środa, 8 maja 2024

Córeczka tatusia -126

 Rodziców Marta  "upolowała" w  drodze do kwiaciarni, więc postanowiono, że w takim razie wstąpią na króciutko do nich , wycałują, zamienią kilka  zdań i zostawią Misię, a ponieważ  wspólniczka Pati źle  się  dziś  czuje, to tata spędzi  trochę  czasu z  Pati w  kwiaciarni. W dwadzieścia minut później Marta i Wojtek byli namiętnie   lizani przez Misię, która oczywiście  musiała nadrobić  zaległości w lizaniu swych  ukochanych państwa. Dobrze, że był w mieszkaniu i ojciec Wojtka,  który szybko spolaryzował Misię w kuchni  karmiąc ją  kawałeczkami gotowanego kurczaka, które  całą  noc   spędziły w miseczce z kawałkiem wędzonki,  więc  miały bardzo  smakowity dla Misi  zapach. 

Broszka turecko- wenecka  bardzo  się Pati spodobała, a tata oczywiście ponarzekał, że  dzieci zamiast na  swoje  frajdy wydały pieniądze na prezenty dla nich. Marta  żaliła  się tacie, że nie było żadnej książki o Turcji w ludzkim języku, ale tata  zapewnił  ją, że to żadna  strata, bo  jeśli on nagle  poczuje potrzebę  dowiedzenia się  czegoś  więcej o Turcji, to odwiedzi ambasadę  turecką, ale na  razie  nie wybierają się  z Pati do Turcji - zresztą  gdyby się  wybierali to raczej do Stambułu,  a nie na plażowanie.

Biedna  Misia kompletnie  zgłupiała   z nadmiaru  szczęścia i w końcu  wylądowała na kolanach  Wojtkowego taty. Zamiast  niej do kwiaciarni "powędrowała" figurka Izydy karmiącej  Horusa, a tata powiedział, że  ta  rzeźba była  wzorem dla  katolików gdy postanowili ukazać Marię karmiącą Jezusa. A co do Horusa,  to rzeczywiście  nie bardzo wiadomo czy był bratem,  czy synem Izydy- no ale  jedno wiadomo - każde bóstwo jest  zdolne  niesłychanie, więc  może  być pod  wieloma postaciami na  raz. 

W korespondencji Marta  znalazła  kartkę- widokówkę od  swego  pana promotora, że aktualnie  wygrzewa  swe stare  kości w  Egipcie, a swoją pracę Marta już może wstawić  do  drukarni i nawet podał jej adres. Marta  była  nieco  tym  zdziwiona, że pan  profesor  podaje jej namiary na  drukarnię,  ale Wojtek tylko się zaśmiał, mówiąc, że zapewne  owa drukarnia należy albo do kogoś  z rodziny  albo przyjaciół jej promotora. Co do terminu obrony to odbędzie   się zaraz po 15 października i na pewno na terenie uczelni,  w której obecnie są już tylko  studia I-go  stopnia. Najbardziej zaintrygował Martę dopisek  o treści: "Proszę  się skontaktować z szefem laboratorium, on się nie może  wręcz pani doczekać."  Marta  ze trzy razy przeczytała ten  dopisek, w końcu stwierdziła, że nic jej nie przychodzi do głowy, dlaczego to  szef  laboratorium  za nią tęskni - niczego nigdzie  nie  schowała , wszystkie  klucze mu oddała  do ręki. No to  zatelefonuj  do szefa laboratorium - doradził Wojtek.

No po co? Dziś sobota, dzień wolny , po prostu w poniedziałek około 9,00 pojadę do laboratorium. I zapewne  zostanę tam kilka  godzin, bo niektórzy, gdy się  dowiedzieli, że jadę nad  Morze  Śródziemne ale do Turcji, to byli bardzo zainteresowani jak mi tam będzie.

Wczesnym popołudniem  zatelefonował Andrzej zapraszając "cały  dom razem z  czworonogiem" na kawę i domowe  ciasto. A dziadek Czesiek jeśli ma  jakąś randkę  to musi ją przełożyć, bo obaj chłopcy za nim też  się  stęsknili.  W  związku z powyższym Marta szybko zatelefonowała  do swego taty, żeby był tak miły i z pomocą  Pati wybrał  ze trzy ładne  doniczkowe kwiatki, najlepiej jednakowe  w pielęgnacji i Wojtek zaraz  po nie przyjdzie, ale na razie  nie podrzuci im  Misi bo chłopcy Andrzeja stęsknili  się też  za  Misią, więc  sobie  dziś  Misia pobiega po ogrodzie razem z chłopcami. A kwiatki to mają być do dwóch sypialni i jednego living room.

Do kwiaciarni po kwiatki pomaszerowali zgodnie Wojtek  z ojcem, do kwiatków były dołączone jasne  "instrukcje obsługi",  bo jak twierdził tata Marty, tylko teoretycznie kwiatkom potrzebna jest tylko  woda, ale do niektórych  powinna ona mieć temperaturę około 30- 35 stopni,  a poza tym nie  wszystkie   lubią  być dzień w  dzień podlewane. A niektóre to nawet lubią  się napić kawy prawdziwej raz na jakiś  czas. Rodzice Marty przepraszali, że nie przyjadą,  ale do godziny 19,00 będą w kwiaciarni, potem  muszą przygotować nieco  towar na  następny  dzień, bo w niedzielę też kwiaciarnia czynna, co prawda  tylko cztery  godziny, a wspólniczka Pati jest chora, więc tata musi Pati pomóc. 

Dzieciaki  Andrzeja  z miejsca zaanektowały Misię i bawili  się z nią  w ogrodzie, a Maryla korzystając  z ich  chwilowej  nieobecności opowiedziała, że przeżyła  chwile ogromnego  wzruszenia po powrocie, bo obaj  chłopcy ogromnie  się  cieszyli, że ona już  wróciła no i oczywiście obaj przespali calutką  noc w łóżku razem z nią i Andrzejem.  Niewiele brakowało  a byłbym  zleciał z łóżka, tak  się towarzystwo rozpychało - opowiadał Andrzej. Ale już miałem  z nimi poważną męską  rozmowę i wytłumaczyłem, że jednak i mama i tata codziennie  pracują i muszą  do tej pracy chodzić  wypoczęci i wyspani i dlatego  są     oddzielne  sypialnie dla rodziców i dla  dzieci.  

Oni są bardzo spragnieni takiej prawdziwej miłości matczynej - dodała  mama Andrzeja. Mam  wrażenie, że Lena im jednak takiego ciepła i uczucia nie dawała. Oni nie pytali  się kiedy "rodzice wrócą", ale zawsze kiedy wróci mama, a gdy raz  się zapytałam która mama, to Piotruś odpowiedział: "no nasza mama, Marylka". Teraz już są szczęśliwi bo oboje  jesteście  w domu. Codziennie odkreślali w kalendarzu dzień, który minął. Poza tym całe szczęście, że bywał u nas niemal codziennie  Czesław - on jest dla nich ogromnym  autorytetem, a do tego często przychodził z Misią.  

Nic  dziwnego - roześmiał  się Andrzej  - dziadek Czesiek  musztrował ich gdy się przeprowadzaliśmy z Woli na Ursynów a na dodatek słuchała  się go cała  ekipa  remontowo - przeprowadzkowa i dzieciaki  to widziały. A poza tym Czesław traktuje dzieci jako rozumne  stworzenia, nigdy na  nich nie krzyczy bo zdaje  sobie  sprawę z faktu, że  dzieci  się dopiero uczą  wszystkiego a nie rodzą  się z wiedzą taką  jaką mają  już dorośli ludzie.

Czesław uśmiechnął  się i powiedział - a ja  się  tego wszystkiego dość  długo uczyłem od swego przyjaciela, czyli od teścia  Wojtka, który nie  tylko sam super  wychował Martę ale i przy okazji mego syna, który, jak  sam kiedyś  powiedział mi,  kocha swego teścia jak ojca. I nie mam o to żalu do mego syna, bo to prawda. Nie  zawsze  byłem takim mądrym ojcem jak należy. Musiałem wiele spraw przemyśleć, poczuć  się upokorzony i zagrożony bym na wiele  spraw odnalazł właściwy kąt widzenia. Marta  roześmiała  się - ale ty tato szalenie  szybko się zmieniłeś i kocham cię tak samo jak  tatę. Gdybyś z nami  nie był to na pewno byłoby mi znacznie  trudniej żyć, bo ty o nas dbasz i nam pomagasz, chociaż już jesteśmy  wszak dorośli. Ja to  się cieszę, że mój tata  trafił na mądrą i dobrą kobietę, która była  z nim nawet  wtedy, gdy on uważał, że jeszcze  nie  może sobie ułożyć życia, bo musi więcej uwagi poświęcić mnie. I jak tak rozglądam się , to dochodzę  do wniosku, że  stanowczo życie ludzkie  jest  zbyt krótkie, a gdy wreszcie zdobędziemy jakąś  mądrość  życiową, to okazuje  się, że  zostaje nam  niewiele  czasu na jej wykorzystanie. 

Nooo, trzeba to ogrodowe towarzystwo nieco nakarmić - stwierdziła  Maryla i poszła po chłopców, a  zaraz   za  nią wyszedł Andrzej mówiąc, że od  razu uporządkuje to co ewentualnie nabałaganili. Gdy oboje  wyszli  z mieszkania matka Andrzeja  powiedziała - Maryla jest niesamowicie dobrą i kochającą dziewczyną - traktuje  chłopców tak, jakby sama ich urodziła.  Andrzej chce  by przeszła na pół etat, choć jak mówi to będzie  mu smutno w pracy bez  niej. I jest jeszcze jeden plus tego związku -  już drugi raz zrezygnował  z wyjazdu do Londynu. Twierdzi, że może  w każdej chwili sprowadzić  sobie tu filmy szkoleniowe a poza tym chce zejść   ze stołka  jedynego  dobrego chirurga  i być może zacznie uczyć  młode kadry swoich następców. 

Myślę, że tak powinien  zrobić- stwierdziła Marta - to szalenie  wyczerpujący  zawód, pomału odbiera  zdrowie, a Andrzej jest w takim  wieku, że bez problemu trafi do głów nowych kadr. Wiem z własnego doświadczenia, że lepsza  jest  więź pomiędzy studentami a profesorami gdy pan profesor  jest jeszcze  młodym człowiekiem. W Polsce jest szalenie  mało młodych profesorów, ale pomału i to  się ucywilizuje, gdy sporo młodych zaraz po  zakończeniu studiów  zacznie robić  doktorat, tak jak to zrobił Andrzej.

Rozmowa  szybko dobiegła  końca bo "obmawiani" weszli do  domu - Maryla  z Misią prosto  do łazienki rodziców by wytrzeć Misię, której łapki umyła jeszcze  w ogrodzie korzystając  z wody  w konewce, a chłopców  Andrzej pogonił do łazienki na  górze i zaraz zostali wstawieni pod  prysznic, bowiem ich kolana były brudno zielone. Jak wyjaśnił potem Andrzej, to chłopcy klęczeli na trawie często przesuwając  się po niej klęcząc, bowiem, jak powiedział Piotruś- "grali z Misią w wariata" a najwygodniej im  było nie kucać  do toczenia  piłki ale  właśnie klęczeć. Marta się śmiała, że powinno się im zrobić  takie nakolanniki ochronne  jak mają brukarze. Misia została  napojona i nakarmiona i chyba  się tą  zabawą zmęczyła, bowiem  zaraz usadowiła  się w kieszeni bluzy dziadka Cześka i głęboko  schowała mordkę, prezentując  zadek. Na  kolację, jak na porę jesienną przystało były dwie  blachy  różnych pieczonych  warzyw.

Czyściutcy, wypucowani  chłopcy w piżamkach i  szlafroczkach siedzieli grzecznie przy stole na  swoich  nieco wyższych  krzesełkach, które dziadek Albert zamówił u stolarza  pod Warszawą. Marta siedziała nieco zamyślona, co zwróciło uwagę  Andrzeja, więc się  zapytał, czy może  wspomina Turcję i żałuje, że nie pojechali jednak na wycieczkę  w góry.  Nie,  nie żałuję, że nie pojechaliśmy, bo te góry to mało turystyczne są na pewno i pewnie  byśmy się  bardziej umęczyli niż coś  ciekawego  zobaczyli. Zastanawiam się tylko, dlaczego  szef  laboratorium  za mną tęskni, bo mój pan promotor napisał mi, że mój  szef nie może  się mnie  doczekać. A naprawdę niczego specjalnego sobie nie przypominam, niczego przed urlopem nie  zbroiłam, wszystko zostawiłam  zakończone i opisane. Obrona  będzie  zaraz po 15 października.

A ty  się tak zawsze martwisz  na  zapas?- spytał Andrzej. Nie, nie  zawsze, tylko nie mam pojęcia o co mu chodzi. Zostawiłam  wszystko uporządkowane, opisane i nawet udało mi  się  nie  wejść  w konflikt ze  szkłem, więc nie  wiem  co jest grane, bo na  zdrowy babski rozum to facet  nie ma powodu by za mną tęsknić.  Gdybym zostawiła coś w trakcie opracowywania to bym  rozumiała, że się nie może doczekać kiedy dokończę. No i dał mi namiary na drukarnię, bo jak napisał ma do nich  zaufanie. Ponoć mała ale solidni. Andrzej  zaczął się  śmiać - ależ ta Warszawa mała! Podejrzewam, że wiem dlaczego on tak tęskni za tobą, ale nie mogę  ci powiedzieć, bo dałem  słowo, że nic  ci nie powiem.  Ale  się nie  denerwuj, to nie obłęd starczy u twego pana  profesora, że ci polecił wypróbowaną drukarnię, czyli taką, z której teksty nie wypływają w  czasie druku w niekontrolowany sposób i są ogólnie  dostępne. A twój szef ma po prostu dla ciebie niespodziankę. Znasz  dobrze psychikę  facetów i wiesz, że jak mają jakiś dobry pomysł na prezent to najchętniej podaliby to w ogólnoświatowych wiadomościach  a nie tylko w lokalnych. Ale mogę ci powiedzieć, że w komisji będzie pani doktor dermatolog, którą  już znasz. No a czego mi nie możesz  w takim razie  powiedzieć, skoro mi mówisz, że ta pani dermatolog  będzie w komisji? Dobrze  że mi mówisz, to jeszcze trochę pobuszuję w  dermatologii, żeby nie wypaść na ignorantkę z tej dziedziny.

Wojtek - możesz mi przylać - powiedział ze śmiechem Andrzej - ale ja uwielbiam twoją żonę- ona jest niesamowita! Jutrzejszy  dzień zapewne spędzi  zatopiona  w dermatologii! Chyba  wezmę  dzień urlopu gdy ona będzie  broniła i podepnę się pod  tę komisję. Nie  załapiesz  się, kosmetologia nie ma nic wspólnego z  chirurgią - kosmetolog  działa bez  ingerencji chirurgicznej- tak jak internista - odparowała Marta. Ale  będziesz  mógł razem z Wojtkiem poczekać na mnie  pod  salą. Jeżeli  się obronię to prosto stamtąd pojedziemy na obiad do Bristolu, Jadał tam i sypiał tam Kiepura, więc i my możemy tam  na tę okoliczność  zjeść.  Coś ty - ja wolę obiad u was  w domu niż w którejkolwiek , nawet ekskluzywnej knajpie - zapewnił ją  Andrzej.

                                                                    c.d.n.




piątek, 3 maja 2024

Córeczka tatusia - 125

 W ostatni wieczór pobytu  panowie  zorganizowali mini ognisko. Żeby  nie  zapaskudzić  plaży Wojtek z Michałem skombinowali  dość płaską metalową  skrzynkę i nieco drewna kominkowego. Dziewczyny dopytywały  się  skąd wzięli i ową skrzynię i drewno, na co Michał powiedział, że.....znaleźli i że gdyby po podwórkach hotelowych chodzili tacy zbieracze jacy chadzają po osiedlowych  warszawskich podwórkach, to tu po dwóch, najwyżej trzech takich "wycieczkach" byliby pewnie  krezusami. Ala się śmiała, że chyba miejscowi to mają  jakieś gigantyczne kominki, bo te kawałki  drewna  zapewne  by nie  zmieściły  się  w żadnym polskim kominku. Posiedzieli ponad  godzinę pogryzając migdały i orzechy,  a podsumowując  pobyt  stwierdzili, że na pewno tu jeszcze przyjadą i to raczej na pewno po sezonie, tak jak teraz, bo wszystko jeszcze  czynne, pogoda  wielce przyjazna, a nie ma "stonki szkolnej" i bardzo im  się tu podoba. Wszystkich zabytków nie  zwiedzili tym razem, więc będzie jeszcze  co zwiedzać, tylko wcześniej się zainteresują wyjazdem, bo woleliby nie jechać z Warszawy wpierw do Katowic i dopiero stamtąd lecieć  do Side.  Ale w przyszłym roku to Piotruś już będzie chodził do szkoły - zauważyła przytomnie Maryla. No to jego strata- beznamiętnie  stwierdził Andrzej. Większym problemem będzie  znalezienie jakiegoś letniska  dla nich blisko Warszawy i w ogóle  zorganizowanie im lata - rodzice nasi też powinni wypocząć przecież- stwierdziła  cichutko  Maryla.   

Sopot- można im wynająć dwa mieszkania w Sopocie- tylko trzeba się za to  zabrać  najdalej   w styczniu. A dlaczego  dwa? Zdziwił  się  Andrzej. No bo prawdopodobnie pojadą  również rodzice Michała z dziećmi. Dwa normalne, cywilizowane , kompletnie  umeblowane  mieszkania blisko plaży. Blisko do kolejki, blisko do plaży, pełna cywilizacja. Śniadania i  kolacje  w domu, obiady  można jeść w restauracji. Lunche w  plażowych barach  rybnych  - powiedziała Marta. Do plaży raptem 250 metrów, do kolejki elektrycznej 500m,   jest też nawet targowisko, więc tym samym  zaopatrzenie  w  zieleninę i owoce i nabiał. Tyle tylko, że nad  morzem  zawsze  wszystko później  dojrzewa,w barach  na plaży jest picie i ryby, restauracja niedroga,  mieszkania  w pełni wyposażone  kuchennie i  łazienkowo i jest nawet   cały  sprzęt do sprzątania.  Atrakcje na  wyciągnięcie  ręki, bo w różne  miejsca można  stateczkiem  popłynąć.  A jak pojedziecie w  dwie rodziny, to dzieciaki będą  "od  ręki" miały towarzystwo no i dorośli  też. Market  Lidla stosunkowo blisko, parking przy nim. No i jak pojadą  w dwa samochody to będą mieli parking w  budynku,  w którym będą mieszkać. Podejrzewam, że gdy  się  zacznie  wszystko załatwiać na początku roku to można  będzie  załapać  dwa  mieszkania w  tym samym budynku- informowała  Marta, a Wojtek jej przytakiwał.  Damy  wam wszystkie namiary,  a droga samochodem  to pestka bo już jest  autostrada.

Jesteś tego pewna? - spytała  Maryla. Jestem, bo byliśmy tam zaraz  po ślubie, no a to już jednak  nieco  czasu  upłynęło. Tam jest osiedle, w którym wiele osób kupiło mieszkania  właśnie pod  wynajem dla  letników. Są w pełni wyposażone, kuchenki elektryczne ( płyta ceramiczna), pełne  wyposażenie w gary i talerze,  są nawet i ścierki do naczyń, są też ręczniki, oczywiście i pościel, pralka jest także. Damy  wam  namiary telefoniczne, więc nim  wynajmiesz dowiesz  się o tym czym dane  mieszkanie dysponuje. To naprawdę fajne miejsce. Blokowisko, ale nie z wielkiej płyty, wieżowce  z windami i garażami, są nawet place  zabaw  dla dzieci koło  bloków. Część mieszkań jest  zajęta przez  tych, co tam  mieszkają  cały  rok. A wejście  na osiedle  kodowane, więc  dostaniecie  kod. Tylko sobie  psa  stamtąd  nie przywieźcie tak jak  my- zaśmiał  się Wojtek. 

No, ja  moich to na pewno w  tym układzie wyeksportuję  do Sopotu - stwierdził Michał. Oby tylko było pogodne  lato.  Plaża i dzieci to dobry układ - mają cały  czas  co robić. Bo gdy bywali w  wakacje u dziadków, to po 4  dniach już  wszystko  zaczynało  ich  nudzić i  dziadek musiał im  wymyślać atrakcje. No bo co  z tego, że ten ich ogród  był duży,  skoro nic  się  tam  nie  zmieniało.

No wiesz - w Sopocie  na pewno jest więcej atrakcji, nawet  sama wizyta  na  Molo w Sopocie  jest "ciekawa", bo stateczki  się  zmieniają,  przed podreptaniem na molo można  zaliczyć  lody, zawsze  można na jakiś  rejs się  wybrać, można raz na  cały  dzień wywieźć ich  na Hel i zaliczyć pokaz  w fokarium.  To sopockie osiedle jest blisko terenu wyścigów konnych, więc można im pokazać  wyścigi albo jakiś trening, pojadą samochodem na  cały  dzień do Gdyni do Oceanarium, na Skwerze Kościuszki mogą  zwiedzić okręt  wojenny, można też  stateczkiem  zwiedzić port  Gdański.   Spacerek  w Gdańsku też  będzie  się im  bardzo podobał.  Można  się też  sprężyc i pojechać  z nimi do Rozewia, żeby  zwiedzili latarnię morską.

Poza tym jeśli pojadą w  dwie  rodziny, to można dzieci rozdzielić, żeby atrakcje  były bardziej  dostosowane do wieku - starsze  pójdą np. zwiedzać okręty wojenne, a w tym  czasie   młodsze pogapią się jak zapaleńcy  ćwiczą rozwijanie i zwijanie  żagli na  Darze  Pomorza. Można wtedy wziąć   wszystkich do ZOO w Oliwie,  a że jest nieprzytomnie  wielkie to  młodsze nie muszą  wtedy  całego obskakiwać, tylko jego część i zaczekać na tych starszych w kawiarence.  Bo po  tym ZOO to  się nawet  dorośli nałażą  za wszystkie grzechy. Opera  Leśna  w Sopocie  też na pewno im  się  spodoba. A wasza księżniczka to będzie  miała  wtedy aż czterech chłopaków- w głowie się jej przewróci- śmiała  się Marta.  

Och, ona już ma przewrócone   w głowinie - śmiał  się  Michał.  Ale jest z nimi solidarna, nawet jeśli  nie ona  coś zbroiła  a tylko oni to ona mówi, że też brała w tym udział. Ale tak ogólnie  to dziadek ich już nieźle wytresował i orientują  się   czego  absolutnie nie  wolno robić i że Mireczek  ma  być tym starszym, mądrzejszym i gdy nie bardzo  wie,  czy to co zamierzają  zrobić jest  dozwolone to zawsze mają się  zapytać  dorosłych. Ostatnio dopytywał się kiedy on  będzie  dorosłym i  był niepocieszony, że jeszcze  sporo czasu  minie  nim on  będzie  dorosły. 

Największą radochę to mamy  zawsze gdy oni razem z nami oglądają swoje  starsze  zdjęcia i jedno małe mówi  do  drugiego małego :  "ooo, zobacz jaki byłeś  malusieńki"  a na zdjęciu jest "Pareczka" i naprawdę nie  wiadomo które jest które jeśli jest  to zdjęcie  czarno-białe, bo na kolorowym to widać, że  jedno ma różowe znaczniki na  ciuszkach  a  drugie  niebieskie.  W  sumie  to można  przy  nich umrzeć  ze śmiechu, bo gdy już było wiadomo, że będzie to "para  mieszana" to powiedzieliśmy  Mirkowi, że będzie  miał rodzeństwo i że ponieważ nie  mogliśmy  się  zdecydować czy on będzie  wolał mieć   brata czy  siostrę, to Ala, w  swej niewymownej dobroci urodzi dla niego i siostrzyczkę i  braciszka. A moi teściowie  to  naprawdę cudowni  ludzie i są dla mnie prawdziwymi  rodzicami, chociaż Ala tak naprawdę nie była ich  córką  a tylko synową.  Teść  zawsze   mówi,  że nie  wie czy jest jakiś   Bóg czy też nie, ale jego  zdaniem,  nawet jeżeli żyjemy na Ziemi w  swoistej symulacji komputerowej, to twórca tej  gry ma dobrze  w głowie poukładane, choć  chwilami można  odnieść  wrażenie że już zbyt rozbudował program i pionki zaczynają  żyć własnym życiem.  

A swego rodzaju potwierdzeniem teorii, że żyjemy  w czymś  w rodzaju symulacji  komputerowej jest to, że  na mojej drodze  znalazła  się Ala z rozpirzonym wózkiem Mirka i ja jej pomogłem bo wstawiłem wózek  do warsztatu i ją do domu z dzieckiem. Tłumaczyłem potem teściowi, że pomógłbym w ten  sposób każdej osobie, niezależnie od jej płci i  wieku,  której wózek z małym  dzieckiem  rozleciał by się na ulicy którą  akurat  szedłem, bo tak  mnie  wychowano w  domu,  ale teść  ma  własną teorię na ten temat.  I to, że Andrzej i Wojtek tak  się bardzo ze sobą zaprzyjaźnili też jest potwierdzeniem tej teorii, jak i  to, że Wojtek akurat mnie wybrał na  swojego promotora,  a przecież mógł wybrać kogoś innego.  

Nie mógłbym, bo z panem  profesorem K.K. nigdy  nie  mogłem  się  dogadać, bo dziadkowi  się  tylko wydaje,  że on  jest informatykiem -  dopowiedział Wojtek. Poza tym mnie  się  spieszyło a ty byłeś  tak miły, że  się  zgodziłeś  bez żadnych korowodów.

Powrót do Polski był równie męczący jak i wylot do Turcji, bo na lotnisku w Antalyi był niezły bałagan, ale jakimś cudem znaleźli się we  właściwym  samolocie lecącym do Katowic. W Katowicach  udało im  się  trafić bez problemu do hotelu, w którym  poprzednio nocowali, zjedli kolację i poszli spać. Rano szybko się  zebrali i bez  śniadania wyjechali do Warszawy. W dwie i pół godziny później byli już na  miejscu. Żegnając się i dziękując  sobie  wzajemnie  za to, że tak miło spędzili razem  czas rozjechali się do swoich  domów,  ale już  każda z par myślała  nad tym, by  się jak najprędzej znów  razem spotkać.

Na Martę i Wojtka czekało śniadanie i wyraźnie  stęskniony ojciec Wojtka, który im  doniósł, że na Sadybie wszystko  cały  czas było w porządku, on tam  bywał co drugi  dzień, a oboje rodzice Andrzeja  zdrowi i cali, podobnie  jak i obaj  chłopcy. I że przez te  dwa  tygodnie nasłuchał się  tylu peanów na cześć Marylki, że aż mu już to obrzydło.

Marta zaraz  z okazji rozpakowywania walizki wręczyła swemu teściowi spinki do mankietów koszuli i spinkę  do krawata. Teść obejrzał i powiedział - wyście  chyba oszaleli- to przecież złoto!  Zgadza  się, to białe  złoto, ale ty cały czas, odkąd  jesteśmy razem  dbasz o nas, rozpieszczasz  nas i tak naprawdę to powinieneś dostać  tyle  złota ile  sam  ważysz. A to są tylko drobiazgi.  Swojemu tacie to przywiozłam tylko spinkę  do krawata, bo on nie lubi koszul spinanych  spinkami, a dla Pati przywiozłam  broszkę "turecko-wenecką", bo oprawa złota a środek wyraźnie  rodem z Wenecji. I dla niej przywiozłam jeszcze  taki marmurowy posążek Izydy- każda z nas przywiozła taki posążek dla swej mamy lub teściowej, bo wszak Izyda jest opiekunką  domowego ogniska. Andrzej ma  dla rodziców złote  łańcuszki z ich inicjałami, nota bene  to mój projekt zawieszek, Ala i Maryla zdecydowały  się na pierścionki, a Andrzej w końcu  niczego nie  kupił, bo jak stwierdził, to on  nawet nie ma kiedy tego nosić- początkowo myślał o takim jak dla rodziców łańcuszku albo o męskiej  bransoletce, ale tak naprawdę to dla niego przy jego zawodzie to są zupełnie  nieprzydatne   akcesoria. Sobie też nic  nie kupiłam- mam  całą kasetkę różnych  złotych i srebrnych ozdóbek i wcale ich nie używam - praca  w laboratorium nie  sprzyja  temu. A sam pobyt w tym Side był jak najbardziej udany. Tylko podróż via  Katowice była trochę mało fajna. Szukałam dla swojego taty  jakiejś książki na temat historii tamtych terenów ale nie było nic  w ludzkim języku. Wyobraź sobie tatku, że twój rodzony  syn nauczył  się tańczyć i naprawdę   już mu to dobrze  wychodzi. Musimy tylko zadbać by znów  nie  wpadł w taneczny  analfabetyzm.

A teraz to może może ja się przelecę do rodziców  po Misię? Albo wpierw  zatelefonuję bo może jeszcze są w tak  zwanym rosole?  Lepiej zadzwoń wpierw  doradził Wojtek, który w tym momencie wszedł do  pokoju. Właśnie  wypakowałem  swoje  ciuchy i część wrzuciłem do prania, twoje też wyjąłem, ale nie wiem które z twoich dać do prania. Nie mogę  się oprzeć wrażeniu, że tam chodziłaś  cały  czas w jednej sukience lub prawie  goła. No nie przesadzaj, po mieście nie  chodziłam  goła a na plaży miałam  bikini. Po mieście  to chodziłam w sukience z rękawami, żeby  się  w drodze  nie przypiec jednostronnie. Nawet  się  raz  zapytałeś czy to aby nie jest nocna koszula, bo taka długa. No bo było gorąco,  a ty w czymś z  długim  rękawem.  No bo ja wierzę Arabom - oni uważają, że goła  skóra  bardziej się nagrzewa niż skóra okryta materiałem, a ja im  wierzę- w końcu to oni żyją na  bardzo gorących obszarach. Ta biała  sukienka jest z egipskiej, 100% gęsto tkanej bawełny i wcale  się  w niej nie pociłam.

                                                                                     c.d.n.

czwartek, 2 maja 2024

Córeczka tatusia -124

 Pierwszy dzień pobytu w Side  upłynął całej szóstce na totalnym lenistwie - zaraz po śniadaniu powrócili  w objęcia Morfeusza a na klamkach drzwi swoich pokoi po ich zewnętrznej  stronie wywiesili  plakietki z napisem  NIE  PRZESZKADZAĆ !  Musieli wszak odespać noc, w czasie  której co najwyżej  nieco drzemali siedząc.

Jeszcze w  Warszawie umówili się, że pobyt wykorzystają głównie  do wypoczynku i odnowy sił - nie  będzie obowiązku zwiedzania  ani wspólnego wszędzie  bywania- to ma  być  wypoczynek  od wszelakiego przymusu. Oczywiście   będą  się wzajemnie informować która para dokąd  się wybiera i wiadomo, że kolejne pary mogą  się  dołączyć, ale obowiązku nie ma. Wieczory na pewno będą  spędzali razem, bo przecież   trzeba  nadrobić warszawskie  zaległości w obszarze wspólnych spotkań.  I temat PRACA  oraz "jak sobie  rodzice radzą  z  dziećmi" stanowczo  powinny  być całkowicie wykluczone z rozmów- dodał Andrzej. Moi mają "konsultanta" w postaci Wojtkowego taty i Ziuka, zostawiłem też  namiary na kumpla, który jest pediatrą,  a który  w ramach  rewanżu  chce  tylko duuużo  zdjęć zabytków, a one mogą być przesyłane od  razu na jego priv na FB i u nas   kasowane , żeby  sobie  nie zajmować  miejsca na  własnym  sprzęcie.  A ja w ostatniej  chwili skonfiskowałem Martuni jej brudnopis pracy magisterskiej - pochwalił się Wojtek - bo ona tak po cichutku go dodała do walizki, więc  ja również  cichcem go usunąłem. Za to wziąłem karty do gry i możemy  mieć  własną szulernię! Bo kości do gry to Marta wzięła.

Andrzej, który bardzo dbał o kondycję fizyczną (bo jednak kilkugodzinne stanie przy  stole operacyjnym wymagało dobrej kondycji  fizycznej)  codziennie wstawał znacznie  wcześniej od Maryli i cichutko wymykał się z pokoju - wpierw biegał brzegiem plaży, a potem pływał długo w hotelowym basenie i aby potem  wysuszyć się jeszcze  robił "przebieżkę" brzegiem  plaży. W drugim  tygodniu pobytu dołączyli do niego Wojtek i Michał. Żaden z nich nie  domyślił się, że Maryla zaraz po drugim treningu Andrzeja stawała w oknie pokoju i śledziła Andrzeja czy  wszystko z nim w porządku. Ale o tym to  się Andrzej dowiedział dopiero na dwa  dni przed  końcem pobytu. 

Każdego wieczoru wszyscy  razem spacerowali boso brzegiem plaży, by "wygładzić  sobie  stópki" jak mawiała  Marta,  a potem tańczyli na pięknym marmurowym, doskonale  wypolerowanym parkiecie. Michał, który  był świetnym tancerzem i bardzo lubił tańczyć był " w siódmym  niebie", a Wojtek, dzięki codziennym ćwiczeniom bardzo  się  w tej sztuce podciągnął i Marta zaraz go pochwaliła, mówiąc, że  wreszcie  nie musi go przesuwać po podłożu, bo sam już "odkrył" jak to robić.

Marta codziennie co ciekawsze  zdjęcia  przesyłała do swych rodziców i teścia. Na jednym ze straganów  z pamiątkami Marta z Marylą  wypatrzyły  kamienną  figurkę bogini Izydy z Ozyrysem przy piersi. Figurka była nieduża, miała  najwyżej  15 cm  wysokości i  była  wykonana  z marmuru. Według mitologii egipskiej Izyda była opiekunką  rodzin i domowego ogniska, patronką małżeństwa i macierzyństwa i wszystkie dziewczyny zakupiły  figurkę Izydy dla swych mam lub teściowych. Marta dla Pati, a Ala i Maryla dla  swych teściowych. Co prawda, jak  się śmiała Marta,  nie do końca  było wiadomo czy Ozyrys był bratem  czy dzieckiem Izydy, bo ci  wszyscy bogowie  skandalicznie się prowadzili,  no ale to w końcu nie  było istotne - ważne, że Izyda była opiekunką  rodzin i domowego ogniska  a to pasowało i do  każdej mamy i do teściowej. Panowie obejrzeli te figurki a Wojtek skrzywił się i powiedział - to pewnie jakiś odlew, nie  widać wcale ani centymetra  śladu po jakimś dłucie.  Zresztą kto  bawiłby  się w  rzeźbienie takiego drobiazgu. 

Marta spojrzała  się na niego i powiedziała - jak na dziś to jeszcze nikt marmuru nie stopił, a odlew  można  zrobić  tylko z jakiegoś płynnego  materiału a śladu nie ma, bo marmur daje  się świetnie  wygładzić. W każdy wieczór na  dancingu drepczesz po wypolerowanym marmurze. Oczywiście  nie wygładzisz, nie  wypolerujesz   marmuru w jeden  wieczór i zapewne jest to dość żmudne  zajęcie. Spójrz- gdyby to był odlew, to wszystkie  trzy figurki byłyby identyczne, a nie  są. Bo odlew zawsze  robisz w jakiejś formie i z reguły każda kolejna taka figurka byłaby identyczna. Swoją  drogą to podziwiam bo na moje rozeznanie to chyba łatwiej rzeźbić  w jakimś większym kamieniu bo wtedy i narzędzia  większe i możesz przywalić cięższym młotem w  większe  dłuto, a taką niedużą  figurkę  to pewnie się robi małym dłutkiem i używa  się stosunkowo małego młotka.

Dziewczyny miały  szaloną ochotę  by wybrać  się do centrum  Side bez towarzystwa  mężów i zrobić przebieżkę po sklepach  jubilerów, ale panowie mężowie twierdzili, że "porządne  mężatki" nie powinny same chodzić po tureckim mieście. No ale  my przecież jesteśmy trzy, nie będziemy się ani na moment rozdzielać - twierdziły panie. No ale  dlaczego koniecznie  chcecie iść  same- dopytywali  się mężowie. No bo my chcemy odwiedzić kilka  sklepów jubilerskich  i pooglądać jakie tu  są  wyroby, spokojnie pooglądać, poprzymierzać  różne  "biżutki" albo  obstalować  coś na  wymiar - tłumaczyły cierpliwie.  No ale  nie  widzę problemu w tym, że my  razem z  wami będziemy u tych jubilerów i też obejrzymy co tu jubilerzy sprzedają - tłumaczyli z kolei ich mężowie. 

Ja- na ten przykład- perorował Andrzej - chcę coś kupić swoim rodzicom na 40 rocznicę ślubu, więc też  chętnie odwiedzę kilka sklepów  jubilerskich.  A co przedtem im kupowałeś na poprzednie okrągłe rocznice? - dociekała  Marta. Chyba nie kupisz im kompletu obrączek  z tej okazji.  No właśnie - nie mam pomysłu co im  kupić na taką już poważną rocznicę i może mi któryś  jubiler coś doradzi, a może któraś z was ma jakiś  pomysł? A przedtem to nic  nie kupowałem,  bo przecież  kupę lat z nimi nawet  nie gadałem, o  czym  doskonale  wiesz.

No to masz problem - zaśmiała  się  Marta- bo ze zdziwienia i radości mogą ci rodzice  zaniemóc. Ich serca mogą nie wyrobić wzruszenia lub  zdziwienia. A poza tym dobrze  jest jednak znać rozmiar obrączki, pierścionka czy też sygnetu. Będziesz musiał do nich  zatelefonować  by ci podali rozmiar swych palców.

No ale  wtedy to już nie będzie  niespodzianka - stwierdził Andrzej. No a  poza tym tata  nie  nosi obrączki. Muszę  to wszystko przemyśleć spokojnie. Marta  zamyśliła  się i po chwili powiedziała- z facetami i prezentami  dla  nich to z reguły zawsze  jest problem co im kupić. Niestety  minęły  czasy, gdy można  było kupić  facetowi  jakąś  niewolnicę w prezencie albo  konia. Ja to  zawsze  się pytam swoich by wymienili kilka rzeczy, które  sprawiłyby im  frajdę, gdyby  dostali. Dla taty to kupię jakąś książkę - z tekstem  angielskim- albo o historii Turcji albo tego kawałka co nad Morzem Śródziemnym  leży. Dla  Pati chętnie  bym  kupiła jakąś ładną broszkę no i będę miała tę Izydę, która pewnie   będzie  zdobić przez  jakiś czas wystawę kwiaciarni. A dla teścia to kupię albo  spinki do mankietów  albo spinki do krawata, bo tata Czesiek to elegancki facet i nadal używa  koszul z mankietami, których mój tata i mój mąż  nie lubią. A co kupimy  dla  ciebie? - zapytał Wojtek.   Złoty wisiorek ze splecionymi literami "M" i "W". W Warszawie  mam złoty  łańcuszek, całkiem  nowy, jeszcze  nie  używany od lat - poinformowała  męża Marta. No to ja też sobie  taki wisiorek zafunduję, razem z łańcuszkiem stwierdził Wojtek. No ale  czy oni  zdążą to zrobić nim  stąd  wyjedziemy?  Zdążą,  zdążą - tę ilość  złota to stopią w mgnieniu oka,  tym bardziej, że  ja zaraz usiądę i narysuję projekt a formę to zrobią raz dwa. 

Andrzej przysłuchiwał  się  zaciekawiony i powiedział- a może w takim  razie ja bym rodzicom też  zafundował takie łańcuszki  z ich inicjałami?   No pewnie, możesz,  ale Twoim rodzicom to ja  bym środek literek wypełniła albo emalią albo srebrem. A w ogóle  to widziałam  w jakichś projektach złoty łańcuszek , na którym  były okrągłe złote  blaszki z imionami dzieci . A te imiona  były naniesione  emalią. Ale podejrzewam, że jest przy tym o wiele  więcej roboty, co się zaraz przedłoży na  cenę i  czas potrzebny do wykonania  tego typu  ozdoby. 

No to w takim razie  zamiast na plażę przewleczemy   się  dziś  do city - przed południem  będzie  mniej ludzi, bo będą  się plażować - podsumował Andrzej.  Zauważyłem, że  część osób nie stołuje  się poza śniadaniem  tutaj, tylko ganiają do miasta i pewnie jedzą  coś z grilla.  I mam  wrażenie, że oni  nie  są z naszego biura turystycznego i  nawet nie wiem  skąd  są, bo nie  słyszałem w jakim  języku mówią. Ale ja się boję tych elektrycznych grilli,  wolę zjeść  coś co  się piecze na  blasze i jest  dobrze przypieczone, a z tymi kebabami robionymi na elektrycznym grillu bywa  różnie, bo jak  słyszałem od  wtajemniczonych  to na krańce tych plastrów  mięsa  słabiutko dochodzi  właściwa temperatura, więc  mikroby mogą pozostać nie wybite. A nie mam ochoty leczyć  się po powrocie  do Warszawy z jakiegoś paskudztwa.  A  jak wam smakuje  tu ta jajecznica z warzywami?  Mnie bardzo- stwierdziła  Marta. I mam zamiar w domu też taką robić Już nawet rozgryzłam skład, tylko ja będę  dawała pomidory  bez  skórki i może  mniejsze kawałki tej  zielonej papryki, po prostu będę  drobniej kroić. A ta  ich cebula to jakaś taka  słodka jest i pomyślałam, że  ja będę  dawała w związku z tym czerwoną cebulę, bo ona też  jest słodsza od tej "typowej".

Wyprawa do centrum Side była wielce owocna. Marta kupiła  dla Patrycji broszkę, która jej  zdaniem  była w stylu włosko- tureckim, czyli połączenia szkła i złota. Ze  szklanych, nie przezroczystych, ale różnobarwnych króciutkich  "igiełek" szkła był ułożony obrazek trzech różyczek. Podstawa  broszki  oraz  oprawka obrazka i zapięcie były złote. Broszka była owalna, dłuższy wymiar wynosił 4 cm, poprzeczny 2,5. Bardzo  się Marcie podobała, ale  zwróciła jubilerowi  uwagę, że zapięcie jest kiepskie i broszka może  się bardzo łatwo sama rozpiąć, więc jeśli je poprawi, to ona  tę broszkę kupi. Co do prezentu dla rodziców Andrzeja -  Marta pokazała jubilerowi swój projekt, wg którego w ramce zbliżonej kształtem i proporcjami do kwadratu , którego rogi były zaokrąglone,  były dwie  litery A, ale nie w formie  drukowanej  ale  pisanej, co z daleka przypominało kształtem dużą  pisaną literę  M, w której  lewa połówka jest wyższa od prawej. Pan jubiler wpatrywał się, wpatrywał i powiedział, że to ciekawe, ale on proponuje, by te literki nie były z okrągłego "drutu" złotego,  ale  z płaskiego i wtedy kształt liter można by podkreślić cieniutką linią emalii ciemnej, prowadzonej w środku  szerokości litery.  Zaraz też zrobił szkic jakby to wyglądało. A poza tym zaproponował by męski łańcuszek był z nieco większych owalnych a nie okrągłych oczek, a dla pani z tradycyjnych, okrągłych.  A na koniec  zapytał, czy Marta nie  będzie  miała nic przeciwko temu, że on, być może, wykorzysta ten projekt, bo to połączenie liter jest bardzo ciekawe. Dla swego taty Marta kupiła  złotą spinkę do krawata, a dla teścia  spinki do mankietów   - obydwa  wyroby były z  białego złota.  A Michał poprosił Alę by wybrała  dla siebie pierścionek taki, który  się jej podoba i Ala wybrała złoty pierścionek  z kamieniem  nazywanym "oko tygrysa", należący do  kamieni półszlachetnych, ale  swą urodą przewyższający wiele  z nich. Pan jubiler  znalazł się jak należy i powiedział, że  skoro Marta  zgodziła  się udostępnić mu swój projekt, to on za broszkę weźmie  tylko 1/3  jej ceny. Gdy wyszli  ze  sklepu Wojtek powiedział, że może  zamiast pracować  w laboratorium podpisałaby kontrakt z tym jubilerem i projektowała  dla niego biżuterię.

Z tego  wszystkiego poszli do pierwszej z brzegu kawiarni i siedząc pod drzewkiem pomarańczowym pili dopiero  co wyciśnięty sok pomarańczowy zagryzając  go słodką bułeczką z pastą sezamową.

                                                              c.d.n.

 




wtorek, 30 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 123

 Tak jak przewidywała, Maryla swój  dzień pracy zakończyła  wcześniej niż Andrzej, więc  zatelefonowała  do teścia,  informując  go, że ona  już za pół godziny kończy  pracę a Andrzej  niestety jeszcze  nie.  W drodze  do  domu powiedziała, że gdy już  dzieci  nieco "okrzepną" w zerówce i przedszkolu, to ona będzie zawsze czekała na  Andrzeja, bo wie, że on po każdej operacji jest bardzo zmęczony nie  tylko fizycznie   ale i psychicznie, więc  chce  wtedy  być blisko niego. To nie jest wcale  dziwne, chyba  wszyscy  chirurdzy tak mają, tylko  nie  wszyscy  się do tego przyznają. Po prostu każda ingerencja  w głąb  ciała człowieka jest przeżyciem, najprostszy i nawet  najmniej  skomplikowany  zabieg może się źle  skończyć lub nie  dać  oczekiwanego  rezultatu.  

Wiem od Marty, która jest naszą dobrą  przyjaciółką, jak szalenie  Andrzej przeżywa  każdą operację - ona widziała  go w kilkanaście minut po skończonej operacji- przybiegł do jej pokoju w  szpitalu, żeby się wygadać po operacji, w  czasie której życie pacjenta w pewnej  chwili zawisło na włosku. Ja wiem, że on cały  czas żyje tak, jakby wcale nie wychodził z  sali operacyjnej, bo albo  myśli o  czekającej go operacji i planuje co i jak będzie lub  może być, a po operacji ma nadal przed oczami  operację, którą przed chwilą  zakończył. A opowiadał wszystko Marcie, bo ona, w przeciwieństwie  do jego byłej,wiedziała  dobrze o czym on mówi, bo studiowała kosmetologię, co jest zaliczane do medycyny  estetycznej.  A każdy organizm jest jednak trochę inny i jego reakcja może  zaskoczyć lekarzy. Ale  dziś to taki  specyficzny  dzień dla  dzieci, więc  myślę,że powinnam dziś być  z nimi, bo na pewno  mają równie  wiele wrażeń co Andrzej  w  swojej pracy. Dla nich to na pewno  spore  przeżycie a rano byli obaj naprawdę  bardzo  dzielni.

Teść  zerknął na nią i powiedział - ty dziecinko nie masz nawet bladego pojęcia  jak bardzo oboje  z mamą jesteśmy szczęśliwi,  że on ciebie  kocha, że ty kochasz jego i oboje  kochacie  dzieci. Mam nadzieję, że  chłopcy niedługo całkiem zapomną o tym, że istniała w ich życiu Lena. I wiesz?- odkąd jesteście  razem Andrzej  szalenie  się  zmienił, tak jakby ktoś mu mózg przeprogramował. I okazało  się, że nawet  zna takie słowo jak "tatuś" i przechodzi  mu ono bez trudu przez  gardło i znów jestem tatusiem.

W domu już była  babcia razem z  chłopcami, którzy zaraz przylepili  się z obu  stron do Maryli i niemal jednocześnie opowiadali jej o tym jak było w nowym miejscu, co robili, itp. Niestety obaj mówili jednocześnie, więc Maryla zaproponowała, by jednak mówili na  zmianę, każdy  miał dla  siebie 10 minut po których oddawał głos bratu.  Przedszkolakowi nie podobało się leżakowanie, więc  wychowawczyni  wytłumaczyła mu, że niektóre  dzieci są przyzwyczajone  do spania  w dzień, ale on nie musi przecież  spać, ale może poleżeć i pooglądać obrazki w książeczce. Może  przynieść  do przedszkola jakąś swoją  książeczkę  z domu.

 Piotruś był "dumny i blady", bo okazało  się, że  tylko troje  dzieci potrafi napisać  swoje imię, ale on i tak jest lepszy w tej materii, bo on potrafi nazwać wszystkie litery  alfabetu. No to będziesz  musiał porozmawiać  z  ciocią Martą i jej  podziękować, bo to dzięki  temu, że ci kiedyś  przyniosła klocki z literkami potrafisz  nazwać każdą literkę - stwierdziła  Maryla.  Poza tym dużo rysowali, byli też na spacerze, poszli nad  Jeziorko Czerniakowskie a w przedszkolnym ogrodzie to każdy  robił to na co miał ochotę, a on prawie cały czas  się huśtał. A najwięcej dzieci to było na  zjeżdżalni, ale że ogród  wspólny i dla przedszkola i  zerówki to te  zjeżdżalnie były dla "zerówkowiczów" zbyt małe. I w grupie  jeden  chłopak jest wyższy od niego, ale niewiele, pani orzekła, że najwyżej o 2 cm, więc  zaraz  sprawdził na linijce jak to wygląda optycznie.

Te kilka godzin przebywania poza  domem spowodowało, że obaj byli stęsknieni obecności mamy i obaj "kleili się" do Maryli. Jak wynikało z opowiadań przedszkolaka to niektóre  dzieci popłakiwały i  nawet jedna z dziewczynek "tak mocno płakała, że aż przyjechała po nią jej mama ". Ale ja nie płakałem, bo pamiętałem, że jestem dzielny - chwalił  się Jacuś. Maryla  oczywiście  go pochwaliła, ale pomyślała, że zapewne tamta dziewczynka była trzylatką a nie  czterolatką jak on.

Maryla słuchając tego  wszystkiego pomyślała, że ją ominęło i przedszkole i zerówka i jak na razie nie mogła  się zdecydować czy to  dobrze czy nie  za bardzo.  I zamiast zastanawiać  się nad tym stwierdziła, że chyba jednak Andrzej  ma  rację mówiąc by ona przeszła na połówkę etatu.  Bo będąc tylko na połówce będzie  mogła odciążyć teściową w kwestii prowadzenia  domu. Ale  rozmowę  na ten temat postanowiła odłożyć na  następny  tydzień. Na razie martwiła  się, że wyjeżdżają na  całe  dwa tygodnie i jaki  to może mieć  wpływ na dzieci i teściów.

Gdy Andrzej  wrócił ze  szpitala oczywiście musiał wysłuchać wszystko to co wpierw  usłyszała  Maryla. A swoimi niepokojami  dotyczącymi ich wyjazdu do Turcji Marta podzieliła  się  z nim wieczorem. Andrzej spokojnie wysłuchał a potem powiedział - mamy do wyboru - albo nie jechać, albo poprosić ojca Wojtka o pomoc- żeby po prostu miał z daleka baczenie na  wszystko i  w razie  czego pomógł w czymś rodzicom. Ale rozmowę w tej sprawie wpierw przeprowadzę z Martą, bo w tamtej  rodzinie to tak naprawdę  wszystko funkcjonuje pod jej dyktando, chociaż ona twierdzi, że nie. Gdy rozmawiam  z Wojtkiem  lub Cześkiem to zawsze słyszę, że :  "Martusia   też tak uważa, albo słyszę  " muszę o  tym porozmawiać  z Martusią", więc ja dziś porozmawiam o tym z Marcią. Czasem mam  wrażenie, że oni przestaliby nawet oddychać  gdyby ona im kazała.  Ale ja ich  rozumiem - to szalenie trzeźwa kobieta. Ona myśli jak doświadczony życiem  facet - myślę, że to wynik jej sytuacji rodzinnej w dzieciństwie. No a poza tym świetnie ją wychował ojciec. Jestem pełen podziwu i uznania  dla niego. Wojtek to dałby  się żywcem pokroić na paseczki dla niego gdyby  zaszła taka potrzeba. 

I wiesz  kochanie? Rodzice  byli dziś zachwyceni a powiedziałbym, że  wręcz  wniebowzięci gdy widzieli jak chłopcy tulą  się do ciebie, jak cię  słuchają i jak bardzo są do ciebie przywiązani. Gdy słucham ich zachwytów nad  tobą to mija  mi całe  zmęczenie  dniem i jestem  przepełniony  wdzięcznością, że jesteś  ze mną i dziećmi. Nawet  nie umiem  ci powiedzieć jak bardzo  cię kocham! 

Mówiła mi  dziś twoja  szefowa, że chce byś włączyła  się do  szkolenia praktykantek - to dowód jak bardzo cię  ceni, choć nie  mówi tego  głośno. Praktykantki będą zaraz po naszym powrocie  z urlopu. Pomyśl kochanie, czy  nie trzeba  ci dokupić jakichś  ciuszków w  związku z wyjazdem? Mamy jeszcze kilka  dni, możemy  na  zakupy  wyskoczyć razem, chyba  że wolisz np. umówić  się z Martą lub Alą. A ponieważ tam góry  są stosunkowo niedaleko to chyba trzeba   wziąć też  coś cieplejszego, żeby i w te  góry  wyskoczyć na jakąś wycieczkę. Czy wiesz, że my nie wylatujemy  z Warszawy  tym razem a z Katowic? Trasa nam się wydłużyła,  zawsze były wyloty  z Warszawy. Telefonowała w tej sprawie  babka z  biura podróży. Do Wojtka też telefonowała. Wojtuś się zaoferował, że w tym układzie  wykupi dla nas  wszystkich bilety do Katowic i chyba już  zarezerwował pokoje. Ala trochę zdegustowana, bo ona bardzo nie lubi jazdy pociągiem. Pojedziemy pośpiesznym i wprost  z dworca na lotnisko, bo tam jest w okolicy jakiś hotel,  a wylot jest o nie chrześcijańskiej  godzinie, jakoś tak w okolicach północy ,  a może nawet po północy, bo zbiórka jest o godzinie  23,00.  Na  wszelki wypadek wyjedziemy późnym popołudniem, żeby mieć jakąś rezerwę czasową  w razie opóźnienia pociągu. Zjemy sobie kolację w którymś z lepszych hoteli,  kawałek  nocy spędzimy w samolocie, podrzemiemy, potem dośpimy jeszcze te 65 km w autokarze,  zamelinujemy się  na miejscu  i pewnie odeśpimy wszystko na plaży.  Jest  tylko jeden  problem - nie umiem spać gdy  nie jestem do ciebie przytulony, więc nie opalisz  się  równo przez  mnie, bo będę  się do ciebie  cały  czas tulił. Co zabawniejsze, to Wojtek i Michał  też mają taki nawyk. A już myślałem, że  tylko ja tak mam i jestem jakimś  wyjątkiem.

Wieczorem Andrzej rozmawiał z Martą i "od  ręki" Marta zrobiła "spęd rodzinny" i na  nim ustalono, że na  czas nieobecności Maryli i Andrzeja w ich "apartamencie  na piętrze" zamieszka ojciec Wojtka, który potraktuje  ten pobyt  jak mini  wczasy i nawet  się nieco "porządzi w owocowo-warzywnych" skrzyniach bo  od wyjazdu z Austrii trochę mu  brakowało kontaktu z ziemią. A dzieci to on lubi, poza tym przecież chłopcy go znają i to oni go ochrzcili dziadkiem. Maryla wyściskała i wycałowała Martę, ale największą radość  sprawiła Marcie mówiąc o chłopcach nasze  dzieci, tak jakby naprawdę była ich  rodzoną  mamą. Na czas  nieobecności Marty i Wojtka Misia będzie oczywiście u rodziców  Marty.  Ojciec  Wojtka  się śmiał, że nie  wie jak on wytrzyma całe dwa tygodnia bez gotowania, więc pewnie będzie pomagał mamie Andrzeja  w kuchni.

Poza plecami rodziców  Andrzeja Wojtek i Michał wymyślili, że nie będzie źle, gdy w czasie weekendu albo nawet dwóch weekendów do towarzystwa dołączy Ziuk z żoną i dziećmi Michała. I o tym, że towarzystwo w weekendy będzie   liczniejsze rodzice  Andrzeja oraz Maryla i Andrzej  dowiedzieli  się  dopiero tuż przed wyjazdem z Warszawy. 

Nie  da  się ukryć, że podróż do Turcji była  w  sumie nieco męcząca, a najbardziej  wszystkich zniesmaczył dwugodzinny pobyt na katowickim lotnisku. Reszta była  całkiem  znośna, nawet droga autokarem z lotniska do hotelu.  Śniadanie  nieco wpieniło Michała, bo wg właścicieli hotelu było ono europejskie, bo Turcja to ponoć  europejski kraj, ale Michał  pognał z jajkami w kieliszkach do kuchni i kazał jajka  wrzucić do wrzątku, bo polscy Europejczycy jadają  takie jajka  na gorąco a nie na lodowato.

Zamiast tego pan kucharz wziął inne jajka, wybebeszył je do szklanej miski, którą umieścił w mikrofali i tym sposobem mieli na śniadanie "furę"   dietetycznej  jajecznicy. Wszystkie następne posiłki były podawane  systemem bufetowym i w pełni im odpowiadały. Hotel był całkiem miły, jedzenie smaczne, sporo różnych owoców, było ciepło i słonecznie  ale temperatura nie była męcząca a woda faktycznie  w ciągu  dnia  miała 26 stopni. Z zadowoleniem stwierdzili, że nie ma dzieci w  wieku szkolnym,  czyli "stonki", dzieci w  wieku przedszkolnym również nie  było. Do centrum mieli spacerem 4 kilometry i zawsze wędrowali promenadą.  Wieczorami chodzili na  "dancingi" i wszystkie trzy panie  stwierdziły, że  czują  się tak jakby były w podróży poślubnej i że ich mężowie są znacznie   milsi gdy nie  chodzą codziennie  do pracy i nie mają głowy  zajętej służbowymi sprawami. Któregoś wieczoru Andrzej stwierdził, że jeśli idzie o niego to mógłby tu spędzić kilka  miesięcy, gdyby były z nimi  dzieci. I że dopiero teraz  dociera  do niego jak bardzo  był już  zmęczony.

Side, które jest usytuowane na południowym  wybrzeżu Morza Śródziemnego ma   bogatą historię, bowiem powstało w VI wieku przed naszą  erą.   Nazwa   SIDE oznacza  owoc  granatu.  Na przełomie  starej i nowej ery Side  było portem pirackim, słynącym  z...handlu  niewolnikami. Pod koniec I wieku n.e. miasto przeszło  w ręce Rzymian i coraz  bardziej traciło na  znaczeniu, a od IV wieku n.e. zaczęło dość  szybko upadać. W  wieku X miasto  zostało kompletnie opuszczone i stan taki trwał  aż do 1895  roku aż do momentu osiedlenia się tu tureckich uchodźców  z Krety.  A w obecnych  czasach możemy podziwiać   pozostałości świetności Side sprzed 2000 lat. Ze  wspaniałej  świątyni Apollina , która  miała kilkadziesiąt pięknych, wysokich kolumn dotrwało do czasów współczesnych  zaledwie pięć.  

Marta wpatrując  się w te kolumny powiedziała - no ale  chociaż  te pięć kolumn przetrwało, przetrwały też monety z tamtego okresu i na nich widać, że tych kolumn było multum. A gdy padną  współczesne  wieżowce to co najwyżej pozostaną zardzewiałe  zbrojenia. A sądząc nawet po tych resztkach budowli to Side było pięknym miastem. Przecież ta łaźnia rzymska była kiedyś   calutka  wyłożona  marmurem i  była pełna rozmaitych rzeźb.  I jaki piękny  musiał być też ten teatr rzymski z II wieku nowej  ery. Albo to Nimfeum przeznaczone do pozyskiwania  wody pitnej dla niezbyt bogatej części mieszkańców, bo ci bogaci mieli doprowadzaną wodę  do  swych  domów. Naprawdę fajnie, że tu przyjechaliśmy, bo tak  z ręką na  sercu  muszę powiedzieć, że nic dotąd  nie wiedziałam o tej części Turcji. Muszę po powrocie znaleźć nieco więcej wiadomości o tej części Turcji. I muszę nieco odświeżyć  swe wiadomości o starożytności.

                                                  c.d.n.

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Córeczka tatusia- 122

 Zerówka, do której miał chodzić Piotruś była w innej  części budynku, w którym było przedszkole i wejścia były po dwóch  różnych  stronach  budynku. Pierwszego  dnia obaj byli odprowadzeni przez  "komitet rodzicielski", bo babcia doszła  do - swoim zdaniem- genialnego wniosku, że siły fachowe obu placówek powinny poznać całą  rodzinę. Andrzej co prawda wymownie postukał  się palcem  w czoło, ale obaj chłopcy byli zachwyceni tym pomysłem. No to może powinienem jeszcze  zaprosić do towarzystwa Martę, Wojtka, dziadka Cześka i rodziców Marty?- wyzłośliwił  się Andrzej. Mama oczywiście  nie podjęła tematu z uwagi na obecność przy tej dyskusji dzieci, ale Maryla w pełni poparła ten projekt swojej teściowej. Wpierw został doprowadzony do przedszkola Jacuś - buźka nieco  mu  się wykrzywiała do płaczu, ale Maryla widząc to przytuliła  go mocno do siebie i powiedziała- nie płacz kochanie, przecież ty i ja jesteśmy bardzo dzielni, a jeśli będzie  ci tam  zbyt  smutno i  źle, to po prostu poprosisz panią, która  będzie  się  wami wszystkimi opiekowała by zatelefonowała do domu i wtedy któreś z nas po ciebie przyjdzie. Ten sam tekst powtórzyła przy wychowawczyni grupy "początkujących", która potwierdziła słowa Maryli. 

W szatni wisiało ogłoszenie wypisane  dużymi drukowanymi literami, że dzieci są "wydawane z przedszkola" tylko tym opiekunom, których zna personel lub osobom które  zostaną przez opiekunów zgłoszone telefonicznie i na miejscu przed odbiorem  dziecka pokażą upoważnienie do odbioru dziecka i dane z upoważnienia  będą  się zgadzać z danymi Dowodu Osobistego osoby odbierającej. Maryla podała pani wychowawczyni "wizytówkę" z numerami telefonów do rodziców i do dziadków Jacusia, informując  o tym dziecko.

Zaraz  wyszli i poszli na  drugą  stronę  budynku, do "zerówki".  Piotruś nadrabiał miną, ale  szalenie  mocno ściskał rękę Andrzeja. Tu rozstanie  było mniej  smutne, bo w zerówce  już był kolega Piotrusia, który machał do niego rękami z sali, którą  było widać  z  szatni. Zerówka kończyła  zajęcia o godzinie 15,00, dzieci należało odebrać do godziny 16,30.

Gdy "Komitet Pożegnalny" opuścił budynek zerówki i przedszkola Andrzej już nie  był  zdania, że odstawili cyrk tym wieloosobowym odprowadzeniem dzieci - jego chłopcy nie  płakali  w głos jak kilkoro innych żegnających  się ze spieszącymi się do pracy mamusiami lub tatusiami.

W chwilę później "Komitet Pożegnalny" był już domu, Andrzej wyprowadzał samochód  z garażu, a ojciec powiedział, że on odbierze Marylę z pracy, bo Andrzej miał dziś jeszcze dwie operacje  a nikt nigdy nie wie ile  czasu mogą potrwać. A chłopców to odbierze  babcia o 15,30.  Tatusiu, ale ja też nie bardzo  wiem, o której wyjdę z pracy - powiedziała Marta. No to zatelefonujesz do mnie gdy już będziesz  wiedziała o której najprawdopodobniej wyjdziesz - w 20 minut powinienem  być pod szpitalem- zapewnił ją teść.  Ale.....zaczęła  mówić Marta,  a teść z uśmiechem jej przerwał i powiedział - pozwól  mi dziecino mieć  przeświadczenie, że nadal jestem użytecznym  facetem. Przecież mówiłem  ci jeszcze przed ślubem, że będziemy  wam obojgu pomagać  w miarę naszych możliwości. Teraz  pewnie  wydaje  ci  się  to śmieszne, ale najbardziej starsze osoby  dołuje  fakt, że wiek, emerytura, mniejsza  sprawność  fizyczna a  często i umysłowa sprawiają, że  bywamy odstawiani na boczny tor i młodzi uważają  nas za zbytecznych.

Weź, proszę pod uwagę fakt, że my nie mamy zamiaru sterować  waszym  życiem tak jak w czasach gdy to my byliśmy bardziej od  was  doświadczeni - mama i ja  chcemy wam tylko pomagać  w miarę  swoich  możliwości, by minimalizować niedogodności jakie generuje życie  codzienne.  Chcemy po prostu byście będąc  w pracy nie  musieli mieć w tym  czasie myślenia o tym, czy z dziećmi jest wszystko w porządku.

I zawsze będziemy  z wami konsultować wszystko nim coś zrobimy. I chociaż żadne  z nas nie pracowało w  szpitalu to oboje wiemy jak bardzo obciążająca jest  to praca i to niezależnie od tego czy to jest placówka państwowa czy też prywatna. Po prostu każdy pacjent wymaga od was  nie tylko świetnego przygotowania zawodowego  ale i zrozumienia  jego cierpienia fizycznego i psychicznego wywołanego chorobą. Maryla objęła teścia, przytuliła się i powiedziała - przepraszam,  ja po prostu  nie jestem  przyzwyczajona  do tego, żeby  mi ktokolwiek  z rodziny pomagał w czymkolwiek  i prędzej  zawsze miałam pomoc od osób nie związanych rodzinnie  ze mną. Między innymi  dlatego nie  zaprosiłam ani  matki ani ojca na  nasz  ślub. Teść uśmiechnął się i delikatnie poklepał  Marylę po plecach mówiąc - domyśliłem się tego, że coś w  twojej rodzinie nie  zagrało, no ale teraz po prostu pamiętaj, że my jesteśmy z wami i  zawsze będziemy wam pomagać.

W Klinice oboje zaczęli dzień od odwiedzenia działu kadr i złożenia odpisu aktu małżeństwa, bowiem Marta, na prośbę Andrzeja  przyjęła jego nazwisko. Wyrobienie nowego  Dowodu Osobistego miało trwać maksimum trzy tygodnie, ale było całkiem  możliwe,  że potrwa tylko  dwa. Koleżanki z oddziału śmiały się, że taka cichutka, grzeczniutka i skromniutka Marylka "zgarnęła"  Andrzeja, do którego niejedna z pielęgniarek  wzdychała, chociaż większość z nich była już  w stałych związkach.  Jedna tylko  z koleżanek zauważyła, że chyba nie mają  czego  jej  zazdrościć, bo Andrzej  wniósł jej  w wianie dwóch  chłopaków, a że Andrzej  akurat to usłyszał to zaraz powiedział - panie to nawet bladego pojęcia nie mają jak moi chłopcy ją pokochali a moi zawsze tak  surowi dla mnie  rodzice świata poza  Marylą nie widzą. A dziś dzieciaki już  "poszły  do pracy", jeden  do przedszkola,  drugi do zerówki. Poza tym w ramach miłego dnia w kantynie są ciacha i kawa na hasło "M -chirurgia",  z tym, że jest prośba by  cały oddział nagle  nie pomaszerował do kantyny. Dopuszczona jest też możliwość, że któraś   z pań przywiezie ciacha i kawę  na oddział. Ja mam dziś dwie planowe operacje, więc na moje towarzystwo proszę  nie liczyć. Nie pijam kawy przed operacją - i bez tego mam podwyższone tętno.  

Oddziałowa pielęgniarek zarządziła, by kawę i ciastka  przyniesiono na oddział, potem poprosiła  Marylę do siebie. W swoim pokoju, który przekornie nazywała buduarem, wyściskała Marylę, potem powiedziała, że bardzo  się cieszy, że Maryla i Andrzej są małżeństwem i że w jej odczuciu to oni bardzo do siebie pasują. Zapytała  się czy mają gdzie mieszkać, bo wszak  mieszkań w   stolicy  ciągle brak, więc Maryla powiedziała, że  mieszkają razem z teściami, co jest dla nich korzystnym  rozwiązaniem, bo jednak oboje pracują. Dzieci co prawda już "spacyfikowane" bo jedno  w przedszkolu  a drugie  w  zerówce, ale  wiadomo, że w każdej chwili któreś z  nich musiałoby opuścić  pracę i  zając  się którymś  z  dzieci. A poza tym to bardzo duże  mieszkanie,  dzieci bardzo dziadków kochają, dziadkowie ich, więc wszystko gra. Tyle  tylko, że teraz  Andrzej nie  mieszka już na Ursynowie, a wszystkie zmiany adresowe już  są naniesione w kadrach.  A za dwa a najdalej trzy tygodnie będą mieli nowe dowody osobiste.

Wiesz  Marylko- ja  się tak namiętnie  wypytuję  nie  z czystej, babskiej  ciekawości, ale  twój mąż  już  dawno  sugerował, że ty byłabyś  dobra jako instrumentariuszka gdybyś się  w tej specjalności przeszkoliła.  Obiecałam mu, że sprawę "obadam".  Maryla leciutko  się uśmiechnęła i powiedziała - on mnie najzwyczajniej  w  świecie przecenia - lubię tę pracę, którą  wykonuję i wcale nie jestem pewna czy byłabym dobrą instrumentariuszką - jakoś mimo wszystko  wolę mieć  do czynienia z pacjentem  którego reakcje rozumiem i potrafię odczytać niż z pacjentem w narkozie i szalenie skoncentrowanym lekarzem.  "Szefowa"  rozpromieniła  się po tej odpowiedzi i powiedziała, że "kamień spadł jej  z serca", bo ona jest ogromnie  zadowolona z pracy Maryli i absolutnie nie marzy, by teraz  do  zgranego  już  zespołu pielęgniarek na oddziale dokooptowywać  jakąś  nową osobę.

Muszę przyznać, że nieźle się kryliście, choć nie da  się ukryć, że Andrzej  zawsze wyrażał się o tobie Marylko z wielkim uznaniem, choć  zawsze było to związane  ze sprawami zawodowymi, ale jak  widać docenił  cię  nie  tylko w  kwestiach  zawodowych.  A jak ci  się  mieszka  razem z teściami? Maryla  chwileńkę  milczała, a potem powiedziała- przyjęli mnie od samego początku jak własne dziecko - byłam tym zaskoczona i jestem tym wzruszona - teściowa mówi do  mnie "córeńko" a teść  mówi  "dziecinko",  a że nie wiadomo o której Andrzej będzie dziś wychodził to teść po mnie przyjedzie, żebym się nie wlokła miejską komunikacją, z przesiadkami,  bo teraz  mieszkamy na  starej Sadybie. Tak naprawdę to nawet  moja własna matka nie dawała  mi tyle  ciepła  co daje mi teściowa. Poza tym oboje to bardzo szybko polubili własnych wnuków,   z którymi dotychczas  nie mieli wcale kontaktu z powodu poprzedniej żony Andrzeja. W każdym razie jedno jest pewne - ja nie  byłam przyczyną ich rozwodu, z czego bardzo  się cieszę.

A chłopcy są świetni - dziadkowie ich nie  rozpuszczają. A poza  tym to bardzo mądre  dzieciaki - jestem w  stanie  to docenić, bo tak naprawdę to nie cierpię na nadmiar uczuć macierzyńskich. Ale oni są obaj świetni i zaraz dostałam etat mamy. Nikt im nie kazał by nazywali  mnie mamą - sami to wykombinowali. Dziś starszy poszedł do zerówki, a młodszy do przedszkola. Ciekawa jestem ich  wrażeń. Rano to odprowadziliśmy  ich razem z dziadkami - cała  wycieczka. Przedszkolaka  zapewniłam, że jeżeli będzie mu bardzo źle i  smutno to pożali  się pani opiekunce i ona zatelefonuje po babcię, która  go wtedy wcześniej z przedszkola odbierze. Od razu mu minął minorowy  nastrój. Ale widzieliśmy i  bardzo zapłakane dzieciaki. I na pewno po dzieciaki to oboje dziadkowie przyjdą. Dobrze, że przedszkole i  zerówka są w tym samym  budynku,  tylko wejścia są  z dwóch  różnych stron. To przedszkole na starym osiedlu, nie ma tam wielu  rodzin z małolatami, więc  ani  szkoła  ani przedszkole  nie  są przepełnione. 

Ty jesteś Marylko szalenie "wyważoną osobą" i mam wobec ciebie nieco niecne plany. Jak co roku będą u nas praktykantki i chciałabym  byś ty się nimi trochę  zajęła i przekazała im to coś co posiadasz i jest  tak bardzo pożądane  w naszym zawodzie - odpowiedzialność , serdeczność, opiekuńczość i żebyś nauczyła je  jak należy traktować pacjenta.  A przyszedł mi do głowy ten  pomysł po tym niesfornym pacjencie , który nieco u nas  narozrabiał. I mam niedyskretne pytanie - czy planujecie wspólne dziecko, a  właściwie powinno ono brzmieć, czy może już ono jest w  drodze?  

Maryla zaczęła  się  śmiać  mówiąc - wiesz  przecież ile mam lat i gdybym chciała mieć dziecko to bym się  za tym zakręciła już kilka lat wcześniej. Andrzej jest cudownym facetem, już ma dwóch synów i nie tęskni za następnymi dziećmi. Poza tym tak się dobrze  składa, że ciąża to nie  jest to o  czym  mój organizm marzy i co by mi  wyszło na  zdrowie. Nie jest to moje  zdanie  ale dobrych panów profesorów z tej  branży.  Oczywiście Andrzej o tym wie, bo już na  samym początku go uświadomiłam, że ja nie nadaję  się jako inkubator.  A moje poprzednie małżeństwo rozleciało  się nie z tego powodu, że nie jestem  dobrym materiałem na matkę, ale  dlatego, że mój były zakochał się po prostu  w innej kobiecie gdy pracował poza  Polską. Był po prostu  z gatunku  tych, którzy nie mogą istnieć  bez codziennej  dawki seksu.I to ja go wyrzuciłam ze  swojego mieszkania. Mam tylko nadzieję, że ten  drugi związek daje  mu szczęście  i  zadowolenie i może nawet jakieś  dziecko sobie  zmajstruje. 

To masz teraz  wolne mieszkanie? - zainteresowała  się szefowa.  Miałam,  ale już szczęśliwie udało mi  się je  sprzedać i to razem   z meblami. Ono było nawet  w niezłym  miejscu, nie żyłowałam ceny, mieszka  w nim teraz jakaś świeżo upieczona  studentka, ma  dobry  dojazd  jednym  autobusem na Uniwerek. Zawsze to lepsze niż akademik, bo póki  co to raczej akademiki nie  mają pokoi jednoosobowych z własną łazienką i kuchnią.  A meble  zostawiłam bo były dostosowane  wielkością do tego małego metrażu.

Wiesz, ogromnie  się cieszę, że nie chcesz zmienić swej  specjalizacji - powiedziała   szefowa. I mam nadzieję, że pomożesz  mi z tymi praktykantkami. Bo jakby na  to nie  spojrzeć to opieka ran  pooperacyjnych jest bardzo ważna. W tym momencie do gabinetu wparował jeden  z lekarzy- a  szefowa pielęgniarek zaraz  go zbeształa, że nie raczył wpierw  zapukać, bo przecież mogło  się  zdarzyć, że akurat się przebierała. Lekarza na  moment  zatkało, ale  zaraz powiedział - nie zemdlałbym na ten widok- nie jeden raz widziałem nie ubraną kobietę. Ale to nie  dowód, że mnie w takim stanie też miałby pan oglądać panie  doktorze- uświadomiła  go  szefowa. Omawiam z panią Marylą kwestię szkolenia praktykantek, bo od poniedziałku będziemy mieli nieco praktykantek, więc  chcę by pani Maryla włączyła się w tym roku do nadzoru praktykantek.

                                                            c.d.n.



piątek, 26 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 121

 Ślub  był wyznaczony na 1 września o godzinie  12,00 i była to sobota. Pogoda była jak na  zamówienie, było na  tyle  ciepło, że nie potrzebne  były płaszcze czy też kurtki. 

Maryla, po dość długim namyśle doszła do wniosku, że nie powiadomi o swym ślubie ani matki ani ojca - oboje, jak dotąd   nie  wykazywali  wcale zainteresowania jej osobą, więc nie widzi sensu by ich informować o swym ślubie. Mieszkanie  postanowiła sprzedać - Andrzej  miał rację, że to już bardzo stare mieszkanie i to z "wielkiej płyty o niewielkich rozmiarach" , więc dała ogłoszenie, a że  zbliżał się nowy  rok akademicki znaleźli się chętni na jego kupno. Poza tym nie  żyłowała  ceny.

Szybko dokonali  z Andrzejem  selekcji tego co zabiorą ze  sobą na  Sadybę i mieszkanie stało się przez to bardziej interesujące, bo  miało dopasowane  do swej wielkości  meble i choć kuchnia  była mała  i bez okna to osoby  zainteresowane doceniały fakt, że jest dobrze urządzona. Maryla  zostawiała nawet i lodówkę, zabierała  tylko kuchenkę  mikrofalową. 

Na   ślub spoza obu rodzin był zaproszony tylko Henio, zaproszona  była  również Ewa, ale ona powiedziała, że wraca do Warszawy z Bułgarii dopiero w niedzielę o szóstej  rano, więc jako gość  odpadła, co jakoś  nie  zmartwiło Andrzeja.. 

Zgodnie z przewidywaniem Marty i Wojtka  ślub trwał "aż" pół godziny i uświetnili  go  swą obecnością również rodzice Marty. Pati cały czas trzymała pod pachą  Misię, co Andrzej  skomentował, że jest na  ich ślubie  "Dama z Psiczką". Misia była  szalenie grzeczna, Marta  się  śmiała, że potraktowała obecnych  tak jak klientów w kwiaciarni, czyli łaskawie  wcale  nie  zwracała uwagi na ludzi.  Chłopcy w  swych białych niemal męskich koszulach, z krawatami zrobionymi przez  Martę z jednego z krawatów dziadka Cześka i w granatowych kardiganach zrobionych przez  mamę Andrzeja prezentowali się  niezwykle elegancko i  z wielką powagą podawali nowożeńcom ozdobne otwarte pudełeczko z obrączkami.   

Po części oficjalnej, chwaląc pogodę podjechali do Parku  Wilanowskiego by zrobić kilka zdjęć i zaraz potem  do domu na  Sadybę, bo na godzinę 14,30  była umówiona  firma cateringowa. Było trochę śmiechu, bo w  Wilanowie Piotruś powiedział  z wielką powagą do Andrzeja, że wcale nie  widać ani po nim,  ani po Maryli, że są po ślubie, a babcia  Tosia  (matka  Leny) zawsze mówiła, że kto się ożeni ten się odmieni.  

Henio  był w nieco minorowym nastroju, bo ze  dwa  tygodnie  wcześniej  zakończył  pewną  znajomość, gdy uświadomił swą rzekomo zakochaną  w nim znajomą, że  nie zapisze jej do Przychodni Kliniki jako  rodzinę, bo to byłoby  zwykłe oszustwo, ale może ją zapisać  jako normalną  klientkę, jeśli ma jakieś problemy z szybkim dotarciem  do lekarza. No a poza tym,  jeśli jej tak bardzo  zależy na  tym by się leczyć  właśnie  w tej Klinice, to przecież  bez problemu  może  sobie  wykupić  kartę  stałego pacjenta na pół  roku albo na  rok, bo wtedy ma część badań bezpłatnie lub w obniżonej płatności. Panienka  nazwała go "dupkiem" i powiedziała, że  się więcej  nie  zobaczą. No to  się dość  szybko dowiedziałeś  czemu się  tobą owa osoba  zainteresowała - stwierdził Andrzej- miała nadzieję, że będzie miała darmowe leczenie, bo to tobie  będą potrącali pieniądze z konta a nie jej. 

W  domu Maryla  namówiła chłopców  by zdjęli swe wielce  eleganckie stroje i włożyli nowe  dresy,  w których zdecydowanie  będzie im  wygodniej.  Było trochę  śmiechu, bo  gdy  tylko Pati usiadła  na krześle, Misia szybko  zmieniła objęcia Pati i przeniosła  się  w ramiona dziadka Cześka, który miał ze  sobą jej ulubioną bluzę i tym  samym unieruchomiła  dziadka  Czesia  w fotelu. Firma cateringowa stanęła na  wysokości zadania, wszystko było świeżutkie i smaczne oraz   ładnie podane a do tego był kelner i jego pomocnik.  I- jak potem powiedziała Maryla - zero problemu z upychaniem naczyń w  zmywarce.

Po lunchu,  przy kawie, herbacie, lodach i różnych  słodkościach i kompletnym braku alkoholu, który nawet  nie  doczekał  się otwarcia butelek, które stojąc na  stole  były  świadectwem, że alkohol jest produktem znanym w tym kręgu lecz  zupełnie niepożądanym, toczyły  się  rozmowy zdominowane  zdziwieniem, że  się  dotąd obie  rodziny nie  znały. Marta tłumaczyła to  wszystko totalnym  brakiem  czasu bo Andrzej jest szalenie  zapracowany, bo pacjentów przybywa  a lekarzy niestety nie i dość ciężko jest  się z nim umówić na  spotkanie,  przyznała  się, że miała  w planie zorganizowanie u siebie "spędu rodzinnego", ale dopiero teraz zaczęła odczuwać jak bardzo ją zmęczyły te  studia i pisanie  pracy  magisterskiej. I jej  zmęczenie oraz brak  czasu Andrzeja stanęły na przeszkodzie  by się wszyscy  wcześniej  spotkali.  

Obu  rodzinom  Marta i Wojtek  opowiedzieli o  swym ubiegłorocznym pobycie w Turcji i  wyrazili  nadzieję, że tegoroczny pobyt będzie jeszcze lepszy, bo tym razem  jadą w trzy pary a i miejscowość jest ciekawsza. Z kolei mama Andrzeja skorzystała  z obecności  Marty i podziękowała  jej, że namówiła Andrzeja by nawiązał jednak kontakt  z rodzicami i stwierdziła, że  z tego powodu czuje  się dłużniczką  Marty. Potem ojciec Andrzeja oprowadzał gości po "domu i zagrodzie", a  Misia, korzystając  z okazji, dyskretnie podlała trawnik, co zaraz  wypatrzyli  chłopcy i zaraz padło pytanie, dlaczego jej wolno sikać  w ogrodzie,  a oni muszę wracać w tym celu do mieszkania.

Około godziny 18,00 rodzice  Marty, oraz Wojtek  z Martą  i Henio, który miał jeszcze przed  sobą obchód wieczorny pożegnali  się, a Maryla i Andrzej zaczęli pomału "urządzać  się  na pięterku". Chłopcy pomagali z wielkim  zapałem  i kursowali zawzięcie nosząc po kilka  książek do pokoju na parterze, który był przeznaczony na gabinet i bibliotekę - praktycznie   dla Andrzeja, bo jego ojciec  już nie planował projektowania. Prawdziwy zachwyt chłopców wywołał fakt, że codzienne posiłki będą konsumowane w kuchni, a ich część stołu ma nieco obniżony blat i pasujące  do niego wysokością krzesła. Był to patent pana majstra, bo bez odpowiedniego narzędzia nie  mogły dzieci same zmieniać  wysokości  blatu. Mini kuchnia na  piętrze też była świetnym pomysłem i została sprawdzona  zaraz w niedzielny poranek przez Andrzeja, który rano zrobił dla Maryli i siebie poranną kawę, którą się raczyli gdy jeszcze  dzieci  spały. Ta poślubna niedziela upłynęła  Maryli i Andrzejowi na dalszym "urządzaniu  się", a chłopcom na  ciągłym kursowaniu piętro- parter - ogród i z powrotem.  Maryla patrząc na  nich stwierdziła, że ona gdyby tak "na okrągło" pokonywała ten  dystans to pewnie  po godzinie nadawałaby się "na złom". 

Dzieciaki co jakiś  czas przybiegały do Andrzeja i Maryli "na pieszczotki". Nie  da  się ukryć, że w tym domu nikt na nich  nie krzyczał dzięki czemu i oni   nie wywrzaskiwali swoich potrzeb i Andrzej zauważył, że zrobili  się grzeczniejsi i nie trzeba było wszystkiego powtarzać po dwa  razy. Maryla twierdziła, że to na pewno  duża zasługa  Ewy, która nigdy na nich nie krzyczała, a teraz  to oni obaj czują  się tu pewnie, bo są otoczeni życzliwością wszystkich dorosłych.

W niedzielny wieczór Andrzej pojechał wraz z Marylą na  spotkanie i rozmowę z Ewą. W poniedziałek rano Piotruś szedł do  zerówki, ale nie na Ursynowie  tylko na Sadybie, w pobliżu domu, w którym teraz zamieszkali - taka decyzja zapadła na forum rodzinnym. Mama Andrzeja tłumaczyła  mu, że byłoby jednak logiczne, gdyby Jacuś też zaczął chodzić do przedszkola na Sadybie bo przedszkole jest  bardzo blisko domu i odpadnie  kłopot z wożeniem go na Ursynów, co zawsze  jest mało zabawne  zimą. A tu idąc normalnym krokiem dojdzie do przedszkola w siedem minut. I przedszkole  nie jest przepełnione, nie ma bowiem  w okolicy nadmiaru  rodzin z  dziećmi w wieku przedszkolnym.  A Ewa na pewno bez trudu dostanie  pracę w którymś z przedszkoli na Ursynowie, które ponoć powstają na osiedlu niczym grzyby po deszczu.  Poza tym znalazła  w prasie  kilka artykułów wyrażających się raczej  niepochlebnie o tych nowo powstających placówkach- że po pierwsze są drogie bo to są placówki prywatne, o dwóch  z nich napisano, że dzieciom nie odpowiada ich menu, a o innym, że nie bardzo wiadomo  za co się płaci, bo ciągle  jest nieczynne po kilka  dni bo jest jakaś kolejna epidemia.  

No niestety - mam wrażenie, że większość tych  zarzutów jest prawdziwa- tak mi ostatnio mówił Michał- jego najstarszy to więcej siedział w  domu niż  w przedszkolu i dlatego teściowie Ali sprzedali  swą hacjendę i przenieśli się do Warszawy, żeby dzieciaki nie  chodziły do przedszkola- stwierdził Andrzej.

A mieszkanie Andrzeja po prostu się wynajmie- kontynuowali projekt  rodzice.  Jak na razie  to jest wieczny głód  mieszkań w  Warszawie. Jakby na to nie  spojrzeć mieszkanie jest atrakcyjne i jest umeblowane. A jeśli się Andrzej zdecyduje na wynajem, to jest kilka instytucji w Warszawie, które chętnie  wynajmują mieszkania, bo mają swe  filie w Warszawie i bardziej im   się opłaca  wynajmować mieszkania umeblowane od osób prywatnych   niż lokować ludzi w hotelowych pensjonatach, lub kupować  mieszkanie  na firmę. Poza tym teraz  obaj chłopcy mają solidne oparcie w  rodzinie, nikt się na  nich nie wydziera i nikt ich  nie bije no i jest  plus, że obaj będą w jednym przedszkolu, co też ma znaczenie dla dzieci.

Spotkanie z Ewą przebiegło spokojnie- Ewa właściwie spodziewała  się, że ożenek Andrzeja będzie oznaczał koniec jej pracy u niego. Była  zaskoczona faktem, że Lena biła  dzieci. Jej zdaniem obaj chłopcy mając solidne oparcie w rodzinie  bez trudu zaadaptują  się  do zerówki i przedszkola. Co do mieszkania Andrzeja - ona byłaby zainteresowana jego kupnem bo to dobra lokalizacja i jeśli Andrzej zdecyduje się na sprzedaż, to prosi by ją o tym poinformował. A co z tym w którym  mieszkasz ?- spytał Andrzej. To po prostu przestanę wynajmować, twoje mieszkanie jest lepsze. Przez kilka  sekund Andrzej miał ochotę jej powiedzieć co wie o tym wynajmowaniu, ale postanowił wpierw porozmawiać  o  tym z Ziukiem - wszak proszono go o dyskrecję w tej  sprawie.

Gdy już siedzieli w  samochodzie Maryla powiedziała- ładna ta Ewa i bardzo sympatyczna. No ładna - zgodził się z nią Andrzej. Ona ma  jakiegoś faceta ale jakoś nie zakładają rodziny, ale nie pytam dlaczego, bo zupełnie mnie to nie obchodzi. Obchodziła mnie tylko jako opiekunka  moich dzieci a nie jako kobieta. Kocham Martę, ale nie ma  w tym zupełnie  zmysłowości - kocham jej rozum, jej sposób na życie, ale to z tobą chcę dzielić swe życie a nie z nią. To taka drobna  ale zasadnicza  różnica. Kocham ją tak samo jak Wojtka i zawsze obojgu będę pomagać. Kocham też ojca Wojtka i też  zawsze będę go chronić. Czuję, że chcesz  zapytać się okrężną  drogę o Lenę i moje uczucia -weź pod uwagę, że wtedy byłem bardzo młody, napalony i niewyżyty, a ona wielce  chętna i zupełnie pozbawiona oporów. I nie byłem pierwszy.  Była ogromnie chętna, dla niej seks był odzwierciedleniem uczuć i gdy braliśmy ślub Piotruś już był w  drodze bo jej  się "dni pomyliły", więc się ożeniłem, a potem w Jacusia zostałem wrobiony, bo ona chciała duuużo dzieci, więc odstawiła tabletki, tylko ja o tym nie wiedziałem. Przez jakiś  czas nienawidziłem jej serdecznie a potem i teraz przestała mnie obchodzić.  Jak widzisz  wyszłaś  za mąż za dziwnego faceta. Kocham chłopców, ale.......  nie kojarzą mi się  wcale z Leną. A w tobie  kocham wszystko - i całą twą zewnętrzność i to co masz w głowie. Uwielbiam patrzeć gdy pracujesz - robisz  to cudownie- pewnie jestem świr ale  lubię też patrzeć na ciebie gdy śpisz- wyglądasz wtedy jak mała dziewczynka i z trudem opanowuję  chęć wycałowania każdego milimetra twego ciałka, bo resztki rozumu  mi mówią, że musisz jednak odpocząć.  Lubię patrzeć jak zaczynasz coś jeść - wygląda to tak, jakbyś się zastanawiała  czy to co wkładasz  do ust na pewno ci smakuje. I lubię ogromnie  dotyk twego nagiego ciała- to cały poemat.

                                                                           c.d.n.

 

czwartek, 25 kwietnia 2024

Córeczka tatusia - 120

 Do Galerii pojechali   dwoma  samochodami, bo jakby  nie  było to w  samochodzie  Andrzeja  były zamontowane  dwa foteliki dla  dzieciaków. Wojtek jechał pierwszy, Andrzej za nim, bo jak twierdził nie ma nawet  bladego pojęcia,  jak tam dojechać bo jakoś nigdy nie miał  nic do załatwienia  w tamtych  stronach. Wjechali na ostatnie piętro parkingu, bo jak stwierdził  Wojtek, to przynajmniej nie  będą musieli wysilać  mózgów  w celu odszukania  samochodu gdy będą wracać, bowiem  większość   chętnych starała  się zaparkować jak najniżej i na górze nie  było tłoku. Dzieciaki były "pod  wrażeniem", zwłaszcza, że  zaraz  zjechali windą na  sam dół.  W holu na  dole była akurat jakaś wystawa prac konkursowych miłośniczek haftów i było sporo ludzi, co się oczywiście obu panom  nie spodobało. Dzieci  od razu dostały nakaz trzymania się  za ręce  swoich tatusiów , a  że na dole  było "gęsto" od  ludzi, Marta  zarządziła, że w takim  razie od razu wszyscy razem pójdą na  I piętro- one  do znanego Marcie  sklepu, a   płeć  brzydka może  sobie pospacerować po tym piętrze i pozaglądać  do wszystkich  sklepów. Jeśli dziewczyny coś  wybiorą, bo im  w oczy wpadnie to po prostu  wezwą ich telefonicznie. Marta  z  zadowoleniem  stwierdziła, że nadal  jest ten sklep,  w którym robiła przedślubne  zakupy,  a na dodatek jest  w nim również ten  sam przemiły pan. 

Marta postanowiła  mu się przypomnieć, jakby nie  było zrobiła  wtedy całkiem  solidne  zakupy.    Ale pan  właściciel  sklepu dobrze ją  zapamiętał i gdy weszły głębiej  do  sklepu powiedział - chyba  się nie  mylę, że  jedna   z pań już robiła  tu  zakupy. Marta wyszczerzyła  się w uśmiechu i powiedziała -  ma pan rację,  a ja  się cieszę, że nadal pana  sklep tu trwa i nadal jest w  czym  wybierać. 

Trwamy częściowo dzięki temu, że pani nas "rozreklamowała" - kupiła  pani wtedy  te sukienki "medyczne", które nie  za bardzo  "schodziły" i w kilka dni później zaczęły schodzić i musieliśmy  je  w szybkim tempie   "doszywać". No bo to świetne sukieneczki- odpowiedziała  Marta- wygodne i właściwie  pasujące do każdej  figury i ja mam ją nadal, chociaż mi  wcale nie służy jako sukienka  dla pielęgniarki. I z chęcią kupiłabym  sobie  jeszcze jedną. A bardzo się moim koleżankom  na uczelni podobała i nie ukrywałam gdzie  kupiłam. A tym razem przyprowadziłam przyjaciółkę,  bo za miesiąc ma ślub cywilny i trzeba jakąś sukienkę na tę okoliczność zakupić. A tym razem to nawet  mamy ze  sobą, czyli na nogach szpilki, więc będzie  mniejszy kłopot niż  wtedy. Z tym, że jeśli jej coś będzie pasowało to sprowadzimy tu naszych mężów, którzy w tej  chwili krążą z  dziećmi po piętrze. Bo obiecałyśmy dzieciom, że będą mogły brać udział w  zakupach. 

Oooo, to już jest dzieciątko u państwa? - zapytał. Nie, nie u  mnie, to dzieci pana  młodego z poprzedniego  związku,  ja jeszcze  muszę wpierw obronić  magisterkę. Po prostu przyjaciółka obiecała  dzieciom, że zobaczą jak kobiety się męczą z okazji zakupów  nowych kreacji. Dzieci urodzone i wychowane  w Warszawie,  ale nigdy nie były  zabierane  do sklepów innych  niż najbliższe osiedlowe.

No to proszę -  proszę spokojnie popatrzeć. W kwestii kolorystyki  sugerowałbym szafir lub szmaragd- to kolory pasujące  do pani karnacji - poinformował  wskazując na Marylę. Co do fasonu - szafirowa sukienka to szmizjerka, ale nieznacznie jest rozszerzana do dołu, zapinana na  całej długości, jest  z paskiem, ma nawet  kieszenie w  bocznych  szwach, rękawy są 3/4, ujęte w mankiety.  A ta  szmaragdowa jest z satyny bawełnianej. A satyna to taki rodzaj  splotu, który nadaje każdemu rodzajowi materiału delikatny połysk. Jak wiadomo materiał powstaje   drogą  splatania ze  sobą  nitek. A splot  satynowy  to taki,  w którym mniejsza ilość  nitek  wątku przebiega pod  lub nad nitkami osnowy, a punkty,  w których się  przeplatają nitki osnowy i  wątku są rozproszone, co daje efekt, że jedna  strona  materiału jest matowa a druga z lekkim połyskiem, a sama tkanina jest miękka i dobrze  się układa. Ojej, nie miałam o tym pojęcia - jęknęła  Marta. Jakoś  bardzo, bardzo mało znam  się na  materiałach.

Oj,  proszę się  tym nie przejmować - o tym to wiedzą tylko ci co produkują tkaniny i część tych, którzy z nimi pracują, czyli coś  z nich wytwarzają. Klienci to głównie są przekonani, że  satyna to rodzaj nitki z jakiej powstaje materiał - wyjaśniał właściciel sklepu.   No to ja  może w takim  razie  zadzwonię po naszych  mężczyzn ? - zaproponowała Marta. I powiem, że  ty staniesz  Marylko  przed sklepem, żeby ci biedacy trafili gdzie należy. A ja w tym czasie obejrzę te medyczne sukienusie. 

Panowie wraz z dziećmi zjawili  się w  ciągu dziesięciu   minut,  bowiem chłopcy z  niekłamanym zachwytem sterczeli obok schodów ruchomych, a starszy z wielkim  zacięciem liczył ile osób wjechało,  jako że już potrafił liczyć bezbłędnie do pięćdziesięciu. 

Marta szybko wybrała dla  siebie dwie sukienki, obydwie  granatowe. Przez  moment  miała  "ciągoty" na jedną  z elegantszych sukienek , ale po namyśle poprosiła pana sprzedawcę by zapakował  jedną sukienkę medyczną dobrą rozmiarem dla Maryli, wraz  z tym co Maryla  wybierze  dla  siebie, bo to będzie  niespodzianka dla  niej od Marty. Szybko uregulowała od  razu należność za trzy sukienki , dwie  swoje już  wcisnęła do swojej  torby, tę trzecią miał sprzedawca  zapakować potem, razem z tą kreacją, którą  Maryla  wybierze dla siebie. A że coś  wybierze, to Marta  była pewna, bo naprawdę  było z  czego wybierać.

Dzieci weszły grzecznie do sklepu i wyraźnie powiedziały  dzień dobry, a Maryla poszła do przebieralni. Wpierw założyła  szafirową  szmizjerkę - i bardzo  się  w niej podobała  dorosłym.  Ale  Piotruś   stwierdził, że on nie o takim kolorze myślał, ale ładnie mama wygląda. Maryla stwierdziła, że to  bardzo wygodna sukienka, ale dla porządku  przymierzy też  tę satynową, bowiem  kamienie w biżuterii, którą  dostała od   Andrzeja to nefryt i on jest  zielony  więc ta  biżuteria będzie bardziej pasowała do zieleni. A ona  ma  zamiar  założyć  te  bransoletkę z pierścionkiem   właśnie  z okazji ślubu. Chłopcy byli zafascynowani ilością i wielkością luster w  sklepie, ale stali grzecznie i nawet nie  robili głupich min do lustra. Piotrusiowi najbardziej się podobało, że patrząc w lustro przed  siebie widzi się siebie jednocześnie  z tyłu, a ponieważ  wyraził  swój zachwyt  głośno,  więc zaraz  właściciel  sklepu mu wyjaśnił, że to celowo tak są  rozmieszczone lustra, by panie mierzące  różne  kreacje  mogły  się  swobodnie obejrzeć i z przodu i z tyłu i w ogóle  z każdej strony przechadzając się pomiędzy  lustrzanymi ścianami.

Maryla znów zniknęła  w przymierzalni,  po chwili wyszła  w kolejnej kreacji - i  trzeba przyznać, że ta sukienka bardziej podkreślała  kształty Marylki no i była jakby "bardziej odświętna", właśnie  przez ów delikatny połysk. Bardzo się Marylka wszystkim  spodobała,  a Andrzej zadecydował, że  wezmą obie sukienki, bo w obu bardzo ładnie  wygląda. Maryla usiłowała protestować, ale Andrzej powiedział do pana  sprzedawcy, żeby nie  słuchał jej protestów tylko obie  zapakował, a Marta, gdy  tylko Maryla wyszła z przebieralni powiedziała jej, że pójdą, a właściwie pojadą piętro wyżej, bo tam jest jakiś sklep z dziecięcą odzieżą,   więc one  z dziećmi już  wyjdą . Wychodząc pożegnała  się niemal  czule  z panem sprzedawcą. Maryla poinformowała  chłopców, że teraz  pojadą ruchomymi  schodami piętro wyżej  i być może uda  się i dla nich kupić jakieś  nowe ubranka, żeby ładnie  wyglądali na ślubie no i potem też się  przecież przydadzą. 

Wchodząc do tego sklepu z dziecięcą konfekcją Andrzej poczuł się "nieswojo",  bowiem uświadomił sobie, że właściwie  to on  nie wie ani jakie  rozmiary mają  być  ani jaki jest faktyczny  stan garderoby jego  dzieci - tym wszystkim zajmowała  się głównie......jego teściowa. Zdenerwowany powiedział o tym Marcie. No to kiepsko trafiłeś  - obie  z Marylą  też nie mamy rozeznania, no ale od rozmiarów to są sprzedawczynie i to one powinny podać ubrania  we  właściwym  rozmiarze patrząc na  dzieci, a my tylko wybierzemy to co mają mieć  na  sobie  dzieci w  dniu waszego  ślubu.  Ja na twoim miejscu to bym im zakupiła "w  ciemno" nowe komplety  bielizny i dresów, a po przejrzeniu ich  rzeczy w domu zorientujesz  się co im jeszcze trzeba dokupić. I wtedy pojedziesz na  zakupy z własną mamą i dzieciakami, albo z dzieciakami i dziadkiem  Cześkiem, bo on w dziecięcych  ciuchach jest bardziej oblatany niż ja - wszak Wojtek był kiedyś  dzieckiem. 

Pani w  sklepie nie  zrobiła dobrego wrażenia na Marcie i Maryli, bowiem szalenie  chciała wcisnąć im "garniturek", co nie podobało się  ani Maryli ani Marcie. Marta podeszła  do Andrzeja i wyszeptała mu  do ucha: że też nie  mogłeś  się bardziej  postarać i spłodziłeś  chłopaków - to bardzo niewdzięczny materiał do strojenia w  ciuchy! 

Z kupnem  bielizny  dziennej i nocnej nie  było problemu. Gorzej  było ze spodniami i ubrankami dziennymi, bo chłopcy  nie należeli do grona  pękatych dzieci i  byli raczej w górnych granicach  wzrostu i to co było dla nich  dobre długością to było po prostu  za obszerne. Pomimo tego kupili sporo rzeczy, a Maryla orzekła, że ona i jej teściowa jakoś te  "ciuchy" dopasują  do dzieci objętością. Niemal w ostatniej chwili oko Marty  spoczęło na półce z  białymi koszulami dziecięcymi  i jedną  z nich rozłożyła, więc dobrała " na oko" dwie - mniejszą i  większą i kazała  dzieciom przymierzyć. Ale to są "koszule  do garniturów"- miauknęła  sprzedawczyni. Marta już nie wytrzymała  i zadała proste pytanie, czy miejsce,  w którym  stoi jest sklepem, który jest ku zadowoleniu klientów, czy  to może  klient ma być  zadowoleniem  dla  sklepu, czyli wydawać  pieniądze nie na to co się klientowi podoba  a na to co właścicielom  sklepu  się podoba?  Po tej przemowie ekspedientka  z obrażoną miną  sprzedała im dwie  białe  koszule szyte na  wzór koszul męskich. Po wyjściu ze  sklepu Marta została  wyściskana, a chłopcy  zostali  zapewnieni, że do koszul ciocia Marta  sama własnoręcznie  zrobi im krawaty, żeby obaj wyglądali  elegancko.

Zmordowani, głównie  psychicznie,  zakupami  postanowili by  w ramach rekreacji pojechać na lody dla wszystkich i kawę dla dorosłych oraz kakao dla dzieci. Niestety sobota nie  była dniem przyjaznym na takie  zachcianki i w końcu wszyscy wylądowali, ku radości chłopców, na Sadybie. Marta  tylko zmusiła Andrzeja, by wpierw jednak  zapytał się telefonicznie mamy, czy nie będzie  to za wielki kłopot, gdy nagle i oni, znani mamie Andrzeja tylko z opowieści, zjawią się  u  niej w mieszkaniu. Mama poprosiła o pół godziny zwłoki, które Marta wykorzystała na wizytę w kwiaciarni Pati, uściskanie jej, pomerdanie Misi i zakup azalii dla mamy Andrzeja. W tym  czasie  reszta towarzystwa była w pobliskim Empiku, żeby nie robić  tłoku w maleńkiej  wszak kwiaciarni. Potem w  drodze na  Sadybę zakupili lody, bowiem termos do lodów był stałym wyposażeniem  samochodu Wojtka.

Dzieciaki z wielkim  przejęciem opowiadały o zakupach, z dumą pokazywali  swe nowe  ciuszki, potem było oglądanie "okiem matki"  obu sukienek Marylki i przy okazji Maryla ze  zdumieniem odkryła, że ma o jedną sukienkę więcej, więc Marta skłamała, że to na pewno prezent od  właściciela sklepu, bowiem  nie chciała by Maryla czuła  się zakłopotana tym, że ona jej kupiła  tę  sukienkę. Za to opowiedziała, że ona też  wtedy dostała tę medyczną sukienkę  w prezencie. A ponieważ ekipa remontowo-budowlana właśnie zakończyła  działalność  na strychu,  mogli obejrzeć jak przebiegają prace na górze.  O tym co jest robione i dlaczego opowiadali na  zmianę  Piotruś i  ojciec Andrzeja. Mama Andrzeja chwaliła  zaś całą ekipę, że  pracują rzetelnie, w powietrzu nie latają "niestosowne wyrazy", po każdym dniu pracy  wszystko  sami bardzo starannie sprzątają i naprawdę rodzice każdemu mogą ich z czystym  sumieniem polecić. I sąsiedzi rodziców  już się umówili na jakieś prace  remontowe- wszak te  domki nie są nowe, niektóre to jeszcze przed II wojną  światową były budowane, a znalezienie odpowiedzialnych  ludzi, którzy dobrze pracują, nie  zaglądają  do kieliszka a na dodatek przed wyjściem   z pracy sprzątają po sobie wcale nie jest w dzisiejszych  czasach prostą  sprawą.  Mama Andrzeja wprowadziła  zwyczaj "przerwy na  zupę" i codziennie ekipa posłusznie o godzinie 13,30 schodziła  do kuchni i jedli pożywną a na dodatek smaczną zupę. Mama Andrzeja była  zdania, że zupa na mięsnym wywarze, z dużą ilością warzyw na pewno im nieco "umili" życie.

Obie dziewczyny zostały pochwalone za to, że nie uległy namowom by kupić  dzieciom "garniturki", a mama Andrzeja powiedziała, że ma  w domu granatową włóczkę i zrobi dla nich rozpinane swetry, żeby były na wszelki wypadek gdyby było zbyt  chłodno na  same koszule. Andrzej nie ukrywał, że na polecenie Marty zakupił nieco ubrań dla chłopców i znów złożył samokrytykę, a jego mama powiedziała-  masz chłopaku  szczęście, że masz takich przyjaciół, którzy traktują  cię jakbyś  był częścią ich rodziny. Nie mam pojęcia kto lub co dba o pewien porządek na tym świecie, ale jestem szczęśliwa, że masz  koło siebie właściwych ludzi, rzetelnych, odpowiedzialnych i bardzo życzliwych. Marta popatrzyła  się na nią i powiedziała - my z Wojtkiem oboje  uważamy, że po prostu trudno Andrzeja nie kochać, jest dla nas jak najlepszy  starszy brat.

                                                                      c.d.n.