środa, 12 października 2022

Trudny wybór - 125

 Leszek wytrzymywał średnio-przeciętnie 3 dni bez "wpadnięcia" do domu swych przyjaciół. Z reguły nie przesiadywał długo, poza tym nie należał do  gości wymagających  zabawiania. Adela któregoś dnia powiedziała  do męża - Leszek w pewnym sensie wrósł w  wyposażenie naszego domu. Zaczyna  być  czymś w rodzaju ulubionego sprzętu domowego. Najbardziej przywiązany jest  do Milenki. Chyba mu bardzo brakowało i nadal brakuje  własnej  rodziny. Nie wiem tylko czy jest twoim czy  moim bratem. On sam też  chyba tego  nie wie. Milek śmiał się - rozpaskudził Milenkę - przyzwyczaił ją, że zawsze bierze ją na ręce i gdy on teraz  do  niej zagaduje ona już wyciąga  do niego łapiny, a on  szczęśliwy jakby wygrał milion  na loterii. 

Wiesz- ta nasza  córeczka  to okropna cwaniara - powiedziała Adela. Ona już dobrze  wie, że od noszenia  jej i opowiadania  o tym co się  gdzie  znajduje w domu to jest płeć męska - my z Helenką natomiast do zaspokajania innych potrzeb- ja oczywiście od dawania mleka a Helenka od karmienia dobrymi rzeczami i opowiadania jaka ta Milenka  śliczna, grzeczna i mądra. Helenka  niemal  co drugi  dzień wpada  w porze gdy trzeba małej wcisnąć zupkę jarzynową, najczęściej  taką  ze  słoiczka. Ja daję małej na zmianę "gotowca" i własny wytwór. 

Dobrze, że w tym roku Wielkanoc niemal w połowie  kwietnia! Helenka chce by u nich zrobić święta, oczywiście z naszym dodatkowym  dochodzącym  domownikiem. A ja mam wrażenie, że nasz "dochodzący  domownik" jest nieco zadurzony, ale udaję, że wcale a wcale nie kojarzę pewnych faktów. Poważnie? zdziwił  się Emil. No właśnie- chyba  całkiem poważnie. A od kilku dni ma nową pomoc w gabinecie - zaczęła u niego pracować siostrzenica pani Wandy.  Bo jednak rozważył wszystkie za i przeciw względem porzucenia własnej  praktyki i doszedł do odkrywczego wniosku, że jednak woli pracę na  własnym podwórku. Nowa siła okazała  się całkiem pracowitym i odpowiedzialnym stworzeniem i doszła  do  wniosku, że będzie startować za rok na  studia, bo da radę czasowo wszystko ogarnąć. 

W tej  swojej pomocy  się zakochał? - zdziwił się Emil. Nie, nie  w pomocy ani nie  w jej cioteczce. No to może  w pani Wandzi?  Noż przecież mówię, że nie  zakochał  się w cioteczce swej pomocy. Pani Wandeczka to dobra, łagodna  kobieta,  ale nie ma czym Leszkowi zaimponować.  

No nie  wiem, ale wiem, że on się notorycznie podkochuje  w tobie, nawet  się do tego przyznał - stwierdził Emil.  No skoro się przyznał to możesz nie  być  zazdrosny, Arek też  zawsze twierdzi, że się we mnie podkochuje i nawet Stasi to powiedział. To ich "podkochiwanie się " to po prostu docenianie zalet, ale nie ma  w tym  żadnej chemii- ani z ich strony ani  z mojej, więc  możesz spać  spokojnie. Jesteś u  mnie na pierwszej pozycji, nawet przed Milenką. Już ci kiedyś powiedziałam - jesteś  całym moim światem, nie potrafię funkcjonować  bez ciebie. To się nic  nie zmieniło. 

Na pierwszym  miejscu jesteś ty, potem Milenka i nasi rodzice. Potem jakiś odstęp i na jednej pozycji Arek i Leszek - mam świadomość, że  zawsze będę mogła liczyć na ich pomoc - to ważne. Bardzo ich obu lubię, ale jako faceci to mnie oni wcale a wcale  nie interesują. Helenka chciała  zrobić "super  spęd", czyli zaprosić też Stasię z Arkiem i dziećmi, ale wiem, że Arek pojedzie  ze Stasią i dziećmi w niedzielę wielkanocną do swej mamy, więc ja pomyślałam, że może  w takim  razie w drugi dzień  świąt Arkowie z dzieciakami i nasi rodzice będą u nas na obiedzie. A rodzice  Stasi jadą do jakiegoś kawałka  rodziny. Więc w pierwszy dzień świąt będziemy my i  Leszek z osobą towarzyszącą  u rodziców. A  w drugi dzień świąt rodzice i Arkowie z dziećmi u nas. Byle  tylko pogoda  dopisała. To wtedy  zrobimy w ogródku  zabawę dla chłopców  w szukanie jajek z niespodziankami. Dzieciaki to lubią takie  bzdety. 

A co to za jajka? -zainteresował się Emil. Kurze? Nie, nie kurze, plastikowe, które mają w środku miniaturowe zabawki. Za moich czasów czegoś takiego nie  było. I nawet  nie  w każdym domu  dzieci dostawały jakieś prezenty z okazji świąt - stwierdził Emil. Do dawania prezentów to było Boże Narodzenie i 5 grudnia "Mikołajki". No ale  świat  się  zmienia- zajrzyj w nasze metryki wszak sporo lat upłynęło od naszego dzieciństwa - stwierdziła  Adela. 

A Helenka upiekła dla małej biszkopciki i one bardzo małej pasują. Mnie  trochę mniej, bo zaraz  całe prześcieradełko nadaje się do prania. Muszę kupić kilka cienkich, batystowych prześcieradełek i nimi okrywać materacyk. Chyba trzeba  będzie jej dawać twardsze ciasteczka, żeby  sobie  dłużej mamlała. A jakie pełzanie  wczoraj odstawiała po naszym łóżku! I zamówiłam dla  niej już większe ubranka. Ona już nieco załapała jak ma  sama usiąść i strasznie  się złości gdy jej to nie  wychodzi. A wiesz jakie słowa najbardziej lubi i chyba je  rozumie? - "zaraz mama weźmie  dziecko na rączki". I bardzo lubi  mi uciekać przy przewijaniu. Czołganie  się z gołą pupą to widocznie  sama frajda. I jakaś ciężka się zrobiła albo ja taka słaba  jestem, bo wg  mnie to waży tylko nieco ponad  siedem kilogramów. Po świętach mamy wizytę kontrolną w rejonie to ją zważą na niemowlęcej wadze. 

I chyba już jej lamborghini pójdzie w odstawkę, bo po nim  to się nie może czołgać,  za mało miejsca. Nie wiem  tylko czy jeszcze u nas będzie spała czy już ją wyrzucimy do dziecięcego pokoju. Eee, jeszcze  może spać u nas - stwierdził Emil - a potem po prostu zostawimy otwarte  drzwi między sypialnią i jej pokojem. Praktyczniej  przejść między pokojami niż dookoła przez  przedpokój. Przeprowadzimy ją  w któryś weekend. I w takim  razie zaraz zmontuję jej większe  łóżeczko, niech  się do niego przyzwyczai przed  nocą.

A powiedz  mi w kim  to  się nasz przyjaciel podkochuje? Adela zaczęła  się  śmiać - dziwne, że nie  wpadłeś na trop,  skoro ci powiedziałam, że to nie pani Wandzia ani nie jego  nowa  recepcjonistka. Leszeczek zabujał  się w naszej pani fryzjerce. Wiesia przysłała mi zdjęcie  tego kosza kwiatowo - delikatesowego. Cudo - kilka  stówek pękło.A  tę czapkę, którą pożyczyła  mu Wiesia  zostawił sobie, dla niej kupił nową czarną, dodając  wyjaśnienie, że chce mieć tę czapkę, którą  mu pożyczyła. A dla siebie  kupił granatową i nawet pasujący  do niej szalik. No nieomal  cud  nad  Wisłą. 

A ta wariatka zadzwoniła  do  mnie  z pytaniem, czy on wie, że ona nie ma wyższych  studiów i  czy jego zdaniem facet z doktoratem może być z babką tylko po licencjacie. No rozpacz  w kratkę! Jedno i  drugie ma popieprzone w głowie. Z godzinę tłumaczyłam jej, że do tego, żeby być razem to studia nie są konieczne a on zna nieco jej życiorys, bo mu o niej kiedyś opowiedziałam. I wpuściłam jej wiadomość, że oboje będą u nas na święta.  No i powiedziałam, że oczywiście na święta będą również nasi rodzice, co zaraz zaowocowało pytaniem a co oni sobie o  niej pomyślą.   Więc jej powiedziałam, że naszych rodziców  nie interesują  cudze układy towarzyskie.  A ja  do świąt zdążę wybadać Leszka jak tam jest z jego uczuciami, bo odnoszę wrażenie, że Wiesia nie jest w jego planach  tylko do "przelecenia." Gdyby tak było to już by ją przeleciał. Oczywiśćie tego jej  nie powiedziałam. No i wpuściłam  dziewczynie wiadomostkę, że  Leszeczek to jest właśnie  mój ulubiony gin. I jeszcze powiedziałam, że lekarze tej specjalności mają  zawsze u kobiet pod  górkę bo ich połówkom się  wydaje, że każda pacjentka  to potencjalna kandydatka do "przelecenia". A Leszek to porządny facet a nie jakiś łajdak. No i twoje notowania u Wiesi wzrosły, że zezwalasz na to, żebym się z nim nadal przyjaźniła. Obśmiałam  się jak norka  w tłusty  czwartek, gdy znajdzie pełno larw w ogrodzie.

Leszek to  chyba  wyczuł, że go ktoś obgaduje, bo rzekomo wychodząc ze  swojego gabinetu zatelefonował do Emila czy  może na moment do  nich  wpaść, bo ma  coś fajnego do jedzenia  dla Milenki. Oczywiście możesz, ale uprzedzam, że są dziś do jedzenia placuszki z sera i jajka, bez grama  mąki, więc istnieje ryzyko, że się nie udadzą i wtedy  będzie coś innego, więc się może kolacja opóźnić. No ale ja nie jadę  do was w sprawie kolacji, po prostu kolega przywiózł mi coś dla  Milenki. I przysięga, że to nie  tylko zdrowe ale bardzo wygodne  do serwowania maluszkom. Podejrzanie mało czasu upłynęło od momentu jego telefonu do dotarcia do ich mieszkania i Emil zapytał - a ty co, fruwasz? No nie, nie fruwam, już byłem pod  domem gdy  sobie uprzytomniłem, że  nie  zapytałem czy  mogę  wpaść do was. Placuszki bez mąki? Tak zupełnie  bez  mąki?  I to  się uda?  Zobaczymy- stwierdziła Adela. Pierwszy  raz widzę taki przepis. No  ale  skoro robi się jajecznicę, czyli rozbełtane jaja  bez mąki, a  czasem dodaje  się do tego mleko, to zapewne jest to jadalne tak jak  jajecznica z mlekiem. A ten serek to ricotta, więc  jest to na pewno jadalne. Nie będę nic dodawać do smażenia, można sobie dżem na to położyć. Ku wielkiemu zdziwieniu całej trójki placuszki były świetne, leciutkie  a dodatek dżemu po usmażeniu był strzałem w  dziesiątkę!

Po ich kolacji Milenka zjadła dla  niej nowość - porcję mleka modyfikowanego zagęszczoną owym "prezentem" czyli czeską błyskawiczną kaszką manną,  nazywaną krupiczką. Przygotowanie trwało "chwila/moment" bo na gotujące się mleko wrzucało się określoną ilość krupiczki i gotowało tylko pięć minut. Kolega kupił kilka paczek owej krupiczki, część  z nich różnymi owocami.  Dziecku bardzo to jedzenie smakowało, chociaż  dziś dostało samą kaszkę z mlekiem. Pozostałość w garnuszku została komisyjnie zdegustowana i  bardzo pozytywnie oceniona. Adela zaraz przeszukała internet i znalazła miejsce gdzie  można  było ową "krupiczkę" zamówić.  

O rany, panowie - mam tym  sposobem już dwa karmienia dziennie załatwione! Lesiu - jesteś Wielki!!!! No wreszcie się na  coś przydałem - stwierdził Leszek.  Adela śmiała  się - nie będę tu wyliczać dokładnie na  co i ile  razy się  w tej  rodzinie przydałeś. Po prostu jesteś z nami i to jest fajne! Ale że Stasia nic  nie  wiedziała o tej krupiczce? - dziwne. Chociaż może i  nie  dziwne, gdy była  z młodszym w  ciąży to miała przecież piekło. A co dziecko chorowało?- zapytał Leszek. Adela zaprzeczyła - nie,  tylko jej mąż  chlał. Ojej, to rzeczywiście miała piekło. Ale nic o tym nie mówiła u  mnie. No bo to było ponad 5 lat wcześniej. Było, minęło, ma teraz porządnego faceta. No bo Arek to porządny facet. Chociaż kilka  razy miałam ochotę go zamordować i to z zimną krwią, chociaż w pełni podziwiam jego intelekt. Ale nie  zamorduję, może jeszcze  będę kiedyś  z nim pracować. Chcesz wrócić do pracy?  To trudne pytanie bo nie po  to robiłam  studia  by siedzieć  w domu  ale o tym  to będę myśleć dopiero za dwa lata. Chociaż planowałam zrobienie u Arka aplikacji adwokackiej w trakcie tego urlopu. Ale żal mi rezygnować z uczestniczenia  w dzieciństwie Milenki.

Lesiu - muszę Cię pochwalić! Kupiłeś Pani Wiesi piękny kosz  w podziękowaniu. No normalnie ponoć niemal  mowę jej odebrało z  wrażenia!  Jak twierdzi, to co dla ciebie  zrobiła to był drobiazg,  a ty się zachowałeś jak prawdziwy dżentelmen. Więc ją zapewniłam, że ty naprawdę jesteś dżentelmenem w każdym calu. I wiesz- pomyślałam, że będzie  nam bardzo miło gdy spotkamy  się w święta  przy  wspólnym stole. Po prostu śniadanie wielkanocne  będzie u naszych rodziców - wiesz-  oni, jak wszyscy rodzice  chcą  się koniecznie na  coś dzieciom przydawać.  Nie będziesz jedynym gościem z  zewnątrz, bowiem zaprosiliśmy  jeszcze panią Wiesię. Cała nasza  rodzina  bardzo ją lubi i mam nadzieję, że będzie jej o wiele milej u nas niż u jej rodziców, gdzie na pewno by zadawano jej furę pytań dlaczego  się rozeszła.A słodki tatuś  zaraz jej wypomni, że "od pierwszej chwili ten jej  mąż się tatusiowi  nie podobał". Tu jej nic takiego nie  spotka i  sobie miło spędzimy czas. Oczywiście  część "rozrywkowa" będzie  uzależniona od pogody- jeśli będzie  ładna  pogoda to się może gdzieś wybierzemy w plener. Oczywiście jak to u nas - zero przymusu, zero wypada lub  nie  wypada, zero namawiania do jedzenia. Podejrzewam, że rozrzutnie  pojedziemy  w 3  samochody, bo my musimy mieć wózek, poza tym mamy zamontowany na tylnej kanapie fotelik dla  małej.

W poniedziałek wielkanocny przyjadą  do nas  "Arkowie" z  chłopcami. Mam nadzieję, że pogoda na  tyle  dopisze, że będą mogli szukać w naszym  ogródku jajek z mini  zabawkami.No i przyjdą też  nasi  rodzice a i  ty, jeśli będziesz miał ochotę to do nas przyjdziesz. Albo przed  południem albo później. Nie  chcemy  byś  się sam  w domu  smucił i  snuł ponure  rozmyślania. Rozpieszczacie  mnie - stwierdził Leszek. Widocznie to lubimy. Wiesz jak jest - pieszczoty zawsze powinny dawać radość obu  stronom - i temu kto jest rozpieszczany  jak i temu kto rozpieszcza- poinformował go Emil.

                                                                   c.d.n.

wtorek, 11 października 2022

Trudny wybór - 125

Gdy przeprowadzka Leszka  stała  się "czasem  przeszłym, dokonanym" Leszek miał wyruszyć na  poszukiwanie czapki.  Słowo "poszukiwanie" jest tu wyraźnym  nadużyciem, bo pani fryzjerka podała  mu adres, pod którym  znajduje  się sklep,  w którym dość  często można zakupić takie  czapki. Nie mniej  miał problem, bo zastanawiał  się w jakim kolorze kupić ową  czapkę i oczywiście  musiał  się poradzić Adeli. Adela miała  zamiar przepytać  się  go  wpierw jakie kolory on lubi, ale po błyskawicznym   namyśle  powiedziała- czapkę kup  ciemną, bo jasna to się  będzie szalenie  szybko  brudzić a częste pranie  nie  wpływa dobrze na  włóczkę. W tej pożyczonej,  czarnej  wyglądasz dobrze,  ale  gdyby  była granatowa to byłaby jeszcze lepsza.Mogłaby jeszcze  być  ciemnobrązowa, taka mocno  czekoladowa. Poproś Emila by z tobą pojechał to ci doradzi. A "wcierki" robisz masując  przy okazji łepetynę i bierzesz B compositum i ten skrzyp polny? 

No wcieram, witaminę B łykam, tylko tego skrzypu jeszcze  nie mam. Adela sięgnęła do  domowej apteczki i podała mu pojemniczek  tabletek z wyciągiem  ze skrzypu  mówiąc- bo Wiesia  ci niedokładnie  powiedziała, a pani w  aptece pewnie sądziła, że chcesz skrzyp polny w postaci ziółek,  a to chodzi o tabletki. Weź te, ja mam jeszcze jedno opakowanie. Tylko nie podejrzewaj, że ci nagle włosy odrosną. Bo nie odrosną,  ale te  co jeszcze masz poprawią swą kondycję i będą  się lepiej prezentowały i stracą ochotę na  wypadanie. Poprawią  ci  się też paznokcie a i osteoporoza  będzie  się trzymała  z daleka. Skrzyp polny  zawiera łatwo przyswajalną krzemionkę i nawet mając dobre włosy trzeba  co jakiś  czas je łykać, zwłaszcza  jesienią i  zimą.  Boszsze, skąd ty to  wszystko wiesz  dziewczyno? - jęknął Leszek. Już ci raz mówiłam - lubię czytać i czytam ze  zrozumieniem - gdy ktoś  się chce  czegoś  dowiedzieć to naprawdę nie ma problemu. 

Zastanawiam się - ciągnął dalej  Leszek- czy i kiedy zrobić parapetówkę. Parapetówkę? a po co? Chcesz,  żeby potem  ci  się zwalał na noc np. Michał z jakimś babsztylem lub inny z kumpli z pracy?  Nie, ja  miałem was na myśli i  może panią Wandę bym  zaprosił.  Panią Wandę to może  zaproś po prostu gdzieś na  bardziej wytworny obiad w ramach  podzięki.  Weź ją do Konstancina do restauracji Konstancja. Telefon  do  nich poda  ci Emil, bo jednak  lepiej  sobie   miejsce  u nich  z góry  zaklepać. Ja już  wyrosłam z  parapetówek, zresztą byłego poznałam właśnie na parapetówce u kogoś. Od tej pory  nie  chodzę na takie imprezy. Możemy się razem u nas napić kawy i nawet  mogę  coś upiec  z tej  okazji a wy dwaj możecie  wypić po koniaczku w ramach uczczenia  faktu, że już  się przeprowadziłeś. Ja jako karmiąca  matka popatrzę tylko na koniak. Przepraszam, że pytam-  a mówiłeś  synowi i byłej żonie, że się przeprowadziłeś?  Leszek pokręcił przecząco  głową - nie nie  wpadłem na to. No i bardzo  dobrze - tak trzymaj. Jakby  się coś  złego  działo to cię znajdą, była  chyba  wie,   w którym szpitalu pracujesz. Bo jak na  razie to nadal tam  pracujesz, do kliniki jeszcze nie przeszedłeś. Poza tym mają numer twojej komórki - wystarczy. A jak z miejscem parkingowym? Już zgłosiłem prośbę w spółdzielni, pani Wanda trzyma rękę na pulsie. Może coś koło metra będzie. Adela zachichotała - tyle tylko, że jeszcze metro nie kursuje. Ale kiedyś będzie. To naprawdę jest chore, by w mieście,  w którym na rodzinę przypada więcej  niż jeden samochód nie  było parkingów. A może ja mam  za duże  wymagania.

Adelko mam jeszcze jedno pytanie  do ciebie. Noooo, mów co się urodziło? Czy pani Wiesia  nie obrazi się gdy w ramach podzięki zwracając jej tę czapkę zwrócę ją  wypraną i włożoną do koszyka delikatesowo-kwiatowego?  A wiesz jak masz prać tę czapkę? No wiem, w 30 stopniach ręcznie i suszyć jak sweter, na takiej specjalnej  siatce. I nie wykręcać tylko wyciskać w ręcznik. Piątka z plusem - powiedziała  Adela- zaliczyłeś ten  egzamin. A żeby dobrze wypaść u Wiesi musisz do niej  wpierw zadzwonić przed przyjazdem, żeby  była psychicznie przygotowana na twoją obecność. Większość z nas nie lubi  być zaskakiwana czyjąś  nie  zapowiedzianą obecnością. Po prostu czasami  nie jesteśmy w  formie,  a przecież  każda z nas chce wypaść jak najlepiej. 

No ale ty zawsze mówisz, że mogę w każdej  chwili wpaść. A wiesz, jaka jest różnica pomiędzy panią Wiesią i  mną? No nie  wiem - przyznał nieco już  skołowany Leszek. No taka, że ja już jestem mężatką, do tego karmiącą matką i twoją pacjentką i widziałeś mnie w niejednej  sytuacji i dużo o mnie  wiesz. A ona jest kobietą  wolną i chce  wypaść jak najlepiej w męskich oczach. Rozumiesz???  Chyba rozumiem - wpierw  zadzwonię. I ona nie  wie jakiej specjalności jesteś lekarzem. Ale wie, że ja mam swojego ulubionego gina - zaśmiała  się Adela. To jedna z nielicznych fryzjerek która  stale  się dokształca w branży, co roku jeździ do Paryża i wiele czasu spędza pożytecznie u znajomych fryzjerów. W lipcu tego  roku chce  zamknąć  salon na miesiąc i ten  czas spędzić w Paryżu. Prawdę mówiąc też bym pojechała  do  Paryża, ale nie  w lipcu gdy po mieście  chodzą  tabuny  turystów.  Dopóki Milenka  mała  to raczej  nie  grozi  mi jakaś turystyczna  wyprawa.  Tak się zastanawiałam któregoś  dnia kiedy i dokąd  będzie  można   z nią najwcześniej pojechać. I tak  mi jakoś wychodzi, że najwcześniej to będzie możliwe gdy skończy pięć lat. A wcześniej to tylko okolice Warszawy a zamiast  Bałtyku  Zalew Zegrzyński. A tego lata to Wilanów i Powsin. Nie mam ochoty być z  takim małym  dzieckiem  gdzieś  daleko od  domu. Chociaż na plaży w Juracie  widziałam  babkę  z takim oseskiem przy  cycku. Szczerze mówiąc to ich podziwiałam,  bo  wpierw oboje wnosili ten wózek na  plażę, potem rozkładali nad nim  wielki parasol, który osłaniał wózek a od parasola było kilka linek wbitych w piasek, żeby wiatr go nie porwał, bo jednak nad Bałtykiem to raczej  wieje niż  nie  wieje. Drugi wariant to były spacery jej albo jego brzegiem morza z tym oseskiem na jednej ręce i z parasolką od  słońca  w drugiej. Popołudniami to się  snuli po lesie  między Juratą a Jastarnią. I sobie  pomyślałam, że użyli w tej  Juracie  niczym   pies  w studni. Co prawda nawet bez niemowlaka w Juracie   to można  się raczej urwać  z nudów, więc ilekroć tam  byłam to pokonywałam  zawsze dwie  trasy przez  las - albo do Jastarni  albo do Helu. A teraz to chyba już tylko za karę mogłabym pojechać latem na Półwysep - strasznie tam  się teraz  wszystko pobudowało, rozbudowało,  zabetonowało.  Koleżanka  była  ze swoim dzieckiem we Włoszech i  bardzo  sobie ten pobyt  chwaliła - woda  ciepła, plaża duża, każdy hotel ma  własną plażę, żadnego polegiwania  na piachu- fotele, leżanki, stoliki, parasole przymocowane . Większość hoteli ma też  własne   baseny, życie  kwitnie  do północy- coś  dla naszej córeczki.  Twierdzi, że było bardzo dużo osób z bardzo małymi  dziećmi, bo Włosi to rodzinny  naród i dzieci urzędują na ulicy i w kawiarniach niczym w pokoju zabaw  dla dzieci. Poza tym tam gdzie  była to teren został sztucznie przystosowany do plażowania i tak  zrobiono,  by było przy brzegu płytko. Po prostu nazwozili piachu, tak jak Bułgarzy w Albenie. Z tym, że w Albenie to już nie  korygowali obszaru przybrzeżnego zalewanego morzem, nazwozili  piachu tylko na plażę. Leszku,   a dokąd ty się wybierasz  w te  wakacje ?  Chyba  nigdzie się  nie  wybiorę w okresie wakacji. Muszę  się wreszcie  zdecydować co dalej - czy przechodzę do kliniki,  czy zostaję przy własnej  praktyce. Każda  z tych opcji ma swoje wady i  zalety , muszę wreszcie usiąść z kalkulatorem pod ręką i się zastanowić. Prawdę mówiąc to już jestem zmęczony tym  ciągłym pilnowaniem wszystkiego i z ulgą dlatego bym przeszedł do kliniki. Nie  wykluczam, że pewnie mam  za duże  wymagania wobec recepcjonistki, ale gdy ją przyjmowałem o pracy, to wyraźnie mówiłem  co będzie należało do jej obowiązków. Przez jakiś  czas się sprawdzała, ale  z czasem zaczęło być nieciekawie.  Poza tym to ja już od  lat nie mam prywatnego życia, bo dzień  dzieli  się na  pracę w  szpitalu i potem mój gabinet. W klinice to po prostu będę miał tylko te swoje godziny przyjęć  i laboratorium, bo jednak cytologię będę nadal robił. Czasem gościnnie mogę  zastąpić kogoś, kto akurat nie wiadomo dlaczego  wypadł z grafiku. Michał wierci mi  dziurę  w brzuchu bym się  zajął i położnictwem i byśmy pracowali na  zmianę, bo klinika ma coraz więcej  chętnych do porodów. Muszę też porozmawiać z leasingodawcą jak podejdą do skróconego czasu leasingu. No i muszę sprawdzić,  czy jest jakiś odzew na  hasło sprzedam gabinet. Na razie  to jestem cały w  skowronkach, bo się przeprowadziłem- bardzo nie lubiłem tamtego mieszkania. No i muszę  znaleźć kupca na to  domiszcze koło Kamieńczyka. Bo ja tam  nie mam   zamiaru ani latem ani cały  rok mieszkać.

A wiesz już dokładnie  na jakich warunkach finansowych będziesz pracował w  klinice? - spytała Adela. Tak dokładnie  to nie rozmawialiśmy. No to podsumowując właściwie nic jeszcze  nie  wiesz. Słucham tego i właściwie nawet  nie ma  co liczyć bo tak naprawdę to nic nie  wiadomo. Wydaje mi się, że chyba powinieneś  zacząć od rozmowy dotyczącej wcześniejszej  spłaty leasingu. Bo to może  być skórka  za wyprawkę - pozbędziesz  się całej aparatury i na tym stracisz- jest pytanie ile to będzie. Lokal, który odkupiłeś od Hani nie jest przystosowany do mieszkania w nim i przeróbka na  mieszkanie (to było M-3) będzie  cholernie  droga - znów strata. Masz kiepską babkę na recepcji bo nie przykłada się do dopatrzenia  czy jest  wszystko co należy  kupione. Może chce babka podwyżkę? Porozmawiaj  z nią otwarcie. Dowiedz się delikatnie ile zarabia pani Wanda - może ona wolałaby pracować u ciebie niż w tej spółdzielni. Podejrzewam, że ona  w tej  spółdzielni nie ma olśniewających  zarobków a siedzi 8 godzin. U ciebie siedziałaby 5 godzin na miejscu i tylko była pod telefonem, który ma  ze sobą. A można też nagrać info, że zapisy są tylko w tym czasie gdy ona siedzi na recepcji. Tak jest np. w wielu kancelariach prawniczych. Tylko w tych  dużych od rana do nocy ktoś jest pod telefonem i udziela informacji.  Powiedz po prostu pani Wandzie  jaki masz kłopot z tą recepcjonistką i że będziesz  się musiał za kimś rozejrzeć- za kimś  zorganizowanym, odpowiedzialnym i wtedy  powiedz ile mógłbyś płacić takiej osobie.

I bierz  się za to szybko, bo czas upływa a ty na  tym tracisz, nie  zyskujesz. Bo chyba lepiej żebyś jak najmniej na tym wszystkim stracił,  bo ja jakoś nie widzę by  miały  być zyski. Szkoda  chyba by forsa za ten  kawałek  ziemi koło Kamieńczyka pokrywała straty leasingowe. Skontaktuj  się z nimi, może można wynegocjować jakieś korzystniejsze warunki. A odzew w kwestii sprzedaży gabinetu powinieneś dostawać na swój prywatny telefon, to przecież istotna wiadomość, a ty nawet nie wiesz czy coś się w tym temacie  ruszyło. Przepraszam, że się brzydko wyrażę,  ale to wszystko to tylko o kant  dupy potłuc. Lekarzem to jesteś  świetnym, prywatnie  facetem również, ale do biznesu to jesteś jak  kołek w płocie. Więc może powinieneś znaleźć jakiegoś doradcę finansowego, bo ja nie znam obowiązujących w tym zakresie przepisów.Oni  co prawda  głównie  doradzają  w kwestii kredytu i podejmowania inwestycji, ale sądzę, że powinieneś się jednak  skontaktować  z kimś takim, bo może jest sposób  na mało bolesne  rozwiązanie  tej sprawy. Szkoda, że nie  miałeś takiego  doradztwa  przy braniu tego sprzętu w leasing.

I przemyśl wariant, że zmieniasz recepcjonistkę na bardziej odpowiedzialną i  czy wtedy chcesz nadal prowadzić własną praktykę - przemyśl  to, nie odpowiadaj mi na to teraz.  Sam we  własnej  głowie przeanalizuj to. Prześpij  się  z tym. I nie miej  do mnie  żalu, że cię nieco obsobaczyłam - ale widzę, że zaczynasz nagle kręcić  się  z tym  wszystkim   w kółko niczym  dziecko we mgle. 

Adelko, nie mam do ciebie   żalu- powiedziałaś prawdę - nieco się zamotałem w tym wszystkim. Chyba po prostu za dużo  miałem  na głowie i  z nikim o tym nie  rozmawiałem. Niewątpliwie popełniłem spory błąd na  samym  początku nie  analizując dokładnie tej umowy. Jakoś nie  wpadło mi wtedy  do głowy, że może nastąpić  zmęczenie  materiału. Byłem tak  zachwycony tym gabinetem, że nie zastanawiałem się jak ja to spłacę. Ale dobrze, że mną potrząsnęłaś.  Nie powiedziałaś jeszcze jednej  rzeczy - czy ja jeszcze będę umiał po tym  czasie pracować nie u  siebie i przyjąć narzucone mi warunki. Bo to  też istotne. Tu ten gabinet jest tylko mój,  moja  sprawa co gdzie  sobie postawię, ustawię, zainstaluję. Oczywiście  jest tam lepszy  standard niż w państwowym szpitalu,  ale tu gabinetu nie  dzielę z nikim- na pamięć  wiem gdzie co mam, a jeśli dzielisz  z kimś gabinet to jest mało prawdopodobne, że ten ktoś ma te  same pomysły.

Dobrze, że mi podpowiedziałaś o tych  doradcach  finansowych - oczywiście  źle  się  stało że wtedy się nikogo nie poradziłem, no ale może teraz  oni mi coś doradzą

W drzwiach stanął Emil z Milenką mówiąc - no i widzisz córeńko, mamusia maltretuje  wujka Leszka, który aż pobladł od tego maltretowania. Ale zaraz cię mamusia  nakarmi a wujka to ja nakarmię. Damy mamusi wacik do umycia brodawki i zaraz będzie zagłodzone dziecko jadło. Zobacz, zobacz, już mamunia będzie  cię karmiła.  Podając Adeli małą  powiedział - przewinąłem ją, spokojnie zje. Chodź Leszku, zrobimy sobie i Adeli coś do jedzenia. Ciesz  się, że tylko ci nagadała a przecież mogła  ci dolać! Cały  czas tylko ją słyszałem, ciebie  wcale nie  było słychać. Ale obawiam się, że niestety ona ma rację. Chodź bracie zrobimy coś do jedzenia. Mała  dziś znów sobie godziny  zmienia, jakoś długo spała, albo idzie niżowa pogoda. To dziecko takie jakieś barometryczne mamy.

Trzeba  spróbować z tymi doradcami finansowymi- nawet jeśli ci niewiele pomogą w odkręceniu tego co  zaszło to przynajmniej dobrze  ci  wytłumaczą na czym polegał twój błąd i nie popełnisz go drugi  raz. W moim odczuciu powinieneś nalegać na nowe negocjacje, bo coś mi chodzi po głowie, że po jakimś czasie  można  negocjować  nowe  warunki. Ale to, że tak mi coś łazi po głowie może nie być prawdą w tym przypadku. A recepcjonistkę zmień koniecznie,  nie ma  na czym oka  zawiesić gdy się czeka  na żonę w poczekalni. Dobrze, że masz tę rezerwę w postaci tej  działki, przynajmniej  nie masz noża  na gardle. I porozglądaj  się na czym mógłbyś oszczędzić. Skoro masz dobry autoklaw to może by zrezygnować z różnych jednorazówek, bo one też w sumie kosztują. Teoretycznie  grosze, ale zauważ, że musisz tego kupić w jednym  rzucie  sporo. A może zrezygnować na jakiś czas z recepcjonistki?  Doktor L. nie ma żadnej recepcjonistki a jakoś pacjentów przyjmuje. Zresztą w  większości prywatnych gabinetów jeśli przyjmuje tylko jeden  lekarz  to  nie ma recepcjonistek. Jak  ci odpadnie jej pensja i ZUS to nie będziesz  musiał podnosić  cen wizyt. Przejmiesz służbową komórkę recepcjonistki, nagrasz komunikat w jakich godzinach można zamawiać wizyty, zrobisz sobie notatnik i będziesz  zapisywał pacjentki. Zrób jakiś limit dzienny wizyt. I pacjentka wychodząca może  się u ciebie od  ręki zapisać na  następną wizytę. O tym, że zrobiłeś doktorat niemal żadna pacjentka zapewne nie  wie - oczywiście poza  Adelą. Poza tym chyba  nigdzie  nie jest  napisane ani nakazane, by lekarz w stopniu doktora miał recepcjonistkę. Nie wiem skąd,  ale ona  zawsze o wszystkim  wie, nawet to o czym ja myślę. Adela ma strasznie analityczny umysł, to nie jest kobiecy mózg. Wszystko inne - sto procent kobiecości. Bardzo podniecające dla mnie  zestawienie- stwierdził Emil. Ona ma jeszcze jedną zaletę - można z nią normalnie  rozmawiać o wszystkim- dodał Leszek. Gdy  z nią rozmawiam  to najbardziej  drażliwy temat przestaje  takim  być. I nie umiem tego rozgryźć jak ona  to robi.Ale tak właśnie jest.

Ale wiesz, ja to się w niej zakochałem w dziesięć minut. I jestem głęboko przekonany, że w którymś z poprzednich  wcieleń byliśmy parą i kochaliśmy  się. Nim ją poznałem śniła  mi  się cztery razy ta  sama dziewczyna. Nie  widziałem jej twarzy bo miała ją wtuloną w poduszkę ale widziałem coś jakby maleńką  bliznę lub odbarwienie skóry u samej góry lewego uda. Gdy obudziłem się po pierwszej  naszej szaleńczej nocy o świcie to zobaczyłem, że leży ta moja dziewczyna ze snu- też twarz ukryta w poduszce, reszta ciała tak samo ułożona, nie  widziałem tylko tego lewego uda, było przykryte kocykiem. Byłem  wstrząśnięty. Leszek spojrzał na Emila - ona ma tam ślad po szczepieniu czarnej ospy - kiedyś dzieci miały to szczepienie i niektórzy lekarze dziewczynki szczepili u nasady lewego uda, żeby nie  szpecić blizną ramienia. To dość charakterystyczny ślad. Bo to długo  ropiało. Pytała  się mnie skąd taki ślad. Może wyda ci  się  to dziwne, ale ja wierzę w reinkarnację. My ciągle  niewiele wiemy o świadomości, podświadomości, o tym co się dzieje  z naszą energią gdy skończymy życie.

                                                                              c.d.n.

Trudny wybór - 124

W dwa dni później Emil i  Leszek "wylądowali" u pani  Wiesi,  fryzjerki.Wizytę zarezerwowała  im telefonicznie Adela, przy okazji ucinając  sobie  z Wiesią pogawędkę. Dość krótko przedstawiła jej postać Leszka mówiąc  tylko, że jest ich bardzo bliskim  przyjacielem, lekarz z powołania, ogromnie  przywiązany do resztki swoich  włosów i chyba dobrze  byłoby mu coś  z nimi zrobić, bo facet ma  naprawdę bardzo kształtną  czaszkę a  z tą resztką włosów wygląda nieciekawie, a jest chłopina  stanu wolnego bo od dawna rozwiedziony i może jak mu się wygląd poprawi to i jakąś kobietę  znajdzie.  Pani Wiesia  stwierdziła, że na  nią rozwód wpłynął deprymująco, już choćby dlatego, że ją "ten gad" zdradził i ona  jakoś  ciągle  czuje  się niedowartościowana.  Wezmę tego lata cały  miesiąc urlopu, po prostu zamknę interes na cały lipiec i pojadę  do Paryża. Już zapisałam  się tam na kilka kursów, przywiozę kilka nowości do Warszawy.  Adela obiecała, że na początku następnego tygodnia  gdy będzie dobra  pogoda przeczłapie  się do Wiesi, żeby zobaczyła Milenkę, albo Wiesia będzie  miała jakąś lukę i wtedy ona by wpadła do Adeli do  domu.

Po wizycie obaj panowie przyjechali na obiado-kolację. Emil jak zawsze zadowolony a Leszek był wyraźnie "nakręcony". Adela  właśnie skończyła karmienie i paradowała z małą na ramieniu. Obie  zostały wyściskane przez Emila i Leszka. Leszek zdjął kurtkę ale na głowie nadal miał czapkę. A ty co? Będziesz w domu  w czapce  siedział ?-zapytała Adela.  Zaraz zdejmę, tylko może  wpierw usiądź, bo możesz  paść z wrażenia. No to chodźcie do kuchni, zaraz będzie gotowa kolacja. Emil się śmiał mówiąc- on wcale nie jest ogolony na  zero tak jak mówiłaś. Mnie  pani Wiesia "obsmyczyła" w 15 minut w ramach "tak jak  zawsze" a z nim to odprawiała  czary-mary. Załapał się na masaż głowy i na  wykład z dziedziny dermatologii. No ściągaj tę czapkę, masz ją nosić na ulicy  a nie  w domu.

No właśnie, powiedziała mi, że w ramach dbania o skalp mam nie chodzić z gołą głową. Gdy wreszcie  zdjął czapkę okazało się że faktycznie nie jest ogolony na  zero,  ale  wszystkie  włosy ma  bardzo, bardzo krótko obcięte i tak  "na oko" Adela oceniła, że mają długość od 5 mm do 15 mm. I za miesiąc dopiero zdecyduje  się co dalej - albo się będzie utrzymywało takie krótkie  włosy albo się rzeczywiście ogoli. Przez ten  czas i Leszek i otoczenie przyzwyczai  się do tak eksponowanego kształtu jego czaszki. Dostał od Wiesi jakieś profesjonalne "wcierki" do skóry głowy, ma brać witaminę B compositum i wyciąg  ze skrzypu polnego. I dostał tę czapkę i adres gdzie ma  sobie kupić taka samą jeśli idzie o materiał,  z którego jest  zrobiona. Ta wełna to kaszmir i w niej mu się nie będzie pociła  głowa. I ma z tej korzystać, dopóki nie  zakupi własnej. Nie miałem pojęcia - powiedział Leszek- że teraz fryzjerzy tacy  mądrzy. 

No nie  wszyscy, ale Wiesia jest bardzo nietypowa. Ma za  sobą licencjat z zootechniki i po nim pojechała do Francji, żeby trochę świata zwiedzić i  zarobić. I wynajęła  się jako pomoc fryzjerska, czyli panienka do sprzątania, mycia głowy, podawania kołeczków przy trwałej. A że dziewczę było pracowite i bystre to się okazało, że w lot  chwyta tajniki dobrego strzyżenia. Nie  wróciła już na dalszy etap studiów ale zaczęła tam  się uczyć fryzjerstwa. 

Gdy wróciła do Polski to otworzyła  własny mały  salonik fryzjerski, bo jak mówi- po prostu robi to  co lubi. Tam były raptem dwa  stanowiska do czesania , mini zaplecze i dosłownie  3 krzesełka dla oczekujących. I zawsze trudno  było się tam  załapać na  strzyżenie. Ten salon tutaj  jest spółką, jest w niej kosmetyczka oraz manikiurzystka. A Wiesia zatrudnia jeszcze dwie fryzjerki. Zakochała  się, wyszła za mąż i to nie był dobry pomysł,  bo "gad" jak mówi o swym byłym już mężu,  zdradził ją. Zorientowała  się,  bo jej przyniósł infekcję, której nie łapie się z powietrza, ani z tego, że ktoś ci nakaszlał w talerz. A na basen ani ona ani on nie chodzili.  Już jest po rozwodzie. To mądra kobieta - wynajęła detektywa , zebrał dowody, jedna rozprawa i już była  wolna. Bez awantur i jakiejkolwiek dyskusji. Twierdzi, że ten  związek bardzo negatywnie wpłynął na jej samoocenę i wątpi, czy kiedykolwiek zaufa  jakiemuś facetowi. I mam wrażenie , że jeszcze chodzi na terapię. I ma  rację, ona jest jeszcze  młoda, ale wiem, że nie  zwiąże się z nikim  dopóki nie  zakopie głęboko tego nieudanego związku. Na razie nie przyjmuje do strzyżenia mężczyzn tak  zwanie   z ulicy, strzyże tylko kilku partnerów tych swoich klientek, które zna jeszcze  z  okresu, gdy była  w  śródmieściu. Chyba zrobiłeś na niej dobre wrażenie, skoro ci pożyczyła czapkę. Ona bardzo lubi naszego tatę, bo zawsze taki  zadbany, wyważony. Myślę, że i ty go polubisz.  Planujemy razem z rodzicami zrobić święta wielkanocne na których i ty będziesz, więc  sobie to zapisz , żebyś czasem nie zgłosił się jako ochotnik na świąteczny dyżur w szpitalu.

Mileczku, a zostałbyś z Milenką w sobotę w domu, to ja bym podskoczyła  do Wiesi i odnowiła  swój kolorek i odrobinę podcięła  włosy? No jasne, nie ma najmniejszego problemu - stwierdził Emil. To ja  zaraz rano do niej zatelefonuję i zarezerwuję sobie miejsce.

Leszku, a co z tym remontem- kto to w końcu ma zrobić i co ma  być  zrobione? No ma być pomalowane, więc pani Wanda  mnie namawia, żebym kogoś wynajął i tylko potem przedstawił spółdzielni rachunek. Ale jeszcze tego nie  załatwiłem. A wiesz już jak  chcesz  to wszystko pomalować? Bo jeśli już wiesz, to zaraz  zadzwonię do Stasi, oni wynajmowali jakiegoś malarza do wymalowania tego mieszkania, które wzięli jej  rodzice. Ojej, to byłoby super! Adela  zatelefonowała  do Stasi i w 20  minut później już  miała podane  "namiary na malarza".  Adela podała kartkę Leszkowi mówiąc - zadzwoń do człowieka teraz/zaraz bo to numer stacjonarny i powiedz, że masz ten numer od Arka, nie  zapomnij mu dodać mecenasa przed nazwiskiem.

A co z meblowaniem? Masz jakiś plan?  No po prostu wezmę firmę przeprowadzkową i niech  mnie sami spakują.  Dobrze- powiedziała Adela- w takim razie musisz zrobić plan tego nowego mieszkania i sobie już teraz  zaplanować co gdzie mają tam ustawić. Pomieszczenia ponumeruj rzymskimi cyframi, meble arabskimi. I zrób kilka kopii tego. Spróbuj wziąć tę firmę, z której  my korzystaliśmy. Bardzo starannie wszystkie meble przewieźli. Ich  szef  wpadnie do ciebie, sprawdzi  swym  sokolim okiem ile muszą mieć pudeł i koszy na  twoje rzeczy i jaki samochód  muszą podstawić. Prawdopodobnie pakować w pudła  to będą jednego dnia, drugiego dnia przewozić i rozpakowywać.

Słuchaj  się Adeli, Leszku, ona jest mistrzem przeprowadzek. A to co masz w domu wartościowego to przywieź do nas na przechowanie, pokój dziecinny jeszcze wolny- nie idzie  mi o biżuterię,  ale jakiś chodliwy sprzęt typu elektronika, jakieś narzędzia, oprzyrządowanie. I licz  się  z tym, że ze dwie, trzy  noce z racji przeprowadzki możesz  spać u nas w pokoju gościnnym. Powiedz  mi na kiedy  się umówiłeś, bo ja na te dwa  dni mogę  wziąć wolne -  ty będziesz w mieszkaniu na Powiślu, ja w tym nowym. I zrób ze cztery a nawet 5 egzemplarzy tego planu nowego  mieszkania. I od pierwszego podejścia sprawdź drzwi do mieszkania, bo te spółdzielcze firmowe to kopniakiem otworzysz. Więc trzeba  zacząć od drzwi i porządnych  zamków.

Leszek wyglądał przez  moment jak ryba wyciągnięta z wody, wreszcie zaczerpnął powietrza i powiedział - ty to wszystko mówisz  poważnie?  Adela roześmiała  się - a ty myślisz, że taką przeprowadzkę da się obskoczyć jednoosobowo?  Ocknij  się - musisz zlikwidować do zera jedno mieszkanie, w którym ileś lat byłeś i żyłeś, więc nie ma tam tylko pustych pomieszczeń. W jednym mieszkaniu musisz być ty, w drugim ktoś przez  ciebie  do tego upoważniony. I jeszcze jedno - masz plan tego nowego mieszkania, więc weź  taśmę mierniczą i sprawdź czy podane  na planie wymiary  są zgodne z rzeczywistością.W każdym razie nanieś na plan wyniki pomiarów. Bo często one  są tylko przybliżone. I sprawdź piwnicę, która  do ciebie będzie należeć. Jeśli masz ją wykorzystywać to trzeba do niej zamówić prawdziwe pełne drzwi z dobrym zamkiem. A kiedy dostaniesz klucze do niego?  W poniedziałek albo we wtorek, muszę tylko zdecydować co z tym mieszkaniem na Powiślu- czy je sprzedaję spółdzielni czy na wolnym  rynku. Wiem, że spółdzielni to sprzedam "od  ręki" a na rynku to może potrwać, więc je chcę sprzedać spółdzielni. Mogę pójść na ugodę, że ja im swojego starego mieszkania nie odnowię i mogę  się zgodzić na to, że to nowe  sam sobie odnowię. I to chcę jutro z nimi dogadać. I pani Wanda mi doradziła, żebym to mieszkanie wziął jako spółdzielcze, a dopiero gdy mi spółdzielnia zrobi przelew na konto to wtedy żebym zmienił na  własnościowe wykupując je. I myślę, że mi ona  dobrze radzi.  I naprawdę mógłbym u was spędzić jedną czy dwie  noce? Przecież to dla was kłopot.

Emil popatrzył na niego i powiedział - o ile  się nie mylę to nie trzeba cię w nocy karmić lub przewijać, no ale może ja  czegoś o tobie  nie wiem? Masz za to zagwarantowane, że o 3 nad ranem  nikt cię obudzi, bo mała  już nie je o trzeciej. Je na ogół o 5,30, ale zaraz po jedzeniu zasypia i śpi średnio przeciętnie  do 9,00. Ja pracę zaczynam o 9,00, więc wstaję o 7,30, ale robię to chyba  dość  cicho, bo mała  się nie  budzi, a  Adela tylko na moment, by mi dać  buzi. 

Więc nie ma sprawy, możesz i tydzień tu  mieszkać. My kończymy szychtę o północy, bo wtedy jest ostatnie karmienie. Może ci tylko wanny brakować u nas, bo ją zlikwidowaliśmy, mamy za to dużą kabinę z miejscem do siedzenia. Ręczniki też dostaniesz, ale przybory do golenia i szczoteczkę do zębów to weź własne, kubeczek dostaniesz.

Zaskoczyliście mnie  całkowicie tym  wszystkim, jestem po prostu wzruszony waszą życzliwością - cicho powiedział Leszek. Emil poklepał go po plecach -  jesteś po prostu naszym prawdziwym przyjacielem, a przyjaźń zobowiązuje. My tak właśnie pojmujemy przyjaźń. Większość ludzi mówi o przyjaźni w  aspekcie czysto towarzyskim- wspólne  zainteresowania,  wspólne  spędzanie  wolnego  czasu, ale gdy przychodzi do prawdziwej pomocy to na ogół  wtedy każdy ma ołów  w tyłku i strasznie  ważne sprawy i co najwyżej ci powiedzą, że ci współczują sytuacji, w której  się  znalazłeś. Tyle  tylko, że z takiego  współczucia nic nie wynika.

Adela zmusiła  wręcz  Leszka, by zaraz  zatelefonował do pana  malarza i  uprzedził   go w jakim mniej więcej terminie będzie  potrzebował odmalowania  mieszkania i że dokładny termin to mu poda najpóźniej we wtorek, ale bardzo możliwe, że już w poniedziałek będzie znał termin. Do firmy przeprowadzkowej kazała mu telefonować w momencie  gdy już dostanie  klucze do mieszkania i będzie  wiedział kiedy się  skończy  malowanie. Adela pieczołowicie mu  wszystko zapisywała, żeby  się biedak nie pogubił z tym  wszystkim. Po drzwi do mieszkania Leszek pojechał z ojcem Emila, a piwnica  miała  zostać wyposażona w zdemontowane drzwi od  mieszkania, które zostały wzmocnione od  środka arkuszem cienkiej  blachy.

U Emila i Adeli Leszek spędził trzy noce. Był zupełnie niekrępującym lokatorem. Tak jak planował mieszkanie odsprzedał  spółdzielni.  Nie  mógł  się wręcz nachwalić jak wspaniale go firma spakowała, przewiozła  wszystkie  rzeczy i potem poumieszczała  wszystko na  właściwym miejscu. Najbardziej rozśmieszyło Adelę, że naczynia, które były na  suszarce do naczyń w mieszkaniu na  Powiślu bezboleśnie przeniosły  się  wraz ze  suszarką na Ursynów, przymocowane do niej taśmą. 

                                                                 c.d.n.


sobota, 8 października 2022

Trudny wybór - 123

 Gdy Leszek opuścił po pół godzinie ich mieszkanie Emil stwierdził, że  jest zaskoczony. Czym? - spytała  się Adela - przywiózł ten miód, bo pewnie mu Michał naopowiadał jak ratowałam   miodem swe siły w trakcie  porodu. I naprawdę  ten miód  mi wtedy pomógł. 

No nie, nie idzie  mi o miód, ale  o  panią Wandę - czyżby zrobiła na nim aż tak piorunujące  wrażenie? O ile pamiętam to nie powala urodą, ja to pewnie bym jej nawet na ulicy nie poznał. Adela zaczęła  się śmiać- co za szczęście, że mnie jeszcze  rozpoznajesz nawet z daleka.  Bo ja też raczej  z tych, co nikogo nie powalają urodą.  

Wiesz, znam Leszka już kilka lat, chociaż tak bliżej to dopiero od  chwili gdy zdecydowaliśmy się na dziecko. To bardzo porządny i  wrażliwy facet. I to, że jej pomaga nie ma nic wspólnego z tym, że mu ona "w oko wpadła". On jest lekarzem takim z przekonania,  z powołania, a nie takim  dla  forsy. To, że ma jakie takie zaplecze finansowe wynika z tego, że jego ojciec miał tak zwaną "rękę do interesów" i dobrze inwestował pieniądze, które miał po rodzicach. Jego tatuś był synem młynarza, który  wcale  nie był wieśniakiem. Dziadek Leszka był tak  zwanym człowiekiem  miastowym,  ale zakochał się w pannie młynarzównie i dla  niej opuścił miasto i osiadł na  wsi pomagając teściowi. Gdyby  tatuś Leszka widział jak jego synek często zaniża ceny  swoich usług to by  się  pewnie w grobie przewracał z oburzenia,  ale  nie może biedak, bo jest skremowany.  Leszkowi brak rodziny i dlatego tak  do nas przylgnął. Przecież to przy  tobie  mówił, że nam nieco  zazdrości, że mamy tak  blisko naszych rodziców.  Już nawet pomyślałam, że pierwsze święta wielkanocne naszej małej zrobię u nas,  z rodzicami oczywiście i  zaproszę też Leszka. No i  zapowiem mu to znacznie wcześniej, żeby przypadkiem nie  wziął na święta jakiegoś dyżuru w  szpitalu. Nie  sądzę by rodzice mieli coś przeciw jego obecności.  Myślę, że dobrze by mu zrobiło gdyby znalazł jakąś wrażliwą i wartą jego uczuć kobietę. Weź go do naszej fryzjerki, niech mu ogoli łepetynę  na  zero - będzie lepiej wyglądać  niż z tą resztką  mocno przerzedzonych włosów. On ma ładny kształt czaszki. Tym bardziej, że jak zauważyłam,  ogolone męskie głowy są teraz   w modzie. Niektórzy to nawet mając niezłe  włosy golą je na  zero. I zapuszczają sobie  brody podkreślające kształt twarzy. Ale utrzymanie takiej  brody w dobrym stanie wymaga stałego dbania o nią, czyli częstych wizyt u fryzjera. A tego typu dbanie o siebie to raczej nie w stylu Leszka.

No dobrze wezmę go, ale to ty musisz mu powiedzieć, że ma ze mną iść do pani Wiesi i ogolić się na  zero. On, jak zauważyłem, ma do ciebie ogromne zaufanie. Chwilami przypomina  mi Pawełka, dla którego cokolwiek powie Arek jest święte i niepodważalne. A tak prawdę mówiąc to dla mnie także jest najważniejsze twoje  zdanie. Kocham cię ogromnie i te 10 godzin dziennie bez  ciebie są dla mnie udręką.  Żałuję, że nadal nie pracujemy razem w jednym pokoju.  

Kochany- życie poszło do przodu, teraz jesteśmy rodzicami, mamy cudną "maliznę" do kochania i postanowiliśmy, że te 3 lata do wieku przedszkolnego posiedzę z nią w domu. I tego się trzymajmy. Już minęło pół roku. Nie  mogę powiedzieć, że się napracowałam przy  małej, ale ona rośnie i  wkracza w okres, gdy będzie się zmieniać nieomal  każdego  dnia. Dobrze, że mamy wykładziny dywanowe w  sypialni i w dziecinnym pokoju, przynajmniej  się dziecko nie poobija gdy  zaliczy  glebę. Odkurzacz  mamy fajny, więc nie ma problemu z odkurzaniem. Trzeba   będzie  tylko zabezpieczyć wszystkie kanty - gdzieś widziałam takie ochraniacze ze specjalnej pianki. I regularnie trzeba  sprawdzać kilka  razy  dziennie co leży na podłodze. Bo każde dziecko jest jak odkurzacz- wciąga wszystko co leży na podłodze a dziecięca buzia to narząd rozpoznawczy - co w łapce to zaraz ląduje  w  buzi. Pamiętam jak jedna z koleżanek umierała  ze strachu, bo była pewna, że posiała  gdzieś na podłodze agrafkę, a jej maluch był na etapie raczkowania. Była już gotowa  zapakować go do wózka i lecieć do  szpitala dziecięcego na rtg żołądka i gdy się przebierała znalazła tę agrafkę przypiętą do dołu własnej spódnicy. Nie pamiętała tego, że ją tam przypięła. Wtedy mnie  to nawet  rozbawiło,  teraz to bym rozumiała  co ona przeżywała wtedy.

W poniedziałek, gdy Adela już zakończyła przewijanie małej po południowym posiłku dostała sms od Leszka - "sprzedaję mieszkanie  na Powiślu, biorę kredyt i będziemy sąsiadami. Co prawda nie mogę do was dojechać przez to mini osiedle, ale na około świata, ale jest fajnie."  Adela odpisała- "no to jest  super, wpadnij pod wieczór, czyli około  19,00, będą pierogi, różne".  W kwadrans później dostała drugi sms - tym  razem od Emila - "udało mu  się, bierze to mieszkanie, kazałem mu wpaść do nas wieczorem na pierogi".  Adela odpisała mężowi - "zemrze z przejedzenia, też go  zaprosiłam na pierogi". W piętnaście  minut później chichotali radośnie, że bez  żadnego porozumiewania się  tak  samo działają. 

Leszek przyjechał do nich z .....kilogramem pieczonych kasztanów. Wręczając je Adeli powiedział- kiedyś mi powiedziałaś,  że bardzo lubisz pieczone kasztany. Śmieszne, ale ja też. Te co prawda nie są z Paryża a z jednej z warszawskich galerii, ale  zapewne  też są dobre. Adela popatrzyła  na niego nieco  zaskoczona, podziękowała i powiedziała - masz Leszku pamięć  niczym  słoń, bo jestem dziwnie pewna, że przez ostatnie  cztery lata nie  rozmawialiśmy ani razu o pieczonych kasztanach. No fakt, bardzo dawno mi o  tym mówiłaś i jesteś jedyną ze znanych  mi kobiet, która je lubi. Dziś mi kolega powiedział, że był w jednej  z galerii handlowych i tam, na parterze przy  wejściu sprzedawali pieczone  kasztany, więc po drodze wpadłem tam i jeszcze  były, więc kupiłem. Ta torebka ma w środku wkładkę z alufolii, więc trzyma ciepło. Babka  wrzuciła mi do niej takie świeżo upieczone.A są pieczone prawidłowo, w żarze, nie w elektrycznym piecyku.

A gdzie jedliście te kasztany? - spytał Emil.  Ja w Paryżu, gdy kiedyś tam byłem służbowo. A ja w Berlinie na jarmarku bożonarodzeniowym gdy byłam na protestanckich świętach. Podobał mi się taki jarmark, nawet grzańca do  nich wypiłam i wtedy  mi się ten  jarmark  jeszcze bardziej podobał. Dobry grzaniec nie jest zły - stwierdził Leszek. Chyba tak, a ja  wtedy pierwszy raz piłam grzańca i byłam po nim niemal w stanie nieważkości. Emil uśmiechnął się i stwierdził - nigdy  cię nie  widziałem w stanie nieważkości  wskazującym na spożycie  grzańca lub innego trunku. No to niewiele straciłeś, ja bardzo źle znoszę procenty, nawet piwo. No  chyba  że bezalkoholowe.  Obaj panowie zgodnie stwierdzili, że piwo bezalkoholowe to nie jest piwo a poza tym to oni piwa nie lubią. No a co lubicie z alkoholi?  Dobry koniak i markową whisky - odpowiedzieli razem.  

Dobry koniak to i ja lubię, ale whisky nigdy nie piłam - stwierdziła Adela. Emil zaczął się śmiać - moja kochana żona to wzór oszczędnych  żon - jedna lampka koniaku wystarcza jej na  calutki wieczór. Mam podejrzenie, że ona po prostu tylko język  w nim moczy, ale po czterech , pięciu godzinach jednak jej kieliszek jest pusty. Szalenie ekonomiczna partnerka do picia. Co prawda to zawsze jest koniak z najwyższej półki, no ale to tylko jedna lampka. No i czasem wypije do obiadu w knajpie lekuchne białe wino. Ostatnio to nawet całej lampki koniaku nie wypiła, chociaż to był ten, który lubi- ale to chyba na złość naszemu dyrektorowi, którego niezbyt lubiła.

Ojej, po prostu dziwna jestem i tyle. Do tego, żeby  się dobrze gdzieś na imprezie bawić  alkohol  nie jest mi potrzebny. Przecież nastrój  głównie  zależy od tego z kim gdzieś  się jest a nie od tego co jest na  stole. Poza tym przez wiele lat byłam tak zatyrana, że jeśli nawet gdzieś bywałam  to tylko i wyłącznie służbowo, no a jak  się jest służbowo to się nie pije alkoholu. To sekretarki muszą towarzyszyć swoim dyrektorom i przy  stole?- zdziwił  się Leszek. Sekretarki nie,  ale brałam  udział w programie "asystent dyrektora" i wtedy musiałam  być  cały  czas  "pod ręką", czyli nie odstępować swego dyrektora na krok. Dobrze, że nie musiałam  spać z nim w jednym  pokoju i prowadzać do łazienki. No ale musiałam  chodzić na  służbowe kolacje i obiady. I tak  miałam  szczęście, że mój ostatni dyrektor był kulturalnym facetem i miał córkę z mojego rocznika. Tylko zdrówko miał nieco marne, bo to  cukrzyk był. No i ja musiałam pilnować by leki brał i  nie żarł tego czego mu nie wolno.

Leszek, opowiedz  wreszcie o tym mieszkaniu. Przecież można jeść i opowiadać. Widziałeś to mieszkanie?  Tak. Ono wymaga odświeżenia, bo ono było przez jakiś krótki czas używane, kilka miesięcy. Ci co w nim mieszkali przeprowadzili się na drugie piętro, bo gość, który miał tam mieszkać zrezygnował i podobno wyjechał z Polski. I wtedy ci z tego mieszkania przeprowadzili się na to  drugie  piętro. A to mieszkanie na  czwartym piętrze  jest  niechodliwe bo 4 pokoje z kuchnią z reguły biorą lokatorzy z małymi dziećmi no ale czwarte  piętro bez  windy to średnia  frajda  dla kogoś z małymi dziećmi. No i stoi puste i wymaga odświeżenia, ale ponieważ  ciągle  są "poślizgi" w oddawaniu mieszkań  to nie ma kto tego zrobić.  Teraz najlepszy numer - moje mieszkanie na  Powiślu jest w tej samej spółdzielni co te bloki, więc mógłbym sprzedać je spółdzielni w takim stanie  w jakim jest bo już jest spłacone. Oczywiście nie zapłacą mi za nie tyle co bym ewentualnie wziął na  wolnym  rynku, ale mógłbym wziąć niewielki kredyt i wziąć to mieszkanie. No i to  zapewne  byłoby  szybciej  niż obrót nim na wolnym  rynku i nie  musiałbym  wytrzymywać wizyt chętnych kupców. Ale nie wykluczam, że sprzedam to walące  się domiszcze koło Kamieńczyka, bo jeszcze  trochę a  zawali  się w  diabły. I wtedy kredyt nie będzie potrzebny. Jak  się dziś orientowałem to za ten kawałek  ziemi dostanę tyle, że starczy mi na  dopłatę do tego mieszkania i wpłatę do  spółdzielni na małe mieszkanie dla potomka. No bo skoro nie  chce  się  szczeniak uczyć to niech  idzie  do roboty i  wpłaca  sobie na urządzenie mieszkania. Nie dostanie ode mnie  prezentu w postaci urządzonego mieszkania ale zachętę do usamodzielnienia  się, czyli  zadbania o to, by sobie je urządzić. Dostanie je jako darowiznę, notarialnie. A pani Wanda mi powiedziała, że ona mi załatwi odnowienie  tego mieszkania i być może narai kupca na to moje na  Powiślu- to kwestia tego tygodnia. Powiedziała mi, że pierwszy raz spotkała tak uczynnego lekarza jak ja, co  mnie  nieco  zdumiało, bo raczej wszyscy moi koledzy zawsze pomagają ludziom jeśli tylko mogą. Widocznie  to jest kwestia  rocznika. 

Chyba jednak  to nie jest kwestia rocznika a raczej osobniczych  cech człowieka - stwierdziła Adela. Zdarzają się w tym zawodzie osobnicy, którzy  wybierają ten kierunek  studiów głównie  dlatego, że ich  zdaniem to wielce intratny kierunek. To ci hołdujący tak  zwanej trójcy - ksiądz, prawnik , lekarz - trzy profesje, które  zawsze mają pracę i  zapewniony byt. I  nie  daj  Boże na takich natrafić w życiu, bo na wszystko i  wszystkich  patrzą przez pryzmat  mamony. Najgorsze jest  to, że jedna  taka zakała psuje opinię całej  profesji. Raz  w życiu trafiłam na  taką dentystkę- wmawiała  mi jak choremu jajko, że mam ubytek w zębie. Ponieważ  sobie  z 10 razy  sprawdzałam  sama i niczego takiego nie  znalazłam poszłam do dwóch  różnych dentystów i okazało się, że to wcale nie jest ubytek,  tylko mam nieco inaczej wyprofilowany jeden ząb, ale tam nie ma ubytku. Może kiedyś będzie, na  razie  nie ma, więc nie ma potrzeby plombowania na  zapas, bo to tylko mi zniszczy zdrowy  ząb. A ponieważ jestem  z natury  wredna, to poszłam do tej  dentystki i powiedziałam, że sprawdzałam ten ząb u innych dentystów i ich opinia jest taka sama jak moja i że tam  wcale nie ma  żadnego ubytku. Pani się na  mnie obraziła, co mnie wcale nie  zmartwiło. A na koniec powiedziałam  koleżankom, które mi ją naraiły, co mi się u  niej przydarzyło i babka straciła  w sumie trzy pacjentki.

Generalnie bardzo szanuję lekarzy, zdaję sobie  sprawę jak bardzo trudny jest  to zawód, ile to lat ciągłej nauki i jak musi ciążyć im odpowiedzialność przy diagnozowaniu. I nigdy nie mam za złe lekarzowi gdy powie szczerze, że nie jest w  stanie dać mi w stu procentach trafnej  diagnozy, bo wiele chorób daje takie same objawy, no ale jakby na  to nie  spojrzeć to niemal wszystko można dodatkowo przebadać żeby coś tymi badaniami wykluczyć lub potwierdzić prawdziwość diagnozy.

Leszek bardzo uważnie słuchał i w końcu powiedział- jak na laika w kwestii medycyny ty masz  bardzo dużo wiadomości z tej dziedziny i mam wrażenie, że gdybyś ukończyła ten kierunek byłabyś bardzo dobrym lekarzem. Myślisz logicznie, umiesz  problem obejrzeć z kilku stron, a do tego szybko myślisz i bardzo jasno formułujesz wnioski. Gdy byłem u Arka tośmy cię trochę obgadali - on ma takie  samo zdanie o tobie jak ja i obaj zgadzamy się, że Emil to szczęściarz, że trafił na ciebie. No popatrz- roześmiała  się Adela - a ja cały  czas jestem przekonana, że to ja mam szczęście, że Emil wybrał mnie. Niemal wszystkie kobietki  w biurze uganiały się za nim, mężatki też. Wyobrażam sobie jak odetchnęły gdy odeszłam i został w  swym pokoju sam. I jaki był jęk zawodu gdy odszedł stamtąd.

                                                                        c.d.n.




piątek, 7 października 2022

Trudny wybór -122

 Na południowe  karmienie w dniu wizyty doktora L. Adela zaserwowała dziecku mus z marchewki gotowanej razem z kawałkiem cielęciny. Zamienianiem gotowanej marchewki w konsystencję musu zajął się Emil, przecierając marchewkę przez  gęste  sitko. Wpierw przezornie Adela  spróbowała czy to w ogóle jest jadalne - jej zdaniem to "coś" dawało się zjeść. Łyżkę stołową owego "smakołyku" wlała do butelki ze smoczkiem,  w którym dzień wcześniej zrobiła 3 nieco większe  dziurki. Gdy mała  zaczęła już bardzo energicznie domagać  się  jedzenia, smoczek - gryzaczek  został zastąpiony smoczkiem na butelce z musem. Na  wszelki  wypadek obok  była przygotowana filiżanka z musem, żeby podać go  dziecku łyżeczką. Adela i Emil przygotowani byli na ostry krzyk protestu, ale chyba mała  była już wygłodzona bo tylko na moment zagryzła smoczek i znieruchomiała, w tej chwili  Emil pogłaskał małą  po główce i zaczęła ssać zawartość butelki. W nagrodę po wypiciu musu  z marchewki została przystawiona  do piersi.

Marchewka, którą ugotowała Adela  była "importowana" ( jak  się śmiała Adela) z działki koleżanki Stasi. Działka była daleko od Warszawy i daleko od  szosy. Nooo, nie zostaje  nam nic innego jak zakupienie działki, żeby księżniczka miała smaczną marchewkę - stwierdziła Adela. Oczywiście  rodzice orzekli, że nie ma sprawy, będzie się raz  na tydzień jeździć po marchewkę. Ale teraz to ta ilość starczy zapewne na  dość długo a w razie  czego będzie  się robiło zakupy w sklepie z tak zwaną "zdrową żywnością." Nazwa  "zdrowa żywność"  przyprawiała  Adelę o śmiech. No ale ona i tak  po cichu liczyła na to, że jednak będzie się  wspomagała  gotowymi posiłkami  dla dziecka. Oczywiście zaraz po nakarmieniu małej nadała  do Stasi wiadomość, że Milenka  zjadła  mus  z marchewki i nawet nie pluła, bo dostała go przez smoczek. Odpowiedź  brzmiała - "no i bardzo  dobrze, przyjrzyj  się tej marchwi, to jest  karotka, ona jest  smaczna. Kupuj zawsze karotkę. A księżniczkę od nas  wszystkich ucałuj".

Wizyta doktora L. przebiegła  sprawnie, Emil wlał nawet do kieliszka nieco musu, by doktor ocenił smak- ocena  była wielce pozytywna. Poza tym okazało się, że mała  mierzy i  waży tak jak  potrzeba, można jej ten mus zagęścić ugotowanym, zmiksowanym  ryżem i podawać łyżeczką. Nie widział przeszkód by dawać dziecku gotowe " słoiczkowe" dania, dostosowane do jej  wieku. I stwierdził, że w tym układzie za pół roku będzie mogła jeść razem z nimi  "z jednego  garnka". Wychwalał pod niebiosa  pomysł, że Adela będzie  z nią   w domu  aż do czasu przedszkola. Był bardzo  zadowolony  z faktu, że Milenka nie płacze na widok nieznanego człowieka i śmiał się  gdy Emil powiedział, że mała  wręcz  bardzo lubi gdy w domu jest więcej osób. No nic  dziwnego,  skoro się  każdy  gość  nią  zachwyca.  Ona lada  dzień zacznie  sama siadać - stwierdził lekarz. I to jej łóżeczko pewnie będzie  już zbyt małe, musicie  państwo pomyśleć o większym.  Mamy większe, poinformował lekarza  Emil.  Na razie ona jeszcze  śpi w naszej sypialni i wędruje po  domu razem z łóżeczkiem, bo ono ma kółka. To drugie jest  dużo  większe i wtedy już  nie będzie  z nami spała  w jednym pokoju - będzie spać w swoim pokoju. Ona już teraz   bardzo  się ucywilizowała - ostatnie karmienie jest o północy a pierwsze o 5,30,  a czasem o 6,00 rano. Zje, przewinę, pogłaskam po główce i panienka jeszcze  zasypia. Jakoś mało kłopotliwe z  niej  dziecko - bałam się, że będzie  gorzej.

No jest dobrze, bo dziecko organicznie zdrowe, bardzo zadbane, harmonijnie  się rozwija, ma świetne warunku bytowe to i kłopotu nie sprawia. Nie ciągacie  jej państwo po znajomych i  rodzinie, mała ma ciszę i  spokój i jest otoczona  miłością. Dziecko to wszystko czuje, jest bardzo dobrym barometrem tego jaka jest rodzina. 

Czy mówił państwu Leszek, że przymierza  się do zaniechania swej praktyki prywatnej? Trochę mnie  to zaskoczyło i zmartwiło, no ale to jego decyzja. Tak, mówił, dostał propozycję z kliniki w której rodziłam- powiedziała Adela. Pewnie większość jego pacjentek pójdzie za nim. Ja mu  się  nie  dziwię - własny gabinet pełen drogiego sprzętu trudno teraz  utrzymać. Zwłaszcza , że nie jest chirurgiem w swej branży, on chyba  działa na granicy opłacalności, poza  tym musi  sam pilnować  całego zaopatrzenia. Już  sam  gabinet jego  bez  sprzętu kosztuje, bo czynsz  za mieszkanie wykorzystywane w celach zarobkowych jest dużo  wyższy niż normalnie. Pacjentki już narzekają, że drogo u niego. No to teraz  te , które zostaną pod jego opieką będą miały jeszcze drożej. Tylko jakoś żadna nie zastanawia się, że u niego  są europejskie warunki a nie  rodem z dalekiego wschodu. Jest facet  świetnym cytologiem, b. dobrym  diagnostą, wiele kobiet uratował przed nowotworem a do tego to bardzo kulturalny człowiek.  Przykro mi, że ma taką sytuację i na pewno przejdę za nim do kliniki. Prawdę mówiąc to w jego gabinecie  tutaj to są lepsze  warunki dla pacjentek niż w klinice. Ginekologia to dość specyficzna specjalność i wymaga od lekarza nie  tylko bardzo dobrej wiedzy ale i wysokiej kultury. Bo nie dość, że lekarz działa w  tzw.  strefie intymnej to i trzeba o  tym rozmawiać a to wielu osobom  sprawia ogromną trudność. 

Mam wrażenie, że w każdej specjalności to lekarze  mają w pewnym  sensie pod górkę gdy rozmawiają z pacjentem- stwierdził doktor L. Wcale nie jest łatwo powiedzieć matce, że na przykład źle dba o swoje dziecko bo malec  wygląda jak tucznik, więc powinna zwrócić uwagę na to co  dziecko je i jakie ilości. Gdy ważę dziecko  i  mówię, że za dużo waży to zaraz  słyszę: przecież dziecko  z tego  wyrośnie! Teraz już przestałem tłumaczyć, że utuczone dziecko będzie zawsze za dużo ważyło i będzie  walczyło z nadwagą w życiu  dorosłym. Po prostu wciskam matce  w rękę ulotkę o tym co powinno dziecko jeść i ile. Wiem, że mądra to przeczyta  a głupia wyrzuci.

A Leszek to w waszej trójce zakochany na  całego. Emil  roześmiał  się - jestem w stanie  zrozumieć, że  zakochany jest w moich  dziewczynach, no ale dlaczego i  we mnie? No bo widocznie  jest to takie trio, że nie  daje  się tego rozdzielić - stwierdził doktor  L. Trochę mu  nie  wierzyłem dopóki was nie poznałem - po prostu jesteście  w pewnym  sensie niedzisiejsi. Gołym okiem, bez  szkiełka,  widać że się nie  tylko kochacie  ale i  szanujecie. Leszek traktuje  was jak najbliższą rodzinę. A Milenka jest jego zdaniem  najpiękniejszym niemowlakiem na świecie. I do tego nieomal genialnym bo gdy on do  niej  zagaduje   to zaraz   macha rączkami i  wypina  brzuszek.  Tłumaczę jak komu  mądremu, że to normalne a nie coś niebywałego, ale on ma własne tłumaczenie tego  zjawiska.

Ja to nawet byłem nieco zazdrosny o Leszka - przyznał  się Emil. No bo jak nie być  zazdrosnym gdy ukochana  kobieta  mówi o lekarzu tej specjalności "mój ulubiony  gin"? Dość długo  mi musiała  tłumaczyć, że jest ulubionym  lekarzem, bo u niego  czuje  się  tylko pacjentką a nie kobietą do podrywu. I przestałem być zazdrosny o Leszka gdy  go poznałem i cenię  sobie  jego przyjaźń. I będę się starał by rozstał się z tym gabinetem z jak najmniejszymi stratami, dopilnuję by wszystko dwa  razy przeliczyć i bardzo  dokładnie  obliczyć opłacalność  każdego posunięcia. W takim liczeniu jestem dobry, więc dopilnuję go.

Pan doktor, który "pożerał" kolejne  jednogryzowe ciasteczko zapytał,  czy te ciasteczka to domowe,  czy może  są gdzieś do nabycia.  Adela uśmiechnęła  się i powiedziała - to są tak proste do zrobienia ciasteczka, że bez trudu je pan sam upiecze - ja  zrobiłam je  dziś rano. Wystarczy posiekać 500g dowolnych orzechów, dodać do tego 150 gramów erytrytolu, 2 jajka duże + mielony cynamon do smaku. Piec  nagrzać do 180 stopni.  Składniki  wymieszać, formować małe ciasteczka, kłaść na blachę wyłożoną pergaminem do pieczenia. Piec 25 minut. Po upieczeniu gdy ostygną można posmarować pędzelkiem maczanym  w czekoladzie. Czekoladę gorzką rozpuszczam razem z łyżką oleju kokosowego. Te  są z orzechów  laskowych, ale z każdych  będą dobre. Ja dałam erytrytol, ale można dać cukier trzcinowy albo zwykły. Adela wyrwała kartkę z notesu i  zapisała na niej przepis dopisując - można też ciasteczka  formować gałkownicą do lodów lub  łyżeczką do herbaty. Erytrytol nie podnosi cukru w organizmie. Doktor L. przeczytał przepis i stwierdził, że faktycznie przepis  prosty i pokusi  się o zrobienie takich ciastek.

Umówili się z doktorem L., że spotkają się za 2 miesiące, a gdyby się wydarzyło coś, co zaniepokoiłoby Adelę to skontaktuje  się telefonicznie. No i oczywiście może śmiało korzystać z gotowych dań dla  dzieci.

Ledwo doktor  L. wyszedł od  nich, do Emila zatelefonował Leszek z pytaniem czy może na chwilę wpaść, bo właśnie przywiózł miód od pszczelarza, tego, u którego kupuje miód  Michał. Poza tym rano zawiózł panią Wandę na rtg płuc, bo się jej kończy zwolnienie, ale lekarz rejonowy nie dał skierowania więc Leszek zawiózł ją do swojego szpitala gdy usłyszał w telefonie jak zakaszlała. Dowiózł ją  nieomal w ostatniej  chwili, bo kolega już kończył dyżur. Teoretycznie stan zapalny  minął, ale wg tego lekarza powinna jeszcze z tydzień pobyć w domu po tych antybiotykach, więc zapisał ją do siebie na wtorek rano i wtedy porobi się jeszcze analizy i dostanie jeszcze 9 dni zwolnienia, by do siebie  doszła. Pozapisywał jej całą furę leków wzmacniających. Więc będzie tak, że pani Wanda na jeden dzień pójdzie do pracy i w ten dzień czyli w poniedziałek do spółdzielni wpadnie Leszek, podjadą samochodem obejrzeć to mieszkanie, a we wtorek rano Leszek zawiezie ją do lekarza, potem odwiezie do domu. W trakcie tych opowieści wypakował z torby 2 litry miodu. Oczywiście zaraz  został zapytany co mu  się na mózg rzuciło, że przywiózł tyle miodu, więc dowiedzieli się, że to dla  nich i dla ich rodziców. A słoik z niebieską zakrętką to miód  dla Milenki, reszta jest dla dorosłych. Na razie niech jeszcze  nie je miodu, ale gdy skończy rok to już można go podawać do picia , 2 łyżeczki na 100ml letniej wody. Po prostu ten miód zaczeka na  Milenkę. Niektórzy podają i młodszym  dzieciom miód, ale ponieważ miód zawiera  nieco pyłku to niektóre  dzieci uczula. Co prawda ani Adela ani Emil nie są  alergikami, więc teoretycznie  mała też nie powinna być. No fajnie, dzięki stary, a teraz  ile mam ci za ten miód zwrócić? 

Leszek popatrzył na Emila i powiedział - jak mi wyliczysz ile mam  zwrócić za regularne objadanie  was i za  zabieranie  wam czasu moimi problemami, to ja  ci powiem ile masz  dać za miód. Pozwól mi  się czuć fragmentem waszej rodziny, nie odzieraj  mnie ze złudzenia, że jestem w tej  rodzinie. Lepiej mi powiedz czy był u was L. i jak  znajduje Milenkę? 

No ale i bez tego miodu jesteś fragmentem rodziny, wiesz? Taki ekstra miód przecież kosztuje. A co do doktora L. - następna  wizyta  za 2 miesiące, mała w najlepszym porządku. L. dostał od Adeli przepis na ciasteczka- masz szczęście, że rano z powodu zaspania przygotowałem więcej orzechów i wyszło  więcej ciasteczek, więc jeszcze nieco ich ocalało. Ale ciasteczka to będą dopiero po obiadokolacji. A dziś na obiadokolację mamy naleśniki- my, jako że nie karmimy niemowlęcia mamy naleśniki z mięsem i soczewicą, a matka karmiąca z mięsem i warzywkami, czyli z marchewką i pasternakiem. Do tego jest barszcz czerwony na rosołku Adeli. 

I wyobraź sobie, że dziś mała jadła mus z marchewki ugotowany na adelczynym rosołku, a dopiero potem dostała mleko mamy. A z nowin- doktor L. stwierdził, że może mała  dostawać obiadki ze słoika, te co są w Rossmannie. No i to bardzo nas ucieszyło - przecieranie marchewki przez bardzo gęste  sitko to żadna frajda. 

Leszek uśmiechnął się - swojemu nie przecierałem ale tej kruszynce mógłbym przecierać, jakby co. Analizowałem dziś  warunki, na których mógłbym przejść do Kliniki oraz  warunki mego leasingu. Najlepiej byłoby dla mnie gdyby ktoś odkupił ode mnie całość- lokal i całe  wyposażenie, które jest w  leasingu. Dam ogłoszenie w prasie medycznej, poza tym rozpuszczę wici. Ursynów jest  całkiem  dobrą lokalizacją no i się rozrasta. Gdy Hania sprzedawała mi to  wszystko to mogła przebierać w chętnych. Ale wybrała mnie. Jak zauważyłem jest teraz sporo młodych, nadzianych z domu. Jakoś bardziej optymistycznie na to wszystko patrzę. Oczywiście zabiorę to wszystko co było moje, spłacone.

                                                                      c.d.n.

 


środa, 5 października 2022

Trudny wybór - 121

 Po "karnej  kolacji", jak to określił  Emil,  sam  pozaznaczał na   planie Ursynowa wiele miejsc, które zapewne będą przydatne Leszkowi, gdy uda mu  się przeprowadzić  na Ursynów. Plan  był bardzo kolorowy, bo Adela, gdy go z wielkim zacięciem sporządzała, to różnymi  kolorami  oznakowała ciągi piesze i ciągi "samochodowe".

Leszek z wielką uwagą wpatrywał się w jej "dzieło", w końcu stwierdził:  czy ty aby  nie kończyłaś kartografii? Ale wiesz,  zauważyłem, że tu nie ma drogi do mojego  gabinetu. Adela wzruszyła ramionami - a po co miałam go zaznaczać skoro trafiasz  do nas bez problemu. Pozaznaczałam to co nam  jest potrzebne, bo robiłam to dla  nas i  dla rodziców. Jak będziesz grzeczny i ładnie poprosisz to rozszerzę o taki kawałek by objęło i twój gabinet.Tyle  tylko, że wtedy to już będzie płachta.

Popatrz, tu na  dole  są odnośniki do cyferek - tłumaczył Leszkowi Emil. Na planie  dla  ciebie  nie zaznaczyłem np. zakładu fryzjerskiego,  z którego my korzystamy, sklepu , w którym można  nabyć lub  zbyć używany sprzęt dla   maluszków, nie  zaznaczyłem też przychodni dla maluszków. Ale masz tu taki punkt,  w którym można zamówić projekt np.  kuchni. Arek tam sobie  kuchnię zamawiał i przy okazji naraili  mu wytwórnię mebli, które ma  w chałupie. Z czasem to ty tu sobie pozaznaczasz różne inne tobie przydatne miejsca. Ale jest  tu punkt,  w którym można zamówić żaluzje do okien.  Leszek wpatrywał się w ten dość  oryginalny plan , w końcu zapytał - a powiedzcie mi jak ten plan robiliście?   

Nie  domyślasz  się?- zdziwiła  się  Adela. Dość prosto - uwiodłam pewnego faceta o imieniu Konrad i zeskanował mi plan Ursynowa powiększając  go potem . A dał się uwieść bo znamy się od pierwszej licealnej. Jest fotografem ( a poza  tym chemikiem), pracuje rzut beretem od nas. Nie  wnikałam w szczegóły jak to zrobił, grunt, że zrobił.  Ooo, zobacz, tu jest zaznaczony na planie jako "fotokonrad".  Facet montował dziewczynkę a wyszło mu  z tego trzech chłopców- jeden plus dwojaczki. Ale zdjęcia  robi fajne. Na wiosnę umówimy się  z nim na jakąś sesję zdjęciową  z Milenką.  Na jego zdjęciach to nawet ja chwilami wypadam nieźle.

Ten plan ma jeden feler, bo nie ma  tu podanych odległości w metrach. Ja to robiłam głównie dla siebie i cioci Helenki i wiem ile minut  mi zajmuje droga piechotką lub  samochodem. No a piechotką to znaczy na  szpilkach. Ty na  swoim planie możesz  sobie doświadczalnie to sprawdzić i nanieść sobie  czas potrzebny  tobie. Dam ci jeszcze jeden plan, taką płachtę pt. "plan Warszawy". Też skan, ale na nim Ursynów nie jest powiększony. Moim zdaniem rzecz przydatna,  bo masz  drogi dojazdowe  do Ursynowa. Niedługo i tak będzie na pewno potrzebny nowy plan Warszawy, bo miasto się niesamowicie rozrasta. Popatrz- jeszcze  trochę a Las Kabacki stanie się skwerkiem Ursynowa - przecież  końcowa czy też początkowa stacja metra jest tuż pod lasem. Mnie to trochę przeraża - bo takie miasto-moloch robi  się z Warszawy.  Przejedź się kiedyś samochodem do Konstancina - tam po drodze jest coraz  więcej nowych osiedli domków jednorodzinnych. Ci co tam już mieszkają narzekają, bo rano mają problem  by się wydostać na  szosę prowadzącą do Warszawy. Problemem jest również kwestia wyjścia z dzieckiem  w wózku na spacer - osiedle jest otoczone murem , a poza  murem szczere pole nieużytków i  nie masz  dokąd z tym dzieckiem  w wózku pójść, bo poza  murem jest tylko kawałek  asfaltu do  szosy.  Popatrz- buduje się Miasteczko Wilanów. Ani się spostrzeżemy i dotrze do Ursynowa poprzez Błonia Wilanowskie. Po obu stronach Puławskiej coraz  więcej nowych osiedli domków jednorodzinnych. Budują nawet na terenach dawnych stawów rybnych, które są  teraz  zasypane,  ale teren nie jest zdrenowany.  Pobudowane  są osiedla pomiędzy Wilanowem a Wisłą - niby fajne, ale przy wysokim  poziomie  Wisły i dużych opadach w garażach  podziemnych stoi woda.

Przez moment chcieliśmy mieć domek dla nas i rodziców, ale  tereny pod zabudowę coraz droższe, domki coraz  mniejsze a ogródki niewiele większe od  naszego. I na początku każde takie osiedle to kara za grzechy, bo masz tylko domek, nie masz na takim osiedlu niczego- ani sklepu, ani  szkoły , ani przedszkola  czy żłobka. Komunikacji miejskiej to też  z reguły  wtedy  nie ma.  I dwa razy  dziennie wpieniasz  się jadąc do śródmieścia i wracając stamtąd, w końcu kupujesz na raty drugi samochód i toniesz w długach spłacając kredyty. Mieszkamy w bloku, ale mamy wszystko niemal w zasięgu ręki. Byłoby fajnie, gdyby Arek jednak utworzył kancelarię na Ursynowie. Już sobie ze Stasią wyobrażamy jakby nam  było dobrze  wtedy.  

Emil zaczął się  śmiać - Arek już ma nawet wizję- będziecie obie zatrudnione, ale będziecie raczej na  wyposażeniu Kancelarii a nie w niej  fizycznie, Stasia  zwłaszcza, bo Arek ma dość konserwatywne spojrzenie na pracę zawodową kobiet. Jego kobieta ma być głównie  żoną i matką i ma  się nie przemęczać. Co do ciebie - marzy mu się byś była jego prawą ręką, a mnie tylko trochę wspomagała bo przecież już pracowaliśmy razem. I  z moich opowieści wie, że jednak muszę mieć wsparcie gdy się biznes rozwinie, bo się przecież nie  rozdwoję.

Oczywiście na  samym początku Ursynów nie zachwycał, nie  było sklepów, ale to była inwestycja miejska, państwowa a nie  osób prywatnych budujących na terenach wykupionych przez prywatnych dealerów. A teraz  to niemal miasto w mieście.

Leszek ciężko westchnął. Bardzo chciałbym mieszkać blisko was. Mam cichą nadzieję, że może jednak znajdzie  się coś na tym Ursynowie. Może pani Wanda wkrótce wyzdrowieje i coś się ruszy z mieszkaniem. Czeka mnie  sporo myślenia -  pociąga mnie perspektywa zaprzestania własnej praktyki, bo prawdę mówiąc to jestem  już nieco  tym zmęczony, bo wszystko jest na mojej głowie. Pracując w klinice nie będę  się musiał martwić o to, o co muszę teraz. I mam wrażenie, że finansowo nie będzie  mi  gorzej,  za to będzie mniej spraw na  mojej głowie. Teraz wszystkie  sprawy organizacyjne muszę  sam załatwiać. Bo pani recepcjonistka niestety nie jest  aż tak zorganizowaną osobą.  

Adelko,  a ty znasz tę panią Wandę?  Adela skrzywiła się - trudno powiedzieć, że ją znam,  ale w moim odczuciu to jest najbardziej kontaktową osobą z tych pań kręcących się w Spółdzielni.  My to  chyba  mieliśmy szczęście z tymi mieszkaniami, bo fakt że  sąsiadują z przychodnią lekarską zrażał wiele osób,  ale ona pokazała nam na planie budynku  jak to sąsiedztwo wygląda i jeszcze  powiedziała jacy tam specjaliści urzędują no i że wejścia do przychodni i części  mieszkalnych nie pokrywają  się. I  była na tyle  miła, że poszła z nami na ten  rekonesans. Przy okazji okazało się, że i ta  szkoła nie bruździ, bo nie jest  wcale tuż za płotem a boisko na którym ewentualnie wydzierają  się dzieciaki nie jest na  wprost naszych mieszkań. No i całkiem niezłe jest to, że tak zwane podwórko naszego bloku nie jest parkingiem i nie ma  spalin pod oknami i porannego rozruchu samochodów.

Leszku - masz  przecież namiar na jej komórkę. Jesteś lekarzem, nie  szkodzi, że nie internistą, więc możesz w ramach  troski zaniepokoić się, że tak długo choruje i dowiedzieć  się,  czy może trzeba ją do jakiegoś  speca skierować. Masz w szpitalu,  w którym pracujesz przychodnię, więc  w razie  czego poprosisz któregoś  z kolegów by ją przyjął i przebadał. Z tego co pamiętam w twoim szpitalu jest sporo oddziałów, w każdym  razie jest interna. Bo teraz bez  znajomości to  się trudno do państwowego lekarza  dostać, zwłaszcza do specjalisty. Takie wykazanie  troski w dzisiejszych  czasach jest oceniane  znacznie  wyżej niż pudło czekoladek Wedla lub flakon modnych perfum. Czekoladki  mogą  być niewypałem bo może kobieta dba o linię a dany  zapach może jej  wcale  nie urządzać, bo go nie lubi. Ja na przykład  wcale nie byłabym zachwycona perfumami, co najwyżej pomyślałabym, że będzie to tak  zwany "prezent przechodni" - przejdzie ode  mnie  w inne ręce.

Leszek spojrzał na Emila i zapytał - czy ty słyszysz co  Adela mówi? Słyszę i skorzystaj z jej rady. Słyszę również, że jaśnie panienka gada  sama do siebie.  Adela wstała  z krzesła- to ja do niej idę, a ty Mileczku przypilnuj, żeby zatelefonował do  tej  kobiety.  Idę karmić, to ostatnio moja główna rola w tym  domu.

Adela  wyszła, a Emil powiedział- to dzwoń do tej Wandy,  Niemcem nie jesteś, to może zechce z tobą rozmawiać. Leszek spojrzał na niego-  nie rozumiem o co ci idzie. O imię tej  babki - Wanda -ona    nie chciała Niemca - pamiętasz  jakiś taki dziwny wiersz czy też czytankę? A tak, już  załapałem. Tylko nie wiem dlaczego  nie chciała. Bo to dawno było - roześmiał się  Emil. Jeśli cię moja obecność peszy to mogę pójść do dziewczyn. No coś ty,  zostań. Bo inaczej  Adela  nie uwierzy, że zadzwoniłem. No ale ona ci z tego powodu nie wleje, nie uważa  bicia za metodę wychowawczą - śmiał  się Emil. Leszek jęknął - ale mogłaby mnie  skreślić z listy osób  z którymi chce  rozmawiać.  W końcu odnalazł  "namiar" na  panią ze spółdzielni i zatelefonował. Już miał zamiar uznać, że nie odbiera telefonu, ale jednak  odebrała.  Leszek przedstawił  się i przeprosił, że  zakłóca jej  spokój, ale jest  zaniepokojony, że tak długo  choruje,  więc dzwoni by się  dowiedzieć,  czy  nie trzeba jej pomóc choćby tylko w dostaniu  się do jakiegoś specjalisty. Okazało się, że pani Wanda ma zapalenie płuc, już załapała antybiotyki  w postaci zastrzyków, ma jeszcze cztery zastrzyki do przyjęcia i jeszcze  tydzień zwolnienia. Leszek się trochę "rozkręcił", bardzo dyplomatycznie  wypytał  się,  czy może jej  jakoś pomóc, na przykład robiąc zakupy, ale stwierdziła, że zakupy  to robi jej sąsiadka a siostra gotuje. Leszek udzielił jej kilku światłych  rad, między innymi prosił by robiła ćwiczenia oddechowe i  nie  leżała plackiem ale ciepło otulona siedziała. Pani  Wanda powiedziała, że jego recepcjonistka do niej telefonowała,  no ale ona już zawiadomiła recepcjonistkę, że niestety  jest  chora i  że termin  wizyty będzie  mogła uzgodnić gdy  już wyzdrowieje. Leszek poprosił by zatelefonowała  do niego bezpośrednio i wtedy on sam zdecyduje o terminie  wizyty, oczywiście poza  kolejnością. Emil podsunął Leszkowi kartkę z tekstem - powiedz, że jesteś u nas i że wciąż jesteśmy szczęśliwi, że nam te dwa  mieszkania wskazała. I pozdrów od nas.  Leszek posłusznie przekazał wpierw  pozdrowienia i potem  dopiero powiedział, że właśnie jest u nich, bo to jego dobrzy  przyjaciele. Pani Wanda pozachwycała  się całą rodziną i tym, że młodzi  chcą mieszkać  blisko rodziców co ostatnio jest raczej rzadkością  a całkiem już wyluzowany  Leszek powiedział, że rodzina  się powiększyła i jest na świecie śliczna dziewczyneczka. I że on  w tej ślicznotce, która lada dzień  skończy pół roku jest  zakochany i żałuje, że nie mieszka blisko przyjaciół, bo obserwowanie takiego maleństwa to jest wielka   frajda. 

Panie doktorze, na tej samej ulicy, ale  już  za szkołą jest jeszcze jedno mieszkanie, ale też czteropokojowe. Nie wpadłam na to, że panu by takie mieszkanie odpowiadało.  I też jest w niskim budynku, ale chyba  na czwartym piętrze. Utkwiło mi w głowie, że pan chciał trzy pokoje. To ja  zaraz jutro rano zatelefonuję do koleżanki by przyblokowała to mieszkanie, a gdy wrócę do pracy to możemy je obejrzeć. To jest dosłownie na  wprost tego bloku w którym  mieszkają  pana  znajomi, ale już  za terenem szkoły i blisko Ciszewskiego. I oczywiście jest to ta  sama wewnętrzna ulica. Na odcinku, na którym  mieszkają pana znajomi są numery parzyste tej ulicy, a nieparzyste po drugiej stronie szkoły. Leszek wymienił jeszcze z panią Wandą mnóstwo uprzejmości i  zakończyli  rozmowę.

W międzyczasie do kuchni Adela przywiozła Milenkę, która teraz najedzona i przewinięta  rozrabiała w  swoim łóżeczku, co chwila demonstrując chęć znalezienia  się na rękach taty. Ona jest niemożliwa- stwierdził Emil - najbardziej mnie  rozśmiesza gdy leży z wyciągniętymi do  góry nóżkami i rączkami,  zupełnie jak psiak gdy się bawi z człowiekiem. No a jak ci ma  powiedzieć, że chce byś ją wziął na ręce, przecież jeszcze nie mówi- śmiał się Leszek. A brzuszek ma po jedzeniu ciężki więc  nie robi mostka.

Leszku, rozmawiałeś z panią Wandą? Rozmawiałem. No i  co? Powiedziałem,  bo mi Emil kazał, że ją pozdrawiacie, że macie  córeczkę. Ona ma  końcową  fazę zapalenia płuc, bierze  zastrzyki. A gdy wróci do pracy podskoczymy obejrzeć takie jak wasze mieszkanie i żeby było śmieszniej jest na tej samej ulicy,  ale po drugiej  stronie terenu  szkoły. I najprawdopodobniej jest na  czwartym  piętrze. I najzabawniejsze-po tej waszej stronie  ulicy są numery parzyste budynków a po drugiej tylko nieparzyste. 

O kurcze! Przebili nawet Zakopane.  Ten od adresowania nie był z  Zakopanego! Może z Bukowiny  albo z Białki Tatrzańskiej- śmiała  się Adela. I zaraz  wytłumaczyła Leszkowi o co  chodzi. Leszek sobie od  razu przypomniał, że gdy był kiedyś w Berlinie to spotkał się z jeszcze  zabawniejszą numeracją - budynki były numerowane kolejno od początku ulicy do jej końca po jednej stronie i po drugiej stronie kolejno "zawracały". I Leszek tym sposobem zupełnie  niepotrzebnie przewędrował od numeru pierwszego do czwartego od końca, który był nieomal na wprost numeru 2.

No jeśli tam  zamieszkasz  będziesz miał blisko do L'Eclerca i do kina- stwierdził Emil. Przede wszystkim to będę miał do was blisko - stwierdził Leszek. Ciekawe jak  tam z miejscami do parkowania. No pewnie jak na całym Ursynowie, czyli dość kiepsko. Tu podobno mieszka sporo osób niezmotoryzowanych, ale  nie  z powodu przekonań ekologicznych  tylko z braku pieniędzy po otrzymaniu mieszkania, bo bardzo długo się budowały i  drożały  z roku na rok. Ale być może, że spodobasz  się Wandzie i ci wykombinuje, tak jak nam, jakieś miejsce.  Niekoniecznie blisko domu, my do  swojego "prostokąta" mamy około kilometra. O właśnie- muszę nasmarować  zamek  blokady, bo ciężej chodzi. Zrobię to w  sobotę rano. A w sobotę to  chyba przychodzi  do nas doktor L., o ile dobrze pamiętam. Dobrze,  kochanie,  pamiętasz. Muszę upiec jakieś ciasteczka "jednogryzowe."  Jakie? - zdziwił się Leszek. No orzechowe, na jednego gryza. Szybki proces produkcji, więc je zrobię w sobotę rano. Nie umiem piec ciasta, bo nie lubię ciast, ale lubię różne małe ciasteczka. Mam przepis na ciasteczka marchwiowe i muszę go też wypróbować. Maleństwo, a może byśmy zrobili chipsy serowe? Bo dawno już ich nie było.  Byśmy zrobili gdybyśmy  mieli 3 rodzaje  sera, najlepiej sera  już  "zwiórkowanego". Trzeba po prostu  pamiętać o  tym robiąc  zakupy. Zostawimy Milenkę z rodzicami i sami pomkniemy na  zakupy. Prawie pół roku nie byłam na  zakupach w L'Eclercu, bo albo je robię  w trakcie  spaceru gdy są rodzice ze mną na spacerze albo ty je robisz sam. Zdziczałam przy dziecku.

                                                                      c.d.n.


 

Trudny wybór - 120

 W ostatnim tygodniu  lutego wypadała wizyta  kontrolna dr. L. Kilka dni przed  wizytą Emil zatelefonował do lekarza by ustalić godzinę wizyty i jej  miejsce - oni z dzieckiem  do lekarza,  czy może lekarz  do  nich  do  domu przyjedzie. Lekarz stwierdził, że to jednak  on przyjedzie  do małej - jest  zima, dzieciaki chorują i niestety te  chore też  bywają w  jego gabinecie, więc będzie lepiej gdy to on  do nich przyjedzie i to znów w  sobotę,  bo w ten  dzień on  nie przyjmuje małych pacjentów. Dzień wcześniej przed wizytą  Leszek wpadł do nich z......wagą niemowlęcą. A skąd ty ją  wziąłeś?- dopytywał się Emil. Wypożyczyłem- okazuje się,  że teraz można  wypożyczyć  niemal cały sprzęt medyczny, nawet łóżka z osprzętem elektronicznym i sprzęt rehabilitacyjny. A dowiedział się o  tym przypadkiem od jednej ze  swoich pacjentek, której córka pracuje w takiej wypożyczalni. Emil od  razu chwycił za portfel, ale Leszek twierdził, że wypożyczenie wagi to "istne grosze" - to raz,  a dwa , że w takim razie on im  zwróci pieniądze za paellę, która dostał "na zaś".   

Adela stwierdziła, że w takim  razie za karę zje  z nimi kolację czyli pierogi. A jeśli mu będą  smakowały to dostanie adres gdzie może je kupić. A Emil dodał - i powiem ci, gdzie  można  kupić pyszne  wędliny, marynowane śliwki, domowe kopytka i cała masę dobrego żarciuszka oraz lody Grycana, czyli tego człowieka, który kiedyś  miał "Zieloną budkę",  a który przez  swą naiwność ją stracił. Adelko, kochanie moje, masz jeszcze z jeden wolny plan Ursynowa? To mu zaznaczę cyferkami gdzie co jest i napiszę "legendę"- stwierdził Emil.

A ja dziś podjęłam pewną decyzję - nastawiłam  się dziś na zrobienie dla małej marchewki, ale po długim namyśle zrezygnowałam i postanowiłam, że będę kupować  dla niej gotowe posiłki w słoiczkach. Bo nie mam nawet  bladego pojęcia jaka jest ta marchew, którą kupuję w warzywniaku. Uprzytomniłam  sobie, że za każdym razem gdy robię surówkę z marchwi muszę dodawać różne ilości przypraw, żeby była dobra. Co zabawniejsze, to nie jest tak, że np. marchew ze sklepu "A" jest smaczniejsza niż ta ze sklepu "B". W kilogramie kupionym w sklepie "A" są lepsze i gorsze smakowo marchewki. I nie mam pojęcia czy naprawdę jest to marchew wyhodowana we właściwych warunkach czyli bez pestycydów. I oczywiście  nie mam możliwości zbadania jaka jest ta marchew. A te warzywa, owoce i inne produkty używane  do produkcji posiłków dla  niemowląt są jednak kontrolowane pod  względem bezpieczeństwa. Obaj chłopcy Stasi wyhodowali się na tych słoiczkach i nigdy nie  mieli problemów jelitowych i fajne z nich dzieciaki  wyrosły.  Leszku,  a Arek rozjaśnił ci  coś w głowie? 

Co do obowiązku alimentacyjnego - oczywiście  prawo jest w tym przypadku nieco niejasne. Bo rodzic ma obowiązek łożyć na  dziecko niemal  do końca jego życia, jeżeli owo dziecko nie jest w stanie  się utrzymać. A o ustaniu obowiązku alimentacyjnego decyduje sąd. Arek namawia  mnie by zrobić jednak badania genetyczne. Bo skoro chłopak ma takie  niedorzeczne pomysły to powinienem  się ustrzec przed płaceniem alimentów gdy już będzie  dorosły a nadal nie samowystarczalny finansowo. Mdli mnie na  samą myśl o rozmowie z byłą na ten temat. Co ciekawe prawo europejskie a polskie nieco  się różnią. Polskie  nie daje możliwości automatycznego zablokowania dziedziczenia po mnie dziecku, gdy po latach okaże  się, że nie jestem jego biologicznym ojcem. 

Nie dziwię ci się - stwierdziła Adela. Ale jest jeszcze coś takiego jak testament, w którym można zastrzec, że może po tobie dziedziczyć tylko wtedy gdy jego DNA będzie zgodne  z twoim. Wtedy  nie ucierpi twoje ewentualne  dziecko z innego  związku. A dokumenty złożysz w kancelarii prawniczej, o czym oczywiście wcześniej poinformujesz byłą i  chłopaka.  Nie mniej wydaje  mi się, że powinieneś  jednak z byłą porozmawiać. Nie będzie to miłe, ale jeśli tego  nie wyjaśnisz z nią, to wcale  nie będzie  ci lżej,  to będzie  ciągle ci  chodziło po głowie. 

No a z panią Wandą się widziałeś?  Nie jeszcze, bo jakaś grypa chodzi po Warszawie i pani Wanda już drugi  tydzień złożona niemocą. W moim szpitalu wstrzymane są odwiedziny, zresztą nie tylko w moim, chyba już w  większości szpitali.  Poza tym jestem w toku rozmów odnośnie przejścia do kliniki - gdy się zdecyduję to będę sprzedawał gabinet z wyposażeniem, bo część już jest moją własnością a to co jest w leasingu przejmie nowy właściciel albo ja wykupię i wtedy sprzedam na wolnym  rynku.  Jak widzicie "dzieje się", nie jest  nudno.

A powiedzcie  mi co u małej  księżniczki?  Starzeje się- zaczęła pełzać, bardzo lubi własne paluszki u nóg ciamciać, dużo leży  na brzuszku i  sama się przewraca z plecków na  brzuszek. I gdy chce by ją wziąć na ręce to robi  mostek. Łepetynkę ślicznie trzyma i chyba jej kupimy leżaczek do karmienia, bo wygodniej będzie  wtedy karmić ją łyżeczką. No i gadułka się z niej  robi. Uwielbia obrywać nam uszy i obgryzać Emilowi brodę. A obślini  go przy tym tak, że ma biedak dodatkowe mycie. I chyba kupimy jej taką   "matę edukacyjną", którą się kładzie na podłodze i nad  dzieckiem są zawieszone różne zabawki. A rodzice już "polują" na ciepły podkład pod tą matę. Wpierw myśleli o futrzanym dywanie,  ale ja  się boję, że taki futrzak może uczulać. Gdy poczytałam o obróbce skór futrzanych to wolę, by mała  nie  miała z nimi kontaktu- strasznie  dużo chemikaliów  jest przy obróbce.  Teoretycznie ta mata edukacyjna ma taki wałeczek dookoła, by dziecko było odizolowane od podłoża, ale lada  dzień dla tej  małej wiercipięty to nie będzie przeszkodą nie do pokonania.  Wypełznie z tego. Śmiejemy się, że jeszcze  trochę a wyleci z naszej sypialni do własnego pokoju, żeby nie komentowała  tego co robimy. Gdy będzie miała rok to już będzie  mogła spać w oddzielnym  pokoju. No, jeszcze  trochę a się ocknie z głodu.

A powiedz mi jak ci się Arek widzi?  Fajny facet, rzeczowy. A ich chłopcy rewelacyjni - i tacy naprawdę grzeczni. Starszy przedstawił młodszego mówiąc "a to jest mój młodszy brat Piotruś,  ma już cztery lata, a ja jestem Paweł i chodzę już do  szkoły". I faktycznie mówią do Arka "tato". I widać, że go kochają. Stasia urzędowała w kuchni i słyszałem jak przepytywała  starszego czy wszystkie lekcje są odrobione, czy plecak spakowany i żeby sprawdził, czy spakował tylko to,  co potrzebne do szkoły i  nie brał zabawek. Adela śmiała  się - biedny Pawełek- rodzice  nie pozwalają mu brać  do szkoły kart do jakiejś gry, bo dwa razy  wziął i potem w  domu okazało się, że kart brakuje i że trzeba kupić  nowe. Nie szło o wydatek, ale o to, że dzieciak jeszcze  nie potrafi zadbać o  swoją  własność. Bo Arek nie ma węża  w kieszeni i jak  go znam to pod choinką będzie stos  zabawek.  On miał fatalnego ojca i chce  być dla  dzieci takim ojcem, o jakim on  sam  marzył- czyli zrównoważonym, pilnującym  by chłopcy mieli to co im potrzebne i to co ich interesuje i by było to zgodne z ich wiekiem, temperamentem i usposobieniem.

Lubię Arka, choć  czasami się z nim nieźle kłócę. Ale mam u niego specjalne względy, odkąd poznałam go ze Stasią,  bo szukała prawnika. Powiedział Emilowi, że dzięki mnie poznał Stasię, więc mogę od  niego żądać wszystkiego. Powiedziałam, że to nie moja zasługa, raczej tego nieudanego ojca chłopców, który się zalał i uderzył małego w buzię na  tyle  mocno, że pękł mu  wewnątrz buzi policzek. Dzieciak po nocy uciekał od ojca do  domu, całą drogę biegł, bo się bał, że ojciec go dogoni i stłucze. Stasia wezwała policję, zrobili obdukcję i pojechali do tego łachmyty, więc jest dobry protokół jako podkładka do odebrania mu praw rodzicielskich.  A Arek chce adoptować chłopców. I nagle będzie  miał dwójkę dzieci na utrzymaniu gdy ten łachmyta utraci prawa rodzicielskie.

A nasi rodzice opiekowali  się chłopcami gdy  była wielka przeprowadzka, czyli gdy  Stasia przeprowadzała  się do Arka a jej rodzice do pobliskiego budynku i mówili, że chłopcy  są bardzo, bardzo zdyscyplinowani i nie było z nimi najmniejszych kłopotów. Oni nawet  byli u nas gdy wróciłam ze  szpitala  z  małą. Trochę byli przerażeni  tym, że oni też  kiedyś  wyglądali jak lalki. Stasia się śmiała, że przez Milenkę sami dopominali  się mycia rąk. Byli  wyraźnie  wstrząśnięci widokiem kilkudniowego dziecka.

Leszek wpatrywał się  w nią - dajesz mi wciąż dużo  do myślenia.Chyba jednak odpuszczę  sobie temat czy jestem ojcem juniora.  Uporządkuję swoje  sprawy i może tylko zrobię testament z tym zastrzeżeniem o którym  mi powiedziałaś.  Bardzo wątpię w to, że była powie mi prawdę. To  już stara sprawa, niewiele  mi to  zmieni  w moim życiu. A gdzie jest Emil?  Pewnie ogląda jakiś sport w salonie albo drzemie w  sypialni czekając aż się Milenka obudzi.  Mam poważną konkurentkę do serca Emila. Leszek uśmiechnął się - kocha  was obie  tak samo. A ja się cieszę, że udało się "zmontować" dziewczynkę. Co prawda mówił, że mu obojętne jakiej płci będzie  dziecko, ale tak po  cichutku marzył żeby to była  dziewczynka.

Ja to  tylko chciałam, żeby się dziecko  nie darło w nocy, ale się cieszę, że to dziewuszka. Będziemy  miały przewagę. Bo coś mi  się widzi, że nie stać mnie psychicznie na  drugie  dziecko. Nie miałam rodzeństwa i może dlatego właśnie  mam wspaniałych przyjaciół.

Leszek, a ty jeszcze  długi masz ten leasing? Sprawdź jeszcze dokładnie tę umowę, jakie tam  są warunki dotyczące  wcześniejszego rozwiązania umowy, żebyś się  nie nadział na minę. Bo cały ten sprzęt medyczny to jest piekielnie drogi. Na mój rozum  to wszystko trzeba  sobie rozpisać i  wyliczyć. Bo może być tak, że najbardziej  korzystne  byłoby  znalezienie  chętnego na cały sprzęt, który jest w leasingu. A jak sobie policzysz ile jeszcze masz do spłacenia i ile by cię kosztowało wcześniejsze rozwiązanie umowy to dopiero wtedy pomyśl, czy aby na pewno będzie dla ciebie korzystniej przejść do kliniki. Pacjentki ci  nie odejdą gdy nieco podniesiesz  ceny, dobrych ginekologów nie ma w nadmiarze,  ty jesteś już znany w tej branży. I wszystkie twoje pacjentki zostaną nawet gdy podniesiesz ceny.  Poza tym ty masz podpisaną umowę z NFZ i wrzucasz część opłat w NFZ a niewielu lekarzy prywatnych  tak ma. I teraz, gdy masz doktorat zmień tabliczkę, niech tam  będzie dodany twój  nowy  tytuł. No i pieczątkę musisz zmienić - bo jak znam życie to jeszcze jej nie zmieniłeś. No fakt, jeszcze jej nie zmieniłem.  Nie wiem czy  wiesz, ale u ciebie są o wiele lepsze warunki niż u innych z tej branży. Bywałam u jednego pana profesora u którego czekało się na korytarzu z majtkami w garści. Już pominę fakt, że był mało sympatyczny, często się spóźniał i potem wychodziło się na ten korytarz z gołym tyłkiem i  szło się do ogólnej toalety by się ubrać. Znam go?- spytał Leszek. Na pewno, to profesor R. Gabinet miał z kimś  do spółki. A jeszcze lepsza była babka w państwowej przychodni - chyba miała sokoli wzrok bo stała zawsze z metr od pacjentki z wziernikiem.Byłam u  niej dwa razy- pierwszy i ostatni. I byłam też raz u takiego początkującego, szalenie młodego ale  miał atut - był śliczny! Wysoki, zgrabny, falujące blond włosy, fiołkowe oczęta, czarne, długie rzęsy, łapska olbrzymie i rumienił się cokolwiek mówił do pacjentki. Gabinet na Rutkowskiego.Kogoś przez jakiś czas  zastępował, potem zniknął. Był chyba dopiero  co po studiach. Niestety nie  był w moim typie, ale moja koleżanka do niego latała jak  kot  z pęcherzem. Bo jej zdaniem  był cuuuudny!

Leszek się śmiał - ty to mówisz poważnie? Nie żartujesz? No a dlaczego miałabym żartować? Wizyty u ginekologa to nic  miłego, a bywać jednak z raz do roku trzeba. Ty masz świetną opinię, bo naprawdę jesteś dobrym  fachowcem.  Michał jako położnik   też jest jak trzeba, ale on funkcjonuje tylko na podglądzie USG, to nie są badania  w strefie intymnej, to inna kategoria. Emil podziwiał, gdy Michał opowiadał co widzi na ekranie, bo Emil zupełnie tego nie mógł rozeznać  co tam  widać.

Gdy wychodziliśmy od  Michała Emil  zawsze mówił - no nie  wiem, ja tam  nic takiego  nie widziałem poza tym czymś co jest serduszkiem dziecka i się  rytmicznie ruszało. Ale i tak  tylko widział chyba  echo tego ruchu a nie  samo  serduszko. Ale ta aparatura do badań prenatalnych to jest fajna, mnie się podoba.

                                                              c.d.n.