  jest uzyskanie dyplomu z bardzo dobrą oceną.

To może bym się rozejrzał u nas za jakąś pracą  dla ciebie - spytał się ojciec. Tato, a ty wiesz  czym ja  się zajmuję i co projektuję?  Pracę to ja muszę  sobie sam załatwić, żeby była  zgodna z tym co ja robię najlepiej. Nie wykluczam, że gdy Martunia skończy swoje studia to stąd wyjedziemy. Więc  nie myśl póki  co o pracy dla mnie. Martunia  do magisterium ma jeszcze 6 semestrów - do licencjatu 2. A tak nawiasem- gdybym miał pracować gdzieś poza Polską to wybrałbym Szwajcarię w pierwszej kolejności,  w  drugiej Niemcy a  w trzeciej- Wiedeń.  Ale wcale mi się tak bardzo  nie pali do zmiany kraju.  To spora operacja i wcale nie jest nam tu bardzo źle.

Ale źle to będzie psicy gdy  Martunia zacznie bywać na uczelni - stwierdził  ojciec. Nie, nie będzie źle, bo ja głównie piszę  w domu, a gdy będę  wychodził to Misia będzie u Pati w kwiaciarni. Misia jest do niej już przyzwyczajona, będzie  miała na  zapleczu swoje legowisko.

Marta przeniosła  się do kuchni, gdzie przygotowała dla teścia  dwa nieduże  termosy a w nich  kawę i herbatę oraz ciasto domowe. Zapytała  się z czym mu przygotować kanapki, ale teść stwierdził, że jemu do szczęścia  wystarczy ciasto domowe.

Równo o  godzinie  19,00 przyjechała taksówka, teść  się  serdecznie pożegnał z Martą, nieco  chłodniej z własnym  synem i wyszedł z domu.

                                                        c.d.n.

 


sobota, 7 października 2023

Córeczka tatusia - 22

 Cichy ślub był nie  tylko cichy ale i bajecznie krótki i jak zauważyła Marta o dość wczesnej  godzinie czyli o 10,00 przed południem. Ale pogoda za to  była naprawdę piękna, był ciepły a do tego słoneczny dzień. Niezbyt już młodzi "państwo młodzi"  byli bardzo własną  decyzją i przejęci i wzruszeni.

No to trzeba wprowadzić  nowe pojęcie do słownictwa - stwierdziła  Marta. Skoro jest "obiado-kolacja" to u nas  będzie  "śniadanio-obiad".  Misia was zamęczy z radości - prorokowała Marta. No to zróbmy może tak- zaproponowała Pati- podjadę do domu by wskoczyć  w bardziej uniwersalne ubranie niż ten jasny,beżowy kostium na którym  ślad  zostawia  nawet samo spojrzenie a nie tylko  dotyk i pojedziemy  wszyscy razem gdzieś  w plener by się trochę nacieszyć  pogodą i weźmiemy  ze sobą Misię i potem  wrócimy na obiad. 

Oczywiście, to fajny pomysł, mama się przebierze a Misia do reszty  zgłupieje  z radości, bo na spacerku będzie  się  starała każdemu z nas wejść  pod  nogi- pomyślała Marta. No to się spotykamy za pół godziny na parkingu - zadecydował Wojtek. 

W domu Wojtek  zapytał się Marty czy on też ma mówić do Pati "mamo", a Marta stwierdziła, że to byłoby  logiczne, skoro to jest żona jego teścia no i Marta  mówi  do niej per "mamo". Ale wiesz, chyba nie  zaszkodzi, jeśli się o  to zapytasz Pati. A ten prezent  ślubny to im  wręczymy przed obiadem, w domu, gdy już będziemy z powrotem. Mnie  się wydaje, że tata odkąd  jest z Pati to znacznie  zdrowiej wygląda - bo dieta dietą,  leki też pomagają,  ale spore  znaczenie  ma stan psychiki. Nerwy na pewno pogarszają stan pacjenta przy każdej chorobie. Przejrzałam leki, które ma  zapisane - gdy  skończy je  brać to po czterech tygodniach od zakończenia ich  brania będzie miał kontrolę. Akurat wrócą wtedy z sanatorium. 

Do pospacerowania, z uwagi na  Misię, wybrali Konstancin- niedaleko, spory park z wstępem dla piesków i mnóstwo uliczek. W drodze do Konstancina Misia  była  spacyfikowana na kolanach Marty siedzącej obok Wojtka prowadzącego  samochód. A gdy wysiedli na  miejscu zaraz jej uwagę przykuły...... uganiające  się  po parku wiewiórki, które niestety  nie doceniły  towarzystwa  Misi.  Po raz pierwszy Misia zaczęła ujadać - widać bardzo  ją zdenerwowały wiewiórki biegające poza  jej  zasięgiem. Gdy Misia zaliczyła  już załatwienie swych potrzeb naturalnych Wojtek wziął ją  na ręce i niósł, bo towarzystwo wiewiórek wyraźnie źle  na  nią działało, ale gdy była niesiona na rękach  wiewiórki straciły  nią  zainteresowanie. Ooo, westchnęła Marta - jak to dobrze, że  na naszych drzewach i trawnikach  osiedlowych nie ma  wiewiórek. Może one były nią zainteresowane dlatego, że to taka mała psina? Nie mam pojęcia- stwierdził tata.  Ale fakt, że obie  strony zaczęły nagle świrować. 

 Gdy już skończyli obchód  części Konstancina  i przechodzili w pobliżu naleśnikarni ogromnie  zdziwiła ich całkiem  spora kolejka chętnych do budki z naleśnikami i pełna klientów salka. A Pati  zaśmiała  się - tu stoją pacjenci sanatorium, w którym pobyt ma wyszczuplić kuracjuszy. Moja znajoma, właścicielka sporej nadwagi, trafiła  do tego sanatorium - okazało się, że większość kuracjuszy  dożywia  się w naleśnikarni pożerając naleśniki z dżemem a potem idą na ciacha z kremem do kawiarni. A po zakończeniu turnusu wszyscy mówią, że odchudzanie nic im  nie  dało.  Podobno niektórzy to nawet przybrali na  wadze. Wychodzi na  to, że takie sanatorium powinno stać na jakimś szalonym pustkowiu a najbliższy punkt z jakimkolwiek jedzeniem powinien  być oddalony o wiele kilometrów a na dodatek stać na szczycie jakiejś góry, by nie  było do niego dojazdu. Może  wtedy byłyby jakieś  efekty- śmiała  się Pati. Podobno  niektórzy, już dobrze   zaprawieni w bojach z nadwagą to przyjeżdżają  do takich  sanatoriów z walizą pełną jedzenia, np. z kilkoma  kilogramami kiełbasy suchej myśliwskiej lub kabanosów.  Ja tylko nie  mogę pojąć  po co w ogóle jadą do takiego sanatorium, skoro już  z góry nastawiają  się na  dożywianie poza menu sanatoryjnym- przecież to nonsens - stwierdziła Marta. No wiesz - idziesz do lekarza, bo się szybko męczysz i obwiniasz  za to swe wątłe serce a tu się okazuje, że masz od licha i trochę nadwagi, lekarz  wpierw ci tłumaczy, przepisuje  dietę, a ty nadal nic  nie  zmieniasz w  swym modelu żywieniowym to lekarz  -wypisuje ci skierowanie do  sanatorium, realizacja  skierowania to czasem i kilka  miesięcy oczekiwania a pacjent  w tym czasie nadal je i tyje. 

Znałaś Pati pana Jurka T.? - spytał tata. No jasne,  ale dawno go nie  widziałam. No to go nie  zobaczysz - serce nie wytrzymało jego słodkiego ciężaru a na dodatek  używania wina zamiast kompotu i wódki zamiast herbaty. A jadał same  zdrowe  rzeczy - boczek był zawsze  chudy a wino to dobrej jakości  Tokaj - powiedział tata.  No coś podobnego - zmartwiła  się Pati - to był taki miły człowiek. No fakt, że gdy ostatni raz  go widziałam to zdecydowanie  był szerszy niż dłuższy.  No właśnie - dobrze to ujęłaś - był szerszy niż dłuższy. Też był raz  w takim sanatorium by  schudnąć, ale go z niego wyprosili, bo urządził w  swoim pokoju ucztę. I pani sprzątająca doniosła. Bo jej pewnie  nie  zaprosił - dodała  ze śmiechem Marta. A może wolała jakieś inne jedzenie.

Po powrocie z Konstancina, nim usiedli do obiadu Wojtek wręczył obojgu ich  kwity na dwutygodniowy pobyt w sanatorium w Polanicy  Zdroju. Powiedział, że jest opłacony pobyt i następnego  dnia rano  jest już wyznaczona  wizyta lekarska, dla obojga.  I na pewno nie będzie to turnus odchudzający, ale  wiadomo, że jedzenie  dla taty będzie pod kątem jego dolegliwości. A Pati będzie po prostu okazjonalnie przebadana. Poza tym Polanica  ma  bardzo ładne okolice, jest się dokąd  wybrać. Sanatorium, które im  wybrał to najlepsze sanatorium  holistyczne  w Polsce, łączące medycynę z kuchnią mikrobiotyczną. Jeśli nie  czują  się na  siłach jechać  sami, to Wojtek ich odwiezie a potem po nich przyjedzie. Oczywiście oboje gorąco zaprotestowali, bo wszak oboje są kierowcami i  w ciągu 5 godzin na pewno dojadą. Pojadą przez Łódź, Wrocław, Kłodzko i jeśli utrzymają  cały  czas prędkość 100 km na godzinę to dojadą na miejsce w cztery i pół godziny.  Ale dlaczego wpadliście  na pomysł by nas  umieścić  w sanatorium?- dopytywał się tata. 

Przecież to proste,  odpowiedział Wojtek - tata ma  wrzody żołądka, więc musi być na diecie a w zwykłym domu  wczasowym nie ma żadnej diety. To ja  jutro wpadnę  do swojego lekarza i wezmę od niego "rozpiskę" dotyczącą tego owrzodzenia. I zobaczę, czy nie  da  się tego pobytu wrzucić w zwolnienie lekarskie - oświadczył tata. A od kiedy jest ten pobyt?  Marta  zerknęła na  wykupiony pobyt - za pięć  dni od jutra licząc. Czyli już musicie  się szykować do wyjazdu.  Pati, a mój mąż ma do ciebie  romans - ale to on sam musi z tobą porozmawiać. Tata, chodź ze mną do kuchni, bo mam do odkręcenia wek a skaleczyłam  się nieco w palec. A Wojtek w tym  czasie poflirtuje z Pati.

W kuchni tata obejrzał palec Marty, przemył go jeszcze raz, przyłożył maść propolisową i zabandażował. A czemu nie  dałaś  słoika do odkręcenia  Wojtkowi? - on ma silniejsze palce  niż ty. W końcu mu dałam gdy już się skaleczyłam. Tata, a dlaczego już nie podmuchałeś mi na palec - zawsze mi kiedyś dmuchałeś i wtedy od  razu się  goiło- przypomniała mu Marta.  Tata się zaśmiał - no fakt,  dmuchałem ci na paluszek. Dzieci bardzo cenią  sobie takie  dodatkowe czynności - po prostu  czują  się  wtedy bardziej  zadbane. To tyle  samo pomaga  co pocałowanie rozbitego kolana żeby przestało boleć. To taki chwyt psychologiczny.
Tata, a Wojtek chce tak  samo jak ja  mówić do Pati "mama".  Jak myślisz, Pati pozwoli mu?  Na pewno- zapewnił Martę  tata.  Teściowie  to druga para rodziców. Ty  jego rodziców też tytułujesz mamą i tatą.  Tato, a jak wrócicie, to będę  musiała z tobą porozmawiać na temat moich studiów - bo w trakcie  tego roku muszę podjąć  decyzję  czy robić magisterkę  czy poprzestać na licencjacie.  Zaraz na początku roku akademickiego musisz dać odpowiedź? - spytał tata. No nie, po zakończeniu I semestru. Stwierdziliśmy z  Wojtkiem , że  się rozmnożymy ale wtedy to ja wezmę wpierw  ustawowy macierzyński a potem  wychowawczy, bo nie  chcę  dziecka hodować w  żłobkach albo z jakąś niańką. Więc może po prostu poprzestać na tym licencjacie, po którym i tak  dostanę pracę w tej firmie co się opiekuje naszą uczelnią, ewentualnie  w którymś z gabinetów odnowy  biologicznej. No to masz jeszcze kochanie  trochę  czasu do podjęcia  decyzji- stwierdził tata.  Wojtek też tak mówi. Ja w każdym razie tak czy owak napiszę pracę licencjacką.    Wojtek mówi, że mogę nawet po licencjacie spróbować popracować w odnowie biologicznej i wrócić na  uczelnię by dorobić magisterium. Zaraz  na początku roku postaram  się zdecydować na coś konkretnego. 

W czasie obiadu Patrycja się  śmiała, że wygrała los na loterii zwanej życiem, bo ma  teraz córkę i syna i to bez chodzenia  w ciąży i  rodzenia  w bólu i męce. No i najważniejsze, że ma  męża którego jedynym nałogiem jest czytanie książek. To pewnie nagroda za to, że byłego nie zabiłam tylko się z nim rozeszłam- stwierdziła.

To ostatnie  zdanie  szalenie  rozbawiło Martę, która była  świadkiem jak Pati "przemawiała" kiedyś  do tuszy indyczki, którą szykowała  do upieczenia  w piekarniku - wpierw  było ubolewanie nad faktem, że  biedna  indyczka  została pozbawiona życia a potem zapewnianie, że zostanie tak doprawiona i upieczona, by wszyscy przy  stole  byli nią  zachwyceni. Po obiedzie, gdy panowie zaprowadzali w kuchni "klar" tata powiedział do Wojtka, że następnego  dnia przeleje  na jego konto sumę za te wczasy sanatoryjne, bo przecież Wojtek jeszcze  nie  pracuje, więc  są to pieniądze, które mu ojciec przesyła na  utrzymanie  się. Wojtek, uzyskawszy  wpierw od teścia przyrzeczenie, że nikt poza Martą i Pati nie pozna treści ich rozmowy przyznał  się, że od  drugiego roku studiów  regularnie zarabiał robiąc różne projekty i właśnie  z tych pieniędzy wpłacił  wkład na  mieszkanie na Ursynowie( o czym jego  rodzice  nie  wiedzą) a poza tym ma pieniądze ze sprzedaży  mieszkania swemu ojcu- oczywiście  mniej niż gdyby sprzedał je na wolnym  rynku komuś obcemu,  ale w  zamian  za  zachowanie tajemnicy przed matką ojciec przysyła mu oficjalnie pieniądze  i będzie je przesyłał dopóki Wojtek nie zacznie regularnie  pracować po obronie magisterki. A my z Martunią nie  wydajemy na  żadne głupoty i Marta to co dostaje z wynajmowanego swego mieszkania odkłada  w banku. Więc jakikolwiek zwrot za pobyt w sanatorium absolutnie odpada. Tato- moi rodzice wzajemnie  przed sobą ukrywają swoje dochody -matka  ma prywatną firmę w Polsce o której ojciec nie ma  bladego pojęcia i wszystkie przyjazdy do Polski były głównie po to, żeby sprawdzić jak działa  firma i zgarnąć pieniądze, ale pretekstem  była  zawsze moja osoba. Ta ostatnia wizyta, gdy braliśmy ślub z Martunią to  było właśnie po to, by ojciec kupił ode mnie  to mieszkanie - ale mama wie, że ja je tylko dałem pod  wynajem,  a nie że  sprzedałem je własnemu ojcu.  Mam szczęście, że  oni oboje bardzo kochają Martusię - dla niej każde  z nich oddałoby własną krew.  Aż boję  się wyobrazić  sobie co by było gdyby oni jej  nie lubili.  Ja już  się  nawet nie  zastanawiam po jakie  licho oni są razem - mam wrażenie, że po prostu z przyzwyczajenia i wygody, bo każda zmiana w naszym życiu wymaga wysiłku przystosowywania się do nowej sytuacji. A im  człowiek ma  więcej lat tym mu trudniej dostosowywać się do otoczenia.

No to może szkoda, że nie zawiadomiliśmy  ich o naszym  ślubie - zastanawiał  się na głos  ojciec. Nie ma problemu - wyślecie im swoje wspólne  zdjęcie i zawiadomicie, że wzięliście cichy  ślub, tylko wy i świadkowie (nie  podając danych osobowych  świadków), między wierszami dodacie, że w tej wiośnie życia  nie ma  z czego robić  sensacji - tłumaczył tacie Wojtek. I to moi rodzice znakomicie zrozumieją.

                                                                   c.d.n.

środa, 4 października 2023

Córeczka tatusia - 21

 Nowy członek  rodziny bardzo spodobał  się i Patrycji i tacie. Ale pierwsze  spotkanie z Patrycją  i tatą  nie nastąpiło wcale  w kwiaciarni, ale w mieszkaniu Marty i Wojtka.  Marta doszła  do wniosku, że będzie lepiej gdy psinka pozna następnych członków  rodziny we  własnym  domu. Ponieważ wyraźnie  została  porzucona to lepiej, żeby poznała nowe osoby na własnym terenie. Tu na pewno odnajdywała  zapach Wojtka i Marty, miała  swoje posłanko i swoją "budę", miseczki z wodą i jedzonkiem. 

Miseczki z wodą to stały w  dwóch rożnych  miejscach- jedna w kuchni a druga w sypialni, w której było i posłanko Misi.  Posłanko Misi "muszelka  z budką", całe z gąbki poliuretanowej, dodatkowo wymoszczone puszystym kocykiem stało tuż obok małżeńskiego łóżka.   Miseczka z wodą  stała na  tacy, by Misia mogła się  w każdej  chwili napić. Na spody psich  misek Marta nakleiła kawałki gumy, żeby się nie  ślizgały na tacy. Marta dokupiła jeszcze dwa  gąbkowe posłanka, ale już bez  budek, żeby Misia miała również swe własne miejsce w pokoju dziennym jak i w kuchni i w "gabinecie Wojtka".  Ale  nie  da  się ukryć, że najbardziej pod  słońcem to lubiła miejsca na kolanach Marty lub Wojtka.  W łazience przybyły dwa ręczniki, jeden dla Misi po kąpieli a drugi do wycierania łapek, które  miała regularnie  myte po spacerach. Pojechali również do kliniki weterynaryjnej, która była na  terenie SGGW by lekarze na podstawie badania krwi ustalili  jakie  szczepienia powinna przejść.  W efekcie końcowym Misia została zaszczepiona  przeciw wszystkim psim  chorobom a lekarka powiedziała  by dawać jej również trochę "prawdziwego" mięsa, oczywiście gotowanego no i nie dawać  żadnych wędlin ani wieprzowiny. Lekarka była  zdania, że  Misia jest nawet całkiem udaną mieszanką "międzyrasową" i jej zdaniem to  najprawdopodobniej jest  skutkiem przypadku a nie  świadomego eksperymentowania. Pochwaliła Martę i Wojtka, że nie  spuszczają  jej ze  smyczy, że jeśli może  swobodnie biegać po domu  za piłką to takiej maleńkiej psince ta ilość ruchu wystarczy, bo oboje jej rodzice to były pieski pokojowe, takie  do towarzystwa a nie  brytany stróżujące.

Od powrotu Marty i Wojtka   z nad  morza tata i Patrycja byli nieomal codziennymi ich gośćmi. Oboje  się zachwycali Misią a Misia  bardzo  szybko pokochała  następne dwie osoby i teraz,  ongiś biedny, porzucony piesek - miał cztery osoby do kochania i  zabawy.   

Tata odbył "poważną" rozmowę z Martą - okazało  się, że już złożyli wraz z Patrycją  swe dokumenty w USC i postanowili, że to będzie "cichy ślub" - tylko świadkowie  i nowożeńcy. To nas też  nie ma być na waszym ślubie? - spytała Marta. No wy to będziecie naszymi  świadkami - i ponieważ to będzie cichy ślub, to będzie w dzielnicowym USC.  A po ślubie  nie będzie żadnego jedzenia poza  domem, bo okazało  się, że tata musi być na diecie bo "dorobił się" wrzodów żołądka, więc poślubna uczta będzie  w domu. I te  wrzody to ma  od  dawna i jak powiedział lekarz to wrzody powstają nie  tylko z powodu złego sposobu odżywiania  się,  przeżycia psychiczne też mają wpływ. Marta zaraz spisała  sobie  czego tacie  nie  wolno jeść  i stwierdziła,  że "uczta  weselna" będzie u nich w domu. Przy okazji tata "puścił farbę" - okazało się, że kiedyś on i Pati pracowali w ramach tego  samego  Zjednoczenia i ich biura  ze  sobą  dość blisko współpracowały, więc  "znali się  z widzenia".  Potem, gdy zaczęły  się "przemiany ustrojowe" Pati została  zwolniona, poszła na ten kurs  bukieciarstwa i tata kupując kiedyś jakieś doniczkowe kwiatki trafił na  nią w kwiaciarni. Spotkali się potem na kawie, opowiedzieli sobie  wzajemnie o swoich problemach i zawodowych i rodzinnych i tak mniej  więcej po ponad  roku znajomość przerodziła  się w uczucie.   Przy okazji Marta  się dowiedziała, że małżeństwo Patrycji rozpadło  się z powodu alkoholizmu jej męża.  Niestety  alkoholik pozostaje alkoholikiem do końca swego życia i po dwóch nieudanych próbach wyjścia z nałogu Pati  zrezygnowała z wyciągania swego męża z nałogu - po prostu facet  był zbyt towarzyski z natury i miał zbyt  słaby  charakter.

Pati - a gdy już będziecie po ślubie to nie pogniewasz  się, jeśli będę mówiła do ciebie "mamo" a nie jak dotąd po imieniu? - spytała Patrycję Marta.  Patrycja uśmiechnęła  się i powiedziała-  na pewno się nie pogniewam, możesz już nawet od   dziś mówić tak  do mnie- dla mnie to powód do dumy, a nie do tego by się  na ciebie  gniewać.  A ponieważ  zaczęły  się ściskać i obejmować  Misia natychmiast zaczęła się domagać,  by ją  wziąć na kolana, głaskać i przytulać.

Wieczorem tego dnia Wojtek powiedział do Marty -  wymyśliłem już prezent  ślubny dla taty i Pati - dwutygodniowy pobyt w sanatorium w Polanicy- Zdroju. Organizowane  są w ramach turnusu wycieczki krajoznawcze, można również mieć normalne, nie  dietetyczne wyżywienie. A tamte okolice  są naprawdę ładne jesienią. Już  zrobiłem wstępną rezerwację dla nich i jeśli to akceptujesz, to w ciągu 3  dni wykupię ten pobyt.  I wcale  nie musi mieć tata skierowania, skoro za ten pobyt płaci.  Myślałem  wpierw  o czymś bardziej atrakcyjnym  np. o pobycie nad Morzem Śródziemnym,  ale tam to może być problem  z dietą dla taty. No i tu to sobie dojadą  spokojnie samochodem lub jakimś publicznym środkiem lokomocji, a nad Morze Śródziemne jest jednak trochę dłuższa i bardziej męcząca podróż no i problem z dietą. Sprawdzałem też pobyty w Bułgarii i Turcji - podróż  lotnicza, ale problem z tą  dietą  dla taty. A  z tego  co wiem, to dieta jest bardzo istotną sprawą przy wrzodach żołądka. Więc chyba będzie  zdrowiej, jeśli pobyt będzie w granicach Polski a do tego w  sanatorium.   Na przykład we Włoszech lub Turcji regularne wyżywienie w ramach ceny wycieczki to tylko śniadania i kolacje,  ale lunche czy też obiady to już musi  sobie wczasowicz sam organizować. Zastanawiałem  się też czy nie lepiej  byłoby wysłać ich  np. w Dolomity lub w Alpy, ale tam też byłby problem  z dietą, poza  tym tam trzeba dość  dużo dreptać, żeby nie  było nudno a duże  dreptanie na wrzody też chyba nie jest wskazane. I byłbym bardzo wdzięczny tacie gdyby na ten ślub nie  ściągał moich rodziców.

A oni  się nie obrażą na tatę jeśli nie  zostaną zaproszeni na ślub?- zastanawiała  się na głos  Marta. Myślę że się nie obrażą, zwłaszcza gdy będą  wiedzieli, że to cichy ślub a na  dodatek  dowiedzą  się, że podróż poślubna to pobyt sanatoryjny - zapewnił ją  Wojtek.  Ja to chyba jestem tak zwanym  wyrodnym  synem, ale ja naprawdę znacznie bardziej jestem do twego taty przywiązany niż do mego ojca. Gdy twój tata  nam coś  doradza to zawsze stara  się zejść na  nasz poziom i patrzeć na  sprawę  naszymi oczami,  bo dobrze  zdaje sobie  sprawę z tego, że jednak on dorastał w innych  warunkach, a teraz  wszystkie  zmiany poglądów i sytuacji następują  znacznie  szybciej niż kiedyś. I naprawdę ogromnie  się  cieszę, że będą mieszkali z Pati tak bardzo blisko nas. 

Marta zerknęła w  swój notatnik- trzeba kupić u weterynarza  kropelki przeciw kleszczom, bo  trzeba je  dawać na psi grzbiecik co 4 tygodnie.  Jutro je kupię. Nie podejrzewałam, że na miejskich trawnikach też mogą urzędować kleszcze, sądziłam , że są tylko w lesie lub na łąkach. Tak prawdę mówiąc to nawet nie miałam pojęcia, że takie paskudztwo jak kleszcze istnieją. Przecież od  dziecka  chodziłam po lesie   w lecie i jesieni i nie  słyszałam o tym, że one nie tylko istnieją ale i roznoszą  boreliozę, która jest groźna i dla  zwierząt i dla ludzi.  

Bo kiedyś to były prawdziwe  zimy - powiedział Wojtek - ze śniegiem, ze sporymi mrozami, które nie trwały dzień lub dwa, ale po kilka  tygodni i wtedy to wszelkie paskudztwo zimą ginęło.  Żeby pojeździć zimą na  sankach lub na  nartach to wcale  nie trzeba  było wyjeżdżać w góry - sam pamiętam, że zimą to  zjeżdżałem na  sankach Agrikolą  i każda górka była zawsze pełna dzieciaków na  sankach. A na podwórkach to dozorcy robili  ślizgawki i mogliśmy jeździć na łyżwach. Co prawda  nie był to taki idealnie  gładki lód, no ale z kolei my nie  jeździliśmy wszak figurowo.   

Marta  skrzywiła  się - ja tam za śniegiem i lodem w mieście  to nie tęsknię - tak naprawdę to bardzo  nie lubię zimy w mieście. Denerwuje mnie, że trzeba  się ciepło ubierać. Zima to jest fajna   w górach, ale  nie  w mieście. Więc będziemy dzielić urlop - stwierdził  Wojtek - dwa tygodnie zimą w górach i dwa tygodnie latem nad morzem. Uważam, że stanowczo za mało jest tego urlopu - stwierdziła Marta. Oj tak- zgodził  się  z nią  Wojtek. I dlatego mam  w planach być "wolnym  strzelcem" aby nie pracować na etacie. Na początku tak - najlepiej  na etacie, ale potem to raczej jeśli na  etacie to  tylko w jakiejś prywatnej  spółce. Chcę dostawać  wynagrodzenie  za konkretny projekt a nie  za siedzenie osiem na osiem godzin.  Tyle tylko, że u nas to ciągle jest dziwnie w mojej branży. Bardziej liczy się  sama obecność  w miejscu pracy niż wykonana praca. To taka pozostałość socjalistycznej głupoty. Nie jest  ważny efekt, ważna dyscyplina, zgodność  z jakimś idiotycznym  regulaminem.  I być może  dlatego wyjedziemy stąd. Ale na razie  to wpierw  muszę napisać i obronić  magisterkę.  

Czy  zauważyłaś, że my wcale  nie chodzimy  do kina a kiedyś chodziliśmy regularnie? No wiesz-  wydaje  mi  się, że po pierwsze- mam wrażenie, że jest teraz mniej fajnych filmów  w kinach, po drugie- jest sporo filmów do wypożyczenia i obejrzenia  w domu, po trzecie - przypomnij  sobie  po co chodziliśmy do kina. Całować  się i pieścić to możemy w domu, a przyznasz, że jest jednak wygodniej niż  w kinie. Ale został nam jednak jeden  nawyk z kina-  zawsze gdy oglądamy jakiś  film to albo jesteśmy do siebie przytuleni albo trzymamy  się za ręce- stwierdziła Marta.  Ale mnie to bardzo odpowiada i myślę, że tobie  też. No jasne, że mi odpowiada - zapewnił ją Wojtek.

Oj, chyba trzeba wyprowadzić Misię na  spacer, bo snuje  się pod drzwiami wyjściowymi i trąca  noskiem swoją  smycz - zauważył Wojtek. Pójdziesz   z nami, czy chcesz  zostać w  domu?- spytał Wojtek. Pójdę  z wami to wtedy będzie  dłuższy spacer. Ona się tak rozbestwiła  nad morzem, że wieczorem wychodzimy  razem, że gdy idzie tylko z tobą  albo tylko  ze mną to jakoś bardzo krótki jest ten  spacer. Bo to mądra psinka- pochwalił Misię  Wojtek  - wie, że najlepiej  gdy rodzina jest  w komplecie.  Ciekawe  jak będzie   z tym wychodzeniem gdy nadejdą jesienne deszcze - ona  bardzo nie lubi deszczu. Ale już rozmawiałam w psim  sklepie i pani powiedziała, że niedługo będą psie kapotki - była nawet tak  miła, że zmierzyła długość Misi. A ja  pomyślałam, że jej uszyję taką zimową kapotkę z nieprzemakalnym  wierzchem a spód będzie z  czegoś ciepłego. To mała psinka i nadal chudziutka  i  może marznąć  w chłodne  dni, więc powinna mieć chronione nerki, tym bardziej, że jednak zawsze  będzie  strzyżona.  A kapturek też będzie  miała? - zapytał Wojtek.   

No coś ty -to są płaszczyki bez kapturów. No a po każdym spacerze  będzie na pewno nie tylko mycie  samych łapek ale i pewnie  brzuszka. Ale ona jest do tego przyzwyczajona- ostatnio nalewam do umywalki ciepłej  wody i ją  wstawiam, obok umywalki jest taboret z ręcznikiem i panienka  ląduje potem na ręczniku i  zawsze  wtedy dostaję  "liza". Dobrze, że to jednak  malutki piesek a nie owczarek niemiecki - stwierdziła Marta. Bo jestem  dziwnie pewna, że umycie  owczarkowi  łap byłoby poza moimi możliwościami.  

Pati powiedziała, że we  wrześniu zacznie już  zabierać  małą do kwiaciarni, żeby  się przyzwyczaiła, bo przecież mnie od października  nie będzie w domu.  No ale przecież  ja będę - stwierdził Wojtek. No ale ty masz pisać  a nie  zajmować  się psem. Pamiętasz co nasi napisali gdy im przesłaliśmy  zdjęcie  Misi? - napisali, że to będzie  wspólny piesek.  Co tydzień  albo tata  albo Pati podrzucają dla niej mięsko - cielęcinkę, bo tata teraz nie je wędlin, więc Pati często piecze cielęcinę, żeby była do  chleba  zamiast wędliny.  I czasem robi dla Misi kulki z mielonego wołowego - oczywiście  są wrzucane na wrzątek i Misia też je bardzo lubi. Marchewki surowej  nie chce jednak jeść,  ale buraczki gotowane to zjada. Zjada też na surowo cykorię. 

                                                                             c.d.n.


niedziela, 1 października 2023

Córeczka tatusia- 20

 Pogoda się poprawiła i Wojtek z Martą robili  długie  spacery brzegiem plaży. Wojtek nabrał  apetytu i w ramach "drugiego śniadania"  przeprowadzał  degustację ryb w plażowych smażalniach. Marta nie bardzo lubiła  ryby  i przeważnie Wojtek sam je konsumował. No ale miruna  ci smakowała, a to przecież też  ryba - dziwił  się  Wojtek. No smakowała, ale  zdecydowanie wolę pieczonego kurczaka - nie muszę  wtedy  uważać  na obecność ości.

Na trzy dni przed powrotem do Warszawy na plaży przyplątał  się do nich piesek - zdaniem Marty był to kundelek, miał w  sobie  coś z york terriera ale  kudełki miały kolor i fakturę bardziej  zbliżoną do miniaturowego  sznaucera.  Piesek miał skaleczoną tylną łapkę, był dość brudny i strasznie  chudy. Marta przysiadła na  macie niedaleko smażalni i powiedziała - kup dla niego rybkę smażoną, wybierzemy  z niej ości i go poczęstujemy - wygląda na zagłodzonego wszystkie żebra  można mu policzyć i zobaczyć jak jest zbudowana psia miednica. Wojtek wrócił nawet  szybko - wziąłem kotlet mielony z ryby- jest bez ości.Tylko trzeba go pokroić na kawałeczki, żeby ostygł trochę. Postoję z nim, to go wiatr nieco ochłodzi. Pytałem tego faceta w kiosku co jest w środku oprócz mięsa rybiego i powiedział, że tylko bułka tarta. To biedactwo to chyba ktoś z domu wyrzucił. Co roku ta  sama historia w naszym kraju - nagle  się okazuje, że piesek zawadza bo w  wakacje  nie ma co z nim zrobić. Podobno na niektórych trasach to aż się  roi od porzuconych psów a niektóre są  wyrzucane z jadącego samochodu. Przecież  są hotele dla psów- jeśli stać kogoś na wakacje dla  człowieka to powinno go być stać i na psi hotel by tam przechować psa do chwili powrotu z wakacji. Wrócę  jeszcze po wodę dla piesa.   Wojtek po chwili wrócił niosąc butelkę niegazowanej wody mineralnej i  papierowy kubek obcięty do połowy  wysokości.  Zobacz Martuniu, to mały pieseczek a zmiótł ten kotlet całkowicie.  Marta wyciągnęła  z torby mały ręcznik mówiąc - chyba go trochę przetrę mokrym  ręcznikiem - będzie zaraz pieseczek lepiej wyglądał i lepiej  się poczuje. Dobrze  byłoby go wziąć do jakiegoś weterynarza, bo ta jego łapka wygląda na zainfekowaną.  No a co potem z nim zrobimy? - zapytał Wojtek. Jeszcze nie  wiem, wpierw trzeba go weterynarzowi pokazać. Zobacz, on jest całkiem ładniutki i patrz jak się przytulił do mojej nogi. Jeśli okaże  się, że to zdrowy psiaczek to pojedzie  z nami do Warszawy.  To sunia, nie piesek. No to trzeba  będzie sterylizować, żeby się nie  rozmnażała i nie chorowała z tej okazji. I będziemy mieli pieska - chyba że się na to nie zgadzasz.

Ależ  zgadzam  się, z tym, że  zawsze chciałem mieć owczarka niemieckiego. No to możesz  sobie  myśleć, że to miniaturowy owczarek- zaśmiała  się Marta. Zobacz  jak  się wciska pod moją rękę, ona  chce być głaskana. Chodźmy, zatelefonuję z domu do tej agencji i zapytam się gdzie tu jest jakiś gabinet weterynaryjny. Weterynarz był nieomal w Gdyni, ale przynajmniej przyjął ich "od ręki". Wg niego sunia nie  miała jeszcze roku, łapka została zbadana, ranka przemyta i zabandażowana i piesek dostał antybiotyk w  zastrzyku. Cała psina została przemyta jakimś płynem dezynfekcyjnym, na grzbiecik, pomiędzy łopatki weterynarz  dał  kropelki przeciw kleszczom i kazał przyuczyć piesunię do  codziennego mycia ząbków i oczywiście  przeszkolił oboje w tej materii. Akcesoria psie , czyli budkę do spania, obróżkę, smycz i jakieś zabawki  to jego  zdaniem  śmiało można nabyć w jednym z marketów. I żeby od  razu przyzwyczajać psinę do kąpieli w wannie, najlepiej pod  prysznicem, podał też dwa przepisy na jej karmienie, z tym, że on polecał gotowe karmy, bo  są zbilansowane pod  względem kaloryczności. No i zawsze dawać jej jeść nim oni usiądą do jedzenia i nigdy  nie  dawać  pieskowi jeść "z pańskiego stołu" żeby się nie nauczyła  dziadować. Psinka  dostała książeczkę zdrowia, w niej weterynarz  wpisał co zlecił i wykonał oraz swoje uwagi z jej oględzin i przy okazji dostała  imię - Misia, bo Marta stwierdziła, że ona jest taka  misiowata.  Weterynarz zastanawiał  się na głos, czy  Misia jest wynikiem przypadku, czy celowego skrzyżowania  mini sznaucera i yorka, bo ludzie ostatnio dostali kręćka i eksperymentują z rasami.  Przy okazji pan weterynarz stwierdził, że to mądra psinka, postawiona na podłodze od razu podreptała do stóp Marty i ułożyła  się kładąc mordkę na jednej z jej stóp. Ona już panią anektowała, ale kochać to będzie was oboje. Dobrze, że York nie był z miniaturowych a z tych "normalnych". No ale trzeba będzie ją co jakiś czas strzyc u fachowca. No i koniecznie trzeba ją przyuczyć do jedzenia  surowej marchewki, dodając ją drobno startą do gotowej karmy.A gdy zjadą do Warszawy to byłoby dobrze, gdyby w którejś z lecznic weterynaryjnych porobiono Misi  badania krwi i zastanowiono się co ze szczepieniami. No i powinna zostać "zaczipowana".  Po wyjściu pojechali do jednego z dużych  marketów, gdzie kupili psie posłanko z budką, wygodną i lekką torbę do noszenia psa, obróżkę i  smycz z samoczynną regulacją  długości, zabawkę, w którą można było wpakować psie  chrupki i piesek musiał  się  bardzo natrudzić, by je stamtąd wysypać po jednej  sztuce na podłogę, miseczkę na  wodę i drugą na jedzenie oraz piszczącą kurę- zabawkę , która piszczała  tylko wtedy gdy została "zagryziona". Marta z zadowoleniem zauważyła,  że Misia  jest bardzo  grzeczna  w  czasie jazdy  samochodem. Gdy  szła na  smyczy to ciągle się oglądała na Martę i Wojtka, a wtedy każde  z nich uśmiechało się do niej i mówiło- wszystko jest  w porządku, idziemy dalej razem na  spacer.  Dobrze, że teraz oboje jesteśmy w domu, gorzej będzie gdy ty pójdziesz  do jakiejś pracy a ja na uczelnię. Będzie biedulka wiele godzin  sama w domu - martwiła  się Marta. No ale w swoim domu  a nie będzie  się tułać po plaży - stwierdził Wojtek. Myślałam, żeby napisać kartkę z wiadomością, że przyplątał  się piesek, ale teraz  widzę, że ona się  nie  zgubiła  sama, ktoś ją tu przywiózł i zostawił. Jakiś podlec.

Gdy poszli na obiad zostawili Misię samą na kwaterze. Gdy wrócili Misia nie  siedziała  w swoim nowym posłanku ale w torbie transportowej. Od razu zabrali ją na  spacer nad morze, ale nie spuszczali ze  smyczy.  Misia  dreptała bardzo grzecznie, nie  ciągnęła,  nie  szarpała, co jakiś czas ocierała  się o nogę Marty i zaraz Marta ją chwaliła i głaskała. Wieczorem Marta wysłała zdjęcie  Misi swemu ojcu. W odpowiedzi tata napisał - to będzie nasz  wspólny piesek - tak zadecydowała Pati. Będzie z nią siedział w kwiaciarni gdy ona będzie  w sklepie. Pies nie powinien  siedzieć sam w domu wiele  godzin. A Marta pomyślała:  jak to dobrze, że po mojej matce  tata trafił na Pati! A głośno powiedziała do Wojtka - dobrze, że mieszkamy z Pati tak blisko siebie. Byłabym najszczęśliwsza, gdybyśmy mieszkali w jednym budynku, a właściwie w jednym mieszkaniu. 

Podejrzewam, że małe szanse  mamy na taki scenariusz -musielibyśmy mieć willę dwurodzinną - trzeźwo zauważył Wojtek. Ale jest  wspaniałe to, że tata trafił na Pati a nie na babkę jakąś podobną do twojej mamy. Tak prawdę mówiąc  to nie mogę  się nadziwić, że nigdy nie chciała  cię zobaczyć. 

No wiesz - ona nie  chciała dziecka, wiec może to nie takie  dziwne, że nigdy nie  szukała  ze mną kontaktu. Tata podejrzewał, że ona wyjechała zaraz po rozwodzie za granicę. Miała podobno jakąś kuzynkę ale nie wiem  w którym kraju. A ja wcale  za matką  nie tęskniłam. Gdzieś, kiedyś wyczytałam, że kobiety bywają  wielce stabilne w kwestii posiadania  lub nie posiadania  dziecka. Kobieta, która pragnie dziecka, a nie może go jednak mieć to ukradnie  dziecko (to te  mniej rozgarnięte) lub poniesie  wiele wyrzeczeń by jednak je  mieć. W odwrotną  stronę też stosunek kobiet do kwestii nieposiadania  dzieci  też jest jakimś totalnym skrzywieniem psychicznym - mogą  nawet  zabić własne  dziecko, bo przecież go nie  chciały.  I od razu widać jaką brednią jest, że kobiety obdarzone są instynktem macierzyńskim.

Ciekawa jestem jak Misia zniesie jutro podróż do Warszawy. Jedno co już wiemy - nie wymiotuje w czasie jazdy, bo podobno część psów miewa takie przypadłości.  Ona - powiedział Wojtek- przytuli  się na twoich kolanach do  ciebie i będzie grzecznie  spała.  Czy zauważyłaś, że ona nie ujada?  Jeszcze  ani razu nie  zaszczekała!  No fakt - jeszcze nie wiemy czy  aby nie jest jazgotliwym psem. No ale gdyby taka była to by już nam zaprezentowała  swe możliwości w tym zakresie.   Albo pobyt  z nami jest dla niej takim szokiem, że nie  wie co ma  zaszczekać -zaśmiał się Wojtek.  I gdy na nią patrzę,  to doznaję wrażenia, że ona ładnieje z dnia na  dzień.   Ona będzie ładna gdy ją ostrzyże psia fryzjerka - orzekła Marta. Poza tym skoro jest nasza to jest ładna. Zabawnie  wygląda, bo najbardziej  "sznaucerowata"  jest na łebku i ma tu najwięcej ciemnych  kudełków. Reszta jest bardziej "wymieszana". Dziś ją wieczorem wykąpiemy, ale opatrunek to jej zmienię dopiero po kąpieli . Zobaczymy przy okazji jak się to goi. Mamy jeszcze w razie  czego tę maść. Dobrze, że teraz  jest w Warszawie  sporo  weterynarzy. Bo kiedyś była jedna jedyna klinika weterynaryjna na Grochowie i godzinami  się tam czekało na wizytę. Teraz są i kliniki prywatne i prywatni weterynarze.  A ty wiesz Wojtuniu, że ja to się nawet przymierzałam do weterynarii? Ale  tata mi zaraz podrzucił kilka filmów dokumentalnych o pracy weterynarza i  jakoś mi weterynaria wywietrzała z głowy. Bo ja  chciałam być taka jak "doktor Dolittle". Tak się przymierzałam do różnych  kierunków aż zmarnowałam dwa lata. Nie zmarnowałaś kochanie - wcale nie jest łatwo wybrać odpowiedni kierunek studiów. Zrobisz ten ostatni rok do licencjatu, napiszesz pracę i w trakcie  tego roku zastanowisz się czy opłaca  ci  się robić drugi stopień.  Bo może bardziej się opłaca z różnych  względów podjęcie pracy w którymś ośrodku rehabilitacji  niż u tego producenta. Poza tym możesz tam  rozpocząć pracę i zorientować się na  miejscu, jak to wygląda z bliska. Zawsze jeszcze możesz  wrócić na uczelnię i dorobić II stopień. Poza tym planujemy dziecko, a nie  chcesz by się obijało po żłobkach i chcesz je wychować w domu sama  a nie za pomocą różnych nianiek. Więc może lepiej jest po licencjacie podjąć pracę, popracować do rozwiązania, pójść na ustawowy macierzyński a potem  wziąć trzyletni wychowawczy? Ja na pewno  nie zacznę  cię mniej kochać tylko dlatego że masz licencjat a nie  magisterium. Mamy cały  rok na  spokojne  zastanowienie  się. Dobrze, że mamy ten rok przed  sobą, bo być może  zamieszkamy gdzieś poza granicami, gdzie informatycy są bardziej potrzebni niż tu. I wtedy tatę i Pati ściągniemy do siebie, nie zostawimy ich tu. Masz na myśli powrót do Austrii? - spytała Marta. Raczej nie, raczej wyjazd do Niemiec ewentualnie  do Szwajcarii. Mentalnie  to mi najbardziej ta Szwajcaria odpowiada. Ale na te wszystkie decyzje mamy jeszcze  czas. Na razie byłoby  dobrze, by tata uporządkował swoje  życie- teraz  już może  zająć  się swoim osobistym życiem. Taty pogląd na kwestię  całkowitej  zmiany lokalizacji znam - nie pozostawi cię o tysiące kilometrów od siebie. Był ci ojcem i matką i takim  pozostanie, nawet jeśli się ożeni z Patrycją. A ja jakoś bardziej  kocham twego tatę niż  rodzonego ojca i jeśli  się okaże, że najzdrowiej  dla  nas będzie osiąść gdzie indziej, to będę  się rozglądał wtedy za dużym domem na dwie  rodziny. Ale  możliwe,  że będzie to Wiedeń, a przyznasz, że to ładne miasto. Na pewno nie podejmę żadnej decyzji bez omówienia  wpierw z tobą wszystkich  szczegółów. Oczywiście o tym wszystkim to tylko ty wiesz, nie rozmawiam o  tych  sprawach ani ze swoim ojcem  ani matką.  I  Misię też ze sobą weźmiemy, ona będzie z nami na pewno długo - te małe rasy psów zdecydowanie  żyją  dłużej. Wiesz, doszedłem  do  wniosku, że nadal przyprawiasz mnie o serca drżenie gdy o tobie  myślę- zupełnie tak jak wtedy gdy nagle stałaś  się miłością mojego życia chociaż oboje  byliśmy  wtedy jeszcze  dziećmi. Było mi  bardzo źle  bez ciebie w Austrii. Dlaczego spaliłaś  wszystkie listy, które do mnie pisałaś a ich nie wysłałaś ich do mnie?   Bo nie wierzyłam, że po tym austriackim liceum wrócisz do Polski. A ja jednak wróciłem. Kocham cię Martusiu, już nie umiem żyć bez  ciebie. Stałaś  się sensem mego życia. Gdy przyjechałem tu na egzaminy to ogromnie się bałem, że ty tu masz jakiegoś faceta i nawet na mnie  nie spojrzysz, ale już po pierwszym naszym pocałunku wiedziałem, że mam jeszcze  szansę na twoje względy. Chodź, pójdziemy  jeszcze z naszym olbrzymim psem na spacer.

Misia dość  niechętnie spacerowała wieczorem i doszli z Wojtkiem  do  wniosku, że może  ona była zostawiona wieczorem i  ciągle to pamięta. Poza tym na tej uliczce wzdłuż plaży było dość ciemno i może po prostu ona  się bała.  Gdy się psinka wysiusiała Wojtek wziął ją na ręce co zaowocowało tym, że w ramach wdzięczności wylizała Wojtkowi ucho i kawałek szyi. Śmiał się, że już nie musi  się  wieczorem myć, bo go Misia już umyła. Ale  zdaniem Misi należało również  nagrodzić lizaniem Martę, gdy tylko ta wzięła Wojtka  pod  rękę. Umówili  się, że rano z Misią wyjdzie  sam Wojtek, a Marta  w tym czasie poskłada i spakuje ich rzeczy. Potem zjedzą śniadanie i pojadą zdać klucze od  mieszkania i pojadą do Warszawy.

Po drodze do Warszawy zaliczyli tylko jedną przerwę i to głównie  z uwagi na Misię, która musiała pozbyć się porannego picia i chrupek. Przez jakiś  czas Misia oglądała świat przez  szybę  samochodu, ale w końcu zasnęła zwinięta  w kłębek na kolanach Marty.  W cztery godziny  od  wyjazdu z Sopotu    już byli w domu. Od razu poinformowali o tym tatę i Pati. A ja myślałem, że wy przyjedziecie  dopiero wieczorem- zdziwił  się tata.  No popatrz tato jaki niefart - już wróciliśmy- śmiała  się Marta.  A jak psina? -dopytywał  się tata - no na razie to bardzo dokładnie obwąchuje u nas  wszystkie kąty i pewnie myśli, że pomyliliśmy  domy.  Zaraz   z nią wyjdziemy bo zrobimy zakupy. Ja będę  robiła  zakupy a Wojtek będzie z nią czekał w okolicy trawnika. Musi psineczka  poznać  swoją okolicę.  To wstąpcie do Pati do kwiaciarni- ucieszy się, że już jesteście.  A macie jakiś obiad?  Taaak, mamy zamrożony. Tylko kupimy trochę  wędlin i świeże pieczywo i podjedziemy do marketu po psie jedzonko bo ona je gotowy pokarm, bo tak nam doradził pan weterynarz.  Najbliższy nas  jest na przeciwko szpitala- zobaczymy co tam jest, a jeśli nie będzie tego co ona je, to pojedziemy do marketu.  A co ona teraz robi - dopytywał się tata - zwiedza łazienkę razem z Wojtkiem. Nawęszy się dziś za wszystkie czasy - same nowe zapachy. Ależ się cieszę, że już jesteście z powrotem- powiedział tata. My też  się  cieszymy, że już jesteśmy   w domu.

Marta rozpakowała prezenty - dla Pati były dwa prezenty - jeden osobisty i jeden do dekoracji wystawy w kwiaciarni - było to kilka  egzotycznych  muszli różnej wielkości. Dla  taty był świeżo wydany album  ze zdjęciami Gdańska i  bardziej aktualny plan Trójmiasta. Oprócz tych muszli do dekoracji wystawy kwiaciarni   była dla  Pati  bardzo ładna bransoletka z bursztynu i srebra.



sobota, 30 września 2023

Córeczka tatusia - 19

 Wzmocnieni kawą i lodami pospacerowali po Monciaku. Dziwna ta nazwa "Monciak"- stwierdził Wojtek. No bo to skrót od  nazwy ulicy, której nazwa  jest poświęcona  Bohaterom Monte Casino. Nie  wiem kto pierwszy użył takiego żargonu, nie  mniej nazwa ta natychmiast  się przyjęła i dzielnie  się trzyma  już od  wielu lat. 

Obojgu podobało  się wiele starych, ale  starannie odnowionych kamienic. Nie wiem jak ty, ale jestem jakiś głodny, wstąpmy gdzieś na jakiś obiad -stwierdził Wojtek. Nie ma problemu, możemy pojechać do tej restauracji, która jest  blisko  naszej kwatery. Tłoku nie  będzie, bo ludzie jeszcze  sterczą na plaży, zwłaszcza, że na  naszej plaży jest smażalnia ryb i na pewno wiele osób z niej korzysta. Wolę byśmy zjedli  blisko nas, bo gdy trzy razy z rzędu tam  zjemy, to już będziemy "ich stałymi klientami" a  zawsze lepiej mieć  status  "stałego klienta" a nie "przechodniego". Gdy jechali na Karlikowo, bo tak się ta  część Sopotu nazywała w której  mieli kwaterę, Wojtek stwierdził, że po obiedzie to najchętniej przytuliłby się do Martuni i sprawdził czy aby nadal jest taka słodka jak przed ślubem. Marta zaczęła  się śmiać - to może ty załóż jakiś  dzienniczek i odnotowuj za każdym razem jaki miałam poziom słodyczy - może jakaś praca naukowa z tego by wyszła. A wczoraj to byłam mniej słodka niż w Warszawie? Nie, ty byłaś w porządku, tylko ja byłem jakiś podmęczony. 

Wojteńku - przyjechaliśmy tu głównie po to byś odpoczął, odłączył się na trochę od pisania pracy,byś się wyspał i nabrał sił do pisania i obrony. Będziemy codziennie na plaży i będziemy głównie wygładzać  sobie  stópki  o piasek. Z tego kawałka naszej plaży to możemy podreptać do Jelitkowa, będziemy mieli przy  sobie tę matę bo lekka  choć dwuosobowa i  zawsze będziemy  mogli gdzieś przysiąść i grzecznie posiedzieć. Mam takie fajne maciupkie pojemniczki  ze  smarowidłami, żebyśmy  się nie  spiekli, punktów gastronomicznych tu nie brak. Możemy też spokojnie posiedzieć stosunkowo blisko  naszego wejścia  na plażę, byle  daleko od małych potworów, które się  wydzierają i sypią piachem dookoła.  Te wszystkie "atrakcje" jak ZOO, zwiedzanie Gdańska, Gdyni czy też wycieczka na Hel to możemy, ale nie musimy ich  zaliczyć- to taka alternatywa na nieco gorszą pogodę.  Jesteśmy  w tej  chwili wolni, możemy robić co nam do głowy wpadnie. Bo mamy tu po prostu odpocząć. A czy  zauważyłeś, że z okna dziennego pokoju widać Ergo Arenę? Jeśli będzie  w międzyczasie jakiś koncert to wystarczy że otworzymy okno i będziemy słyszeć  co grają na koncercie.  A tuż obok mamy teren Wyścigów Konnych. A na Hel to możemy pojechać samochodem, co jest o tyle  dobre, że możemy w każdej mieścinie wysiąść i się po niej przespacerować. A jeżeli  się wybierzemy na Hel dość wcześnie to pewnie nawet nie postoimy w korku. A w Jastarni to będziemy  mogli kupić ryby prosto z wędzarni. Takie prosto z wędzarni są super.

W restauracji Marta  namówiła  Wojtka, by nie  brał z niej przykładu i zjadł wpierw zupę. Ona  po prostu jak zje zupę to nie zje drugiego dania. W domu to z reguły je "na raty" z przerwą godzinną albo robi zupę do popitki. Drugie danie  wzięli takie  samo -  sznycel cielęcy z frytkami i surówkę. Obojgu obiad  smakował. Wracając do mieszkania  Marta zrobiła krótką przebieżkę przez tutejsze targowisko i kupiła  nieco "zieleniny" do kolacji i śniadania, młody bób, truskawki i wiśnie a na straganie z nabiałem wiejski biały ser i w kiosku z pieczywem rogaliki z makiem.

Z Wojtka zaczęło pomału,  ale wyraźnie  wychodzić zmęczenie studiami i pracą. Przytulony do Marty wreszcie  się wyluzował, wyszeptał kilka zdań jak bardzo ją kocha i wtulony w Martę zasnął. Marta patrzyła na niego i układała w myślach "gry plan" na  najbliższą przyszłość. Po pierwsze będzie  musiała  dopilnować, żeby regularnie jadł codziennie obiady w domu a nie gdzieś na mieście. To powinno  się udać, bo pisać  będzie  głównie  w domu. Marta postanowiła szykować obiady od  razu na cały tydzień- po prostu jeden dzień w tygodniu będzie na pichcenie. Kupią mikrofalówkę, by potem szybko odmrażać zamrożone  dania i je odgrzać.  Dobrze, że są pieniądze z tego sprzedanego mieszkania, dzięki temu Wojtek  skupi  się  tylko i  wyłącznie na pracy magisterskiej i nie  będzie  opracowywał jakichś projektów po nocach. Co do zakupu samochodu  dla niej to ona ma spore  zastrzeżenia.  Musi wpierw jeszcze to omówić z tatą - wolałaby na  razie nie kupować samochodu. W planie jest remont mieszkania, co prawda to tylko łazienka i kilka par  drzwi, no ale  to też kosztuje.Tata co prawda mówił, że ma pieniądze na remont odłożone, no ale teraz to pewnie tata będzie musiał  się  dokładać do Pati, skoro mają  zamiar być  razem. A  w jakim stanie jest mieszkanie  Pati to ona nie wie. Po powrocie  będzie  musiała porozmawiać  z tatą na ten temat.  Dobrze, że  jej  mieszkanie  jest  wynajęte, zawsze to jakiś  dopływ  gotówki. No i mieszkanie Wojtka powinno być  lada  moment oddane  do użytku i Wojtek planuje by je jednak sprzedać a nie wynajmować. Zaczęła  się też zastanawiać nad II stopniem studiów - do licencjatu ma rok, a potem jeszcze pełne  dwa lata do magisterium. Opiekun studiów przyjął by ją do pracy już  za rok i z tego co wie, to z mgr przy nazwisku wcale by dużo  więcej nie  zarabiała. Planują  z Wojtkiem że będą mieli dziecko, a ona wtedy weźmie trzyletni urlop wychowawczy, żeby dziecko nie pałętało się po żłobkach. Więc może lepiej poprzestać na tym licencjacie, choć to brzmi mało ambitnie? Dobrze, że mam jeszcze  rok do namysłu- skonstatowała. 

Wpatrywała  się w Wojtka i porównywała tego Wojtka sprzed lat i dzisiejszego. Włosy - takie same jak były - lekko układające  się, ciemne, ale nie czarne. Rzęsy mu się wyprostowały, kiedyś miał takie jakby używał zalotki do ich podkręcania. Zmienił mu  się owal twarzy, ma teraz lekko zapadnięte policzki. Usta pozostały bez zmian, nawet tak samo jak kiedyś całuje. Kolor oczu też mu  się nie zmienił. Repertuar pieszczot pozostał ten sam, widać, że nie trenował w Austrii. Ciekawe jak teraz  tańczy, bo nie  była to jego mocna  strona. Tańczył, bo to była jedna z okazji do przytulania się bezkarnie, ale  nie  była to jego pasja.

Jej rozmyślania przerwał Wojtek, który dość bezpardonowo przyciągnął ją  do siebie mówiąc - a kto ci pozwolił przestać  się do mnie  tulić?  Chciałam ci  się po prostu dokładnie przyjrzeć co się w twoim wyglądzie zmieniło- cichutko powiedziała Marta.  Przybyło mi nieco centymetrów w kilku miejscach - stwierdził- nawet w obwodzie  szyi. A co ty wynalazłaś?  Rzęsy ci się wyprostowały, miałeś je  kiedyś takie podwinięte do góry. I już nie masz takiej fajnej  chrypki z okazji mutacji.  No i faktycznie zrobiłeś się wysokim facetem. I co jeszcze odnotowałaś?  To, że nadal na mnie działasz  szalenie podniecająco. Nawet  wtedy gdy  zamiast cię pieścić zasypiam jak niemowlę?  Nawet wtedy, bo to oznacza, że masz do mnie pełne  zaufanie i nie czujesz potrzeby  zgrywania  super faceta. Dobrze, że  się obudziłeś, to teraz  wstaniemy, zrobimy sobie kolację, a potem się zastanowimy co chcemy dalej  robić. Wojtek uśmiechnął się - ja to taki monotematyczny się zrobiłem - chcę  cię całować, pieścić, sprawdzać co lubisz. Kocham cię, jesteś dla mnie  całym światem. Kiedyś ci powiedziałem, że na pewno będziemy razem a ty mi odpowiedziałaś, że nikt nie jest  w stanie przewidzieć jak się nam życie ułoży. I co teraz  powiesz?  Nic poza  tym, że kocham cię i jestem z tobą szczęśliwa.  Nie  znam nikogo kto by kontynuował w dorosłym życiu miłość, która  zaczęła  się w szczenięcym  wieku. Owszem - były związki  umawiane jeszcze  w dzieciństwie partnerów, ale z reguły umawiali się rodzice  tych dzieci a one  same to rzadko kiedy się znały i  kochały.

Kolację robili  wspólnie, na deser po kolacji były truskawki potraktowane bitą  śmietaną  z cukrem brzozowym. Po kolacji rozegrali partyjkę szachów, wzięli prysznic i około północy  stwierdzili, że trzeba sprawdzić czy małżeńskie łóżko  nadal jest wygodne. Gdy zasypiali niemal dwie  godziny później Marta  stwierdziła, że na pewno żadna siła  nie  ściągnie  jej z łóżka przed dziewiątą  rano.  Pospali spokojnie do 10 rano i bardzo  zadowoleni wstali dopiero koło południa. Nic  dziwnego, że im się  tak miło spało, bo za oknem  wiatr z małym powodzeniem  przeganiał ciemne  chmury i chwilami padał deszcz.  Marta stwierdziła, że nie  muszą nawet iść na obiad, bo ona zrobi jajka z  szynką i ugotuje do nich ryż. I na pewno nie będą głodni. Wojtek bohatersko zaproponował, że podjedzie  do  Lidla po zaopatrzenie, ale Marta wybrała  się razem z nim,  dzięki czemu kupiła  sobie całkiem  wytworny  czarny dres. Wojtek poczuł się "pominięty" bo w sprzedaży były tylko damskie  dresy. Odstawili zakupy żywnościowe do domu, a że pogoda się poprawiła wybrali  się na krótki spacer.

Wracając  ze  spaceru weszli jednak  do restauracji, bo Wojtek uznał, że nie po to są na urlopie, żeby Marta pichciła. Pan kelner zaproponował, by  tego  dnia zjedli smażoną mirunę, bo to bardzo  zdrowa  ryba i smaczna. Gdy jedli Marta powiedziała - no widzisz -już jesteśmy "stałymi gośćmi", którym się poleca pewne dania.  A ty jesteś nieźle "oblatana" w tych knajpianych  sprawach - jak zauważyłem.  Jestem, bo mąż mojej koleżanki  pracuje w  restauracji i jest tzw.  kierownikiem  sali. To ona mi doradziła  byśmy tylko  zamówili  stolik a nie zamawiali  z góry jedzenia.   A co taki kierownik  sali robi? - dociekał Wojtek.  Z tego co mi mówiła to ustala  grafiki personelu, wyznacza im  zadania, egzekwuje  je, prowadzi rekrutacją nowych pracowników, prowadzi ich szkolenia. Tyle tylko, że godziny pracy nie  zawsze są fajne. On kiedyś był kelnerem - to dopiero było mało zabawne bo pracował często nocami. Ale taki kierownik  sali to ma całkiem przyzwoitą pensję. Odszedł z kelnerowania gdy mu  się kolega z jego zmiany  zabił  wracając samochodem z pracy o czwartej nad  ranem - było ślisko i wpadł na  drzewo, ale nie był na procentach tylko pewnie był  diabelnie  zmęczony. Straszne - stwierdził Wojtek. No straszne, bo osierocił dziecko. 

Załamanie pogody było na  szczęście krótkie i następnego dnia było już  słońce, tylko temperatura  niezbyt plażowa.  No to w takim  razie pojedziemy do Gdyni. Zaparkujemy na parkingu hotelu  Merkury i podrepczemy na Skwer Kościuszki, to tuż obok. Jeśli będziemy  mieli ochotę to pójdziemy do Oceanarium, możemy zwiedzić ORP Błyskawicę, obejrzymy  sobie Dar Pomorza. To pierwsza propozycja- druga - możemy pojechać  na Hel, albo w przeciwną stronę i wpaść do Rozewia i zwiedzić  Latarnię  Morską. Możemy też pojechać do Oliwy i pospacerować po Parku Oliwskim. Możemy też wpaść na godzinę 12,00 do Archikatedry Oliwskiej na koncert organowy, lub tylko je obejrzeć. Wybieraj.

No to pojedźmy na Skwer Kościuszki do Gdyni - zdecydował Wojtek. Na  wszelki wypadek wzięli kurtki przeciwdeszczowo-przeciwwiatrowe. Spędzili na Skwerze kilka godzin - zwiedzili ORP Błyskawica, obejrzeli ćwiczenia młodzieży płci obojga  na rejach  Daru Pomorza, zwiedzili też Oceanarium,  a  Marta pociągnęła go jeszcze do kiosków z "badziewiem", gdzie  kupiła muszlę jakiegoś egzotycznego ślimaka. Stwierdziła, że napełni ją "czymś" i będzie  miała przycisk na  biurko. Przez moment zastanawiali  się  czy zjeść  w hotelu, ale postanowili jednak  wrócić na obiad  do Sopotu. Tym razem "ich kelner" polecił im gulasz z kluskami ziemniaczanymi. A na deser Marta wzięła lody a Wojtek porcję tortu czekoladowego.

                                                           c.d.n.