niedziela, 24 marca 2024

Córeczka tatusia - 101

 Andrzej  skorzystał z zaproszenia i po uporządkowaniu i wywietrzeniu  mieszkania  pojechał do domu Marty i Wojtka. Marta z Wojtkiem taktownie nie wypytywali go o sytuację - wiadomo wszak im  było, że "jest krzywo"  i na pewno "prostowanie sytuacji" nie  będzie łatwe. Andrzej przywiózł do nich dwie walizki - obie zawierały ważne dla niego dokumenty i część jego książek. Ojciec Wojtka  wręczył mu klucz od  swojego mieszkania i powiedział- masz tu synku klucz, przewieź tam to wszystko ze swoich  rzeczy co uważasz za ważne i nie powinno dostać  się w niepowołane  ręce. I czuj się tam jak u siebie w domu. Moja propozycja wynika  z faktu, że raz już Lena szukała cię tutaj a tamtego adresu na pewno nie zna i tam nie wtargnie. Mam nadzieję, że masz uporządkowane wszystkie prawa własnościowe i chyba nawet macie rozdzielność majątkową. 

Tak, mamy rozdzielność, bo Lena ma majątek w postaci tej chałupy w Otwocku, bo taki był wymóg jej matki. I to ursynowskie mieszkanie jest moją własnością, podobnie jak samochód i wyposażenie mieszkania typu meble, lodówka, pralka, bo wszystko kupowałem na imienne rachunki, choć wcale nie przewidywałem  jakiejś drastycznej sytuacji. 

Po obiadokolacji,  w czasie której bardzo mało rozmawiali,  Wojtkowy ojciec pojechał z Andrzejem  do swego mieszkania. Przy okazji "wdepnął" do swej sąsiadki przedstawiając jej Andrzeja i mówiąc, że on jest jego kuzynem i będzie przez jakiś  czas tu  mieszkać.  A już myślałam  w pierwszej  chwili, że idzie pan  ze swoim synem - bo właśnie byłam  blisko okna - powiedziała. Ale z bliska to już podobieństwo mniejsze. No bo ja jednak to jestem od   Wojtka  sporo starszy - wyjaśnił Andrzej. Gdy już byli obaj w mieszkaniu ojciec powiedział - ona wiecznie sterczy w oknie, na moje oko to niemal całą dobę. Ona  z tych bab co to żyją zawsze  cudzym życiem. A kiedy zamierzasz poinformować Lenę, że już wróciłeś?

Jutro,  a tu chyba będę dopiero nocować gdy Lena zjedzie do Warszawy. Nie  wiem czy zjedzie  czy może będzie wolała tam jeszcze być - mnie najbardziej  zależało na tym żebym  miał gdzie  zdeponować to wszystko co dla mnie  ważne w sensie dokumentów. Więc na  razie ta pani sąsiadka pewnie będzie mocno niepocieszona. W każdym razie zawsze cię poinformuję, gdy będę tu rezydował lub po coś przyjeżdżał. No ale przecież nie musisz mi  się meldować - tłumaczył mu Wojtkowy ojciec. Ponieważ ostatnio to ja niemal wcale tu nie  bywam, to możesz czuć  się  tu swobodnie. Marta zarobiona po uszy,  co kilka dni "konferuje" z promotorem, z uczelni gna prosto do laboratorium i późno wraca do  domu, więc muszę pilnować by w ogóle coś przyzwoitego  zjadała a nie tylko jogurt z migdałami.  Już nawet  szykuję jej drugie  śniadania.  Ona tak jest teraz zakręcona, że  jakbym jej nie dopilnował  to by nic nie jadła poza tym jogurtem. Wojtek  z kolei dba o dom, żeby było zaopatrzenie we  wszystko co Martusi potrzebne. Co prawda  w każdą sobotę jeździmy razem po zakupy na  cały  tydzień,  ale Marta na tych  zakupach to jest głównie  w  sensie  fizycznym, bo myślami to chyba  cały  czas w laboratorium. No ale  nic dziwnego - gdy on pisał swoją pracę magisterską to i Marta i jej tata  szalenie o niego oboje  dbali. Nas tu wtedy nie  było - jeszcze mieszkaliśmy w Austrii. 

Wiesz, gdy Wojtek w tajemnicy przed nami zdał na Politechnikę i poinformował  nas, że będzie  studiował w Warszawie to byłem wściekły, a z czasem okazało  się, że postąpił najmądrzej jak  tylko mógł- poszedł za głosem  serca i dzięki niemu mam nadal rodzinę a na dodatek cudowną  synową, nadal się przyjaźnię z jej  ojcem i już zupełnie przebolałem fakt, że mnie  żona  zdradziła. Czyli - warto jednak iść  za głosem serca tak jak poszedł Wojtek. 

Za głosem serca - jak echo powtórzył Andrzej. Gdybym  dziś poszedł za głosem serca to zabrałbym dzieci, wynajął dla nich  nianię i zażądał rozwodu. Szczerze mówiąc jak na dziś to jeszcze nie przeprowadziłem uczciwej i dokładnej analizy tego co mi moje  serce mówi - jedno, czego jestem pewien - nie jestem w stanie być dłużej z Leną - nawet nie jestem na nią  zły, mnie poraża jej durnota. Tyle  tylko, że kiedyś mniej mi przeszkadzała a teraz mi bardzo przeszkadza a  myśl o seksie  z nią przyprawia mnie  z lekka o mdłości. Nie  mogę  zostawić chłopców w jej rękach - ona ich zmarnuje. Najwygodniej to byłoby rozejść  się, zostawić jej dzieci i tylko dawać na nie pieniądze. Ale nie mogę tak zmarnować własnych synów - niestety to Marta mi uświadomiła, że to są fajne  dzieciaki i mają potencjał, którego nie powinno się marnować. A Lena tego nie czuje i nie  rozumie. Czy wiesz, że w Londynie młodszy w nocy wywędrował z łóżka w którym spali i podreptał do Marty?  Gdy go szukałem rano to go znalazłem przytulonego do Marty, a ich oboje obejmował Wojtek. Moi obaj uwielbiają Martę bo ona traktuje ich poważnie, z pełnym zrozumieniem chociaż nie ma przecież swoich  dzieci. Dla niej to są zadatki na dorosłych, a dla Leny to takie przytulanki do miziania i całowania. Marta stwierdziła, że owszem, przewiduje   dziecko, ale realnie  myśląc to zapewne tylko jedno, a Lena to by chciała jeszcze jedno a może nawet  dwoje i koniecznie żeby się urodziła dziewczynka bo można by ją tak ślicznie ubierać. No ręce opadają i mózg się lasuje gdy  się coś takiego słyszy. No i czuję  się cały czas jak w potrzasku.  A do Leny zatelefonuję jutro rano. Gdy zajechali na parking koło budynku, w którym mieszkali Marta i Wojtek, Andrzej przesiadł się do swego samochodu i tym samym  zwolnił miejsce dla ojca. 

No i jak twój drugi syn? - spytała teścia Marta. No cóż - ma o czym rozmyślać - ale takie jest życie - zawsze ponosimy jakieś konsekwencje swego postępowania. Teraz pojechał do siebie i ma zamiar tę noc spędzić na rozmyślaniach. I być może jutro  rano zawiadomi Lenę, że już wrócił, ale nie wiem czy powie że wrócił  dziś. Przedstawiłem go pani sąsiadce, która stwierdziła, że z daleka  myślała, że jestem z Wojtkiem - bo jak zawsze była "zupełnie przypadkowo" koło okna.  

Ciekawe od którego roku życia człowiek płci żeńskiej  zaczyna zupełnie przypadkowo bywać koło okna. Ta nad nami też zawsze  akurat przypadkowo stoi koło okna - roześmiała  się Marta. A co do Andrzeja - ma o czym myśleć, bo są dzieci, a ich nie da się  czasowo zamrozić i rozmrozić  gdy się sytuacja w jakiś sposób  wyklaruje. Na razie to on pewno zachodzi w głowę, skąd jego matka wiedziała, że Lena to nie jest dobry materiał na żonę. Ciekawa jestem czy ja, gdy będę  miała dorosłe dziecko też będą wiedziała czy dana osoba będzie odpowiednim materiałem na  męża/żonę dla naszego dziecka. Będziesz wiedziała - zapewnił ją teść- "starzy" zawsze wiedzą. Bo i ona i on zostali chyba jednak inaczej wychowani, choć ona też tak zwanie z "dobrego domu", co prawda pojęcie "dobrego domu" ma różne odcienie. Według jednych  "dobry  dom" to taki, w którym nikt  się codzienne nie upija, dla innych to taki  w którym wszyscy mają co najmniej maturę lub wyższe  studia. W każdym razie żal mi Andrzeja - jakby na to nie  spojrzeć, to ma  chłopak problem, bo są dzieci. Z nieba nie  spadły, były zaplanowane. 

Marta się roześmiała - słyszałam  wersję, z której wynikało, że pierwsze było ciut za wcześnie i była to "wina" jego, a drugie, jak się pochwaliła Lena to ona już  chciała  drugie i zainscenizowała "wpadkę". A ostatnio to Lena jęczała, że byłoby fajnie gdyby jeszcze była córeczka, bo można te  maleńkie dziewuszki tak pięknie ubrać. I było to  gdy widziała Irenkę Ali i Michała.  No fakt, że mała Irunia wyglądała  super w towarzystwie  swoich dwóch braci i widać, że chłopcy są od  małego sterowani, że o dziewczyny w rodzinie  to należy dbać,  a oni to potem "przeniosą" na  całą płeć piękną. Odniosłam  wrażenie, że  poczuła  się "gorsza" bo ma tylko dwoje  dzieci, a Ala ma troje. Tłumaczyłam jej, że oni planowali tylko jedno ale urodziło się dwoje. Lena  ma jeden feler - jeśli ma czegoś mniej to się czuje niedowartościowana - i nie  ważne jest czego ma mniej - nawet mniejsza ilość szczurów w  jej piwnicy by ją dołowała. Ciekawa jestem co mądrego Andrzej wymyśli  i jakoś nie  zazdroszczę mu tego problemu.  A propos problemu - zgubiłam gdzieś smarowidło do zamków w  samochodzie - pewnie zamiast do kieszeni kurtki wsadziłam je obok kieszeni. No to ja ci zaraz nawciskam smarowidła do zamków, do tego od  bagażnika też - stwierdził Wojtek i szybko wymaszerował z pokoju. No ale nie musisz tego teraz robić, wystarczy jak mi któryś z was da rano smarowidełko. Nie znasz  się na tym, lepiej to zrobić teraz, wieczorem. W nocy może być wilgotno, to jeszcze nie wiosna, może nawet być deszcz  ze śniegiem, więc lepiej żeby były zamki zabezpieczone.  Jak uważasz - potulnie  zgodziła  się Marta - tylko weź latarkę, bo latarnia ta blisko naszego bloku się nie świeci.

Andrzej nie dawał  "znaku życia"  przez  następne trzy dni i czwartego dnia, Marta jadąc po wykładach do laboratorium, w którym miała sprawdzić jedną  z próbek stwierdziła, że trzeba do niego zadzwonić, ale chyba go ściągnęła myślami, bo gdy zaparkowała w pobliżu laboratorium odezwał się Andrzej. Wpierw  się zapytał czy  aby jej w czymś nie przeszkadza a potem powiedział - Lena mi się podłożyła. Jutro przed południem idę do adwokata. A gdzie teraz jesteś?- spytała. U siebie w domu i chciałbym się z wami zobaczyć, czyli do was przyjechać.Oczywiście  możesz przyjechać - ja tylko muszę obejrzeć jedną z próbek co zajmie mi kwadrans i zaraz wrócę do domu. Wojtek dziś trochę później wróci, ma jakiś  wykład za Michała, bo u niego dzieciaki chore, czyli horror w domu.  Umówmy  się zatem za pół godziny u mnie w domu. Ojca nie ma, zjesz  ze mną obiad, nie będę musiała jeść w towarzystwie książki. Fajnie,  a ty uważaj  na naczynia laboratoryjne, jeszcze nie jestem w pracy- odpowiedział Andrzej.

Opowieść Andrzeja była "i do śmiechu i do łez". Andrzej nie zawiadomił rano Leny, że już jest w Warszawie - nie dlatego, że o tym zapomniał, ale do łóżka trafił dopiero nad  ranem, bo bardzo pilnie przeglądał w  sieci różne przepisy prawne. Obudził się "świtkiem koło południa", wziął poranny prysznic i gdy wreszcie  zaczął się ubierać usłyszał, że  w drzwiach wejściowych ktoś przekręca klucz  zasuwy a potem wkłada klucz do górnego zamka i wtedy usłyszał głos swej własnej żony, która powiedziała- "cholera, znów zapomniałam zamknąć na ten górny  zamek". Andrzej szybko stanął w takim miejscu,  w którym zasłaniały go otwierane drzwi - do przedpokoju wszedł jakiś "ciuch" płci męskiej a za nim - Lena. I to dopiero ona zobaczyła Andrzeja, który  się właśnie odsunął o krok od ściany. Lena rzuciła w przestrzeń pewne bardzo popularne  acz mocno niecenzuralne słowo i szybko usiłowała wypchnąć swego gościa z mieszkania, ale Andrzej dość brutalnie ją odsunął i przytrzymał, jednocześnie zatrzaskując drzwi wejściowe.  Ty zawsze tak gwałtownie wypychasz  swych facetów z mieszkania? - zapytał.  Może mi jednak przedstawisz swego obecnego faceta?  Teraz on będzie ojcem naszych dzieci? Młodszy od  ciebie sporo- jak widzę. Nie popalicie sobie  dziś tutaj trawki ani sobie nie popieprzycie. Wysuwaj stąd chłopie i to nim ci buziuchnę spreparuję - otworzył drzwi i wypchnął zaskoczonego młodego za  drzwi. Lena stała jak wryta z otwartymi ustami-  ty, ty już wróciłeś? - wyjąkała.  

Andrzej zamknął za nieco zdezorientowanym młodzieńcem drzwi na klucz, który wyciągnął z ręki Leny i schował go do kieszeni. Tak, wróciłem i to kilka dni temu powiedział.  I musiałem  mocno wietrzyć mieszkanie boś  sobie tu urządziła palarnię. Narzekałaś przed moim wyjazdem, że za rzadko się "kochamy" - od dziś to nawet na spanie ze mną w jednym łóżku nie licz, nawet jeśli będziesz miała ujemny WR.  Bo jeszcze dziś zawiozę cię na badania. Brzydzę się tobą. Tę skotłowaną pościel, którą zostawiłaś na naszym łóżku wyrzuciłem do śmieci, więc jej nie  szukaj. Pójdziesz na odwyk, bo nie wiem czy pamiętasz, ale masz pod opieką  dwoje dzieci i  muszę im  zapewnić bezpieczeństwo. I dobrze  się stało, że mam świadka (nie  tylko fotografie) tego jak tu wyglądało w dniu mego przyjazdu. Twoje wejście z tym ciuchem też jest już uwiecznione. I przypomnij  sobie, czy  aby nie  schowałaś tu gdzieś jakiegoś zakazanego towaru, bo zapewne znajdzie go ekipa dochodzeniowa. A teraz pozwól  mi w  spokoju zjeść śniadanie - zjem i pojedziemy z tobą na badanie krwi. Potem być może odwiozę cię do Otwocka. Poza tym powiedz  mi dlaczego ukrywałaś razem z matką i ciotką fakt, że masz schizofrenię a na dodatek, wbrew zaleceniu lekarza zdecydowałaś się na  drugie  dziecko. I powiedz dlaczego ty nie bierzesz stale, codziennie, przepisanego ci leku. Musisz go brać codziennie dopóki będziesz żyła i ty wiedząc o tym olewasz to i  ciągle go odstawiasz, gdy tylko ci jest  trochę lepiej. A - i jeszcze  coś -jeśli chcesz rozwodu- nie ma sprawy - nie będę cię przy sobie zatrzymywał. Możemy się rozejść. Znajdź sobie kogoś innego, kto lubi tak jak ty dżointy, czy też blanty. Marihuana to też narkotyk. Od marihuany każdy ćpun zaczyna. Czy naprawdę masz za mało problemów z powodu swej schizofrenii i musisz sobie ich dowalać paląc trawkę?  A na dodatek robiłaś to przy dzieciach.  Bo o tym, że palisz to mi powiedziały nasze  dzieci.  I możesz przestać płakać, mnie  twoje łzy zupełnie nie  wzruszają. Zrobiłaś  wszystko, żebym przestał cię kochać.

Andrzej spokojnie dokończył śniadanie i zawiózł  Lenę do szpitala swego kolegi, do którego miał zaufanie, że nie wypaple nikomu o całej sprawie. Badanie  krwi dotyczyło WR i obecności narkotyków. Przy okazji zatelefonował do tego kolegi, który miał załatwić  termin w instytucie, a ponieważ pan profesor  był ciągle  zajęty to kolega Andrzeja polecił mu innego lekarza, co prawda bez tytułu profesorskiego, ale  zdaniem tegoż kolegi bardzo dobrego specjalistę i wizyta mogłaby być nawet tego dnia, ale dopiero około godziny 17,00.  Oczywiście byłoby  dobrze, gdyby mieli ze sobą to rozpoznanie - nie istotne, że ono ma już ponad 6 lat.  Andrzej kazał Lenie odszukać w dokumentach tamto rozpoznanie - jęczała, narzekała, godzinę grzebała w swoich różnych  dokumentach,  ale w końcu znalazła.  Andrzej kazał jej  zatelefonować do matki i powiedzieć, że do Otwocka przyjedzie dopiero wieczorem.

Badanie psychiatry potwierdziło poprzednią diagnozę, Lena usłyszała, że musi, jeśli nie  chce wylądować na lata w jakimś szpitalu psychiatrycznym brać ten lek codziennie, niezależnie od tego jak ocenia swoje samopoczucie. I że ten lek nie daje  żadnych niekorzystnych  zmian, bo latami  całymi są te leki ciągle udoskonalane.  Oczywiście Andrzej poruszył też sprawę palenia skrętów z marihuany, więc lekarz i na ten temat z nią rozmawiał. Z kolei Andrzejowi  powiedział, że ona powinna mieć pomoc w prowadzeniu  opieki nad dziećmi, tak będzie lepiej i dla niej i dla dzieci.  No a wieczorem odwiózł ją do Otwocka, wszystko opowiedział matce i ciotce, łącznie  z tym, że dziś był z Leną u psychiatry jak i o tym, że ona paliła marihuanę i niech one pomyślą co dalej z nią będzie, bo on nie  za bardzo wyobraża  sobie by dalej ona była jego żoną. Dzieciakom przywiózł różne  elektroniczne  małe  gry, więc siedziały w innym pokoju całe w  wypiekach i z przejęciem  grały. A na  pożegnanie ponoć młodszy zapytał się kiedy ciocia Marta do nich przyjedzie.

                                                                            c.d.n.



piątek, 22 marca 2024

Córeczka tatusia - 100

 Tak jak było  zaplanowane , Marta  i Wojtek spędzili  Sylwestra u siebie. Ojciec  Wojtka przygotował takie ilości jedzenia  jakby  mieli gościć u siebie  pułk wojska. No to co, że  wszystkiego jest  dużo? - przecież to się  nie  zmarnuje, mamy od  razu przygotowany  obiad  na   pierwszy dzień stycznia,  resztę się ładnie popakuje  w pojemniki, opatrzy napisami i będziecie dojadać po  Nowym  Roku, bo ja piątego stycznia lecę na kilka  dni do Wiednia - służbowo - tłumaczył  Marcie.  Na długo wyjeżdżasz? - dopytywał  się Wojtek. Nie, nie na  długo, raptem na  cztery  dni. Tylko nie  za bardzo wiem po jakie licho tam lecę, no ale może się dowiem zanim odlecę. A tak właściwie to dobrze, że lecę, bo przy okazji przywiozę stamtąd trochę  dobrego, żółtego  sera bo ten ser tutejszy to jednak jest kiepściutki, chociaż cenę ma taką jakby by jego "skórka"  była  pokryta złotem. A ja  przywiozę taki dooobry,  alpejski, ten który  tak smakował Martuni.  No to wychodzi  na  to,  że mam szczęście, że  lubię ten  sam ser co Marta- stwierdził ze śmiechem Wojtek.

W dwa  dni po Nowym Roku Andrzej napisał, że przyleci na dwa dni do Warszawy w  drugiej połowie stycznia, bo udało mu  się skontaktować z kolegą, który jest psychiatrą i ten mu załatwi wizytę lekarską w Instytucie. Nie zna jeszcze  dokładnie daty- w każdym  razie plan jest taki, że nim się pokaże  we własnym domu to prosto z lotniska  lub sleepingu dotrze  do nich, bo to będzie albo  poranny lot albo pojedzie  pociągiem nocnym. Po prostu pozamienia  się dyżurami, o czym  zresztą już rozmawiał z szefem.   Oczywiście nie poinformuje wcześniej Leny o tym, że będzie i na tę wizytę zabierze  ją z  zaskoczenia. Bo choć Lena nie grzeszy na co dzień rozwagą, to na wiadomość, że będzie miała wizytę w Instytucie zacznie regularnie   łykać  tabletki, a on chce by lekarz ją przebadał gdy jest taka jak zwykle  a nie w stanie poprawy po tabletkach.

Marta po przeczytaniu tej wiadomości tylko wzruszyła ramionami i powiedziała - no nie  wiem, nie  znam się na tym, ale być  może, że to dobry pomysł- może po takiej wizycie, która jej unaoczni, że Andrzej wie o jej chorobie coś  się  w ich  związku poprawi.  Ciekawa jestem jakim cudem on ją zawiezie  do tego lekarza - przecież gdy jej powie, że jedzie na konsultację do psychiatry to ona go chyba  zatłucze. A ostatnio było jej  wagowo chyba więcej niż Andrzeja. Chociaż on  to chyba  dość  silny jest - ja bym padła martwym  trupem spędzając  tyle godzin stojąc  przy  stole operacyjnym a do tego to przecież nie na  samym  staniu polega jego praca.  Przecież ona  chyba nadal nie  wie, że o jej chorobie opowiedziała  mi jej ciotka, no a ja, siłą rzeczy opowiedziałam o  tym Andrzejowi. No ale uważam, że w tym wypadku postąpiłam  właściwie po tym jej liście  do niego. Mnie  właściwie  to wszystko już niewiele będzie obchodziło,  sesja egzaminacyjna przede mną. A to dla mnie jednak  ważniejsze niż perypetie małżeńskie naszego przyjaciela. Muszę się zaraz wziąć do nauki i wszystkie inne  sprawy odłożyć na bok. Twój tata jest  kochany, że  tak bardzo mi pomaga w prowadzeniu domu. Ciekawe po co jedzie  do Wiednia. No jak na razie to wygląda na to, że głównie po  alpejski  ser dla ciebie - zaśmiał się Wojtek.

Życie  nie jest romansem - napisał Andrzej do Wojtka. Nie ma w tej chwili szans na wizytę u tego lekarza, więc wszystko mi się przesunie  w czasie i jak na razie wygląda na to, że spokojnie zdążę wrócić do kraju nim pan profesor będzie  miał "okienko" dla mnie. Już nawet sobie  zarezerwowałem lot do kraju- wrócę 31 marca. Nie podejrzewałem, że  nawet po znajomości jest tak bardzo  trudno dostać  się do lekarza tej specjalności. I tak  się zastanawiam  czy tak niewielu jest tych akurat specjalistów  czy  może tak bardzo zły  stan psychiczny ludzi i stąd takie kłopoty. Na razie  w ramach wątpliwej  rozrywki siedzę w literaturze medycznej związanej z chorobami psychicznymi. Jeszcze  trochę a sam siebie zdiagnozuję  i dojdę  do wniosku że mam świra, skoro właśnie ją wybrałem  za żonę. W odpowiedzi Wojtek napisał - "świetna  autodiagnoza panie  doktorze, stawiam panu  ocenę  bardzo  dobrą". A w następnym  zdaniu napisał-  " weź baranie  poprawkę  na to ile lat miałeś  wtedy a ile masz teraz! Nie pokazałem tego smsa Marcie, bo by się załamała  stanem twego  umysłu."

Sesja zimowa poszła  Marcie "jak po maśle", co zdaniem Wojtka było do przewidzenia, bo codziennie siedziała "zatopiona w nauce" i nawet odłożyła na ten czas pisanie  swej pracy magisterskiej. Wojtek się śmiał, że tak świetnie  jej poszło głównie dlatego, że codziennie zjadała porcję  alpejskiego prawdziwego sera. Ojciec przywiózł z Austrii aż trzy różne alpejskie  sery a jeden  z nich odbierał  od znajomego dosłownie na godzinę przed odjazdem pociągu do Warszawy. Marta była  wzruszona, a teść  powiedział, że jest jego ukochaną córeczką, więc ją rozpieszcza. Bo zadaniem każdego ojca jest rozpieszczanie  córki,  a on zawsze chciał by jeszcze  mieli córeczkę i ona jest jego spełnionym marzeniem. Marta  się  śmiała, że najistotniejsze w  tym  spełnieniu marzeń o posiadaniu córki  było to, że ominęły go kolejne  "pieluchy i  wrzaski".  Bo, według  opowieści  Wojtkowej  mamy Wojtuś  był raczej mocno wrzaskliwym dzieckiem. No i dobrze - powiedziała wtedy do swego taty  Marta - wywrzeszczał  się w dzieciństwie to teraz   już jest spokojnym  facetem. Nie wiem czemu,  ale 80% opowieści  o malutkich  dzieciach  to zawsze sama extrema - albo  na plus  albo na  minus. Wychodzi na  to, że takich "zwykłych  niemowląt"  rodzi  się  bardzo mało.

Zgodnie z planem Andrzej wrócił do Polski  31 marca i prosto z lotniska, na którym czekał na  niego ojciec Wojtka, pojechał wpierw do domu Marty i Wojtka. Lena z dziećmi była nadal w Otwocku, bo Andrzej  celowo jej nie zawiadamiał kiedy dokładnie  wraca. Pracę w macierzystym szpitalu zaczynał za kilka  dni. Muszę się jakoś pozbierać po tym londyńskim pobycie. Świetnie  mi  się tam pracowało, żal było wyjeżdżać - powiedział. Razem z ojcem Wojtka pojechali do mieszkania Andrzeja, w którym wyglądało jakby niewielki tajfun przez nie przeleciał - łóżka w sypialni nie były zaścielone, w zlewozmywaku  stały naczynia cierpliwie czekając na umycie ich ręczne lub w zmywarce. Trochę to dziwne - Andrzej  był wyraźnie  zaskoczony. Może nie była nigdy mistrzem organizacji swych  zajęć, ale takiego burdelu to tu jeszcze  nie  widziałem. Coś chyba jednak jest  z nią "nie tak" - stwierdził. I mam wrażenie, że ktoś  tu kilka  razy palił trawkę - trzeba tu porządnie wywietrzyć. 

Lodówka wprawdzie działała, ale była niemal pusta. Ojciec  Wojtka też był  zaskoczony tym co zastali.  To przyjedź dziś do nas  na obiad - czego jak czego,  ale jedzenia to u nas nie  zabraknie nawet gdyby była więcej niż jedna dodatkowa osoba na obiedzie - i weźmiesz przy okazji coś z zamrożonych dań  obiadowych byś  miał "na potem".  Jak chcesz  to możemy zaraz  razem się przelecieć  do L'Eclerca na  zakupy. Ale  nie  widzę żadnego problemu w tym żebyś jadał u nas.  Skądinąd  to dobrze, że w lodówce jest głównie światło, no bo przecież  Lena  jest z  dziećmi poza Warszawą.  No tak, ale mogła przynajmniej łóżko zaścielić i  naczynia wstawić do zmywarki. Wygląda to  wszystko dość niepokojąco. Z tego co widzę to ona z  mieszkania wychodziła  sama - ani moja teściówka  ani jej siostra  nie dałyby jej wyjść  z mieszkania, w którym jest taki nieporządek. Może nie  są one wzorem super intelektu, ale żadna z nich nie dałaby jej wyjść z  domu , w którym wszystko się nie świeci i nie błyszczy. Ona chyba musiała tu być sama, bo łóżeczka dzieci są w porządku, tylko nasza sypialnia jest rozbebeszona no i kuchnia. I tych naczyń jest trochę sporo jak na jednego użytkownika.  Może  sobie zrobiła jakąś  balangę -  snuł domysły  Andrzej.  No i chyba  niewielka  była ta balanga biorąc  pod uwagę ilość naczyń  w  zlewie - Andrzej  snuł na głos  swe  domysły.

Nie  wysnuwaj żadnych teorii bez uzasadnienia - może po prostu była  tu sama kilka  dni, a potem  się spieszyła, licząc na  to, że  posprząta porządnie przed  twoim powrotem  - Wojtkowy  ojciec, który bardzo lubił Lenę, bronił jej. Może  się po prostu bardzo spieszyła z powrotem  do dzieci.  Ja jej o nic przecież nie oskarżam, ja tylko jestem  mocno zdziwiony  - stwierdził Andrzej. Nie było wszak między  nami dobrze przed moim wyjazdem.  Tak z ręką  na  sercu to już od  roku nie było wszystko "w porządku" u nas.  Z ulgą wyjechałem i tylko za dziećmi tęskniłem. Tylko Marta i Wojtek o tym wiedzieli. Po prostu nie spisywałem  się w wypełnianiu "podstawowych obowiązków  małżeńskich", które jej zdaniem powinny być spełniane co noc  jak  rok  długi. Poza tym  nie miała nawet za 5 groszy zrozumienia, że moja praca  to nie jest ćwiartowanie  mięsa  w sklepie mięsnym, że dla mnie  każda operacja jest obciążeniem nie tylko fizycznym ale i psychicznym, że dla mnie każdy pacjent jest  ważny, nawet i ten, któremu  muszę usunąć drzazgę  z palca. I że  gdy  siedzę pogrążony w myślach to nie  znaczy, że myślę o innej kobiecie  niż Lena a o kolejnej  operacji i takim jej poprowadzeniu, by jak najbardziej oszczędzić pacjenta i to niezależnie od jego płci.  Wydawało  mi się, że skoro trzy lata spędziła w liceum pielęgniarskim ( którego zresztą nie ukończyła bo się jej "odwidziała praca pielęgniarki")  to chociaż  z grubsza  wie jak wygląda praca lekarza chirurga.  Ona nie może uwierzyć, że ja naprawdę nigdy  nie widziałem  Marty w  stroju Ewy i że tylko raz w życiu widziałem jej brzuch gdy przyjechała do szpitala z bólem wyrostka. A i  to głównie obmacywałem jej wnętrzności a nie wpatrywałem  się w jej brzuch.  I że ja widzę tylko i wyłącznie już przygotowane do operacji pole operacyjne i to jest jedyna odsłonięta  część każdego pacjenta, którą ja widzę.  Nie wiem  dokładnie  jaki jest program liceum pielęgniarskiego, ale mam wrażenie, że po trzech latach nauki to każda pielęgniarka wie, że znacznie  więcej golizny ogląda zespół  przygotowujący pacjenta  do operacji niż chirurg. Teraz to już wiem, że część jej  bredzenia to wynik schizofrenii. Muszę wydostać od teściowej dane prowadzącego ją lekarza i z nim się skontaktować. Na  razie czekam na wyznaczenie wizyty Leny u profesora w Instytucie na Sobieskiego. Jedno jest pewne - gdyby brała stale , a nie sporadycznie przepisane jej leki to mogłaby dobrze i normalnie funkcjonować. Ale ona je bierze  według własnego  "widzimisię"- gdy tylko dojdzie  wniosku, że już jest jej lepiej to je odstawia, a to są  takie leki, które trzeba brać stale i codziennie do końca życia.

Ojciec Wojtka słuchał z uwagą, w końcu powiedział - nie miałem pojęcia, że Lena jest chora. To jest dość rozpowszechniona  choroba - mieliśmy z ojcem Marty kolegę, który średnio raz  w roku znikał na dwa lub trzy  miesiące bo był schizofrenikiem. Szalenie  zdolny i bardzo dobry projektant. Zaprojektowane przez  niego obiekty do dziś stoją i funkcjonują i to poza  Polską też. Nie mam pojęcia  jak funkcjonował w domu, był żonaty i to żona zawsze nas informowała, że Lucio idzie na leczenie wpierw  szpitalne  a potem sanatoryjne. Podobno  zmarł z okazji silnego i rozległego  zawału  serca. Już ze siedem lat nie żyje. Nie wiem też czy te okresy pogorszenia wynikały z samoistnego nasilenia się  choroby czy może on też miał zwyczaj  odstawiania leków gdy dochodził  do wniosku, że już  się  czuje świetnie i ich  nie potrzebuje. Nie da  się ukryć, że masz poważny problem, bo przecież są dzieci. Dobrze, że twoja teściowa teraz mieszka blisko was i może dotrzeć do was w 10 minut  spacerkiem. A od dawna wiadomo, że Lena ma taką diagnozę?

Ona i jej rodzina wiedzą o tym od chwili jej pierwszej ciąży, ja się dowiedziałem o tym w Londynie od Marty, która rozmawiała z ciotką Leny. Te troskliwe  siostry i Lena ukryły to przede mną, żebym jej i dziecka  nie porzucił. A Lena dowiedziała  się o tym po połowie pierwszej ciąży i lekarz  jej mówił, że nie powinna zachodzić w następną ciążę, no ale ona miała na ten temat inne  zdanie. Ona to by chciała jeszcze jedno dziecko - najlepiej  dziewczynkę. Na szczęście jestem po wazektomii bardzo dobrze  zrobionej, tylko ona o tym nie  wie. Jestem bardzo wdzięczny Marcie, że mi o tym powiedziała. Teraz  muszę bardzo dobrze pomyśleć  co dalej z tym wszystkim  zrobić. Na razie  czekam na tę wizytę z Leną u profesora.

Oczywiście  musiałem koledze powiedzieć dlaczego zależy mi na ocenie stanu zdrowia Leny przez tak dobrego specjalistę. Wyobrażam sobie co będzie wyprawiała  Lena gdy jej powiem, że wiem o jej chorobie- no i oczywiście  nie powiem, że wiem to od Marty, a ona od  siostry mojej teściowej. I gdyby Lenie nie  "puściły nerwy" i nie napisała  do mnie do Londynu, że zażąda rozwodu i zabierze mi  dzieci i nie pomoc Marty to do dziś  bym  nic nie wiedział o tym, że  żyję ze schizofreniczką pod jednym dachem.

                                                                      c.d.n.



sobota, 16 marca 2024

Córeczka tatusia - 99

 Przed powrotem do Warszawy Andrzej dał chłopcom kalendarz,  w którym były wydrukowane ostatnie dni grudnia od świąt BN do końca  roku oraz oczywiście cały następny  rok. A gdzie  ty taki kalendarz kupiłeś? - dziwiła  się Marta. Zamówiłem i mi wydrukowali - zero problemu.  Chłopcy mają sobie w nim wykreślać dni do mojego powrotu. Lenkę to pewnie zezłości - w dni, w których pracuję są nawet miniaturki mojego zdjęcia w "stroju roboczym"- co prawda tylko do pasa. A dzień powrotu jest ze  zdjęciem  Embraera 190, bo nim  będę  też wracał.  I przypatrz się dobrze co jest na  zdjęciu w dniu , w którym przylatuję do Warszawy - Marta szybko przerzuciła kartki kalendarza. Na zdjęciu najwyraźniej "skomponowanym" był komitet powitalny, czyli: Marta, Wojtek, obaj chłopcy, "dziadek Wiesiek" i każdy trzymał  jakiś kwiatek. Postacie  przyjaciół były poprzedzialane sylwetkami kilku osób - a właściwie  były to tylko sylwetki ludzi, których górna  część tułowia od pasa w górę była  znakiem  zapytania.  Marta popatrzyła na owe "dzieło" i powiedziała - chyba cię kochany Andrzeju coś pogięło. 

Nie, nie pogięło - nie mam przecież pojęcia kto będzie na lotnisku oprócz was i dzieci. A całość zaprojektował  jeden z moich dobrych  kolegów i przepuścił to przez jakiś specjalny program, dzięki któremu nawet łysy jak kolano ma  szopę włosów  na  głowie. Robił to zeszłej  nocy i dziś o świcie wyjąłem to ze skrzynki. Ja się na tym nie  znam, ja to mogę  co najwyżej coś komuś poprzestawiać w brzuchu żeby lepiej funkcjonowało.  Cerowałem mu  kiedyś pierś jego żony. Ponoć artystycznie.  Na szczęście to co usunąłem nie było wcale złośliwe - przynajmniej  wtedy. Nie wiadomo co by  było gdyby nadal tam sobie  rosło.

Będę po waszym odlocie  strasznie  za wami tęsknił i też  będę wykreślał dni do swego powrotu. I jest  to straszna  głupota, bo zdaję  sobie  sprawę z tego, że gdy wrócę to też  mi lekko nie będzie. Tyle  tylko, że będę miał was "na wyciągnięcie  ręki". Na  razie spróbuję zdalnie zarezerwować   wizytę w Instytucie na Sobieskiego - to pierwsze  co muszę załatwić szybko, nie  mogę zostawić sprawy Lenki  nadal "otwartej" - muszę  wiedzieć, z uwagi na  dzieci, co jest grane. Możesz się  Marciu śmiać  ze mnie, że wierzę  w jakieś  zbiegi okoliczności, ale wciąż trafiam właśnie na takie "zbiegi okoliczności". Podobno niektórzy "tak mają". 

Wiesz, najprawdopodobniej  wszyscy tak mamy, tylko nie  wszyscy zdają  sobie  z tego sprawę - pocieszyła  go Marta. Dla niektórych myślenie  to cierpienie,  wiec po co je  sobie  samemu zadawać?  Poza tym my ciągle nie wiemy skąd  się wzięliśmy  (mówiąc  "my" mam na myśli ludzkość jako taką) i nadal ciągle  coś odkrywamy i  musimy to sobie jakoś tłumaczyć. I wcale nie  wiadomo,  czy nasze tłumaczenia odzwierciedlają prawdę czy są tylko kolejną teorią pozbawioną podstaw, choć brzmiącą bardzo logicznie, bo ma pokrycie w tym co już dotychczas sprawdziliśmy - lub się nam  wydaje że już to  sprawdziliśmy.

Gdy kończyłam liceum to nawet nie bardzo umiałam sprecyzować na jakie studia mam zdawać- bo po prostu zbyt wiele spraw było i jest dla mnie nadal zbyt interesujących. Zazdroszczę  tym, którzy bardzo wcześnie już są ukierunkowani i jeszcze  w podstawówce  wiedzą co będą studiować. Ja przez  dwa lata niemal co tydzień miałam coraz to inny pomysł na to co mam studiować i zmarnowałam te  dwa lata. Tata tylko się przyglądał, nie poganiał mnie, a ja się  zastanawiałam. W końcu zdawałam na medycynę, ale padłam na chemii. Poza tym jako typowa Zosia-samosia z nikim tego nie omawiałam przed  egzaminem. I dopiero na drugim roku kosmetologii dokonałam odkrycia, że nie chcę być kosmetyczką, ale chcę wymyślać i  badać nowe kosmetyki i to głównie nie te "upiększające", ale te "leczące". Nawet nie wiesz jak mi było fajnie  w wakacje w tym laboratorium -  czułam, że jestem we właściwym miejscu. I nawet ta smętna  przygoda mnie nie  zraziła. I teraz, gdy piszę "magisterkę" też czuję, że tym razem dobrze  wybrałam kierunek. Trochę mi zejdzie na tym pisaniu, bo to nowy wyrób i podlega licznym badaniom i oczywiście będę do nich włączona w okresie wakacyjnym. Jedyny minus to może być ten, że nie pojedziemy we  wrześniu z Alą i Michałem do Turcji. Ale jeszcze nic nie wiadomo.  Bardzo lubię sobie planować  przyszłość,  ale często niestety nie  da się bo jest  zbyt wiele "niewiadomych i zmiennych". Jedna z moich  koleżanek mówi: "planuj, planuj, to rozbawisz  pana  Boga, będzie  miał uciechę." A mój tata z kolei zawsze powtarza, że najważniejsze jest prawidłowe  zaplanowanie wszystkiego, choć ma tę świadomość, że nie jesteśmy tak naprawdę  w stanie przewidzieć wszystkiego co  się może przydarzyć. Ale ja to mam w sumie  szczęście - od szóstej klasy szkoły podstawowej miałam w planie bardzo daleko perspektywicznym fakt, że Wojtek będzie w przyszłości moim mężem.  Gdy powiedziałam o  tym mojemu tacie to wpierw popatrzył na mnie  tak, jakby mnie pierwszy raz  zobaczył a potem powiedział - nie przywiązuj się za bardzo do tej myśli, bo jeszcze bardzo wiele  wody upłynie w Wiśle nim będziecie dorośli  i zapewne nie jeden raz dojdziesz do wniosku, że nie jest to idealny materiał na męża, a może i oboje zapomnicie o sobie  wzajemnie i  będzie to jak najbardziej normalne i bezbolesne  dla was.  Ale jak widać jakoś moje plany się spełniły i to nawet mimo tego, że przez czas liceum rzadko się widywaliśmy bo go rodzice wywieźli do Austrii.

No, wasza historia to powinna być sfilmowana - stwierdził Andrzej. Masz  rację- przytaknął mu Wojtek- i byłby to film tylko dla dorosłych - do dziś widzę we wspomnieniach nas nagich biegających nad  Narwią. Chyba nigdy tego  nie  zapomnę! Wyobraź sobie - początek czerwca, upał, z jednej  strony rzeki las, z drugiej  pusta, kilometrami się ciągnąca łąka i para nagusów nie wiadomo dlaczego goniących  się na małej, trawiastej plaży. Takie dwa, nieco wyrośnięte amorki. Urwaliśmy się wtedy  ze  szkoły  i pojechaliśmy na wagary. Marta oczywiście zaraz w domu powiedziała  o tych wagarach ojcu i mieliśmy następnego popołudnia w domu Marty wykład uświadamiający i ani słowa nagany w nim nie było. To  był ze strony jej taty majstersztyk. Całe życie płciowe i wszystko co  z nim związane poznawaliśmy  razem, a  jej tata tak o tym mówił, że żadne z nas  nie  czuło się skrępowane  lub zawstydzone.  I można się było go o wszystko zapytać. I nawet słowem nigdy o tym nie powiedział mojemu ojcu, chociaż wtedy razem pracowali a nawet się przyjaźnili. I już wtedy nam powiedział jedną  ważną  rzecz , że zawsze należy mówić partnerowi prawdę  o tym co czujemy w trakcie  zbliżenia, co nam się podoba  a co nie, bo nie  tylko płeć nas  różni  ale i poziom i sposób odczuwania. Po prostu jej tata nas potraktował niezmiernie poważnie  i z pełnym szacunkiem i  zrozumieniem. Przecież od   dwunastego roku życia Marty jej ojciec  sam ją wychowywał  a przy okazji i mnie nieco ucywilizował.

I, tylko się nie oburz- jeśli nie  za bardzo wiesz jak masz rozwiązać problem dotyczący tego co się dzieje teraz w twoim małżeństwie to porozmawiaj z tatą Marty. On ma na pewno nieco inne spojrzenie na tę zaistniałą  sytuację niż Marta lub ja. Po prostu będzie  bardziej obiektywny niż my. I ręczę  ci, że z nikim nie będzie dyskutował na temat tego o czym rozmawialiście. Oczywiście możesz mu powiedzieć , że to mój pomysł, żebyś z nim porozmawiał. To jest naprawdę trudna sytuacja bo są dwa małoletnie  Krasnale, a byłoby najbardziej pożądane by ani dzieci ani wy oboje nie  wyszli z tego poranieni psychicznie. 

On ma rację - powiedziała Marta. To wszystko co powiesz  mojemu tacie i co on ci powie  zostanie tylko między wami dwoma.  Tata jest naprawdę  bardzo, bardzo mądrym facetem a do tego bardzo dobrym - zazdroszczę mu tej jego dobroci - nie  zawsze  stać mnie na dobroć i wyrozumiałość dla innych. Choć się staram, naprawdę. 

To tylko ci  się zdaje Marciu, że nie jesteś dobra i wyrozumiała - już od pierwszego kontaktu zawojowałaś serduszka moich chłopców. A takie maluchy  nie lgną  do nieznanych im osób. Masz w  sobie  bardzo wiele dobroci, tylko nawet tego  nie  zauważasz, bo to dla ciebie  naturalny odruch. Przypomnij sobie  swą reakcję gdy skonany wpadłem do twego pokoju - nie uciekłaś, nie  zaczęłaś  się idiotycznie wypytywać co się stało, ale spokojnie się mną  zajęłaś - nawet mi trudno powiedzieć co wtedy  czułem oprócz podziwu dla  ciebie i takiej  zwykłej wdzięczności. Odziedziczyłaś po swym tacie mądrość i dobroć. I na pewno wrócę po 31 marca i  wproszę  się do twego taty na rozmowę. I ty i Wojtek jesteście mi najbliższymi osobami, nikt więcej  nie  wie o moich  rozterkach, żalach,  lękach i jestem niesamowicie wdzięczny losowi, że nas  ze  sobą  zetknął.

W dwa  dni później na lotnisku Andrzej kilka  razy obejmował i całował dzieci oraz Martę i Wojtka, Marta mu obiecała, że zaraz po wylądowaniu na Okęciu  włączy swój smartfon i nada wiadomość, że już są w Warszawie.   Małe Bystrzaki a zwłaszcza  starszy, od razu wyczaił, że ten samolot  jest trochę inny niż ten którym przylecieli. Niewątpliwą atrakcją było żucie gumy do żucia,  chociaż  ciocia zabroniła pakowania paluszków do buzi i wyciągania  jej na zewnątrz. Ponieważ tu był inny rozkład miejsc młodszy  siedział z  Martą a starszy z Wojtkiem. Obaj byli mocno nieszczęśliwi, bo nie pozwolono im wyciągnąć  gier - ale o tym to  Marta powiedziała im jeszcze nim wyszli z mieszkania- po prostu nie  było możliwości pozbawienia ich dźwięku, a trudno skazywać  współpasażerów na słuchanie  dziwnych dźwięków, które były wydawane przez te urządzenia.

 Na warszawskim lotnisku już czekała na nich Lena z kuzynem i mamą.  Marta chwaliła dzieci, że były bardzo, bardzo grzeczne i w  samolotach i w Londynie, kuzyn zabrał  dzieci, Lenę i jej matkę do Otwocka, po Martę i Wojtka przyjechał ojciec Wojtka. Marta od  razu nadała  wiadomość do Andrzeja, że  wszystko było w  drodze w porządku, że po dzieci przyjechał kuzyn Leny z jej mamą, a po nich ojciec Wojtka. 

A ja- napisał Andrzej - pomału dochodzę do rzeczywistości - byliście tak krótko,  pobyt wasz był tak ulotny, że mam chwilami wrażenie, że to był tylko piękny  sen.  I już za wami tęsknię!  No to przestań tęsknić, bo zaraz  w pierwszych  dniach kwietniach przecież przylecisz  do Warszawy - odpowiedział Wojtek.

Marta stwierdziła, że Sylwestra spędzą  tym razem we własnym domu - oczywiście  zaproszą  rodziców i Wojtkowego tatę, ale Marta stęskniła  się za pomieszkaniem  we  własnym  mieszkaniu, o  czym poinformowała  swoich rodziców i Wojtkowego tatę. Plan  został przyjęty, Wojtkowy tata zaraz się zadeklarował na stanowisko naczelnego zaopatrzeniowca i kucharza, bo jak powiedział nawet te kilka  dni bez Martuni i Wojtka  były strasznie smutne.  Misia też  się chyba  za nimi stęskniła i w efekcie Wojtek cały  dzień spędził na fotelu z psem schowanym pod jego pulowerem. Oczywiście  zaraz  do Londynu powędrowało zdjęcie Misi, a tak  dokładnie to zdjęcie  jej zadka wystającego spod  Wojtkowego pulowera,  bo reszta  była bardzo dokładnie  schowana pod pulowerem.  No to jej dupinka  zmarznie- skomentował Andrzej zdjęcie.  Nie ma obawy, Wojtek  cały czas obejmuje  ręką jej dupinkę - odpisała  Marta.  To jest strasznie  cwana psinka.

A ja, z rozpaczy, że już  was nie ma wziąłem za kolegę dyżur - odpisał Andrzej. Marta  zaraz go poinformowała, że nigdzie nie  wybiorą  się na Sylwestra tylko spędzą go w domu w towarzystwie "starszego pokolenia" i Misi. I  dokładnie z ostatnim uderzeniem zegara o północy zatelefonują  do niego, żeby nie  czuł  się  samotny.  Mam nadzieję, że w klinice ruch to się  zacznie  dopiero nad  ranem gdy więcej osób polegnie wskutek opilstwa lub obżarstwa. No i może będzie kilka ofiar kiepskich ogni sztucznych - odpisał. Bo jak się okazuje to na  całym świecie, pod każdą  szerokością  geograficzną nie brak głupoli. To nie tylko polska specjalność.

W Sylwestra około południa zatelefonował do Wojtka Michał - nieco  się  zdziwił,  że oni są w Warszawie, bo myślał, że oni pozostaną w Londynie aż do  Nowego Roku. No to miałeś  jakieś  chore myśli - podsumował Wojtek. Marta tak  się stęskniła  za domem, że tym razem nigdzie nie idziemy, wpadną do nas na kolację rodzice Marty no i mój ojciec, który zresztą ma jakieś ambitne plany kuchenne, a Marta ma  wypocząć po trudach podróży - widocznie  ojciec uznał, że sama pilotowała samolot w obie strony i nie powinna  się nadwyrężać teraz  w kuchni - śmiał  się Wojtek. A jak się Marcie podobał Londyn?  Nie bardzo miało co się jej podobać, bo niczego nie  zwiedzaliśmy- jak nie padało deszczem  ze śniegiem to padał  sam deszcz. Przecież byliśmy tam z dziećmi  Andrzeja, więc  tylko zmianę  warty myśmy obejrzeli trzymając chłopców na rękach a Marta posiedziała  sobie  w  samochodzie w tym czasie.

No ale się przynajmniej Andrzej nacieszył dziećmi - skonstatował Michał. No fakt - a czytnik z notatnikiem bardzo mu się przyda. Te elektroniczne  rąbanki dla  dzieci to też  był niezły pomysł- mogliśmy sobie spokojnie porozmawiać, bo "Kajtki" rąbały te  samoloty. Trochę kiepsko , że nie ma jak wyłączyć  w nich fonii, no ale w  domu to grali w innym  pokoju. Byli tylko nieco nieszczęśliwi, że Marta nie pozwoliła im grać w  samolocie. Wracaliśmy  Embraerem 190- startował  niemal pionowo. Andrzej nim lądował na tym lotnisku  London  City i powiedział, że miał wręcz  gęsią  skórkę z  wrażenia.  

                                                                              c.d.n.


piątek, 15 marca 2024

Córeczka tatusia - 98

 To była dość  krótka noc, bo bardzo  długo jeszcze  rozmawiali. Andrzej  z chłopcami  spał w jednym pokoju, w drugim na podwójnej  sofie Marta  z Wojtkiem. W pewnej chwili poczuła, że jakieś małe "łąpięta" ją obejmują i mały człowieczek szybciutko się do niej przytulił. Nie  dociekając co się  dzieje  Marta przytuliła malca i  zapadła ponownie  w sen.  Rano pierwszy obudził się Andrzej i zobaczył, że w łóżku nie ma młodszego synka- starszy spał sam. Pomyślał, że pewnie młodszego  ściągnęła z łóżka  potrzeba naturalna, więc leżał cicho i  czekał  na jego powrót. W pewnej  chwili dotarło do niego, że malca coś  długo nie ma,  więc cichutko  wstał  i poszedł do łazienki, ale i tam nie było dziecka. Zajrzał jeszcze  do kuchni- była pusta,  wiec powędrował do pokoju w którym  spali Marta i Wojtek. Zajrzał i z trudem powstrzymał  się od wybuchnięcia  śmiechem- młodszy  spał mocno przytulony do Marty trzymając swą małą łapinę na jej piersi a oboje obejmował śpiący Wojtek. Niewiele  się zastanawiając Andrzej szybko wrócił po smartfona i uwiecznił tę  sytuację  na  zdjęciu. 

Przy śniadaniu było sporo śmiechu, a  zdjęcie zostało wysłane  do rodziców  Marty  z podpisem: "jak to dobrze, że Marta  nie lubi  małych  dzieci". Nic z tego nie  rozumiem - w domu to zawsze ten krasnoludek wybiera mnie do przytulania  gdy  się obudzi w nocy, a tu powędrował do Marty, choć ja  byłem w łóżku obok - mówił Andrzej do Wojtka. I zobacz jaki to zaborczy facet  z niego rośnie- śmiał się Wojtek- trzyma  łapę na piersi mojej osobistej żony!  Andrzej chciał to zdjęcie przesłać do Leny, ale Marta ostro zaprotestowała mówiąc, że Lena na pewno nie  zobaczy w tym nic  śmiesznego i może to odebrać  jako złośliwość pod  swym adresem. Musisz od teraz pamiętać, że ona może mieć  zupełnie inne poczucie humoru niż my - nawet lekka schizofrenia  może mieć negatywny wpływ na to, jak ona odbiera takie sytuacje. Nas  to rozśmieszyło a jej może być  z tego powodu przykro.  

Masz rację - przepraszam, jakoś jeszcze nie ogarnąłem nowej sytuacji - stwierdził Andrzej. Nie wyspaliście  się chyba przez niego - no coś ty,  do nas często w nocy wpada z wizytą Misia i uważa  za swój święty obowiązek by nas ucałować - dobrze ,  że na ogół w uszy a nie  w nos.  On się grzecznie  wdrapał na łóżko od  mojej  strony i się  zaraz przytulił- ja nawet nie  czułam, że potem jeszcze  Wojtek nas objął.   

Ja to  się tylko zdziwiłem, że jakoś  "zgrubłaś" i  dopiero rano do mnie  dotarło, że mamy lokatora- powiedział Wojtek. Ale  w pełni małego  rozumiem - na lotnisku gdy siedział u niej na kolanach to też  się do niej przytulał - on ma przecież tylko cztery lata,  a my, stare konie, też  się wszak lubimy przytulać do kobiecej piersi - usprawiedliwiał małego  Wojtek.   On po prostu tęskni z mamą - podsumowała  Marta. Najlepiej  będzie jeśli przejdziesz nad  tym do porządku dziennego bez żadnego komentarza, to mu  się to nie utrwali w główce.

Gdzieś kiedyś  wyczytałam, że dorośli często  zupełnie nieświadomie utrwalają  złe nawyki u  małych dzieci, bo za często i  za długo je z dzieckiem omawiają i osiągają skutek odwrotny od  oczekiwanego. I nie mów nic małemu na temat tego, że przyszedł i  się przytulił. Mnie tym krzywdy nie  zrobił- naprawdę.

Dziś wieczorem posiedzą  z nami trochę dłużej i mogę im nawet coś poczytać, a właściwie opowiedzieć, bo dostaną  książeczki do kolorowania do których można dokomponować   samemu  tekst. To są fajne książeczki, których nie lubią  rodzice, bo trzeba samemu do obrazków  dodać tekst. Ja  się śmieję, że to książeczki obnażające brak inteligencji rodziców.

Pogoda była  dość marna, padał ni to deszcz ni to śnieg, więc Andrzej  uruchomił samochód. Ruch  był  spory i Marta w pewnym  momencie  powiedziała, że podziwia opanowanie Andrzeja, bo  ona już by miała  dosyć  tej jazdy w mżawce i  tłoku a do tego " na odwyrtkę". No  wiesz  - z racji wykonywanego  zawodu to muszę  umieć  powstrzymywać  nerwy na  wodzy - gdyby  nie obecność  juniorów to zapewne  nieco łaciny  dorożkarskiej by poleciało w przestrzeń. Obejrzymy  jeszcze tylko zmianę warty, my będziemy dzieciaki trzymać na rękach, żeby cokolwiek zobaczyły, a ty biedulo pewnie niewiele  zobaczysz. Ja to zostanę sobie  wygodniutko w  samochodzie - oświadczyła Marta-  załóżcie   dzieciom kaptury od  kombinezonów, bo cały  czas  coś mży.  A ja  popilnuję samochodu. Wrócili do  samochodu nieomal po godzinie. Dzieci usiłowały  dociec dlaczego w  Polsce  nie ma króla, dlaczego  nie ma tak uroczystej  zmiany warty, dlaczego nie ma żołnierzy tak ślicznie ubranych i dlaczego wojsko nie porusza  się konno po mieście i dlaczego ten  deszcz  wciąż pada. A na dodatek jednemu  chciało  się jeść, a drugiemu pić,  więc Andrzej  zarządził  odwrót do  domu. A masz co w  domu wrzucić do  garnka? - spytała Marta. No pewnie - co prawda są to same nie dietetyczne potrawy, ale za to przez nich lubiane, więc na pewno wszystko zostanie   zjedzone. Wyścig do dziecięcych  dziobów  wygrał kurczak i frytki, dorośli na  razie  zadowolili  się kawą a Marta zabrała   się za przygotowanie paelli z dużą ilością warzyw.

Andrzej cały proces przygotowywania paelli obserwował i skrupulatnie  zapisywał co  i w jakiej  kolejności trafiało do  patelni oraz ile  czasu  się pichciło. Był zachwycony prostotą  wykonania, a potem smakiem. Na deser, choć to zima, były lody, bo Marta uznała, że skoro siedzą w domu to można  dzieciom dać po niedużej porcji lodów. Potem przejrzała stan wiktuałów i wysłała obu panów do najbliższego sklepu wręczywszy im listę tego co należy zakupić. Andrzej przejrzał listę i stwierdził, że wpadną zaraz do pobliskiego marketu i tam wszystko zakupią. Andrzej  się  tłumaczył, że on planował by stołowali  się w pobliskiej malutkiej restauracji i dlatego stan zaopatrzenia jest byle jaki, ale  w tym momencie dostał "sójkę  w bok" i Wojtek powiedział - nie kłóć się z nią i tak nie  wygrasz - no może tylko to, że to ona pójdzie do marketu a  ty  zostaniesz z  dziećmi.

Wieczorem młodszy "przytulas" poprosił, by ciocia chwilę przy nich  posiedziała i  w końcu obaj wygłaskani i wycałowani przez  Martę zasnęli. Gdy już chłopcy  spali Andrzej powiedział, że starszy  "doniósł mu",  że Lena pali papierosy i babcia i ciocia  bardzo się na  nią gniewały. Zastanawiam się czy były to zwykłe papierosy  czy popalała "trawkę", bo gdy jeszcze  była "piękna i młoda" to miała  często takie  wariackie pomysły. No a skąd by ją wzięła? - zdziwiła  się Marta.   Panowie popatrzyli na  siebie i cichutko zarechotali - żaden problem, wieczorami na placach  zabaw urzęduje młodzież, a oni to zawsze  mają  trawkę albo wskażą źródełko. Musiałem dzieciakom  nagadać  na  Lenę, że źle  robi i że  babcia i  ciocia  miały rację, że  się na  nią gniewały, bo nikt nie powinien  palić papierosów.

W sumie  to jestem kompletnie  załamany - okazuje się, że byłem w młodości  skończonym  durniem i swe uczucia  ulokowałem w bardzo niewłaściwej osobie. Podobało mi  się, że to taka "wyzwolona" osóbka a do tego  wesoła. A na  dodatek bardzo  długo  byłem ślepy  i nie  dostrzegałem jej  wad, które miała od  początku. Moi rodzice od samego początku źle reagowali na jej obecność  w moim  życiu - matka zawsze powtarzała, że  "to nie jest  dobry materiał na żonę" i że jeszcze  nie jeden  raz będę żałował, że  się z nią ożeniłem. No i jak  się okazuje to miała rację. Ona widziała jakimś "wewnętrznym okiem" jej niedojrzałość do bycia żoną i matką. Lena  dba o chłopców, ale dla niej to ciągle  są oseski, które wymagają  tylko  karmienia,  spacerów i  zabawek, a im więcej  zabawek tym dla  dzieci lepiej. I ciągle mi powtarza, że szkoda, że choć jedno z nich nie jest dziewczynką, bo malutkie  dziewczynki można tak  pięknie ubierać. Jak mówi jedna z pielęgniarek - ręce i biust opadają gdy  się  słyszy takie  bzdury. Nie biorę udziału w jakichkolwiek  "spędach" towarzyskich - koledzy przychodzą z  żonami lub swymi dziewczynami, a ja wcale, twierdząc, że nie mamy  z kim zostawić dzieci.  

Za to się chwalę swoim bratem i bratową i ojcem swej bratowej. Zdaniem personelu medycznego tata Marci to taki szalenie miły i elegancki  mężczyzna.  Ty Marciu też zostałaś bardzo wysoko oceniona - nie dość, żeś  miła to taka  zupełnie nie kłopotliwa  z ciebie osoba. Podejrzewam, że Krzyś trochę puścił  farbę, że ty drzemałaś przed operacją w fotelu a ja na twoim  łóżku się  wysypiałem.  

Marta śmiała  się - nie wiem  tylko czemu nikt nie dostrzegł w  tym mego egoizmu - wolałam  by mnie kroił wyspany i wypoczęty chirurg  niż zmęczony. Dla mnie to była "oczywista  oczywistość" - ja  miałam  być zaraz uśpiona i wiadomo było, że  się siłą  rzeczy  wyśpię, bo jak mnie  wybudzą z narkozy to potem i tak w  ciągu  dnia na pewno pośpię. Zresztą Krzyś świadek, że spałam,  wszak musiał mnie  budzić żeby mi zrobić zastrzyk i przed zawiezieniem mnie na salę też musiał mnie  budzić. Ja to jak małe  dziecko - jeśli naprawdę  jestem  śpiąca to zasnę w każdym miejscu. Koleżanki synek to zasnął kiedyś "w  drodze  do swego łóżeczka", a tak dokładnie to przewieszony jedną  nóżką przez jego poręcz . Oni jakoś tak wykombinowali, żeby  dzieciak mógł sam włazić  do łóżeczka i jedna poręcz była obniżona i maluch zasnął gdy tylko dotknął tułowiem podłoża, nie zdążył nawet nóżki zdjąć  z poręczy. Od tego czasu zawsze chodzi do łóżeczka  w  asyście, choć  sam do niego się gramoli.

Popołudnie zeszło na robieniu ozdób choinkowych. Chłopcy ( i mali i duzi) przyglądali  się jak  Marta wyczarowuje "bombki" z.....krepiny i kolorowe  ptaszki z serwetek i dopytywali  się, czy na pewno będą mogli potem zdejmować z choinki pierniczki i je  zjeść.  Cukierki w kolorowych celofanowych opakowaniach  zostały  zawieszone  dopiero wtedy,  gdy chłopcy już poszli  spać. Tym razem żaden zagubiony  malec  nie trafił do łóżka Marty i Wojtka.  

Śniadanie zostało bardzo szybko pochłonięte, bo Andrzej zapowiedział, że prezenty spod choinki powędrują do adresatów dopiero wtedy gdy zjedzą śniadanie. Śniadanie  zdaniem chłopców  było super bo ........nie było zupy mlecznej, za którą nikt  w tym towarzystwie nie przepadał. A jajko było w postaci "kogla mogla" z płatkami migdałowymi i owsianymi , czyli "patent" Marty, która na  sam widok zupy mlecznej dostawała w  dzieciństwie  torsji i to uczucie przetrwało aż do obecnych czasów. Dzieciaki były zachwycone, Andrzej też. Gdy sprzątali ze stołu powiedział półgłosem do Marty - nie  zdziw się, gdy po powrocie  do Warszawy rano pod  drzwiami waszego mieszkania  zjawi  się para wyrzuconych z domu małych chłopców. 

Nie mają szans,  nikogo rano u nas nie ma  w domu - pocieszyła go Marta - podrzucę Lenie przepis na takie śniadanie  z dopiskiem, że to najnowszy trend żywieniowy za granicą. Zresztą tak naprawdę to są tu same pożywne produkty , nawet cukier dałam trzcinowy, choć lepszy byłby brzozowy, czyli ksylitol, bo on  dba o szkliwo zębów. A oba  są mniej  kaloryczne od  zwykłego  cukru.  A i tak najważniejsze dla nich było to, że my wszyscy jedliśmy to samiutko co oni.  Mój tata jak wprowadzał coś nowego do diety to wpierw sam to przy  mnie jadł, a potem dopiero ja "dostępowałam  zaszczytu" i jadłam to co i on.

Prezenty "pod choinkowe" były głównie elektroniczne, każdy z malców dostał jakąś grę , ale był też zbiór baśni Andersena, który Marta wypatrzyła w internecie i zaraz  zakupiła, bo ilustracje były dziełem Szancera. Panowie załapali  się na bardzo eleganckie sportowe  koszule, oraz na jakąś mini grę, która ponoć redukowała  poziom stresu,  Marta na "frymuśną" nocną koszulkę ( i był to prezent od  Andrzeja), a Andrzej na ........zbiór przepisów potraw, które mu smakowały u Marty. Przepisy były pisane odręcznie na różnych kartkach,  każdy przepis miał własną "oprawkę celuloidową" i wszystkie były w małym segregatorze. Andrzej zaśmiewał się  w głos, bo były też dodane do przepisów "dobre  rady" Marty dotyczące wykonania  danej potrawy. Najbardziej rozśmieszyła go uwaga o treści:  "nie próbować po zrobieniu bo zniknie i trzeba będzie robić po raz  drugi".  Kartki z przepisami były kserokopiami kartek, z których w domu korzystała  Marta.  Andrzej był zachwycony tym prezentem, bo wszystkie te przepisy były mało skomplikowane no i już znał smak wykonanych  według nich dań.

Pogoda nadal była "skandalicznie brzydka" jak ją określiła Marta, więc popołudnie też spędzili  w domu. Za dwa  dni już  wracali do Warszawy i Andrzej podjął decyzję, że nie będzie  przedłużał  swego pobytu w Londynie - nawarstwiło się jednak zbyt dużo  spraw, które  wymagały jego obecności w Warszawie.

Pokazał dzieciom w kalendarzu datę kiedy wróci z Londynu do Warszawy.

                                                                      c.d.n.


czwartek, 14 marca 2024

Córeczka tatusia - 97

 Po ostatnim  zdaniu wypowiedzianym przez Martę w pokoju zapadła cisza  - trwała  może minutę, ale Marta miała  wrażenie, że całą  wieczność. Andrzej siedział ze  wzrokiem  wbitym w czubki swych domowych klapek.

Marciu, nie miałem o  tym pojęcia - cicho powiedział Andrzej. Przepraszam was oboje, że niechcący wrobiłem was oboje  w  swoje kłopoty, o których nie miałem pojęcia. Dobrze, że oboje jesteście w tej chwili ze mną i dobrze, że to wy mi to przekazujecie - jesteście moimi najlepszymi,  pod słońcem tej  ziemi,  przyjaciółmi. No fakt- schizofrenia nie jest dziedziczna. I nie  zakaźna.

Muszę po powrocie  wybrać się do lekarza prowadzącego Lenę. I może uda mi  się ją umieścić na trochę w sanatorium jakimś. Już sobie  wyobrażam ten stek przekleństw  jakimi obrzuci matkę, ciotkę i mnie. A wiesz może co ona bierze?  

Nie wiem, nie  zapytałam - chyba  byłam zbyt  oszołomiona tą wiadomością. Jak  na razie to ja mam "swoistego kaca", że obrzucałam Lenę niemiłymi słowami i myślami, ale po raz pierwszy w życiu  zetknęłam się z kimś dotkniętym schizofrenią. Wiesz, mam na uczelni dość dziwne, jak  dla mnie koleżanki, więc różne wypowiedzi Leny jakoś stosunkowo mało mnie bulwersowały.  One też  często tak plotą głupoty jakby 10 minut  wcześniej  spadły  razem  z  deszczem na  ziemię lub obciągnęły pół litra. Gdy wyszłam  za mąż to się pytały kiedy rodzę  - bo w ich pojęciu wychodzi się za mąż z konieczności a nie  z miłości. I podobnie jak moja teściowa nie mogły  się nadziwić, że robię II stopień  studiów,  skoro już mogłabym być  "panią kosmetyczką." 

Poza  tym nie miałam z Leną  zbyt częstego kontaktu - nie przyjaźniłam  się  z nią. Głównie dlatego, że wiecznie byłam i nadal jestem pod kreską  czasową. To jeden z powodów - a drugi - ja nie mam dzieci i rozmowy o nich jakoś mało mnie interesują.  Z Alą to miałyśmy wspólny temat bo przecież Michał pracuje z Wojtkiem w jednym pokoju - oni obgadują nas, a my ich.  Poza  tym  Ali bardzo pomaga Ziuk i "Ziukowa", więc gdy my rozmawiamy to jakoś właściwie  nigdy o  dzieciach - no chyba, że któreś  z nich zrobi coś extra durnego i jest się z czego pośmiać, albo w przedszkolu Mirka wybucha kolejna epidemia  i dzieciak siedzi w domu a opłata za przedszkole nie wiadomo na  co idzie. I nie przepraszaj mnie za to, że to właśnie ja  powiedziałam  ci o chorobie  Leny. Przyjaciele  są właśnie po to,  by byli z nami wtedy gdy nas dopadają  złe chwile. Dobrze, że jej mama teraz  mieszka blisko was.  Tyle tylko, że nadal nie mogę  zrozumieć, dlaczego ukryły przed tobą fakt, że ona  jest schizofreniczką. Zapewne gdyby miała AIDS to też by ten fakt skrzętnie ukryły przed tobą. Chwilami to mam wrażenie, że ja  nie pasuję do dzisiejszych czasów. 

Ale wracając do milszych  tematów - juniorzy całą drogę byli super grzeczni - cały  czas trzymali mnie  za ręce,  młodszy za prawą, starszy za lewą, młodszy  to się nawet do mnie  na lotnisku przytulał, gdy  siedział na moich kolanach. W moim odczuciu to  oni obaj mają zbyt mało bodźców zewnętrznych, bo ani Lena ani ciocia i ich babcia właściwie nigdzie z nimi nie bywają - plac zabaw, sklep osiedlowy - to wszystko co widzą codziennie. A można by już z nimi pojechać do Łazienek, w  weekend zabrać do któregoś muzeum, kupić bilety do kina na  seans dla dzieci, zaprowadzić do teatru kukiełkowego. Dla nich to nawet jazda autobusem jest atrakcją.  Ojciec Wojtka na pewno z  chęcią by im towarzyszył i przystępnie wszelakie  nowości  tłumaczył. Ale to ty musisz zarządzić. Podejrzewam, że Lena w  dzieciństwie  też tylko była w domu lub koło domu.  

Tak, a do tego w Otwocku a nie  w Warszawie - dopowiedział Andrzej. Dopiero pod  sam koniec podstawówki ona zamieszkała w Warszawie z matką. A jej ojciec  do dziś mieszka gdzieś za granicą, ale nie mam nawet bladego pojęcia gdzie i dlaczego. Przez grzeczność nie  pytałem a ona nigdy nic o tym nie mówiła.

Ja to wprawdzie  miałam tylko tatę, ale tata mnie  wszędzie prowadzał, to on mi objaśniał świat. W każdą niedzielę gdzieś bywałam z tatą, nawet gdy jeszcze byli przed rozwodem. Niedziela była zawsze dla mnie najfajniejszym  dniem tygodnia. Na grzyby też mnie tata zabierał. A jaka była frajda gdy jechaliśmy "prawdziwym pociągiem" z dymiącą lokomotywą!  Przed świętami to zabierał mnie do kościołów pod hasłem oglądanie "żłobków" lub  "grobów Pańskich",  ale przy okazji mi opowiadał o danym kościele i opowiadał jak je  budowano, uczył mnie rozróżniania  stylów. Może nie był przystojnym bawidamkiem, ale miał i ma  nadal wiele wiadomości i mi je przekazywał.To on mnie nauczył wcześnie czytać i czytałam gdy miałam 5 lat. No i, co najważniejsze,  zawsze był w domu - dopiero gdy byłam w liceum czasami wyjeżdżał na dzień lub aż na trzy dni.  Lena nie pracuje zawodowo, ma  wspomaganie w postaci mamy, więc trzeba to wykorzystać  dla dobrego rozwoju dzieci.  A jak sama widziałam, to oni mają potencjał i trzeba to tylko umiejętnie  zagospodarować. To takie małe bystrzaki  są.

Andrzej wpatrywał się w Martę  jak przysłowiowa "sroka w gnat" i w końcu powiedział -Wojtuś- możesz mnie  zabić, ale muszę to powiedzieć - kocham twoją żonę - kocham za jej rozum i dobroć, ale przysięgam - nigdy ci jej nie  odbiję, bo ciebie też kocham.  Jestem w gruncie  rzeczy szczęściarzem, że  darzycie  mnie swoją przyjaźnią.  I wiecie - tamtego dnia gdy Marta przywiozła cię do Kliniki to nie był mój regularny dyżur a zastępstwo, bo kolega musiał  ratować swą matkę- doznała zawału i był  z nią wtedy w Aninie. Taki splot okoliczności to był. I pierwszy raz  w życiu przegadałem  niemal całą  noc z dopiero co poznanym człowiekiem  a na dodatek - byłeś  człowiekiem, którego operowałem. Sam tego nie mogłem pojąć.

Wiesz- powiedział Wojtek- to - to  jeszcze  nic - najdziwniejsze było to, że Marta cię nie opieprzyła jak święty Michał  Diabła za to, że ją mianowałeś bratową i jeszcze ci powiedziała, że w takim  razie masz jej mówić po imieniu.  Z lekka mnie  zatkało ze  zdziwienia, ale siedziałem  cicho, bo jeszcze nie bardzo wszystko do mnie  docierało - chyba  za dużo  wrażeń miałem jak na jeden  wieczór.  Być może to znieczulenie trochę jednak człowieka ogłupia.  Chyba tak - śmiała  się Marta - wiesz, że  cię kroją a bólu nie  czujesz - od takiego zestawienia niewątpliwie  można zgłupieć.

Jutro pójdziemy po choinkę - z tym, że  nie robimy wigilii i prezenty będą symboliczne i wcale nie będą to zabawki  a puzzle, dostosowane do wieku. I jak to w Anglii- będą w  pierwszy  dzień  świąt.  Marta uśmiechnęła  się - a ja przywiozłam prezent  dla ciebie - i zaraz go dostaniesz, żeby cię potem  dzieciaki nie męczyły, że one też by to chciały mieć  - to prezent od nas wszystkich - od dwóch ojców i od nas. Dostajesz  dziś, żeby bystrzakom nie było żal. Podeszła do swej przepastnej podręcznej torby , w której i Misia by  się zmieściła i podała  zapakowany w kolorowy papier prezent. No co wy wyprawiacie! zdumiał się Andrzej. Rozpakuj - zarządziła Marta - w razie  czego możemy to wymienić na inny model.Tylko nie wyrzuć metki a zachowaj ją. 

Andrzej rozpakował i oniemiał - a skąd wiedzieliście, że chciałem to mieć???  Intuicja kobieca - powiedział Wojtek - ja się zawsze jej pytam co chciałbym dostać i ona  zawsze  wie - nie mam pojęcia skąd to wie.W pudełku był czytnik ebooków z możliwością robienia notatek. Powiedz, skąd wiedziałaś?- pytał się Andrzej.

To proste - jest multum książek  medycznych w postaci ebooków, więc dobrze  jest  mieć przy okazji notatnik by sobie różne rzeczy wynotować w trakcie czytania.  I te elektroniczne  wersje  są jednak  zawsze nieco tańsze, co też jest istotne. Ja też mam taki, ale nie brałam ze  sobą. A czytnik jest lepszy niż  sam notatnik, bo dłużej trzyma "prund"  jak mówią na polskiej   wsi.  No i literaturę "piękną" też można  sobie ściągnąć. I daje  się na nim  czytać nawet w świetle słonecznym . Aplikacja do notatek jest bezpłatna, tylko musisz ją pobrać. No i nie  zgub rysika- ja to go sobie przykleiłam na "elastycznym sznurku". A tak we  "w ogóle",  to model konsultowałam z Michałem - chciałam  sobie  sprawić  notatnik, ale same notatniki zbyt szybko  się rozładowują i Michał mi doradził czytnik z notatnikiem.  Z tym, że część  pozycji trzeba ściągać ze sklepu na komputer i dopiero potem wgrać kabelkiem na  czytnik - to przegrywanie  z kompa na czytnik to się odbywa w tak zwanym "mgnieniu oka".

Ja też sobie taki czytnik kupię - skonstatował Wojtek. Już masz w swoim biurku, znajdziesz gdy wrócimy- poinformowała go Marta. Kupiliśmy z Michałem "hurtem" cztery sztuki  i dostaliśmy ładną zniżkę. Niewielu klientów kupuje  cztery sztuki na raz. Michał kupił dla Ali. On swój dostał od  ojca gdy był w Polsce ostatnim  razem. 

I wiecie co? Przemyślałam sprawę wyemigrowania - właściwie  to słuchając i czytając wypowiedzi tych co mają własne firmy to wydaje  mi  się, że chyba w tej  chwili to najlepiej jest mieć biznes u braci Czechów - niezbyt duży kłopot językowy, choć i oni i my wyśmiewamy wzajemnie  swoje  języki no i to jednak jest "tuż za rogiem" a przecież każdy z nas  ma tu jakichś znajomych, przyjaciół rodzinę.  Tylko trzeba u  nich przeprowadzić solidne rozeznanie jaki profil firmy no i czy jest w ogóle zapotrzebowanie na taką firmę o której Michał i ty i ktoś tam jeszcze myślicie.  Ale mam wrażenie, że praca na  politechnice to w gruncie  rzeczy i Michałowi i tobie Wojtuniu pasuje.  

Ty sobie  spokojnie robisz ten doktorat, wcale nie musisz  brać udziału w  wyścigu szczurów, Michał też nie. Po prostu w obecnej sytuacji nie musicie wcale podejmować ryzyka, którym bez wątpienia jest każdy jeden własny biznes. Zgoda - nie ma kokosów, ale wy macie z Michałem zminimalizowane ryzyko robiąc to co robicie. Ja niedługo dołączę i swoje zarobki do domowego budżetu, Ala zarobi na fryzjera i pończochy i poprawi sobie samopoczucie faktem, że dokłada  się do budżetu. Wszyscy mamy już bardzo stabilną  sytuację mieszkaniową, co też nie jest bez  znaczenia.  Mamy już grono przyjaciół i znajomych i myślę, że skoro nikt nam nie  ciosa kołków na głowie to odpuśćmy  sobie poszukiwanie nowej ojczyzny.  Nie wiem czy ojciec Michała  zrobi wam dobre  rozeznanie w kwestii gdzie będzie dobrze założyć firmę, ale wiem, że jeżeli zostaniemy w Polsce to damy tu sobie  radę, a być może wtedy rodzice Michała zdecydują się na jakąś "hacjendę" pod Warszawą  albo w bardziej "klimatycznym" miejscu  w Polsce i albo osiądą na stałe  albo na kilka miesięcy w roku.

Wojtek wpatrywał się uważnie w Martę - ty mówisz to poważnie? - zapytał. A czy to jest temat do żartów?- spytała.  Przecież nie mamy szans byśmy się nagle  wszyscy razem przenieśli  gdzieś gdzie powstanie ten nasz biznes - wydamy wpierw kupę forsy na poszukiwania, rozeznania, nowe mieszkania i ich meblowanie a co będzie w zamian? - nikt z nas tego nie  wie. Zapominamy, że lepiej jest wrogiem dobrego i że  wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. Wojtek i Andrzej wpatrywali się uważnie w Martę a Andrzej powiedział - i powiedz bracie jak jej nie kochać??? Nie  da się przecież!

                                                                   c.d.n.


wtorek, 12 marca 2024

Córeczka tatusia - 96

 Spotkanie z matką i ciotką Leny przyprawiło Martę o wielki ból  głowy - taki odczuwalny i fizycznie i psychicznie.  Bo okazało się, że właściwie wszystkie   dość  dziwne  zachowania  się Leny mają swe uzasadnienie - Lena,  zdaniem lekarza miała dość lekką postać schizofrenii, o czym ona  sama oraz jej rodzina  dowiedzieli  się gdy była w pierwszej ciąży i to już pod jej koniec. 

Oczywistym błędem, a zdaniem Marty  to wręcz przestępstwem, było ukrycie  tej wiadomości przed Andrzejem. Oczywiście lekarz był zdania, że  Lena nie powinna zachodzić drugi raz  w ciążę, no ale Lena  miała na ten temat własne  zdanie. Zdaniem pana doktora  psychiatry schizofrenia to najczęstsza z chorób psychicznych a jednocześnie wykrywana dopiero wtedy, gdy pacjent ma wyraźne pogorszenie się swego  stanu zdrowia  psychicznego. Wynika to głównie z faktu, że każdy człowiek ma zmienne nastroje, dziwaczne  zachowania, czasem dość nieprzewidywalne reakcje, więc do "odkrycia" choroby dochodzi najczęściej  dopiero wtedy gdy następuje  skumulowanie tych objawów albo wzmożona częstotliwość ich występowania.  Jest mnóstwo pacjentów, którzy sami się orientują, że nastąpiło u nich pogorszenie  stanu  zdrowia i sami zgłaszają się na leczenie nim  wszyscy dookoła ten fakt dostrzegą. Tak naprawdę to nie bardzo wiadomo jaka  jest etiologia schizofrenii.  Według ponurego dowcipu to Ziemia jest planetą zasiedloną przez chorych psychicznie Kosmitów, a kolejne pokolenia lekarzy- psychiatrów z daleka od lat obserwują ten wielki szpital psychiatryczny. 

Marta powiedziała, że ona musi tę wiadomość przekazać Andrzejowi - przecież z tego związku są dzieci. Oczywiście nie przekaże tej wiadomości mailem, powie o tym wszystkim Andrzejowi gdy przywiozą do Londynu chłopców. Z tego co ona wie na temat schizofrenii nie jest to choroba dziedziczna. Przy okazji pokazała ciotce kopię maila Leny do Andrzeja. 

No cóż - nie  da się ukryć, że zdrowa na umyśle  to ona nie jest. I jestem zdania, że ona nie powinna  się sama opiekować  dziećmi - stwierdziła ciotka  Leny. Jak na  razie to wszystko musi zaczekać do chwili powrotu Andrzeja do Polski. Młodszy od  września pójdzie  do przedszkola, starszy do zerówki, która  jest w tym samym budynku co przedszkole. Dobrze  się składa, że teraz mama Leny  mieszka w jej pobliżu.  I chyba nie  byłoby od  rzeczy, gdyby Lena zaczęła gdzieś pracować, najlepiej nie w pełnym wymiarze  godzin. Siedzenie samej w  domu z dzieckiem  nie każdej kobiecie  służy -stwierdziła  ciotka Leny. Lenka zawsze była  bardzo, a nawet za bardzo "zabawową dziewczyną". Ona  do dziś jakoś nie może  pojąć, że Andrzej ma  szalenie odpowiedzialną pracę, że nie  chodzi  tam  w celach  towarzyskich by podrywać panie pielęgniarki. Przepraszam, że to powiem,  ale cały czas jestem głęboko przekonana, że żeniąc  się z Leną popełnił wieki błąd. No, ale jak mówią- mleko się już rozlało i zostaje  tylko posprzątanie po tym.

Marta wróciła z tego spotkania straszliwie przygnębiona i zaraz  zagłębiła się w czytanie na temat schizofrenii. Przypomniała  sobie o jednym  ze znajomych ojca, który przynajmniej raz  do roku "znikał", bo przebywał na leczeniu w  szpitalu Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Mam nadzieję - powiedziała wieczorem do Wojtka- że Andrzej nie znienawidzi  mnie  za to, że dowie się ode mnie o tym, że Lena jest schizofreniczką. Ale jestem  zdania, że powinien o tym się  dowiedzieć - jak twierdzi "Encyklopedia" to każdy  z nas ma 1% szans, że zachoruje na schizofrenię.  Choć to nie  grypa i nie jest zakaźne no i nie jest dziedziczne. To też  ważne. 

Podejrzewam, że gdyby ktoś zorganizował kiedyś badania przesiewowe pod kątem  wykrywania schizofrenii, to trzeba by na tempo budować nowe szpitale a do psychoterapeutów i psychiatrów  byłyby tłumy pacjentów i  zapisy na 5 lat   z góry. Z tego co wiem to i  dziś już  są kłopoty z umówieniem  się do poradni zdrowia  psychicznego. Słyszałam też, że brak jest lekarzy tej specjalności.  Za  to jak grzyby po deszczu przybywa różnych speców od  chirurgii plastycznej.  I - tylko się nie śmiej - ogromnie  spodobała  mi  się teoria, że  żyjemy na planecie, która jest jednym  wielkim szpitalem psychiatrycznym i, jak w każdym szpitalu, oczywiście  brakuje  lekarzy. 

Jak na razie to chyba jeszcze nie mam schizofrenii, bo nie miewam epizodów depresyjnych, choć stale narzekam, że czegoś jeszcze nie opanowałam i obleję  egzamin.  Wiesz, kiedyś zaburzenia psychiczne były przypisywane głównie tym,  którzy byli mało zdolni, mieli spore  trudności w nauce, a okazało się, że można być szalenie  zdolnym, mieć dużą wiedzę  i jednocześnie chorować na  schizofrenię i całe życie "dożywiać się" lekami by neutralizować chorobę. Bo to szalenie wierna choroba - jak raz człowieka dorwie to go do końca życia nie opuści. Fluktuuje, raz jest lepiej raz  gorzej, ale jest  z człowiekiem do ostatniego tchnienia.

Dobrze, że to my będziemy dostawcami tej smutnej wiadomości i że będziemy tam jednak kilka  dni. Mam  żal do Leny i jej rodziny, że nie pisnęły słowem Andrzejowi o chorobie Leny. Bo on wiedząc o  tym pilnowałby żeby nie odstawiała leków gdy  tylko jej było trochę lepiej. To odstawianie leków jest ponoć nagminne wśród tej grupy pacjentów. No i pewnie nie byłoby z uwagi na tę chorobę  drugiego dziecka. Jakby na to nie  spojrzeć to życie nie jest dla ludzi łaskawe. 

Podróż z "małolatami" jest wielce pouczającą przygodą dla osób nie posiadających  jeszcze  dzieci. Marta odniosła  wrażenie, że chłopcy bali  się głębiej odetchnąć żeby tylko nie podpaść jej i Wojtkowi. Okazało się, że pierwszy raz  w życiu byli na lotnisku. Obaj kurczowo trzymali Martę za ręce - bo tak kazała babcia, na  wszystkie pytania odpowiadali cichutko, ale rozglądali się bystro.  Wojtek objaśniał im to wszystko co ich otaczało, świetlna tablica odlotów przyprawiła obu o lekki opad szczęk. W sali tuż przed odlotem młodszy siedział na kolanach Marty mocno do niej przytulony. Starszy stał obok, bo widocznie sześciolatkowi już nie wypada siedzieć na kolanach cioci lub  wujka.  Wojtek, jako facet "bywały w świecie" odpowiadał na wszystkie ich pytania. Uprzedzał, że gdy wyjdą z budynku to jeżeli  samolot stoi gdzieś  dalej to podjadą do niego autobusem, choć czasem, gdy stoi blisko to wtedy idzie  się do niego na własnych  nogach. W samolocie każdy  z nich miał już  własne  miejsce - jeszcze  przed odlotem Wojtek uprzedził ich, że gdy już będzie  wolno rozpiąć pasy to mogą  wtedy obaj stać przy okienku, wytłumaczył, dlaczego będą rozdawane  cukierki, nie ukrywał, że niektórzy mają mdłości podczas lotu, więc  gdyby któremuś było mdło ma to zaraz  powiedzieć Marcie lub jemu i wtedy może wymiotować do specjalnej torebki- tylko musi powiedzieć Marcie lub jemu, że go mdli, żeby na  czas podać mu torebką.  Ale były to dzieci  zahartowane na ogródkowym sprzęcie, huśtawka i karuzela nie były im obce. Oczywiście gdyby się któremuś  zachciało do toalety, to Wojtek z delikwentem pójdzie tam.  Bardzo im  się podobał instruktaż na wypadek awarii samolotu jak i fakt, że lecą nad  chmurami. 

Nieco ponad dwie   godziny  lotu przeleciały szybko - lądowali na Heathrow.  Oczywiście ogromnie  podobało im się "kołowanie bagażu" - mieli raptem jedną dużą walizkę. Gdy tylko  wydostali   się z hali przylotów wpadli w ramiona Andrzeja. W ramach  atrakcji czekała  maluchów podróż metrem do stacji, przy której  Andrzej zostawił wypożyczony na czas ich pobytu samochód.  Marta się w  duchu śmiała, bo chłopcy nadal, nawet w  samochodzie trzymali ją  za ręce.  Widocznie ciocia i mama solidnie nad nimi przed wyjazdem popracowały. 

Oczywiście  starszy bystrzak zaraz skomentował, że  on to by nie mógł sam prowadzić w Londynie samochodu, bo pewnie jeździłby po złej stronie jezdni i był pełen podziwu dla swego taty, że ten bez problemu prowadzi samochód. Andrzej wypytywał się, czy  aby na pewno obaj byli grzeczni przez  całą  drogę, jak im  się podobał lot  samolotem. Uśmiał się trochę z faktu, że obaj nic a nic  nie  rozumieli z tego,  co mówiła stewardesa po angielsku i pocieszył ich, że on to nawet połowy z tego co mówiła po polsku to nie pojął.  Zapowiedział, że wracać do Polski będą z innego lotniska, bo lotnisk w okolicy Londynu to nie  brak. Będziecie  wracać z lotniska London-City Embraerem 190 -   ma krótki pas  startowy i szalenie  strome podejście  w górę. Ja takim tu przyleciałem, skóra mi cierpła  z wrażenia gdy lądowaliśmy.  

Marta i Wojtek zapewniali Andrzeja, że dzieciaki cały czas były bardzo, bardzo grzeczne i nie  sprawiły im najmniejszego kłopotu. Obaj opowiadali teraz  swemu tacie o wrażeniach  z lotu. Marta i Wojtek dopiero teraz się dowiedzieli jakim  pięknym samolotem tu przylecieli. Wszystko było piękne, nawet toaleta,  ale ....  te cukierki były niesmaczne, były zupełnie takie  w smaku jak  landrynki. A oni ....... nie lubią landrynek. Marta dusiła  się ze śmiechu usiłując  zachować powagę. No ale takie twarde  cukierki do ssania są przydatniejsze - tłumaczył im  Andrzej, a w pamięci  zanotował  sobie,  by się rozejrzeć za innymi, które równie  długo wymagały pobytu w buzi ale nie były landrynkami. Nie ma problemu - na powrót dostaniecie po prostu gumę do żucia - oznajmiła  Marta. Na co dzień nie będziecie  jej używać, ale na start samolotu możecie. Gdy już będziemy w powietrzu to ją wyplujecie do papierowej torby. No to tytuł najfajniejszej cioci masz już  zapewniony -  śmiał się Andrzej. Był najwyraźniej zachwycony faktem, że przyjaciele  przywieźli mu  dzieci. 

Gdy dzieciaki już  zostały spolaryzowane Andrzej pokrótce  opowiedział  o swojej pracy w tej klinice, wypytywał Martę o to jak jej idzie pisanie pracy, czy spotkała  się ponownie z tą lekarką od  dermatologii, jak się czuje ojciec Wojtka  i Marta gdy odpowiedziała na to pytanie powiedziała - o wszystkich się wypytujesz tylko nie o Lenę.  Nie czytałaś tego maila, który do mnie wysłała? - spytał Andrzej.  Czytałam- odpowiedziała Marta - nikogo by nie przyprawił o euforię, fakt.    Jest jednak coś co powinieneś wiedzieć - choć obawiam się, że gdy ci to wszystko powiem to wykreślisz  mnie  z listy  swych przyjaciół. O tym co za chwilę usłyszysz wiedzą : Lena, twoja teściowa,   siostra teściowej, siłą rzeczy i Wojtek no i ja.  

O co chodzi? - o czym  ty mówisz? - zaniepokoił się Andrzej i chwycił Martę za  rękę. Marta pogłaskała go delikatnie po ramieniu i powiedziała - posłuchaj uważnie - gdy Lena  była w pierwszej ciąży, już po  jej połowie histeryzowała, była w złym nastroju i lekarz ją prowadzący dał jej skierowanie do psychoterapeuty, a ten wysnuł wniosek, że wszystko  wskazuje na to, że Lena ma lekką schizofrenię. I gdyby była  w takim stanie  wcześniej to po prostu dokonano by  aborcji. Lekarz jej to wszystko na tyle jasno powiedział, że przekazała to mamie. W zaleceniach był też  zakaz następnej ciąży. Ale jak wiesz i jak widać Lena miała inne  zdanie na ten temat.  Gdy już urodziła drugie  dziecko zaczęła   brać zapisany jej lek. I pewnie byłoby do dziś wszystko w porządku, gdyby nie  to, że ona gdy  tylko doszła psychicznie do względnej  równowagi to natychmiast odstawiała lek, a powinna była go brać stale. Gdy się jej pogarszało to znów go brała. Ty byłeś zbyt zapracowany i mało przebywałeś z nią 24 godziny na  dobę. Twoja teściowa  postanowiła zachować rzecz  całą w tajemnicy przed  tobą - pewnie się bała, że porzucisz Lenę  i dziecko. W moim odczuciu to istny kryminał. Teraz to rozumiem jej "niestabilność", która mnie  do niej mocno zniechęcała. Gdyby nie twój wyjazd teraz to nadal byśmy nic nie wiedzieli o jej chorobie. Jest i tak stosunkowo nieźle, bo to lekka postać tej choroby. Na szczęście  to nie jest dziedziczne ani też zakaźne schorzenie. Z tego co wyczytałam to każdy z nas może zachorować na to, choć to tylko 1% szansa. Podobno są już teraz  leki nowej generacji, choć do końca nie wiadomo skąd  się to cholerstwo bierze. Jest trudne do rozpoznania, bo zdrowy człowiek też miewa krańcowo różne nastroje, "wzloty i upadki" oraz radości i smutki niezrozumiałe dla osób postronnych. Mam tylko nadzieję, że nie będę ukarana za to, że ci przyniosłam złe wiadomości. W starożytnej Grecji zostałabym za to zabita.

                                                                            c.d.n.


poniedziałek, 11 marca 2024

Córeczka tatusia- 95

 Po wymianie  kilku maili, rozgrzaniu do czerwoności połączenia telefonicznego, rozładowania  się  smartfona  w trakcie  rozmowy z Leną,  Andrzej był bliski załamania nerwowego, bo Lena stwierdziła, że ona się boi lotu samolotem, poza tym sama z dziećmi to ona  się boi lecieć, wszak  dzieci dwoje a ona  biedna-jedna. W  związku z tym Andrzej  zatelefonował do "dziadka Wieśka" z  pytaniem, czy mógłby  na święta przylecieć razem z Leną i dziećmi-  Andrzej oczywiście będzie ten pobyt  "dziadka Wieśka" sponsorował. 

Co  do sponsorowania to ojciec  Wojtka stanowczo zaprotestował, ale reszta - może  być. Z tym, że on  sobie załatwi  mieszkanie u swego kolegi, który jest w Londynie  już  ponad pięć  lat i ma  duże  mieszkanie i już nie jeden  raz zapraszał  "dziadka Wieśka" do siebie, tylko  jakoś się to  "rozchodziło po kościach", ale teraz to jest okazja.  Oczywiście  Andrzej niemal  "od  ręki"  zarezerwował lot dla całej  czwórki, pchnął maila do Leny, że będzie  miała w  czasie lotu w obie  strony opiekuna  w postaci  Wojtkowego ojca, więc nie będzie problemu.    

No popatrz- żalił się Andrzej do Wojtka - ona nagle boi się lotu samolotem - przecież nie jeden raz leciała i nawet słowem nie miauknęła, że  się boi - ona nawet do Gdańska wolała lecieć  samolotem  niż jechać samochodem, co czasowo w całości  wypada tak  samo przez te  wzmożone kontrole bezpieczeństwa. W głowie ma ostatnio taki pieprznik jakby była  w samym środku menopauzy. Słuchaj Wojtuś - ale nie gniewaj  się na mnie, że wam ojca porywam na święta. Tak naprawdę to byłbym najszczęśliwszy gdybyście to wy oboje  do mnie przylecieli zamiast Leny. Trochę się stęskniłem za moimi berbeciami i wiem, że będą mieli frajdę - wszak będą lecieć nie na niby ale prawdziwym  samolotem. 

Oczywiście Wojtek zapewniał przyjaciela, że nie ma żadnego problemu, bo wszystkie święta to tylko okazja do obżarstwa i dłuższego pospania rano, a oni będą na kolacji wigilijnej u rodziców  Marty  a w pierwszy  dzień świąt to pewnie obiad  będzie razem  z kolacją  u nich. "Pobyczą" się razem z Martą, wyśpią i jeśli będzie dość przyzwoita pogoda  to wyskoczą w  drugi  dzień gdzieś na  spacer, może się wybiorą do Konstancina i trochę podrepczą  z Misią po  Parku Zdrojowym. A potem  to pewnie Marta się nieco pouczy,  bo przecież ma sesję  zimową przed  sobą. Oczywiście na Sylwestra  nigdzie  się nie wybiorą, może się "skrzykną" z Michałami i  razem spędzą Sylwestra , bo Michał i Marta odkryli, że im się  razem bardzo dobrze tańczy, więc sobie  potańczą.  Gdy byli w Turcji to każdego wieczora tańczyli  i Marta już z Alą knują jakieś wakacje z tańcami i coś przebąkiwały obie o Turcji we  wrześniu. Oni zostawią Ziukowi dzieciaki, pareczka ma iść do przedszkola, a Mireczek już do szkoły.

Dziesięć  dni przed świętami Lena poinformowała swego męża, że ona nie poleci do Londynu, ale wyśle dzieci do Londynu razem z ojcem Wojtka. Andrzej chwilę milczał a potem lodowatym tonem powiedział - nie bardzo rozumiem w co grasz i mam nieodparte   wrażenie, że zwyczajnie zwariowałaś. Ojciec Wojtka jest pod opieką kardiologów i dla niego samotna podróż z naszymi  chłopcami może być zbyt obciążająca psychicznie i spowodować nawet atak  serca - to pierwsza  sprawa, a druga-  nie może "ot tak" wziąć  dzieci, które nie  są jego rodziną i lecieć  z nimi do Londynu - musi mieć do tego upoważnienie  notarialne, bo go po prostu służby graniczne  nie  wypuszczą z Polski. Więc oprzytomnij kobieto, bo gadasz głupoty. Ja na pewno nie przylecę do Polski na  święta bo w jeden z dni świątecznych mam dyżur i nie mogę, skoro jestem żywy i zdrowy nagle przewracać wszystkiego ludziom  do góry  nogami  tylko dlatego, że ty ogłupiałaś. Mogłaś mi to powiedzieć wcześniej, dzień lub  dwa po tym, gdy rozmawialiśmy o  tym twoim przyjeździe. Doceń to, że załatwiłem ci towarzystwo Wiesława, więc nie będziesz  w  czasie  drogi sama z dwójką  dzieci, których już nie trzeba nosić, bo chodzą na  własnych  nogach. Rozumiem, że  nie masz ochoty się  ze mną widzieć, ale pomyśl o dzieciach. których nie powinny w żaden  sposób dotykać  animozje, które są między nami. Masz teraz  3 godziny do namysłu - zadzwonię do ciebie za 3, najdalej  za 4 godziny. A teraz już muszę iść na  zabieg. I rozejrzyj się za jakimś dobrym psychoterapeutą dla siebie, bo coś zaczyna  ci nawalać w rozumie.

Schował wyciszonego smartfona do swojej szafki i poszedł na oddział. W czasie przerwy między  zabiegami napisał krótką  wiadomość do Wojtka o tym, jaką miał wiadomość od Leny. Gdy wyszedł z  sali operacyjnej zajrzał do swej szafki i odczytał nową wiadomość, tym razem mailową, od Leny, która napisała, że jeszcze  dziś pójdzie do adwokata i wniesie sprawę rozwodową . W ostatnim  zdaniu napisała: "zabiorę  ci dzieci i puszczę cię z torbami, nienawidzę  cię, ty zarozumialcze!". Andrzej przeczytał, ciężko westchnął, poszedł do swego gabinetu, wyciągnął laptop, po raz  drugi przeczytał tę samą wiadomość i.... przesłał ją do Wojtka oraz  do Marty. Potem napisał do Marty - nawet nie  wiem czy mam  się śmiać  czy płakać, ale podłożyła  się nieco tym mailem. Zaraz  zrobię sobie  skan z niego.  Nie wiem czy  się czegoś  naćpała czy ma  zdecydowanie zbyt  wczesne początki menopauzy - jeszcze nawet  czterdziestki nie przekroczyła.  Pół godziny później dostał odpowiedź od Marty, w której nie brakowało brzydkich słów pod  adresem Leny, ale z której wynikało, że jeżeli Andrzej teraz/zaraz prześle upoważnienie dla niej i dla Wojtka do przywiezienia dzieci na święta do Londynu to ona razem z Wojtkiem dostarczy mu dzieci i niech się Lena wypcha  sianem. A poza tym to ona umówi się na spotkanie z matką Leny, która  ma  chyba nieco mniej pochrzanione  w głowie niż jej córka. 

Tego samego popołudnia Andrzej skontaktował się z kancelarią adwokacką prowadzoną przez polskiego prawnika, który go dokładnie poinstruował co ma dalej robić. Wieczorem rozmawiał z Martą i Wojtkiem oraz ojcem Wojtka. W rozmowie z ojcem Wojtka Andrzej cały czas się zamartwiał, że psuje rodzinne święta  swych przyjaciół, których właściwie  to uważa  za  swą prawdziwą  rodzinę, więc usłyszał, że siłą każdej rodziny jest wzajemne wspieranie się gdy zaczynają  się u któregoś  z jej członków problemy. A poza tym to dla nich święta już od  wielu, wielu  lat nie mają wymiaru religijnego i są tylko okazją do pobycia  razem. A że mieszkają wszyscy  blisko siebie, mają na  dodatek  wspólnego psiaka to widują  się właściwie codziennie, więc jeśli się przez kilka dni nie spotkają to nie będzie  z tego powodu dziury w niebie. Tyle  tylko, że byłoby dobrze, by w związku z zaistniałą sytuacją Andrzej nie przedłużał pobytu i wrócił zaraz po 31 marca. 

Oczywiście, muszę przecież jakoś przygotować  się do nowej roli - i nie będę wcale jakimś wyjątkiem od  reguły - a wzorem dla  mnie jest tata Marty. No tak - byłby dla ciebie dobrym  wzorem gdyby twoi chłopcy byli już nieco starsi - weź pod uwagę, że rodzice Marty rozwiedli się gdy Marta  miała już 12 lat - przypomniał mu Wiesław. To spora różnica wieku. Nikt się ich  nie będzie pytał z kim  chcą mieszkać.

To wszystko Andrzeju trzeba jeszcze  dobrze przeanalizować, bo twoi chłopcy to jeszcze  ciągle małe  dzieci i będziesz  musiał mieć wciąż jakąś pomoc do nich bo ty pracujesz w bardzo różnych godzinach. Marta mówiła  mi, że chce się skontaktować z matką Leny, ale ja myślę, że byłoby dobrze gdyby się ona skontaktowała i z matką i z ciocią Leny. Bo na moje oko, z tego co zdążyłem zauważyć, to siostra matki Leny ma znacznie lepiej poukładane  w głowie niż matka - nie jest wszak "skażona" macierzyństwem, więc ma bardziej obiektywne spojrzenie na  całość zagadnienia zwanego dziećmi.  

Masz rację, zgodził się z Wiesławem Andrzej. Wiesz - ja chwilami tego  wszystkiego nie ogarniam. Na pewno  sporo w tym wszystkim jest też mojej winy, bo właściwie   zawsze jestem myślami w swojej pracy, którą bardzo lubię. To, jak  zauważyłem, jest  wkomponowane w  wykonywany przeze mnie  zawód.  Niemal wszyscy moi koledzy też tak mają. To nie jest  tak, że gdy wychodzę z kliniki to zostawiam wszystko za sobą, często muszę w  domu przeanalizować zabieg, który mam przeprowadzić. I pacjentów wciąż przybywa a chirurgów  nie . I dobrze wiem, że nie ma tak naprawdę łatwych operacji - każda może się źle skończyć - wszak do  szpitala często trafiają tacy co "nigdy dotąd  nie  chorowali" a więc i nie leczyli  się a sytuacja jest taka, że trzeba natychmiast zadziałać bo w przeciwnym  razie umrą. Co prawda nie ma  żadnej gwarancji czy potem długo pożyją. Poza tym muszę  być  wciąż na bieżąco z nowymi metodami, nowym sprzętem, nowymi lekami, więc muszę też tkwić w  fachowej prasie.

Ostatnio  doszedłem do smętnego wniosku, że tak naprawdę to większość lekarzy chirurgów chyba nie powinna zakładać  rodziny.  Marta  mi uprzytomniła, że w tym zawodzie jest masa rozwodów. Powiedziała  mi to, gdy rozmawialiśmy o tym, że ona  wcale  nie żałuje, że nie poszła jednak na medycynę - jak stwierdziła to jednak zabrakłoby jej sił by być w 100% bardzo dobrym lekarzem a jednocześnie bardzo dobrą żoną i matką. Szczerze mówiąc, to zazdroszczę Wojtkowi takiej żony - jest szalenie inteligentną i mądrą kobietą, która przede  wszystkim wie czego chce.  I jest niesamowicie troskliwa, ale to taka mądra, matczyna troskliwość bez  wypytywania - nie wiem  skąd, ale ona bardzo dobrze  wie co każdemu z bliskich jej sercu jest w danej chwili potrzebne. Podziwiam jej intuicję - ona zawsze  wie co w  danej chwili powiedzieć i  zrobić.  Gdy przyjechała do mnie do kliniki z tą pociętą szkłem dłonią omal nie umarłem z przerażenia - po raz pierwszy mój profesjonalizm poszedł się gdzieś paść a mnie pod  czachą kłębiły  się same tragiczne scenariusze. A ona mi spokojnym głosem nadaje, że chyba wszystkie ścięgna są całe bo może wszystkim palcami poruszać - od razu  mi rozum wrócił do łba. I świetnie  ją rozumiem gdy mi opowiada o tym, że w laboratorium czuje, że jest w miejscu odpowiednim dla siebie. Jestem pewien, że praca naukowo-badawcza  i ona to będą dwie "papużki nierozłączki".  Masz po prostu  Wiesławie cudowną synową.  

Wiem o  tym- zapewnił go ojciec  Wojtka -i kocham  ją jakby była nie synową, ale moją rodzoną córką.  I wydaje mi się, że dziś wieczorem będzie  w domu burza mózgów, bo chcemy wszyscy byś miał jednak na święta dzieciaki - albo z Leną albo bez niej. Jeśli z Leną to i ze mną, jeśli bez Leny to będziesz  miał obok siebie Martę, Wojtka i swoje dzieci.

Następnego dnia Wojtek poinformował Andrzeja, że dzieci będą "eskortowane" przez Martę  i niego, że Marta i jego ojciec  mają "randkę" z ciocią i mamą Leny, które w tym celu zjadą z Otwocka do Warszawy. Więc niech  Andrzej szybko prześle upoważnienie do notariusza ( tu podał namiary na znajomego im obu  notariusza) oraz  by  zmienił nazwiska w rezerwacji. No i  niech  się zastanowi co mają mu przywieźć z Polski poza  dziećmi. No i żeby podał dokładnie dane  zrobionej rezerwacji. W dwie godziny później Andrzej nadał dla Wojtka  wiadomość, że już opłacił w  Biurze LOT-u ich przelot w obie  strony i podał też rezerwację przy tej opłacie, więc będą mogli w tym właśnie  miejscu  odebrać bilety. Poza tym ma namiary na  dobrego prawnika, bo chyba trzeba jednak to wszystko co dotyczy jego małżeństwa omówić z dobrym prawnikiem, bo sam "zdrowy chłopski rozum" to za mało w tej sytuacji. 

                                                                                   c.d.n.