środa, 11 lutego 2009

Już wszystko było

Wpadł mi w ręce artykuł kolejnego nawiedzonego ekologa - znów wyczytałam, że czekaja nas same powodzie, susze i inne tego rodzaju atrakcje.
Przypomniało mi się, że stosunkowo niedawno skończyłam czytać ksiązkę "Tajemnicze Dzieje Polski' Jerzego Besali.
Otóz anomalia pogodowe nieraz miały miejsca i na ziemich polskich i w Europie.
Zima roku 1647 na 1648 rok zamieniła się we wczesną wiosnę, prawie nie było mrozów, za to wielkie deszcze. Ponadto przechodziły nad Europą huraganowe wiatry i szalały burze - na Mazowszu, w okolicach Szczecina, wokół Hamburga, Bremy, Frankfurtu, Wrocławia, czyniąc olbrzymie szkody, o czym pisali ówcześni kronikarze.
A potem nastąpiło niezwykle suche lato i ataki szarańczy wyniszczajace zbiory na Ukrainie. Zimą nie było czym karmić bydła. Chłopi ukraińscy masowo, wraz z rodzinami porzucali ojcowizny i przyłączali się do Kozaków Chmielnickiego nie tyle z nienawiści do panów Lachów, co z powodu klęski głodu dwóch strasznych dla Ukrainy lat: 1648 i 1649.
Okazuje się, że klęski żywiołowe (naukowo zwane elementarnymi) często są przyczyną dramatycznych wydarzeń w dziejach różnych narodów.
U schyłku XVI wieku, wielkie państwo moskiewskie było wyczerpane niezwykle krwawymi , okrutnymi rządami Iwana IV Groznego oraz pobiciem Rosji przez polskie wojska Stefana Batorego. I może pozbierałoby sie jakoś , gdyby nie fatalna pogoda.
Latem 1601 roku na terenach Wielkiego Księstwa Moskiewskiego bez przerwy padały ulewne deszcze, w wyniku których całkowicie przepadły zbiory. Jesieni prawie nie było, gdyz po lecie nastąpiły bardzo silne mrozy. Na kraj spadła klęska głodu.
Podobna sytuacja zdarzyła się jeszcze w 1603 i 1604 roku, doprowadając do dzikich buntów i przerażających zdarzeń. Aby przeżyć, rodzice sprzedawali w pierożkach , na targach, mięso zabijanych dzieci. Zresztą i w Polsce i w innych krajach Zachodu, w chwilach skrajnego głodu szerzył się kanibalizm.
W czerwcu 1604 roku wkroczył do Moskwy "cudownie ocalały" carewicz Dymitr na czele wspierających go polskich i kozackich oddziałów. Witany był przez mieszkańców Moskwy z wielka radością, zwłaszcza, że w tym dniu świeciło słońce i ludzie nabrali przekonania, ze od tej pory nastąpi poprawa pogody a wraz z nią urodzaj.
Owszem, nastąpiła poprawa pogody, ale Polacy weszli na Kreml, po czym doszło do wielkiej wojny domowej oraz przeciw zaborcom - Polakom.
Bez wątpienia do tego długotrwałego kryzysu przyczyniły sie zaburzenia klimatyczne i klęski elementarne z lat 1602 - 1604.
W latach 1649 i 1650 Polskę i Europę Środkową nawiedziły z kolei niespotykane dotąd powodzie. Wylała Wisła, Wełtawa, Dunaj, Ren, Łaba, Wezera.
W 1652 roku ulewne deszcze doprowadziły do zalania Krakowa i wybuchu zarazy. Nic dziwnego , skoro wg ówczesnych kronik woda niosła duże ilości trupów, ponoc aż około 20 tysięcy. Ludność była dziesiątkowana przez głód i epidemie. Zdesperowani ludzie z Podola, Wołynia i Kijowszczyzny uciekali do Rosji, którą tym razem omijały plagi pogodowe.
Aż nadszedł 1655 rok. Zima była wyjątkowo mrozna i długa. Morze Bałtyckie zamieniło się ponoć w gigantyczne lodowisko. Szwedzi saniami przeprawiali się do Niemiec i stąd do Polski.
Te niespotykane dotąd warunki umożliwiły Szwedom rozpoznanie i przygotowanie się do uderzenia na Rzeczpospolitą. Przez skute lodem cieśniny bałtyckie, Szwedzi przerzucali nie tylko wojska ale i potęzną artylerię. Oczywiście główne siły przetransportowano na statkach i wkrótce potęzne działa i zelazne regimenty Karola Gustawa z łatwościa przepędzały polskie chorągwie, włącznie z osławioną husarią.
Lata potopu szwedzkiego były czasami anomalii pogodowych, które przyczyniały się do pogłębiania kryzysu. Wiosenne oraz letnie deszcze i powodzie doprowadziły w wielu miejscach Europy i w Polsce, do kolejnej fali głodu. Do tego dołączyła sie niespotykana plaga myszy pustoszących, podobnie jak Szwedzi, polskie spichlerze i stodoły.
Nawet dośc bogatą wówczas Litwę też dopadło głodowe barbarzyństwo. ... "ludzie zjadali psy, koty, padlinę...na ostatek rżnęli ludzi i ciała ludzkie jedli i umarłym trupom ludzkim wyleżeć się w grobie nie dali" -tak pisał o tych wydarzeniach naoczny świadek w województwie mińskim, Jan Cedrowski.
Zaburzenia klimatyczne na ogół były katalizatorem przemian, a nawet wywoływały kryzysy gospodarcze i społeczne.
Powodzie na ziemiach Galicji w latach 1844-1845 spowodowały na tych ziemach klęskę głodu i to w chwili, gdy polscy patrioci szlacheccy szykowali powstanie przeciw zaborcom. W 1846 roku doszło do tragicznej rzezi galicyjskiej, czyli ruchu chłopów przeciw dworom pod wodzą Jakuba Szeli. Przekonani przez Austriaków, że winę za ich ubóstwo ponoszą polscy panowie , wymordowali tych, którzy szykowali spisek przeciw zaborcom.
Podobne słoty objęły w następnych latach prawie cała Europę, przyczyniając sie do okropnej zarazy ziemniaczanej i całkowitego nieurodzaju zbóz w 1847 roku. Wywołało to największą klęskę głodu aż do czasów pierwszej wojny światowej w Europie.
Przez wiele pokoleń zastanawiano się, jak tłumaczyć wściekłe kaprysy natury.
Ludzie i kronikarze od wieków usiłowali powiązać anomalie pogodowe i klęski elementarne z działaniem Boga.
Współcześni ekolodzy znależli odpowiedz na wszystkie pytania- wszystkiemu winien efekt cieplarniany, wywołany nadmierną emisją gazów przemysłowych do atmosfery.
Jak to- nie było wtedy przemysłu- a jesteście tego pewni?
anabell

wtorek, 10 lutego 2009

O czym marzy dziewczyna, gdy....

......się starzeć zaczyna.
Ktoś z moich znajomych zauważył, że bardzo się zmieniłam i to chyba nie na lepsze, bo jakoś trudno we mnie odnalezć tę kobietę sprzed lat.
Poczułam sie dotknięta tym stwierdzeniem, ale jednocześnie zmusiło to mnie do zastanowienie się , co się we mnie zmieniło. A zmieniło się wiele zwłaszcza wokół mnie. Po raz drugi odcięłam pępowinę łączącą mnie z córką - wyjechała z domu i z kraju na stałe, załozyła własną rodzinę, teraz sama została matką. To mi jaskrawo udowodniło, że czas nie stoi w miejscu, tylko nieubłaganie pędzi do przodu. Szczeniątko, które całkiem niedawno przyniosłam do domu, kilka dni temu ukończyło 15 lat, a ja wciąż pamiętam 20-to centymetrowe maleństwo z 7-mio centymetrowym, wiecznie merdającym ogonkiem.
Ale co się zmieniło we mnie, w mojej psychice? No cóż, postarzałam się, załapałam sie na dziwną, nieuleczalną chorobę, coraz mniej spraw mnie "porywa", podchodzę do wielu spraw mniej emocjonalnie i - przestałam marzyć. Przestałam marzyć, planować, wymyślać coby jeszcze zmienić. Zaczęłam żyć "na bieżąco", bez wybiegania myślami w przyszlość. To chyba największa zmiana. Na szczęscie nie opuściły mnie moje różne zainteresowania -w dalszym ciągu spędzam wiele godzin na czytaniu i róznego rodzaju robótkach. Mniej spotykam sie ze znajomymi, zaczęłam pisać blog, a nigdy dotąd nie napisałam nawet jednej linijki pamiętnika!
Postanowiłam więc sprawdzić, jak jest z moimi kolezankami - wszystkie jesteśmy w podobnej sytuacji rodzinnej, tyle tylko, że ich dzieci nie wyjechały z kraju.
Do marzeń "przyznały się " raptem 2 dziewczyny, z siedmiu. Jedna marzy o wygranej (dużej wygranej) w totka. Bo mogłaby kupić dom z ogrodem, nie zamartwiać sie ciągłym brakiem pieniędzy.
Druga marzy o tym, by spotkać jeszcze kogoś, z kim mogłaby ułożyc sobie życie na nowo, bo nie chce być sama "na starość".
I to koniec marzeń.
A więc zapytałam, co planują na najblizszą przyszłość- tu padło najwięcej odpowiedzi - pojechać do sanatorium, odchudzić sie w racjonalny sposób pod kontrolą lekarza,zmienić meble, wyremontować mieszkanie, zacząc się wreszcie leczyć (to powiedziała chora na cukrzycę), zmienić miejsce zamieszkania-wynieść sie z miasta na wieś. Wiem, przyziemne, ale zawsze jakieś plany.
A co chciałyby zmienić - jedna odpowiedz-mniej emocjonalnie podchodzic do tego, co sie dzieje u dorosłych dzieci, druga -dość zaskakująca, bo padła z ust męzatki o prawie 50-letnim stazu małzeńskim: zmienić psychikę własnego męza, by nie uwazał jej wciąz za głupszą od siebie.
Pomyślałam, ze chyba dośc pózno przejrzała na oczy.
A jak z dotychczasowymi zainteresowaniami - z powodu postepujacej choroby jedna z nas zupełnie nie może czytać, co ja załamało, druga zupełnie juz nie robi ulubionych hafcików, ale czyta, zainteresowania innych pozostały bez zmian.
Pozbierałam te wszystkie odpowiedzi i zrobiło mi się smutno. Dotychczas myślałam,że te zmiany, które zaszły we mnie to tylko wynik tej choroby, która często prowadzi do lekkich stanów depresyjnych, ale dlaczego dziewczyny, młodsze ode mnie o kilka lat, zdrowe, też nie marzą o niczym? A moze marzenia to tylko przywilej młodości?
Moze zmagania z codziennością pozbywaja nas nie tylko złudzeń ale i marzeń?
A moze to juz dopadła nas starość?
Sama nie umiem sobie na te pytania odpowiedzieć - muszę jeszcze nad tym pomyśleć.
anabell

sobota, 7 lutego 2009

Kryzys -trochę o mechanizmach

Pieniądze są krwioobiegiem cywilizowanego świata. Są środkiem wymiany handlowej, instrumentem, za pomoca którego jeden towar jest sprzedany, a inny zostaje kupiony. Wystarczy wyeliminować pieniądze lub zredukować ich druk poniżej niezbędnego poziomu, by konsekwencje okazały sie katastrofalne.
Przykładem tego był amerykański kryzys w latach trzydziestych ubiegłego stulecia.
W roku 1930 Ameryce nie brakowało potencjału przemysłowego ani ludzi wykwalifikowanych i chętnych do pracy.Posiadała rozwinięty i efektywny system komunikacji, łączność pomiędzy regionami i lokalna, była uważana za najlepszą na świecie. Nie było wojny ani wewnętrznych zamieszek.
Jedyne, czego brakowało Stanom Zjednoczonym w latach trzydziestych to odpowiedniego dopływu środków finansowych do produkcji i handlu.
Jedynym zródłem nowych pieniędzy i kredytów byli bankierzy, którzy z premedytacją odmówili udzielenia pożyczek właścicielom firm przemysłowych, sklepów i farm.
Ponieważ zaś nadal egzekwowano pożyczki udzielone wcześniej, pieniądze szybko wyszły z obiegu.
Za pomoca tej prostej sztuczki Amerykę wpuszczono w "depresję", a bankierzy przejęli setki tysięcy farm, domów i biznesów. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z rzeczywistego powodu owego kryzysu.
Zakończył go wybuch II wojny światowej i ci sami bankierzy, którzy nie dawali pieniędzy na cele pokojowe, dali pieniądze na zbrojenia. Z dnia na dzień kryzys się skończył.
A jak to było mozliwe?
W grudniu 1913 roku, gdy wielu posłów już wyjechało na wakacje, Kongres przegłosował ustawę powołującą instytucję o nazwie Federal Reserve Corporation, powierzając jej zadanie produkowania pieniędzy i ustalania jej wartości. Korporacja ta ma charakter prywatny i tym samym jej rzeczywistym celem jest zysk bankierów, a nie dobro społeczeństwa.
Reserve Bank otrzymuje ogólne wytyczne, ale działa niezależnie od rządu. Senat sprawuje na tą instytucja ogólny nadzór. Decyzje Banku nie są zatwierdzane przez kogokolwiek, z prezydentem włącznie.
Od tego momentu -1913 roku- mała grupa uprzywilejowanych osób "stworzyła" dziesiątki miliardów dolarów w walucie i kredytach, które następnie ludzie ci pożyczyli rządowi i społeczeństwu na procent.
A wszystko zaczyna się od konieczności uzyskania pieniędzy. Rząd Federalny. który wydał znacznie więcej pieniędzy niż ich otrzymal od obywateli w formie podatków i potrzebuje np. miliard dolarów, prosi o nie owych "twórców" a ci bankierzy chętnie to czynią w zamian za umowę, ze Rząd zwróci im te pieniądze z procentem. W takiej sytuacji Kongres upowaznia Ministerstwo Skarbu do wydrukowania papierów wartościowych, w wysokości miliarda dolarów, które zostaja przekazane bankierom. Następnie Federal Reserve płaci koszt druku papierów ( w tym przykladzie tysiąc dolarów) i przekazuje rządowi pieniądze. Rząd wykorzystuje pożyczone pieniądze do zapłacenia długów, ale jednocześnie naród staje się dłuznikiem bankierów w wysokości miliarda dolarów plus procent od tej sumy.
W 1980 roku rząd Stanów Zjednoczonych był winien bankierom trylion dolarów, a społeczeństwo płaciło od tej kwoty sto miliardów dolarów rocznie jako procent. Poza tym bankierzy kontrolujący pieniadze, mogą (lub nie) udzielać pożyczek duzym korporacjom. Odmowa przyznania pozyczki powoduje spadek wartości akcji danej korporacji na giełdzie. Gdy ceny juz spadną, agenci bankierów wykupują owe akcje, po czym wielomilionowa pozyczka zostaje przyznana, akcje idą w górę, a bankierzy sprzedają je z zyskiem. Proste - prawda?
Obecnie wystarczy,ze Federal Reserve przekaze mediom informacje, iz stopa procentowa wzrośnie lub sie obnizy, a akcje na giełdzie idą w góre lub zlatuja w dół .
Nalezy zadac sobie pytanie, jak to mozliwe, ze ten złodziejski system utrzymywal się przez tyle lat?
Po prostu politykom było z tym wygodnie. W końću to bankierzy finansuja kampanie wyborcze. Nowo wybrany prezydent rewanzuje się obsadzaniem bankierami najwyzszych stanowisk w państwie. Główne partie akceptują taki system, bo ich liderzy po zakoczeniu kadencji zwykle obejmuja lukratywne stanowiska w korporacjach, a dzieci liderów podejmuja tam pracę na doskonale płatnych posadach.
W tej chwili toczy sie walka o utrzymanie dominacji bankierów w państwie. Jednoczesnie pod naciskiem społeczeństwa senatorzy i posłowie walczą o wprowadzenie państwowej konroli nad bankierami, a ściślej nad rodzajem tej kontroli.
Okazuje się więc, że najpotęzniejsze państwo świata, którego społeczeństwo żyje na kredyt, nie moze pozwolić sobie na wiele wydatkow , choćby takich jak udzielanie pomocy innym krajom i prowadzenie wojen.
Najblizszy czas pokaze jak dalej będzie przebiegał kryzys w Stanach, jaki będzie jego wpływ na inne kraje świata.
Baczna obserwacja tych wydarzeń pomoze innym krajom w podejmowaniu decyzji ekonomicznych, mających na celu złagodzenie rozchodzącego się falami kryzysu.
Nalezy jednocześnie pamietać, ze kryzys to nie powodz i nie bardzo mozna mu zaradzić zanim dojdzie do danego kraju. Wiedząc o nadchodzącym kryzysie nalezy na wszystkich frontach przygotowac się na wszelkie rozsądne oszczędności, w gospodarstwach domowych równiez.
anabell

piątek, 6 lutego 2009

Pytanie Tygodnia

Najczęściej zadawanym pytaniem tego tygodnia było: "czy lepiej zwiększać zadłużenie państwa, czy też ciąć wydatki budżetowe?"
Pytanie to zadano znanym w Polsce ekonomistom, eskpertom gospodarczym, socjologom.
Zdania podzielone,ale czy u nas kiedykolwiek eksperci mówili jednym głosem?
Zdaniem dr Andrzeja Olechowskiego, b. ministra finansów, jest to nie tylko kwestia wyboru, ale możliwości. Zwiększenie deficytu budżetowego, powyżej zafiksowanego w aktualnym budżecie, spowoduje restrykcje wynikające ze stosownych ustaw o ograniczeniu długu i utrudni naszą sytuację budżetową w 2010 roku, który będzie jeszcze trudniejszy niż obecny.Druga kwestia- znalezienie nabywców na polskie papiery dłużne powyżej zaplanowanych ilości może się okazać bardzo kosztowne. Odpowiedż brzmi- oszczędzać.
Prof.Jadwiga Staniszkis, socjolog, uważa, że należy robić oszczędności tam, gdzie to tylko jest możliwe, głównie w celu ukrócenia marnotrawstwa w strukturach państwa.Ponadto należy starać się wynegocjować zmiany w uzytkowaniu funduszy unijnych ( co już sie dzieje), bo niekiedy trzeba mieć mniej środków własnych. Wykorzystywane do 2013 roku środki powinny być skoncentrowane jedynie na wielkie projekty, takie jak budowa gazoportu czy też elektrowni jądrowych, co będzie tworzyło nowe miejsca pracy i podniesie poziom technologiczny. A najważniejsze -nie należy stawiać sprawy "albo-albo", nie usztywniać się i pozostawić swobodę manewru.
Były wicepremier , prof. Jerzy Hausner uważa, że trzeba ograniczać zbędne wydatki, natomiast zwiększać te, które służą aktywności gospodarczej i rozwojowi, a w szczególności te, które szybko uruchomią inwestycje publiczne. Jeżeli będziemy w stanie zwiększyć inwestycje publiczne, to deficyt może byc większy niż planowany. Natomiast nie należy powiększać deficytu dla wydatków bieżących.
Analityk i ekspert gospodarczy, dr Richard Mbewe, jest zdania, że trzeba ciąć wydatki budżetowe, ale zwiększenie zadłużenia byłoby dość niebezpieczne, bo oddalałoby przejście na walutę euro. Trzeba cały czas pamietać, że wejście do tej strefy przyspieszyłoby rozwój gospodarki. Powinno sie oszczędzać i słusznie premier rządu tnie wydatki, ale trzeba się liczyć z tym, że ludzie też na tym ucierpią.
Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Zdzisław Sadowski podsumował sytuacje w ten sposób - "warto rozejrzeć się za sposobem dostosowania do obecnej sytuacji i trzeba podkreślic stanowczo, że Polska nie jest w kryzysie, dopiero może w nim być. Rząd nie powinien wykonywać nerwowych ruchów, lepiej poczekac co będzie dalej.
Oczywiście można dopuścić możliwość powiększenia deficytu w razie wielkiego zagrożenia, ale na razie takiego na pewno nie ma."
Tyle eksperci .
Nikt nie potrafi jeszcze dzisiaj ocenić prawdziwej skali kryzysu, ani przewidzieć i oszacować efektów programów ratunkowych. Ich skala i zakres są ogromne i dopiero czas pokaże co z tego wyniknie.
W Brukseli odbyły się rozmowy pomiędzy przedstawicielami europejskiego samorządu gospodarczego i bankami. Rozmowom przewodniczył Gunter Verheugen. Wystosowano w ich trakcie apel skierowany do banków, że w dobie kryzysu nie powinny zapominać o swych obowiązkach wobec małych i średnich przesiębiorstw , ale nie wiadomo, czy odniesie to jakikolwiek skutek.
Jak długo ekonomiści i politycy nie zauważą, że globalna gospodarka wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli i wpływów i nadal będzie postepować "giełdyzacja" gospodarki i rządzić nią kapitał spekulacyjny a nie inwestycyjny, tak długo pole manewru dla polityków gospodarczych będzie bardzo ograniczone.

wtorek, 3 lutego 2009

Bić czy nie bić?

Miałam napisac coś wielce pogodnego, ale dzisiejszy post Atiny Bezdomnej zdopingował mnie do napisania czegoś poważnego, a jeśli poważne to juz nie pogodne.
Bić czy nie bić ? -to jest pytanie, które od czasu do czasu zaprzata głowę niektórym, którzy aktualnie wychowują dzieci.
Bo trzeba tu jasno powiedzieć,że niektórzy nie maja takich rozterek i tłuką dzieci z byle powodu i gdzie popadnie - pupa, głowa, plecy - byle mocno, bo musi ta mała zaraza pojąć, że tata lub mama wymagaja od niego szacunku dla siebie.
To oni tu rządzą, nie dzieciak.
Nie ukrywajmy - wychowanie dziecka to dośc trudny i żmudny obowiązek, zwłaszcza w czasach, gdy my, dorośli nie umiemy sie w obecnej rzeczywistości odnalezć.
Coraz częściej brakuje pieniędzy, czasu a w końcu i chęci. I wtedy swoje frustracje przenosimy na dziecko, zwlaszcza w chwili, gdy jest nieposłuszne lub hałasuje, gdy nam głowa pęka z nadmiaru problemów. Zaczynamy podświadomie obarczać dziecko wina za całe zło i wtedy często je karcimy. Jeśli nawet nie bijemy, to wydzieramy sie na nie niemiłosiernie.
Ci co mnie często odwiedzają, wiedzą, że juz zakończyłam działalność wychowawczą, bo dziecko jest dorosłe i nawet uczyniło mnie babcią.
Przyznam sie nieskromnie, ze jestem zadowolona z tego, jak ją wychowałam. I naprawdę, nie stosowałam w procesie wychowawczym klapsów, klęczenia na grochu, stania w kącie lub wrzasku.
Wychowując ją cały czas miałam w pamięci swoje dzieciństwo, pełne zakazów i rygorów (tu ciekawostka- wychowywali mnie dziadkowie), które w wieku nastolatki omijałam kłamiąc w domu niemiłosiernie.
Nie chciałam, by moje dziecko bało się mnie i tego ,że będę na nią wrzeszczeć gdy zrobi coś niezgodnego z poleceniem, nie chciałam by ze strachu kłamała.
Chciałam, by zawsze miała własne zdanie, umiała podjąć odpowiednia decyzję, nie bała się brania odpowiedzialności za swoje decyzje.
I wiecie co, to wcale nie było takie łatwe , bo wymagało żelaznej konsekwencji w postępowaniu.
Jezeli raz dziecku czegoś zabronisz , a pod wpływem jego wrzasku pozwolisz na to, co przedtem zabroniłaś - cały efekt pedagogiczny bierze w łeb. I jeszcze jedno- twoje postępowanie musi mieć pełną akceptacje twego partnera, a nie tak, ze ty zabraniasz czegoś, a on, ten dobry tata, pozwala na to. Tu musi byc wyjątkowo zgodny front.
Pomimo, ze w tym okresie moj mąz raczej mało bywał w domu ( w końcu ktoś musiał na to wszystko zarabiać) doskonale mnie wspierał w tym wszystkim.
Wiem, miałam łatwiej niz inne mamy, siedziałam z nią w domu, nie "kiblowała" w świetlicy, nie chodziła z kluczem na szyi.
Nie było w tym czasie całej gamy poradników dotyczących wychowywania dziecka - kierowałam sie prostą zasada- stawiałam siebie na jej miejscu i jednocześnie przywoływałam z dzieciństwa te wspomnienia, które ciągle jeszcze bolały.
I jeszcze jedna wazna rzecz - nigdy nie obiecywaliśmy jej czegoś, o czym wiedzieliśmy, ze nie mamy możliwości realizacji danej obietnicy.
Myślę , ze pamietalismy zawsze o tym, ze dziecko to tez człowiek i jednocześnie nasz partner.
Wiem, ze toczy sie dyskusja , wokół tematu ustawy zabraniającej bicia dzieci. Jedni mówia,że klaps "spontaniczny" zadnemu dziecku krzywdy nie wyrządzi, drudzy są innego zdania. Przy okazji niektórym wydaje się, ze wychowanie bez klapsów jest równoznaczne z wychowaniem bezstresowym. Wychowanie bezstresowe nie polega tylko na tym,ze nikt dziecku nie daje klapsa- wychowanie bezstresowe to pozwalanie dziecku na wszystko, co mu do tej dziecięcej głowki wpadnie. Nie lubi kogoś , niech to swobodnie okaże, np, może go kopnąć, gdy ma taka ochotę, ma ochote wrzeszczeć- a niech wrzeszczy, nie chce jeśc obiadu a zajada cukierki- a co, niech je, niech sie biedak zakazami nie stresuje.
Ja uważam, ze skoro jest coraz więcej przypadków maltretowanych dzieci lub bitych "tylko" sporadycznie, to świadczy to o tym, że część społeczeństwa nie ma nawet bladego pojęcia o wychowywaniu dzieci i należałoby czym prędzej wprowadzić obowiązek dokształcenia się w tej dziedzinie. Każda kobieta ciężarna musiałaby , wraz z partnerem, uczestniczyć w takim kursie- wyegzekwowanie dość proste- nie dostanie słynnego becikowego jeśli takiego kursu nie zaliczyła.
Bo uchwalenie ustawy zabraniającej bicia dzieci, bez nauczenia ludzi właściwych metod wychowawczych nie jest właściwą metodą. Gdy czegoś zabraniamy, musimy jednocześnie wytłumaczyc dlaczego tego zabraniamy i wskazać inne sposoby postępowania.
Ciekawa jestem , jak Wy widzicie ten problem jakie macie propozycje,
zapraszam do komentowania
anabell

sobota, 31 stycznia 2009

Europejczyk

Jak już zapewne zauważyliście zaliczam sie do osób nieco dziwnych i co za tym idzie, moi znajomi tez bywają nieco dziwni. Wiadomo, swój do swego ciągnie.
Chcę dziś opowiedzieć o jednym z naszych przyjaciół ,ale zachowam w tajemnicy jego prawdziwe imię, otrzyma nick - Europejczyk.
Europejczyk dziś jest w wieku 62 lat, prezentuje się całkiem niezle, wysoki, ciemne, gęste włosy nieco przyprószone są siwizną, ale broda ma już sporo srebrnych nitek.
W latach szczęśliwości gierkowskiej udało mu się wymknąć z Polski do RFN. Niechętnie wspomina ten okres, twierdzi, że było ciężko, wszak znalazł się tam nielegalnie. Bardzo chciał tam pozostać i chyba dlatego ozenił sie z Polką, która miała obywatelstwo niemieckie.
W latach 80-tych, przyjechał do Polski. Był to okres, w którym powstawały pierwsze spółki z o.o. a ludzie uwierzyli, że można poradzić sobie z prowadzeniem działalności gospodarczej.
Właśnie wtedy spotkaliśmy się z Europejczykiem po raz pierwszy. Wspólnie rozkręciliśmy spółkę, która nawet niezle prosperowała, to znaczy nie przynosiła dochodu, ale i nie dawała strat.
To była prawdziwa szkoła przetrwania - pracownicy mieli wyższe wynagrodzenie niz prezes Spółki, pracowało się od świtu do nocy, że juz nie wspomnę, o tym drobiazgu, że nie przypominam sobie abym miała wolna sobote czy tez niedzielę.
Gro czasu zabierało nam lawirowanie w gąszczu przepisów, bieganie po przeróznych urzędach, wypełnianie stosów różnych papierków , użeranie sie z urzędnikami.
Pierwszy załamał sie Europejczyk. Zabrał co swoje i postanowił rozwinąc własny, jednoosobowy interes. Zrobił uprawnienia na tzw. "gospodnika" i postanowił załozyć mini bar. Mini - bar to brzmiało dumnie, bo w praktyce to był po prostu rożen.
Pierwszą rafą było znalezienie jakiegoś małego lokalu, np. wielkości kiosku ruchu, najlepiej w miejscu , w którym taki rożen miałby racje bytu, np. blisko parkingu lub stacji benzynowej.
Sprawa nie była wcale łatwa i prosta. Europejczyk załatwił w końcu zezwolenie na handel obwozny tymi nieszczęsnymi kiełbaskami z rożna.
Prawie codziennie stawał w innym miejscu przy szosie "gierkówce", rozkładał rożen, rozpinał nad nim kolorowy parasol, rozpalał grill, rozstawiał stolik turystyczny i 2 krzesełka.
Zakończył jesienią, pożegnał sie z nami i powiedział, że wraca, skąd przyjechał. Nie mieliśmy pojęcia jak mu ten interes sie udał, ale chyba nie było zle.
Po kilku miesiącach otrzymaliśmy wiadomośc, że jest w Hiszpanii i zabiera się za ...hotelarstwo.
Zakupił jakąś ruinę, którą ma zamiar przemienić w dobrze prosperujący pensjonat.
Tymczasem my zrezygnowaliśmy z prowadzenie tej Spólki, bo juz oboje mielismy dość zycia na dwa domy. Przejął od nas całość trzeci wspólnik.
Pomyślalam wtedy,że fajnie będzie, gdy kolega będzie miał pensjonat w Hiszpanii, moze uda się nam pojechać tam na wakacje.
Wtedy, gdy byliśmy prawie pewni, ze ten hotel juz jest wybudowany, pojawił sie u nas Europejczyk.
Wesolutki jak szczygiełek bo....pozbył sie kłopotu, sprzedał prawie gotowy hotel i jeszcze na tym zarobił. Był jeszcze jeden powód do radości - żona go porzuciła, bo nie odpowiadał jej żywot żony marynarza.
Europejczyk posiedział kilka miesięcy w Polsce, przymierzał się do interesów, ale doszedł do wniosku, że u nas coraz trudniej jest prowadzić jakąkolwiek działalnośc gospodarczą. Przepisów przybyło, niektóre były ze soba sprzeczne, obciązenia pracodawcy stale rosły, fiskus miał nienasycony apetyt, trudny do zaspokojenia.
Pojechał znów do Niemiec, pozałatwiać wszystkie swoje sprawy rodzinne.
Po jakimś czasie dał nam znać, ze znów jest w Hiszpanii, ale tym razem ma firmę budowlaną, bo do Hiszpanii przyjezdza wielu Brytyjczyków , kupują stare domy i remontują je, aby się osiedlić na stałe.
Europejczyk często zatrudniał naszych robotników, bo nasi są słowniejsi niz hiszpańscy. Jakoś mnie to nie dziwiło. Nasi przyjeżdżali tam na krótko, chcieli jak najwięcej zarobić, więc intensywnie pracowali.
Hiszpańscy fachowcy umawiali się "na rano" , ale to rano często wypadało około południa, zaraz potem była przerwa i na budowie zapadała niczym nie zmącona cisza.
Tak właśnie przebiegał remont tej ruiny, która poprzednio kupił Europejczyk.
Przez kilka lat Europejczyk nie dawał znaku życia, jego komórka była nieczynna.
Przyjechał niedawno. Tak samo miły i serdeczny jak zawsze. Już od dość dawna nie remontuje "ruin hiszpańskich".
Prowadzi firmę w Niemczech. Zatrudnia polskich specjalistów, po których sam przyjeżdża do Polski.
A co robił przez ten czas, gdy się nie odzywał? Nie uwierzycie - wędrował po Europie! I to wcale nie samochodem . Najczęściej poruszał się rowerem lub wędrował pieszo, szlakami dawnych kupców. W ten sposób pokonał część "via male" , drogi prowadzącej przez przełęcze alpejskie,
przedreptał Południowy Tyrol, rowerem pojezdził po Hiszpanii i Szwajcarii.
Pytałam go o ten kryzys, czy utrzyma firmę w kryzysie. Tylko się roześmiał.
Nie obawia się kryzysu, nie spłaca kredytów, nie ma żadnych zaległości finansowych.
Nieśmiało zapytałam o życie osobiste - jest sam, bo jakoś żadna z pań nie była zainteresowana czekaniem na niego w samotności w domu lub wędrówką po Europie per pedes lub rowerem.
Ot, prawdziwy Europejczyk.
anabell

czwartek, 29 stycznia 2009

Homo sapiens i androidzi

Czy pamiętacie film Ridleya Scotta "Łowca Androidów"?
Okazuje się, że na naszych oczach zaczyna się tworzenie cywilizacji rodem z tamtego filmu.
Kanadyjski wynalazca, Le Trung, trzydziestotrzyletni Wietnamczyk, wykonał duży krok do największego marzenia futurologów- stworzenia humanoidalnego androida.
Jego dziełem jest pomoc domowa o imieniu Aiko - najbardziej spektakularny i najdroższy cud współczesnej cybernetyki.
Aiko wygląda z daleka jak oryginalna Azjatka. Ma idealne wymiary, piękny uśmiech i zadbane , ciemne włosy. Jej zdolności mogą przyprawić każdego o zawrót głowy. Potrafi bowiem rozpoznawać twarze, wypowiada 13 tysięcy zdań, podczas przejażdżki może być przenośnym GPS-em lub funkcjonalnym laptopem.
Ponadto -nie musi jeść, nie odmawia wykonania poleceń i nie narzeka.
No i jeszcze coś, czym wprawia w zachwyt wszystkich panów - nie odczuwa zupełnie potrzeby ciągłego chodzenia na zakupy i wydawania pieniędzy.
Konstruktor podkreśla w wywiadach, że wciąż jest to wersja niedoskonała i niestety konieczne są dalsze nakłady finansowe., by ją ulepszyć, np. sprawić by Aiko poruszała sie jak człowiek.
Wszyscy odnoszą wrażenie, że wynalazca traktuje swój wynalazek jak kogoś bardzo bliskiego. Aiko każdego ranka czyta mu najciekawsze artykuły z gazet, a gdy wraca z pracy, towarzyszy przy kolacji.
Le Trung uważa, że można tak przeprojektować oprogramowanie jego wynalazku, aby Aiko stała sie również - patrnerem seksualnym. I co wtedy?
Bo czy mozliwe jest w naszej rzeczywistości realne uczucie między człowiekiem a androidem?
Wynalazek pana Le rodzi kluczowy dla naszej cywilizacji precedens, gdyż balansuje niezwykle blisko granicy, po przekroczeniu której nastąpi powszechna zgoda na związki Homo Sapiens z androidami.
Skutków takiego wydarzenia nie sposób sobie nawet dziś wyobrazić.
Znani futurolodzy przewiduja, ze juz za 20 lat "sztuczna inteligencja" moze osiągnąć poziom świadomości równy człowiekowi, by potem zdominowac nasz gatunek na zawsze.
W takiej sytuacji każde przesuwanie wspomnianej bariery musi być podejmowane z rozwagą i spokojem.
Pomyślałam od razu o jednym z blogujących, który tak pięknie pisze "porady"o tym, jak wytrzymać z kobietą.
I wiecie co, mam nadzieję, że nie dotrwam do czasu, gdy konkurentkami kobiet staną się -
androidki. Brrr.. okropieństwo!
anabell