niedziela, 4 czerwca 2023

Lek na wszystko? - 127

 Czas nieubłaganie parł do przodu, "dzieło" napisane przez Kazika  zostało kolejny raz przeczytane przez  samego autora, potem przez  Teresę sprawdzone czy aby nie ma jakichś błędów interpunkcyjnych  lub stylistycznych, co  bardzo zdziwiło Kazika, bo jego zdaniem opisy techniczne w pewien  sposób wymykają się spod takiej kontroli,  ale Teresa przekonała go, że miała  rację,  brakowało w kilku miejscach przecinków, zdarzyło  się  również  przestawienie liter, Kazik z kolei wykrył błąd w którymś z wykresów i go poprawił  i wreszcie praca została odniesiona  do drukarni. Kazik zdecydował  się na  wydrukowanie pracy w trzech egzemplarzach. Promotor otrzymał  jeden  z egzemplarzy w terminie który wyznaczył  wcześniej. Kazik, który ostatnimi  czasy pracował głównie  w domu powrócił do codziennego bywania  w pracy  i czuł  się z tego powodu bardzo nieszczęśliwy. Skończyło się picie  kawy  z żoną na kolanach, nie było obok Alka, który co jakiś  czas przytulał  się  do niego. Alek dopytywał się codziennie kiedy tata wróci i będzie  znów pracował w domu. A Kazik, miał coraz  więcej obaw, czy praca  zostanie dobrze przyjęta, bo przecież  "mogłem więcej napisać" ...i tu następowała  wyliczanka.  Szef, który czytał pracę  stwierdził, że koniecznie  musi  się Kazik skontaktować z rzecznikiem patentowym, bo on tam widzi jedną  rzecz godną opatentowania i  Kazik  zaczął współpracować z rzecznikiem patentowym.   Kazik na gruncie  prywatnym przeszedł "na ty" z dyrektorem, ale umówili  się, że na gruncie  służbowym pozostanie tak jak  dotychczas. W ramach wzajemnego poznawania  się spędzili jeden  sobotni  wieczór na kolacji w towarzystwie swych żon. Jeśli Kazik miał kiedykolwiek jakieś obiekcje co do różnicy wieku pomiędzy nim a Teresą, to teraz  się ich  wyzbył- pani "dyrektorowa" była młodsza od Teresy, a pan dyrektor był wszak od  Kazika  dziesięć lat starszy.  Była bardzo zgrabna, dość ładna i nawet  miła, ale trudno było z nią rozmawiać na jakieś poważne tematy.  Pan Stanisław, bo tak  miał dyrektor  na imię był nieco zaskoczony Teresą, bowiem nie miał pojęcia, że w życiu Kazika pojawiła  się inna kobieta a Anka  już dawno nie  żyje. 

No wiesz  Staszku- nigdy nie byłem "na świeczniku" więc nikt  nie ogłaszał  że się rozwiodłem, a gdy po tym przynoszącym mi ulgę  fakcie wyjechałam to uświadomiłem  sobie, że całe życie kochałem Tesię. Oboje jesteśmy po przejściach, a znamy się nieomal od  chwili jej przyjścia na świat. A wyjechałem żeby zarobić na  mieszkanie, bo mieszkałem w mieszkaniu kupionym  Ance przez jej rodziców. A gdy wróciłem i szczęśliwie kupiłem  mieszkanie, to akurat rozleciało się małżeństwo Tesi, rozwiodła  się i wreszcie oboje zrozumieliśmy, że się od dawna kochamy.  Ojej, miauknęła Majka -  pani dyrektorowa- jakie  to romantyczne!  

No nie wiem - powiedziała Teresa - źle ulokowane uczucia i rozwód  to raczej nie mają wiele wspólnego z  romantyzmem. Nie widziałam w tym niczego romantycznego - ani w tych rozwodach ani w  tym, że oboje nie potrafiliśmy wcześniej  rozpoznać swych uczuć. No ale mimo  wszystko jakoś  się to jednak  wyprostowało i jesteśmy  razem.  I mamy przesłodkiego syna- dodał Kazik- ma już 3 lata. Wyobraź sobie Staszku, że w dni,   w które pracowałem  w domu  zawsze w moim pokoju była Tesia z Aleksandrem. On sobie grzecznie budował domki z klocków Lego, wpierw z pomocą Tesi,  a potem już  sam.

A masz dzieci z poprzedniego związku?- zapytał Stanisław.  Nie, ani Tesia ani ja nie mieliśmy dzieci. Alek jest dla nas obojga pierwszym  dzieckiem. I zapewne jedynym, bo raczej nie będziemy się starać o następne. Ja mam z poprzedniego związku dwie dziewczynki  - bliźniaczki- poinformował Staszek. I służę im tylko jako skarbonka, a odkąd  się ożeniłem to dziewczynki nie  nocują u  mnie w weekendy, w które mają ze mną spotkania - wyraźnie  jest to robota  mojej byłej żony, bo nim się ożeniłem to spędzały weekendy u  mnie bez problemu- mają u  mnie swój pokój.  Na wakacje też ich ostatnio nie dała, bo powiedziałem, że oczywiście jedzie też za mną moja żona.  Mam zamiar zgłosić to w  sądzie rodzinnym.

No niestety z tego co wiem to w wielu rozbitych małżeństwach tak jest - powiedziała Tesia. Część kobiet stara  się w ten  sposób ukarać byłego męża za to, że nastąpił rozwód. A nic nie bierze  się z powietrza- moim zdaniem obie  strony "zarabiają" na  rozpad  związku. Wyszłam pierwszy raz  za mąż z totalnej głupoty a głównie dlatego, że Kazik  ciągle uważał mnie za dziecko i ożenił się z Anką. A jego kolega, rówieśnik, dostrzegł we mnie kobietę i się oświadczył a ja się zgodziłam nawet nie  zastanawiając  się czy go kocham. I tkwiłam  w tym układzie, chociaż wcale nie było mi w nim dobrze  i w końcu mnie  zdradził i to w  wielce spektakularny sposób i dzięki temu miałam materiał dowodowy, że rozpad związku był tylko z jego winy. A wiem, że i na pewno moje zachowanie sprowokowało go do zdrady. Oczywiście ani on ani ja nie rozmawialiśmy ze sobą  szczerze, ja czekałam aż wyjedzie na placówkę na którą ja  nie chciałam jechać i wtedy bym dopiero wystąpiła o rozwód, bo dobrze  wiedziałam, że on  by z tej placówki nie  zrezygnował. No a zrobił jak zrobił, a ktoś kto zapewne nie chciał by on wyjechał podesłał mi corpus delicti w postaci zdjęć. I nawet nie  musiałam stawać na sprawie rozwodowej, zrobił to za mnie adwokat.

Rozwodów jest masa i niestety zawsze rozwód odbija  się na  dzieciach, bo stają  się obiektem przetargów. I naprawdę nie rozumiem dlaczego tak rzadko polskie sądy rodzinne przyznają  dzieci ojcom. W końcu 99,9% ojców nie jest pozbawionych rąk i nóg, z reguły zarabiają znacznie lepiej niż kobiety, więc mogą dzieciom  zapewnić lepsze  warunki finansowe. Jestem głęboko przekonana, że bardzo spadłaby wtedy liczba rozwodów. Pracowałam sześć lat w  firmie  ekspediującej za granicę specjalistów  różnych  dziedzin. Nie rozwiedzionych było mało - i bardzo często, czy chciałam czy nie, wysłuchiwałam historie cudzych związków, żale rozwiedzionych facetów, że mają utrudniony kontakt z dziećmi. To dość powszechne  zjawisko.

A mnie się nie  spieszy do rodzenia dzieci - zapodała  Majeczka. Stasio mnie namawia i namawia a ja tak naprawdę nie przepadam z dziećmi.  Nie  dość, że ciąża i poród do miłych sytuacji nie należą to potem problem z wróceniem  do stanu  sprzed  ciąży no i sam kłopot - karmienie, pieluchy, nieprzespane noce.

Kazik roześmiał się - pieluch nie ma, są pampersy. Nie mieliśmy ani jednej nieprzespanej nocy. Owszem- dopóki się karmi dziecko co 3 godziny to karmienie o 3 w nocy nie należy do wielkiej  frajdy, ale przy karmieniu piersią to małe piwo, nie trzeba pokarmu podgrzewać. Pomagałem Tesi  o 3  w nocy  ale  do pracy przyjeżdżałem normalnie. Ale gdy potem to karmienie  odpada to jest wszystko w porządku. Dieta matki karmiącej - przynajmniej się matka nie  zapasie. Na pewno ważne jest by  ciążę prowadził dobry lekarz - Tesia musiała mieć cesarkę, mały  był źle ustawiony. Ale teraz  można rodzić pod znieczuleniem, sam poród  nie boli, chociaż nie można  powiedzieć, że nie męczy A dzięki  znieczuleniu jest tylko zmęczenie ale nie ma  bólu. No a poza tym - wpierw trzeba bardzo chcieć tego dziecka- wtedy łatwiej  znieść wszystkie trudy. A u nas jest tylko 80% szans, że drugie  dziecko będzie  lepiej ustawione i dlatego nie  chcemy ryzykować i będzie  tylko Aleksander. A Tesia tak mało przybrała na  wadze, że nie było problemu z powrotem do poprzedniej sylwetki.  A naprawdę nie głodowała  w trakcie ciąży.

A macie jakieś zdjęcia swego synka przy  sobie?- spytał Stanisław. Ja to mam mnóstwo jego  zdjęć- co i rusz  mu cykam zdjęcia - powiedział Kazik. Jestem tatą bez pamięci   zakochanym w dziecku i  żonie. Mam nawet  zdjęcia  z jego pierwszych  chwil. Muszę wszystkie przenieść na papier i zrobić dziecku jakiś  album.  

To ty byłeś przy porodzie? - zdziwił się Stanisław. Byłem, chociaż  się strasznie bałem, ale nie  chciałem by Tesia była sama, beze mnie. Mieliśmy świetnego lekarza prowadzącego i bardzo dobrego chirurga- położnika. Tesia była  w prywatnej klinice, każdemu polecam. Świetne  warunki, super opieka i bardzo mili ludzie. My i ojciec Tesi jesteśmy zarejestrowani w tej klinice. Ostatnie dni przed terminem porodu to niemal  codziennie robili jej USG. Mieli nadzieję, że  dziecko się odwróci,  ale mały miał inną  wizję wyjścia  na świat - nie główką tylko nóżkami.

Kazik wyciągnął smartfona i pokazał kilka  zdjęć Stanisławowi. Ten chciał pokazać  żonie, ale ona powiedziała- ja naprawdę nie przepadam za małymi dziećmi. Interesują mnie dzieci  takie już koło trzydziestki. Chodzenie w  ciąży też mnie  nie interesuje, mówiłam ci to przecież jeszcze przed ślubem. Nie mam pojęcia na  co liczyłeś, nie musieliśmy brać ślubu. 

Teresa uśmiechnęła  się  do niej - wie pani, ja też nie przepadałam za dziećmi. Jak  się śmiał lekarz to urodziłam niemal w ostatnim odpowiednim dla ciąży i  dziecka momencie. I już zaliczałam się do "starych pierwiastek", bo byłam już po trzydziestce. Oczywiście i czterdziestolatkom przydarza  się  pierwsza  ciąża w tym  wieku, ale zawsze jest to  związane z podwyższonym  ryzykiem i dla dziecka i dla matki. Poza tym nie  da  się ukryć, że im więcej cyferek w metryce  tym trudniej się powraca  do stanu sprzed  ciąży. A ponieważ ja, choć nie jestem fanką niemowlaków to  miałam jednak dziecko w planach, więc  logiczne  argumenty  mnie po prostu przekonały. Jedno jest pewne - chociaż dziecko jest wspólnym tworem to jednak dla kobiety jest czymś niesamowicie własnym, indywidualnym, bo przez trzy kwartały jest częścią naszego organizmu, jest z nami całą dobę. Ja do końca pracowałam, nie  miałam na początku żadnych  sensacji, jadłam wszystko , zero mdłości i nie bardzo wierzyłam, że ta malutka szara kuleczka na ekranie  monitora to pęcherzyk płodowy, zaczątek nowego życia. I że oglądając go oglądam własne dziecko. Wiele jest takich zaskakujących momentów w czasie tych dziewięciu miesięcy. I, co może  dziwne a może nie, to każda z kobiet zupełnie inaczej przeżywa ten  czas, nawet pierwsze ruchy dziecka. Ja nie czułam żadnych ruchów a lekarz mi mówił, że mam zapamiętać ich datę, bo to będzie połowa  ciąży i byłam tym nieco przerażona. Ja czułam, gdy siedziałam bez  ruchu, coś jakby mi w brzuchu szły od  dołu ku górze bąbelki powietrza. Na  wszelki wypadek zapisałam tę datę - i zgadzało się to była połowa.

Wiele jest takich dziwnych chwil gdy się jest w  ciąży. Teraz  przestano zakazywać współżycia w czasie ciąży, o ile nie jest ona zagrożona. Ale podobno nie wszyscy lekarze mówią o tym pacjentkom. I wiele kobiet się lęka, że "wyposzczony mąż" poleci do innej. Ale gdybym podejrzewała, że tak może być to jaką mogłabym  mieć pewność, że nie poleci do innej przy każdej mojej niedyspozycji? I myślę, że podjęcie decyzji o ciąży musi być nie jeden raz szczegółowo omówione pomiędzy partnerami-  każde musi zaprezentować jak  sobie wyobraża te dziewięć miesięcy i co da  z siebie potem, gdy już będzie na świecie dziecko. I nie są to rozmowy na jeden wieczór, bo na pewno i kobieta i mężczyzna mają nieco inne spojrzenie na to wszystko.

Stanisław wpatrywał się w Teresę niczym sroka w gnat i w końcu powiedział - no to się rzeczywiście coś zmieniło. A pani tak jakoś pięknie i spokojnie o tym wszystkim mówi, jestem zaskoczony. Masz Kaziku wielkie szczęście - bo mieć taką wyważoną, rozsądną kobietę przy sobie to naprawdę  szczęście.  Kazik, który nieomal puchł  z dumy powiedział - zapewniam cię, że ta wyważona, rozsądna kobieta potrafi czasem, gdy się komuś należy, zmieszać go z błotem, obluzgać i wykopać ze  swego życia na  zawsze. Tak, wiem, że mam szczęście i bardzo dbam o to by trwało do końca naszego życia.  Teresa  nie powiedziała jeszcze jednego - przed podjęciem decyzji o dziecku oboje państwo powinniście się udać na badania pod tym kątem . Bo to że  akurat w tej chwili nic  wam nie  dolega to nie  dowód że możecie się  zabrać za powielanie siebie. Trzeba  też sięgnąć pamięcią do zdrowia waszych rodziców, a nawet  dziadków, przypomnieć  sobie, czy i jakie choroby występowały w waszych  rodzinach. Bo dziecko będzie nosicielem nie  tylko waszych genów ale i genów  występujących w waszych rodzinach. Są pewne wady genetyczne dziedziczone nie tylko po rodzicach  ale też i po dziadkach i ciotkach, na przykład krótkowzroczność. Skierowanie na takie badania dostaliśmy od ginekologa Tesi, gdy powiedzieliśmy, że chcemy powiększyć rodzinę.  Potem Kazik  wyrwał kartkę z notesu  i zapisał na nie telefon do prywatnej kliniki i podał ulicę przy której się znajduje.  To wy razem chodziliście do ginekologa? -  zapytał zdumiony do cna Stanisław.

A co cię to tak  dziwi  Stasiu ? Jednak zbliżamy się do Europy, odbijamy  się od  wschodu- pomału, pomału,  ale jednak. To dobry fachowiec a poza tym wielce  sympatyczny facet. Stanisław schował kartkę do portfela mówiąc - no tak czasy się jednak zmieniły, trzeba  się dostosować. A na tej kartce jest do niego telefon?  Nie, do niego nie, ale adres i telefon przychodni, w której te badania można zrobić. Część pokrywa ubezpieczenie a niektóre trzeba dopłacić.  Po prostu możesz  pójść do tej przychodni i tam się zapisać  w rejestracji do lekarza.

                                                                            c.d.n.

Lek na wszystko ? - 126

 Propozycja zostania  "martwą duszą" bardzo  się Teresie  spodobała , a  nazwa ją wyraźnie rozbawiła. Uzgodniła  z Kazikiem, że oczywiście zgadza  się, ale czy Kazik jest pewny, że nie będzie  z tego powodu jakichś  zawirowań finansowych - to pierwsza sprawa. Druga - wtajemniczą w to tylko tatę i Jacka. Obaj są bardzo blisko związani ze  wszystkim  co  się  dzieje w domu, więc chyba powinni wiedzieć "co jest grane". Natomiast Teresa nie  chce się tą wiadomością dzielić  ani z Aliną ani z Krisem.  Bo naprawdę trudno przewidzieć jak Kris, który  od  dziecka ma  zakodowaną  zazdrość o  wszystko co ma Kazik  a czego on  nie posiada,   zareaguje  na taką  wiadomość. 

Tylko Teresa chce, żeby Kazik usiadł z nią razem i  żeby zrobili jakiś plan finansowy. No i w tym układzie to może  faktycznie lepiej będzie  mieć dwa mniejsze i nowiutkie  samochody.  Oczywiście jeden będzie  własnością taty, drugi Kazika.  A Frankowi "puścisz farbę" - spytał Kazik. Nie, nie widzę potrzeby. To nie rzutuje  w żaden  sposób na nasze kontakty z Franiem. Poza  tym  raczej  nie mam ochoty na pracę  tam gdzie pracuje Franek.  I wyobrażam  sobie, co by  wyprawiała Joanna, która  wciąż  ma podejrzenie, że byłam kiedyś z Frankiem. Przecież  ona by mu  życie  zatruła  zadając różne "podchwytliwe" pytania.

Przepytaj  się, tylko nie wiem gdzie i u kogo jakie  są obyczaje po obronie, bo  może do dobrego  tonu należy po tym  cyrku zaprosić promotora a  może i komisję, lub  samego promotora na jakiś nieco wytworniejszy lunch. I myślę, że byłoby dobrze, żebyś sobie  sprawił nowy garnitur.  

A po co? ostatni raz garnitur to ja  miałem na  sobie z okazji naszego ślubu. Oczywiście możemy moją garderobę przejrzeć i coś dokupić,  ale nie garnitur.  Domyślasz  się chyba, że  dobranie  czegoś na mnie jest dość  trudnym  zadaniem - jak dobre na długość to wszystko na  mnie wisi. Trzeba by chyba coś  zamówić. Te  dwa to też były szyte na miarę.  Możemy tylko zamówić na Chmielnej ze dwie lub trzy koszule i u tej babki co robi swetry to taką marynarkę  z dzianiny. I w ogóle przelecimy  się po Chmielnej, może  jakieś fajne   mokasyny będą u prywaciarzy i kurtka, która będzie mi  sięgała za tyłek.  I dla ciebie byśmy może jakieś lekkie syntetyczne ale  ciepłe futerko kupili-  twoje ubranka też przejrzymy.  Wiesz, myślę, że może i tata potrzebuje coś nowego - musimy go przepytać  na okoliczność-   Kazik  snuł plan. Kochanie, kurtkę dla siebie to pewnie  znajdziesz w tym sportowym sklepie w Galerii Handlowej, tam gdzie kupowałeś dresy. A na parterze tej galerii jest box z kurtkami szytymi w Szwecji. Ja tam kupiłam swoją wodoodporną puchówkę i pamiętam, że były i męskie  kurtki, nie  tylko damskie.

Jest tylko jeden problem - stwierdziła Teresa - ten problem ma na imię Alek. Jest  zima i mały jest w ciepłym kombinezonie i trzeba będzie go w każdym sklepie  rozbierać z czapki i kurtki, tak jak było w pawilonach w  ZOO. On się umęczy i  my.  Poza  tym takie  zimowe  szwendanie  się z  dzieckiem po sklepach nie jest dla niego najbardziej  wskazane .  Myślę, że  zrobimy te  zakupy w dwóch  rzutach.  Wpierw pojadę z tobą i tata zostanie  w domu z Alkiem, potem ty zostaniesz  z Alkiem a ja pojadę na  zakupy z tatą.  A  zakupy  dla  mnie to ja  zrobię  albo wtedy gdy będę z tobą,  albo w trzecim  rzucie  i wyciągnę na  zakupy Alinę. A  Kris może w tym czasie przyjść  do  ciebie  z Tadzisiem.   No może i masz  rację - zgodził  się Kazik. 

Wiesz, trochę się denerwuję - ciekawy jestem czy dużo zastrzeżeń będzie  miał promotor. Co prawda mój szanowny szef stwierdził, że wszystko jest pod  względem merytorycznym jasne jak  słońce a do tego jest dobrze napisane, więc pozwoliłem  sobie i bez twojej wiedzy powiedziałem, że to twoja zasługa, bo ty sprawdzałaś czy wszystko logiczne i czy nie pogubiłem  się w tłumaczeniu idei. Przy okazji się dowiedziałem, że jego żona nie ma  nic  wspólnego z logiką i konsekwentnym działaniem. To jest jego  druga a może nawet trzecia  żona - to wiem z plotek, bo mi mówiła pani Maria. Wiem, że ma jakieś dzieci, ale nie mam pojęcia ile i jakiej płci. W każdym  razie jest pewne, że lubi  dzieci, bo gdy byłaś  w ciąży to się wciąż dopytywał jak  się czujesz, a potem interesował  się Alkiem.  Podejrzewam, że gdy  już  się  skończą te atrakcje  z doktoratem  to będę  w pewien  sposób   zmuszony do częstszych i bliższych z nim kontaktów poza biurowych. Kurt mi kiedyś mówił, że on towarzysko jest ciekawszym osobnikiem niż na linii służbowej. Mam wrażenie, że my obaj jesteśmy zupełnie inni poza pracą  niż w pracy.  On też nie pali, nie pije to i pogadać  w pracy nie ma kiedy. U nas to jest nawet palarnia, bo nie  wolno palić  na  stanowisku pracy. Przezornie nie ma tam żadnych krzeseł, więc panowie palacze podpierają  ściany,  a latem  to wychodzą  na podwórko i stoją  takie mini grupki do czterech  osób. Mam podejrzenie, że dzięki tej palarni to chirurgia i kardiologia mają więcej pacjentów. Kiedyś jeden z kolegów  zadał sobie  trud i cały dzień obserwował zimą  tych co palili na podwórku. Wyszło mu, że ci palacze to  co godzinę wychodzą na papierosa. Ale podobno  dzięki temu  zarządzeniu  to ludzie mniej palą, bo gdy wolno  było palić  w pokojach to niektórzy  nieomal odpalali jednego papierosa od  drugiego.  Wydawało mi  się to niemożliwe, no ale skoro wielu paliło 30 papierosów  dziennie a doba ma tylko 24 godziny i ze 6-7 godzin  z tego odejdzie im na sen i z godzina na jedzenie to chyba tak jest.

No popatrz ile tracisz nie paląc - zęby ci nie żółkną, kaszel cię nie  dusi i nie cuchniesz  zachęcająco papierochami - stwierdziła  ze śmiechem Teresa.  Gdy jeździłam autobusem to wiele osób już rano cuchnęło papierochami - bo wszystko przechodzi tym smrodem - i włosy i ubrania. Byłam kiedyś w domu u mojej kierowniczki nim mnie  wrobiła  na  swoje miejsce i jej facet palił  i jak  weszłam  to czułam ten papierosowy odorek. Bo to wszystko osiada na meblach, na  wszystkich tkaninach i z czasem cuchnie. Ja w liceum miałam okazję poznać  smak papierosów  ale zupełnie mi to nie odpowiadało. Naprawdę nie mogłam pojąć jak któraś mówiła, że jej "smakują papierosy."   Po wypaleniu trzech papierosów, oczywiście  nie jednego dnia, stwierdziłam że to absolutnie  nie moja  bajka.

Zakupy odzieżowe zorganizowali tak jak zaplanowali- tata też  był zdania, żeby małego nie brać  zimą do sklepów. Poza tym Alek, gdy się dowiedział, że rodzice  nie jadą kupować mebli a tylko ubrania dla siebie to natychmiast stracił zainteresowanie zakupami. Teresa  się śmiała, że to typowo męskie  zachowanie. Nawet nieźle im  szło na   Chmielnej -  zamówili dla Kazika  cztery koszule i pani biorąca  miarę stwierdziła, że faktycznie Kazik powinien mieć koszule  szyte na wymiar  bo jest bardzo szczupły. Zamówili dwie gładkie bardzo jasno błękitne,  jedną w delikatną kratkę jasno-zieloną z jasnym popielatym i cienką ciemnoróżową  nitką. A tak się ten materiał podobał Teresie, że aż zapytała,  czy ta pani co szyje  męskie koszule  mogłaby dla niej uszyć bluzkę koszulową i okazało się, że nie ma problemu, tylko będzie  musiała wpaść za trzy dni do miary. Druga wzorzysta  koszula  dla Kazika  była w cieniutkie paseczki białe, jasno granatowe i ciemnoczerwone. 

Futerko dla Teresy "upolowali" w Modzie Polskiej -wyboru dużego nie było- Teresa zdecydowała  się na ciemno szmaragdowe, które sięgało jej do połowy łydki a postawiony kołnierz  zakrywał nieco nos. Kazikowi szalenie  się podobał ten kolor. Nieco gorzej szło z butami dla Kazika - głownie  były  ciepłe, ale on chciał raczej mokasyny do tego  czarne, więc odwiedzili  niemal  wszystkie  sklepy z obuwiem na  Chmielnej. Nie  szkodzi - pocieszała  go Teresa- wracając podjedziemy do  Galerii i tam na pewno będą. Gdy tak krążyli po Chmielnej weszli, tak dla sportu, jak to powiedziała Teresa do sklepu z wyrobami dziewiarskimi, który ongiś był sklepem CEPELii  i tu był męski  kardigan  dla Kazika, co prawda  nie  w jego ulubionym czarnym lub szarym kolorze ale w.......ciemno kasztanowym. Według Teresy było mu w tym kolorze bardzo ładnie, poza tym kardigan posiadał nawet kieszenie, był z dobrej gatunkowo 100% wełny i leżał na Kaziku tak, jakby był robiony  dla niego na  zamówienie. Do tego był w bardzo przystępnej cenie i po krótkim namyśle Kazik zgodził się, żeby go kupić. Wracając do domu podjechali  jeszcze do dwóch galerii- w jednej wypatrzyli dla Kazika buty i je kupili, w następnej  szukali dla niego dłuższej kurtki.Niestety w sportowym  sklepie  były tylko takie sięgające do połowy bioder,  więc Teresa  zarządziła, że w takim  razie   wdepną do boxu w którym są kurtki szyte w Szwecji. I to był "strzał w dziesiątkę", bo była kurtka z nieprzemakalnego i nieprzewiewnego materiału, ocieplana, sięgająca Kazikowi do połowy uda i nie była  zapinana na suwak lecz na guziki i wyglądała  jak płaszcz. A na dodatek była w kolorze......niemal identycznym jak futerko Teresy. Nie miała co prawda kaptura, ale to i lepiej, bo czapek w domu nie brakowało a poza tym Teresa miała  w planie zrobienie czapek na drutach lub  szydełku. Umiesz  zrobić  czapkę?- zdziwił się Kazik.

Nie,  nie umiem- zobacz co mam na głowie. Zrobiłam ją  szydełkiem ze dwa lata temu. A nic  mi nie mówiłaś - pożalił się Kazik. No a co ci miałam mówić? - zrobiłam  ją w  dwa dni. Tobie  mogę zrobić taką czapkę z daszkiem. Tylko kupię jakąś  miękką wełenkę. No to po co kupowaliśmy ten kardigan  dla mnie, skoro umiesz robić takie  rzeczy? No bo kardigan męski  musi być zrobiony maszynowo, na drutach zrobiony sweter nie będzie tak trzymał fasonu. A ja nie mam maszyny dziewiarskiej ani nie umiem na niej pracować. Mogę ci kiedyś zrobić sweter, taki wkładany przez głowę i z takiej  samej  włóczki dla Alka. Lubię  robić na drutach. A gdzie kupimy włóczkę na  sweter?  Na ogół to kupuję w  sieci. Ale  wpierw sprawdzę ile tej włóczki potrzeba, popatrzymy  jakie  włóczki są  w sklepach internetowych i wtedy dopiero zamówię  włóczkę. I naprawdę mi zrobisz  sweter? - dopytywał się Kazik. Oczywiście, jeśli będziesz  chciał. 

                                                                     c.d.n.


piątek, 2 czerwca 2023

Lek na wszystko? - 125

 Pod  koniec pierwszego tygodnia  stycznia  zima przypomniała  sobie o  swych obowiązkach - temperatury były ujemne  i nawet  sporo śniegu napadało. Obaj  dziadkowie  niemal codziennie na  pobliskich łąkach lepili razem z Alkiem  bałwanki. Mieli  złudną  nadzieję, że po trzech  dniach  małemu  się znudzi ta  zabawa, ale dopiero po tygodniu  Alek zgodził się by przestać zaludniać łąkę bałwankami.

W weekend pojechali  do ZOO, tym razem nie było tłumów  ani na parkingu ani w ogrodzie. Zwiedzili akwarium - kolorowy wielce  świat rybek bardzo się Alkowi podobał . Bardzo dokładnie oglądał mieszkańców kolejnych  akwariów i jego  zdaniem wszystkie  rybki były śliczne. Oczywiście od  razu było pytanie, czy takie  rybki mogą mieszkać w domu. Trud zrażenia małego do posiadania rybek w  domu spadł na Kazika, który powiedział, że owszem  można, ale to jest bardzo duży kłopot , bo przecież w mieszkaniu nie ma miejsca na takie  duże  akwaria, a nawet  nieduże  rybki potrzebują  dużo miejsca i wymagają bardzo starannej opieki, trzeba  stale sprawdzać jaka jest temperatura, trzeba je napowietrzać, trzeba dbać o roślinki w akwarium, trzeba  poza tym akwarium czyścić no i nikt  nie ma  szans bawić się z rybkami, można je  tylko oglądać.  Węże w terrarium jakoś nie  zachwyciły Alka a do tego opowieść o tym, że właściwie  to nic nie robią, głównie całymi dniami drzemią no a czasem jedzą też sprawiła, że nie   zamarzyły mu  się  węże w domu. 

Wizyta w zimowym pawilonie   żyraf uświadomiła dziecku, że  dzikie  zwierzęta nie nadają  się jednak na domowych pupilów-  był zdumiony ich wielkością - żyrafa na wybiegu a żyrafa stojąca  w klatce ze dwa metry od  widza to jakby dwie różne  żyrafy- a do tego przeraźliwy odór. Teresa zwróciła uwagę małego na oczy żyraf, na to jakie mają piękne  długie rzęsy i piękną skórę, która  aż zaprasza do głaskania, bo ma  wygląd  mięciutkiego aksamitu, takiego , z którego jest  zrobiona jego ukochana maskotka - Dunia.  Alek zasłaniał sobie  nosek rączką i bardzo szybko powiedział, że chce już wyjść. Gdy wyszli oczywiście  mu opowiedziała, że każde  zwierzę ma swój charakterystyczny zapach i nie jest on przyjemny dla ludzi. Psy i koty też niezbyt pięknie pachną, ale są w domu przez  swych właścicieli codziennie szczotkowane i są kąpane gdy się ubrudzą.  Dunia wujka Frania nie śmierdzi - poinformował rodziców Alek. No bo ciocia i wujek bardzo dbają żeby była zawsze czysta i miała  wyczesane swoje króciutkie  futerko - wyjaśniła Teresa. 

Foki "byczyły" się na  swoim wybiegu i niestety też nie pachniały, białe misie były raczej żółte niż białe. Akurat jeden  z nich był zapewne tuż po kąpieli i ociekał jeszcze wodą, więc Alek udzielił mu dobrej rady, żeby poszedł do swego domku bo się zaziębi.  Podobały mu  się sarny i renifery, lamy także, przy wybiegu żubra  stwierdził, że to za duże zwierzątko by mieszkało w ogrodzie koło domu. A dlaczego nie ma  osiołka i nie  wozi dzieci? -zainteresował się Alek. No bo na tej bryczce zimą jest  za  zimno, dzieci by zmarzły i dostały kataru albo i kaszlu- wyjaśniała Teresa. Ale gdy przyjadą do ZOO późną wiosną lub latem  to na pewno będzie osiołek ciągnął bryczkę. I pojadę bryczką?-  dopytywał  się  Alek.

Oczywiście, jeśli tylko będziesz  chciał- zapewnili go rodzice. W drodze do domu odkrywczo zauważył, że zwierzaczki z jego zoo nie pachną brzydko, bo on je często myje i niektóre chodzą z nim pod prysznic. W domu zastali również Jacka - dziadkowie byli tego  dnia "na obchodzie" kościołów Starówki, bowiem  dogadali  się, że obaj w  dzieciństwie lubili chodzić  do kościoła  z powodu dekoracji świątecznych  a  zwłaszcza dlatego, że wtedy zawsze w kościołach pachniało  jak  w lesie, bowiem  "na  chwałę Bożą", w kościele stały przynajmniej dwa ścięte dorodne iglaki. I każdemu z nich wtedy podobała  się  szopka - głównie  z powodu figurek zwierząt.

Alek , "naładowany" nowymi wrażeniami,opowiedział dziadkom, że rybki były śliczne, takie kolorowe, a jedna rybka to była żółta, niebieska i biała, że widział bąbelki powietrza bo trzeba rybkom dawać powietrze do wody, że węże to tylko spały, zupełnie  się nie  ruszały, jeden był owinięty na  gałązce, że widział taką brzydką ropuchę jak w górach na łące, że  żyrafy przyszły tylko  dwie i bardzo  brzydko u nich pachniało, bo one sikają i kupkają gdzie im  się zechce. Opowiedział też, że jeden niedźwiedź wcale nie był biały tylko brudny i żółty, że foki też brzydko pachniały i że niestety nie było osiołka.  I widział sarenki i renifery, ale renifery nie ciągnęły sań tak   jak na pocztówce. A sarenki bardzo mu się podobały a on  nie ma  w swoim  ZOO sarenki. I że latem na pewno znów pojedzie  do ZOO, bo teraz  jest zimno i dużo, dużo zwierzątek było pochowanych w swoich domkach, bo tam mają  ciepło. I  widział te domki, takie małe,  ale bez okien i drzwi. Ale były tabliczki z napisem jakie zwierzątko  mieszka.

A był kondor?- zapytał dziadek Tadek. Nie wiem,  słonia na wybiegu nie było, bo by zmarzł, a mama powiedziała, że w jego domu to śmierdzi jeszcze więcej jak  w domu żyraf. Były konie. Na tym wybiegu słonia? - dopytywał  się dziadek. Nie, na innym, takim z drzewami.  Małpek też nie było. I wcale nie było tłoku w ZOO i w kawiarni nikt nie  siedział, bo by się przeziębił, bo to przecież jest na dworze. A na  samym końcu powiedział - a w moim ZOO zwierzątka są czyste i nie pachną brzydko!  Obaj dziadkowie stwierdzili, że świat oglądany oczami dziecka jest jednak  inny. I jakby  nieco mniej  skomplikowany. 

Obrona pracy była wyznaczona na kwiecień, ale pan promotor życzył sobie by mógł ją przeczytać w całości najpóźniej na początku  marca. Dyrektor  instytutu też był zaproszony do Komisji i był tak tym nadchodzącym wydarzeniem przejęty jakby Kazik był jego synem. Polecił Kazikowi drukarnię prywatną, która specjalizowała  się w drukowaniu  różnych prac  dyplomowych i ładnie je oprawiała. A na koniec powiedział - pisze to pan takim prostym, zrozumiałym językiem, świetnie  się to dzięki temu  czyta.  Ale chyba  za to nie  dostanę punktów ujemnych? - zapytał Kazik. No nie, skądże, tłumaczy to pan  wszystko jasno i prosto. Kazik uśmiechnął się - to zasługa mojej  żony, która nie ma wykształcenia technicznego. Dawałem jej to do czytania, by sprawdziła czy sformułowania są logiczne, czy nie gubię  gdzieś po drodze myśli sformułowanej na początku zdania. Oczywiście nie tłumaczyłem jej wszystkich pojęć, szło mi tylko o jasność i logikę wypowiedzi. A w logice  moja żona jest niesamowicie  dobra.

No to ma pan  szczęście - ja mam jakoś mniej szczęścia - moja żona i logika oraz konsekwencja  w działaniu to dwie zupełnie  różne  historie. A pana żoną  i  maluszkiem to jest zachwycony Kurt.  Kazik się uśmiechnął - nasze żony  się przyjaźnią, moje  dziecko wpatrzone z  zachwytem w synów Kurta. Oni są świetnie wychowani, najmłodszy już poszedł  do  szkoły i mój jest w niego  wpatrzony niczym  kot w księżyc.  Niemieckie dzieci w większości są dość głośne i rozwydrzone, ale Kurt ich wytresował, czasem wystarczy, że tylko brwi uniesie spoglądając na nich i natychmiast jest  spokój. Gdy u nich mieszkaliśmy przez  tydzień to najmłodszy był guru dla naszego małego. A ile lat ma  mały? - skończył trzy lata, ale gdy pierwszy raz byliśmy razem z nimi na urlopie, to nasz jeszcze nawet nie tuptał. I naprawdę było z nimi bardzo miło. A Kurt to wprawdzie kawał faceta, ale to naprawdę wielkiej dobroci i rzetelny człowiek.

To teraz małego poślecie państwo do przedszkola. Kazik skrzywił się - ja nie byłem przedszkolakiem, żona też  nie i jak na  razie to jeszcze niech rok posiedzi w  domu. Poza tym to firma,  w której żona pracowała  już nie istnieje. A żona wolałaby pracować na jakimś półetacie niż na  całym.  Państwo twierdzi, że dba o rodzinę, ale to ciągle jest w Polsce  slogan.  Jest wiele prac, które mogłyby  być wykonywane  na przykład  w ramach dwóch półetatów. Poza tym brak jest naprawdę dobrych, sensownych przedszkoli. Nie wiem jak jest w innych miastach Polski, ale widzę jak jest w Warszawie.W Niemczech jest sporo malutkich przedszkoli. Nie   musi być od razu setka dzieci by założyć przedszkole. Tam i młodzi faceci zajmują się przedszkolakami i dzieciaki są z tego bardzo zadowolone. Tak jak w domu mają mamę i tatę tak w przedszkolu mają panią i pana, którzy  się nimi opiekują. Przed  południem w miejskich parkach,   na dużych  skwerach, zawsze są jakieś grupki przedszkolne. Naprawdę  nie musi być od  razu oddzielny budynek z ogrodem. Widziałem te  ich mini przedszkola - jeśli nie ma  własnego ogródka przy lokalu,  w którym  jest przedszkole dzieci są prowadzone do najbliższego parku. Są też tego typu mini żłobki i wtedy dzieci są wożone wieloosobowymi wózkami do parku. Sam widziałam - ósemka  dzieci  wieziona dwoma wózkami plus jeden  wózek  z akcesoriami dla  dzieci. Bo chociaż Niemcy uchodzą za kraj mlekiem i  miodem płynący to niewiele osób stać na indywidualną opiekunkę do dziecka. Usiłuję przekonać żonę by jeszcze  nie szła do pracy  i została z małym do chwili aż on pójdzie do  szkoły.

A mogłaby żona być zatrudniona w prywatnej  firmie? No jeśli to oficjalna firma to oczywiście, że tak. No to ja  pana skontaktuję z moim dobrym kolegą - on prowadzi własną firmę i szuka kogoś zaufanego na tak zwaną "martwą duszę". Martwa dusza to ktoś, kto jest oficjalnie  zatrudniony, pracodawca  płaci za niego ZUS, więc jest ubezpieczony, ale tak naprawdę ten ktoś nie pracuje a pracodawca ma do dyspozycji jego wynagrodzenie. Oczywiście taki  misz-masz można  zrobić tylko z kimś zaufanym. W prywatnej firmie potrzebne są takie "luźne " pieniądze, bo załatwia się wiele  rzeczy, na które nie dostanie  się  rachunku, a muszą być załatwione. Pana żonie będzie leciał staż pracy, potrzebny do emerytury, będzie miała jak najbardziej ubezpieczenie, dziecko również, od  strony papierkowej wszystko jest jak najbardziej w porządku, tyle  tylko, że nigdy  nie  będzie fizycznie  siedzieć  w tej firmie. Jeżeli wyrobicie się finansowo z jednej, pana pensji, to myślę, że to może was urządzać. Firma zatrudnia kilka osób, nie ma żadnego działu kadr, finanse prowadzi zdalnie firma rachunkowa. A co to za firma?- spytał Kazik. Handlują elektroniką, gadżetami którymi jeszcze państwowe firmy nie  handlują. Na razie idzie im  dobrze, część importują, część składają na miejscu, to bardzo dobrzy elektronicy. A gdzie pana żona przedtem pracowała? W jednej z central handlu zagranicznego, w  samą porę zajęła  się macierzyństwem- zaśmiał  się  Kazik. Ale fakt faktem , że nagle masa ludzi została  bez pracy. Akurat u niej to tylko 150 osób zostało na lodzie.

Ja mam panie Kaziku bardzo niemodne poglądy, ale uważam, że wychowanie dziecka to bardzo poważna  sprawa i wcale nie taka prosta i jeśli państwu  zależy na tym by mieć zdrowe i dobrze  wykształcone  społeczeństwo to powinno  stworzyć takie  warunki, by kobiety  nie musiały pracować  zawodowo od chwili urodzenia  dziecka aż do jego pełnoletności. Bo nikt tak  nie zadba o  dziecko jak jego matka. U nas akurat mało kobiet pracuje, ale tam gdzie ich pracuje  dużo i jest  dużo kobiet  z małymi dziećmi to jak słyszę od kolegów  można się załamać - wpierw jest w  ciąży    i z raz w miesiącu jest na  zwolnieniu, potem ma  trzy miesiące ustawowego macierzyńskiego,  a potem co i raz jest na  zwolnieniu na opiekę nad  dzieckiem bo w żłobku albo przedszkolu dzieciak podłapał infekcję.  Dasz takiej temat  do opracowania zacznie i nigdy  nie  wiadomo czy i kiedy  skończy.

A moja  żona  ani jednego  dnia  nie była w czasie ciąży na  zwolnieniu i do ostatniego dnia ledwo było widać, że jest w  ciąży. I od razu ustaliliśmy, że po macierzyńskim weźmie bezpłatny wychowawczy. Nie  mogę powiedzieć, że kobiety są gorsze jako pracownicy, ale na pewno nie  są w pełni "wydajne" w pracy z powodu macierzyństwa, bo ono nie kończy  się z chwilą ukończenia przez  dziecko trzech lat - powiedział Kazik. I w  większości związków wszystkie  sprawy organizacyjne domowe  są na głowie kobiety. A dziecko zasypiało równie dobrze u  mnie rękach jak i żony lub teścia. Gotować umiem niemal tak samo dobrze jak żona, ale  żona popatrzy na małego i od  razu wie co on  za kilka  sekund  powie. I tego zapewne  nie  zmieni żaden nowy trend  ani ustawa.

                                                                        c.d.n.

czwartek, 1 czerwca 2023

Lek na wszystko?- 124

 Pod  względem pogody tegoroczny Sylwester był raczej mało typowy. Po świętach królowały mżawki, mgły i absolutny brak słońca i dodatnie temperatury.  Taka pogoda jakoś zupełnie  "nie przystawała" do grudnia. W sylwestrowy wieczór zaczął padać intensywny deszcz i Jacek, który miał ten  wieczór spędzić u Kazików dotarł do  nich w całkowicie przemoczonych butach. Pierwszymi jego wypowiedzianymi słowami były- "pożyczcie mi spodnie od  dresu, bo mam nogawki niemal do kolan mokre". Oczywiście  zaraz dostał spodnie  dresowe od Kazika, jego spodnie zawisły w pobliżu kaloryfera, a Alek co i rusz podchodził do nich,  z wielkim przejęciem dotykał i ogłaszał, że "one mokre i mokre". A czemu nie wziąłeś samochodu - dopytywała  się Teresa.  No bo przecież prawie nigdy nie ma miejsca by o tej porze zaparkować u was blisko bloku. Poza tym gdy wychodziłem to jeszcze tak tragicznie nie lało, nasiliło się gdy już minąłem parking.  A gdzie się dziś bawi Paweł?- zapytał tata. Paweł czeka na przyjazd kolegi z Gdańska i posiedzą w domu.  Dawno  się nie widzieli, a przed wyjazdem Pawła z Gdańska byli bardzo zżyci. Pierwotny plan zakładał, że to Paweł pojedzie  do Gdańska, a potem doszli do wniosku, że będzie lepiej gdy kolega zjedzie  do Warszawy. Mieli w planie wieczorny spacer po Warszawie,  ale chyba raczej będą  zmuszeni  zmienić plany. A kolega jedzie pociągiem  czy samochodem? Pociągiem, Paweł chyba już pojechał na  dworzec po niego. 

Ale fajnie, idealnie pusto na naszych uliczkach - stwierdził Kazik wyglądając przez okno. Oby tak lało do samego rana, to przynajmniej  będzie ciszej. Bo kilku kretynów to zawsze  się znajdzie, ale raczej  nie tylu co zawsze. Do Kazika zatelefonował Kris mówiąc, że miał szczery zamiar wpaść do  nich  z życzeniami, ale tak leje, że poprzestanie na  życzeniach  na odległość. Też  ma nadzieję, że deszcz sprawi, że będzie mniej hałasu, bo jak na  razie to nikt z fajerwerkami nie gania. Gdy się rozłączyli Kazik powiedział do Teresy - dziwna sprawa, mój brat chyba  ani jednego dnia od wigilii nie przepracował w  domu, bo nawet słowem nie pisnął o nowym sprzęcie. Albo chłopak schamiał,  albo jeszcze go nie odnalazł. A gdzie schowałeś?- zaciekawiła  się Teresa.

W jego biurku, w bocznej szafce. Niestety w  szufladzie  było pełno, szpilki by tam nawet  nie zmieścił. No to pewnie jeszcze  nie znalazł. Alina wie o tym, że tam schowałeś? Chyba  nie, nic jej nie mówiłem, bo akurat była  z małym w łazience. Alina swój prezent już znalazła, ponoć body jak na miarę - poinformowała męża Teresa. Napisała, że  się ciut wystraszyła, gdy włożyła rękę do rękawa  kurtki, miałeś dobry pomysł z wsadzeniem go do rękawa. Hmm, czasem miewam dobre pomysły , odpowiedział  Kazik i oboje  zaczęli  się śmiać. A tata jeszcze nie odnalazł wszystkich książek, ale mu powiedziałam, że to dopiero połowa prezentu i że wszystko jest u niego w pokoju.

Po kolacji- dla Alka to była już druga tego wieczoru kolacja- pograli trochę w planszówkę, Alek znów przesuwał z dziadkiem pionki i liczył sam do dziesięciu, za oknem zaledwie cztery razy ciszę  zakłócił odgłos wystrzelonego fajerwerku, a deszcz bezustannie padał. 

O północy dorośli wypili po kieliszku białego, lekkiego wina, jako że nikt  nie lubił szampana, pożyczyli sobie  wzajemnie by nowy rok nie był gorszy niż ten, który  się właśnie skończył, przez kwadrans jacyś miłośnicy ulewy wystrzelili kilka fajerwerków i potem już była cisza. Alek został odstawiony do  swego łóżeczka, już nawet ząbków  nie miał mytych bo zasypiał w trakcie przebierania go w piżamkę. Mały już sypiał bez pampersa, miał tylko specjalny podkład  chroniący materacyk, tak na na wszelki wypadek. Poza tym jeśli wypijał danego  dnia więcej płynów niż  zawsze, to o północy był wysadzany na nocniczek i będąc w pół śnie siusiał.  Po pierwszej w nocy, gdy już i dorośli  odnaleźli  drogę do  swych łóżek Kazik odebrał maila od Krisa o treści- nie wiedziałem, że podglądasz moje zachcianki - dziękuję, cudny prezent. A Kazik odpisał - niech się dobrze  spisuje, to wymyśliła Tesia dla nas obu. Jacek został niemal na   siłę  zatrzymany i dostał do dyspozycji sofę w gabinecie Kazika. Obaj starsi panowie twierdzili, że nie pamiętają tak deszczowego Sylwestra. 

Ale to nie był koniec  niespodzianek ze strony pogody. Rano, już po ósmej,  ulice osiedla  były pokryte warstewką lodu. Koniec  świata  czy co? - zastanawiał się tata. Jeszcze o trzeciej nad  ranem padało, a właściwie siąpiło. To ten wiatr z północnego  zachodu przygnał jakieś takie nagłe ochłodzenie. To istne wariactwo gdy z +5  nagle,  w  ciągu kilku godzin przychodzi mróz. Zobaczcie, jest -4.  No faktycznie, ooo, nawet nasza ADM mini traktorkami posypuje  chodniki piachem. W wiadomościach porannych podano, że to upiorny poranek dla pogotowia i niestety  nie brak połamanych rąk i nóg.

Jacek chciał się już wybrać  do domu,  ale natrafił na ostry  sprzeciw  domowników. Primo - wpierw musi zjeść  śniadanie, ogolić  się może zapasową  golarką, może nawet wziąć  z rana kąpiel, może swoją gimnastykę zrobić spokojnie na loggii, wystarczy jak na  macie rozłoży koc. A do  domu pójdzie jak już lodzicho na chodnikach będzie nieco  rozdeptane i po raz  drugi potraktowane piachem. A poza tym może u nich spokojnie spędzić pierwszy dzień Nowego Roku, zjedzą razem  śniadanie a potem obiad. Co najwyżej może poinformować o tym Pawła, żeby  się  nie zdenerwował gdy do niego wpadnie i go nie  zastanie w domu.

Koło południa Paweł zadzwonił z życzeniami i pytaniem, czy jego ojciec jest u  nich czy może gdzieś powędrował. Pierwszy  dzień nowego roku  upłynął na  rozmowach telefonicznych, wszyscy na przemian albo do kogoś telefonowali albo odbierali połączenia od znajomych i przyjaciół. I każdy wydziwiał na pogodę. Kazik z pół godziny rozmawiał z Kurtem, a w tym  czasie Teresa rozmawiała z Frankiem, który jej powiedział, że "upolował" rejonową  lekarkę  swej córeczki a na pytanie no i co? rzeczywiście fajna? odpowiedział  "dyplomatycznie", że gdyby upolował coś takiego w charakterze  zwierzyny łownej to by tę "zdobycz pozostawił w lesie". I  ma teraz dla Anetki prywatnego pediatrę, który w razie gdyby nie było Franka i nie mógł przywieźć  swoich dziewczyn  do niego to on przyjedzie do nich. Naraił go jeden  z kolegów Franka, który ma  w tej chwili już drugie  dziecko i obojgiem  zajmuje  się ten pediatra. No i że pan pediatra  uświadomił Joannę że tzw. " karmienie na wezwanie" nie oznacza, że na każde kwilenie należy przystawiać  dziecko do piersi. I Joanna wreszcie korzysta z wagi dla niemowląt i zapisuje wszystko. I na  szczęście spodobał się jej pan  pediatra  jako facet, bo zaraz skomplementował i mamę i córkę, że są bardzo ładne. Teresa  się śmiała, że facet  dobrze  wie z  czego  żyje.

Wieczorem, wracając  z dworca wpadł do  nich Paweł, żeby zabrać Jacka do domu i przy okazji porozmawiać z Kazikiem. Bo Paweł dostał propozycję zmiany pracy i poczuł się nagle  "na rozdrożu". Jeśli idzie o  zarobki, to tu gdzie pracuje zarabia nieźle, tyle tylko, że gdy tu przychodził mamiono go rozwojem, a tak naprawdę to niczego nowego się nie dowiedział, nie nauczył a atmosfera  jest nieco dziwaczna, poza tym nudzi  się tu. To co mu proponują gdzie indziej jest jak najbardziej  samodzielnym kawałkiem  chleba, dobrze płatnym i, o czym wie od innych, bardzo poszukiwanym.  Kazik nie palił się do podpowiadania co wybrać, ale Teresa wypytała go co to za praca i powiedziała - miejsce dobre, może nie nauczysz  się czegoś nowego pod  kątem informatyki, ale  ty masz  zawód  z którym  zawsze znajdziesz pracę, więc jeśli czujesz  się na  siłach objąć to stanowisko to startuj. W razie  niewypału wyjedziesz na jakiś czas do Niemiec, Kurt , nasz przyjaciel już się o ciebie kilka  razy pytał. Tyle  ci mogę powiedzieć, bo nie mam nawet bladego pojęcia o informatyce. Ale ja nie  znam niemieckiego! No to  co, znasz dobrze  angielski, tam  się po angielsku dogadasz a jesteś młody i zdolny i szybko opanujesz niemiecki. Ale może wpierw spróbuj  swych  sił na tym stanowisku, o którym nawet ja wiem, że niemal każdy informatyk o nim śni. A gdy opanujesz język niemiecki to z tymi dwoma językami świat stoi przed tobą otworem. I mam wrażenie, że będziesz  się mógł tego niemieckiego uczyć nawet  w godzinach pracy, o  czym  nikt nie musi wiedzieć.  Kurt będzie najdalej w lutym w Warszawie, więc do tego  czasu możesz o tym  myśleć.  Kurt ma  trzech synków i przemiłą, ciepłą  żonę, która  zna angielski. 

A Berlin wszak nie jest na końcu świata, można  dojechać samochodem, można  pociągiem, można polecieć samolotem co jest do kitu, bo trzeba dodać czas, całkiem ostatnio spory, odprawy przed  wylotem. Poza tym Berlin jest bardzo miłym, kosmopolitycznym  miastem.  I sporo w nim mieszka i pracuje Polaków - są najliczniejszą populacją obcokrajowców i ponoć jest ich w Berlinie nieomal 100 tysięcy. A twój ojciec też zna Kurta, no może nie tak blisko jak my, ale podobała mu  się z urody żona twego taty. Jeśli wyjedziesz  i będziesz  miał mieszkanie, a mieszkań w tym  mieście  wciąż  brak, to sprowadzisz tatę, a te mieszkania dacie pod wynajem. 

Ale naprawdę to wpierw przejdź się tam, skąd masz tę propozycję. Zmienisz pracę, zmienisz otoczenie i zaczniesz być kierownikiem sam dla  siebie.  Może tylko zatelefonuj wpierw do Franka, że chcesz porozmawiać o tej pracy i kiedy będzie  się najlepiej tam  wybrać.Tylko przypomnij  mu się kim jesteś, bo Franek ostatnio z lekka zaganiany i  może w pierwszej  chwili nie  skojarzyć z kim  rozmawia. Późne tatusiowanie  powoduje lekkie oszołomienie. A ile on ma lat?- zapytał Paweł. Nooo, jeszcze  młodzik, nie pamiętam dokładnie z którego jest  miesiąca, ale  w  roku który  właśnie minął  stuknęło mu 45 latek. Ale to jest bardzo uczciwy i fajny facet. A skąd go znasz?- dopytywał  się Paweł. Z pracy, pracowaliśmy sześć lat w jednej firmie. I kto wie,  czy znowu nie będziemy razem w jednej firmie pracować.  Mogłabym nawet mieć go za szefa, bo on nie ma świra. A niedługo kończę urlop wychowawczy i  muszę coś ze  sobą zrobić, czyli rozejrzeć  się za jakąś pracą. Najchętniej to  bym poszła na  jakiś półetat, mdli  mnie na  samą myśl, że miałabym gdzieś siedzieć osiem   godzin a mały pałętał by się w przedszkolu.

Osobiście nie mam dobrych wspomnień z przedszkola stwierdził Paweł. Byłem krótko, bo ciągle  łapałem jakieś infekcje i potem byłem odstawiany do pani sąsiadki, która miała już dwójkę dzieci i nie pracowała a mama się z nią przyjaźniła i płaciła jej niewiele więcej niż za mój pobyt w przedszkolu.

No ja nie mam żadnej sąsiadki z dziećmi w podobnym wieku, do której mogłabym bez  zastrzeżeń oddać Alka- stwierdziła Teresa. A do państwowego się nie załapiemy z uwagi na zarobki. Prywatnych  przedszkoli  w pobliżu nie ma, najbliższe prywatne jest na Ursynowie, ale słyszałam, że niestety nie jest to najlepsza pod  słońcem placówka,  a to, które z kolei ma  dobrą opinię to jest nieomal w Piasecznie czy też w Mysiadle.  Urządzała by mnie jakaś  praca na pół etatu- głównie z uwagi na staż pracy potrzebny do emerytury.

Kochanie moje, są jeszcze trzy miesiące do końca tego urlopu wychowawczego, ja już robię rozeznanie w tym kierunku. Zaraz po obronie ostro się za to wezmę. Tak naprawdę to nie chcę by Alek chodził do przedszkola. I my i ty wychowaliśmy  się bez przedszkola i mam zamiar dalej powielać  ten model. Alek ma kontakty  z dziećmi na placu zabaw i świetnie  sobie tam daje radę.

W tym układzie to nawet nieźle  się składa, że twoja była  firma nie istnieje, nie masz  noża na gardle, że musisz   natychmiast podjąć decyzję o powrocie  do pracy. Bo być może będą nas  czekać jakieś  spore zmiany. Na razie mam na głowie obronę i nie  chcę się teraz  rozdrabniać. Tylko nie pomyśl, że przedkładam swoje sprawy ponad  twoje.

Ależ ja to dobrze  wiem - uspokoiła męża Teresa- tak naprawdę to mi się do bycia tyle godzin poza  domem wcale nie  spieszy. Bardzo nie  chciałabym znów mieć tyle pracy ile miałam przed urodzeniem Alka. I nie mam ambicji by być na jakimś kierowniczym  stanowisku - mnie wystarczy połówka etatu.

                                                                             c.d.n.  




poniedziałek, 29 maja 2023

Lek na wszystko? -123

 Święta, święta i...po świętach - powiedziała Teresa do męża  rankiem w drugi dzień świąt. Zaimponował mi Jacek - poczułam  się jak w najlepszej restauracji. To jest facet, który zawsze  słucha uważnie co się do niego mówi  a poza tym bystro obserwuje  tych,  z którymi często przebywa. A nasz skarb traktuje go z takim  samym uwielbieniem  jak tatę. Śmiać mi się chciało, że w pewnym  sensie  zmusił obu dziadków by siedzieli obok  siebie, żeby on  nie musiał kursować z jednej  strony stołu na drugą.

 Nooo, jak tak dalej pójdzie, to stanę się zazdrosny - śmiał  się Kazik. I wiesz  co - miałaś genialny pomysł by  zrezygnować z  tak zwanych prezentów podchoinkowych i że po prostu wszyscy dostali te  same słodkości od  Wedla. To wymyślanie co roku prezentów podchoinkowych strasznie  mnie  zawsze męczyło - zawsze była to dla  mnie tak zwana "kwadratura koła", zwłaszcza  wtedy gdy trzeba było dbać o  to, by były to prezenty takie, by nikt  nie poczuł się "niedopieszczony" bo jego prezent był tańszy niż inne. Niech się nasze  dziecko uczy, że to spotkanie przy choince ma być oczekiwane i  radosne  nie  z powodu prezentów a z powodu możliwości  wspólnego spędzenia  czasu z tymi, których kochamy i lubimy.  I jestem pewien, że wszyscy na wiadomość, że wprowadzamy nową tradycję "choinka  wolna od  prezentów" odetchnęli z ulgą. A potem uśmiechnął się łobuzersko - co nie oznacza, że Mikołaj został zwolniony na emeryturę. Miałaś genialny pomysł z tymi iPadami dla nas obu. Ciekawy jestem kiedy Kris go odkryje. A mój Mikołaj wyraźnie zmądrzał i pojął, że lubię mieć  środki i spokojnie wybrać i przemyśleć co mi jest potrzebne, lub niekoniecznie potrzebne a chciałabym mieć - tyle  tylko, że mam wrażenie,  że Mikołaj jakiś bank obrabował.

Nie obrabował, tylko nie pije, nie pali, nie  zaprasza żadnych panienek do restauracji to ma pieniądze. Poza tym, nie wiem  czy wiesz, ale jego żona to bardzo oszczędna kobieta i oszczędnie dom prowadzi- wyjaśnił Kazik. Kris gdy się ożenił ze  zdumieniem zauważył, że ma więcej pieniędzy - jednak te kawusie w Europejskim, kolacyjki i dansingi sporo pieniędzy pochłaniały. Śmiałem się, że przez jego ożenek niektóre lokale  splajtują. 

A chociaż  fajne  były te panienki?- spytała Teresa. Nie mam pojęcia, nie  znałem jego panienek. Poprzedniczkę Aliny to widziałem raz i poza dzień dobry i do widzenia nie  zamieniłem  z nią  ani słowa. Odniosłem tylko wrażenie, że jej jest to prostu potrzebny sponsor, bo  ciągała go po sklepach i pokazywała kreacje, które się jej podobały.  A jemu  się ona podobała raczej bez jakiejkolwiek kreacji, najlepiej odziana  w listek figowy.  Uprzytomniłem sobie jedną  rzecz - kiedyś ojciec spotkał Krisa z Alicją na mieście  i potem Kris żalił  się, że w domu ojciec zapytał się go skąd on wytrzasnął taką "lafiryndę."

A zauważyłeś, że twój bratanek coraz  więcej słów produkuje?  I nawet się obaj całkiem grzecznie bawili tymi dużymi klockami. No, kto się bawił to się bawił, Tadzio to się głównie przyglądał i przeciw niczemu nie protestował - stwierdził Kazik. Jednak te 15 miesięcy różnicy między  nimi to nadal jest dużo. Ale widzę pewien postęp i u naszego - już nie ucieka gdy się Tadziś chce na nim  wesprzeć i nawet coś do niego nadaje. Jeszcze kilka miesięcy i się różnice bardziej zniwelują. Wiesz kochanie, jestem naprawdę zaskoczony jak bardzo  na korzyść zmieniła  się Alina. Powiedziałbym, że prezentuje się nawet lepiej niż wtedy gdy do nas pierwszy raz przyszła. I mój rozbestwiony brat przestał wreszcie ją traktować z góry. I to mnie naprawdę  cieszy.

No bo Alina kazała  mu się zastanowić czy on kocha ją nadal i czy kocha Tadzia. I jeszcze mu zapodała,  że jeśli jej nie kocha to nie ma problemu - niech wystąpi o rozwód, a ona i dziecko znikną z jego życia, żeby mu swym widokiem nie robić przykrości. Poza tym niechcący wycięła mu numer, bo zapomniała wziąć z domu komórkę, a wybrała  się z małym wpierw na szczepienie  a potem na Sadybę i bardzo długo jej nie było, a wszystko miało miejsce po tym, gdy mu zadała to niewygodne pytanie. Gdy wychodziła  z domu to on jeszcze spał  i potem jej szukał po całym osiedlu. Poza tym powiedziała mu co myśli na temat tej kancelarii i nadęty balonik pękł, bo jej ocena tego projektu była taka sama jak taty. No to wielkie brawa  dla Aliny - powiedział Kazik. Wiesz- to  chyba pierwsza babka która mu "warknęła".  Poprzednia to odeszła bez słowa gdy jej obciął apanaże.  

Alinka mu sporo "nawarczała" - oni mają, na jego życzenie, rozdzielność majątkową i ona  nie informując go o tym, zmieniła umowę z najemcą jej mieszkania - kiedyś umowa była odnawiana co roku, teraz  jest co kwartał- tak jej doradził jeden prawnik, znajomy jej rodziców. I chyba bardzo to zabolało Krisa, bo mu powiedziała, że on nie jest jedynym prawnikiem w mieście, a poza tym ona wie, że gdyby nagle nie mogła natychmiast zamieszkać w swoim mieszkaniu to może zawsze zamieszkać w naszym zapasowym. Kazik się śmiał -  brawa dla niej - musiało go to baaardzo zaboleć. Nawet mi słowem nie pisnął o tym wszystkim - chyba się bał co by ode mnie usłyszał. Masz rację, że on ma zbyt rozbuchane  ego. Ja to miałem "przechlapane" w domu, bo wiecznie  miałem "świecić" przykładem młodszemu a Kris był wiecznie pieszczony, tulony i w końcu rozpaskudzony. 

Powiedziałaś kiedyś, że bardzo lubiłaś moich rodziców, ale powiedz mi za co ich lubiłaś. Miałaś z nimi sporadyczny kontakt i zawsze  byłaś w roli gościa. Nie wytykali ci, że dostałaś z jakiegoś przedmiotu "tylko czwórkę" a trójka była traktowana jak dwója. Tak miałem przez  calutką szkołę podstawową. W liceum byłem już bardziej zainteresowany  szkołą, po prostu mniej  się nudziłem na lekcjach - bo całą podstawówkę to umierałem  z nudów. Jak się miałem nie nudzić skoro w chwili gdy inni dopiero poznawali alfabet ja już płynnie czytałem?  Oni dukali elementarz, a ja czytałem sobie  sam bajki. Mamę to cieszyło że mądry jestem, ale to wcale nie było dla mnie dobre. Nie wiem i nie  rozumiem dlaczego nikt nie  sprawdzał poziomu wiedzy dzieci, które szły do pierwszej klasy. Teraz są "zerówki", ale to wcale nie poprawiło sytuacji dzieci, które są zdolniejsze od innych, bo nikt  w sposób fachowy  nie kontroluje poziomu wiedzy ani nie sprawdza ich możliwości. Dziecię jednego z moich kolegów z Instytutu jest w  szkole prywatnej. Mankamenty - to cena tej frajdy i konieczność wożenia  dziecka z jednego końca Warszawy na drugi. Pozytywy - szkoła bezstresowa, gromadzi głównie b.zdolne  dzieciaki, dziecko ma również zajęcia pozaszkolne, czyli wybrany rodzaj sportu ewentualnie język obcy, dziecko praktycznie  spędza tam cały dzień, je obiad  w szkolnej stołówce, odrabia  lekcje, co jest cenne gdy oboje pracują do szesnastej lub siedemnastej. Praktycznie od godziny 7,30 do 17,30 ich  dziecko jest poza  domem.

Wiesz, ja to bym takiego dzieciaka z podstawówki nie wyekspediowała na  tyle  godzin  z domu - to jakby nie liczył dziesięć godzin dziecko jest z obcymi ludźmi. Czyli ktoś inny niż  rodzice  wychowuje dziecko. Nie podoba mi się taka sytuacja - absolutnie. Słyszałam o tej szkole, w ramach  zajęć pozaszkolnych jest tenis i jazda konna. I gdybym  miała tyle płacić za to wolałabym nie pracować i siedzieć w domu, prowadzać  dziecko na jakieś zajęcia  pozaszkolne, ale jednak mieć stały i bezpośredni wpływ na dziecko a nie  tylko w soboty i niedziele - stwierdziła Teresa. I nie sądzę bym zmieniła  zdanie w tej sprawie.

Mnie też takie rozwiązanie nie  zachwyca. Powiedziałem  ci o tym nie  dlatego, że chciałbym oddać Alka w takie miejsce. A to, czy po tym urlopie wychowawczym  będziesz pracowała  zawodowo czy też nie -to zależy głównie od  ciebie.  Masz  założone subkonto w Berlinie i część pieniędzy z wynajmu na nie trafia.  

No jeszcze niestety przed nami Sylwester i ta piekielna strzelanina - nawet nie ma dokąd uciec. Dzieci się umęczą. Co za barbarzyński zwyczaj! Na szczęście Alek coraz  starszy, posiedzi z nami dopóki nie zaśnie na  siedząco,  zobaczy przez okno kilka tych sztucznych ogni i przestanie  się bać huku. Będzie  spał ze stoperami w uszkach i pewnie z nami w naszym łóżku. I zasłonimy okno kocem, co zawsze choć trochę stłumi hałas. Zastanawiałem  się nawet czy aby gdzieś nie wyjechać, ale kraj mały i nie  znam takich  miejsc by był jakiś ośrodek wczasowy oddalony kilka kilometrów od innych zabudowań.  Przez moment nawet chciałem byśmy wyskoczyli do Baligrodu, ale jazda zimą z dzieckiem jest mało zabawna. A ośrodek  musi na  siebie  zarabiać,  więc nie będzie wczasowiczom niczego  zabraniał. Poza tym ten teren  nie jest włączony do Parku Narodowego, więc hałasować  wolno.

Tata mi wczoraj powiedział, że chciałby sprzedać swój samochód. I kupić nowy, mniejszy dla ciebie. Bo teraz to on właściwie wcale nie jeździ i jego zdaniem jest to ostatni moment na  względnie korzystną sprzedaż. I prosił byśmy to przemyśleli. Czyli masz przemyśleć czy chcesz  samochód i jaki. Na razie dał go na przegląd, przy okazji go wypucują. Opony zimowe już ma założone. A dlaczego tata chce go sprzedać? No bo teraz to jeszcze dostanie za niego jakieś pieniądze a za rok to jego wartość bardzo spadnie. Zaraz po świętach  facet z tego warsztatu niedaleko nas umówił jakiegoś klienta. Ja swój też   zamieniłbym na mniejszy a na wakacje jeździlibyśmy w dwa. I fajnie byśmy kupili dwa nieduże tej samej marki i w tym samym kolorze. Wtedy jakoś mniej wpada ludziom w oczy, że są dwa  samochody. A nam się nie będą mylić? Sądzę że nie, numery rejestracyjne będą różne i możemy założyć różne pokrowce. Wyobrażam  sobie minę Alka gdy go weźmiemy salonu samochodowego, będzie biegał od  samochodu do samochodu i każdy będzie najpiękniejszy - powiedziała śmiejąc  się Teresa. A masz już jakiś upatrzony samochodzik? Mam, Hyundai i20, benzynowy, 5 drzwiowy, tylne siedzenia składane. To typowy  miejski samochód a my będziemy  głównie po mieście jeździć. A wiesz, że już musimy nowy fotelik hrabiątku kupić? 

Ale po co nam dwa samochody? No bo już niedługo nie będę pracował w domu. Teraz  jeśli musisz gdzieś jechać to bierzesz taty samochód gdy  mnie nie ma w domu. Chcę, żebyś miała samochód. Obejrzyj  sobie tego Hyundai i20. Całkiem niebrzydki. I z tego co o nim  wiem, to jest lepszy niż amerykańskie wózki. Już jego poprzednik był bardzo dobry i trwały, jeden z kolegów ma i bardzo go sobie  chwalił. Tata bardzo uważnie oglądał ostatnio razem z Jackiem samochody i  Jacek też chce  się przymierzyć do tego i20. Śmiał się z tatą, że gdy w trójkę wparujemy do dealera i każde z nas zażyczy sobie  owo i20 to nam facet musi sprzedać ze zniżką. A Kris też chce zmienić samochód?  A nie wiem i wcale mnie to nie interesuje. Dla niego  Hyundai  i20   jest wyraźnie za mało szpanerski. Facet z jego ego nie może jeździć takim powszednim samochodem. Przecież na tylnym siedzeniu wozi swą wytworną togę. 

                                                                   c.d.n.


niedziela, 28 maja 2023

Lek na wszystko? -122

 Kilka dni później zatelefonował Franek pytając  się czy najbliższy  czwartek będzie  dobrym  dniem na wizytę i czy w takim  razie mógłby wpaść do niej około godziny 12,00.  Teresa  zaakceptowała  tę porę, mówiąc, że godzina  dobra, bo jeżeli  nie będzie  jakaś bardzo paskudna pogoda to Alek  będzie wtedy na spacerze i  zakupach z obydwoma dziadkami, Kazik zaś na pewno będzie zajęty swoimi  sprawami. A jeśli będzie pogoda marna to będzie po prostu w pokoju dziadka albo budować domy albo będzie się zajmował swoim ZOO. To macie jakieś zwierzątka?- zdziwił się Franek. Noo, mamy całe ZOO, łącznie z wymarłymi dawno gatunkami, które trzeba było kupić, żeby im nie było smutno, że ich  nikt nie wziął do domu.  Ostatnio dokupili z dziadkiem pterodaktyla i Alek mówi, że to kondor. Dopóki nie  przynoszą mi do  mieszkania żywych stworów to wszystko spokojnie znoszę. 

W czwartek idealnie punkt o 12,00 zabrzmiał dzwonek  domofonu i po chwili Franek już przekraczał próg mieszkania  Kazików. Dla Teresy przyniósł  "storczyka  w zalewie", czyli storczyka w szklanym kulistym naczyniu wypełnionym jakąś przezroczystą "cieczą".  Kwiatek był  ładny i nie  wymagał jakiejkolwiek pielęgnacji - miał tylko stać w jakimś nie nasłonecznionym miejscu i  cieszyć wzrok. A Kazik w  domu? -zapytał Franek.  W domu i albo mówi  sam do siebie albo ma telekonferencję - powiedziała Teresa. Franek wręczył Teresie  płaskie, długie pudełko mówiąc - prosiłem znajomego o świeże daktyle i przywiózł jakiś "wynalazek"- daktyle z czekoladową pestką. Podobno rewelacja. Dziwne- stwierdziła Teresa - ale je przetestujemy. Masz do wyboru - kawę z czekoladą lub samą czekoladę, obydwa napitki już są zrobione.  A nie chcesz przypadkiem zjeść  czegoś bardziej konkretnego? Mogę zrobić w kilka minut omlet - idę o zakład, że takiego jeszcze  nie jadłeś. To mój patent i mogę ci go po znajomości "sprzedać". Jeśli ten omlet nie będzie tylko dla mnie to chętnie zjem- odpowiedział Franek z uśmiechem. I będę mógł popatrzeć jak ty go robisz? No jasne, chodź do kuchni. Zrobię go dla nas wszystkich, tyle tylko, że Kazikowi wrzucę go do gabinetu. On chyba konferuje z zagranicą. 

Omlet w rzeczywistości był bardzo prosty do zrobienia- Teresa ubiła mikserem pianę z białek z odrobiną  soli, następnie do piany dodała rozmieszane żółtka i na  końcu do tej masy delikatnie dodała zmielone na drobno orzechy laskowe i całość  umieściła na gorącej patelni z rozpuszczonym masłem ghee- tym razem oryginalnym, zakupionym w sklepie z hinduskimi "różnościami". Masło ghee to po prostu masło klarowane - wyjaśniła Frankowi. Tak naprawdę to  wszystko smażę na maśle klarowanym, jak  zapewne większość ludów koczowniczych i "dzikusów" jak mawia pewna moja znajoma. 

Jedna porcja omletu i kawa z  czekoladą powędrowały do gabinetu Kazika, który wciąż z kimś konferował - tym kimś był......Kurt  i chwilami jego szef. 

Teresa z Frankiem zacumowali w kuchni, chociaż Teresa chciała, by jedli w bardziej "cywilizowanych" warunkach,  ale Franek stwierdził, że w kuchni jest  super. Omlet został uznany za rewelacyjny, Franek zaraz sobie  zapisał w notesie przepis. Pod koniec posiłku Teresa  spytała - a jak Anetka? Wszystko jest z małą w porządku? 

Żarta, coraz bardziej przypomina włoskiego amorka.  A w nocy śpi, czy myli się jej dzień  z nocą? - spytała  Teresa. Na szczęście  śpi po ostatnim karmieniu do szóstej rano. A co ile godzin ją Joanna karmi? Teoretycznie to co trzy godziny, ale ile  razy mała  zapiszczy to jej zaraz  pakuje sutek w  dziób. A co na to lekarka, która ją prowadzi? Nie wiem, bo Joanna wchodzi sama i nie życzy sobie żebym ja wchodził razem  z nimi. 

Teresie nieco szczęka  opadła  ze zdumienia, ale powiedziała - jeżeli znasz nazwisko tej lekarki to upoluj ją  i z nią porozmawiaj, jak to wygląda. Jesteś wszak pełnoprawnym, legalnym ojcem Anetki i byłoby dobrze, gdy szanowna pani doktor rozmawiała również z tobą. Dziecko nie jest własnością tylko Joanny. A myślisz, że mógłbym tak szczerze porozmawiać  z tą lekarką?-spytał.

Według mnie jak najbardziej. Dziwi mnie takie zachowanie Joanny- stara się jak najbardziej nadążać za bieżącą modą w wielu dziedzinach  życia, a nie zauważyła, że teraz jest  moda, że ojcowie są na bieżąco  z tym co się dzieje  z dzieckiem od  chwili zapłodnienia. Ojcowie są zapraszani przez lekarza  prowadzącego ciążę i informowani na bieżąco o tym, co się dzieje z ociupeństwem. Chodziłeś z nią razem na badania?  No nie  zawsze, bo miałem spory młyn w pracy. A ona wcale nie była  szczęśliwa gdy z nią chodziłem. A pytałeś dlaczego ona nie chce byś z nią razem chodził?  Pytałem - odpowiedź z reguły była, że "nie bo nie" oraz teoria, że wtedy ona przestanie być dla mnie podniecającą tajemnicą. Jak słońce na niebie - nie mam pojęcia skąd ona czerpie takie mądrości. 

Od lat mieszka w Warszawie, a myśli jakby dopiero co wylazła z  dzikiego lasu. Jestem strasznym  durniem, bo przed ślubem nie współżyłem  z nią, a tak między wierszami  powiedziała mi, że już nie jest dziewicą.  A po ślubie okazało się, że jest. Kompletnie mnie zatkało gdy to odkryłem. I może  wtedy powinienem  był iść  z nią do jakiegoś psychologa, bo to jakoś bardzo niezwykłe kłamstwo. 

Teresa uśmiechnęła  się - o tym to ja  wiedziałam, bo ona  się strasznie bała, że ty jeśli  się dowiesz, że ona jeszcze  dziewica to pomyślisz, że jest tak nieciekawą osobą, że nikt jej  nie chciał. Powiedziała mi to zaraz po waszym ślubie, więc ją tylko pocieszyłam, że ten fakt raczej  cię uraduje  niż zmartwi. Ale nic ci powiedziałam, bo nim to  z siebie wydusiła musiałam  jej przyrzec, że nic  nikomu, łącznie z tobą, nie powiem. A ja mam ten feler, że dotrzymuję przyrzeczeń. Wiesz, mam wrażenie, że sam fakt, że od lat ona mieszkała w Warszawie unowocześnił tylko jej zewnętrzność, a to co wyniosła ze  wsi w sensie  mentalności nadal w niej tkwiło jak i w  większości jej koleżanek. Nie da  się ukryć, że musisz ją sobie dopiero wychować i będziesz miał ręce pełne roboty. Może powinieneś skonsultować się z jakimś psychologiem, że masz taką "świeżynkę" i czujesz  się bezradny. 

Powiedziałam  ci o psychologu, bo Alina jest cały  czas pod opieką psychologa z racji tej  swojej dwubiegunówki.  Ona raz  w tygodniu ma  psychoterapię i ma dobrego  specjalistę - spróbuję się dowiedzieć jak się do niego dostać prywatnie. Bo Alina to ma  z nim sesje  z racji tego, że jest pacjentką Instytutu Psychoneurologii, ale być może,  że facet gdzieś prywatnie też działa. Tylko musisz mieć  świadomość, że będę musiała z grubsza powiedzieć Alinie jakiego rodzaju masz kłopot. Ale oczywiście  nie powiem dokładnie o co biega. Powiem, że macie po prostu kłopoty z dogadaniem się, bo jesteście jakby z dwóch różnych bajek. Alinie się bardzo poprawiło odkąd zajął się nią ten lekarz psychoterapeuta - jest teraz taka jaka być powinna. Taka jaką znałam gdy była jeszcze pod opieką  swej mamy, która  wprawdzie  nie powiedziała Alinie, że jest chora na nieuleczalną chorobę, ale dbała by ona stale brała lek, który jest konieczny.  

No popatrz, może mnie przyciągają takie nieco dziwne przypadki - bo bardzo mi się Alina podobała - stwierdził  Franek. No to się  ciesz, że jednak z nią nie byłeś, bo naprawdę to Krisowi nie było łatwo, dostał w kość - jak to niektórzy  mówią. Był taki moment, że on chciał się z nią  rozejść i zabrać jej  dziecko. To naprawdę jest nieuleczalne - najważniejsze, że ona już zaakceptowała fakt, że jest chora i że do końca życia będzie brała jeden lek. A druga sprawa ważna - to nie jest choroba  dziedziczna. Mogłaby się powtórzyć tylko u  dziecka, którego rodzice oboje mieliby właśnie taki układ  genów. I co jeszcze dziwniejsze- choroba jest w  wyniku specyficznego układu genów, które nie są wcale uszkodzone.

To rzeczywiście dziwna sprawa. Ale może kiedyś każdy chcąc założyć  rodzinę będzie  musiał wpierw się przebadać genetycznie i może para, której połączone geny mogą wywołać chorobę u potomstwa nie będzie mogła  się rozmnażać -zastanawiał się Franek. Teresa roześmiała  się - jeżeli tak  będzie to zapewne wszędzie, ale  nie u nas. U nas  zawsze  "wolność Tomku w  swoim domku"- jak  czegoś "nie wolno" to prędko wpadną na pomysł by taką przeszkodę ominąć. Nawet jeśli  jakiś zakaz jest  w pełni uzasadniony.

Do kuchni dotarł Kazik. Panowie przywitali się serdecznie, obaj rozpływali  się nad omletem zrobionym przez Teresę, a Franek powiedział Kazikowi, że powinien każdego dnia rano i wieczorem dziękować wszystkim świętym, że ma taką żonę. Czy z powodu tego omletu? - spytała  Teresa. No coś  ty, omlet to pestka, idzie o wszystko co sobą reprezentujesz - wyjaśnił Franek. No wiesz - on  mnie sobie po prostu wychował - tak długo mnie nie dostrzegał, że od tego jego niedostrzegania zmieniłam się nie do poznania i wtedy mnie dopiero przyuważył- śmiała  się Teresa.  Ale ja cię znam od  wielu lat - zawsze byłaś taka jaka teraz  jesteś. I dlatego się przyjaźniliśmy.

Rozmowę przerwał telefon od.....Jacka, który informował, że tata i Alek są u niego i zaraz będą jedli u niego drugie  śniadanie, na które będzie ryż z musem malinowym i surowymi malinami, które  się właśnie rozmrażają. Teresa poprosiła  Jacka, by koniecznie ryż wymieszał wpierw ze  surowym jajkiem a potem odsmażył w formie placuszków i wtedy da na  wierzch co tylko zechce. To ja  dla nas wszystkich  takie zrobię - zapewnił Teresę Jacek.

Jak ci się Franiu ojcuje? - zapytał Kazik. Budzi cię w nocy? - ona nie, nie  budzi - nawet  zapłakać  nie  może bo zaraz jej Joanna buzię  zatyka piersią. Właśnie  mnie Tesa wysterowała, bym się dopytał lekarki czy to jest właściwe. A mała coraz  bardziej podobna się robi do amorka włoskiego . Wasz prawie już trzylatek ale rączki ma chudziutkie, a rączka mojej to jak dwa połączone serdelki zakończone  parówkami koktajlowymi.  Franek! jak możesz tak mówić o własnej córci! - niemal krzyknęła  Teresa.  No bo nie jestem ślepy, ona jest wg mnie za tłusta. A wyhodowane w dzieciństwie komórki tłuszczowe  zawsze potem będą ją nękać gdy już dorośnie i będzie  się wiecznie odchudzać- na ogół bezskutecznie. Więc od  dziecka trzeba dbać by ich za dużo się nie namnożyło. Bo one nie znikną same - one się tak zachowują jak niektóre pustynne rośliny, których w  czasie suszy nie widać, a wystarczy duży deszcz - wtedy  nagle, nie wiadomo skąd, ewidentna  dotąd pustynia pokryta jest kwiatami. Wygląda to przepięknie, ma  się wrażenie, że te kwiaty spadły razem z  deszczem. Nie ma tego powolnego wzrostu, pączkowania, wreszcie rozkwitnięcia. Widzisz przed sobą pustynię , która zaraz po deszczu jest pełna  rozwiniętych kwiatów.  Gdy zobaczyłem to pierwszy raz to pomyślałem, że mam jakieś zwidy. Istne wariactwo. A tak ogólnie  to  szkoda, że do nas  nie przyjedziecie w święta.

Ale przecież my sobie  to wszystko odbijemy wiosną i latem. Anetka jest jeszcze malusia, wieloosobowy gwar  ją męczy, niech spokojnie doczeka do pół roku. A jak twój tata? Nie narzeka, że to wnusia a nie  wnuk? Skądże miałby narzekać- wiedział, że marzyła  mi się dziewczynusia i się ucieszył, że się udało, bo jak powiedział nie jest łatwo zmajstrować "cacko z  dziurką". Zabawne określenie - nie znałam takiego- śmiała się Teresa.

Franek zerknął na  zegarek- będę już uciekał. Do końca  roku i pewnie jeszcze do połowy stycznia nie będę nigdzie wyjeżdżał. Szkoda, że nie ma Alka, to szalenie mądry i  kochany  chłopaczek. Podziwiam go, a tym samym podziwiam was oboje jak fajnie go wychowujecie.

Franiu - już masz co wychowywać w domu-  pamiętaj, że dziecko się wychowuje od jego pierwszego samodzielnego oddechu. Tylko mało kto zdaje  sobie  z tego sprawę. I jest taka prosta zasada - traktuj swe  dziecko tak , jak sam chciałbyś  być przez  nie traktowany, gdybyście  się  mogli  zamienić  rolami- tak  mi zawsze mówił tata. I tak  mnie wychowali i tata tak traktuje  Alka.  I pomyśl  nad tym przywiezieniem swego taty do nas. Lubię twojego tatę.  W styczniu na pewno nie  będzie  miał żadnych prac w ogrodzie i będą sobie z moim tatą  i Jackiem dyskutować ile tylko będą mieli ochotę. W tym drugim mieszkaniu jest wszystko co do życia potrzebne i ono jest na pierwszym piętrze. Być może  będą chcieli tam  tylko sypiać, a resztę czasu spędzać tutaj -też nie ma problemu - wszystkie chwyty dozwolone.  Jak widzisz chata na tyle duża, że Kazikowi nie przeszkadza w pracy czyjaś obecność. I koniecznie dorwij tę lekarkę. Może jest zmotoryzowana i mogłaby do was wpadać - zaproponuj jej, żeby Anetka była jej prywatną pacjentką, przynajmniej dopóki nie ukończy  roku. Och, jeszcze jedno - dajcie mi namiary na sklep gdzie kupowaliście wózek i gdzie wam mocowano fotelik samochodowy dla  dziecka. Teresa  szybko odnalazła prospekty i powiedziała - obejrzyjcie wpierw  wszystko  w sieci, kolory nie  są przekłamane. Oni mają dobry sprzęt, już drugie dziecko się w tym wózku hoduje. I daj fotelik do zamontowania na ten podany adres, bo oni dają gwarancję na montaż.  Jest o tyle  dobrze, że z nimi możesz  się umawiać na konkretny termin i Kazik i Kris byli przyjęci na  montaż punktualnie. To też ważne,  w końcu  nie każdy może pół dnia poświęcić na montaże.

Gdy Franek wyszedł Kazik stwierdził, że nieco mu żal Franka, bo tak naprawdę to Joanna bardzo od niego odstaje intelektualnie. A to zawsze  wyjdzie na  wierzch wtedy gdy będą mieli jakieś kłopoty. A czy ty zauważyłaś, że Franka koszula wyglądała jakby była  nieco za ciasna dla niego? Podejrzewam, że szanowna małżonka usiłuje go trochę podtuczyć, bo ładny chłop to mastny chłop, czyli tłusty  chłop. Nie, nie przypatrywałam  mu  się tak dokładnie. Ale zauważyłam, że ma fajny garnitur, zapewne kupiony u Bossa. Gdyby jeszcze nie  miał tego okropnego blond  jeżyka na  głowie to lepiej by się prezentował. On jest z tych facetów, którzy dobrze to wyglądają głównie w garniturach ewentualnie w mundurach. Kiedyś przyszedł do pracy w czarnych dżinsach i czarnym obcisłym pulowerku i dla mnie to wyglądał jak  czarny wykrzyknik, nad którym ktoś namalował niezbyt gęstą szczoteczkę do rąk. I jak powiedziała jedna   z koleżanek, to on  w takim stroju wygląda jak linoskoczek. Ale to bardzo porządny facet i życzę mu żeby  mu się ten  związek mimo wszystko udał. Ciekawa jestem czy uda mu  się wychować Joannę. Osobiście  nie wierzę  w to. Ona  mi wygląda na  mało reformowalną.  Jednocześnie  mnie nieco  zadziwia, bo ona doskonale   wie jaki jest teraz modny  makijaż, jaki kolor  włosów, szerokość i krój damskich  spodni. Anetka jeszcze  maleńka a ona już w pełnym  makijażu na twarzy. Alek ma już trzy lata, a ja nadal nie  mam na co dzień makijażu, no bo jak przytulać  i  całować  dziecko z tapetą na twarzy. Gdy byliśmy u  nich to tylko miałam wytuszowane rzęsy, żeby było widać, że jednak  je posiadam. A Joanna  miała na twarzy całkiem  grubą warstwę podkładu i pudru i niemal wieczorowo umalowane oczęta. 

Skojarzyła  mi  się z pewną panienką, która  dość krótko u nas pracowała , bo jak  stwierdziła to było za dużo pracy. Ona gdy przyjeżdżała rano na  ósmą do pracy to już w pełnym niemal wieczorowym makijażu i pewnego ranka weszła do naszego pokoju i......nie wiedziałyśmy w pierwszej chwili kto to jest i któraś wrzasnęła- biuro czynne od 10,00 i szczęki nam opadły bo gdy się odezwała to dopiero ją rozpoznałyśmy. Okazało się, że poprzedniego dnia coś ostrego jej wpadło do oka, była na dyżurze okulistycznym, wpierw jej to coś wyciągnęli z oka, potem jej te oczy umyli i całą twarz również i przez tydzień potem  chodziła nieumalowana. Na dodatek co 2 godziny musiała  brać krople do tego oka. Ale zwolnienia nie dali i musiała chodzić  do pracy. Do końca  dnia miałyśmy ubaw, bo jedna  z dziewczyn puściła plotkę, że mamy nową pracownicę i zaraz zaczęli się schodzić panowie, a ówczesna pani kierowniczka ustawiła ją przy ladzie by odbierała dokumenty, więc kto tylko wchodził to ją  widział.  

A ty się wcale nie malujesz i wyglądasz tak, że  wciąż mam ochotę  cię całować i tulić. No właśnie  dlatego się nie  maluję, żebyście obaj z  Alkiem  mogli mnie w każdej chwili całować i  się do mnie przytulić. Do ślubu miałam umalowane oczy i lekko podkreślony kontur ust.

                                                                             c.d.n.


Lek na wszystko?- 121

 Listopad kilka razy przypomniał ludziom, że "idzie  zima". Było szaro, ponuro, mokro i  zimno. Bardzo często spacery ograniczały  się do wyjścia na loggię - po prostu  spacer z małym mijał się z celem, bo dziecko  zupełnie  nie miało co robić na dworze. Często  w taki  dzień do Teresy wpadała Alina z synkiem i obaj bawili  się na loggii. Kazik postanowił zabudować loggię przesuwanymi oknami. Wpierw  długo konferował z działem technicznym spółdzielni, zaglądał w  dokumentację techniczną budynku, potem  były długie  debaty z wykonawcą i w końcu płyty osłaniające metalową balustradę były wykonane z plexi, a okna oczywiście  ze  szkła. Koszt wykonania wg projektu Kazika  był wyższy niż ten, który proponowała firma, ale miał tę zaletę, że można było bez trudu umyć wszystkie szyby bez  wzywania do tego celu firmy zajmującej  się myciem okien w wieżowcach. Na podłodze loggii leżała teraz  gruba mata i na  jej  części ciepły koc i loggia stała  się doskonałym miejscem zabaw. 

Pod koniec  listopada Kazik znów miał wyjazd  służbowy,  ale tym razem nie tylko do Berlina  ale i do Bremen. Nalegał by pojechała z nim Teresa, bo Bremen jest bardzo ładnym miastem, a on będzie  wpierw w Berlinie, potem polecą do Bremen i stamtąd wrócą do Warszawy. Teresa  z kolei tłumaczyła mu, że tydzień poza domem to nieco za długo  z uwagi na Alka, poza tym co ona będzie tam robiła wtedy, gdy Kazik będzie  zajęty swoimi sprawami. Poza  tym nie jedzie tam sam ale jadą jeszcze inne osoby, więc będzie to nieco dziwna sytuacja, że on leci z  żoną. Gdy była z nim w Berlinie to leciał sam. Uschnę tam sam z tęsknoty za tobą - narzekał Kazik. Nie uschniesz- przekonywała  go Teresa - wyjedziesz we wtorek rano, wrócisz w piątek pewnie wieczorem albo w popołudniowych godzinach. Będziesz ze mną co wieczór rozmawiał. Mogę cię odwieźć na lotnisko i przyjechać po ciebie - mam w  tym wielką  wprawę. Nie przyda  się ta twoja wprawa,  nie  będziemy lecieć rejsowym samolotem, polecimy z wojskowego lotniska ale nie  wiem czy na  nie  wrócimy,  więc pojadę taksówką. A to tak  można? - zdziwiła  się Teresa.  Czasami można,  zależy kto leci. Czy to znaczy, że  leci jakiś ważny oficjel?  Ważny to może  nie, ale  dobrze ustawiony i mam nadzieję, że wrócimy rejsową Lufthansą. A stąd wylatujemy bladym świtem, żeby tam być raniutko. No widzisz - tym bardziej będzie lepiej, że nie polecę  tam tym razem z tobą.

Wiesz- mam wciąż  mieszane uczucia , bo z jednej  strony nawet mi się nieźle pisze ten doktorat, poza tym wiem, że mi się ten tytuł przyda a  z drugiej strony to jeśli tu będzie nadal tak jak jest, to zapewne jednak wyjedziemy i dobrze, że mamy to drugie mieszkanie w Berlinie. No i wtedy ten  tytuł będzie naprawdę  przydatny. Tyle tylko, że nie mam pojęcia co będzie  z Krisem - rodzina  nam  się trochę rozleci. On wciąż ma w głowie to nierealne marzenie o własnej kancelarii działającej na jego warunkach, tylko że on nie ma pojęcia o pracy w  zespole ani tak naprawdę o prowadzeniu firmy, no a kancelaria prawnicza to też firma. Tata z nim o tym rozmawiał, ale nie  wiem ile do niego dotarło. Tata twierdzi, że prosił go, żeby i ze mną porozmawiał na ten temat,  ale pan adwokat jak na   razie nic do mnie nawet  słowa  nie pisnął na ten temat. Tata mu radził, żeby może na początek  zaczął od czegoś małego, jakiś tandem z  kolegą, którego dobrze  zna. Poza tym on nie  zna niemieckiego, uczył się francuskiego. Angielski to tyle  co ze  szkoły. 

Dobrze, że Jacek ma obok siebie  Pawła, bo jak mu zabierzemy tatę to  mu będzie  chyba  bardzo  smutno. Tak naprawdę to zupełnie nie  cieszy mnie perspektywa  wyjazdu stąd, choć naprawdę bardzo dobrze  mi się mieszkało w Berlinie, no tylko ostatnie pięć lat pobytu tam było dla mnie męczące, ale to już na  szczęście nieaktualne, bo wreszcie jestem  z tobą.

Teresa przytuliła się do niego - na razie piszesz doktorat. Skończysz, obronisz i wtedy dopiero będziemy podejmować jakieś  decyzje. Nie  zamartwiaj  się na  zapas, bo to nic  ci nie  da.  Mówiłeś, że przeniesiesz  się na politechnikę, chyba  nic nie  stoi na przeszkodzie żebyś tam pracował. Przecież tam pracują nie  sami wykładowcy. Wiesz- dla mnie najważniejsze byś ty był usatysfakcjonowany tym co robisz. 

Co do Krisa - dotrze do niego wkrótce, że życie nie jest pięknym   romansem i nie jednej osobie na  tym świecie nie  wszystko wypala.  Jemu może być dość trudno pracować w jakimś zespole, bo ma to szczęście, że od początku pracuje samodzielnie a klienci dopasowują  się  do niego.  I gdyby się "skrzyknął" zespół samych takich "samosiów" to pewnie szybko by się taka spółka  rozleciała. Bo teraz to on pracuje  tylko na siebie, bierze takie sprawy, które mu pasują, ale mam wrażenie, że on  nie  zdaje  sobie  sprawy z tego że w spółce każdy  pracuje  nie tylko na  siebie  ale na wszystkich.  I że wtedy sporo pieniędzy na pewno idzie na lokal w którym pracują, na jego wyposażenie,  na jakiś personel pomocniczy i również  nie jestem pewna czy będzie  wtedy zarabiał tak jak teraz. Poza tym taka spółka wieloosobowa to nie może być jeden mały pokoik, bo po to się wynajmuje lokal by prawnicy mieli miejsce do rozmów z klientem i by mieli miejsce do pracy. A  z tego co wiem to czynsz za lokale użytkowe  mały nie jest. Poza tym jeśli taka spółka chce  mieć sporo klientów to musi mieć lokal w centrum  miasta  a nie gdzieś na jego obrzeżach. A lokale im bliżej  centrum  tym droższe. No i jeszcze  jedno - musi być jedna osoba w takiej spółce, która ma pojęcie o prowadzeniu firmy i będzie pilnowała  wszystkiego od strony finansowej. I nie  wiem czy Kris jest  dobry w te klocki. Nie interesowałam się nigdy jak działa  taka spółka, chociaż księgowość jako taka nie jest mi obca, bo się jej uczyłam.  I od  razu mówię - ja na pewno bym się nie podjęła pracy w firmie prywatnej, bo jak na  mój gust to przepisy finansowe dotyczące firm prywatnych są  diabelnie zmienne i trzeba mieć cały czas oczy dookoła głowy by czegoś nie przegapić.  Poza tym najczęściej  się zastanawiasz  godzinami co autor przepisu miał na myśli  formułując  dany przepis, wydzwaniasz do  swych znajomych po fachu, bo może oni  już to rozgryźli. Ale  nic Krisowi na ten temat nie mówiłam, a jeśli kiedyś się mnie o coś  zapyta to go odeślę  do Aliny, bo kończyła to samo studium co ja i przez jakiś czas to chyba nawet pracowała w księgowości. A potem niechcący zrobiła kurs kreślarski i zmieniła  zawód.

Wyjazd Kazika do Niemiec nie  doszedł do skutku, co go wcale a wcale  nie zmartwiło. A Teresa powiedziała : widzisz, nie  warto się zbytnio martwić na  zapas  i zapewne  się tak intensywnie martwiłeś, że aż  wyjazd nie wypalił.  Przyszło mi na myśl, żeby nieco przemeblować mój "buduar" - trzeba bowiem wygospodarować pokój dla Alka. Myślę żeby  część szaf przenieść do naszej  sypialni, one są płaskie i raczej się w niej bez problemu zadomowią. W "buduarze" zostanie jedna szafa na jego wszystkie ciuszki, do twego gabinetu też wstawimy jedną szafę. Toaletka z buduaru? - mam do niej  sentyment, bo ty ją dla mnie kupiłeś, ale szalenie rzadko z niej korzystam. Zobaczymy - bo może wejdzie do sypialni. 

A ja myślę, że dla Alka będzie mój gabinet a w buduarze zrobimy gabinet - buduar jest  za mały na pokój dla niego. A do gabinetu kupimy wersalkę ale nie taką dużą jak ta  sofa - takie rezerwowe spanie nie jest nam potrzebne, jest przecież twoje poprzednie mieszkanie. Nie wiem tylko jak z jego mebelkiem do spania - żeby nie  zleciał w nocy. Myślę, że  może obniżymy materac i szczebelki, bo wtedy szczebelki wystają ze 30 cm nad materac, więc nie wyląduje na podłodze. A w takim  razie może nie byłoby źle zajrzeć do jakiegoś sklepu meblowego i zobaczyć jakie mają meble dla dzieci - zaproponował Kazik. Ale na razie nic mu nie mówmy, bo jeśli cokolwiek powiemy to zaraz będzie  się sto razy dziennie pytał kiedy on będzie miał swój pokój. 

Wyprawa do sklepu  meblowego bardzo się Alkowi podobała. Teresa robiła  zdjęcia tego co im  się spodobało i spisywała  wszelakie wymiary. Spodobało im  się łóżko, a właściwie  dwa w jednym- były to dwa łóżka zrobione piętrowo, dolne wysuwane  spod górnego i Teresa stwierdziła, że to dolne łóżko chroniłoby dziecko przed twardym kontaktem z podłogą gdyby się  Alek w nocy stoczył z łóżka. Łóżko było pełnowymiarowe na długość, więc zapewne starczyłoby na długo, a nowy materac zawsze można by było dokupić, gdyby jeden  z nich  stracił nieco  swych walorów.  Zupełnie  nie przypadły im do gustu łóżka dla dzieci proponowane przez różnych wytwórców- np. łóżko imitujące samochód lub statek.  Te meble zajmowały strasznie  dużo miejsca  i zupełnie  nie przystawały do realiów obecnych metraży mieszkań. Teresa śmiała  się, że najwidoczniej  w świecie brak im obojgu poczucia  humoru i dlatego te  łóżka im  się nie podobają.   Tata od  razu zaproponował, żeby pokój Alka zrobić z jego sypialni, ale dowiedział  się, że nie ma mowy - ten numer nie przejdzie. 

W domu Teresa pomierzyła  dokładnie  wszystkie meble z  buduaru, sypialni i gabinetu. Potem narysowała plan tych  pomieszczeń, a na koniec zrobiła odpowiednią ilość kartonowych prostokątów i kwadratów  w tej  samej skali co  pomieszczenia,  na każdym pisząc co przedstawia. Szalenie  się "ta zabawa" podobała  dziecku. Kazik  się  śmiał, że skoro mu się tak ta  zabawa podoba, to pewnie gdy dorośnie pójdzie na architekturę. A tata powiedział, że zna kilka osób, które właśnie  dzięki takim niby zabawom zainteresowały  się konkretnym zawodem. Przemeblowywanie postanowiono zrobić  dopiero po nowym  roku.

Jacek z Pawłem stwierdzili, że w tym roku  wigilia i obiad świąteczny będą u nich i że zapraszają obu braci z rodzinami.  Kilka  dni później telefonował Franek i też  chciał zrobić taką super rodzinną i przyjacielską wigilię , no ale skoro Jacek go ubiegł, to on  zaprasza na obiad w  drugi  dzień  świąt- obu braci oraz Jacka i Pawła. Franiu - krzeseł ci nie starczy - to bardzo miłe z twojej strony,  ale macie maleńkie dziecko, jest zima, przeróżne -wybacz określenie- syfy się błąkają i takie zgromadzenie tylu osób nie powinno mieć  miejsca. Przełóżmy taki spęd na święta wielkanocne, gdy Anetka  będzie już trochę starsza a Joasia mniej nią umęczona - przecież ona jest matką karmiącą - tłumaczyła Frankowi Teresa.  Zima nie jest najlepszą porą na takie wizyty  gdy dzieci są  jeszcze maleńkie, a Anetka to jeszcze wciąż maleństwo.  Ojciec będzie bardzo zawiedziony - stwierdził Franek. Ojca możesz przywieźć do nas w styczniu na kilka dni - pomieszkają sobie nasi ojcowie w zapasowym mieszkaniu, pogadają, bo będą mieli wieczory dla siebie, nikt im nie będzie przeszkadzał. Śniadania i kolacje będą jedli w drugim mieszkaniu, obiady u nas. Wystarczy jak dasz  znać  ze dwa dni wcześniej, że tatę przywozisz.  A jeśli chcesz się nieco wygadać to możesz  wpaść do  mnie na czekoladę w ciągu dnia pracy, tylko uprzedź mnie dzień  wcześniej - wtedy tata z Jackiem zajmą się Alkiem, Kazik będzie sobie pisał w gabinecie a my sobie przy  czekoladzie pogadamy, będzie prawie jak u Wedla.  Wyczułaś sprawę - odpowiedział Franek. Och, po prostu cię znam furę lat. Zadzwoń dzień wcześniej. 

Teresa odłożyła telefon i poszła do Kazika z kawą i ciastkami.  Wiesz, chyba coś się sypie w państwie duńskim, Franek przyjedzie któregoś dnia wypłakać  się u  mnie przy gorącej  czekoladzie.  Chciał nas zaprosić na drugi dzień  świąt,  nas  wszystkich w komplecie. Gdy powiedziałam  by sobie to wybił  z głowy, bo ma  malutkie jeszcze  dziecko a jest zima i możemy jakąś  infekcję przytaszczyć to nadał tekst, że jego tata będzie zawiedziony, więc powiedziałam, że  przecież może swego ojca przywieźć np. na  któryś weekend po nowym roku a jeśli  chce  się po prostu do mnie  wygadać, to niech wpadnie  do mnie i dostanie gorącej  czekolady i będzie  się mógł wygadać, bo ty pracujesz głównie  w domu, ale to ci nie będzie przeszkadzało.

Kazik uśmiechnął się - tak to jest, gdy walory fizyczne górują nad intelektem. Ona może nawet  nie jest głupia, ale zdecydowanie ma braki. I chyba  brak jej polotu. A kiedy Franuś przybieży? Zatelefonuje dzień wcześniej, tak  mu przykazałam. A nasi jeszcze na  spacerze? Tak, dwóch starych muszkieterów i jeden młody. To przytul  się do mnie troszkę, muszę nieco odpocząć, zmęczyłem  się tym myśleniem.

                                                                       c.d.n.