poniedziałek, 21 marca 2022

Ryzykantka - 55

 O ile styczeń tego roku był względnie  łagodny, to  luty postanowił   wyrównać  braki w ujemnych temperaturach. W ciągu  dnia  bywało po kilkanaście stopni  mrozu, nocą i nad  ranem temperatury  spadały jeszcze bardziej  poniżej  zera.  W tym układzie  pogodowym Wela i  Paweł postanowili, by z okazji jej obrony  nie urządzać żadnego  czekania  pod uczelnią. Po prostu  miał  z nią pojechać  tego  dnia  tylko Paweł, który  zaczeka na  nią  pod  salą, w której miała obronę.

Wela wiedziała dobrze, że pracę napisała dobrą, że nikt  nie ma  zamiaru jej odrzucić, że właściwie to czysta  formalność, ot taki zwyczaj, a mimo tego była  bardzo zdenerwowana, aż jej  w gardle  zasychało i dostała jakiejś nerwowej  chrypki. 

"Ciało oceniające" dobrze  sobie  zdawało sprawę z  jej zdenerwowania więc  wpierw  rozmowa dotyczyła tego czy miała  jakieś trudności natury organizacyjnej przy swych badaniach  laboratoryjnych, pomału przeszli do meritum i w pewnej chwili Wela dowiedziała się, że właśnie już ma swój tytuł w kieszeni. A jej promotor wyjrzał na korytarz i poprosił na salę Pawła, którego znał od dwóch lub trzech lat. Ale i tak Wela opuściła salę na miękkich  nogach - zmęczona tak, jakby sama posprzątała połowę Pałacu Kultury i Nauki.  Stwierdziła, że musi się  czegoś napić, bo zaraz  padnie z odwodnienia. Nim wyszli  z budynku pan promotor powiedział, że ma  dla niej  propozycję pracy, ale teraz  wyjeżdża na dwa tygodnie na  narty i pozwoli sobie do niej  zatelefonować po powrocie. Zresztą praca byłaby aktualna dopiero od  maja. Bardzo serdecznie się pożegnał z obojgiem, Welę cmoknął w rękę, co Paweł obśmiał potem, mówiąc w domu, że promotor chyba Welę podrywał.

A domowe uroczystości były obchodzone dopiero gdy wrócił z pracy Robert. Wela się w domu popłakała - siedziała w psim kojcu trzymając psiaka na  kolanach i zwilżała jego sierść łzami. Paweł nie mógł zupełnie  pojąć, czemu ona  płacze, skoro jest "po wszystkim", ale  babcia i Ewa kazały  mu być  cicho - Wela sama do siebie dojdzie. Po prostu  musi zejść  z niej wielodniowe i wielogodzinne  napięcie.

Wieczorna obiado - kolacja  była wielce uroczysta, Wela już była spokojna i uśmiechnięta. Jedyny malutki zgrzyt nastąpił, gdy Robert się  zapytał, czy jej rodzice  wiedzą, że już obroniła pracę, ale Wela powiedziała, że powie  mamie za kilka  dni, teraz  nie chce  sobie psuć dobrego nastroju. Poza tym to ich  przecież nie  za bardzo interesowały jej studia i problemy.

Robert i Ewa ufundowali Weli  bardzo ładną srebrną bransoletkę robioną na  zamówienie, na  której w ornament była wpleciona data obrony  pracy. Babcia co prawda żałowała, że nie jest to złota  bransoletka, ale szybko się  dowiedziała,  że taką  srebrną to Wela  może nosić stale to raz- a dwa- Wela bardzo lubi srebrne a nie  złote ozdoby.

Wieczorem Robert kolejny raz dziękował Ewie za to, że  stworzyła dla niego i Pawła taki ciepły, rodzinny dom, a  Ewa tłumaczyła  mu kolejny raz, że taki ciepły rodzinny dom to jest po prostu  wypadkową uczuć ich  wszystkich razem. I to nie jest tak, że jedna  osoba może  stworzyć ciepły rodzinny dom, to zawsze jest "praca zespołowa".

Ewę nieco niepokoiło zdrowie Roberta - zaczął coraz  częściej  narzekać na  zmęczenie i Ewa stwierdziła, że powinien jak najszybciej odwiedzić dobrego kardiologa. Robert się bronił przed tym, ale Ewa była uparta. Powiedziała, że jeżeli on  naprawdę ją kocha, to koniecznie powinien się poddać badaniom i ewentualnym zaleceniom kardiologa. Tłumaczyła, że przecież on od  lat jest  ciągle poddawany stresowi, a sam przecież  wie, że pomimo wielu lat  rutyny to każda  operacja  wymaga od  niego wielkiego napięcia i koncentracji co przecież odbija  się na  zdrowiu. A każdy stres jednak rujnuje serce. A jeżeli on ją  naprawdę  kocha, to powinno  mu zależeć na tym, by jak  najdłużej byli razem i mogli się sobą wzajemnie cieszyć. 

Ubłagała go wręcz, by poszedł do kardiologa i porobił badania - zwłaszcza, że kardiolog przyjmował w tej  samej  klinice.  W końcu Robert uległ jej  prośbom - a kardiolog stwierdził, że najprościej  będzie  zrobić tomografię komputerową  serca. I tu Robert został zaskoczony - wynik  wykazał, że  kiedyś  przeszedł dość  lekki  zawał serca, o  czym świadczyły blizny po  zawale. Zdaniem kardiologa Robert powinien nieco mniej  czasu spędzać za  stołem operacyjnym, czyli maksymalnie ograniczyć,  a  najlepiej wyeliminować długie operacje. Nie  musi jeszcze wszak odchodzić od  zawodu, ale jeśli nie  zadba  dostatecznie o zdrowie to życie go to tego zmusi.

No i powinien codziennie spacerować - w miarę  możliwości nie po centrum  Warszawy, ale  np. jeździć do Powsina i tam  spacerować po polach i lesie. A urlopy spędzać na wędrówkach po lesie  ewentualnie spacerować nad  morzem. Z ograniczeń - odstawić kawę i mocną  herbatę. Ograniczyć koniecznie słodycze i w ogóle raczej  niedojadać niż się  najadać. Ze  słodyczy - można jeść gorzką czekoladę. 

Robert tego  wszystkiego wysłuchał i  powiedział zniosę  to wszystko jeśli  tylko nie będę  musiał rezygnować  z sexu. Nie  musi pan, panie  kolego,  z niego rezygnować nawet pacjenci po operacjach kardiologicznych nie  mają zakazanego seksu. W tym momencie wyciągnął z szuflady ulotkę, opracowaną w Instytucie  Kardiologii, na której czarno  na  białym  stało, że nie  muszą po operacji rezygnować  z seksu, tylko zmienić nieco sposób. A mogę tę ulotkę dostać? bo nie wiem  czy  mi żona uwierzy. Bo to ona   mnie  do pana wysłała. To znaczy, że ma  pan mądrą i troskliwą kobietę przy  sobie.

A co do wyeliminowania tych długich operacji - muszę to mieć  na piśmie, w ocenie  stanu  zdrowia. Zaskoczony jestem  tym, że  kiedyś  przeszedłem  zawał i nic o  tym  nie  wiedziałem. 

Bo  zapewne przechodził go pan  razem  z grypą lub  zapaleniem oskrzeli, a że na  szczęście był lekki to łatwo było uznać  ból w klatce piersiowej  za ból spowodowany  silnym kaszlem.  Nie da się ukryć, że jeśli zawał nie jest  rozległy a pacjent  ma jeszcze w  dobrym stanie naczynia  wieńcowe to może nie   zostać  wykryty.   Prawdę  mówiąc to znam przypadki, że przywieziono pacjenta  z  ostrym   bólem zamostkowym i nawet  na  echu serca robionym  zewnętrznie  niczego  nie było widać, dopiero przez  przełykowe echo  wykazało zawał.  Wyjdzie potem  na koronarografii  lub  na tomografii komputerowej, tak jak u pana  wyszło.

Napiszę panu, o tym ograniczeniu długich operacji, ale zaznaczę, że nie ma przeciwwskazań do wykonywania zabiegów  ambulatoryjnych - zgoda? I mam nadzieję, że będzie  pan  rozsądny i będzie przestrzegać tych  zaleceń.   Będę, nie  mam innego wyjścia-  zapewnił go Robert.

Po powrocie z kliniki Robert wszystko opowiedział Ewie. Rozbawiła ją ulotka dla pacjentów po operacjach kardiologicznych i stwierdziła, że poradzą  sobie  ze  wszystkim.  Na początek Robert  nie  będzie  jeździł  samochodem  do kliniki, jeśli będzie tak zwana  dobra  pogoda. Przejdzie się kawałek do  autobusu i od  autobusu do kliniki. I skończą się  wieczorne obiado - kolacje, bo skoro odpadną  mu długie operacje to w  tym  czasie  będzie  mógł przyjmować  pacjentów w gabinecie i będzie  wcześniej w domu i będzie  mógł  wcześniej  zjeść. A wieczorem, po  kolacji będą po prostu  chodzili na  spacery, bo gdy nastanie  wiosna i tak trzeba  będzie  wychodzić  z psem. Weekendy - będą  wyjeżdżać w okolice  Warszawy i błądzić   wśród pól i szukać  lasów.  Może częściej  zaczną  bywać u Aliny?  A może się gdzieś  pobudujemy ?- spytał Robert? O nie - odrzuciła  propozycje  Ewa- będzie  wtedy tak  samo,  jak jest teraz, z tą  różnicą, że będziesz tkwił w  w domu gdzieś  w kartoflach i nie ruszysz  się, bo łażenie po kretowiskach nie  będzie  cię wszak zachwycało czy pociągało. Popatrz  na  Alinę i Franka- oni przecież ciągle siedzą  za kółkiem, a po własnym ogrodzie też  nie łażą, bo zatrudniają  do zbiorów i pracy ludzi. Dzieci do  szkoły są  wożone  samochodem bo mają  do niej  daleko, Franek do  swojej  pracy też  jeździ a nie  chodzi, Alina  samochodem jeździ na  zakupy. I tak  samo byłoby u nas. Mowy  nie ma,  zapomnij o takim pomyśle.

Następnego  dnia Robert  miał rozmowę  z szefem kliniki, który stwierdził, że przez  jakiś czas będą przyjmować pacjentów tylko na  zabiegi  ambulatoryjne, bo  może nie być łatwo znaleźć "od  ręki" dobrego chirurga- ortopedę. Na  szczęście Robert może  nadal przyjmować pacjentów, bo  diagnostyka nie jest tak  wyczerpująca  jak  operacje, a dobra  diagnoza jest przecież ogromnie  ważna. A  zabiegów ambulatoryjnych też jest  przecież  sporo. 

A jak się czuje pana żona? Słyszałem, że było groźnie,  ale podobno opiekę miała niebywałą. Robert roześmiał  się - ona już świetnie i to ona  mnie  zmusiła bym  poszedł na badania.  Gdyby  nie ona nadal bym operował wszystkie ortopedyczne  przypadki. Nie  zdawałem  sobie  sprawy, że coś może być jednak  z moim  sercem. 

Och, to zawsze tak  jest, że na  siebie nie  spoglądamy przez  szkło powiększające, ale żony i  dzieci zawsze  coś u nas wypatrzą- stwierdził  szef. U  mnie żona wypatrzyła, że każdym okiem nieco inaczej  widzę - i  miała rację, bo jednym okiem widzę dobrze tylko na odległość a drugim nie. Jedno oko jest  "na  minusie" a  drugie "na plusie". Gdy zamawiam szkła u  optyka  zawsze się  człowiek  upewnia czy to prawda, że jedno  szkło jest plusowe  a drugie  minusowe.

W kilka dni później do Roberta zatelefonował kolega, który wykładał na Akademii Medycznej, czy aby Robert  nie był skłonny do prowadzenia  wykładów na uczelni ewentualnie w jednej  z klinik. Robert  obiecał, że się  zastanowi i  za kilka  dni, gdy  zorganizuje  się w swojej  klinice  na  nowo da mu odpowiedź.

Ewa była  zmartwiona faktem , że jednak nie bez  powodu  wysłała  Roberta  do lekarza. Bardzo skrupulatnie przejrzała  dostępną literaturę dotyczącą diety dla osób z lekką niewydolnością serca. Swym niepokojem o zdrowie Roberta  podzieliła  się oczywiście z Zigi, który w każdej  wolnej  chwili przeglądał katalogi z wyposażeniem  dla  niemowląt.  Sądząc z ilości przewidywanych do  zakupu akcesoriów to Dorota powije  dziesięcioraczki a nie  tylko jedno  dziecko.  

Ewa obiecała mu, że przy  najbliższej wizycie u Aliny skonsultuje  z nią listę zakupów, którą  zrobił Zigi.  Poza tym obiecała  mu, że w czasie jednej  z przerw  w pracy pójdzie z nim do sklepu z konfekcją dla  maluszków i udowodni mu, że  dzieci rosną niestety  bardzo  szybko i trzeba  dla  nich dokupywać ubranka  na bieżąco, bo maluchy z  miesiąca na  miesiąc  zmieniają  swe wymiary i jeśli kupi teraz sześć  kaftaników tego  samego rozmiaru to połowa  z nich  nie  doczeka  się  poznania  ciała  dziecka. Zigi- tłumaczyła mu Ewa- widzisz przecież, że w katalogu masz przy każdym kaftaniku podany rozmiar określony wiekiem  niemowlaka- 1 miesiąc, 2  miesiące,  w niektórych wielkość jest 3  do 6  miesięcy. Dzieci  ani nie   rodzą się jednakowe pod  względem długości i  wagi a potem też nie  rosną pod  linijkę, tylko każde we własnym tempie. Dorota - wybacz, że to  powiem- nie jest w najlepszym  wieku do rozrodu, podobnie  jak i ty i dziecko może urodzić  się  malutkie, więc  nonsensem jest kupować teraz kaftaniki na  cały rok  z góry. Zdążysz je kupić gdy  już się urodzi. Masz taką pracę, że nie ma problemu byś w ciągu  dnia  wyskoczył do któregoś  ze sklepów. Poza tym poczytaj   w sieci co powinno być na  wyposażeniu, poczytaj też opinie o  tym  wszystkim. Po prostu otrzeźwiej, nie  wpadaj  w  histerię. My zapewne  w ten  weekend pojedziemy do Aliny, to się  jej  przepytam - to naprawdę trzeźwa dziewczyna, chociaż ma  Klony. I  może jeszcze  niechcący  ma jakąś lekturę  dla początkujących rodziców, bo oni też z tej grupy  ludzi, którzy książek  nie wyrzucają.

                                                                      c.d.n.



 




niedziela, 20 marca 2022

Ryzykantka - 54

 Jak ktoś kiedyś zauważył życie nie jest romansem.  Zigi przychodził do pracy wykończony. Co prawda poranne mdłości Doroty ustały między innymi dzięki porannym "przegryzkom" cynamonowych ciastek, ale Dorota, zdaniem Zigi,  zupełnie  zdurniała. Najmniejsze  nawet niepowodzenie powodowało u niej wodospad  łez. 

Pewnego  dnia powiedział do  Ewy, że gdyby  wiedział, że Dorota tak będzie  na ciążę  reagować to raczej by dał się  wykastrować by tylko jej  nie  zapłodnić.  Ewa- niemal wrzeszczał- przecież do  ciężkiej  cholery sama  chciała, to nie był mój wymysł! Nie namawiałem jej na ciążę, ja się na  nią tylko zgodziłem. To przecież  chore  co ta kretynka wyprawia! Wpierw  ciągle miała  torsje, teraz  je niczym  zapaśnik  sumo i płacze o byle  co - paznokieć się  złamał- pół godziny ryku, kwiatek nie  zakwitł w środę, a dopiero w piątek - dwa dni płaczu. Ja  naprawdę  chyba się od  niej wyprowadzę, nie jestem w stanie  tego znosić. Ewa zrób  coś, ja  już nie  wyrabiam. Ona  mnie tym wszystkim   niszczy.

Zigi, ja nie jestem lekarzem, nie jestem psychoterapeutą, więc zmień adresata  swoich problemów. I nie krzycz,  nie jestem  głucha. Wejdź w sieci na  jakieś forum ciężarnych i poczytaj- może znajdziesz jakąś mądrą radę. Jak wiesz ja sobie  dzieci  nie życzyłam i nawet ćwierć dnia nie byłam w ciąży,  więc nie mam  pojęcia co masz z tym fantem  zrobić. Może zamów  sobie  wizytę u jej lekarza, który  prowadzi jej  ciążę,  pojedź sam i jemu  czy też jej, wszystko opowiedz. Kiedy ona  ma  najbliższą wizytę? Za dziesięć  dni. No to dzwoń  do tego lekarza, powiedz w skrócie przez telefon co jest grane i pewnie  cię przyjmie. Nie mam lepszego  pomysłu.  

Ja to  tylko  mogę jej nawymyślać od  kretynek, ale nie sądzę by to poprawiło w czymś sytuację, bo może mieć  żal do ciebie, że mnie opowiadałeś co cię gnębi. Uprzytomnij  sobie fakt, że jeszcze  stosunkowo nie tak dawno była o mnie  zazdrosna. Jak ona teraz taka rozhisteryzowana to licho wie  co jej  może do głowy przyjść. Jeśli chodzisz  z nią do lekarza na kontrolę to myślę, że ci ten  lekarz pomoże. No chodzę, ale ona  nie chce  bym był cały czas i dopiero po badaniu mogę  wejść.Nagle  zrobiła się  wstydliwa. No to tym bardziej  zamów sobie  extra  wizytę, żeby lekarz  wiedział, że coś  z  jej głową nie gra. 

Dobrze, że mnie  nie odbiło, bo ja bym pewnie  zamęczyła siebie i otoczenie tym, że mogę urodzić  dziecko z jakąś wadą  wrodzoną, bo już  za stara jestem na rozmnażanie.

Ale ty Ewka,  nie jesteś histeryczką, jesteś  bardzo konsekwentna w tym co robisz. Jesteś co prawda ryzykantką, ale jesteś  konsekwentna i  podejmując  ryzyko liczysz  się  z konsekwencjami. I potem nie wpadasz w histerię.

A co masz na myśli mówiąc, że jestem ryzykantką? To, że  rzuciłam państwową  posadkę i   zaczęłam  z tobą rozkręcać biuro projektowe? Niczego  nie  ryzykowałam, przez  kilka  miesięcy siedziałam w dwóch miejscach - u ciebie i w państwowym biurze  projektów. Było to nie jeden  raz  nieco męczące, ale ryzyko  było mocno  zminimalizowane.

Nie, nie  to mam  na myśli - myślę o Robercie - bardzo krótko się znaliście a lekarze pracujący w klinikach czy też  szpitalach, a do tego  chirurdzy podobno odreagowują  stres łóżkiem albo alkoholem.

Zigi, pieprzysz, że tak  brzydko  powiem. Owszem, wielu pije, ale nie jest to  regułą. Owszem, pielęgniarki często włażą im  do łóżka. A poza tym wiedziałam, że krótko się  znamy i że oboje  ryzykujemy, że może nam to  nie wyjść. Ale była tak intensywna  chemia  między nami, że to zadziwiło nas oboje. A nie byliśmy wszak nowicjuszami w tej  materii. Każde  z nas przeszło przez  małżeństwo, każde miało  jakiś romans  "dla  zdrowia". Ryzykowaliśmy  tylko  tym, że prześpimy się  ze sobą kilka  razy i dojdziemy  do wniosku, że to była  pomyłka. No a jak  widzisz  stało się inaczej.  I tego wam, cholera jasna,  zazdroszczę- podsumował dyskusję  Zigi.  

No to nie  zazdrość, ciesz się, że znalazła się taka, która chce mieć  z tobą  dziecko, przejrzyj internet,  poczytaj trochę o tym jak ciąża działa na organizm kobiety, idź porozmawiać z lekarzem prowadzącym jej ciążę i powspółczuj trochę  Dorocie.  Bo tak naprawdę to chodzenie  w ciąży raczej mało zabawne jest - wiesz, już  kilka  ciężarnych  wśród  swych  koleżanek  miałam. Każda miała jakieś chwile  zwątpienia,  załamania i z jakiegoś  względu   większość poprzestawała  na jednym  dziecku, choć ze  względów materialnych mogłyby mieć kilkoro.

No a Robert nie chciał byście  mieli wspólne  dziecko? Mówiłam  ci - powiedział, że kocha  mnie na tyle, że gdybym chciała  mieć  dziecko to on byłby jego ojcem. Ale on jest  zdania, że to kobieta  ma  gorzej bo musi chodzić  w ciąży, potem  karmić i trud wychowania  zawsze jest większy dla niej, więc to  ona  musi decydować czy chce  to wszystko przeżyć czy też  nie.On już ma syna, a ja wcale dziecka  nigdy nie pragnęłam i nadal  nie pragnę. Jestem cała  tylko dla niego. A on  dla  mnie. Przez  cały  czas  mojej choroby był obok mnie, spał w moim pokoju na dostawce, wychodził tylko gdy miał operację, lub  swoich pacjentów i  do kantyny na posiłki. Pielęgniarki były tylko  w ciągu  pierwszej  doby, gdy ja  nie mogłam jeszcze  wstać a on musiał operować. Podpadł wszystkim pielęgniarkom,  one  mi tylko kroplówki zmieniały, całą  resztę on robił, co mu  miały za złe. Paweł mu ubranie dowoził z domu. A tak nawiasem, gdyby  nie on, to pewnie by mnie tu  dziś nie było. Nie tylko jemu napędziłam  strachu, temu co miał dyżur i mnie operował też.

Wiem, powiedział mi Robert, że było z tobą kruchutko i że na  szczęście ból cię obudził. Z tego  wniosek, że nie  zawsze  trzeba narzekać na ból.

Myślałaś trochę nad  tym konkursem? Jeszcze  nie, na  razie jeszcze się  trochę  zbieram do  kupy. Nadal jestem   w stanie przespać  cały  dzień i wieczorem nie  mam  problemu z  zaśnięciem, o ile Robert jest  ze mną. Ale on ostatnio tak  sobie   poustawiał  dyżury,  żeby  nie  spać poza  domem, bierze  dwunastogodzinne w weekendy od 8 rano do 8 wieczorem. Na te  dyżury  jest  mało chętnych, bo większość  ma jakieś  dzieciaki i musi  kawałek  weekendu rodzinie  poświęcić.  A Robert bierze bo wtedy ja do niego przyjeżdżam do kliniki i spędzamy czas w jego  gabinecie,  albo w kawiarni,  albo siedzimy w holu chirurgii - jedyny  warunek -  musi  zawsze podać pielęgniarkom gdzie  będzie.  Aleś ty dziewczyno  zakochana! - Zigi nie taił zdziwienia.

Ewa uśmiechnęła  się - 18 lat siedziałam z kimś kogo znałam od  dziecka, razem się  bawiliśmy, chodziliśmy do tej  samej  szkoły, często razem  spędzaliśmy  wakacje, bo  mamuśki nasze  się przyjaźniły i  wmawiały  w nas, że jesteśmy dla  siebie  stworzeni. Gdy jego  rodzice gdzieś  szli  wieczorem lub  wyjeżdżali na  jeden dzień to on  nocował u nas, tak  samo było gdy moi szli  na brydża i wiadomo  było, że wrócą późno  w nocy, to ja nocowałam u niego. Pierwszy  zgrzyt był gdy ja stwierdziłam, że  nie pójdę na handel zagraniczny ale na architekturę - bo oczywiście  mamuśki nas  widziały  na handlu  zagranicznym, a potem na jakiejś dobrej placówce po jego ukończeniu. A ja się  widziałam na  architekturze lub na ASP. Co prawda  cały czas  słyszałam  w domu, że głupio robię a Julek  cały czas twierdził, że się  nie dostanę. No to się  dostałam,  na złość obu mamuśkom i jemu. Więc  mamuśki postanowiły  nas "pożenić", żeby ich  plan nie  spalił na panewce. Zgodziliśmy się, bo to nam  dawało mniejszą ingerencję mamusiek w  nasze  życie. Bo nam   nawet  mieszkanie ufundowali.

Do czasu ukończenia  studiów nasi rodzice  nas finansowali, a seks z Julkiem był tak interesujący jak układanie  naczyń w zmywarce. Ja go nie  zdradzałam, bo mnie  seks  nie interesował, a on mnie  zdradzał i jeszcze   jakimś   paskudztwem  zaraził. Powiedziałam o tym ojcu, dostałam od  niego adwokata i pieniądze na  niego. Potem sprawdziłam  czy sex może  być frajdą i był,  a potem spotkałam  Roberta. Właściwie  powinnam być wdzięczna  Julkowi, że nie  powiesił tych  firanek a ja spadłam  z tej drabiny gdy je  wieszałam, bo  mnie do Roberta  sprowadziły moje  dolegliwości po tamtym upadku.

My z Robertem jesteśmy sobie pisani, coś tak jak ty z Dorotą. Kłóciliście  się, rozstawaliście i wracaliście  by znów  za jakiś  czas się rozdzielić. Pamiętaj  o tym, w chwili, gdy cię najjaśniejszy szlag trafia bo ona płacze lub gada  głupoty. Kochacie  się tak  samo jak my z Robertem.  Wiesz, tylko to się to  w życiu  liczy - miłość którą  dajemy i którą  dostajemy.

Obejrzałam  te filmy co mi podesłałeś - brak mi konkretnego terenu na którym to osiedle  ma powstać. Przecież od tego  trzeba  zacząć.  Przy  brzegu jeziora  jest mało płaskiego terenu, na większości na tym  brzegu to jest  miejsce na jeden  niezbyt   duży domek. I nie  za bardzo  wiadomo  jakie jest  podłoże. Czy ty tam  widzisz miejsce na osiedle domków?  Bo ja nie widzę. Z reguły osiedle to nie jest jeden  domek ale  kilka w jakimś układzie.  Coś w tym  wszystkim   mi nie gra. 

Nie  sądzę by ktoś  chciał budować  na  zboczu, choć nad  morzem są  miasta  posadzone  na skałach. A ja tu  żadnych  skał nie widzę. Po tym jeziorze chyba  pływają  statki turystyczne , bo na którejś  z map w sieci widziałam wyznaczoną  drogę  wodną więc  nie sądzę by ten  wąski odcinek chcieli  zabudować sztucznymi  wyspami, żeby miały domki gdzie  stać. Na  moje wyczucie to jest  zbyt  mało  informacji. Dlatego  jeszcze nawet palcem  nie kiwnęłam

 No ale jak na osobę, która  jeszcze  palcem  nie kiwnęła to sporo  już o  tym  myślałaś. W ogóle to jeszcze dużo informacji nam  brakuje, muszę do  nich zatelefonować, albo raczej napisać - słowo drukowane jest jednak  w tym przypadku  ważniejsze. W Hiszpanii widziałem  domki     zawieszone na  zboczach,  ale były do nich  dojazdy od   strony  lądu. Tu nie  wiadomo  czy takie  są. I były to ewidentnie  skały, a na tych  zdjęciach to ja  nie podejmuję  się określić co to jest. Za bardzo  zarośnięte jak na skalisty grunt. Co prawda są klify porośnięte  lasem, no ale póki co  to  nikt przy zdrowych zmysłach  nie ogałaca klifu z drzew by na  nim budować osiedle. Poza tym to za łagodnie  schodzi w dół by to nazwać  klifem.

Przez moment  zobaczyłam w  wyobraźni domki po obu stronach  łączone pomostami, no  ale gdy  zobaczyłam, że tam jest wytyczony tor  wodny to ta  wizja poszła sobie.  Po prostu coś  mi w tym wszystkim  nie gra. Byłoby  dobrze uruchomić   zagraniczne  kontakty które  masz i sprawdzić czy ktoś, gdzieś  jeszcze  słyszał coś o  tym konkursie.  A  może  ja po prostu jestem  zbyt  nieufna.

Myślisz, że ktoś  nam  robi kawał? Ewa  pokiwała  głową. No wiesz, kiedyś  kilku osobom podpadliśmy  albo  nie biorąc  "wspaniałej inwestycji" albo sprzątając  komuś  coś  sprzed  nosa. Ludzie  są pamiętliwi i często mściwi z  natury. Trzeba  by przejrzeć  trochę  zagranicznych czasopism z  branży. Bo jeśli naprawdę jest jakiś  konkurs to na pewno coś o nim piszą w którymś  z czasopism.

                                                                c.d.n.

sobota, 19 marca 2022

Ryzykantka- 53

 Mniej więcej  w tydzień po  powrocie ze Słowacji Ewę obudził w nocy ból brzucha. Wyplątała się z objęć Roberta i poszła do łazienki- bolało ją  w miejscu w którym według  niej  nie powinno ją nic  boleć, bo pęcherzyk żółciowy już miała wycięty, a bolało ją  w tym  miejscu, w którym  kiedyś był. Wychodząc z łazienki  wpadła w objęcia Roberta - co się  stało? czemu  wstałaś?- spytał. Ewa  skrzywiła  się- nie wiem co mnie  boli, bo boli mnie  w miejscu gdzie  kiedyś  miałam pęcherzyk żółciowy a przecież go już nie mam. Robert  zaczął się ubierać- zaczekaj, zaraz pomogę ci się ubrać - pojedziemy do kliniki. Ale po co? Po to, że to może być zapalenie wyrostka. Na chirurgii dziś ma  dyżur doktor L. Zaraz do niego zadzwonię. Jest piąta rano,  nie budź  człowieka- prosiła Ewa. Muszę kochanie, to zbyt  poważna  sprawa. Połóż się, pomacam  cię  trochę, zrobię to delikatnie,  a ty mi mów kiedy boli. Po chwili Robert powiedział- wg  mnie to wyrostek, boli cię przy nagłym odpuszczaniu ucisku. Zadzwonię, bo wolę byś leżała  w naszej  klinice niż gdzieś  w mieście i żeby L. operował  niż ktoś inny. W  niecałe pół godziny później karetka  wiozła oboje  do kliniki.

W klinice zrobiono jeszcze Ewie badanie  krwi i liczba  białych  krwinek  wprawiła ją w  zdumienie, doktora L. raczej nie,  widział w życiu nie jeden stan  zapalny. Gdy się ocknęła siedziała przy  niej pielęgniarka a ona  była podłączona do  kroplówki.  Oj,  szybciutko się pani obudziła, zaraz poinformuję pana doktora, że już pani nie śpi. Gdy się  skończy kroplówka, będzie pani  mogła  wstać i się przespacerować dostojnym  krokiem po pokoju. A pan doktor  ma zaraz jakiś  zabieg i przyjdzie do pani gdy go skończy. Porozmawiała jeszcze z jakąś inną pielęgniarka przez telefon i poprosiła by ta  powiadomiła pana doktora R.G., że  żona już się obudziła. Ale mnie się jeszcze   chce  spać, stwierdziła Ewa. 

Pielęgniarka  spojrzała na pojemnik wiszący na  stojaku- nie ma sprawy, ta kroplówka to jeszcze  trochę  czasu sobie pociurka. Może pani sobie  spokojnie  drzemać- nie mogę, bo mi się  chce  siku- jęknęła Ewa. Nie ma problemu, podam pani basen. Tylko proszę nie  szarżować, pomogę pani- trochę  zaboli, ale nie  za bardzo. Gdy pielęgniarka  zabrała basen Ewa nieomal  natychmiast  zasnęła z powrotem. Gdy się obudziła po raz  drugi w fotelu przy łóżku siedział Robert. Na  stojaku nadal wisiał pojemnik, tym razem była na  nim żółta etykietka. Ojej, ja   chyba  mam następną kroplówę - stwierdziła Ewa. No fakt- to już  druga. Masz gorączkę, ponad 39 i bardzo nas to martwi. W kroplówce jest  antybiotyk,  a skoro  nie  śpisz, to ci inaczej skonfiguruję  łóżeczko. Nie  chce ci  się pić? Nie, ale  znów  chce mi się  sikać, ale nie chcę basenu. No to cię  zaprowadzę do łazienki i zrobisz  normalnie i cię umyję, by ci było milej. Te miski są z dopływem  wody, jak w bidecie. Mam ochotę kupić coś  takiego do nas, do  domu. A co będzie z kroplówką? - a nic, stojak ma kółka, pojedzie  razem  z tobą do łazienki.Chwycisz go ręką, w której masz wenflon. A kiedy mnie  wypiszą do domu? Tego  nie wie nikt - musisz wziąć wpierw antybiotyki, potem 3 dni być bez gorączki, pewnie  za tydzień będę mógł cię  stąd  zabrać. A przez ten  czas pomieszkamy w  szpitalu. Masz pojedynkę, mnie tu zainstalują polowe łóżko - wygodne. Będę miał wyjątkowo blisko do pracy. W tym  wszystkim najszczęśliwsze jest to, że zachorowałaś tu  a nie na Słowacji. Dobrze cię wytarłem? suchutka jesteś? Tak, jesteś  świetną  nianią. No to wracamy do łózia. Ale  mi strachu napędziłaś, bo straciłaś przytomność gdy cię wieźli na operacyjną już po badaniu. Niewiele brakowało a byłby się drań rozlał i wtedy byłaby to trudniejsza  sprawa. Gdy się  zmęczysz tą pozycją to możesz sobie  sama obniżyć, zobacz kochanie, tu jest sterownik. Około siedemnastej  mam kilku pacjentów, chyba trzech, z tym że jeden to tylko kontrola i dwie  diagnostyki. Byłem przy twojej operacji i wiesz- gdybym  musiał to bym  cię zoperował. A L. zrobił ci szew niemal jak chirurg plastyczny. Śladu nie będzie. On tu dziś wieczorem wpadnie. Chyba ma nockę. 

Robert, zawiadom Zigi, że mnie jakiś,  czas nie będzie.  Zawiadomiłem, był przerażony. I prosił, by ci powiedzieć, że do konkursu już  was  zgłosił. I masz zdrowieć spokojnie. A do jakiego konkursu on  was  zgłosił Kochanie? Do włoskiego, na zagospodarowanie kawałka terenu północnego brzegu jeziora  Garda. No wiesz, jesteśmy wszak w Unii Europejskiej. Jakbyśmy wygrali to byłoby coś, ale nawet drugie i trzecie  miejsce się liczy, bo wtedy jest  szansa  wejścia na ten rynek.  

On to samo  mi mówił.  O jeżu zielony, coś się z nim po tym ślubie  stało - mnie po raz  pierwszy wypytywał o szczegóły pobytu na tym świątecznym wyjeździe, a tobie  powiedział o tym  zgłoszeniu nas  do konkursu- niesamowite!  Robert, mam popękane usta, chyba od gorączki, kup mi coś  w aptece na dole na te popękane usta. Robert przyjrzał się jej  wargom i  delikatnie po nich przejechał palcem i spytał- tylko to czy  może jeszcze coś do smarowania buzi lub rąk. No to jeszcze jakiś krem nawilżający do twarzy. Ale to może mi ktoś  z domu przywieźć. A chcesz może coś  do czytania?  Jak będzie to kup Politykę i Focus. No to wrócę dopiero  za pół godziny, przy okazji  zjem coś w kantynie. Ty jeszcze  dziś będziesz na głodówce.

Gdy Robert wrócił Ewa znów spała. Oddychała równo, spokojnie. Delikatnie wsunął jej pod pachę termometr, sprawdził puls. Temperatura już była niższa, już tylko 38,00. Odłączył kroplówkę po ostatniej kropli i zadzwonił po pielęgniarkę. Ucieszył się, że antybiotyki  działają.  Gdy przyszła pielęgniarka przepytał ją czy  będzie  jeszcze jedna kroplówka, powiedział, że  niedługo idzie przyjąć pacjentów w swoim  gabinecie i żeby Ewę prowadzić do toalety w razie  potrzeby a  nie dawać  jej basenu. Na  stoliku nocnym zostawił zakupy apteczne, a na fotelu czasopisma. Wyłączył Ewie komórkę, by jej ktoś nie obudził. Niech  biedactwo  śpi, sen to zdrowie. 

W godzinę uwinął się  z pacjentami i z ulgą powrócił do pokoju Ewy. Wysłał sms do Pawła, że antybiotyki na Ewę działają i temperatura spada a Ewa spokojnie teraz  śpi. Napisał Pawłowi, co ma mu z ubrania  podesłać do szpitala-najlepiej gdy zostawi to na recepcji, zapakowane i opatrzone kartką z jego nazwiskiem.Recepcja jest  czynna do godziny 21,00. Na pytanie syna  kiedy wróci do  domu napisał- nie wiem, zapewne wtedy gdy Ewę wypiszą do domu. Ma pojedynkę i  wstawią mi tu dziś  dostawkę. Nie  zostawię jej tu samej. Poza  tym mam tu bardzo blisko do pracy. Paweł wszystkim domownikom odczytał treść sms-a i prosił by mamę od nich uściskać i powiedzieć, że czekają na nią z niecierpliwością. Wieczorem, ku wielkiej radości Roberta temperatura już nie  wzrosła. Trzecia tej doby kroplówka była głównie "odżywcza", następna  dawka  antybiotyku  miała  być rano. Doktor L. który faktycznie  miał nockę, był bardzo  zadowolony ze stanu Ewy. Prosił Roberta, by ją wieczorem, gdy już pacjenci  nie będą się  szwendać, pooprowadzał korytarzami kliniki, żeby  zminimalizować zrosty pooperacyjne.  Śmiał się,  że Robert ma teraz tak bardzo  blisko do pracy. Powiedział Ewie, jak bardzo obaj byli w strachu, bo wyrostek był schowany pod wątrobą i istniała obawa, że w czasie ściągania go w dół może pęknąć. Dobrze, że masz bracie,  takie szczupłe i  zwinne palce - stwierdził Robert i że odważyłeś się ich użyć zamiast jakiegoś  haka. No wiesz Robercie- mimo wszystko w palcach to  człowiek ma  wyczucie,  a gdy posługujesz się takim hakiem to fajnie  ani bezpiecznie  nie jest.Czwartego dnia zdejmiemy szwy i skleimy brzegi plastrami i tego  dnia  pani grzecznie poleży. Będą wymieniane co dwa dni aż do chwili dobrego  zrostu. 

Kup jutro dla żony sucharki do śniadania, są w bufecie. I są znacznie  smaczniejsze od czerstwej  bułki paryskiej. No to ja uciekam. Do jutra, moi mili.Upojnej  nocy wam nie życzę, ale i tak lepsza  taka niż w oddaleniu.

Ósmego dnia po południu Ewa wróciła  do  domu. Miała jeszcze  dwa tygodnie  zwolnienia  lekarskiego. A w klinice  wrzało. Personel  pielęgniarski nie  mógł pojąć co takiego  ma  w sobie  żona Roberta, że on poza  nią  świata  nie widzi. Przez te kilka  dni  pobytu  zamiast  siedzieć  w domu on  siedział  z nią w pokoju szpitalnym. No a przecież ani piękna,  ani młodziutka a on spędzał  z nią każdą wolną  chwilę i opiekował się nią jakby  był pielęgniarzem a nie lekarzem. Gdy któraś nieopatrznie coś lapnęła na ten temat przy doktorze L. ten już  nie wytrzymał i wypalił - nie  wiecie co żona  R.G. ma takiego, co go przy  niej trzyma?  Jego żona ma to czego wam brakuje - jest bardzo inteligentna, taktowna i miła. Poza tym jest  architektem  bardzo  szanowanym  w  tym  środowisku. Nie  bardzo rozumiem  na jakiej podstawie  wam się  wydaje, że każdy facet leci na urodę. A poza tym żona doktora R.G.  nie nadużywa  kosmetyków, nie farbuje włosów, ubiera się stosownie do okazji i nie chodzi w  biały  dzień do pracy wymadźgolona jakby szła   na  bal maskowy. Nim powskakujecie  w te  swoje  różowe kitle to wyglądacie  jakbyście  szły do  nocnego klubu na podryw a nie do pracy z  chorymi ludźmi, którym potrzebna jest  wasza  empatia a nie  wasze wymalowane oczy. Panie  z recepcji oddziałowych też wyglądają  jakby obsługiwały zupełnie inną niż  szpital instytucję. Naoglądałyście  się bzdetnych seriali i wydaje  się  wam, że tak wyglądają prawdziwe pielęgniarki, lekarze i pielęgniarze. Nie dotarło do  waszych małych łebków, że te wszystkie stroje, makijaże i historie są tylko po to, żeby  film  miał powodzenie? Bo prawdziwe życie  nie wygląda tak jak w serialu - ani tak atrakcyjnie   ani  seksownie.

Poza tym pracujecie tu  za godziwe  pieniądze, więc nim następnym razem otworzycie  usta  by obgadywać innych współpracowników pomyślcie o tym, że na miejsce   każdej z was chętnie przyjdą trzy inne.To nie są  dożywotnie  kontrakty.

 A że pan doktor L. miał dość  doniosły głos,  a mówił to  wszystko tuż obok pokoju lekarskiego wiadomo  było, że to wszystko słyszeli lekarze, którzy akurat mieli swą przerwę śniadaniową. Gdy wszedł do  niego powitały go  ciche  oklaski. 

A "bohater" całego   zamieszania pocił się  w tym czasie  na  sali operacyjnej składając w  całość połamaną w dwóch  miejscach  nogę rowerzysty potrąconego przez samochód, którego kierowca miał w  nosie użytkowników ścieżek rowerowych.

W pierwszy weekend po szpitalu Robert z Ewą pojechali do Zigi i Doroty. Dorota "zaskoczyła" i wolała by Ewa  do  nich przyjechała, bo wolała w razie  czego wymiotować we  własnym  domu niż u kogoś. A niestety  należała do tych, dla których te  pierwsze tygodnie  ciąży były makabryczne.   Ewa upiekła  w domu ciastka cynamonowe, bo pamiętała, że któraś z koleżanek twierdziła, że  zjedzenie  jednego z  samego rana  znosiło poranne  mdłości. Dorota  była wzruszona, ale nie przekonana. Obiecała, że następnego rana wypróbuje ten  sposób.  Zigi dał Ewie założenia do konkursowego  projektu, przekazał kilka  filmów z tamtych  okolic, wypili kawę (Dorota coś  ziołowego, czego  zapach omal Ewy nie przyprawił o torsje) i wrócili  do  domu. 

Ewa jeszcze  w stu  procentach  nie doszła  do  pełni sił, no ale nie  dziwiło to Roberta, bo jednak było to  bardzo poważne  zapalenie, a podane  antybiotyki bardzo silne. Robert po całym tygodniu pracy i dniach choroby Ewy też był zmęczony, więc  zamknęli  się przed  całym światem na  swoim pięterku. Czulili się do siebie, przysypiali i budzili, cały czas spleceni uściskiem. Ewa cały czas dziękowała Robertowi   za to, że był z nią  stale, przepraszała, że ma tyle  z nią kłopotu a on jej tłumaczył, że dla niego życie bez niej nie miałoby sensu.

Około siódmej  wieczorem  Ewa stwierdziła,  że....jest głodna! No to znaczy, że zdrowiejesz! Schodzimy na dół, wiem, że mamcia przygotowała na  dziś rosołek cielęcy i do niego jest cieniutki domowy makaron, który razem z Welą  zrobiły. To Wela umie robić makaron? -zdziwiła się Ewa. Wela zrobiła  ciasto na makaron, mamcia odkopała gdzieś w garnkach maszynkę do robienia makaronu a tata kręcił korbką gdy były w  niej płaty ciasta. Potem go ugotowały i teraz będziemy wszyscy jeść cielęcy rosół z domowym  makaronem. Dały rosołek tylko psu spróbować, mało miski nie  wciągnął. A na drugie są  naleśniki z mięsem i naleśniki z serem  i rodzynkami. I wszystkiego przygotowane jak na pułk wojska. Robert pierwszy  schodził po schodach, żeby Ewa się  czasem nie potknęła. Na dole wszyscy  bardzo się ucieszyli, że Ewa jest głodna.

Ewa opowiedziała  wszystkim jak nadzwyczajnie  się Robert  nią opiekował  a przecież w ciągu dnia normalnie pracował a zamiast odpocząć  każdą  wolną  chwilę   jej  poświęcał. Ewuś, tłumaczył jej  Robert- przecież to  chyba  normalne -gdy się kogoś  kocha, to się o  niego dba stosownie  do chwili- najważniejsze było, byś nie  dostała  zapalenia otrzewnej. Ty Ewuś  dbasz o mnie nawet gdy jestem  w pełnym  zdrowiu, pilnujesz stale  bym się odpowiednio odżywiał, starasz  się odsuwać ode  mnie jak  najdalej troski  dnia  codziennego, na każdym kroku ułatwiasz mi życie. I, co chyba  dla  każdego normalnego  człowieka jest ogromnie  ważne- mogę ci  się zwierzyć ze  wszystkich  moich trosk, a nie da się ukryć, że tych  zawodowych jest  najwięcej.  I wiem, że zawsze  mogę ci powiedzieć czego się boję    przed którąś z czekających  mnie operacji i mogę opowiedzieć potem czego się bałem. Doktor L. w pełni  mnie  rozumie, bo jego  żona też jest dla niego  wsparciem, tak jak ty dla mnie. A poza tym - jesteś prawdziwą matką dla Pawła - stworzyłaś dom dla nas obu. Powiedz mi więc jak mógłbym nie poświęcać ci każdej  minuty  swego czasu? Wszczepiłaś  nas do  swojej rodziny, dzięki tobie obaj  z  Pawłem zaleczyliśmy swoje rany, które powstały  kiedyś  z mojej głupoty i  nieodpowiedzialności. I ty i twoi rodzice stworzyliście  dla nas obu bezpieczną przystań, więc najnormalniejsze w świecie jest to, że staram się ciebie i rodziców otoczyć swą troską. Nawet  nie masz pojęcia jak wzruszyło mnie  to, że zadbałaś  nawet o to, żebym jednak  nosił zimą  czapkę gdy wysiądę z  samochodu. Nie wiem  skąd,  ale  wiedziałaś, że  wszystkie  mnie "gryzą" i  denerwują i wyczarowałaś dla mnie  i Pawła cudownie miękkie i  delikatne  czapki. To pewnie drobiazg dla kogoś, ale mnie to ogromnie  wzruszyło, że tak o mnie i o niego dbasz. Więc  powiedz  mi, jak mógłbym nie  zadbać o ciebie  w szpitalu gdy zdawałem sobie  sprawę z tego co ci  grozi.


                                                                  c.d.n.


piątek, 18 marca 2022

Ryzykantka -52

Z  żalem  wracali do Warszawy. To był naprawdę miły,  bardzo udany  pobyt. Przed wyjazdem Robert zapytał się pana Kukeczki, czy będzie  można u niego zatrzymać  się z psem- oczywiście pies będzie   miał psi paszport i świadectwo  zdrowia. Pan  Kukeczka  nie widział problemu. Orientacyjnie umówili  się na koniec  czerwca,  z tym, że będą telefonować na początku czerwca.

Alina się śmiała, że najlepiej byłoby wysłać Klony na wakacje  z Welą i Pawłem. Bo Klony  bez  zaplecza  mamy i taty są z reguły  grzeczniejsi. A Robert  stwierdził, że najlepsza do hodowli dzieci jest  Ewa, która  traktuje dzieci  tak, jakby były osobami dorosłymi. Zauważcie, że gdy jesteśmy u was to ani jeden z Klonów jej  nie  zagaduje. Ostatnio w lecie, gdy się któryś  wiercił przy stole to Ewa się  tylko na niego spojrzała i zaraz  przestał się wiercić. A przecież ona   na nich  nie krzyczy nigdy. Ona  tylko czasami zapyta  się dlaczego np. dłubie  w nosie a gdy  delikwent  milczy to mówi- jeśli coś ci w tym nosie przeszkadza to odejdź od  stołu, znajdź chusteczkę i wydmuchaj  nos a nie dłub w nim, bo ci krew poleci. I mówi to takim strasznie  obojętnym tonem, że dzieciak  głupieje. A jak któryś się  darł to go  zapytała tylko czy coś go boli. Mały  przecząco pokręcił  głową więc powiedziała - no to po co krzyczysz? I teraz  oba Klony obchodzą ją z daleka, no bo  znowu o coś  zapyta i  okaże się, że  nadawane przez  nich sygnały są nic  nie  warte. Ewa się śmiała - no bo na mnie  nigdy  nie krzyczano tylko jeżeli coś  zrobiłam "nie tak" to  musiałam  powiedzieć  dlaczego tak zrobiłam. To było okropne, bo najczęściej  wcale  nie wiedziałam po co coś zrobiłam, a robiłam chyba  głównie   z ciekawości. W pewnym okresie poniszczyłam  niemal wszystkie  lalki, bo musiałam  zajrzeć im co mają w brzuchu. Bo z książek medycznych i opowieści dorosłych wiedziałam, że w brzuchu są jelita. Niestety owych jelit  nie  znalazłam. Część  miała trociny a część pustkę, bo były z celuloidu lub innej  masy plastycznej. I potem słyszałam - to następnym razem wpierw  pomyśl, a jeśli  nie wiesz czy możesz tak  zrobić to się  zapytaj. Nawet klapsa  nigdy  nie  zarobiłam.

Droga powrotna do Warszawy minęła  sprawnie, bez  żadnych  problemów. Alina  coś przebąkiwała,  że zaraz przesiądą się do  swojego  samochodu i  pojadą  do swojego  domu, ale Ewa  stwierdziła, że to  nie jest  dobry  pomysł. Przenocujecie i  pojedziecie  rano do domu, wtedy  będziecie mogli się  na nowo zorganizować   nim  zabierzecie dzieci od  brata Franka. Zrobicie  rano  po drodze  zakupy i 3/4  drogi  będziecie jechać pod prąd,   a teraz to będziecie  mieć korki.  Oboje się  zgodzili, że Ewa  ma  rację.

Radośnie i głośno było tego  wieczoru. Psiątko  hasało po kojcu już  całkiem  składnie i Alina z Frankiem  orzekli, że jest prześlicznym psiakiem. Zaraz  po kolacji, odbyła się  "rewia  mody", a Paweł stwierdził, że  ta   owca co ma  być przy łóżku  i  na  fotelach to genialny  pomysł. Wela  już znała termin  obrony- był to sam początek lutego. Babcia i  dziadek byli  zadowoleni  ze swych kamizelek i bardzo im  się  podobały kurteczki Ewy i Roberta. Poza  tym twierdzili, że się już ogromnie  stęsknili za Ewą  i Robertem.

Ewa wysłała do Zigi sms - uważaj, już wróciłam, jutro pewnie   będę w pracy. Jak chcesz to zrób sobie  dzień aklimatyzacji - otrzymała  w odpowiedzi. Zastanowię  się - jeżeli  nie  dotrę  do 10,00 to znaczy, że  się aklimatyzuję. Gdy skończyła pisać Robert  stwierdził - no jasne, że się  aklimatyzujesz, bo jeszcze  jutro  nie idę  do pracy. Wyprawimy Alinę i Franka, zalegniemy trochę w sypialni, potem  zrobimy  zakupy i przystosujemy  nasze organizmy do Warszawy. Aklimatyzacja  to bardzo  ważna sprawa.

Alina i Franek cichutko wyciekli o 7,00 rano, nie jedząc śniadania. Ewa z pomocą Franka poprzestawiała  samochody wcisnęła im po kubku  z gorącą kawą, wycałowała się  z nimi i odjechali, a ona poszła  się aklimatyzować. Nic tak  skutecznie  nie budziło Roberta rano jak nieobecność Ewy  w łóżku. Szybko ją wyłuskał  z dresu i utulił mrucząc - stęskniony jestem, tak dawno cię nie  tuliłem. Biedaku, tak długo tu  sam leżałeś, chyba  całe 25  minut. No właśnie, właśnie- mruczał Robert. Strasznie  długo tu sam leżałem.Aklimatyzowali się do południa, potem razem robili śniadanie przy którym słuchali opowieści  babci i  dziadka co tu się  działo gdy ich  nie było. Dziadek zachwycał się swoją nową czapką, że taka praktyczna, bo wreszcie  nie  wieje  mu w uszy i że szalik taki mięciutki. Poza tym dowiedzieli się, że Paweł też jest  zadowolony ze  swojej czapki, co cienka ale bardzo ciepła i-to najważniejsze- Weli się podoba. Phi - nic  dziwnego- stwierdził Robert - też mam taką, ale w innym  kolorze-faktycznie jest  mięciutka i miła dla skóry.

Ewa i Robert opowiadali o swym pobycie  w tym hotelu, pozdrowili   rodziców od pana Kukeczki i bardzo ucieszyli  ich wiadomością, że nie będzie  problemu gdy pojadą tam  z psem. Ewa już kombinowała, by tam spędzić Wielkanoc, biorąc raptem  4 dni urlopu.

Następnego  dnia i Ewa i  Robert już  pojechali do pracy. Przy  śniadaniu Robert narzekał, że skończył się  dobry czas, gdy  mogli być  cały  dzień  razem.

Zigi był wyraźnie ucieszony, że Ewa  już  wróciła. Wypytywał się o ten pobyt, co było wręcz  kuriozalne- na ogół to  dotychczas zadawał jedno  pytanie  w rodzaju: " no i co,  zadowolona  jesteś?" ,  a teraz drążył temat. Ewa  pomyślała, że może Dorota  kazała  mu się  wypytać, więc opowiedziała o tym pobycie dość  szczegółowo.  Zigi  stwierdził, że tę rozbabraną  pracę  Karola to on sam kończy i Ewa  pomyślała- "on  chyba  jest  chory, a  może tu jeszcze się coś  wydarzyło", ale  z opowieści  Zigi wynikało, że nic  nietypowego  ani  złego  nie  wydarzyło się.

A u lekarza na badaniach byłeś? Byłem. No i co? no chyba  jest  nieźle, bo  nie mam żadnych chorób genetycznych, mam tylko na  razie  brać B Complex, żeby sobie nieco  zregenerować  system nerwowy i kwas foliowy mam brać. No i mogę spróbować zrobić  dziecko,  ale od razu mi powiedział , że to może potrwać, ciąża najczęściej wychodzi "od  ręki" tym, którzy jej wcale  sobie  nie życzą.  Bo  los złośliwy jest. 

A Dorota? Dorota  zaczyna  się  zastanawiać, czy na pewno chce  mieć  dziecko. No to dobrze - stwierdziła Ewa- może dzięki temu szybciej  "zaskoczy". 

A co masz na myśli mówiąc  "zaskoczy"? Nooo, prędzej  zajdzie. A mówi się  "zaskoczy" bo  bardzo  dużo kobiet czuje  się "zaskoczonych" ciążą- zupełnie tak  jakby połączenie  się  komórki żeńskiej i męskiej w  całość było czymś  zupełnie  niespotykanym ewentualnie przypadkiem występującym  raz na 10 miliardów.

Zigi, weź Dorotę i jedźcie do Słowacji - jedźcie teraz. Mogę ci dać  dwa  namiary - na ten prywatny i na ten w hotelu. Oba  miejsca  pierwszorzędne. Hotel  droższy i  ma więcej  pokus. Basen i rehabilitacja, wieczorki taneczne. Na tej  prywatnej kwaterze masz w  cenie pokoju śniadania, resztę  realizujesz we  własnym  zakresie. Fajna, prywatna  knajpka jest 5 minut  drogi od  domu  samochodem. Tereny dookoła są dobre na  biegówki, o zjazdówkach to ci tylko  powiem, że napaleńcy jeżdżą na Chopok i tam jest 12 tras o różnym  stopniu trudności. Rano tam wchodzisz na pierwszy  wyciąg i  wieczorem odczepiasz się od ostatniego. Ale tobie już chyba  wrażeń zjazdowych  nie potrzeba. Spacerować też jest gdzie, a jeśli ci  brak ludzi to jedziesz do Smokowca lub Tatrzańskiej  Łomnicy i masz ludzi. My już planujemy wyjazd na lato - całą rodziną, łącznie  z psem. Pomieścimy  się  bez problemu całą  rodziną w jednej willi.Dziadkowie na parterze, my na pierwszym  piętrze, młodzi na  drugim.  Wiadomo, że rodzice już  nie wszędzie  się  z nami wybiorą, ale  mają ogród przy  domu. Psa na  smyczy i w kagańcu można brać ze sobą  niemal  wszędzie. W drugiej  willi może będzie siostra Roberta   z Klonami i bratowa jej męża  ze swoimi chłopcami. Słowacy naprawdę świetnie  wykorzystują  Fundusze Europejskie, robią istny raj  turystyczny. No ale do lata jeszcze  daleko.

A co tutaj? Są jakieś nowe inwestycje? Są, jest  trochę pracy. Na ciebie  osobiście też czeka  kilka osób. Jak  zwykle  listy życzeń z gatunku mało możliwych  do spełnienia. Tu masz listę  chętnych  na randkę  z tobą. Zigi,  a co oznacza ta literka "f" przy   nazwisku?  

Oznacza, że klient ma lekkiego  fioła, bo jedne życzenia  wykluczają  drugie. Wiesz- tacy  z gatunku- wszystko  musi by ugotowane, nie surowe, ale ja  sobie  nie życzę w domu ani gazu ani indukcji ani ogniska. A kupnych ugotowanych też  sobie  nie życzę. Jak z takimi  rozmawiam to  mam ochotę po trzech  minutach  rozmowy  pokazać im gdzie  są drzwi i jeszcze  pomóc im  szybko w  nie  wejść.

Ewa roześmiała się- a  zastanowiłeś  się kiedyś nad  tym, jakie  ty masz wymagania wobec innych? To ty mi kiedyś  tłumaczyłeś jaka powinna być dziewczyna dla ciebie. W końcu  ożeniłeś z kobietą, która niemal w niczym  nie  spełnia tamtych kryteriów poza wyjątkową  cierpliwością wobec ciebie. No a co miałem zrobić, skoro ty już byłaś  zajęta? Wpierw miałaś koło siebie tę zgagę, Julka,  a potem zakochałaś  się na śmierć w Robercie!- śmiał się  Zigi. 

Ewuś, weźmy we dwójkę udział w konkursie na ośrodek wypoczynkowy w pewnej włoskiej  dziurze- dostałem taką propozycję od znajomego Włocha. To kawałek terenu nad jeziorem Garda. 

Nad Gardą?- zdziwiła się Ewa. Przecież tam  wszystko już  zabudowane na gęsto! Szpilki  nie ma gdzie  wetknąć!- byłam tam  kiedyś i widziałam na własne oczy. Poza tym żeby coś gdzieś  zaprojektować, to jednak  zdrowiej jest to miejsce  zobaczyć na  własne oczy  a nie tylko przeczytać  założenia. Trzeba trochę  zdjęć porobić, albo film  nakręcić, pokręcić się  po tym terenie. Wydaje  mi się, że brzegi Gardy są  zabudowane  "na duś". 

Zigi  spojrzał w notatki- to północny koniec  jeziora, prowincja Trydent - Górna Adyga, w okolicach Arco Riva del Garda. Mielibyśmy  rok  na złożenie projektu.  Oczywiście masz rację - trzeba to na własne oczy zobaczyć,  czy w ogóle  warto sobie  tym głowę  zawracać. Ewa szybko wyszukała  mapę tych okolic. Zobacz Zigi - wąsko tu, góry schodzą do jeziora. A na zboczach budowa  zawsze jest droższa no i trzeba od groma  dróg porobić. Trzeba  sprawdzić dokładnie w którym to miejscu, jak  z kanalizacją itp.  Albo pojedź tam z Dorotą, to będziesz  w międzyczasie  dzieci  robił. Zigi śmiał  się-  z ciebie to  bardzo  praktyczna  kobieta jest.  To nie praktyczność przeze mnie przemawia, tylko doświadczenie   życiowe. Jeśli pojechałbyś bez  niej, to obejrzałbyś  wszystko po łebkach i  wrócił stamtąd po 3 dniach. A ja chcę byś dobrze obejrzał  okolicę, kochany króliczku. Króliczku??? -zdziwił się Zigi- co ty taka czuła dla mnie  jesteś? Nie  czuła, tylko jesteś chutliwy niczym królik, albo pewien  chirurg - zaśmiała  się Ewa.

                                                                 c.d.n.



czwartek, 17 marca 2022

Ryzykantka - 51

W dwa  dni po "przypadku  Karola" rano, zaraz  po przyjściu  do pracy  Zigi powiedział do Ewy - jeśli masz  w ogrodzie  chwasty to co  robisz? Ja? ja nic nie  robię w ogrodzie, wszystko robią w  nim  rodzice. Ja co  najwyżej bywam  tam poleżeć  w cieniu na leżaku. A i to  rzadko, bo zawsze  mnie  podgląda  matka Julka albo  mnie komary  żrą. Ale  wiem, że tata często wykopuje  jakieś chwasty i potem je  wyrzuca w  worku  na  śmietnik. A co, działkę  kupujecie? Nieee, tylko Karol przeżył. I tak  sobie  go  z chwastem  skojarzyłem- on ma żywotność chwastu. Gdy wróci to go zwalniamy -  zgadzasz  się? Ewa popatrzyła   na   niego  niemal z  zainteresowaniem - no ciekawa jestem  czy to naprawdę  zrobisz, skoro to jakiś pociotek  Doroty. Przecież on od  samego początku nie nadawał się  do pracy,  a ty mi tłumaczyłeś, że się facet "wyrobi", a ja  ci tłumaczyłam, że tylko klamka  w toalecie  publicznej się  wyrobi od używania, ale  nie  alkoholik.  No pewnie, że trzeba go zwolnić. A długo będzie  w szpitalu? Na razie  wylądował w psychiatryku, tam jest jakiś  oddział dla uzależnionych.  Jego żona podobno składa papiery rozwodowe. To oznacza, że przejrzała  na oczy- stwierdziła  Ewa. A wcześniej  to nie  wiedziała, że  facet jest  alkoholikiem? 

Wiesz  Zigi- ja  coraz  mniej  rozumiem  ludzi,  a wydawałoby się, że skoro co roku jestem  starsza to bardziej  powinnam ich  rozumieć. Pewnie  już głupieję,  ze starości. Przecież  alkoholikiem  nikt  nie staje  się w ciągu jednego  dnia, to proces, który trwa i narasta. O ile jestem  w stanie  zrozumieć, że sam  zainteresowany może sobie  długo  nie zdawać z tego faktu  sprawy to jego otoczenie jednak to widzi i  rejestruje, więc  dlaczego nikt nic  nie robi? Nie  rozumiem tych  kobiet, co latami się  łudzą,  że "on się  z tego  wyleczy".  A wydawałoby się, że kobieta   kobiety  rozumie -  zaśmiał  się  Zigi. Widocznie  nie jestem w stu  procentach  kobietą - stwierdziła  Ewa. No tak, a pozory  mylą - jak często  sama  mówisz - śmiał  się  Zigi.

Zigi podniósł się  z krzesła -idę do chłopaków, zobaczę co ten artysta   ma w biurku. W kwadrans później wrócił do pokoju z reklamówką pełną  różnych  leków, resztek kruchych  ciastek, opakowań dropsów, serków  topionych, kulek  z papieru. W drugiej  ręce  miał kilka złożonych planów, w tym jeden,  którego od dawna  szukał. Wpierw  zatelefonował do Doroty i prosił by się  dowiedziała , w którym szpitalu psychiatrycznym leży  Karol, bo chce  te  wszystkie  znalezione leki dać tym, co go  mają leczyć. Niech wiedzą czym  się pasł, może to być dla   nich jakaś informacja o pacjencie. 

Potem oboje  z Ewą zastanawiali  się komu dorzucić to  co rozbabrał Karol. Doszli też do genialnego  wniosku, że tak  naprawdę to mogą zmniejszyć  ilość personelu i korzystać z projektów, które  już opracowali, wprowadzając tylko  niewielkie  zmiany. Dzięki temu  będą mogli  częściej  brać udział w  różnych konkursach, zwłaszcza tych  zagranicznych.

Wreszcie  nadszedł dzień przyjazdu Aliny i  Franka. Przyjechali wczesnym  popołudniem. Obydwoje  byli w  świetnych  humorach. Alina stwierdziła, że i jej  brat i  bratanek wyglądają na  bardzo  szczęśliwych. Robert tego  dnia wrócił z pracy  dość późno, bo  musiał "odwalić  nieco roboty  papierkowej", której  bardzo  nie lubił. 

Babcia  i dziadek byli szczęśliwi, że Ewa i Robert nie  jadą sami "w te góry, bo  zawsze jednak  bezpieczniej w 4 osoby  niż  w dwie", co Ewa  skwitowała  zdaniem - "no jasne, jeśli porwałaby  nas  lawina to moglibyśmy wtedy grać pod  śniegiem w brydża a nie  tylko w "Czarnego Piotrusia". 

Nowy domownik ogromnie  się Alinie  spodobał, zwłaszcza, że coraz   bardziej przypominał psa i nawet wydawał z siebie  dźwięk  - coś pomiędzy  szczekaniem a kaszlem. A jego entuzjazm do lizania  wszystkiego był wręcz powalający. Bardzo się  "Frankom" podobał dom i jego rozplanowanie wewnątrz. 

Wieczorem doszli zgodnie  do  wniosku, że  pojadą jednak  wszyscy razem jednym  samochodem, bo bagażnik  samochodu Roberta mógł swobodnie pomieścić znacznie więcej  bagażu  niż oni  mieli, zwłaszcza, że  wszystkie "objętościowe" ubrania  jak swetry Ewa zapakowała do worka  próżniowego i wzięła jeszcze   ze sobą  trzy  worki puste- na te "futra" które  być  może nabędą. 

Robert promieniał, co chwilę obejmował raz Ewę, raz Alinę, a Ewa była  szczęśliwa, że Robert jest wyraźnie zadowolony,  z tego wspólnego wyjazdu.Dziadek żałował, że ogród jest pod śnieżną paciają i jego "japoński ogródek" nie prezentuje  się najpiękniej. Ale i tak szklany wodospad bardzo się  gościom podobał. Opowieść o jakimś zboczeńcu, który podrzucał zwierzakom   zatrute lub pełne pinezek "przekąski" oburzył Alinę i  Franka do żywego. Ja to bym takiego głaskała  ostrzem żyletki i  potem  soliła- stwierdziła. Bo "zwykłe" zabicie takiego drania  to  za łagodny byłby  wyrok.

Dwudziestego drugiego grudnia  wyruszyli w  drogę gdy jeszcze  było ciemno- jeszcze  przed  szóstą rano. Było ciemno, zimno, ale  sucho - i ten  fakt  był najważniejszy. Śniadanie mieli  ze sobą i dwa termosy pełne  mocnej  kawy. W południe "wylądowali" w Nowym  Targu. Po drodze zatrzymali się tylko  na króciutko na jednym z parkingów. 

Motel tuż pod  Nowym  Targiem był nowiutki, ładnie  urządzony.  Część zakupów udało im  się  zrobić tego  samego  dnia. Ewa kupiła  dla rodziców futrzane kamizelki, dla siebie i Roberta krótkie kożuszki długości do połowy uda, dla Weli i Pawła futrzane pokrycia  na fotele i futrzany dywanik na podłogę  koło  łóżka. Zastanawiała  się nad kurteczką dla Weli, ale Alina  stwierdziła, że te  kurteczki to jednak  trzeba mierzyć. Bo jak  stwierdziła,  część z nich to jest  szyta "na oko" i niewiele  ma  wspólnego z rozmiarem  na metce. A Ewa stwierdziła, że  wpierw  zapyta  się  Weli  czy chce taką kurteczkę.

 Z butami nadal  był kłopot, ale  następny  dzień  był dniem targowym i panie   z obsługi motelu twierdziły, że "filcaki" powinny być na targu. A poza tym ich  zdaniem można tu było kupić importowane  buty  "na po nartach", których  cena  była  całkiem  strawna a jakość  dobra. Były miękkie, lekkie i ciepłe.  Wytłumaczyły, gdzie  je można zaleźć i......w godzinę później  cała czwórka była wyposażona w buty na po nartach, które tu  miały  nazwę ..."śniegowce". 

Kurtki w których przyjechali  powędrowały do worków próżniowych  wraz ze "śniegowcami", a Ewa i Robert  następnego  dnia  rano wyruszyli w drogę do Słowacji w rozpiętych futrzanych  kurteczkach.  Pogoda była  przyzwoita a ruch jeszcze całkiem umiarkowany, bo wcześnie  się   zebrali. Ewa i Robert  czuli  się na Słowacji "jak u siebie". Robert był tu też kiedyś zimą  z  kolegą, bo  mieli tu jakiś  spęd chirurgów, jak to określił Robert. 

Bardzo  się obu parom  podobał apartament - pokoje były duże no i do tego ten  wspólny salon. Dowiedzieli  się, że  za  niewielką dopłatą mogą dostawać posiłki do salonu, ale Ewa  stwierdziła, że to już drobna  przesada. Tym bardziej, że śniadania  były serwowane do godziny dziesiątej. Ewa i Robert od  razu zapisali się na  zabiegi rehabilitacyjne a Alina i Franek postanowili korzystać codziennie  z basenu. Oczywiście  dopiero teraz "Franki" dowiedzieli  się, że ten  pobyt to prezent pod  choinkę. Ewa "puściła" wiadomość do Pawła, że już są na  miejscu i że podróż była naprawdę udana. I kazała by dowiedział się od  Weli, czy chce kurteczkę z "baranka  lub  owieczki", to   w drodze powrotnej kupią.

Ewa zatelefonowała do Zigi, powiedziała, że dojechali  szczęśliwie i dowiedziała  się, że sprawę Karola mają  z głowy - jego serce jednak odmówiło posłuszeństwa i tej  nocy odszedł w  zaświaty. Zigi był tym nieco  wstrząśnięty, bo Karol był od  niego młodszy. No cóż- stwierdziła Ewa - ale ty już o siebie  dbasz, a on tego nie robił. No i ty  nie pijesz- przez grzeczność nie  dodała słów "już teraz". 

Cała czwórka wykorzystała ten  pobyt by jak najwięcej  wypoczywać na świeżym  powietrzu i śniegowce" bardzo  się przydały bo tu jednak był cały  czas  śnieg. Odwiedzili i  pokazali Frankom  niemal wszystkie  miejsca, w których  byli latem, podreptali nawet nad Szczyrbskie  Jezioro, przejechali się Elektriczką, pojechali do Bielańskich Jaskiń,  pokazali gdzie  mieszkali latem i odwiedzili pana  Kukeczkę. Spacerowali po  Tatrzańskiej  Łomnicy i Starym Smokowcu, wjechali na  Hrebienok. 

Na  dancingu byli tylko raz i to  z okazji Sylwestra i wreszcie Robert mógł w pełni zaprezentować Ewie jak dobrze tańczy. W noworoczny poranek każde  z nich  znalazło "drobiazg" z tej  okazji - Alina złote  kolczyki z perełkami,  Ewa naszyjnik z koralowca, Franek i Robert - każdy załapał smartwatch, Franek czarnego, Robert srebrnego.

Alina stwierdziła, że dla  niej ten  pobyt był "na  wagę  złota" i już myśli o tym, jak to będzie  dobrze, gdy  Klony  zaczną wyjeżdżać same  na  wakacje. Gdy to powiedziała  Franek omal się  nie udusił ze śmiechu. Gdy  się uspokoił  powiedział - rozbawiła  mnie  twoja   naiwność - teraz  gdy  nie  mogą jeszcze jeździć  sami to cały czas im się  taki wyjazd bez rodziców, na obóz lub  kolonie  letnie  marzy, ale gdy raz pojadą, to potem nawet  kijem  trudno to towarzystwo  z domu wypędzić. I my  z bratem i nasi  koledzy po pierwszym  wyjeździe  na obóz stwierdziliśmy, że już lepiej mieć  mniej  atrakcji i ze starymi się gdzieś  w kurorcie  nudzić niż  nudzić się na  koloniach letnich lub - nie daj Boże - na obozie harcerskim, który przypominał  szkołę przetrwania. Było któreś z  was na obozie harcerskim? Albo na  koloniach letnich? Alina i  Robert przecząco pokręcili  głowami. Nie,  my zawsze jeździliśmy albo z mamą  na  jakieś wczasy albo do cioci do Gdańska. I albo bawiliśmy się  wtedy z dzieciakami na podwórku, które właściwie  było dzikim ogrodem  między  domami albo jeździliśmy  z ciocią lub  wujkiem do Jelitkowa. A kiedyś to całe  dwa  miesiące byliśmy u cioci przyjaciółki w Oliwie i tam był bardzo duży ogród i ciocia z nami jeździła do Gdyni . 

No to  nie macie bladego  pojęcia o  obozie  harcerskim. Spaliśmy w dużych  namiotach na pryczach,  myliśmy  się  w lodowatej  wodzie  w takim korycie jak do pojenia  koni,obieraliśmy kartofle i codziennie  nas  ganiano na jagody, ale tylko raz je  jedliśmy. Wróciliśmy  tak  brudni, że każdy z nas musiał się  dwa razy wykąpać zaraz  po  powrocie.

No ale  może teraz jest  lepiej - stwierdziła Ewa.  Nie bądź naiwna - moja  koleżanka  w ubiegłym roku wysłała  swoją na kolonie  letnie-   dziewczę wróciło zawszone, brudne i  z  zapaleniem pęcherza  moczowego. Większość tych kolonii jest do  niczego, a tak zwane i  modne ostatnio "obozy przetrwania" przypominają kolonię karną  dla więźniów.  Ja naszych  dzieci nie wyślę na żadne  kolonie. Wiem, że oni są męczący bo  dziesięciolatki to już nie  maleństwa ale i nie nastolatki , trzeba  wysilić mózgownicę  co im zaproponować. W tym  roku to chciałbym ich  wziąć w góry - w tym  wieku  już można z nimi robić piesze wycieczki . I może faktycznie byśmy tu  z nimi przyjechali - pogadam  z bratem, coś   jego i naszym zorganizujemy. Tu jest więcej  atrakcji niż po polskiej  stronie i lepsza  infrastruktura.

To racja-  zdecydowanie  tu jest  lepsza infrastruktura. A ta ich "elektriczka" to genialny  wynalazek. Ciągle nie  mogę  zrozumieć  dlaczego nie ma takiego udogodnienia  do Kuźnic- dodała  Ewa.

                                                                           c.d.n


środa, 16 marca 2022

Ryzykantka-50

Kilka dni przed wyjazdem zatelefonował do Ewy weterynarz - powiedział, by  przypadkiem  nie  wypuszczali psiaka nawet do  ogrodu, bo grasuje  na  kilku osiedlach na Dolnym Mokotowie jakiś zboczeniec, który rozrzuca  wszędzie kawałki  wędlin nadziewane pinezkami lub trutką  na  szczury. Rozrzuca  nie  tylko na trawnikach i w altanach  śmietnikowych ale i  podrzuca  ludziom do ogrodów, więc  w ramach  ochrony  niech  wszyscy  domownicy natychmiast zmieniają obuwie i czyszczą starannie  podeszwy butów,  by czegoś  nie  przynieść do  domu. On i jego  koledzy są wykończeni, bo nie  wszystkie psy się  dało uratować, kilka kotów bezdomnych to już niestety zginęło w  strasznych  męczarniach. 

Ewa  natychmiast zarządziła, by każdy z domowników dzwonił do drzwi ( dwa  dzwonki) a osoba będąca w  domu ma obowiązek podać miskę na  zdjęte buty. A podeszwy butów  należy starannie oczyścić ochraniając  ręce  rękawiczkami  jednorazowymi. Dekorację  przedpokoju stanowiła teraz  duża  miska, pudełko z rękawiczkami jednorazowymi oraz koszyk ze szmatami do przemywania podeszew.Wszyscy byli wstrząśnięci, wszystkie  psy, które  dotychczas były wypuszczane do przydomowych ogrodów siedziały   w domach,  nie  mogąc pojąć za co są  ukarane odsiadką  w domu. 

Ewa dokupiła jeszcze  trochę  prezentów- przechodząc obok sklepu kapelusznika  zobaczyła uroczy  komplet , który postanowiła  kupić dla swego taty- była to czapka wełniana z daszkiem i nausznikami, które  można było opuszczać na uszy lub je  składać i z tej samej  wełny był szalik .Wełna  miała  delikatną  kratkę i całość bardzo się  Ewie  spodobała. Zatelefonowała  czym prędzej do  mamci, by podała jej obwód tatowej  głowy.Ten  komplet byłby dla taty za duży, ale był jeszcze materiał, więc kapelusznik miał dorobić  czapkę w odpowiednim  rozmiarze. Odbiór był następnego  dnia. 

Kupiła też dla  siebie ni to czapkę ni to  kapelusz,  w którym  bardzo  się spodobała nie  tylko sobie  ale i pani  sprzedawczyni, a skoro tak  dobrze jej szły  zakupy to rozejrzała się  za jakąś  czapką  dla Roberta - taką by była baaaardzo mięciutka i nie gryzła ale i żeby nie  wyglądała po dwóch  dniach jak wydarta psu  z gardła. Były dwie,  a ponieważ nie  mogła się  zdecydować którą  wziąć- wzięła obie- dla ojca i  syna. I te  dwie  czapki były piekielnie   drogie, ale wiadomo - dla Roberta Ewa nie  żałowała  pieniędzy. W domu zdecydowała, że cieniowana brązowa będzie  dla Pawła,  a ta trójkolorowa z  dwoma odcieniami niebieskiego i przechodząca w indygo będzie dla Roberta.

Zigi miał te  święta spędzić z Dorotą w jej rodzinie - nieomal w  Warszawie bo w Milanówku. Nie ukrywał, że ma tremę, ale Dorota  mu powiedziała, że to oni  powinni  mieć tremę  a nie on. On jest architektem, ma własną  dobrze  prosperującą  firmę, a tamci to "gryzipiórki". Poza tym  powinien  się przejmować tylko tym co ona o  nim  myśli  a nie  jej  rodzina. To ona  z nim jest,  a nie oni. Ewa stwierdziła, że Dorota  ma  rację i gdy usiadła do deski Zigi powiedział- to nie  wszystko. Mam problem. Ewa wzruszyła  ramionami- no ale to ty masz problem, który  zapewne  dotyczy ciebie a nie  mnie  lub  firmy, więc  moje zdanie  w tym temacie nie ma   tak naprawdę  znaczenia.  Chcesz to z  siebie  zrzucić? No to wal, słucham.

Ewa, popatrz  na mnie i powiedz  co widzisz? No jakby ci to powiedzieć? widzę podstarzałego swego kumpla, który niechybnie  ma  zniszczone  zdrowie i brak włosów na  głowie. Poza tym znam cię od  tylu lat, że patrzę na ciebie poprzez to wszystko co razem zrobiliśmy i cieszę  się, że  razem tyle lat pracowaliśmy i nadal  jakoś to ciągniemy. Czasami mam co prawda ochotę cię  zabić, ale  najdalej po piętnastu minutach  mi  mija. Inaczej to byś już nie żył od wielu lat. O co chodzi? Chcesz  zamknąć  firmę? 

Nie, nie idzie o  firmę. Dorota  chce byśmy  mieli  dziecko i to teraz  zaraz. Ona ma 35 lat, ja czterdzieści trzy i ona twierdzi, że marzy o naszym  dziecku. A co, zaszła i nie chce usunąć? Nie,  nie zaszła, ona wpierw  chce to ze mną uzgodnić. 

No bo to mądra dziewczynka,  dziecko powinno być  zaplanowane. I to właściwie  jest ostatni dzwonek- stwierdziła  Ewa. No ale  wytłumacz  mi co ja  mam do tego? To wasza  wewnętrzna  sprawa. 

Ewka, ale ja tylko z tobą  mogę o tym porozmawiać. No nie  przesadzaj Zigi,  z nią też  możesz a nawet powinieneś o tym porozmawiać. Nie  możesz waszej  wspólnej  sprawy  zwalać na  moje "widzimisię."Robert  mi któregoś dnia  powiedział, że tak  mnie  kocha, że mógłby  nawet zostać ojcem gdyby mi się zamarzyło dziecko. Ale jak wiesz, to mnie  już czterdziestka stuknęła, a  Robertowi pięćdziesiątka. Nie ciągnie  mnie chodzenie  w ciąży, poród, karmienie i tp. Bardzo  możliwe, że gdybym go spotkała wcześniej to może i bym wdepnęła  w macierzyństwo. Ale jest jak jest.

Nie  wiem czy  lubisz  dzieci, czy  nie. Ale jak widzę, to jakoś  większość organizmów je  toleruje. Może jedyne  co powinieneś zrobić to przebadać się porządnie czy jest sens powielać  cię, czy  nie nosisz jakiejś   choroby którą  mógłbyś  dziecku przekazać  w spadku. Przecież i tak większość obowiązków  spadnie  na Dorotę, bo jedno  z Was  musi zarabiać. Nie wiem jakim  cudem, ale większość osób jakoś znosi obecność  dzieci  w swoim życiu, zwłaszcza gdy je  zaplanuje. 

Ja teraz znoszę  w domu obecność szczeniaczka.  Jest po to,  by nieco złagodzić pragnienie mej  synowej o rozmnożeniu  się, bo ona  w lutym ma obronę magisterki. A syn Roberta  jeszcze  nie jest mentalnie  gotowy  na bycie  ojcem. Na razie  to wszystko zdaje  egzamin. My z Robertem i jego siostrą i szwagrem wyjeżdżamy na święta. Młodych  wrobiliśmy w czuwanie  nad moimi rodzicami i nad szczeniakiem i domem. A psiunio uroczy, czarny cocker spaniel. Niech trenują. Siostra Roberta  ma bliźniaki, typ  Klony. Mają już 10 lat i biedna jest  już umordowana po pachy. Wiesz, jeśli Dorota po odstawieniu tabletek odczeka  cierpliwe  z zajściem  ze trzy  cykle, to może  się jej klony  nie przydarzą. Siostra Roberta tego  nie  zrobiła no i ma  Klony.  Dlaczego mówisz  Klony? Bo to są  naprawdę  klony- to dzieci z jednej  komórki  jajowej, która  się  podzieliła. Jest  podejrzenie, że to efekt zbyt  wczesnej  ciąży po odstawieniu tabletek. Ale to jedna  z hipotez.

Zigi, ja  naprawdę  nie jestem  w stanie ci  pomóc w tej  sprawie, ja tylko  mogę  wysłuchać co masz do  powiedzenia  w tym temacie. Nie  wykluczam, że gdybym miała innego  męża niż ten  porąbany  Julek to może i  miałabym  dziecko. Tylko mi nie palnij, że gdybyśmy ty i ja itd itp.  Lubię  cię, zawsze  lubiłam i ceniłam, ale jak  sam  wiesz  chemii między  nami  nie było. A bez  chemii łóżkowe sprawy odpadają- oczywiście raz  czy dwa  może coś wyjść, ale żeby być  stale razem to  musi być  chemia.  Między tobą a  Dorotą ta  chemia  jest- co do tego  nie  ma wątpliwości. Na palcach  obu rąk  trudno  zliczyć ile  razy do siebie  wracaliście, choć awantury między  wami były ostre. Ale  długo  bez  siebie nie wytrzymywaliście. Między  Julkiem i mną też nie było  chemii ale tkwił przy  mnie bo mu było ze mną wygodnie - pieprzył się z innymi i gdyby  mi paskudztwa  nie przyniósł to pewnie byłby ze mną  do dziś, bo sex z nim był równie  podniecający  jak  mycie  zębów, więc nie  byłam tym  zainteresowana.

Przecież  Roberta  poznałam gdy już byłam po rozwodzie, nie był przyczyną  mojego rozwodu. I naprawdę - decyzja  co do powiększenia  rodziny musi być głównie  wasza i poparta badaniem twego i Doroty zdrowia.

No tak- trudno ci  nie przyznać racji. Jesteś kochana, że  zawsze jednak mnie  wysłuchasz. Dorota  wie, że zawsze  dzielę  się  z tobą swoimi wszystkimi wątpliwościami. I  już przestała  być  zazdrosna o ciebie. Do niej też  dotarło, że łączy nas   tylko przyjaźń, której  żadne  z nas  nie  nadwyrężyło. A do jakiego lekarza powinienem  się wybrać? Myślę, że do internisty, ale idź prywatnie. Oni  po prostu  mają więcej  czasu na pacjenta. I weź ze sobą wyniki badań, które  robiłeś przed  szpitalem. Może część  z nich jest nadal   aktualna.

A nie śmieszy cię to, że się Dorocie  zachciało dzieciaka? A dlaczego  miałoby  mnie to śmieszyć? Nie ma  w tym nic  śmiesznego  ani dziwnego. Może  bardziej dziwne jest  to, że ja  jakoś nigdy nie  chciałam  dziecka? Wiele osób to  dziwi. Bo podobno jestem bardzo  troskliwą i ciepłą osobą. A jestem taka, bo wyniosłam  to z domu. Mamcia  zawsze szalenie dbała o tatę i o mnie. Gotowała to co lubiliśmy, zawsze nas  rozpieszczała. Ja rozpieszczam Roberta i Pawła. 

O mnie też dbasz- zauważył Zigi, więc  jestem  w stanie  sobie  wyobrazić  jak  dbasz o Roberta. No ale on też  dba o  mnie - dbamy o siebie  wzajemnie. No a ty Zigi jesteś przecież  moim przyjacielem  - naprawdę łatwiej jest znaleźć kogoś  do łóżka niż  prawdziwego przyjaciela, któremu  można  wszystko powiedzieć i który tego nie  rozpaple i  nie wykorzysta. Z nikim kiedyś  nie  mogłam  tak szczerze porozmawiać o  sprawach  damsko męskich jak z tobą. To może powinniśmy założyć jakąś  poradnię w tej  dziedzinie- zaśmiał się Zigi. Ty mi też  wiele  w tej  materii pomogłaś. I też mam czasami  wrażenie, że jesteśmy,  a może kiedyś, w innej rzeczywistości  byliśmy rodzeństwem. 

Wierzysz w reinkarnację Zigi?  Nie wiem  czy wierzę, no ale przecież  wiadomo, że energia  nie  ginie. Popatrz- tyle  lat  cała masa ludzi to usiłuje  rozgryźć i jakoś się  nie udaje.  Nie  dziwi  mnie to, bo to wygląda tak, że gdy jedni  coś odkryją to inni zaraz  usiłują  to zdeprecjonować. Bo nagle tłumy przestały by chodzić  do kościoła, przestały  wierzyć w Boga, niezależnie od tego jakie  by  miał imię. A jeśli się  zastanowić to psychika  ludzka   jakoś  wciąż jest ta  sama, chociaż  zmieniają się warunki naszego istnienia,  zmieniają obyczaje i teoretycznie  jest  postęp  techniczny. Ale nadal nie jesteśmy w stanie  poznać czym jest Wszechświat. Ostatnio czytałem, że być może Wszechświat jest....mózgiem. Ciekawi  mnie  tylko czyim. No to jego właściciel musi być baaardzo duży - stwierdziła Ewa. 

Zigi, a nie wiesz  jak radzi  sobie księżniczka  Burgunda? Czy  my wyciągnęliśmy od jej męża  nieboszczyka wszystkie pieniądze? Zigi uśmiechnął się - oczywiście. Ona teraz usiłuje sprzedać ten teren w Kampinosie i podobno jest  skłonna sprzedawać  jako  pojedyncze  działki, a nie  jako  całość. I, zupełnie   nie  wiem czemu,  źle się o śp. mężu  wyraża. A to, że przez tyle  lat  miała jak u pana Boga  za piecem to nie  wspomina.  

A ty wiesz,  że my też  mamy kawałek  ziemi? Siostra  Roberta gdy  się budowali na peryferiach  Legionowa to namówiła  go na kupno   kawałka  ziemi, bo lepiej inwestować podobno w ziemię niż np. w złoto lub trzymać  gotówkę  w  banku. Ten teren to typowe  nieużytki, pod  lasem, atrakcji mniej niż zero. Zapewne  ładnie  wyglądałby na tle  lasu  domek , ale ja bym tam nawet minuty  nie  mieszkała.Co prawda  widziałabym  z tego domku dom siostry  Roberta, ale to wszystko "w kartoflach", to peryferie  Legionowa. To co oni tam robią - zdziwił się   Zigi. Szwagier Roberta jest po SGGW, ma spory ogród, drzewa owocowe i jakieś pole, ale  zabij mnie- nie  mam  pojęcia co on hoduje. A teraz  ten  "nasz kawałek ziemi" chce  kupić kolega Roberta i tak  się  zastanawiam po licho  mu ten kawałek nieużytku. Bo może mu to  sprzedać a kupić coś bliżej  miasta? I może lepiej gdzieś  na południe od  miasta  a nie  na północ. Legionowo  jako takie  ma połączenie  SKM z Warszawą ale  nie wiem czy rozbudowa  Legionowa  pójdzie  akurat  w tę  stronę. Znasz kogoś w Legionowie kto zna  plany rozbudowy Legionowa? Zapiszę  sobie,  a ty sprawdź  w papierach jaki to teren. Oglądałaś  je? Nie, nie  widziałam  ich  na oczy. No to sprawdź,  bo  może  warto jednak ten  "nieużytek" mieć. 

Będziemy teraz z jego siostrą  na wczasach, to może  czegoś się  dowiem. Wiem  tylko, że  siostra dba o Roberta niesamowicie. To ona  wyprawiła  nam  wesele i  zawsze Robertowi  matkowała a jest tylko dwa lata  od  niego starsza.  

W tym momencie  rozległo się  głośne  pukanie i do pokoju  wpadł jeden  z  pracowników - Karol  zemdlał,  wezwałem pogotowie.  Zigi zerwał się od  biurka i powiedział Ewie - zostań, zobaczę co się  dzieje i  zaczekam na karetkę. Ewa rzuciła  w  myśli przekleństwo -  Karol był jednym  z tych pracowników, których  Ewa najchętniej  by się  pozbyła- często  przychodził do pracy  skacowany i godzinami dochodził  za biurkiem  do stanu używalności.  Poza  tym Ewa podejrzewała, że  brał jakieś  zakazane środki, bo czasami był nadmiernie  pobudzony,  wpadał bez  powodu do ich  "nory" i gadał  nieco  nie  na temat. Już kilka  razy Ewa  mówiła do  Zigi, że Karol się  nijak w tej  pracy  nie  sprawdza,  ale Karol  był kolegą  Zigi  ze studiów i  Zigi przymykał oko na jego ekscesy. Ciekawe- pomyślała- skacowany czy  zaćpany? Kwadrans później  blady  jak ściana wrócił Zigi, był roztrzęsiony.

Głupi  skurwiel - powiedział półgłosem- skacowany i naćpany. Muszę go wylać  z pracy choć to kuzyn  Doroty. Powinienem  był go już  wcześniej  zwolnić,  miałaś  rację. Ciężko  westchnął i  zatelefonował  do Doroty- "kochanie, właśnie przed  chwilą pogotowie  zabrało Karola- był skacowany i  naćpany amfetaminą. Jeśli to przeżyje to będzie  zwolniony  z pracy,  a jeśli nie- to wybacz- ale niewielka  strata i dla  rodziny i dla  społeczeństwa. Wychodzę  normalnie. Zawiadom jego żonę.  Nie  wiem,  do którego szpitala go wzięli, dowie  się  na pogotowiu, wystarczy, że poda jego nazwisko.  Zabrali go żywego. Tyle  wiem.

Ewa zrobiła herbatę  z melisy i  podała mu- wypij, to melisa. Dałam podwójną  dawkę. Pójdę  do  chłopaków.  Jeśli masz ze sobą  fajki, to oddaj mi je. Nie pozwolę byś przez jakiegoś łachudrę wrócił  do palenia. Skąd wiesz, że  mam? Bo jestem   jasnowidzem głupolu. No dawaj. Wychodząc zamknęła go  w pokoju na klucz. Zaraz  po wyjściu  z pokoju wysłała  sms do Doroty. Zadzwoń do Zigi, zamknęłam go  w pokoju, żeby  nie polazł po papierosy. Te co miał przy  sobie  skonfiskowałam.

Gdy weszła do  pracowni powiedziała- jeśli któryś z was ma przy sobie  amfę to lepiej będzie jeśli mi ją odda, bo pewnie  za  chwilę  zjedzie tu policja. I uprzedzam  lojalnie- więcej tu Karola nie  spotkacie. Jeśli wyżyje to będzie  zwolniony a jeśli nie- pójdziecie  na jego  pogrzeb.Nikt tu  w was  nie orze, nie  musicie  ćpać by wydajniej  pracować.  Miłego  dnia  chłopcy. I wyszła z pracowni.

Wróciła do "nory", otworzyła  drzwi z klucza i powiedziała do Zigi: zamknęłam  cię, bo nie  chciałam byś poleciał do kiosku  po fajki. Wiem i rozumiem- rozmawiałem z Dorotą.  Powiedziała, że  zrobiłaby to samo. Ale już nie wychodź,  nie chcę być  sam, muszę się pozbierać, ale  mi łatwiej  z tobą. Strasznie  się zdenerwowałem,  wyglądał jak  trup.  Ewa popatrzyła  na  niego - ty też  jakoś niezbyt  zdrowo wyglądasz. Jesteś  samochodem? Nie,  dziś dałem  samochód Dorocie, bo jechała do  Powsina i przyjedzie  po mnie, razem  wrócimy  do domu. Zaczynamy  zupełnie  jak ty z Robertem. No i dobrze, tak trzymaj.

                                                           c.d.n.


Ryzykantka -49

Wieczorem  Ewa z  tatą szukali nart  i butów - bezskutecznie. A może masz je  córeczko w piwnicy  drugiego mieszkania- dociekała  mamcia. No to wtedy powinny tu być moje  narty i  buty -  zauważył trzeźwo tata. No tak- masz rację, nie  pomyślałam - stwierdziła  mamcia. Kochanie  moje, a  nie  kojarzysz  kiedy ostatni raz z  nich korzystałaś-  spytał Robert.  

Wieki wstecz i zaczynam  podejrzewać, że je  kiedyś oddaliśmy do Domu Dziecka - oddawałam  wtedy różne gry  planszowe,  kilka pudeł książek,     zabawki  i szachy i nie wykluczone, że i narty i buty oddaliśmy, bo  oddałam wtedy wszystkie  granatowe  spódnice, fartuszki  na  szelkach i białe bluzki. A babka, która  to  zabierała nie  mogła się nadziwić, że to  wszystko było takie jak nieużywane. Oni wtedy przyjechali  po te  wszystkie  rzeczy nyską. A ja  z tatą na nartach  byłam ostatni raz w klasie maturalnej, a to wszystko oddawałam  chyba na  drugim  roku. I te  wszystkie rzeczy "ubraniowe" wzięli razem z wieszakami zawieszonymi na takim  długim  stojaku, żeby się  nie pomięły, bo  szkoda. Miałam potem pojechać po ten  stojak,  ale  zapomniałam.

No i dobrze- stwierdził  Robert. Przynajmniej dzieciaki  miały radochę. No to co, kochani rodzice- jedziecie  z nami na Słowację? Jeżeli jedziecie  z nami to wyjedziemy wtedy  w pierwszy  dzień  świąt raniutko, a wrócimy 2  stycznia. A jeśli nie  jedziecie, to my wyjeżdżamy 23 rano i wracamy 2 stycznia.

Nie, my  nie  pojedziemy, nie lubię wyjeżdżać w okresie świąt. Zostaniemy z  Welą i  Pawełkiem - oświadczyła  mamcia. I z psem- dodała  Ewa. Tylko proszę pamiętać, by  nie dawać  mu słodyczy i  nie spoić winem. Wela - będziesz  miała kurs pieczenia  strucli makowej i ciasteczek cynamonowych- roześmiała  się radośnie  Ewa. I  kurs  robienia  karpia w galarecie. Nie lubię  karpia w galarecie- Ewa otrząsnęła  się  z obrzydzeniem. Ale i tak będziesz  miała sporo  czasu by się  przygotować dobrze   do obrony.

A teraz  już na  poważnie. To co  można  wcześniej kupić to  kupimy przed  wyjazdem. Resztę Paweł i Wela pod  kierunkiem  mamci. Jeśli będzie  ślisko, to pamiętajcie by babci i  dziadka  nie  wypuszczać na ulicę. I nie  wypuszczajcie  maluszka na śnieg i mokrą trawę. Tę  zimę spędzi w domu.

Wela - jeżeli  masz ochotę, to możesz zaprosić na  wigilię lub  pierwszy dzień świąt swoich rodziców- albo tych metrykalnych  albo  rzeczywistych- obojętne.  Nie mniej jestem  zdania,  że dla  twojej psychiki będzie  najzdrowsze, gdy na dłuższy moment odetniesz  się od tego. Spędzisz święta  z babcią i dziadkiem i własnym mężem i z psem. Bez  fałszu i  udawania  czegokolwiek. Przed  tobą obrona  pracy i temu powinny być podporządkowane  wszystkie  działania, twoje i nasze.

A wy pojedziecie  sami na tę Słowację?- spytała mamcia. Mamciu, nam samotność we dwoje w  niczym  nie przeszkadza. Tyle  tylko, że pewnie  w tym układzie weźmiemy  pokój w jakimś pensjonacie i może  niekoniecznie tam gdzie  już  byliśmy. Zobaczę co oferuje  Stary Smokowiec albo Tatrzańska  Łomnica.

Gdy  już byli w swojej  sypialni Ewa powiedziała- jeśli idzie  o mnie, to ja się  cieszę, że będziemy sami- mamy rodziców i  dzieci na  co dzień. Ale jeśli chcesz  mieć   jakieś  dodatkowe towarzystwo to możemy dokooptować Dorotę i Zigi, albo , tylko  nie wiem  na ile to realne - Alinę i  Franka. Alina  marzy o kilku dniach bez  Klonów.  Zastanawiam się  tylko, czy z uwagi na okres   zimowy  nie lepiej  wziąć  pokój w pensjonacie lub tzw. apartament, czyli dwa pokoje  z  własnym   salonem- w tej  sąsiedniej  miejscowości jest hotel z basenem i  rehabilitacją. Gdybyśmy jechali z Aliną i  Frankiem to uważam, że powinniśmy pokryć  my  całość- Alina  nam odstawiła piękne  wesele i obdarowała Pawła. Niech  sobie  dziewczyna choć trochę odpocznie. Jak ty, kochanie  moje, to  widzisz? Oczywiście  nie widzę powodu by  spowiadać się  z tego komukolwiek w  rodzinie. Jeżeli  to akceptujesz to zaraz napiszę do Aliny  maila z propozycją by sprzedała dziadkom Klony na  święta.

Robert objął Ewę - akceptuję  wszystko co ty wymyślisz. Świąt  z Aliną   nie  spędzałem od  wieków. To świetny  pomysł. Tylko napisz to tak, żeby  nie  mogła odmówić. Napiszę jej, by sprzedała Klony  dziadkom, bo  załatwiamy święta  dla nich i dla  nas, czyli  dwa pokoje  dwuosobowe.  Napiszę, że  szczegóły podamy później i że  będzie  to w Słowacji. I każę  szybko odpowiedzieć. W pół godziny później już obie  "wisiały na telefonach". Alina  była zaskoczona,  ale zdecydowana  sprzedać Klony rodzinie. Podobała  się  jej perspektywa wyjazdu i spędzenia  świąt poza  domem. Stwierdziła, że w takim razie pojadą ich samochodem, bo to większa bryka i nie trzeba  skąpić  sobie  miejsca na bagaż. Gdy Alina pytała o koszty, Ewa  stwierdziła, że jeszcze  nie  wie, ale na pewno  nie będzie  drogo, chociaż w euro. Robert też  się włączył do rozmowy i Ewa   obiecała, że gdy tylko wszystko  załatwi  zaraz da znać.  A wiadomość, że w domu jest  szczeniak niemal  powaliła Alinę. Robert się tłumaczył, że to  wszystko przez Welę, żeby  "gówniara"  skończyła  studia , bo ma to na wyciągnięcie  ręki a odstawia cyrki, bo się jej chce  dziecka.  

No gdyby tak  posiedziała  z Klonami tydzień to nawet  z tabletkami i prezerwatywami  nie  dopuściłaby do  siebie  chłopa- stwierdziła Alina. No ale ty chyba Franka dopuszczasz jednak-  stwierdził  Robert- bo  w przeciwnym  razie już byś  była  po rozwodzie. No ale on też nie chce  więcej dzieci, więc  się  dogadaliśmy. A jaki ten  wasz psiak?  Śliczny,  czarny cocker spaniel, dałem mu imię   Czaruś. Na razie  leje w pampersy, które  Ewa  robi z podpasek.  Ale jest  śmieszniutki, jeszcze  bardzo  malutki. No to  my przyjedziemy do was  dzień  wcześniej i  zobaczymy tę ślicznotę. Bardzo  dobrze, pośpicie  w naszym pokoju dziennym na sofie   z funkcją  spania, jak głosił napis. To wtedy będziemy  mogli wyjechać wcześnie rano z domu. Zjemy śniadanie i w drogę. Oj to super, już się  cieszę. Przyjedźcie do nas  w najbliższy weekend, dobrze? Nie wiem jak będzie  z dyżurami,  zdzwonimy się jeszcze.

Ewa patrząc się na rozradowanego Roberta  wiedziała, że wpadła na  bardzo dobry  pomysł. Gdy tylko Robert skończył rozmowę zaraz  napisała  maila z zapytaniem o  miejsca w tym czasie i napisała, że potrzebuje apartamentu na  dwie  pary. W pół godziny później nadeszła odpowiedź, że rezerwacja  przyjęta. Podano cenę, numer konta i datę, do której  należy przekazać  zaliczkę. Robert porwał Ewę na ręce twierdząc, że  za moment zje ją z radości. Kurczę, wyszłam  za mąż  za  kanibala- śmiała się  Ewa. 

Ale zamiast Ewę zjeść usiadł do  komputera i zaczęli  przeglądać sprzęt sportowy i odzież  sportową. I tu Ewa się załamała- nie  podejrzewała  nawet, że tak  bardzo zmieniła  się odzież  sportowa. Tak  naprawdę  dla  amatorów, którzy sobie poczłapią na  nartach    dla rozrywki - nie było nic. Narty  śladowe starego typu- zapomnij, że istniały. Narty  biegowe tylko dla tych, którzy uprawiają  narciarstwo biegowe  a nie człapią pomału i dla  zabawy. Ceny odzieży  - nawet Robertowi oko z lekka  zbielało.

W tym układzie   zgodnie  stwierdzili, że po prostu będą tylko i wyłącznie  spacerować i ewentualnie  wypożyczą  jakiś  sprzęt, bo wiadomo, że w wypożyczalni nie  będą to narty wyczynowe. Na jednej  ze stron Ewa znalazła  nawet  spodnie narciarskie, które były dla  niej  dobre rozmiarowo, ale były w  różowo-landrynkowym  kolorze, który powodował u niej wręcz odruch  wymiotny. No ale  byłabyś  dobrze   widoczna- stwierdził Robert. Aż  zadzwoniła do Aliny i powiedziała by zajrzała na tę  stronę. Alina , która  akurat usiłowała  zmusić  jednego z  Klonów do  porządnego umycia  uszu stwierdziła- dziewczyno, ja  jadę tam odetchnąć  od   bachorów a nie uprawiać  sport. Będę chodziła w tym co mam, na żadnych  nartach  nie  jeździłam i  nie będę  się uczyć jazdy  na  nich. Co najwyżej  mogę na  sankach  zjeżdżać. Kupimy sobie  bieliznę  termiczną  w sportowym  sklepie i będziemy w  zwykłych dżinsach, tylko  botki  na jakiejś grubej  podeszwie sobie  sprawię. A jak się  calutki rok  nie uprawia  żadnego  sportu to i sprzęt sportowy  nie jest  potrzebny, bo bez treningu  nic  się  nie  zrobi. Kankan w łóżku to za  mało. Zapytaj  się mojego wspaniałego  brata  kiedy ostatni raz jeździł na  nartach- pewnie nawet  nie pamięta. Na  moje oko to pewnie jeszcze na  studiach. No właśnie - stwierdziła Ewa- ale tak jakoś smutno gdy się wypada  z obiegu. Ewuniu - będzie  super- zobaczysz- zapewniła ją Alina. I weź Ewa  szpilki, bo na  dancing to jak  amen w pacierzu  pójdziemy!Wiesz, Robert  kiedyś dobrze tańczył. Tańczyłaś już  z nim? Nie- co najwyżej tango przytul mnie, ale w pościeli. A że wszystko było na głośniku, Franek pękał ze śmiechu. Na koniec Ewa  powiedziała, że pokoje już  zarezerwowane.  

Ewuś,  a ty lubisz tańczyć? - zaczął się  dopytywać Robert. To naprawdę  jakieś  niedopatrzenie, że jeszcze  razem nie tańczyliśmy. No to trzeba  będzie włączyć  jakąś muzykę i pokręcić się po pokoju. Ale chyba  nie  teraz?  A dlaczego nie? włączymy cichutko jakieś tango. Zaraz znajdę coś na You Tube. Po chwili w pokoju rozbrzmiało cicho tango- "la cumparsita". Ewa szybko wskoczyła w  szpilki a Robert  założył  mokasyny.  Robert naprawdę  dobrze   tańczył. Gdy przebrzmiało Robert powiedział- czy ty wiesz, że to tango jest z1919 roku? Skomponował je Urugwajczyk Rodrigez. A ty kochanie  cudnie  pracujesz  biodrami. Chodź, potańczymy  w łóżeczku.

Dni  mijały szybko, ale  pogoda  była  dość paskudna. Psina  rosła jak  na drożdżach, z dnia  na dzień psiątko było sprawniejsze.  Co prawda  nie  zawsze udawało  mu się załatwić  na tacę, bo maluszek nie pojmował, że jeśli jest  na niej  tylko jedna  przednia  łapka a reszta  poza nią to posika  kojec. Ale Ewa  wyłożyła  kojec starymi ręcznikami, do których była przyfastrygowana  folia.  Co prawda  nagle  zrobiło się  dużo prania, ale ani wykładzina  w kojcu ani to co  pod nią nie   było  zasikane. Ale kupki  jakimś  cudem  zawsze udawało mu się robić na tacę.

Żeby  tradycji  stało się zadość Ewa kupiła prezenty pod  choinkę  dla  wszystkich  domowników, był też prezent dla  pieska - dość miękka,  ale odporna  na gryzienie syntetyczna  kostka i piłeczka. Wela  dostała ocieplane  futerkiem  zamszowe  rękawiczki i ładną bluzkę w  kratkę zielono-czerwoną, oraz  kilka książek. Paweł też "załapał" się na książki, nową koszulę, krawat, nowy  cieplutki  szalik i skarpety wełniane . Dziadek dostał  książki o ogrodach i nasiona do wyhodowania  różnych  roślin, wraz z instrukcją obsługi. Babcia dostała ciepłą  kamizelką z puszystej  wełny, ciepłe  skarpetki oraz przyklejane do podeszew butów antypoślizgowe podkładki. Dla  wszystkich była specjalna  babka włoska. A wszystko razem razem z  już ubraną sztuczną  choinką stało w dużym  pudle  w piwnicy, o  czym  wiedział  Paweł. Był bardzo  dumny, że nagle  stał się opiekunem całej  domowej trzódki. 

Robert co prawda zastanawiał się, jak  sobie Paweł ze  wszystkim poradzi,  ale Ewa wytłumaczyła  mu, że wg wielu  psychologów  obarczenie  kogoś odpowiedzialnością podbudowuje  jego psychikę i nie  przytłacza go wcale,  ale  wyzwala  w nim  nowe dobre pomysły, uczy też  wiary we  własne  możliwości. Poza tym Paweł nie  zostaje nagle  z czeredą  małolatów, którzy mają  pstro  w głowie. Jakby  nie  spojrzeć na mamcię i  ojca, to jeszcze  nie  zdziecinnieli i  nie zdradzają oznak  demencji. Jedyne głupiutkie  stworzonko to psiaczek. No ale  wszyscy są nim  zachwyceni, a on  nie ma tu nic do gadania.

Wiedziona radami Aliny, Ewa  wybrała się któregoś dnia na poszukiwanie  butów na grubej,  ale miękkiej podeszwie, koniecznie  ciepłych. Nabiegała się  po mieście niczym pies  gończy - na próżno. Wszystkie  buty były na  cienkich  podeszwach, jedynie  tzw. "buty  na po nartach" miały grubą  podeszwę i były ocieplane ale cholewka  była z tworzywa  sztucznego i tylko w dwóch  kolorach- czerwonym i  granatowym. W rozpaczy kupiła jedna parę, tłumacząc sama  sobie, że będą  dobre gdy będzie  głęboki śnieg. Ale na pewno nie  będą  antypoślizgowe- na tych  plastikowych  spodach to nawet na parkiecie  można  było kawałek  "pojechać". Zadzwoniła do Aliny a ta  ją pocieszyła- przecież pojedziemy przez Zakopane, więc tam kupimy "filcaki". Filcaki są zawsze albo czarne  albo ciemno-popielate, są lekkie,  ciepłe i  zawsze na bardzo  miękkiej gumowej podeszwie i daje  się  w nich  chodzić  nawet po czystym  lodzie. Zresztą  możemy pojechać tak, by jedną noc zanocować np. w hotelu w Nowym  Targu, bo Nowy Targ ma dobre  zaopatrzenie, jest  sporo sklepów  prywatnych no i jest targowisko. Jak  nie  będzie wolnych  dwójek to możemy wziąć "czwórkę" - jedną noc  nasze  chłopstwo może "pogłodować". Zresztą  będą po całym dniu jazdy. A ja  bym sobie  chętnie  w Nowym  Targu  kupiła jakąś  kurteczkę z owieczki lub  baranka. Oczywiście  Ewie  się ten  pomysł spodobał i zaraz  poszukała   hotelu w  Nowym  Targu. W końcu  upolowała dwa pokoje "dwójki" w motelu, o czym  zawiadomiła Alinę. A więc Alina i  Franek  przyjadą  do Warszawy dzień  wcześniej, skoro dochodzi jeden  nocleg przed  Słowacją. Zawiadomiła też o tym  Roberta, by urlop wziął jeden  dzień  wcześniej. Trochę  narzekał,  ale nie  za bardzo. Obaj panowie zastanawiali  się, czy jechać  w dwa  samochody  czy jednym. Jeśli jednym, to Robert wolałby by jechać  jego samochodem  a nie siedmioosobowym Franka. W końcu spór dotarł na  najwyższy  szczebel, czyli do żon, które  stwierdziły, że lepiej  będzie  jechać  w dwa  samochody, więc w drogę  pojadą samochodem Roberta i "normalnym" samochodem Aliny.

Wela któregoś późnego popołudnia przyszła do Ewy porozmawiać. Powiedziała, że bardzo  dokładnie sama a potem  z Pawłem przeanalizowała to co  powiedziała Ewa o  świętach i.....postanowiła nie zapraszać na te  święta nikogo- ani matki  ani żadnego z ojców i oczywiście   w ogóle  kogokolwiek  z jej rodziny. Ona dopiero teraz widzi jak  bardzo to wszystko negatywnie  na  nią wpływało. A  rodzice Ewy są bardzo  zrównoważeni i bardzo  dla  niej  serdeczni i cieszy się, że będą razem te święta  spędzać. Poza tym ona już na początku lutego  ma obronę, więc  będzie   lepiej gdy się  na tym  skoncentruje. I że ona pomału uczy się też otwartości wobec  Pawła,  a on jest bardzo  wyrozumiały dla niej i nawet ją o wiele  rzeczy podpytuje. I już wcale się  nie sprzeczają i jakiś taki bardziej  czuły  się  zrobił. 

Welu, każde  małżeństwo przez  jakiś czas się  "dociera". Przecież  nie  wychowywaliście  się w tej samej rodzinie, każde z was wyrosło w innym domu, gdzie były nieco inne  warunki i obyczaje. A Paweł miał naprawdę bardzo traumatyczne  dzieciństwo i cud, że to go  nie zdeprawowało, że jest jeszcze  w nim tyle  ciepła i ufności. Jego matka biologiczna  zrujnowała życie i jemu i jego ojcu. Sama nic na tym  nie  zyskała, no może oprócz dużej willi w Warszawie. I nie dziw się, że mu się do posiadania dziecka  nie  spieszy- on wie jaka to odpowiedzialność i chce byście  byli do tego  dobrze oboje  przygotowani. Nie tylko finansowo ale głównie byście byli stabilni psychicznie. Ty jeszcze  nie jesteś w pełni stabilna, ale już się  zmieniłaś. Już mniej w tobie  egzaltacji  a więcej racjonalności. Bo życie  niewiele  ma  wspólnego  z romansem. Przypatruj  się dobrze  babci i  dziadkowi - zobacz ile oni  mają dla siebie  wzajemnie  ciepła i  wyrozumiałości. Podpytaj babcię o to jak  poznała  dziadka,  jakie były  początki ich miłości, jak ona  widzi  małżeństwo. A potem wszystko spokojnie przetraw, pomyśl  co z tego  można  wykorzystać w  swoim  związku. 

A ja bym chciała-niemal  szeptem powiedziała Wela- żeby Paweł mnie tak  kochał jak ciebie Robert. Ewa uśmiechnęła się - my oboje   jesteśmy po traumatycznych  związkach i  zapewne  dlatego jesteśmy tak   bardzo dla siebie  wyrozumiali. Wyrozumiałość to zawsze najlepszy  doradca w  związku. I szczerość. Nie będąc  szczera wobec partnera oszukujesz i  samą siebie. Dlatego tak  namolnie wypytywałam się  ciebie, czy na pewno kochasz Pawła. Zdążycie mieć  dziecko, jesteście jeszcze  młodzi A dziecko jest naprawdę  dużym obciążeniem dla  związku - nagle trzeba  z wielu przyjemności zrezygnować no bo jest w domu ten mały, wrzeszczący tłumoczek. Nacieszcie  się  wpierw sobą a decyzja o dziecku musi być wspólna a nie  jednostronna- to bardzo istotne. Młode dziewczyny nie zdają sobie  sprawy  z tego jakim obciążeniem jest dziecko.  I nie wierz, że istnieje coś  takiego jak instynkt macierzyński - to bzdura. Mamy w genach tylko  zakodowane ich  powielanie i to  wszystko. I jesteśmy  wyposażeni w instynkt przetrwania.

                                                                  c.d.n.