czwartek, 11 września 2014

Rozsądek czy głupota- cz.III

Czas płynął, wszystko wokół się zmieniało, coraz więcej osób podróżowało w celach
handlowych,  rynek się nasycił importowaną elektroniką, powstały prywatne firmy
komputerowe, montujące całkiem dobre komputery  na importowanych podzespołach.
Heńka z "Nowym" przestali wyjeżdżac. Powodziło im się świetnie, zarobili legalnie
na dwa domy jednorodzinne i teraz "odcinali kupony".
"Nowy" wprowadził domową politykę rozdzielności majątkowej - każde z nich miało
własne  pieniądze, własne konto,własny dom.
I nagle okazało się, że właściwie nie łączy ich nic poza miłością do pieniędzy i prawdziwe
skąpstwo. W kupowaniu wszystkiego okazjonalnie i najtaniej "Nowy" stał się mistrzem.
Jeden z domów był kupiony naprawdę tanio, gdy usłyszałam cenę zakupu, to myślałam,
że zmyślają. Nie zmyślali, a gdy tam pojechałam to zrozumiałam skąd taka cena - dom
był szeregowcem, projekt był mocno nieszczególny, by z living roomu dostac się do
sypialni należało pokonac wąskie kręte, niewygodne schody, bo z parteru trzeba było
dostac się na poddasze. Był nawet  garaż na poziomie piwnicy, ale - wjechanie do niego
już było niezłą gimnastyką - nie dośc, że zjazd był piekielnie stromy to trzeba było składac
lusterka boczne. Każdy wjazd do garażu napełniał cały dom smrodem spalin, a wyjazd
zimą z garażu to był super problem -trzeba było to zrobic tyłem i na sporym gazie i
wypadało się jak z procy na uliczkę. Heńka przezornie  parkowała przed domem, co mnie
wcale nie dziwiło. Oprócz tych mankamentów dom  stał niemal w szczerym polu, za to
w niezbyt dużej odległości od miejscowej oczyszczalni ścieków i bywały dni, gdy dom
owiewały paskudne wonie. Po dwóch latach mieszkania w tym domu zakupili drugi -
też daleko od miasta, też średnio udany projekt (tego samego człowieka co pierwszy dom),
no ale chociaż daleko od smrodów oczyszczalni. Ten drugi też miał okazjonalną cenę,
prawie 400m powierzchni użytkowej, dwa garaże,ogromny ogród i był zupełnie nieocieplony.
Tę jego ostatnią cechę odkryli pierwszej zimy, gdy kaloryfery parzyły a  w domu było
lodowato.
Heńka bawiła się w panią domu, czyli sadziła  iglaki, siała byliny. "Nowy" znikał z domu
najczęściej około 10,00 rano nie zapodając kierunku, wracał popołudniu. Na pytanie:
" gdzie ty kochanie tak codziennie jezdzisz?" dał odpowiedz: " tam gdzie mam ochotę a
poza tym nie jestem psem łańcuchowym żebym siedział w domu."
Heńka miała w tym okresie sporo zmartwien - w dośc krótkim czasie straciła oboje
rodziców.Wpierw umarł ojciec, w kilka lat pózniej matka. Śmierc matki Heńka bardzo
mocno  odczuła. Przez blisko rok wciąż rozpaczała, niemal codziennie latała na grób
rodziców.
A "Nowy" nadal znikał nie wiadomo gdzie. Heńka zaczęła wieczorami, gdy "Nowy"
koczował przed telewizorem, schodzic do garażu i  spisywac stan licznika jego wozu.
W krótkim czasie okazało się, że "Nowy" codziennie przejeżdżał około 250 km.
Heńka postanowiła, że najmądrzej będzie skończyc wspólne życie. Poszukała kupca
na szeregowiec, tłumacząc "Nowemu", że skoro trafia się kupiec to trzeba się tego
niezbyt udanego domu pozbyc.
Gdy już dom był sprzedany, zapytała się grzecznie dokąd on tak codziennie jezdzi -
w odpowiedzi usłyszała, że to nie jej sprawa, a gdy nalegała na odpowiedz- wywiązała
się niezła awantura i okazało się, że "Nowy" trenuje damski boks.
Heńka niewiele myśląc zadzwoniła po policję - przyjechali, pogrozili "Nowemu",
spisali protokół. A Heńka przez kilka dni chodziła z siniakiem na twarzy.
Usiłowała namówic "Nowego" na sprzedaż tego domu i na rozwód. Ilekroc  trafiał się
ktoś chętny na kupno tego domu, "Nowy" windował cenę i nie schodził z niej ani o
dolara.
Najzabawniejsze, że jedno i drugie chce w tym domu zostac, bo podobno dobrze się
w nim mieszka.
Heńka proponuje "Nowemu", by się wyprowadził, a ona go spłaci,  to samo "Nowy"
proponuje Heńce. Z tym ,że Heńka nie ma do "Nowego" za grosz zaufania - widziała
 jak "nowy" oszukał w interesach swego kolegę. Oszukał wieloletniego kolegę, to może
również ją oszukac.
Patrzec na siebie nie mogą, ale trzyma ich te wspólne 360m kwadratowych i wzajemny
brak zaufania.
Ostatnio, gdy Heńka wylewała do mnie swe żale, powiedziałam,że ja tej sytuacji nie mogę
pojąc - jak można mieszkac z kimś, kogo nie tylko się nie kocha, ale na sam widok męczy
człowieka zgaga? Bo ja to zwyczajnie wyprowadziłabym się dawno - Heńka na to orzekła,
że nie tylko jestem głupia ale i rozrzutna.
Od zeszłego roku były mąż Heńki namawia ją, by zamieszkali razem - w końcu oboje już
są po sześcdziesiątce, jeszcze trochę a Marek przejdzie na emeryturę, więc mogli by
razem zamieszkac.
Ale Heńka twierdzi, że nigdy w życiu z Markiem  się nie zejdzie, bo  on wcale się nie
zmienił - zero inicjatywy. A przyjaznic może się z nim na odległośc, tak jak przez te
wszystkie lata po rozwodzie.
A ja co kilka dni wysłuchuję jaki ten "Nowy" jest wredny i jak to ona nie ma szczęścia w
życiu .
I gdyby nie fakt, że wiele lat temu Heńka bardzo mi pomogła i poratowała w trudnej dla
mnie sytuacji, już dawno poprosiłabym by zapomniała  numer mego telefonu.
Ona ma chyba rację, pewnie jednak głupia jestem.


wtorek, 9 września 2014

Rozsądek czy głupota? cz. II

Heńka nagle odkryła, że zupełnie nie interesuje jej praca, którą wykonuje. Na domiar
złego dyrekcja chciała powierzyc jej stanowisko kierownika działu, w którym dotąd
pracowała. Heńka czym prędzej rozchorowała się - z tym to nie miała żadnych problemów.
Wystarczyło by poszła do  zakładowego lekarza, otworzyła buzię, powiedziała; "aaa,eee"
i dziewięc dni zwolnienia lekarskiego było od ręki. Bo Heńka miała wiecznie problemy
z gardłem. Mimo leczenia mieszaniną antybiotyków i sulfonamidów w jej  gardle wciąż
wracały tajemnicze, białe lub żółtawe naloty, a śluzówka była wiecznie w stanie zapalnym.
Jakimś dziwnym cudem  żaden lekarz nie wpadł na pomysł zlecenia antybiogramu.
Heńka naprawdę  miała już dośc tych nawracających dolegliwości, nie mniej czasami były
one wielce przydatne.
Tym razem Heńka chorowała miesiąc i w tym czasie entuzjazm dyrekcji w kwestii
nominowania jej na stanowisko kierownika działu rozpłynął się całkowicie.
Stanowisko kierownika działu objął nowy pracownik, kolega naczelnego jeszcze ze szkoły.
"Nowy" wdzięczył się do wszystkich pań w dziale, "całował rączki", prawił komplementy
i wyraznie Heńka wpadła mu w oko.Ciągle wzywał ją do swego gabinetu i szybko od
spraw służbowych przechodził do snucia opowieści - głównie o tym, że praca którą teraz
wykonuje potrzebna mu jest głównie po to, by mógł "robic biznesy". Owe biznesy, które
wg niego przynosiły spore i do tego nieopodatkowane pieniądze polegały na handlu -
wszak  w Polsce były  towary, które miały wzięcie np. w ówczesnym ZSRR, poza tym
krążąc służbowo pomiędzy  krajami RWPG stawał się specyficzną centralą handlu
zagranicznego. Wystarczyło zawiezc do Kraju Rad dżinsy zakupione w Pewexie -oczywiście
nie wolno było tego robic, ale wiecie -Polak potrafi- żaden problem wcisnąc na siebie
dwie pary dżinsów a spodnie  od garnituru schowac do walizki.
Poza tym wraz ze znajomymi wyjeżdżał do Tajlandii i Indii gdzie wszyscy kupowali
bawełniane kolorowe ciuchy, które potem ze świetnym przebiciem sprzedawano w Polsce
hurtowo. Jak mawiał "Nowy" było to połączenie przyjemnego z pożytecznym - przyjemne
było poznawanie nowych krajów, pożyteczną zaś stroną zarabianie na tym - wszyscy mieli
nie tylko zwrot kosztów wycieczki ale i zarabiali na następną wyprawę i na zakupy.
Heńka, chociaż  "Nowy" zupełnie nie robił na niej wrażenie jako mężczyzna, podziwiała
jego inwencję i zaradnośc -był przeciwieństwem Marka pod każdym względem.
Zupełnie nie był urodziwy, starszy od Heńki o dobre kilkanaście lat, jej wzrostu, lekko już
łysiejący, z tendencją do tycia. No, taki sobie, ale jaki zaradny, myślała Heńka.
Po kilku miesiącach "Nowy" zaproponował Heńce wspólny, grupowy wyjazd do Indii.
Heńka promieniała - z dziką ochotą załatwiała paszport, zorganizowała pieniądze (tzn.
pożyczyła je od własnej matki i jednej z kuzynek), w pracy wyżebrała 2 miesiące urlopu
bezpłatnego zasłaniając się złym zdrowiem dziecka i koniecznością wyjazdu z latoroślą
na długi pobyt nad morzem. W czasie jej nieobecności dziecko miało przebywac u Marka,
któremu Heńka zostawiła swój samochód.
Indie - brudno, gorąco, higiena rzecz nieznana. Ponieważ wszyscy uczestnicy wycieczki
starali się minimalizowac koszty pobytu, najporządniejszym noclegiem był nocleg
w hostelu - nie wiem czy indyjskie hostele miały jakieś gwiazdki, ale gdyby miały, to ten
hostel byłby z całą pewnością bez kawałka gwiazdki.
Ale Heńka i tak była niemal zachwycona - wróciła wprawdzie z jakimś tajemniczym
zapaleniem spojówek (które ciągnęło się jeszcze przez kilka miesięcy) i ostrym nieżytem
żołądka, ale jednocześnie złapała bakcyla  podróżowania i  handlowania.
Bez trudu spłaciła zaciągnięty dług i jeszcze zarobiła na następną eskapadę.
Częśc osób jeszcze zapewne pamięta, że kiedyś nikt nie trzymał paszportu w domu, nawet
gdy był to paszport uprawniający do wielokrotnego przekraczania granicy - za każdym
razem trzeba było w tym celu kontaktowac się z Biurem Paszportów i przedstawiac zgodę
swego pracodawcy na urlop. Wobec takich obstrukcji Heńka zwolniła się z pracy - na
szczęście ówczesny prawodawca nie wymyślił nakazu pracy dla kobiet- mężczyzni mieli
wówczas obowiązek stałego zatrudnienia  do czasu ukończenia 45 roku życia.
"Nowy" natomiast, widząc że tak  świetnie układa się mu współpraca z Heńką, a handel
idzie coraz lepiej, w pół roku pózniej również odszedł z pracy  i zatrudnił się w firmie
swego kolegi. Tu przynajmniej nikt nie robił problemu z udzielania mu bezpłatnych
urlopów.
Heńka i "Nowy" zgodnie  penetrowali gdzie co kupic i gdzie to potem sprzedac by były
najkorzystniejsze zyski. Nie  da się ukryc, że najwięcej handlowali ciuchami damskimi, bo
nie od dziś wiadomo, że kobiety pod każdą szerokością geograficzną chcą byc modnie
ubrane.
W tak zwanym międzyczasie "Nowy" rozszedł się z żoną - w ramach podziału majątku
zostawił  byłej i  dziecku mieszkanie, sobie zaś zostawił stary, zdezelowany samochód.
Właściwie wyszedł z domu z dwiema  chudymi walizkami i perspektywą płacenia
alimentów  aż do chwili ukończenia przez dziecię studiów. W tym względzie miał
jednak łut szczęścia - dziecię przestało studiowac w trakcie drugiego roku studiów i
wstąpiło w związek małżeński, tym samym zwalniając tatusia z płacenia alimentów.
"Nowy" wynajął dla siebie  mieszkanie i wpadł na genialny pomysł, by Heńka wraz z nim
zamieszkała. Ponadto poprosił Heńkę by za niego wyszła. Przecież musiał mu ktoś prac
i prasowac koszule - do dnia otrzymania rozwodu robiła to jego "była".
Co do wspólnego zamieszkania to Heńka nie miała obiekcji, ale drugie małżeństwo nie
leżało w jej planach życiowych. Pranie koszul męskich i ich prasowanie też jej nie
ekscytowało. Była głęboko przekonana, że ona  nie nadaje się do trwałego związku- tak
naprawdę nie kochała "Nowego", była raczej zafascynowana wspólnymi podróżami i
interesami. Praktycznie więcej czasu spędzali w podróżach niż w Polsce.  Heńce bardzo to odpowiadało, zwłaszcza, że konto dolarowe w Banku PeKaO stale rosło, poza tym każde
z nich miało również otwarte konto w Szwajcarii - oczywiście nigdy się z tym nie afiszowali.
Nigdy nie jezdzili do Szwajcarii  docelowo lecz tranzytem i najwyżej raz do roku, by nie
wzbudzac podejrzeń  polskich władz. Po prostu raz do roku "jedyne dobre połączenie" mieli
przez Zurich. Bo każdy paszport po zdaniu do depozytu był bardzo dokładnie przeglądany.
Pomiędzy  wojażami wzięli w końcu ślub, na którym nie było rodziców Heńki.
W ramach handlowych podróży bywali w Turcji, Indiach, Tajlandii. Zrobili turystyczny
wypad do Australii, w której "Nowy" miał dalekiego kuzyna. Przez pół Australii
przejechali  samochodem i tylko raz niegroznie pobłądzili. W efekcie musieli spędzic noc w samochodzie.
W drodze powrotnej "wdepnęli" do Singapuru i to był strzał w dziesiątkę. Rozpoczęli
bardzo opłacalny handel elektroniką, a Singapur był niemal ich drugim domem. Konta im
rosły, państwo dostawało swą dolę w postaci podatków a oni kursowali w tę i z powrotem
na trasie Warszawa- Singapur via Moskwa. To były czasy, gdy należało tylko dobrze
"poczaszkowac", by legalnie zarobic naprawdę duże pieniądze.
Ale pieniądze szczęścia nie dają, jak mówili starzy ludzie.
c.d.n


poniedziałek, 8 września 2014

Rozsądek czy głupota?

Często mam wrażenie, że pomiędzy rozsądkiem i głupotą istnieje bardzo cienka granica,
którą szalenie łatwo jest przekroczyc, nie zdając sobie z tego sprawy.
Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która twierdzi, że ona zawsze, od najwcześniejszych
lat, kierowała się rozsądkiem  a wyszła na tym jak Zabłocki na mydle.
Ale jak to w życiu - nie jesteśmy w próżni i wszystko co nas otacza od chwili pierwszego
samodzielnego oddechu, ma na nas wpływ. Że już nie wspomnę o genach.
Henrietta, powszechnie zwana Heńką, od chwili swego przyjścia na świat była jednym,
wielkim rozczarowaniem swego ojca - w domu była już jedna dziewczynka i teraz pan
i władca oczekiwał narodzin syna. A tu, chyba jemu na przekór, żona powiła drugą
dziewczynkę. Nieważne, że zdrową, ładną i nawet mało płaczliwą - niewłaściwą płec
miała.
Na szczęście  z czasem okazało się, że dziewczynka była zdolna, nie miała w szkole
żadnych problemów z nauką a tzw. nauki ścisłe były jej ulubionymi. Gdy nadszedł
czas wyboru szkoły ponadpodstawowej, tatuś orzekł, że Heńka ma zdobywac wiedzę
w technikum o elektronicznym profilu. Liceum ogólnokształcące to mało praktyczna
szkoła, bo co komu po takich przedmiotach jak historia lub propedeutyka filozofii-
przecież szkoda na to czasu.
Były to czasy, gdy nauka w technikum wcale a wcale nie była lekka, łatwa i miła.
Oprócz przedmiotów ogólnych były również przedmioty techniczne oraz warsztaty.
Lekcje zaczynały się o 8 rano, kończyły póżnym popołudniem. Dniami, w których było
tylko siedem godzin lekcyjnych, były tylko  soboty. To mało,prawda? Równie mało
jak dziewczyn - w klasie, na 40 uczniów były tylko trzy dziewczyny.
Heńka  ukończyła technikum bez problemów i zdała egzamin na Politechnikę.
Tatuś był zadowolony, ale jakoś nie bardzo do niego docierało, że Heńka jest już
pełnoletnia - nadal Heńka musiała mówic dokąd i  z kim idzie oraz wracac do domu
najpózniej o godz.23,00. Siłą rzeczy Heńka nauczyła się pięknie kłamac, byleby tatuś
nie urządzał awantur.
Starsza siostra  Heńki zaraz po liceum wyszła za  mąż i w tym momencie wyszła spod
kurateli apodyktycznego taty. Heńka doszła do wniosku, że jedyny sposób oswobodzenia
się spod opieki taty to wyjście za mąż.
Na swym roku miała w czym wybierac, facetów było mnóstwo. Heńka szukała takiego,
który przede wszystkim zostałby zaakceptowany przez rodziców, a tatusia głównie.
Co do jej wymagań - miał byc inteligentny, w miarę przystojny, nie uganiający  się za
dziewczynami no i  miał ją kochac. Wokół Heńki kręciło się wielu chłopaków. Miała
nienaganną figurę, była wysportowana i dzięki mamie, która umiała szyc, była dobrze
ubrana.
W krótkim czasie zaczęła "oswajac" Marka.  Spełniał wszystkie jej kryteria, poza tym
często pomagał jej w trakcie sesji. Był cichy, spokojny, dobrze wychowany i wyraznie
czuł się wyróżniony jej zainteresowaniem jego osobą.
Heńka zaczęła go przyprowadzac do domu - Marek spodobał się rodzicom. Po niecałym
roku, odpowiednia  polityka Heńki przyniosła oczekiwany rezultat, czyli ślub.
Heńka już wówczas przyznawała sama przed sobą, że nie mdlała z miłości do Marka,
ale w pełni doceniała jego zalety - był taktowny, cichy, spełniał wszystkie jej życzenia.
Bardzo się ucieszył, gdy okazało się, że Heńka jest w ciąży - Heńka wykazywała w tej
materii całkowity brak entuzjazmu - wciąż czekali na mieszkanie i mieszkali tymczasem
w mieszkaniu rodziców Marka, razem z jego  matką. Jedynym zgodnym punktem Heńki
i jej teściowej był brak entuzjazmu co do faktu, że za jakiś czas pojawi się dziecko.
Heńka kazała Markowi iśc do prezesa spółdzielni mieszkaniowej, w której oboje byli
zarejestrowani i dowiedziec się, co zrobic by zamiast dwóch odzielnych mieszkań
otrzymac jedno, ale znacznie szybciej.
Marek spokojnie, lecz stanowczo odmówił, tłumacząc, że on nie ma talentu do załatwiania
takich spraw.
Heńkę z lekka wkopało - ale wyszło na to, że sama będzie musiała to załatwic.
Uzbrojona w świadectwo lekarskie, obie książeczki mieszkaniowe i mnóstwo innych
przydatnych papierków, wybrała się do prezesa. Chyba miała dar przekonywania, bo
w przeciągu kilku dni zamieniła dwie książeczki na jedną, wspólną, oraz załatwiła wpis na
listę osób oczekujących na mieszkanie typu M3 w następnym roku.
Gdy dziecko przyszło na świat Heńka wzięła urlop dziekański. Jeśli ktoś myśli, że brak
miejsc w żłobku jest dzisiejszą bolączką, to bardzo się myli.
Gdy dziecko ukończyło rok, Heńka powróciła na studia, pozostawiając dziecko pod opieką
babc. Babcie się względnie dobrze dogadywały, bo obie były zdania, że Heńka powinna
tkwic przy dziecku i dopiero gdy je odchowa wyruszyc  z powrotem na uczelnię.
Heńka ukończyła studia, podjęła pracę (były to czasy, gdy niektóre wyższe uczelnie miały
podpisane kontrakty z zakładami pracy na zatrudnianie absolwentów) i wylądowała w tym
samym zakładzie przemysłowym co Marek.
Heńka coraz częściej dostrzegała, że jakoś nie układa się jej życie z Markiem - oczywiście
był nadal kochającym mężem, dobrym ojcem, ale jednocześnie był człowiekiem z zerową
inicjatywą. Poproszony o zrobienie czegokolwiek robił to bez sprzeciwu, ale sam nigdy
niczego nie inicjował. Poza tym nie należał do osób towarzyskich, gdy wpadali znajomi
Marek siedział i milczał jak zaklęty, dobrze, że nie wyciągał książki i nie zaczynał przy
nich czytac.Rozmowy z Heńką też były  raczej "służbowe" -odpowiadał na pytania, ale
nigdy nie były to rozmowy "o  niczym", a takie Heńka ceniła najbardziej.
Coraz częściej Heńka dochodziła do wniosku, że zupełnie Marek do niej nie pasuje.
Złościła ją ta jego bezwładnośc, brak wszelkiej inicjatywy. Nawet fakt przeprowadzki do
nowego mieszkania nie wyzwolił w nim  inicjatywy. Marek kupował i robił wszystko
pod dyktando Heńki. W pracy wszyscy Marka lubili i cenili jako fachowca, ale jakoś
nie miało to odzwierciedlenia w zarobkach.
Wszyscy dookoła kręcili się wokół zdobywania większych zarobków- ale nie Marek.
Heńka doszła do wniosku, że dłużej z takim człowiekiem to ona nie wytrzyma pod
jednym dachem. Wygarnęła któregoś pięknego dnia Markowi wszystkie swoje żale i
zaproponowała by jednak się rozstali, bo ona  ma dosyc.
Marek wysłuchał wszystkiego spokojnie, po czym spakował swoje rzeczy i powrócił
do swego rodzinnego domu.
Heńka odetchnęła, ale tylko na  moment - jej ojciec, który bardzo Marka cenił i lubił,
zrobił jej straszliwą awanturę i zabronił jej przychodzic, dopóki nie pogodzi się
z Markiem. Ale Heńka naprawdę miała już dośc Marka i chociaż nadal go ceniła,
podała sprawę do sądu. Bez większych kłopotów otrzymała rozwód.
Heńka nadal utrzymywała z Markiem przyjacielskie stosunki, Marek miał  pełny kontakt
z dzieckiem, każdą niedzielę dziecko spędzało u Marka, Marek jezdził z dzieckiem na
urlopy, święta dziecko spędzało z obojgiem rodziców.
Na co dzień dziecko urzędowało u rodziców Heńki.
c.d.n.





piątek, 29 sierpnia 2014

Dziecko to poważna sprawa

Sue i Tey poznali się na studiach, chyba na drugim roku.
Oboje wybrali kierunek interdyscyplinarny, połączenie socjologii, psychologii i pedagogiki.
Od wielu lat młodzież studiowała niemal samodzielnie, spotkania na uczelni były dwa razy
w miesiącu.
Tey był czarującym chłopakiem - zawsze uprzejmy, uśmiechnięty, chętny do pomocy,
chociaż nieco nieśmiały.
Wpatrywał się od dawna w Sue - zazdrościł otaczającym ją chłopakom ich swobody
podczas rozmowy.
Sue była bardzo piękną dziewczyną. Wysoka, szczupła, miała bardzo ładne, niemal czarne
oczy ocienione długimi rzęsami.Włosy miała długie, ciemno brązowe ze złotymi błyskami,
zawsze starannie związane w luzny warkocz.
Tey z  rozrzewnieniem patrzył na jej wyjątkowe szczupłe nadgarstki - zawsze miał wrażenie,
że gdy Sue wezmie do ręki tablet, jej nadgarstek nie wytrzyma tego obciążenia i się złamie.
Ale wbrew jego obawom nic się złego nie działo z jej nadgarstkami, nawet gdy grała
w siatkówkę.
Tey co prawda wolał grac w koszykówkę, ale ilekroc na przerwach miedzy zajęciami
brac studencka zaczynała grę w siatkówkę i wśród grających była Sue, Tey zawsze się do
gry przyłączał.
Sue zdawała się nie dostrzegac Teya, ale to były tylko pozory. Podobał się jej ten spokojny
chłopak i gdy zajęcia były podzielone na podgrupy zawsze starała się byc z nim w jednej
grupie.
Pewnego razu  prowadzili wywiady z młodzieżą osadzoną w Ośrodkach Wychowawczych.
Oboje byli wstrząśnięci obowiązującym tam reżimem - nie da się ukryc, że było to
właściwie więzienie dla nieletnich.
Po wyjściu z Ośrodka Sue rozpłakała się - rozmowy z tą młodzieżą i wychowawcami  były
bardzo stresujące. Większośc pensjonariuszy była recydywistami, przebywali w Ośrodku
niemal od dzieciństwa. Rekrutowali się głównie z rodzin "niewydolnych wychowawczo".
Sporo było dzieci z rodzin rozbitych lub patologicznych.
Te dzieci są przecież ofiarami swoich rodziców - mówiła z płaczem Sue.
Postanowili, że raport z wizyty w Ośrodku napiszą wspólnie.
Od tej pory coraz częściej pisali wspólne prace i coraz więcej przebywali razem.
Po kilku miesiącach zostali parą. Koledzy i koleżanki na ich widok mówili "o, idą nasze
nierozłączki".
Po studiach wzięli  ślub. Rodzice Teya ufundowali młodym miesiąc miodowy na Hawajach,
chociaż w tym czasie Hawaje pomału wychodziły z mody a ich miejsce zajęła Afryka.
Ale obojgu bardzo się Hawaje podobały, nie siedzieli bezczynnie na plaży lecz zwiedzali
intensywnie wszystko, co było do zwiedzenia.
Po powrocie czekała ich niespodzianka - rodzice Sue wynalezli im nieduży dom niedaleko
campusu.
Dom był ekologiczny, drewniany - miał własną mini oczyszczalnię ścieków, własną energię,
a jego drewniane ściany były  obustronnie obłożone gliną.
Wewnątrz glina była jeszcze pokryta ozdobnymi płytami boazeryjnymi, na zewnątrz
wodoodpornymi deskami. Na dachu były umieszczone panele solarne.
Sue nazywała dom psią budą bo z zewnątrz dom rzeczywiście był mało reprezentacyjny.
Sue zaczęła pracowac w  ośrodku pomocy społecznej, Tey pozostał na uczelni.
Stały kontakt Sue z dziecmi, które sprawiały kłopoty wychowacze, dośc niekorzystnie
wpłynął na nią. Doszła do wniosku, że wszystkiemu winne geny - dzieci wszak
dziedziczyły nie tylko geny swych rodziców,ale również innych członków swej rodziny.
Zaczęła z niepokojem śledzic jakie nieprawidłowości w zachowaniu i jakie choroby
występowały w jej rodzinie oraz rodzinie Teya.
Twierdziła, że dziecko jej i Teya musi byc wolne od złych genów, musi byc idealne.
Oczywiście zgadzała się, że wpływ na psychikę dziecka mają nie tylko geny- otoczenie i
sposób wychowania również, ale geny są najważniejsze.
Postanowiła, że urodzi dziecko tylko wtedy, gdy dostępne badania genetyczne wykluczą
wszystkie znane już obciążenia genetyczne.
Tey, zapatrzony w żonę niczym w obrazek, dał się przekonac do trybu rozrodu
wspomaganego drogą inseminacji  -zarówno jego nasienie jak i jajeczka pobrane od Sue
miały byc przed zapłodnieniem przebadane genetycznie.
Koszty takiego zapłodnienia były wysokie, ale Sue była zdania, że ona tylko wtedy
zgodzi się na dziecko, gdy będą spełnione te warunki.
Pierwsza próba  inseminacji nie powiodła się, druga również, oboje zaczęli więc
przechodzic bardzo niemiłe i skomplikowane często badania.
Sue pomału zaczynała  fiksowac i Tey namówił ją, by razem poszli do psychologa.
Po czterogodzinnej sesji z psychologiem dowiedzieli się, że tak naprawdę  to Sue
nie nadaje się na matkę- po prostu jej oczekiwania wobec dziecka były wprost
niedorzeczne. Tey też nie wypadł najlepiej- jego marzeniem była córeczka, wierna
kopia Sue, a do tego miała nie płakac, nie okazywac złości itp.
Psycholog zaproponował im, by zamiast dziecka sprawili sobie....psa i koniecznie
go wytresowali z pomocą  fachowego tresera.
Sue i Tey posłuchali  tych zaleceń. W "psiej budzie" zamieszkał teraz z nimi
pies. Oboje go uwielbiali, razem z nim przeszli kurs tresury, aż trzy poziomy.
Po  dwóch latach Sue zmieniła zawód - została treserką psów.
Sprawa posiadania dziecka stała się nieaktualna, a Sue odzyskała spokój.

czwartek, 31 lipca 2014

Zauroczenie - cz.II

W połowie następnego tygodnia zatelefonował Arek.
Irena była w domu sama, więc zaproponowała by zamiast przyjeżdżać do nich do domu,
spotkał się z nią następnego dnia  w centrum miasta, blisko jej pracy.
Przed wyjściem z pracy domalowała sobie nieco urody, na nowo upięła kok tak by kilka
pasm włosów wisiało z niego luzno i wyjątkowo punktualnie opuściła biuro.
Celowo przyszła na miejsce spotkania nieco wcześniej, ale Arek już był.
Gdy tylko zobaczył ją w drzwiach zerwał się  z krzesełka i podążył w jej stronę.
Ubrany był zgodnie z obowiązującą modą, czyli był w bawełnianym melanżowym
swetrze  "w serek", założonym wprost na gołe ciało.
Siedzieli przy stoliku, sączyli średnio dobrą kawę i wpatrywali się w siebie badawczo.
Chyba  żadne z nich nie miało pomysłu na rozmowę - w końcu Irena zaczęła się
dopytywać dlaczego nie miał tych notatek, czy dużo  wykładów opuszcza, jak mu się
podoba  studiowanie prawa, bo to przecież piekielnie dużo materiału pamięciowego
do opanowania.
W końcu oboje mieli dosyć siedzenia i wędzenia się w dymie papierosowym (bo wtedy
palenie w kawiarni było czymś normalnym) i Irena zaproponowała by przeszli się
kawałek traktem królewskim, zahaczając po drodze o Park Ujazdowski a potem przez
Ogród Botaniczny i ewentualnie Łazienki.
Arek stwierdził, że to bardzo dobry pomysł, ale bez Parku Ujazdowskiego, może lepiej
podjechać autobusem pod Ogród Botaniczny i ogrodem przejść do Łazienek.
Tak też zrobili. Gdy tylko znalezli się w Ogrodzie  Botanicznym w Arka wstąpił nowy
duch - przygarnął Irenę do siebie , poprowadził w jedną z bocznych alejek , gdzie stała
ławka. W ogrodzie było pusto, niewiele osób o tej porze tu przychodziło.
Często tu przychodzisz? - zapytała Irena ."Czasami, ale nie za często. Ty zawsze zadajesz
tyle pytań?"- padło w odpowiedzi.
I nie czekając na jej odpowiedz objął ją i zaczął  całować.  Irenie udzieliło się jego
podniecenie -właściwie to już dawno nie całowała się z nikim  tak po wariacku na ławce
w parku. Poczuła się zupełnie tak jakby znów miała  szesnaście lat, a nie te dwa razy
więcej. I bardzo jej się to spodobało.
Po kilkunastu minutach Arek zerwał się, pociągnął ją za rękę i ruszyli w dół Ogrodu,
by dołem przejść do Łazienek. A potem szybko poprowadził ją do wyjścia w pobliżu
Agrikoli. Irena nawet nie bardzo kojarzyła, że tam też jest wejście do Łazienek -
najlepiej znała część parku w okolicach Belwederu. Arek zaraz po wyjściu z  Łazienek
poprowadził ją uliczkami pobliskiego osiedla. Kątem oka rzuciła na nazwę ulicy, którą
szli- ul.Dragonów. Rozśmieszyła ją ta nazwa. Arek-dragon, ale numer, pomyślała.
Arek, a dokąd  ty mnie prowadzisz? Do domu- mojego domu, padła odpowiedz.
W tej chwili skręcili do jednej z klatek a Arek niemal wniósł Irenę na  pierwsze piętro.
Na drzwiach mieszkania nie było żadnej wizytówki, numeru mieszkania też nie.
Gdy tylko  Arek zatrzasnął za sobą drzwi objął mocno Irenę i pociągnął do małego
pokoju, pełniącego zapewne rolę sypialni.
Duże, podwójne łóżko było nakryte białym pledem, reszty umeblowania dopełniała
biała szafa z olbrzymim lustrem, stojąca lampa i fotel.
Arek wyjątkowo sprawnie zaczął pozbawiać Irenę ubrania, ani na chwilę nie odrywając
się od jej ust. Niezłą wprawę ma smarkacz, zielony w tej branży nie jest - pomyślała.
A potem na kilka godzin skasowała myślenie poddając się całkowitemu szaleństwu
Arka, któremu nie brakowało kondycji i pomysłowości.
Około 22,00 Irena z lekka oprzytomniała.  Arek, muszę skorzystać z telefonu. Dziś
Wojtek ma co prawda nocny dyżur, ale nie chcę by się denerwował, że mnie nie ma
w domu tak pózno.
Arek przyniósł z drugiego pokoju aparat, podłączył go i dyskretnie się wycofał
zamykając za sobą drzwi.
Irena wpierw zadzwoniła do koleżanki z prośbą o alibi, że u niej dziś zanocuje, a
potem zadzwoniła do Wojtka, mówiąc, że skoro on  ma dziś dyżur, to ona pojedzie
do Maryli na ploty i tam przenocuje, bo ma stamtąd blisko do pracy.
Irena i Maryla przyjazniły się  niemal od czasów zabaw w piaskownicy i nieraz
świadczyły sobie wzajemnie takie usługi.Najważniejszy w tym był fakt, że wcale
się potem nie informowały wzajemnie o tym dlaczego było potrzebne alibi.
Arek lekko marudził, że Irena już chce iść do domu, ale Irena pozwoliła już tylko
na wspólny prysznic.
Potem dała się  odprowadzić na postój taksówek. Przed rozstaniem zabroniła Arkowi
telefonowania do domu i dała mu nr do swego biura.
I choć powiedziała Wojtkowi, że będzie spała u Maryli, pojechała do własnego domu.
Gdy już wychodziła rano do pracy Wojtek właśnie zajechał pod blok. Minęli się
jadąc dwiema różnymi windami.
W kuchni czekały na Wojtka kanapki i kartka z wytycznymi odnośnie zakupów.

W pracy Irena była w kiepskim nastroju - po pierwsze odwykła od tak intensywnych
szaleństw, poza tym po raz pierwszy zdradziła Wojtka fizycznie.
Irena spotykała się od czasu do czasu z różnymi mężczynami - miała dwóch bardzo
bliskich kolegów, właściwie przyjaciół, których obecność w jej życiu zupełnie nie
przeszkadzała Wojtkowi. Z jednym z nich chodziła do opery i filharmonii, bo
Wojtka nawet zaprzęgiem konnym nikt by tam nie zaciągnął. A kiedyś była z nimi
i Marylą na wycieczce we Francji. Bały się trochę jechać same (no bo co będzie
jak się samochód popsuje?), więc wymyśliły, że wezmą chłopaków jako swego
rodzaju ochroniarzy i pomocników. Wyjazd był świetny- chłopcy nosili bagaże,
one w ramach rewanżu robiły im śniadania i kolacje, prowadzili wszyscy po kolei,
dzięki czemu podróż szła sprawnie.
A Wojtek w tym czasie brał czynny udział w pracach na działce, którą właśnie
dostał od rodziców i brał nocne dyżury w pracy.
Irena nigdy nie zastanawiała się nad tym, co robi Wojtek gdy go nie ma w domu.
Przed ślubem umówili się, że nie będą się wzajemnie zadręczać podejrzliwością,
bo podejrzliwość i zazdrość zniszczą każdy związek. I jeżeli w stanie ich uczuć
nie zajdą żadne zmiany to nie ma powodu by robić tragedię, z faktu, że któreś
 z nich  wybrało się z kimś innym  na spotkanie, do kina, teatru lub na wycieczkę.
Ale Irena zdawała sobie sprawę, że tym razem to jednak przeholowała. Chciała
nawet w przypływie nadmiaru uczciwości natychmiast powiedzieć Wojtkowi,
że go zdradziła.
Około drugiej wyszła z pracy. Musiała nieco pobyć sama i wszystko przemyśleć.
Tak naprawdę nie wyobrażała sobie życia bez Wojtka - w dalszym ciągu pociągał
ją fizycznie, choć intensywność zbliżeń nieco zmalała. Oboje byli często zmęczeni,
ale wszystko wyrównywało się w okresie urlopu.Nadal  śmieszyły ich te same
dowcipy, czytali te same książki, lubili te same filmy. Było im naprawdę dobrze
ze sobą.
Siedziała w barku kawowym  i zastanawiała się nad swoimi uczuciami względem
Arka - no cóż, ładny był, choć tak naprawdę nie przepadała za blondynami, czego
dowodem był Wojtek. Przypominała sobie poprzedni wieczór - Arek, jak większość
młodych mężczyzn miał niespożyte zasoby energii i jak na swój wiek bardzo
duże  doświadczenie. Już wczoraj pomyślała, że chyba brał lekcje u starszej od
siebie kobiety i był bardzo pilnym uczniem. I duuużo ćwiczył, bardzo dużo.
A wiadomo - trening czyni mistrza, niezależnie od uprawianej dyscypliny.
Irena postanowiła, że o niczym jednak nie powie Wojtkowi. To co się stało
poprzedniego dnia było  zupełnie bez znaczenia.
Pojechała do domu, po drodze robiąc jak zwykle zakupy.
Wojtek spał. Irena po cichutku rozebrała się i wsunęła pod kołdrę.
Nieco rozbudzony Wojtek przytulił ją, zamruczał oj, jak dobrze że jesteś" i
natychmiast zasnął.
W czerwcu byłam na ich 46 rocznicy ślubu.Dzieci nie mają, działkę sprzedali.
                                          KONIEC


środa, 30 lipca 2014

Zauroczenie

Irena i Wojtek, w opinii wszystkich swoich znajomych, tworzyli niezwykle zgodne
małżeństwo.
Nie miewali "cichych dni", nie kłócili się, dawali sobie wzajemnie dużo swobody,
nie mogli zrozumieć  jak można się kłócić lub być zazdrosnym o  partnera.
Byli już ładnych kilka lat  po ślubie, ale kwestię ewentualnego posiadania dziecka
odkładali na bliżej nieokreśloną przyszłość, co trochę denerwowało obie
rodziny, ale ich to wcale nie obchodziło.
Przy którymś ze spotkań obu rodzin, wytłumaczyli  wszystkim, że im nie odpowiada
perspektywa zostania rodzicami, bo im jest dobrze tak jak teraz.
Rodziny były nieco zdegustowane takim oświadczeniem, no ale wszak trudno
zmusić kogoś do posiadania dzieci, jeśli on tego nie chce.
Dziesiątą rocznicę ślubu obchodzili dość hucznie w gronie przyjaciół.
Bawili się niemal całą noc na działce. Do zabawy zaprosili również kilku najbliższych
sąsiadów. Do jednej z sąsiadek akurat przyjechał jej siostrzeniec, więc i on się na tę
imprezę załapał. Był jeszcze bardzo młody, właśnie rozpoczął studia prawnicze.
Arek, bo tak właśnie miał na imię, był dobrze zbudowanym ciemnym blondynem, miał
ładne, piwne oczy w ciemnej oprawie i bardzo ładnie wykrojone usta.
Należał do tego typu ludzi, którzy wszędzie czują się "na miejscu" i choć  wszyscy
byli od niego co najmniej dziesięć lat starsi, świetnie się dopasował. Tańczył dobrze
i każdy taniec mu odpowiadał.
Kilku panów, którzy nie przepadali za tańcem, było wdzięcznych losowi, że trafił się
taki amator  "wygibasów parkietowych", dzięki czemu oni mogli zająć się grą w karty.
Panie pocztą szeptaną przekazywały sobie informację, że chłopak jest całkiem  fajny
i szkoda, że taki młody. No i wyobrażały sobie jak świetnie będzie wyglądał w todze.
Irena zatańczyła z Arkiem tylko  raz i było to tango. Zasadniczo Irena wolała bardziej
dyskotekowe kawałki, ale Arek naprawdę świetnie tańczył, prowadził bezbłędnie,
chwilami przylegał do niej całym ciałem by za moment delikatnie od siebie odsunąć.
Irena po raz pierwszy poczuła w czasie tańca prawdziwe podniecenie, co ją mocno
zdziwiło.
Potem dyskretnie go obserwowała - nie zauważyła by z którąś z pań tańczył właśnie
tak jak z nią. Co jakiś czas napotykała wzrok Arka.
Około czwartej rano wszyscy już mieli dość zabawy, sąsiedzi ruszyli do swoich domów,
przyjaciele Jubilatów powyciągali ze schowków materace i zapasową pościel i każdy
znalazł jakieś miejsce do spania.
Irena jeszcze pospiesznie zebrała do worka wszystkie  jednorazowe nakrycia stołowe,
sama siebie chwaląc za pomysł zrobienia przyjęcia na działce i wykorzystania do tego
celu jednorazowych talerzy, kubków, kieliszków, filiżanek, sztućców.
W dziesięć minut wszystko było posprzątane.
Kładąc się obok Wojtka, który jeszcze nie spał, wyraziła zdziwienie, że pani sąsiadka
ma tak ładnego siostrzeńca i że chyba chłopak wdał się  w  tatusia, bo siostra sąsiadki
do urodnych osób nie należy - wszak ją kilka razy widzieli.
Wojtek się śmiał, że widział zachwyt w oczach pań na widok Arka. Irena już jednak nie
drążyła  tematu.
Rocznica minęła, koleżanki dzwoniły do Ireny chwaląc za bardzo udane spotkanie i
każda twierdziła, że powinni się częściej spotykać. Każdy na takie spotkanie przyniesie
ze sobą coś do jedzenia i picia  oraz "jednorazową zastawę".
A Irenie wciąż po głowie chodziło wspomnienie tańczonego z Arkiem tanga.
Odtwarzała  w pamięci każdy krok, każde króciutkie zbliżenie  jego ciała. Wieczorami
zasypiała z obrazem Arka pod powiekami. Czyste wariactwo, karciła samą siebie.
Gdy w dwa tygodnie pózniej pojechali na działkę popatrywała co chwilę na sąsiednią
działkę w nadziei, że może za chwilę  ukaże się Arek.
Ale pani Marysia była sama, więc chwilę porozmawiały przy żywopłocie i potem każda
zajęła się własnymi sprawami.
Irena musiała przygotować obiad, bo zapowiedzieli się z wizytą teściowie. Obierała
ziemniaki i jarzyny rozmyślając o Arku.
Wojtek wypróbowywał jakość nowo zakupionych leżaków i ławki-huśtawki, wybierał
dla nich najlepsze ustawienie i w  ogóle Irenie nie pomagał. Ale akurat dziś wcale
nie miała o to pretensji.
Po południu, gdy razem z teściami siedzieli przy kawie, do pani Marysi przyjechała jej
siostra i Arek z jakąś dziewczyną. Arek podszedł do żywopłotu i przywitał się z Ireną
i jej mężem , przy okazji mówiąc, że przyjechał z koleżanką, bo ona ma dobre notatki,
ale pisze takim skrótami, że on nie jest w stanie sam tego odczytać, więc będzie pisał
pod jej dyktando. Słysząc to Wojtek zaproponował, że pożyczy mu swój dyktafon,bo to
chyba praktyczniejsze niż pisanie pod dyktando. Ma nawet dwie kasety puste, więc
chyba sporo się uda nagrać. No a potem Arek kupi puste kasety i odda je Wojtkowi.
Jednocześnie dał mu ich domowy numer telefonu, by Arek zadzwonił, gdy będzie
już mógł oddać  kasety.
Teściowie w ostatniej chwili stwierdzili, że zostaną na noc, co Irenę wprawiło w zły
humor - no ale skoro działka była prezentem od teściów, musiała jakoś przełknąć
gorzką pigułkę.
Wieczorem Arek odwiózł do W-wy  panią Marysię i obie panie, które tu przywiózł.
A Irena i Wojtek znów musieli wysłuchać jak to teściowie są zawiedzeni faktem, że
działka się marnuje bo przecież była kupiona  dla ich dziecka. Irena zrobiła grobową
minę i stwierdziła, że boli ją głowa, więc idzie się położyć spać. Wojtek coś jeszcze
tłumaczył rodzicom, w końcu zezłoszczony stwierdził, żeby tę działkę sobie zabrali.
A Irena w ich sypialence na pięterku marzyła o Arku.
c.d.n.

.




czwartek, 17 lipca 2014

Polska żona

Historia jest jak najbardziej autentyczna a główny bohater już dawno przeniósł się
w Inny Wymiar.
Jak wiadomo, II wojna światowa niemal każdemu  skomplikowała życie. Uważam, że
z moją rodziną obeszła się całkiem łagodnie, bo choć z zawieruchy  wojennej wyszli
przysłowiowo  "goli i bosi" to jednak nikt nie zginął.
W czasie okupacji niemieckiej moja babcia nie tylko ukrywała swoją bratową która
była "niewłaściwej narodowości", ale w miarę sił i środków pomagała tym, którym
było gorzej niż jej. Stale dożywiała dwóch  nastoletnich chłopców swego kuzyna,
który był zawodowym wojskowym i wraz z wojskiem wyparował poprzez Zaleszczyki
zostawiając na pastwę losu żonę i dwóch synów, właściwie bez  środków do życia.
Kompletu w babcinej  "ochronce"  dopełniał pasierb jej rodzonej siostry, Tosio.
Biologiczna matka Tosia miała spore odchylenia psychiczne od normy, więc mąż  się
z nią rozszedł, zatrzymując przy sobie syna.
Żeniąc się z siostrą mojej babci, wniósł jej we wianie swego syna.
Po upadku Powstania Warszawskiego moi dziadkowie  wraz z "inwentarzem"  zostali
wysiedleni z Warszawy.
Gdy przekraczali granicę Warszawy na Okęciu, Niemcy odłączyli od wysiedlanych 
mieszkańców młodych ludzi i mój ojciec oraz  Tosio zostali dołączeni do transportu,
który pojechał do niemieckiego obozu.
Obóz był zlokalizowany  gdzieś w okolicy Berlina. Z opowieści swego  ojca wiem, że
Tosio był bardzo zdolnym człowiekiem- ale szalenie mało praktycznym. To mój ojciec
dbał o to by mieli co jeść, na czym spać i pilnował by Tosio nikomu nie podpadł.
Gdy wreszcie skończyła się wojna i wyzwolono obóz, Tosio powiedział, że on nie
wraca do Polski, bo tam będą przecież Rosjanie, więc lepiej będzie ruszyć na Zachód.
Ale mój ojciec miał w Polsce żonę i maleńkie dziecko, więc pożegnał się z Tosiem i
powędrował do Polski. Tosio ruszył na Zachód. Doczłapał się  do Belgii a tam trafił
 w ramiona jakiejś dużo starszej, litosiernej  Belgijki. Kobieta ta zaopiekowała się nim
niczym własnym synem, ale zupełnie nie wiem dlaczego.
Dzięki niej Tosio zrobił w Belgii studia politechniczne , ukończył kurs angielskiego
i został przez nią wysłany do USA. Przed wyjazdem jego opiekunka kazała mu
wyrobić sobie nowe dokumenty, w których Tosio "urwał" sobie 10 lat. Twierdziła, że
tym sposobem będzie dłużej młody, a wiadomo było, że Ameryka stawia na młodych.
Od chwili rozstania się Tosia z moim ojcem, nikt nie miał pojęcia co się z nim dzieje.

Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku nagle Tosio się ujawnił - pewnego
pięknego dnia zapukał do drzwi domu, w którym przed wojną mieszkał ze swym ojcem,
jego żoną i swym  malutkim przyrodnim bratem. Zdążył się już dowiedzieć, że jego
rodzice oboje nie żyją, więc zainteresował się spadkiem po nich. Poza tym doszedł
do wniosku, że powinien się ożenić, koniecznie z Polką.
Opowiedział rodzinie pokrótce o tym co robi, gdzie mieszka, gdzie pracuje. W USA
zrobił następny fakultet i miał dobrą pracę w przemyśle  samochodowym.
Dopytywał się, czy aby rodzina nie zna jakiejś kandydatki na  żonę dla niego. Bo
owa panienka ma być nie tylko Polką, ma  być ładna, zgrabna, wykształcona, po
studiach, ma być dobrą gospodynią, nie powinna mieć więcj niż 23 lata no i
powinna go kochać.
Rodzina mało nie dostała skrętu kiszek ze śmiechu. Wszyscy po kolei tłumaczyli
człowiekowi, że skoro on ma już 46 lat to nie powinien brać za żonę takiej
młodej dziewczyny, poza tym u nas żadna nie jest po studiach w wieku 23 lat.
Wtedy właśnie Tosio puścił farbę, że w dokumentach to on ma zaledwie 36 lat.
Usiłowałam wmówić mu swą znajomą, która dobiegała czterdziestki, ale
Tosio stwierdził, że jest za stara.
W czasie tego pobytu w Polsce nie znalazł odpowiedniej kandydatki i wrócił do
USA z niczym. W dwa lata pózniej dostaliśmy zaproszenie na  ślub i wesele.
Cała rodzina  poznała wybrankę Tosia dopiero w kościele.
Rzeczywiście była ładna, a z całą pewnością bardzo zgrabna i podobno jeszcze była
na studiach. Tak na oko spokojnie można było jej dać trzydziestkę- może i ona miała
coś niecoś ujęte w metryce?
Na weselu panna młoda wyraznie z trudem odróżniała swego świeżo poślubionego
męża od innych, zbliżonych do niego wiekiem panów. Trochę mnie to dziwiło, bo
Tosio urodą przypominał  jednego z disneyowskich bohaterów kreskówek.
W kilka dni po uroczystościach Tosio wyjechał, a młoda żona  zaczęła oczekiwać
 na paszport i amerykańską wizę. Szwendała się po całej rodzinie wciskając każdej
starej ciotce tekst, że ona tak strasznie tęskni za swym mężem i tak ogromnie go
kocha. Gdy nadała taki tekst podczas wizyty u nas powiedziałam: wiesz, to dość
dziwne, bo  bardzo mało się przecież znacie.
A tak w ogóle to gdzie Tosia poznałaś?- zapytałam słodko.
Okazało się, że to małżeństwo było skojarzone przez ...swatkę z Chicago, której
specjalnością było wyszukiwanie Polakom polskich  żon, a oni zobaczyli się po raz
pierwszy w Warszawie w przeddzień ślubu.
Strasznie długo nie wydawano jej paszportu, w końcu niemal po 8 miesiącach go
otrzymała. Potem musiała jeszcze  "polować " na miejsce w samolocie.
Wreszcie szczęśliwie odleciała za ocean.
 Mniej więcej w trzy miesiące potem dostałam list od Tosia - czytając go miałam
niezłą zabawę.
Gdy żona wreszcie do Tosia dotarła, ten wziął urlop i przez bity miesiąc pokazywał
jej wszelkie cuda Ameryki, zapewne również z największym kłębkiem sznurka.
To był ich miodowy miesiąc, który okazał się również ich ostatnim miesiącem
wspólnie spędzonym.
Gdy Tosio poszedł pierwszy dzień po urlopie do pracy, szczęśliwa żona spakowała
czym prędzej swój niewielki dobytek i zniknęła.
Zostawiła kartkę, żeby jej nie szukał, bo ona nigdy do niego nie wróci. Zresztą i tak
jej nie znajdzie, więc niech sobie oszczędzi trudu szukania.
Ale Tosio "zagiął się" i rozpoczął poszukiwania. Wpierw sam, potem przez detektywa.
Przylatywał do Polski i tu też jej szukał. Oczywiście nie znalazł. Mniej więcej po
trzech latach poszukiwań, wydaniu masy pieniędzy, dostał od niej pozew rozwodowy.
Namówiliśmy go, by jednak dał jej rozwód, bo widać było, że dziewczyna go nie chce,
ale wykorzystała okazję by się stąd wyrwać.
W kilka lat potem Tosio ożenił się po raz drugi. Ze strony tej pani było to małżeństwo
z rozsądku, czego nie ukrywała. Ona miała dzięki niemu dobre warunki finansowe,
 a on opiekunkę gdy dopadła go starość.