środa, 18 października 2023

Córeczka tatusia- 28

 W dwa  dni po obejrzeniu "bryczki dla Marty" transakcja  została  zawarta i Marta stała  się właścicielką fiacika "500". Następnego  dnia miała "randkę" z Arturem w dzielnicowym Urzędzie  Komunikacji i na tę "randkę" przyjechała oczywiście  razem z Wojtkiem. Wojtek śmiał  się w duchu, bo Artur (znany jako nałogowy podrywacz) był wyraźnie rozczarowany jego obecnością.  Na wypowiedź  Artura, że pilnuje swej żony niczym Cerber , Wojtek powiedział - nie pilnuję, bo ona  się potrafi sama świetnie upilnować, ale nie  chcę by się  sama użerała z tymi cwaniaczkami od montowania tablic rejestracyjnych i wolę by ten pierwszy raz po długiej przerwie  w jeżdżeniu po mieście  nie jechała sama. Poza tym chcemy od  razu wpaść po pokrowce na tapicerkę i kupić dywaniki i trochę zaopatrzyć samochodzik w najpotrzebniejsze duperele  typu żarówki zapasowe, kupić nową linkę holowniczą, bo ta co jest jest jakoś obrzydliwie brudna i kupić nieco niezbędnych  płynów w rodzaju  zimowego płynu do spryskiwacza, smarowidła  do uszczelek no i różne inne pożyteczne a przydatne drobiazgi co nam w oczy wpadną, może jakieś składane kontenerki na zakupy, pokrowiec skórzany na  kierownicę, żeby jej łapki  nie marzły na kierownicy. I po tej pierwszej jeździe to będziemy  wiedzieli czy da radę jeździć  bez  doszkolenia czy powinna jednak  wziąć kilka lekcji u fachowca.

Pomimo tego, że Artur załatwił sprawę tak, że Marta czekała na wyrejestrowanie sprzedanego samochodu i rejestrację  nowego zaledwie pół godziny, to wyszli z Urzędu prawie w dwie  godziny od  chwili wejścia   w jego progi. Potem jeszcze demontaż starych tablic rejestracyjnych i montaż nowych też trwał niemal w nieskończoność. 

Marta z Wojtkiem zaproponowali, by Artur pojechał wraz z nimi do nich, napiją  się w domu porządnej kawy i zjedzą domowe ciasto, co na pewno będzie  smaczniejsze niż kawiarniane wypieki.  No to wy obaj pójdziecie od razu do domu,  a ja wpadnę po Misię do mamy- zapowiedziała Marta. Przecież nie  wrócę teraz  na zajęcia - przezornie wybrałam dzień praktyk. A co pani studiuje? - spytał Artur. Medycynę estetyczną, mam zamiar zostać  magistrem w tej branży i pracować  w laboratorium kosmetycznym. W takim, które produkuje kosmetyki dla pań?- spytał Artur.  

Te laboratoria opracowują kosmetyki nie  tylko dla pań - kremy i pianki do golenia, depilatory, dezodoranty, płyny do włosów itp. i różne inne kosmetyki dla mężczyzn też  są opracowywane  w takich laboratoriach - wyjaśniła Arturowi  Marta.  Może wymyślę jakiś nowy kosmetyk dla mężczyzn i będzie na tyle nowatorski, że  będzie można go opatentować- zaśmiała  się Marta. Mam pod ręką  dwa króliczki doświadczalne, czyli tatę i Wojtka, czyli dwie różne  wiekiem męskie skóry, mogę eksperymentować. Mam dwa  semestry do licencjatu i cztery do magisterium. I uczelnia namawia  mnie bym koniecznie  dotrwała  do magisterium. Bo większość dziewczyn kończy  na licencjacie. A że uczelnia jest na drugim brzegu Wisły to Wojtek z moim  tatą namówili mnie na kupno samochodu.

Ja  tylko trochę  się boję jeżdżenia zimą - na ogół tak się składało, że siadałam  za kółkiem tylko latem. Nie ma się czego bać - tak jakoś się dziwnie  składa, że za kółkiem własnego  samochodu każdy jakoś znacznie   szybciej nabiera wprawy i odwagi- zapewnił ją Artur. Przez trzy lata a właściwie  prawie cztery lata byłem instruktorem na kursach na prawo jazdy. Te samochody, na których praktykują kursanci mają naprawdę ciężki żywot, nie mówiąc o tym jak stargane nerwy mają instruktorzy, bo nie na każdym kursie jest do dyspozycji trenażer. Tak na ogół to one  są tylko teoretycznie, nawet gdy  stoi takie ustrojstwo. Z reguły  są właściwie martwe. Teraz to robię tylko jazdy "doskonalące", co mnie  zdecydowanie  mniej nerwów  kosztuje. 

Ja lubię jeździć fiacikami, lubię nieduże samochody. Ale raz jechałam toyotą Avensis - duża bryczka, ale nawet  całkiem dobrze mi  się nią jechało. No pewnie - samochód to jest  samochód- na tej samej zasadzie działa - stwierdził Artur. Zostaje  tylko kwestia orientacji w gabarytach, żeby się taką Avensis nie  wpychać na miejsce które wystarcza do  zaparkowania siedząc na co  dzień za kółkiem  126p - dopowiedział Wojtek.

Tak jak było umówione Marta wysiadła nieco wcześniej i poszła do kwiaciarni po Misię. W drodze do domu Misia przeczytała psią prasę a w domu odstawiła taniec  radości, że jest również jej ukochany drugi człowiek. Dała  się nawet pogłaskać Arturowi, a Wojtek powiedział, że to zapewne dlatego, że obaj już byli w  mieszkaniu, więc Misia potraktowała  Artura  jak swego rodzaju część wyposażenia  mieszkania. Aleś ty miły - stwierdził Artur ze śmiechem. 

Pierwszy raz był u kogoś, kto mieszka na  tym starym już osiedlu WSM i był zachwycony jego lokalizacją i całym osiedlem - że jest świetnie  zagospodarowane i całkiem fajne są mieszkania no i osiedle nie "z wielkiej płyty" tylko z  cegły. On mieszka  na dalekiej  Woli, w wieżowcu wybudowanym  systemem "wielkiej płyty". A ponieważ mieszka na ósmym  piętrze to kilka  razy w roku miewa przynajmniej tygodniowy trening zdobywania na piechotę ósmego piętra, co jak  zauważył wcale nie jest miłym doznaniem. Poza  tym przez rok był w bloku pies wyjący całymi dniami - podobno wył z tęsknoty za swoim panem, który wyjechał na kilka miesięcy. W końcu albo pies umarł z tęsknoty, albo jego pani gdzieś go oddała, albo po prostu przestał wyć. Poza tym, zdaniem Artura otoczenie tych bloków na Woli nie  jest miłe. 

No bo te  wszystkie mrówkowce  wcale nie są miłe - stwierdziła Marta. Ale mam znajomą, która  mieszka w samym centrum - w budynku przy  skrzyżowaniu Kruczej z Alejami Jerozolimskimi. Marzy o przeprowadzce w inną lokalizację - kurz taki, że okna trzeba  myć co tydzień, wietrzyć to chyba  tylko około północy, a że to mieszkanie własnościowe to bardzo chętnie by je  sprzedała, tylko jakoś brak chętnych na kupno. Na  razie czeka na mieszkanie na Wilanowie, bo "Miasteczko Wilanów" już pomału  zaczyna  funkcjonować. A my się przymierzamy do remontu tego mieszkania - chcemy zmodernizować łazienkę i położyć w przedpokoju terakotę imitującą parkiet - powiedziała Marta. Ale oczywiście nie będzie to robione  zimą ale może późną wiosną.

A ja się zastanawiam nad zamieszkaniem w Piasecznie - tam też teraz powstają nowe osiedla- zaczekam aż  coś wybudują- może wtedy albo coś tam kupię albo się z kimś zamienię, albo spotkam jakąś panienkę z dobrym mieszkaniem.

Piaseczno to prawie Warszawa- stwierdziła Marta. Moja koleżanka napaliła  się na nowe osiedle w Mysiadle- to jest przed Piasecznem, bliżej Warszawy i zrezygnowała, bo jedna z dziewczyn w tej spółdzielni, która tam wybudowała bloki powiedziała jej, że osiedle powstało na  zasypanych stawach hodowlanych, ale teren nie był zdrenowany i istnieje możliwość, że trzeba będzie jednak go drenować, więc  mieszkańcy poniosą koszty tej inwestycji. No i oczywiście dziewczyna straciła  chęć na to Mysiadło, co wcale  mnie  nie dziwi. Teraz trzeba  szalenie uważać z nowymi lokalizacjami, bo namnożyło  się strasznie  dużo nieuczciwych prywatnych inwestorów i wiele osób już umoczyło sporo forsy w tych spółdzielniach, bo inwestorzy splajtowali. A jak prywatny  inwestor splajtuje, to pierwszeństwo do odzysku pieniędzy mają państwowe instytucje a nie indywidualni klienci. Klient prywatny jest na  szarym końcu kolejki.  Będzie  pan musiał dobrze uważać, żeby się nie wpakować na taką minę. Lepiej wybrać znaną spółdzielnię, która  już wybudowała nie jedno osiedle.

Nie  miałem o tym pojęcia - stwierdził Artur, dobrze, że zaczęliśmy o tym rozmawiać. No to teraz już pan ma o tym pojęcie -trzeba dokładnie  sprawdzić od jak  dawna inwestor jest na  rynku- stwierdziła Marta. Poza tym ci prywatni inwestorzy kupują często przecenione, wadliwe materiały budowlane, bo są  wszak tańsze. Swoją drogą nie bardzo  rozumiem, że takie  materiały  się sprzedaje. Mam wrażenie, że tak zwana uczciwość ludzi gdzieś się ulotniła i daleko odfrunęła. 

Zastanawiałem się nad kupnem kawałka  ziemi z domem w Łazach- powiedział Artur- ale  raz wracałem do Warszawy bladym świtem i były cholerne korki, bo jechali do pracy  ci co mieszkają w tamtych okolicach- a myślałem, że tam mieszkają tylko badylarze. 

No bo faktycznie tak jest, tam jest masa  szklarni,  ale oni to wyjeżdżają ze swoich posiadłości, tak około 4 rano - powiedziała Marta, a ci co pracują w Warszawie to pewnie ruszają wtedy gdy wracają ci z giełdy warzywnej lub kwiatowej.  To nieco śmieszne i  dziwne, bo teoretycznie  życie teraz niby wygodniejsze, jest mnóstwo różnych udogodnień, coraz lepsze  samochody, coraz  lepsze AGD, a potem się okazuje,że to tylko fasada, za którą niewiele jest na co dzień. 

Jak się tak spokojnie zastanowić to życie wcale, biorąc  rzecz  sumarycznie,  nie jest łatwiejsze niż kiedyś. Jeśli ktoś mieszka na Chomiczówce a pracuje na Służewcu to jak "amen w pacierzu" ma naprawdę mało wesoło. Ja dojeżdżam na  swoją uczelnię na Pragę i muszę liczyć się  z tym, że może mi to zająć godzinę. Z tym, że jeżdżę na 9,00 i w pewnym  sensie jeżdżę "pod prąd", bo więcej wszelakich instytucji jest na lewym brzegu Wisły.

No tak, Warszawa powoli robi się molochem- stwierdził Artur. No ale już się wszak buduje  metro, jeszcze  trochę i ruszy. Muszę  sobie  to wszystko przemyśleć  co dziś usłyszałem. Myśl,  chłopie, myśl-myślenie ma kolosalną przyszłość stwierdził  Wojtek.

Artur doszedł do wniosku, że  się  zasiedział, ale jest zachwycony, że  się spotkał z Wojtkiem i poznał jego  żonę. Zapewnił oboje, że jest niemal w każdej chwili do  dyspozycji Marty. Marta wzięła Misię na  spacer i odprowadziła  do Patrycji, bo chcieli jeszcze z Wojtkiem pojechać do sklepu z akcesoriami samochodowymi. Gdy Marta wyszła Artur powiedział do Wojtka - ty to masz bracie  szczęście! Nie  dość, że to ładna dziewczyna to na  dodatek bardzo mądra. Wy naprawdę tak długo się  znacie? No naprawdę, ale    parą jesteśmy dopiero od V klasy szkoły podstawowej- przedtem to jakoś  się nie  dostrzegaliśmy. No naprawdę- to niesamowita  historia- orzekł Artur. To jakiś wybryk natury, nie  znam pary o tak długim stażu.  Panowie się pożegnali serdecznie, zapewniając  się wzajemnie, że jednak stare przyjaźnie są ważne.

Gdy Marta  wróciła pojechali nowym  samochodem na  zakupy motoryzacyjne i- co najważniejsze - Marta usiadła za kierownicą mówiąc - tylko uprzedzam  cię, że nie będę śmigać i  mogę się chwilami bardzo brzydko wyrażać, gdy  mnie coś zdenerwuje. Możesz nawet brzydko przeklinać, nie tylko mówić - tylko się nie stresuj, pojedziemy na najbliższą benzynówkę, trzeba nabrać  paliwa i zobaczymy co mają w sklepie. Jak widziałem to bardzo ostudziłaś  zapał Artura  do zmiany mieszkania.  No ale teraz  naprawdę trzeba uważać z tymi nowymi spółdzielniami. A  zauważyłeś, że nie powiedziałam nic o tym, że mamy mieszkanie na Ursynowie? Zauważyłem - i bardzo dobrze, że nie powiedziałaś. Ty zawsze  wiesz co można a czego nie powinno  się mówić. O której dziś Pati kończy pracę? Dziś będzie  do szesnastej. No to fajnie - uczcimy dziś nasz zakup.

                                                             c.d.n.


wtorek, 17 października 2023

Córeczka tatusia -27

 Marta łaskawie  zgodziła  się  na kupno dla  niej  samochodu. Kolega Wojtka w kilka  dni po rozmowie  zatelefonował z wiadomością, że  już ma na oku "słodki damski samochodzik" i nieomal kultowy bo to nieco podrasowana  wersja fiata 500. Nie naszpikowany elektroniką, nawet  dziecko mogłoby go prowadzić. To całkiem fajny  samochód właśnie po mieście, zwrotny. Używany, ale nie przez  debili, więc jest w bardzo dobrym stanie. Po prostu jego użytkowniczka jest na  etapie  rozmnażania się i mąż zdecydował, że będzie lepiej gdy w  ciąży będzie jeździła masywniejszym  samochodem. Co prawda masywniejszy  samochód to wiadomo, że będzie szybszy i zawsze będzie ją kusiło na  szosie by depnąć i przyspieszyć , no ale skoro tak sobie umyślili to nie jest to sprawa  kolegi Wojtka. Fakt, że ta pani dojeżdża do pracy w Warszawie te  drobne 40 kilometrów, więc może i będzie jej  wygodniej w  większym samochodzie. Kolor może nieco nieciekawy bo to biały  "lakierek". Ale stan idealny, zero zadrapań. A cena też jest dobra, bo naród ma teraz wybitny pociąg do dużych  samochodów. A to jest mini  samochód.

 No to ja nie  rozumiem po co ci ludzie kupili tę "Pięćsetkę", skoro dwa razy dziennie babeczka musi pokonać te czterdzieści kilometrów - dziwiła  się Marta.  Bo niektórym po prostu nie starcza zdrowego rozsądku- to raz, a dwa- wpierw kupili  samochodzik a potem dopiero zdecydowali  się zamieszkać pod Warszawą - wyjaśnił kolega Wojtka. Ostatnimi czasy to ludzie  głównie marzą ale nie planują. A co do doszkalania jazdy - będziemy jeździć w soboty i niedziele, będziemy jeździć seicento, bo ma już przymocowaną tablicę, że to szkolenie. Bez Wojtka - bo ja  czasem muszę na uczennicę  warknąć i mogłyby Wojtusiowi nerwy puścić. Wojtek roześmiał  się - no to uważaj, bo ona ma całkiem  ciekawy repertuar gdy się zezłości i może ci  się oberwać. Dobrze  wiedzieć, a rękoczyny też są możliwe? - zapytał Artur.  Bo może powinienem jeździć   w kasku? A w naturze tę Pięćsetkę można  obejrzeć na  szczęście  w Warszawie.To benzynówka z wtryskiem, ma 69  KM, pali 4,9 litra na 100 km, jak  się kto uprze to może i 160 km na godzinę  nim wyciągnąć. Prawdę mówiąc to bałbym się jechać takim maleństwem 160 żeby nie  wznieść  się nagle  w powietrze - stwierdził Wojtek. Przez  kilka  minut obaj snuli  dziwne opowieści na temat szybkości i małych  samochodów, w końcu  zdecydowali, że zaraz  pojadą go oglądnąć. 

Panowie oglądali, oglądali, jeden i  drugi zaglądał pod  spód, z bardzo mądrymi minami oglądali każdy centymetr  lakieru, słuchali pracy silnika , w końcu Artur  poprosił Martę,  by się przymierzyła do samochodu i usiadła za kierownicą.  Dobrze,  ale  wpierw trzeba zdjąć pokrowce z siedzeń bo są wyraźnie brudne i "zakudlone" psią  sierścią. Zakudlone? obaj nie  mogli się nadziwić, że Marcie  to przeszkadza, zwłaszcza, że ani jeden  ani drugi  nie  zauważył tego faktu, ale posłusznie  zdjęli pokrowiec z fotela kierowcy. Ale Marta stwierdziła, że  wszystkie trzeba  zdjąć i zobaczyć w jakim  stanie są wszystkie  fotele. Na  szczęście dla  sprzedającego oryginalne pokrycia  foteli były w nienagannym  stanie. Marta  "przymierzyła" się do kierownicy i nim  się obaj zorientowali włączyła  silnik i pomalutku objechała  placyk przed garażem. Gdy zatrzymała  się koło nich wybuchnęła śmiechem, bo obaj mieli dość głupie miny.

 Wysiadając powiedziała - w ten  sposób ukradziono już kilka  samochodów w trakcie  sprzedaży, ale gdy o  tym czytałam to wątpiłam w tę możliwość. Ale jak  widać  jest  to możliwe. Obejrzyjcie mu opony, bo ja to się  na tym nie znam. A właścicielce warto powiedzieć, żeby zawsze  zaciągała hamulec  nim się wykitłasi z bryczki - to zalecenie pamiętam  z kursu. A drugie też pamiętam - nigdy nie  zabieraj do swego samochodu obcych ludzi na  drodze. A ile  ci ludzie  chcą za ten samochodzik razem z tymi zakudlonymi pokrowcami  i wycieraczkami na podłodze? Bo ja nie chcę ani tych gumowych utytłanych sierścią i psim żarciem dywaników i tych pokrowców. Niech je  łaskawie odliczą od  ceny. I poproszę o oryginalne  lusterko wsteczne, bo to nie jest oryginalne tylko zmienione. Nie lubię takich  lusterek pomniejszających widok tego co jest  za mną.  A tak poza tym to miły  samochodzik, taki w  sam  raz do jazdy po mieście.

To znaczy, że chcesz go mieć?- upewnił się Wojtek.  No jasne, pasuje  mi, tylko kupię sobie   ciemne pokrowce na  siedzenia. Oooo- jeszcze  trzeba obejrzeć  bagażnik czy czysty i nie obdrapany przez  psa- obaj panowie zrobili wielkie oczy, bo stan  bagażnika jakoś ich nie  zainteresował. Artur uśmiechnął  się i powiedział - nie ma  szans by ich pies mógł jeździć w bagażniku - oni mają berneńskiego psa, to wielkie psisko, ale ogromnie łagodne. I bardzo ciężkie.

W bagażniku był pojemnik z różnymi narzędziami, komplet różnej wielkości  toreb na  zakupy i wyraźnie psi kocyk- oczywiście też pełen sierści. Marta tylko wymownie wskazała  palcem na zawartość bagażnika i powiedziała - z tych narzędzi to poproszę  tylko te firmowe fiatowskie, czyli podnośnik, a resztę to mi tata  skompletuje. I na podpisanie umowy kupna - sprzedaży to umówmy się na sobotę lub niedzielę, bo ja w tygodniu to raczej nie mam czasu bo późno wracam z wykładów. A może ja dam po prostu Wojtkowi upoważnienie notarialne do załatwienia tych wszystkich formalności. I byłoby szalenie  miło, gdybym nie  musiała w tym celu poznawać miejsca  zamieszkania tych ludzi. Pomyślę o tym spokojnie   w domu, bo może upoważnię tatę a nie Wojtka. 

Nie ma problemu - stwierdził Artur- bo właścicielem samochodu jest  mąż a nie żona, a on codziennie przecież jest w Warszawie, a tak prywatnie to mój daleki kuzyn, taka "dziesiąta woda po kisielu" jak mówią  czasem ludzie. Usiłowaliśmy  kiedyś ustalić  stopień pokrewieństwa, ale było to dla nas  zbyt trudne. Ale obaj od  dziecka  wiemy, że jesteśmy rodziną - i starczy. Ale wiecie  co? - ja nie  widzę sensu by doszkalać panią w jazdach - przejedzie pani kilka  razy tę trasę w weekend i będzie wszystko w porządku - stwierdził Artur. No ale ja wolałbym jednak, żeby wpierw  trochę poćwiczyła pod okiem fachowca - upierał  się Wojtek. Bo idzie  zima, będą coraz  gorsze pogody.

No fakt, może będą, może nie,  ale po prostu będzie  wyjeżdżała wtedy z  domu wcześniej i  szybciej zmienicie opony na  zimowe. Te to są całoroczne, ale faktycznie, będzie lepiej by tej  zimy pani jeździła na  zimówkach. A gdy będzie  gołoledź to po prostu nie  wsiądzie tego  dnia do samochodu. A tak naprawdę to gdy  kierowca jest świrem to mu żadne opony  nie zagwarantują bezpieczeństwa.  

Ty mi powiedz Wojtek gdzie ty taką super żonę znalazłeś? - zapytał się Artur. Wojtek zaśmiał  się- a co, znudził ci  się kawalerski stan? Wiesz, ja jej wcale nie  szukałem, jesteśmy parą jeszcze z czasów szkoły podstawowej, razem odkrywaliśmy różnice w anatomii, uczyliśmy się całowania i mieliśmy też czas rozdzielenia, bo przez  cztery lata  mieszkaliśmy w różnych krajach. Ale już po podstawówce byłem pewny, że to będzie  moja żona. Mam wrażenie, że jesteśmy jednym organizmem. Jedyna różnica  zdań to ostatnio dotyczyła kwestii posiadania dwóch samochodów. Ale w końcu dała się przekonać. Ona chwilami sama siebie nie  docenia. Nie dociera  do niej, że ona mając mnóstwo kobiecości w sobie ma tok myślenia bardziej  typowy dla faceta. Może to dlatego, że wychowywał ją ojciec. A to naprawdę super człowiek - ja to go kocham sto razy bardziej niż własnego ojca. Rodzice Marty rozeszli się gdy miała  12 lat i wtedy na  sprawie Marta  wybrała ojca jako swego opiekuna. Najszczęśliwszy byłbym gdybyśmy wszyscy razem mieszkali w jednym olbrzymim  mieszkaniu. Niedawno się ożenił i oni oboje  są dla mnie cudownymi rodzicami, choć nie  da  się ukryć, że jestem w  wieku, w którym można się spokojnie obejść bez  rodziców. A moi nadal oboje żyją ale jakoś za nimi nie tęsknię. I dobrze, że nie mają  zamiaru wrócić do Polski. Po prostu tata Martuni jest szalenie dobrym człowiekiem, co nie oznacza, że nie jest wymagający. Na  szczęście  mieszkamy bardzo blisko siebie, rozdzieleni długością jednego bloku. 

A  co do spisania umowy kupna-sprzedaży to może w takim  razie ja  z kuzynem wpadnę do was i oczywiście z samochodem. Dziś wieczorem on będzie u  mnie, więc może nawet dziś wieczorem byśmy sfinalizowali tę sprawę i jutro lub pojutrze moglibyście sprawę przepuścić przez Urząd Komunikacji. Najgorzej to tam jest w poniedziałki i wtorki, po niedzielnych giełdach samochodowych.  Artur- a ty nie masz tam przypadkiem jakiejś znajomej panienki? - spytał Wojtek. Artur  westchnął - no mam. Muszę mieć w kilku różnych urzędach tego typu jakieś miłe panienki. I dlatego pewnie jakoś nie pasuje  mi stan małżeński, bo która żona  zniosłaby fakt, że raz na jakiś czas muszę zaliczyć kilka kaw i randek. Wojtek roześmiał się - no to się poświęć dla mnie. Ale uprzedzam - mamy w  domu psa.  Dużego?- zapytał się Artur?  Nie, na tyle  nieduży, że  się układa  wygodnie na kolanach Martuni. A że  cię nie zna to pewnie zaszyje  się w  swojej budce. Ale jeżeli będzie na  rękach Marty to może ugryźć gdy  się do niego rękę wyciągnie -tylko rodzice i ja mogą go dotknąć gdy jest u niej na rękach. Bo ona odbiera to jako akt agresji wobec Martuni.  Przyplątała  się do nas na plaży, gdy byliśmy w Sopocie. Całą naszą niedużą rodzinę kocha, ale Martę to chyba ubóstwia.  Pazurki to może obcinać tylko Marta, ząbki myć też tylko Marcie pozwala, ale szczotkować to mi się pozwala. Gdy się do nas przyplątała to był obraz nędzy i rozpaczy - jakiś łajdak ją wyrzucił w okolicach plaży w Sopocie. Wzięliśmy ją do weta i jak określił nie miała jeszcze  roku. Zapewne dlatego ją wyrzucili bo jest efektem "mezaliansu"- york i miniaturowy sznaucer. Ale nam się podoba i to nam nie przeszkadza. Jest wymiarowo jak normalny york.  A przylepa z niej niesamowita! Gdy nas  nie ma  w domu siedzi u mojej teściowej w pracy, a teściowie urządzili tam dla niej super azyl. Ma tam takie  samo wyposażenie jak u nas w mieszkaniu. A i tak Martę kocha  najbardziej. 

Tych, co wyrzucają psy z domu to ja bym skazywał na  prace ręczne w kamieniołomach - stwierdził Artur. Tylko że teraz nikt już nie wykuwa ręcznie kamieni w kamieniołomach - zauważyła Marta. No i  szkoda - powinno być w kraju kilka takich  miejsc- stwierdził z przekonaniem Artur. Przez jakiś czas jeździłem do pracy autobusem z nowego osiedla - tłok, że nawet oddychać było trudno i zawsze koło Dworca Południowego mijał nas autokar wiozący więźniów do pracy- wszyscy mieli miejsca  siedzące a w autobusie  miejskim od  razu było słychać głosy oburzenia, że przestępcy są wożeni do pracy w lepszych  warunkach niż ludzie którzy nie  są przestępcami. I szczerze mówiąc to też tak uważam.  Na  całym świecie kwestia więzień i pracy więźniów jest  chyba źle rozwiązana. I tak większość z nich po odsiedzeniu kary i tak znów wyląduje za kratkami. A na co społeczeństwu taki element. Może przestępcy mają jakieś odstępstwa genetyczne i kto wie czy nie jest taka skłonność genetycznie uwarunkowana - zastanawiał się Artur.

Marta zaczęła  się śmiać- no kiedyś to ich z Anglii zsyłano do Australii i nie  zawsze była to kara  za najcięższe przestępstwa - po prostu chciano  się pozbyć problemu. Teraz to już tylko chyba zostaje tajga syberyjska i zrywka drewna. Tylko gdyby tak tam wysyłać wszystkich skazanych na długoletnie  więzienie to szybko by tajga była ogołocona  z drzew. Słyszałam w telewizorni, że polskie więzienia  są przepełnione i więźniowie mają bardzo złe  warunki bytowania. Mam wrażenie, że jest  sporo osób, które  nawet wiedząc o  tym, że więzienie nie ma  nic  wspólnego ze spokojnym życiem to i tak popełnią jakieś przestępstwo, za które trafią  do więzienia. Może to faktycznie jest jakieś uwarunkowanie genetyczne  albo kwestia jakichś niewłaściwych reakcji chemicznych  w mózgu. Może kiedyś ktoś na to wpadnie i będzie wykonywana lobotomia "zapobiegawcza".

                                                                       c.d.n.



piątek, 13 października 2023

Córeczka tatusia - 26

 Badanie kontrolne  stanu funkcjonowania żył teściowej  Marty wykazało, że może pojechać do Tajlandii w grudniu, ale oczywiście zabronione jest  długotrwałe przebywanie  w pozycji siedzącej, musi używać specjalnych rajstop uciskowych, nie powinna również przebywać długo na słońcu, ma  wykonywać  dwa razy dziennie ćwiczenia, no i oczywiście żadnego dźwigania, może pływać. Matka Wojtka była bardzo uradowana tym, że może  jechać na ten urlop, ojciec nieco mniej zachwycony, bo jak powiedział Wojtkowi "co to za frajda jeżeli trzeba bez przerwy na  coś uważać". Ale został "przegłosowany" , bo ich przyjaciele  zapewnili oboje, że w takim  razie  na miejscu zamiast pieszych wycieczek zorganizują bez trudu wycieczki małymi , prywatnymi "jednostkami  turystycznymi". Wojtek tylko pocieszył ojca, że on to w pełni go  rozumie, no ale on też wie, że gdy się jego mama na coś "napali" to nie ma lekko, bo "mama to  z tych, że gdy  sobie  coś wbije  do głowy to i po trupach  dojdzie  do celu".  Początkowo Marta  miała  zamiar porozmawiać z teściową na temat tej wyprawy, ale po namyśle zrezygnowała z tego zamiaru i powiedziała  do Wojtka, że jednak nie porozmawia bo to co ona wie na temat żylaków to wiedza "szczątkowa", bo chociaż to zagadnienie jest w tematach  medycyny estetycznej, ale ona nie jest flebologiem, więc to co powie nie będzie dla teściowej miało żadnego znaczenia, zwłaszcza, że teściowa nadal w głębi duszy uważała, że kosmetolog a kosmetyczka to jedno i  to samo.

Patrycja razem z tatą zorganizowali dla Misi "azyl"  na zapleczu kwiaciarni - miała tam nieomal swój pokój, w którym było drugie posłanie z budą, miała swoje miseczki na wodę i jedzenie i swoje zabawki a wszystko to ogrodzone sztachetkami, by nie  mogła w niekontrolowany sposób dostać  się na teren dla klientów. Marta była pod  wrażeniem, bo wszystko było dziełem taty i Patrycji.  Gdy obejrzeli z Wojtkiem to wszystko Marta powiedziała- mam wrażenie, że nie jedno  dziecko w tym  mieście  ma gorzej niż będzie miała u Pati nasza psinka. Gdybym się urodziła  u nich, to miałabym "jedwabne  dzieciństwo". Misia bardzo szybko przywykła do faktu, że ma teraz  trzy domy i  w każdym kogoś kogo kocha i kto ją kocha. Wojtek był teraz  całymi dniami poza domem, rano "podrzucał" Martę na jej uczelnię, potem albo pisał w domu albo był na uczelni. Umówił się z promotorem, że obrona będzie  dopiero w styczniu lub na  samym początku lutego. Kolejna  zmiana planów dotyczyła Sylwestra - do Marty dotarło, że w sylwestrową noc mogą być odpalane  fajerwerki i Misia może  być zszokowana hałasem, więc  nie powinna być wtedy sama w domu. Co prawda weterynarz mówił, że może jej przepisać  jakiś bezpieczny weterynaryjny "przymulacz", ale lepiej by był jednak ktoś  z psiną w domu. W związku z tym wyprawa  na Sylwestra poszła  w niebyt.  Teściowie oboje  byli nieco  zdziwieni decyzją Marty i Wojtka, że oni to po prostu zostaną "ze psem" w domu, ale i Marta i Wojtek nie  widzieli w  tym nic  dziwnego. Pati i tata też nie widzieli w  tym czegoś dziwnego.

Na uczelni, fakt że Marta wydała  się w czasie  wakacji za mąż był niemal sensacją, bo Marta  nigdy nie opowiadała o tym, że się z kimś spotyka, a gdy Wojtek kilka  razy odbierał ją z uczelni to mało która z koleżanek to widziała. Poza tym Marta  nigdy nie  zwierzała  się koleżankom ze  swego życia poza  uczelnią. Marta nadal zastanawiała  się nad  tym czy poprzestać na licencjacie  czy może jednak od razu robić magisterium. Rozmawiała nawet o  tym z "doradcą zawodowym" z ramienia firmy, której uczelnia była "własnością". Firma, która opiekowała  się uczelnią była dość dobrze zorientowana w temacie co która studentka sobą przedstawia.  A Marta,  zdaniem wykładowców, była bardzo zdolną i pracowitą studentką i byłoby dobrze by od razu nastawiała  się na magisterium, bo ma "potencjał". No ale niech  sobie  spokojnie  przeanalizuje  wszystko to czego się  dowiedziała, a po zakończeniu tego semestru znów będą rozmawiać. Bo zdaniem "ciała pedagogicznego" szkoda by Marta poprzestała na stopniu licencjata.  

W domu Marta stwierdziła, że "jak była głupia  w temacie tak samo jest nadal głupia" i nic się jej nie rozjaśniło w  głowie. Jedno jest pewne - będzie startowała  do pracy w laboratorium kosmetycznym,  a nie w świadczeniu usług kosmetycznych.

Kochanie moje- powiedział Wojtek - zaakceptuję  wszystko co wybierzesz, ale pod jednym  warunkiem - że mnie nie porzucisz. I wcale nie będę zgorszony lub rozczarowany jeżeli,  gdy będziemy mieli dziecko, zajmiesz  się głównie hodowaniem   dziecka a nie pracą  zawodową.  Bo wychowanie  dziecka, opieka nad nim to wcale nie jest takie proste i oczywiste jak się niektórym ludziom  wydaje. Chcę by nasze  wspólne życie  dało ci maksimum radości, byś nie  musiała  i pracować  zawodowo i wychowywać dziecko. 

Myślę, że pomysł, byś podjęła pracę w laboratorium kosmetycznym na pewno by cię zadowolił. A kwestia czy masz robić II stopień czy poprzestać na licencjacie - to zostawimy do twojej decyzji - mamy zabezpieczenie finansowe, możesz spokojnie jeszcze  studiować, koszty twego studiowania są nieomal zerowe, bo to bezpłatne, zwykłe  stacjonarne  studia.  I wiesz- jestem dumny, że twoi wykładowcy uważają, że powinnaś nie poprzestać na licencjacie.  I myślę, że byłoby dobrze, gdybyśmy jednak kupili dla ciebie jakiś  samochodzik małolitrażowy. Możemy kupić nawet  używany. Mam kolegę, który nam pomoże w wyborze - od czasów licealnych grzebie się w  samochodach, więc pomoże nam w wyborze używanego samochodu.  Przepatrzymy gdzie w okolicy uczelni masz jakiś strzeżony parking, weźmiesz trochę lekcji jazdy i będzie ci wygodniej niż jeździć miejską komunikacją  w tłoku.  Tata też tak myśli. Teraz, gdy już ci  się zaczęły zajęcia ja  się zajmę gotowaniem. Na szczęście oboje lubimy to samo. A zakupy będziemy robili raz w tygodniu, razem i zawsze zaplanujemy co w danym  tygodniu będzie  gotowane.  Jeśli nie będę  czegoś  wiedział w kwestii kulinariów to  mam do pomocy internet, w którym  aż się roi od przepisów i ponadto zawsze mi może coś rozjaśnić w głowie moja, kochająca cię ogromnie, moja teściowa.

Za dwa tygodnie promotor przeczyta całość mojej pracy, jeśli będzie jego zdaniem wszystko jak należy to dam do przepisania i oprawy. Dołączę też opinie od użytkowników tego projektu, bo to nie jest praca czysto teoretyczna, ale coś co funkcjonuje. I za co nawet dostałem pieniądze, ale o tym promotor  nie musi oficjalnie  wiedzieć. Jesteś tym, co mnie  spotkało w życiu najlepszego i - tylko  się  nie śmiej- o tym to już wiedziałem w ostatniej klasie podstawówki. 

Podsłuchałem kiedyś przypadkiem rozmowę rodziców na  nasz temat gdy już byliśmy w Grazu. Była dla mnie  dość  dziwna - mama ubolewała, że ja  nie mam w Grazu żadnej bliskiej koleżanki, że spotykam  się tylko z kolegami i że to mało normalne. A tata jej wtedy powiedział, że przecież  ja  się przyjaźniłem w Polsce z tobą, więc raczej nie jestem spod innej orientacji i że może  szkoda, że mama nie  została w Polsce ze mną aż do chwili uzyskania przeze mnie  matury. I wtedy się niechcący  dowiedziałem, że po  tym, co mój ojciec wyczyniał w Polsce to ona nie  wyobraża  sobie by mogli mieszkać oddzielnie  i by się to nie  skończyło rozwodem. Ojciec ją przekonywał, że po prostu ponosi ją  zbyt wybujała  fantazja, że pójście do kina w  towarzystwie  koleżanki z pracy nie jest dowodem zdrady, a poza tym to on przecież sam jej o tym powiedział i to był czysty przypadek - koleżanka miała wolny jeden z dwóch biletów kupionych w przedsprzedaży,  bo jej facet nie  wrócił na  czas do Warszawy z  zagranicznej delegacji, więc jemu  zaproponowała ten niespodziewany wypad  do kina - mało tego - ona mu proponowała  dwa bilety, myśląc, że mama jest w  Warszawie i  ona  dopiero wtedy dowiedziała  się, że on aktualnie jest  sam, bo mama ze mną jest  u swojej  rodziny poza Warszawą. Ojciec zarzucał wtedy mamie, że  ma  zbyt niską samoocenę a ten jej brak  zaufania do niego bardzo go boli. 

Od tamtej pory Wojtek bacznie przyglądał  się obojgu  i dość łatwo  zauważył, że oni nie mają  do siebie wzajemnie  zaufania, że właściwie nie bardzo wiadomo na jakiej  zasadzie  są razem i doszedł do  wniosku, że są razem bo w wielu punktach bycie w tym związku było korzystniejsze niż rozwód. No a jak się tak im bardzo dokładnie przyglądał to przy okazji przypadkiem wpadł na trop, że matka  ma własną firmę  kosmetyczną, w której wspólniczka mamy jest tylko dlatego wspólniczką, że posiada odpowiednie dokumenty by posiadać własną firmę. I podejrzewa, że gdy  tylko Marta zakończy swoje  studia jego matka wyciągnie   swoje  macki w  stronę Marty by ona została jej wspólniczką, bo dotarło do matki świadomości, że kosmetolog z tytułem magistra  może myśleć o własnym zakładzie  kosmetycznym lub tak  zwanej odnowy biologicznej. 

Marta uśmiechnęła  się - przykro mi, ale się twoja rodzicielka  szalenie na mnie  zawiedzie - nie ma  w moim przypadku takiej opcji. Nie  słyszałam by któraś z tak młodych dziewczyn, zaraz po tych studiach otworzyła  własny salon kosmetyczny- owszem czasem, gdy są to majętne   z domu panienki mogą wejść do spółki z osobą  ze sporą praktyką, która  już prowadzi jakiś biznes. Działania w korygowaniu urody to bardzo śliskie poletko do  działania.  I nie  da  się ukryć że wiele rzeczy nie  skoryguje  się za żadne pieniądze, a  wszyscy klienci są przekonani, że wszystko można zrobić, tylko akurat ta  klinika zatrudnia kiepskich ludzi. Jeśli masz jakiś zabieg, który wymaga  by pacjentka przez  jakiś  czas po  zabiegu  czegoś  nie  robiła lub żeby jakąś czynność  wykonywała  co godzinę od  chwili wyjścia  z  gabinetu aż do  godziny 23,00, to musisz  się liczyć  z tym, że pacjentka zrobi tylko to co będzie  sama chciała  czy też uważała  za słuszne. A potem, gdy efekt jest  zerowy to pisze na ciebie  donos, że twoje  działania nie  tylko jej nie pomogły ale i przyniosły szkodę na  zdrowiu i wyglądzie i żąda odszkodowania. Współczesne  życie jest  zdominowane przez  chemię i jest cała masa przeróżnych  alergii na środki czystości oraz na przeróżne kosmetyki a nawet na  zapachy bez kontaktu ze  skórą.  Pierwsze pytanie do klientki to jest pytanie na co ma  alergię lub co tylko niezbyt  dobrze toleruje. Nie ma  testerów na wszystkie  produkty z którymi mamy kontakt, nie jesteśmy w  stanie tego przetestować i nawet najsolidniej przeprowadzony wywiad nie  wykaże wszystkiego.

Wiesz kochanie, ja po takim zabiegu, który   miała twoja  mama, to bym siedziała grzecznie w  domu i nigdzie nie pojechała, do Tajlandii zwłaszcza. Skupiłabym  się  głównie na  tym co powinnam  jeść, jakie wykonywać  ćwiczenia a nie leciała  w drugi koniec świata z zimna w upał i na dobrą  sprawę w nie bardzo wiadome warunki. Bo nie zawsze to co sprzedawca usługi nazywa komfortem jest nim faktycznie.

My z tatą już raz  się nabraliśmy- rzecz dotyczyła Turcji. W prospekcie hotel się prezentował "godnie", basen przed  hotelem, nad basenem stoliki z parasolami, krzesełka, napoje, do plaży 200 metrów,  na plaży rozstawione  foteliki, wyżywienie trzy razy dziennie w ogrodzie hotelowym.  Rzeczywistość zaczęła skrzeczeć już pierwszego dnia - pokoje dwuosobowe były tylko od podwórka, na którym królował kontener zapchany  po brzegi śmieciami a to co się nie  mieściło leżało obok. Oczywiście  zaraz powstała "dokumentacja".  Basen był mały, nie miał nawet 25 metrów długości. Do morza  rzeczywiście  było te 200 metrów- do przejścia  dwie szerokie jezdnie, ruch  nieregulowany, samochody miały pierwszeństwo.

Plaża - "dzika plaża", zero komfortu. Lunch nie  wchodził w  cenę pobytu, wybór zerowy,  jadalny był tylko kurczak pieczony. Kolacje były rzeczywiście serwowane w otoczonym krzakami ogrodzie. Do centrum miejscowości, gdzie był McDonald  było około 4 kilometry, więc naszym głównym  kolacyjnym pożywieniem były frytki w Mc Donaldzie, bo czasami to co serwowali strach  było jeść. Miejscowość dopiero  się cywilizowała i właściwie  była placem budowy. Od frontu  wszystkie  hotele wyglądały całkiem przyzwoicie i wszystkie miały takie  samo obskurne zaplecze  jak nasz hotel. Była proponowana jedna  wycieczka 2 dniowa do Kapadocji, ale tata nie chciał, podobnie odpuściliśmy  sobie wycieczkę w góry "jeepami po bezdrożach". Mało było osób chętnych a ci co byli - wrócili pół  żywi ze  zmęczenia. I dlatego ja  nie mam nigdy ochoty na wyjazdy z polskimi biurami podróży. Rainbows Tours to jeszcze jakoś trzyma poziom, ale reszta to pożal  się Boże. A Orbisu już nie ma- padł. Koleżanka  była z TUI i z  ITAKĄ  i była  zadowolona - warunki zakwaterowania dobre,  w zamian za pieniądze  dawali to wszystko co obiecywali. Bardzo  możliwe, że twoi rodzice dobrze  trafią w tej Tajlandii. Znam takich, co pojechali do Meksyku - niestety ani razu  nie plażowali bo przypływ wyrzucił na brzeg plaż jakieś morskie trawy czy też wodorosty, co w tym terminie, w którym tam byli ponoć jest  normą. A im właśnie o plażowanie  "biegało" bo byli z małolatami. Na miejscu twoich rodziców to bym pojechała w Dolomity, tam są takie  fajne, rozległe doliny i ładne  widoki, już sam pobyt w takim ładnym miejscu leczy. Tam i latem jest pięknie i  zimą. I jest gdzie  spokojnie podreptać i dobre powietrze  - po prostu  dobre  warunki do regeneracji.

                                                                                c.d.n.

 

środa, 11 października 2023

Córeczka tatusia - 25

 Odnośnie wspólnych świąt Marta porozmawiała najpierw z Pati. Okazało się, że Pati też  planowała by święta  spędzili razem z "Wojtkami" i rodzicami  Wojtka, ale jeszcze  nie  rozmawiała na ten temat, bo przecież  dopiero za kilka  dni zacznie  się październik. Marta tłumaczyła  swój "pośpiech" tym, że woli jako pierwsza wyjść z propozycją, bo nie chce się jej  jechać  zimą do Grazu, bo ona na ogół  w grudniu to już musi się szykować  do sesji - to raz -  dwa mają wszak w domu zwierzątko  a wygodniej jest zimą nie  podróżować  ze  zwierzątkiem, zwłaszcza , że jechaliby raczej pociągiem, więc byłoby nieco problemu z piesem. Powiedziała też, że zamarzył się jej Sylwester w Operze, co prawda nie  będzie takiej  gali jak we Wiedniu, czyli nie będą wszyscy "goście" w eleganckich strojach spacerować i krążyć po sali w rytmie  walca, ale na pewno będzie jakaś dobrze  wystawiona opera i w antrakcie będzie  można wychylić kieliszek szampana (głównie panie, po panowie wszak będą "szoferować") a potem , po spektaklu spokojniutko wrócić do domu. Samo  Boże Narodzenie, czyli wigilia i obiady świąteczne oczywiście będą w domu. W  tym  czasie teściowie  mogą  mieszkać u  nich - jeśli jeszcze  sypiają w jednym pokoju to oni mogą im odstąpić  swoją sypialnię, ale nie będzie też problemu gdy sypiają w  różnych pokojach. Jakby nie  było są cztery pokoje i właściwie w każdym pokoju jest jakiś mebel do spania, bo wszystkie  sofy są z funkcją  spania. Tylko w gabinecie Wojtka jest pojedyncza sofa, ale jak już "wpróbowali" nadaje  się do również  do spania we dwoje  plus pieseczek. Co prawda pieseczek spał głównie na brzuchu Marty, bo straszny przytulasek  jest z Misi, taki z gatunku, że im bliżej kochanego człowieka tym fajniej.  Stosunek Pati  do "podchoinkowych"  prezentów był niemal identyczny jak Marty - żadnych niespodzianek, prezenty mają być wcześniej omówione. I jeśli będzie wcześniej  wiadomo, że ten wieczór  sylwestrowy jest sprawą realną to on będzie  właśnie prezentem podchoinkowym dla  wszystkich od Wojtka i Marty.

No ale przecież mogą twoi teściowie mieszkać w mieszkaniu Wojtka - zauważyła Pati. Nie mogą - bo to już nie jest mieszkanie Wojtka, on je wynajmuje- wyjaśniła  Marta. A tak naprawdę to on je sprzedał własnemu ojcu, ale matka o tym nie wie - ojciec jej powiedział, że Wojtek je wynajmuje komuś. Pewnie  za jakiś czas je sprzeda i  zysk zachowa dla siebie. Wiesz Pati - jego rodzice  to dziwna para - ona ma tu w Polsce biznes, który skrzętnie jest ukryty przez jej własnym, ślubnym  mężem i oczywiście  przed Wojtkiem też, on kupił od  własnego syna  mieszkanie i wciska jej ciemnotę, że Wojtek je  wynajmuje komuś.  Wojtek tylko wzruszył ramionami i na razie siedzi  cicho bo jeszcze przecież nie pracuje, ale gdy zacznie pracować to pewnie stosunki rodzicielsko- synowskie bardzo się zmienią. Wojtek to mi  wszystko mówi, omawiamy ze sobą każdą, z przeproszeniem "pierdółkę", szalenie  dużo  ze sobą rozmawiamy. No ale my się z Wojtkiem kochamy jeszcze od  szkoły podstawowej. Mieliśmy cztery lata rozstania, bo oni wyemigrowali do Austrii, ale  wszystko jednak przetrwaliśmy. Nasi ojcowie mieli jakieś wspólne  sprawy  o czym na początku to nawet nie wiedzieliśmy. A ja Wojtkowi tak strasznie  zawsze  zazdrościłam matki, a ona  zawsze mnie przytulała i mówiła  mi same  miłe rzeczy. Nadal mi mówi same miłe rzeczy, zresztą ty mi też  zawsze mówisz same  miłe  rzeczy. Ależ ja ci tylko mówię to na  co zasługujesz- odpowiedziała  Pati.

Wiesz, jestem pewna, że ci co porzucili Misię to przywieźli ją samochodem. Bo ona na początku  trzęsła  się ze strachu w samochodzie- bo na  samym początku woziliśmy ją do weterynarza  bez obróżki i smyczy- na rękach  siedziała spokojnie, ale samochód budził jej niepokój. No ale  gdy  kupiliśmy jej szeleczki i miała  je zapięte a do tego była smycz to się uspokoiła. A ona tak grzeczniutko tupta na  smyczy - idzie blisko nogi i ani nie  ciągnie  ani nie szarpie. I szalenie lubi przytulać  się do naszych bosych stóp. Śmiejemy  się,  że  Misia  może służyć za termofor. Wojtek mówi, że przecież było na plaży sporo innych osób,  a ona wybrała nas. Ja to twierdzę, że wybrała  nas, bo akurat odeszliśmy kawałek dalej od strzeżonej plaży i byliśmy jedynymi osobami w  zasięgu jej wzroku.  A była przeraźliwie  chuda- Wojtek zafundował  jej całkiem  spory kotlet z mielonej ryby i ona  wsunęła  go bez najmniejszego problemu. Myślę, że ktoś, kto porzuca pieska to zapewne tak samo porzuciłby bez zająknięcia się dziecko.

Misia, która do tej pory  siedziała obok Marty podniosła  się, obejrzała na Martę i ruszyła w stronę  drzwi wejściowych. Oooo, pewnie chce wyjść na  spacer- wydedukowała Pati. Nie, gdyby  chciała  wyjść, to wpierw podreptała by do drzwi balkonowych i popatrzyła  czy  schodki  na trawnik  są suche  czy mokre.  To raczej przyjechał jej ukochany pan. Nie wiem jak ona  to robi, ale  zawsze wie kiedy on przejeżdża przez podwórko na parking. A dziwi mnie to dlatego, bo siedzimy teraz nie od strony podwórka tylko tego pseudo ogródka.

W niecałe 10 minut później do mieszkania wszedł Wojtek i zaraz  po przekroczeniu progu Misia znalazła  się u niego na  rękach i lizała go w  szyję i ucho. Wojtek posadził Misię na kolanach Marty, przywitał  się z Pati, potem ucałował Martę i poszedł do łazienki. A co piękne  panie knują?- zapytał gdy  wrócił.  Spiskujemy w kwestii świątecznej - wyjaśniła Marta- po prostu najlepiej będzie gdy święta będą w Warszawie, u nas. I zaraz  jutro zatelefonuję  do twojej mamy i  zaproszę ich na święta do nas.  Bo nie  chcę byśmy jechali  zimą do Austrii samochodem a pociągiem z Misią to też kłopot.  Salonki już nie kursują a oddzielny przedział też nam  niestety  nie przysługuje. Nasi rodzice też nie przepadają  za podróżowaniem zimą samochodem. Omawiałyśmy kwestię prezentów i mama, podobnie jak ja też nie jest  zwolenniczką niespodzianek- po prostu każde z nas napisze na kartce ze swoim imieniem  co chciałby dostać - trzy pozycje, do wyboru. Ceny  wszyscy znamy i myślę, że górna granica  nie może przekroczyć 80 zł. To nie mają być jakieś upominki-inwestycje. Z tym, że musisz to wytłumaczyć,  swoim rodzicom, oni mogą po prostu przywieźć coś związanego z Austrią - ja to bym się nie obraziła np. za kozi  lub owczy ser. Mają kapitalne  sery, których tu wcale nie ma- np.z regionu Waldviertel-  wędzony,  owczy chili i truflowy i Granibeisser- śródziemnomorski.  A skąd ty je  znasz- zdziwił się Wojtek - ze serowarskiego sklepu, którego już nie ma- padł bo miał za wysokie  ceny- poinformowała go Marta. A ceny  miał za wysokie bo przy niższych to nikt by nie kupił polskich serów. Taka jest prawda.  Nie  miałem pojęcia, że taki sklep był w Warszawie . No bo o jedzeniu to zawsze jakoś mało rozmawialiśmy - podsumowała  Marta.

No był, ale  dość krótko. Ale one i tak były tanie  w porównaniu z innymi serami importowanymi włoskimi lub francuskimi. Ja rozumiem, że 25 zł za kulkę sera wielkości piłeczki tenisowej to sporo, no ale tego się nie je "na okrągło" i na kilogramy- to taka kulinarna wisienka na deser po dobrym obiedzie. Zjadasz  z tej kulki plasterek i wystarczy.  A wiesz, że ty masz świetny pomysł z tymi serami- poparła Martę Pati.

Pati zerknęła na  zegarek - chyba już  muszę skierować  się  w  stronę domu, tata  za chwilę  wróci. A bardzo nie lubi wracać do pustego  mieszkania. Tak, to prawda- potwierdziła  Marta- to chyba uraz  z czasów  pierwszego związku. Odprowadzimy cię i przy okazji wyprowadzimy Misię - powiedział Wojtek. A ty nie powinieneś  wpierw zjeść obiadu?- spytała Pati. Nie, bo jadłem  lunch przed  wyjściem  z domu. Ja jeszcze nie pracuję i dużo  czasu spędzam w domu, więc Martunia pilnuje  bym przypadkiem nie spadł na wadze z pół kilograma.

Gdy wyszli na podwórku tata właśnie zmierzał do ich klatki schodowej. No właśnie- powiedział- tak podejrzewałem, że cię zastanę u Martuni - bo wykręciłem domowy numer i nie odebrałaś. Przeszli razem pod dom, w którym  mieszkali rodzice, Pati obiecała Marcie, że "sprawozda" tacie o  czym dyskutowały, Marta z Wojtkiem i psinką poszli jeszcze na nieduży spacer, Misia poczytała na trawnikach psią prasę i wrócili do domu.

Wieczorem Wojtek zatelefonował do rodziców, mówiąc, że w tym roku Boże Narodzenie jest w Warszawie. To fajnie-usłyszał-  ale my nie przyjedziemy, bo jedziemy, a raczej lecimy na Boże Narodzenie i Sylwestra do Tajlandii. Chcemy  się wygrzać na słońcu i potaplać w  ciepłej  wodzie. Lecimy do prowincji Krabi razem ze znajomymi, którzy rok w  rok bywają w grudniu w Tajlandii. To tak trochę i dlatego, że  tego roku to stuknie nam 25 rocznica  ślubu. 

No to gratulacje z tej okazji i sprawdźcie dokładnie  jak tam jest to może i my polecimy tam  za rok. Tylko będziecie musieli po powrocie  dobrze na  siebie uważać, bo wrócicie z upału do  nawet ujemnych temperatur - stwierdził.  No właśnie - tego to  się trochę obawiam - stwierdził ojciec. Wiesz- na razie wiem, że lecimy,  ale przed wylotem mama musi mieć kontrolę tych swoich żylaków- mamy nadzieję, że jednak będzie  wolno. W przyszłym tygodniu ma kolejną kontrolę - na razie  wszystko jest dobrze. Jeśli nie będziemy  mogli lecieć na tę Tajlandię to może wy polecicie  zamiast nas?  

Tato, litości, jak na razie to ja wpierw  muszę zrobić magisterkę - Tajlandia to nie archipelag wysp któremu grozi zatonięcie. Poza tym i ja i Martunia lubimy ciepło, ale niekoniecznie aż 30 stopni ciepła. A Martunia to na pewno  nie poleci  zimą do Tajlandii bo przecież jeszcze  studiuje. A ja  bez niej nigdzie na pewno nie wyjadę. I życzę wam obojgu, żeby okazało  się, że dla maminych nóg ta temperatura Tajlandii zimą nie jest za wysoka.  A jak mama po tej operacji? No wiesz, to nie  była operacja tylko zamykanie pewnych odcinków żył przy pomocy wysokiej temperatury- oczywiście w  znieczuleniu. No i mama na dodatek jest na diecie odchudzającej, bo ma nadwagę. No i nie jest w związku  z tym w  dobrym  humorze, bo musi odstawić słodycze.  No to współczuję mamie, bo mama lubi łasuchować. Ty mnie  współczuj a nie mamie - odkąd ma te ograniczenia dietetyczne to jest zła niczym  szerszeń. No dobrze- to mogę wam obojgu  współczuć. Tata, ale daj znać po kontroli czy lecicie  na Tajlandię czy może pociągiem do Warszawy? Sypialnym  chyba  może jechać, a ja was z dworca odbiorę samochodem. Mieszkalibyście u nas, Marta powiedziała, że możecie być albo w naszej  sypialni ale może też każde z was spać oddzielnie. Są przecież cztery pokoje. No dobrze, na razie poczekamy na wynik  tych badań. To ucałuj od nas Martusię.

Wojtek  sprawozdał Marcie  całą sytuację a Marta powiedziała- to ja jutro zatelefonuję do twojej mamy i przepytam ją na okoliczność tych żylaków - to dość nowoczesna technika, ale bardzo ważne jest żeby jak najbardziej obniżyć wagę, sporo chodzić, mało  siedzieć i stale wykonywać pewne  zalecone  ćwiczenia. Ja to pierwszy raz słyszę, że mama ma żylaki - stwierdził Wojtek. Mama stale chodzi w spodniach tak jak i ty, więc nie widać żadnych żylaków. A czasami w damskim garniturze.  

To się  nazywa spodnium - pouczyła męża Marta. Chodzenie  w spodniach to wielka  wygoda - ja to już zapomniałam jak to się chodzi w sukience - stwierdziła  Marta. Latem ma się cieniutkie spodnie, zimą pod  spodniami można  mieć cieplutkie  rajstopy - sama wygoda. Tak prawdę mówiąc to w ślubnej sukience  czułam się tak jakbym była goła, aż się przez moment zastanowiłam, czy aby na pewno mam na  sobie majtki. Czułam się w sukience bardziej  goła niż w bikini na plaży. A miałam przecież na  sobie i majtki i rajstopy, żeby  sobie  stóp nie poocierać na bosaka. Bo do obcierania sobie stóp w różnych butach to jestem pierwsza. Ile  razy włożyłam jakiekolwiek pantofle latem na bose  stopy to zaraz  miałam na drugi dzień całe  stopy w plastrach. Widziałeś nad  morzem - nawet na ten kawałek z plaży do domu zakładałam skarpetki. 

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 9 października 2023

Córeczka tatusia -24

 Gdy teść już  wyszedł Marta  zapytała  się Wojtka, czy gdy mieszkał  z  rodzicami to też tak  się wciąż "ścierał" z ojcem.  Przecież ja się z nim  nie kłócę, mamy po prostu zupełnie  różne poglądy na życie  a poza  tym do ojca  nie  dotarło, że już nie jestem dzieckiem, które musi się go  słuchać bo nie ma innego wyjścia.  Im obojgu wciąż  się  wydaje, że mogą decydować o  tym co ma mi się podobać  a co nie  i że mogą mi narzucić swój punkt  widzenia. To że mam mieszankę ich genów nie oznacza  wcale, że tak samo jak oni mam patrzeć na to wszystko co mnie otacza. Na  szczęście  w jednym, najważniejszym  dla  mnie punkcie  się zgadzamy, a tym punktem to jesteś ty. Mam wrażenie, że gdyby ciebie nie lubili nie zawahali by się usunąć  cię z mojego pola  widzenia.  Mama to pewnie by tolerowała  każdą, która w jej mniemaniu dbałaby o  mnie, poza tym ona  zawsze marzyła o posiadaniu córki. A ojcu się podobasz jako kobieta i  ceni w tobie  to, że można  z tobą o  wszystkim porozmawiać- bo on lubi inteligentne kobiety.

Marta  roześmiała  się - twoi rodzice  zawsze mnie  czymś zaskakują- bo ja  nie mam przed tobą żadnych tajemnic. Może dlatego, że znamy  się niemal  "od  zawsze" i oboje robiliśmy to co było zakazane w naszym wieku. Wtedy zazdrościłam ci mamy, bo twoja cię kochała, a ja  dla mojej byłam tylko swego rodzaju gwoździem w bucie.  Twoja ciebie i mnie przytulała. A moja to pewnie  by mnie nawet nie rozpoznała  w tłumie innych dziewczynek. A gdy zaczęła romansować i regularnie  znikać  z domu to ja byłam z tego powodu  zadowolona i nie mówiłam tacie, że gdy on jest w delegacji to zawsze po  szkole jestem w domu sama bo ona gdzieś  wychodzi.  Ale, jak to mówią, kłamstwo ma  żywot krótki i  kiedyś tata wrócił  dzień  wcześniej z delegacji - ja byłam sama w domu, tata mnie  nieco podpuścił swoimi pytaniami i wygadałam  się, że ja  zawsze wracam do pustego mieszkania po szkole, czyli chodzę  z kluczem na  szyi w sytuacji gdy moja matka nie pracuje zawodowo, bo zdaniem taty to dopiero po szkole podstawowej dziecko mogłoby wracać  do pustego mieszkania. 

Nie było z tej okazji żadnej awantury, ale w dwa albo trzy tygodnie później tata mi powiedział, że moja mama się wyprowadza i że będziemy mieszkali bez niej i że wezmą rozwód i że mam sobie przemyśleć czy chcę z nią mieszkać  czy z nim. I że on uszanuje każdą moją decyzję. Matka nie  spodziewała  się, że ja powiem w sądzie, że chcę zostać z tatą i że powtórzę w  sądzie  to wszystko co od niej wysłuchiwałam. I tata wtedy zmienił pracę żeby tak często nie wyjeżdżać. Nie  chciał od  niej alimentów - po prostu chciał mieć  z nią jak najmniejszy kontakt.  Adwokat namawiał go, żeby pozbawił ją praw rodzicielskich, ale to przedłużyłoby sprawę, a tata chciał by to wszystko szybko  się zakończyło i  jak najmniej mnie dotknęło. I wtedy w  sądzie po raz ostatni i on i ja ją widzieliśmy.  

Kiedyś się  zapytałam taty, czy kontaktował się z matki rodziną, ale powiedział, że  tylko raz się spotkał ze  swoją teściową  gdy ja  się urodziłam i wtedy "dostałam" te nasze obrączki. A on nigdy nie był u rodziny  mojej matki, bo jak powiedział to moja matka była  "w pewnym  sensie usunięta  ze swojej rodziny" i to jeszcze nim ją poznał.  Raz  w życiu miałam jakiś dziwny przypływ ciekawości i zastanawiałam  się czy by nie odszukać tak zwanych  korzeni, ale po głębszym namyśle  stwierdziłam, że  zapewne lepiej nie rozdrapywać dawno przyschniętych ran i do niczego nie jest mi potrzebna wiadomość czy gdzieś jest moja matka która nigdy mnie  nie chciała i jaka była i jest jej rodzina.

Nawet kiedyś powiedziałam o tym tacie i on stwierdził, że dla niego byłam oczekiwanym choć jeszcze nie planowanym  dzieckiem i pokochał mnie nim  mnie zobaczył. I że być może charakter i cała psychika mojej matki kształtowały się w dość nienormalnych  warunkach, bo jej rodzina to byli repatrianci z dzisiejszej Białorusi i być może czas wojny, potem wygnania i tułaczki, zamieszkanie po wojnie na Ziemiach Zachodnich,  trudności powojenne, świadomość, że dom rodzinny i ziemia przepadły - może to wszystko razem wzięte  zaowocowało tym, że więzy rodzinne zanikły, młodzi już  nie  wierzyli w trwałość rodziny. Siebie też winił, bo często był poza  domem, nie  skojarzył, że jego nieobecność i mniejsze zaangażowanie w samo małżeństwo zaowocują  zdradą. Był przekonany, że każda matka kocha  swe  dziecko i stara  się dbać o  nie jak najlepiej. 

Gdy mi powiedziałeś, że mnie  kochasz i że chcesz byśmy się pobrali przestraszyłam  się, bo pomyślałam, że może matczyne  geny się u  mnie ujawnią i unieszczęśliwię ciebie, siebie i z czasem  dziecko. A potem  sobie uzmysłowiłam, że gdy mieliśmy po 14 lat też mi mówiłeś, że mnie kochasz i że  chyba  nie  mam za wiele z mojej matki bo wiem, czuję  to, że możemy  stworzyć dobrą  rodzinę i na pewno będę  kochała nasze  dziecko, bez  względu na jego płeć. Tata  zawsze  mówi, że geny to tylko połowa tego co sobą przedstawiamy, że szalenie  ważne jest co wyniesiemy  z domu, jak nas  wychowano. I myślę, że może byłoby całkiem fajnie, gdyby twoi rodzice zjechali na święta do Warszawy i poszlibyśmy w trzy pary do opery - chyba masz tam nadal chody. Popatrz jak fajnie- jedno małżeństwo z długim  stażem, my staż certyfikowany to mamy niedługi, ale dość długo jesteśmy razem i takie świeżynki w  związku jak Pati i tata.  Świeżynki , ale po przejściach. 

Myślisz o Sylwestrze  w  Operze?- spytał  Wojtek. No właśnie - zamiast prezentów pod choinkę, bo wymyślanie prezentów pod  choinkę przyprawia  mnie o ból głowy. Noo,   pomyślę o  tym, złapię tylko tego chłopa, którego mama tam pracowała - mam nadzieję, że nadal tam urzęduje, miała niezłe tak  zwane "boki". Jeśli pójdziemy do Opery w  Sylwestra to włożę długą, czarną, aksamitną suknię z  dekoltem na plecach - o ile jeszcze  się w niej mieszczę, bo kupiłam  ją na bal maturalny na który nie poszłam - Marta rzuciła "przynętę".  

Dlaczego nie poszłaś? - spytał Wojtek.  Bo napisałeś, że nie będziesz  w tym czasie w Warszawie. Ale ty nie napisałaś, że to chodzi o to, żebym poszedł z tobą na bal a ja wtedy się awanturowałem w  domu w kwestii studiów i w końcu wyjechałem na egzamin i dziwnym trafem go zdałem i zacząłem, tak jak planowałem,  studia w Warszawie. Według mnie i prowadzonego przeze mnie badania palpacyjnego to nie zmieniłaś zbytnio  wymiarów. 

A ten  dekolt na plecach - Wojtek zaczął drążyć temat- to jest  duży? Nooo, może raczej on jest długi i wąski, tak mi ciut za talię sięga, ze trzy centymetry. Za to wielce  nobliwa kiecka  z przodu- zero dekoltu, długie rękawy, wąskie z "pęknięciem" na  całej długości, czyli możesz komuś łokieć pokazać, rękawy wykończone  w  szpic nachodzą na  dłonie- nie nadaje się by mnie ktoś całował w rękę. Na końcu szpica jest pętelka, w którą wchodzi środkowy palec, na pętelce jest czarna perełka. Czyli będę cię całował w wewnętrzną stronę dłoni stwierdził Wojtek . Ty - tak, innym  wara! I słusznie, czyli wiesz  co to znaczy w tajemnym  kodzie męsko-damskim  zauważył Wojtek. Najlepsze , że ja to wiem jeszcze od szczenięcych lat, gdy  się czytało różne  romansidła. Najbardziej lubiłam  sceny gdy kobiecisko mdlało jeszcze nim  do czegoś  doszło a potem  się otrzepywało z kurzu  niczym kura gdy ją kogut przeleci. Krążył po klasie taki filmik i wszyscy go oglądali - na początku z wielkim przejęciem a potem krążył celem rozbawienia. W naszej klasie królowało powiedzonko: "no nie mów, bo zemdleję z wrażenia i będę  się musiała otrzepywać!" 

To miałaś wesołą klasę- stwierdził Wojtek. No ale nie była nawet w połowie tak wesoła jak ostatnia klasa w naszej podstawówce - zapewniła go Marta. Nigdy nie urwaliśmy  się całą klasą do kina, nikt nie ciskał w  czasie  filmu obślinionymi miętówkami z balkonu na widzów na parterze, nikt nie uciekał z lekcji przez okno toalety na parterze i nikt nie  zdewastował śmierdzących materacy na  sali gimnastycznej. I nikt  nie  zawiesił całej klasy za złe  zachowanie i połamanie kilku krzeseł. Pamiętasz  chyba jak to było.

Za to mieliśmy w I licealnej mnóstwo śmiechu gdy dwóch  kolesi rzucało w  siebie pomidorami i były wyświnione ściany i potem nasi rodzice klnąc musieli odmalowywać ściany  w klasie.  Przez te cztery lata klasa jakby schamiała.  Było ze trzech drugorocznych, jeden mawiał, że jakoś dotrwa do ukończenia 16 lat,  a potem to  wszak obowiązek  szkolny już zanikał. Dyrekcja  też z utęsknieniem czekała by ukończył te 16 lat, żeby go wyrzucić ze  szkoły. Nie lubiłam tej szkoły.  Za to były tam fajne pracownie, fizyczna i  chemiczna. W biologicznej nie  wolno było wyciągać preparatów z szaf by je oglądać pod mikroskopem,  za to był puszczany  film jak to  wygląda. No i chłopcy  już popalali w toalecie, więc wciąż  były jakieś awantury.  

A jeden debilowaty tatuniek przywiózł swojemu pierworodnemu  coś jakby  kindżał,  a że debilizm jest dziedziczny to gówniarz przytargał go do  szkoły, a to jest broń obosieczna, łatwo kogoś nawet niechcący  skaleczyć.  I gdy mu chciano go zabrać (pan od WF był taki odważny) chłopak wskoczył na parapet, otworzył okno i groził że wyskoczy z tego drugiego piętra. Dobrze, że któryś z kolegów pobiegł do sekretariatu i wezwano policję i durnocie zaraz odechciało się skakania gdy zobaczył nyskę  policyjną. Zaraz po policji dojechał jego tatulek i razem ze smarkaczem pojechali na komendę. I to był jego ostatni  dzień w tej  szkole.  Nie  wykluczam, że  właśnie o  to mu szło. Nie da się ukryć, że kolegów to miałam koszmarnych. 

Niektóre z dziewczyn to były całkiem fajne choć też paliły i to niekoniecznie zwykłe papierosy. Ja to miałam przechlapane, bo nie chodziłam  na  żadne prywatki i w pewnym  sensie byłam poza nawiasem. Nie piłam, nie ćpałam, nie łaziłam  z  chłopakami, a jeśli wagarowałam to sama.  Raz spotkałam na wagarach Tadka Ł. z naszej ostatniej klasy i poszliśmy do....Muzeum Techniki bo była fajna wystawa modelarzy, a on był w MDK na  modelarstwie lotniczym. Co prawda najwięcej  było modeli przeróżnych  statków, parowców i klasycznych  starych  żaglowców.  Podobno wykonanie  takiego o długości 75 cm może pochłonąć nawet rok.  Oglądałam i  czułam, że szczękę  mam coraz  niżej. To trzeba  mieć nie tylko anielską  cierpliwość i zręczne  ręce ale trzeba szalenie dużo wiedzieć o tym statku lub samolocie którego model dłubiesz. On poszedł do jakiegoś Technikum za którym nie przepadał. Nie pamiętam do jakiego. Ale  strasznie narzekał, że ciężko mu idzie bo "na  warsztatach" coś musiał toczyć, frezować i  coś tam jeszcze, ale najgorsze było to, że potem trzeba było wszystko sprzątać. A to były straszne  brudy.

Z tatą  miałam umowę, że nie  częściej będę  się urywać  ze szkoły niż 2 razy w  miesiącu. I tata zawsze mi pisał usprawiedliwienie.  Ale nigdy nie  wagarowałam  z powodu jakiejś klasówki. Mnie po prostu często  strasznie  się nudziło w szkole. Tata zawsze mówił w  szkole, że jestem bardzo delikatnego  zdrowia i często choruję. Trochę było w  tym prawdy bo miałam ropne migdały, ale byłam do nich bardzo przywiązana i nie  chciałam dać ich  wyciąć. A jak ostatnio byłam u laryngologa to zajrzał mi w  dziób i powiedział- tu już są tylko dziury po migdałach - ropne  dziury. Tego się już nie  da wyciąć. I brałam  antybiotyk - dość  długo. Na razie mam spokój.

Bardzo szanuję twojego tatę za ten jego realizm życiowy - powiedział Wojtek. Dobrze, że mieszkamy tak blisko  siebie i fajnie  byłoby mieszkać w tym samym  budynku. Cały czas mam nadzieję, że to się kiedyś uda. Pomyślałem, że może udałoby  się nam jakoś tak pokombinować by może udało się nam te dwa nasze mieszkania na Ursynowie zamienić na dwa w jednym bloku. Muszę przejrzeć rejestr swoich różnych  znajomych, bo przydałby się ktoś z kierownictwa - jakiś prezes. Bo tu będzie  szło o zamianę a nie o przyznanie mieszkania poza kolejnością. Jedno mnie tylko wstrzymuje  - stąd masz lepszy dojazd  na swoją uczelnię.  

Wiesz, tu mamy cztery pokoje, tam będą  tylko trzy - zauważyła  Marta. Poczekajmy jeszcze  trochę. Pati ma tu pracę i tu jest wszystko już zagospodarowane. Bo przecież tak na  zdrowy rozum tu mamy do nich naprawdę bliziutko. Zaczekajmy spokojnie  aż obronisz i rozejrzysz  się za pracą. Dla mnie najważniejsze, że my jesteśmy razem i że mnie kochasz. A reszta - zawsze się jakoś ułoży. Kocham cię ogromnie - zapewnił ją Wojtek. I dla mnie też najważniejsze, że jesteśmy razem. Zobacz, chyba  psisko się  budzi. Ona się tak zabawnie przeciąga, zawsze mam  wrażenie, że za moment przetrze  oczy łapką. Fajna jest. Chyba trzeba z nią pójść na spacerek. A ty słyszałeś jak ona  czasami ziewa? Bardzo często ziewa głośno- wydaje  z siebie taki śmieszny pisk. Bo ona w ogóle jest dość śmiesznym  zwierzątkiem - stwierdziła Marta.  

Misia wstała, jeszcze  raz  się przeciągnęła i podreptała do drzwi balkonowych. Ona chyba sprawdza jaka jest pogoda. Bardzo często gdy widzi mokry balkon to szybciutko wraca do swego posłanka, bardzo nie lubi chodzić po deszczu, nawet w  swoim płaszczyku. Zaraz  wróci  spod drzwi i stanie przed nami hipnotyzując nas  spojrzeniem, bo balkon jest  suchy. Założymy jej polarowy kabacik, ona  go bardzo lubi, bo jest leciutki i jednocześnie miękki i ciepły.

                                                                                  c.d.n.

Córeczka tatusia -23

 Zgodnie z sugestią Wojtka, Pati i tata zrobili sobie   wspólne  zdjęcie będąc  w Polanicy i wysłali je do Austrii, w ramach "pozdrowień z podróży poślubnej."  Oczywiście Marta i Wojtek codziennie  rozmawiali z "nowożeńcami", którzy  byli bardzo zadowoleni z pobytu, bo,  jak doniosła  Pati, to nie  dość, że karmią zdrowo i smacznie  to codziennie wieczorem jest jakaś pogadanka  "zdrowotna" dotycząca  jak się odżywiać i co robić by jak  najdłużej żyć  w dobrym zdrowiu. Poza tym pozapisywali  się na  wszelkie możliwe  wycieczki, na które są wożeni autokarem i są to wycieczki nie męczące. Polanica im się bardzo podoba i nie jest  wykluczone, że  jeszcze nie jeden  raz spędzą  tu urlop. Oczywiście  najlepiej poza  typowym urlopowym  sezonem.

Tuż przed powrotem "nowożeńców", ośrodek w którym przebywała ciocia Helenka zawiadomił ojca Wojtka, że niestety jego siostra zakończyła  swą wędrówkę po świecie  doczesnym.  Odeszła  bez dodatkowych cierpień. Do Warszawy następnego dnia ojciec przyjechał sam, bo jak powiedział Wojtkowi mama jest aktualnie po zabiegu likwidującym  żylaki, więc nie nadaje  się do podróży, bowiem  dla niej w tej chwili wskazane jest albo leżenie  albo  chodzenie, siedzenie lub stanie  stanowczo jest zabronione. Najprędzej, jeśli wszystko nadal będzie dobrze mogłaby wyruszyć w drogę pociągiem sypialnym.  W domu została  z nią jej bliska przyjaciółka. Marta i Wojtek pojechali z ojcem  do ośrodka,  w którym zmarła  ciocia Helena, ojciec zadecydował  by jej  wszystkie  rzeczy osobiste rozdać potrzebującym. Zdecydował o kremacji zwłok, dzięki  czemu urna mogła być dodana do grobu rodzinnego na  Cmentarzu Bródnowskim.

Ponieważ rodzina  była już bardzo nieliczna pogrzeb był skromny. Przy okazji ojciec powiedział Wojtkowi i Marcie, że gdy on umrze to też mają go poddać kremacji i też "dołożyć" do tego samego grobowca. I taką dyspozycję zostawi też swej żonie. I jest mu obojętne gdzie ona będzie pochowana. Wojtek popatrzył na ojca tak, jakby właśnie  zobaczył jakiś  dziwny okaz flory lub  fauny  ale wydusił z siebie tylko jedno słowo - rozumiem.  To dobrze, że rozumiesz - podsumował ojciec.  

Gdy Marta zapytała  się teścia w którym pokoju , poza ich sypialnią, chce  się rozgościć, ten  stwierdził, że przecież ma tu swoje mieszkanie.  Rzeczywiście  - zupełnie o tym zapomniałam - stwierdziła Marta z uśmiechem.  Teść Marty pobył z nimi jeszcze z godzinę, po czym  się pożegnał, mówiąc, że następnego  dnia ma spotkania  służbowe i wieczorem wraca do Austrii. A może weźmiesz sobie od nas  coś na kolację - zaproponował Wojtek. Nie, nie chce  mi się  zajmować jedzeniem, wyskoczę sobie  do którejś z restauracji, bo pewnie się spotkam jeszcze ze znajomym. A najlepiej prowadzi  się  rozmowy w miłej restauracji. Poprzytulał i wyściskał Martę, cmoknął ją w policzek, powiedział, by pomyśleli nad  przyjazdem do Austrii z okazji Bożego Narodzenia, poklepał syna po ramieniu mówiąc, że świetnie  wygląda....i wyszedł.

Marcie nieco  szczęka opadła, Wojtek też  miał niewyraźną minę a  Misia, która z chwilą przyjścia obcej osoby "prysnęła" do sypialni wyszła z sypialni by sprawdzić kto wyszedł z mieszkania. Uradowana, że oboje "jej ludzie" są w  domu wprosiła  się na kolana Wojtka. 

Domyślam się z kim mój stary ma jutro rano  randkę -jestem pewny, że z notariuszem, bo u niego jest akt notarialny sporządzony kiedyś przez Helenkę, która dostała od rodziców jakieś "grunta podwarszawskie"- powiedział Wojtek. Kiedyś mi ciocia mówiła, że przepisze  wszystko na mnie, ale nie przypominam  sobie  by coś poza jej mieszkaniem było zapisane na mnie. Ale jeśli cioteczka przepisała coś na  mnie w tajemnicy przed  swym  braciszkiem to jutro przed południem ojciec nas nawiedzi. No i się bardzo zdziwi, bo ja mam jutro około 10,00 randkę z moim promotorem - jadę  do niego do Instytutu i nie będzie  mnie  długo w domu, a ty nie wiesz przecież gdzie ja z nim będę. I na mur - beton nie odbiorę od ojca telefonu. A ode mnie odbierzesz?- spytała Marta. To  chyba tak jasne  jak słońce na niebie że nie  odbiorę - nie odbieram telefonów gdy rozmawiam z kimś tak  ważnym jak mój promotor. Ty, jeśli będzie  coś arcy ważnego, po prostu do mnie napiszesz. Dobrze, że rodzice  wracają pojutrze. Czy zauważyłaś jak łatwo mi przychodzi mówić o Pati i twoim tacie  "rodzice"? Zauważyłam- oni  Cię kochają, choć nie ma  tu więzów krwi - stwierdziła Marta.

Następny dzień upłynął bez żadnych niespodzianek, no może poza telefonem od matki Wojtka, która nie  mogła  się dodzwonić do swego męża i zatelefonowała do Marty. Marta jej wyjaśniła, że Wojtek to ma  spotkanie ze  swoim promotorem a teść mówił, że ma przed południem jakieś spotkanie służbowe. A ty biedulko siedzisz sama - stwierdziła teściowa. Nie, nie  sama, z pieskiem.  To wy macie psa? - zdumiała  się teściowa - mamy sunię, mieszankę yorka i miniaturowego sznaucera, przyplątała  się do nas gdy byliśmy nad morzem wyjaśniła Marta.  I zaraz wysłała teściowej fotkę suni na rękach Wojtka. Teściowa  była sunią zachwycona, mówiąc  że śliczna no i że dobrze, że to nie jakiś brytan. Poza tym pochwaliła  pomysł Marty i Wojtka  by wysłać nowożeńców do sanatorium, skoro tata ma kłopoty  zdrowotne. I że zdjęcie Pati i taty ze  sanatorium jest naprawdę bardzo ładne i że, jej zdaniem, ta para jest  dobrana.

Marta "porozpływała" się od razu nad osobą Pati, która jest niesamowicie dobrą, wrażliwą osobą. Teściowa zaprosiła  Martę z pieskiem i Wojtkiem na Boże Narodzenie do Austrii. Marta stwierdziła, że nie  wie  jak to będzie, bo przecież ona jeszcze  studiuje, za kilka  dni już wraca na studia  i już teraz  wie, że będzie miała mnóstwo nauki i sporo egzaminów do zdawania  w  sesji zimowej. No racja, zupełnie mi wyleciało z głowy, że ty jeszcze przecież studiujesz - sumitowała  się teściowa.

Ze spotkania  z promotorem Wojtek wrócił  zadowolony. Marta opowiedziała mu o rozmowie z jego mamą i że przesłała do   niej  jego zdjęcie  z Misią i że zdaniem  jego mamy Misia jest ładnym pieskiem i że zostali  zaproszeni na Boże Narodzenie do Austrii, ale powiedziała teściowej, że nie ma pojęcia co będzie ze świętami, bo przecież ona ma jeszcze od  października zajęcia  na uczelni.  Po południu zatelefonował ojciec  Wojtka, mówiąc, że jeśli nie mają nic przeciwko, to on  przeczeka u nich do chwili przyjazdu po niego taksówki z kolegą, który dziś wraca z Warszawy do Austrii. Taksówka  będzie o 19,00. Dobrze, to spokojnie  zjesz  z nami obiad o godzinie 17,00 - powiedział Wojtek, a mówiąc  to  minę  miał taką, że Marta wyszła  z pokoju, żeby  się swobodnie  wyśmiać. Biedna Misia przeżywała  wyraźnie  rozterkę - biec  za panią czy wprosić  się na kolana pana. Ten drugi wariant jednak zwyciężył. Psinka była  wyraźnie ciepłolubna, a Wojtek gdy brał ją  w domu na ręce to  wkładał ją   sobie za połę swej starej zamszowej kamizelki, której dół był wykończony paskiem zapinanym na klamrę, więc  gdy  wstawał Misi nie groziło wypadnięcie i wystarczało lekkie przytrzymanie jej dłonią. Marta  stwierdziła, że jeszcze  trochę, a  ze swojego starego małego plecaka zrobi  nosidełko dla Misi, tylko podszyje plecak od  wewnątrz flanelą, żeby odizolować psinę od ortalionu,  z którego był zrobiony plecak i od strony zewnętrznej wszyje siatkę, by Misia miała dużo powietrza i coś widziała. 

Misia siedząc przytulona do Wojtka bardzo szybko zasnęła i zupełnie  nie  była  zainteresowana ojcem Wojtka. A ojciec powiedział, że dostał w  spadku po siostrze dwie działki na terenach rekreacyjnych, na obu stoją  jakieś prowizoryczne domki - stoją i niszczeją. W końcu października ojciec przyjedzie  do Warszawy by obejrzeć te działki razem z jakimś rzeczoznawcą, jedną  zapisze żonie  a drugą Wojtkowi. To są już ogrodzone działki, stoją na  nich domki typu "dykta, klej,  woda" jako domki letniskowe i warto je  trzymać  jako lokatę. Są niedaleko Warszawy, bo w Nadarzynie.   No a  czemu nie  zapisałeś obu działek mamie?- spytał Wojtek.  Ojciec pokręcił tylko z dezaprobatą głową i zapytał - kpisz  czy o  drogę pytasz?. I tak dostaniesz  dwie działki w  efekcie końcowym, bo mama zaraz  zrobi zapis testamentowy  na ciebie.  Te  działki jeść  nie  wołają, a nie  są działkami stricte  budowlanymi, więc  nie ma obowiązku postawienia na nich w  ciągu dwóch lat budynku  mieszkalnego. A ziemia zawsze jest  w cenie, jeśli  się znajduje w pobliżu dużych  miast, bo miasta  się wciąż rozrastają.

Mamy nadzieję, że przyjedziecie do nas na Boże  Narodzenie - powiedział ojciec. Nie wiem - odpowiedział Wojtek. Nie mam ochoty jechać   zimą samochodem a jak widzisz  mamy psa - w lecie to byśmy może przyjechali, ale  zimą to raczej  nie. Poza tym ja ciągle  jeszcze piszę  swoją pracę a Martunia będzie  miała  sesję. Lepiej byłoby gdybyście wy do nas przyjechali - byłoby to dla nas prostsze organizacyjnie. Mieszkać w trakcie tego pobytu możecie  tu, w  tym mieszkaniu razem z  nami , tata mieszka w  mieszkaniu Pati, a tu jakby nie  było są cztery pokoje. Ale tak zupełnie  uczciwie  do sprawy podchodząc wolałbym najpierw obronić magisterkę a potem  dopiero gdzieś jeździć lub kogoś gościć. Oboje z Martunią nie jesteśmy entuzjastami zimy, to dość marny czas. 

A kiedy skończysz tę swoją pracę magisterską?- dociekał ojciec. Nie wiem, robię pewien projekt, potem muszę gdzieś  go wypróbować w realu, potem wszystko dokładnie opisać, muszę mieć opinię użytkownika, a to wszystko trwa i wolałbym  się  w tym czasie  nie "rozdrabniać" na wyjazdy i święta. Pati i tato zrobią  święta u siebie, do przejścia  będzie ze 200 metrów bo mieszkają blisko nas. Po prostu odpuśćcie  sobie  te święta - tak będzie dla  mnie najlepiej.  Mama będzie nieszczęśliwa - stwierdził ojciec. Bez przesady - nie  widzę tu  jakiegoś powodu by się  czuła nieszczęśliwa-  powinniście  się  raczej  cieszyć, że to już końcówka moich studiów i zrozumieć, że to dla  mnie  ważniejsze niż jakieś  święta.  A masz już zapewnioną jakąś firmę?  Jeszcze  nie, wpierw muszę mieć dobrze  ocenioną swoją pracę, poza tym marzy mi  się firma, w której nie będę  musiał przesiadywać osiem na osiem godzin tylko dlatego , że taki jest regulamin pracy. Na razie priorytetem  jest uzyskanie dyplomu z bardzo dobrą oceną.

To może bym się rozejrzał u nas za jakąś pracą  dla ciebie - spytał się ojciec. Tato, a ty wiesz  czym ja  się zajmuję i co projektuję?  Pracę to ja muszę  sobie sam załatwić, żeby była  zgodna z tym co ja robię najlepiej. Nie wykluczam, że gdy Martunia skończy swoje studia to stąd wyjedziemy. Więc  nie myśl póki  co o pracy dla mnie. Martunia  do magisterium ma jeszcze 6 semestrów - do licencjatu 2. A tak nawiasem- gdybym miał pracować gdzieś poza Polską to wybrałbym Szwajcarię w pierwszej kolejności,  w  drugiej Niemcy a  w trzeciej- Wiedeń.  Ale wcale mi się tak bardzo  nie pali do zmiany kraju.  To spora operacja i wcale nie jest nam tu bardzo źle.

Ale źle to będzie psicy gdy  Martunia zacznie bywać na uczelni - stwierdził  ojciec. Nie, nie będzie źle, bo ja głównie piszę  w domu, a gdy będę  wychodził to Misia będzie u Pati w kwiaciarni. Misia jest do niej już przyzwyczajona, będzie  miała na  zapleczu swoje legowisko.

Marta przeniosła  się do kuchni, gdzie przygotowała dla teścia  dwa nieduże  termosy a w nich  kawę i herbatę oraz ciasto domowe. Zapytała  się z czym mu przygotować kanapki, ale teść stwierdził, że jemu do szczęścia  wystarczy ciasto domowe.

Równo o  godzinie  19,00 przyjechała taksówka, teść  się  serdecznie pożegnał z Martą, nieco  chłodniej z własnym  synem i wyszedł z domu.

                                                        c.d.n.

 


sobota, 7 października 2023

Córeczka tatusia - 22

 Cichy ślub był nie  tylko cichy ale i bajecznie krótki i jak zauważyła Marta o dość wczesnej  godzinie czyli o 10,00 przed południem. Ale pogoda za to  była naprawdę piękna, był ciepły a do tego słoneczny dzień. Niezbyt już młodzi "państwo młodzi"  byli bardzo własną  decyzją i przejęci i wzruszeni.

No to trzeba wprowadzić  nowe pojęcie do słownictwa - stwierdziła  Marta. Skoro jest "obiado-kolacja" to u nas  będzie  "śniadanio-obiad".  Misia was zamęczy z radości - prorokowała Marta. No to zróbmy może tak- zaproponowała Pati- podjadę do domu by wskoczyć  w bardziej uniwersalne ubranie niż ten jasny,beżowy kostium na którym  ślad  zostawia  nawet samo spojrzenie a nie tylko  dotyk i pojedziemy  wszyscy razem gdzieś  w plener by się trochę nacieszyć  pogodą i weźmiemy  ze sobą Misię i potem  wrócimy na obiad. 

Oczywiście, to fajny pomysł, mama się przebierze a Misia do reszty  zgłupieje  z radości, bo na spacerku będzie  się  starała każdemu z nas wejść  pod  nogi- pomyślała Marta. No to się spotykamy za pół godziny na parkingu - zadecydował Wojtek. 

W domu Wojtek  zapytał się Marty czy on też ma mówić do Pati "mamo", a Marta stwierdziła, że to byłoby  logiczne, skoro to jest żona jego teścia no i Marta  mówi  do niej per "mamo". Ale wiesz, chyba nie  zaszkodzi, jeśli się o  to zapytasz Pati. A ten prezent  ślubny to im  wręczymy przed obiadem, w domu, gdy już będziemy z powrotem. Mnie  się wydaje, że tata odkąd  jest z Pati to znacznie  zdrowiej wygląda - bo dieta dietą,  leki też pomagają,  ale spore  znaczenie  ma stan psychiki. Nerwy na pewno pogarszają stan pacjenta przy każdej chorobie. Przejrzałam leki, które ma  zapisane - gdy  skończy je  brać to po czterech tygodniach od zakończenia ich  brania będzie miał kontrolę. Akurat wrócą wtedy z sanatorium. 

Do pospacerowania, z uwagi na  Misię, wybrali Konstancin- niedaleko, spory park z wstępem dla piesków i mnóstwo uliczek. W drodze do Konstancina Misia  była  spacyfikowana na kolanach Marty siedzącej obok Wojtka prowadzącego  samochód. A gdy wysiedli na  miejscu zaraz jej uwagę przykuły...... uganiające  się  po parku wiewiórki, które niestety  nie doceniły  towarzystwa  Misi.  Po raz pierwszy Misia zaczęła ujadać - widać bardzo  ją zdenerwowały wiewiórki biegające poza  jej  zasięgiem. Gdy Misia zaliczyła  już załatwienie swych potrzeb naturalnych Wojtek wziął ją  na ręce i niósł, bo towarzystwo wiewiórek wyraźnie źle  na  nią działało, ale gdy była niesiona na rękach  wiewiórki straciły  nią  zainteresowanie. Ooo, westchnęła Marta - jak to dobrze, że  na naszych drzewach i trawnikach  osiedlowych nie ma  wiewiórek. Może one były nią zainteresowane dlatego, że to taka mała psina? Nie mam pojęcia- stwierdził tata.  Ale fakt, że obie  strony zaczęły nagle świrować. 

 Gdy już skończyli obchód  części Konstancina  i przechodzili w pobliżu naleśnikarni ogromnie  zdziwiła ich całkiem  spora kolejka chętnych do budki z naleśnikami i pełna klientów salka. A Pati  zaśmiała  się - tu stoją pacjenci sanatorium, w którym pobyt ma wyszczuplić kuracjuszy. Moja znajoma, właścicielka sporej nadwagi, trafiła  do tego sanatorium - okazało się, że większość kuracjuszy  dożywia  się w naleśnikarni pożerając naleśniki z dżemem a potem idą na ciacha z kremem do kawiarni. A po zakończeniu turnusu wszyscy mówią, że odchudzanie nic im  nie  dało.  Podobno niektórzy to nawet przybrali na  wadze. Wychodzi na  to, że takie sanatorium powinno stać na jakimś szalonym pustkowiu a najbliższy punkt z jakimkolwiek jedzeniem powinien  być oddalony o wiele kilometrów a na dodatek stać na szczycie jakiejś góry, by nie  było do niego dojazdu. Może  wtedy byłyby jakieś  efekty- śmiała  się Pati. Podobno  niektórzy, już dobrze   zaprawieni w bojach z nadwagą to przyjeżdżają  do takich  sanatoriów z walizą pełną jedzenia, np. z kilkoma  kilogramami kiełbasy suchej myśliwskiej lub kabanosów.  Ja tylko nie  mogę pojąć  po co w ogóle jadą do takiego sanatorium, skoro już  z góry nastawiają  się na  dożywianie poza menu sanatoryjnym- przecież to nonsens - stwierdziła Marta. No wiesz - idziesz do lekarza, bo się szybko męczysz i obwiniasz  za to swe wątłe serce a tu się okazuje, że masz od licha i trochę nadwagi, lekarz  wpierw ci tłumaczy, przepisuje  dietę, a ty nadal nic  nie  zmieniasz w  swym modelu żywieniowym to lekarz  -wypisuje ci skierowanie do  sanatorium, realizacja  skierowania to czasem i kilka  miesięcy oczekiwania a pacjent  w tym czasie nadal je i tyje. 

Znałaś Pati pana Jurka T.? - spytał tata. No jasne,  ale dawno go nie  widziałam. No to go nie  zobaczysz - serce nie wytrzymało jego słodkiego ciężaru a na dodatek  używania wina zamiast kompotu i wódki zamiast herbaty. A jadał same  zdrowe  rzeczy - boczek był zawsze  chudy a wino to dobrej jakości  Tokaj - powiedział tata.  No coś podobnego - zmartwiła  się Pati - to był taki miły człowiek. No fakt, że gdy ostatni raz  go widziałam to zdecydowanie  był szerszy niż dłuższy.  No właśnie - dobrze to ujęłaś - był szerszy niż dłuższy. Też był raz  w takim sanatorium by  schudnąć, ale go z niego wyprosili, bo urządził w  swoim pokoju ucztę. I pani sprzątająca doniosła. Bo jej pewnie  nie  zaprosił - dodała  ze śmiechem Marta. A może wolała jakieś inne jedzenie.

Po powrocie z Konstancina, nim usiedli do obiadu Wojtek wręczył obojgu ich  kwity na dwutygodniowy pobyt w sanatorium w Polanicy  Zdroju. Powiedział, że jest opłacony pobyt i następnego  dnia rano  jest już wyznaczona  wizyta lekarska, dla obojga.  I na pewno nie będzie to turnus odchudzający, ale  wiadomo, że jedzenie  dla taty będzie pod kątem jego dolegliwości. A Pati będzie po prostu okazjonalnie przebadana. Poza tym Polanica  ma  bardzo ładne okolice, jest się dokąd  wybrać. Sanatorium, które im  wybrał to najlepsze sanatorium  holistyczne  w Polsce, łączące medycynę z kuchnią mikrobiotyczną. Jeśli nie  czują  się na  siłach jechać  sami, to Wojtek ich odwiezie a potem po nich przyjedzie. Oczywiście oboje gorąco zaprotestowali, bo wszak oboje są kierowcami i  w ciągu 5 godzin na pewno dojadą. Pojadą przez Łódź, Wrocław, Kłodzko i jeśli utrzymają  cały  czas prędkość 100 km na godzinę to dojadą na miejsce w cztery i pół godziny.  Ale dlaczego wpadliście  na pomysł by nas  umieścić  w sanatorium?- dopytywał się tata. 

Przecież to proste,  odpowiedział Wojtek - tata ma  wrzody żołądka, więc musi być na diecie a w zwykłym domu  wczasowym nie ma żadnej diety. To ja  jutro wpadnę  do swojego lekarza i wezmę od niego "rozpiskę" dotyczącą tego owrzodzenia. I zobaczę, czy nie  da  się tego pobytu wrzucić w zwolnienie lekarskie - oświadczył tata. A od kiedy jest ten pobyt?  Marta  zerknęła na  wykupiony pobyt - za pięć  dni od jutra licząc. Czyli już musicie  się szykować do wyjazdu.  Pati, a mój mąż ma do ciebie  romans - ale to on sam musi z tobą porozmawiać. Tata, chodź ze mną do kuchni, bo mam do odkręcenia wek a skaleczyłam  się nieco w palec. A Wojtek w tym  czasie poflirtuje z Pati.

W kuchni tata obejrzał palec Marty, przemył go jeszcze raz, przyłożył maść propolisową i zabandażował. A czemu nie  dałaś  słoika do odkręcenia  Wojtkowi? - on ma silniejsze palce  niż ty. W końcu mu dałam gdy już się skaleczyłam. Tata, a dlaczego już nie podmuchałeś mi na palec - zawsze mi kiedyś dmuchałeś i wtedy od  razu się  goiło- przypomniała mu Marta.  Tata się zaśmiał - no fakt,  dmuchałem ci na paluszek. Dzieci bardzo cenią  sobie takie  dodatkowe czynności - po prostu  czują  się  wtedy bardziej  zadbane. To tyle  samo pomaga  co pocałowanie rozbitego kolana żeby przestało boleć. To taki chwyt psychologiczny.
Tata, a Wojtek chce tak  samo jak ja  mówić do Pati "mama".  Jak myślisz, Pati pozwoli mu?  Na pewno- zapewnił Martę  tata.  Teściowie  to druga para rodziców. Ty  jego rodziców też tytułujesz mamą i tatą.  Tato, a jak wrócicie, to będę  musiała z tobą porozmawiać na temat moich studiów - bo w trakcie  tego roku muszę podjąć  decyzję  czy robić magisterkę  czy poprzestać na licencjacie.  Zaraz na początku roku akademickiego musisz dać odpowiedź? - spytał tata. No nie, po zakończeniu I semestru. Stwierdziliśmy z  Wojtkiem , że  się rozmnożymy ale wtedy to ja wezmę wpierw  ustawowy macierzyński a potem  wychowawczy, bo nie  chcę  dziecka hodować w  żłobkach albo z jakąś niańką. Więc może po prostu poprzestać na tym licencjacie, po którym i tak  dostanę pracę w tej firmie co się opiekuje naszą uczelnią, ewentualnie  w którymś z gabinetów odnowy  biologicznej. No to masz jeszcze kochanie  trochę  czasu do podjęcia  decyzji- stwierdził tata.  Wojtek też tak mówi. Ja w każdym razie tak czy owak napiszę pracę licencjacką.    Wojtek mówi, że mogę nawet po licencjacie spróbować popracować w odnowie biologicznej i wrócić na  uczelnię by dorobić magisterium. Zaraz  na początku roku postaram  się zdecydować na coś konkretnego. 

W czasie obiadu Patrycja się  śmiała, że wygrała los na loterii zwanej życiem, bo ma  teraz córkę i syna i to bez chodzenia  w ciąży i  rodzenia  w bólu i męce. No i najważniejsze, że ma  męża którego jedynym nałogiem jest czytanie książek. To pewnie nagroda za to, że byłego nie zabiłam tylko się z nim rozeszłam- stwierdziła.

To ostatnie  zdanie  szalenie  rozbawiło Martę, która była  świadkiem jak Pati "przemawiała" kiedyś  do tuszy indyczki, którą szykowała  do upieczenia  w piekarniku - wpierw  było ubolewanie nad faktem, że  biedna  indyczka  została pozbawiona życia a potem zapewnianie, że zostanie tak doprawiona i upieczona, by wszyscy przy  stole  byli nią  zachwyceni. Po obiedzie, gdy panowie zaprowadzali w kuchni "klar" tata powiedział do Wojtka, że następnego  dnia przeleje  na jego konto sumę za te wczasy sanatoryjne, bo przecież Wojtek jeszcze  nie  pracuje, więc  są to pieniądze, które mu ojciec przesyła na  utrzymanie  się. Wojtek, uzyskawszy  wpierw od teścia przyrzeczenie, że nikt poza Martą i Pati nie pozna treści ich rozmowy przyznał  się, że od  drugiego roku studiów  regularnie zarabiał robiąc różne projekty i właśnie  z tych pieniędzy wpłacił  wkład na  mieszkanie na Ursynowie( o czym jego  rodzice  nie  wiedzą) a poza tym ma pieniądze ze sprzedaży  mieszkania swemu ojcu- oczywiście  mniej niż gdyby sprzedał je na wolnym  rynku komuś obcemu,  ale w  zamian  za  zachowanie tajemnicy przed matką ojciec przysyła mu oficjalnie pieniądze  i będzie je przesyłał dopóki Wojtek nie zacznie regularnie  pracować po obronie magisterki. A my z Martunią nie  wydajemy na  żadne głupoty i Marta to co dostaje z wynajmowanego swego mieszkania odkłada  w banku. Więc jakikolwiek zwrot za pobyt w sanatorium absolutnie odpada. Tato- moi rodzice wzajemnie  przed sobą ukrywają swoje dochody -matka  ma prywatną firmę w Polsce o której ojciec nie ma  bladego pojęcia i wszystkie przyjazdy do Polski były głównie po to, żeby sprawdzić jak działa  firma i zgarnąć pieniądze, ale pretekstem  była  zawsze moja osoba. Ta ostatnia wizyta, gdy braliśmy ślub z Martunią to  było właśnie po to, by ojciec kupił ode mnie  to mieszkanie - ale mama wie, że ja je tylko dałem pod  wynajem,  a nie że  sprzedałem je własnemu ojcu.  Mam szczęście, że  oni oboje bardzo kochają Martusię - dla niej każde  z nich oddałoby własną krew.  Aż boję  się wyobrazić  sobie co by było gdyby oni jej  nie lubili.  Ja już  się  nawet nie  zastanawiam po jakie  licho oni są razem - mam wrażenie, że po prostu z przyzwyczajenia i wygody, bo każda zmiana w naszym życiu wymaga wysiłku przystosowywania się do nowej sytuacji. A im  człowiek ma  więcej lat tym mu trudniej dostosowywać się do otoczenia.

No to może szkoda, że nie zawiadomiliśmy  ich o naszym  ślubie - zastanawiał  się na głos  ojciec. Nie ma problemu - wyślecie im swoje wspólne  zdjęcie i zawiadomicie, że wzięliście cichy  ślub, tylko wy i świadkowie (nie  podając danych osobowych  świadków), między wierszami dodacie, że w tej wiośnie życia  nie ma  z czego robić  sensacji - tłumaczył tacie Wojtek. I to moi rodzice znakomicie zrozumieją.

                                                                   c.d.n.