czwartek, 20 lipca 2023

Lek na wszystko? -164

 Narada Kazika i Kurta  skończyła  się grubo po północy i rano obaj byli niezbyt przytomni. Na koniec Kazik powiedział do Kurta - muszę to wszystko dokładnie przemyśleć - odwykłem od bycia zależnym od humoru i pomysłów  szefa, bo ostatnie 10 lat byłem samodzielnym pracownikiem. Oczywiście konsultowałem swe pomysły z różnymi osobami, ale nikt mi nie narzucał jak mam na coś patrzeć i nie wiem jak mi  się będzie układała  współpraca z tym profesorem. Rozmawiałem o nim  z kilkoma osobami z rok  wcześniej i wszyscy wyrażali się o nim raczej pozytywnie, choć nie  byli zachwyceni tym, że jest drobiazgowy, ale z drugiej  strony we wszystkich konstrukcjach drobiazgi mają jednak znaczenie więc jego drobiazgowość jest dla  mnie raczej pozytywną  cechą. Trochę mnie  dobija ten wymóg minimum 8 publikacji. 

Trochę panikujesz- stwierdził  Kurt- zgłosisz to wszystko co dotąd publikowałeś u nas - po prostu przetłumaczysz to na  polski przy okazji dodając  ciut nowości.  Wygłosisz na konferencjach kilka referatów i one  nieco rozbudowane już będą publikacją. Twoja książka to też  wszak publikacja- praca była  na potrzeby doktoratu,  a nie  modlitewnik. Ten wymóg publikacji nie ma limitu czasowego, nie mają to być "dzieła", które powstały dopiero po zrobieniu przez  ciebie doktoratu. Trochę  się natłumaczysz, ale na pewno Teresa Ci w tym pomoże. Będziesz tłumaczył na głos, nagrywając na dyktafon i jednocześnie pisząc na kompie, potem Teresa to przeczyta czy to ma ręce i nogi pod względem języka polskiego. Tak jak to robiliście przy twojej książce. Sprawdź,  czy podręcznik też się  zalicza do publikacji i jak ci mówił twój promotor, część twojej książki może być z powodzeniem podręcznikiem. O ile  się nie mylę to opracowane wyniki badań też bywają publikacją.  Po prostu nie wpadaj w panikę. Nie masz tu noża na gardle, możesz spokojnie pracować. Poprzeglądaj publikacje tych co już się habilitowali na Politechnice, to się  podbudujesz. A ty należysz do tej nielicznej grupy, dla której pisanie nie jest katorgą. No i nigdzie nie jest powiedziane, że musisz się  z tym uwinąć w rok. Na doktorat  miałeś trzy lata, no ale opracowywałeś nowy temat  ale i tak uwinąłeś się  szybciej.

A jak Krystian? No za bardzo to nie wiem, nie  pisze, nie telefonuje. Pracuje ponoć i mieszka w Strasburgu - tak mi powiedział.  Pracuje w jakiejś kancelarii prawniczej i  zgłębia  Prawo Unijne. Nie mam jego adresu. Był  tu z kobietą, mieszanką francusko- algierską, domieszka  algierska to po tatusiu.  Dobra figura i zupełny brak urody. Jak mi powiedział to nie planują wspólnego życia, na razie im pasuje pomieszkiwanie  razem, bo to wypada taniej. On to się nie nadaje  za bardzo do życia w rodzinie. Gdyby się nadawał to by Aliny nie  zdradził, bo zdrada ma to do siebie, że zawsze się w pewnej chwili wyda. On się o to postarał, jak to mówią "z przytupem," tak że nie było wątpliwości, że Alinę zdradził. Na dodatek ponieważ  miał bardzo dobry rok finansowy to zasunęli mu takie  alimenty, że z ulgą zrezygnował z ojcostwa  Tadzia, bo po pełnej  adopcji wszystkie  koszty ponosi Paweł. Cris był w Warszawie na tydzień przed świętami.  

 Paweł usynowił Tadzia, dał mu swoje nazwisko,  dziecko ma nową metrykę i ojca z prawdziwego zdarzenia i dodatkowo dziadka. Bo Jacek jest pełnoetatowym ojcem Pawła i dziadkiem Tadzia. Dba o Tadzia, Alinę i Pawła. Wszyscy twierdzą, że odmłodniał odkąd są wszyscy razem. Alina też kwitnie, Jacek pilnuje by brała lek swój codziennie, na spacery to najczęściej  chodzą "silną  grupą", dwóch małych, dwie mamy i dwóch dziadków. Dziewczyny robią  w czasie spaceru zakupy, ja już robię zakupy tylko  sporadycznie. Tacie wyraźnie poprawiło się zdrowie, są z Jackiem niczym bracia. Najzabawniejsze, że  mały Tadzio, który wiele urody ma po Krystianie jest podobny do Pawła, bo Paweł też taki urodą  w typie Krisa - szczupły, ciemne  włosiny, ale oczy ma szaro niebieskie. A najlepsze jest  to, że Tadziś sam, z własnej inicjatywy zaczął nazywać Pawła tatą.  Gdy Krystian zupełnie nagle i niespodziewanie ożenił się z Aliną to byłem bardzo zdumiony, bo on zawsze miał za sobą cały orszak dziewczyn chętnych na amory i to dziewczyn "takich wyjściowych" do pochwalenia  się nimi przed kolegami.  

No ale Alina to ładna kobietka- stwierdził Kurt. No ładna- zgodził się Kazik- ale wszystkie dotychczasowe dziewczyny Krisa to były nieco wyzywające pod  względem makijażu i stroju, a Alina przy  nich to jak myszka - duża myszka. No po prostu po Alinie widać, że nie  wychodzi na podbój. Popatrz- mam ślubne  zdjęcie Aliny i Pawła.

Masz rację,  ale wyglądają tu oboje świetnie. Poślij je  do Sophie, ucieszy  się, tylko na wszelki wypadek napisz czyje  to zdjęcie. No i muszę przed powrotem zrobić wam wszystkim  zdjęcie, bo inaczej Sophie zwątpi, że u was byłem. Ty mi powiedz co  ty  Kaz robisz, że nadal  masz świetną figurę. Mnie zaczyna brzuch rosnąć.  

Jedz mniej makaronu, albo jedz makaron robiony z cukinii - doradził Kazik. U nas to Tesia czuwa nad  dietą. Jemy mięso z warzywami, jeśli są kartofle to zawsze w postaci sałatki, bo ugotowane i ostudzone nie tuczą, bo zmienia się skład chemiczny skrobi. I najczęściej jemy teraz mięso z perliczki bo jest zdrowsze, przypomina mięso dzikiego ptactwa, można nawet wmówić ludziom, że to jest bażant, tylko mniejszy. Jacek ma jakiegoś dostawcę z okolic Nowego Dworu. Poza tym bardzo często ćwiczymy, tak ze 3, cztery razy w tygodniu. No a co ćwiczycie? Kurt, a co kochająca  się para ćwiczy? To najmilsza z możliwych gimnastyka.

Kurt się zaśmiał - no to muszę się wpierw nieco odchudzić, bo  się zrobiłem  zbyt okrągły. Zbyt często ostatnio jadałem w Kantynie. A tam nie ma pół porcji ani dziecięcych. No ale to możesz przecież wziąć tylko mięso i warzywa, nie musisz  brać góry  kartofli lub makaronu. Już skasowali samoobsługę? Nie, nadal sami sobie  nakładamy z garnków.  No to sobie mniej nakładaj, zjedz lepiej więcej  mięsa a nie bierz kluch i kartofli. I nie dokupuj batoników - one też tuczą. Jak zjesz dwie porcje  mięsa i warzywka to nie utyjesz od tego. A zamiast batonika zjedz jabłko. A tak w ogóle to możesz wpaść do sklepu zamiast do kantyny i kupić sobie pojemnik owoców zamiast tego lunchu w kantynie. Bo jeśli mięso jest z  sosem to sos na 100% jest zagęszczony mąką. A od mąki się tyje. A czym Tesia zagęszcza sos?  My bardzo rzadko robimy mięso z gęstym sosem. Tesia  czasem zagęszcza sos przetartymi przez  sitko warzywkami, które dusiły się  razem z mięsem.

Kaz,  a kiedy poznasz  swój rozkład zajęć? Pewnie dopiero gdy zostaną przyjęci nowi studenci.  Egzaminy pewnie będą na początku lipca, w połowie ogłoszenie wyników i dopiero wtedy  ustalanie grafiku, więc nie prędzej będzie nowy grafik niż we wrześniu.  

Odebrałem wyniki badań i gdybym tylko chciał mógłbym nieco posiedzieć na  symulatorze i polatać, ale- ale nie wiem co jest - odkąd jestem z Tesią zupełnie nie mam chęci na latanie. Może dlatego że już od nikogo nie muszę uciekać a ciągle mi jej mało. Chyba mnie zaczarowała. Najszczęśliwszy jestem gdy wszyscy jesteśmy razem, gdy mam ich oboje na  wyciągnięcie ręki, choć Alek zadaje mi czasem strasznie dziwne pytania a ja mam problem jak wytłumaczyć pięciolatkowi np. coś tak abstrakcyjnego jak czas. Namordowałem się okrutnie w Sylwestra, bo tym razem byliśmy u przyjaciół i mały razem z nami oczekiwał północy.Ale zapamiętał sporo z tego co mu mówiłem. I pomyślałem sobie, że niezależnie od   tego czy przeprowadzimy  się do Niemiec  czy też nie, to zacznę go uczyć niemieckiego - będzie szedł dwujęzycznie. Teresa i tata będą do niego mówili po polsku a ja do niego po niemiecku.  Języków obcych nigdy za wiele.  To bardzo dobry pomysł - stwierdził Kurt.  Teresa też się przy okazji nauczy. A ty przechodzisz z urlopem?  Tak, to znaczy podobno tak. Wiesz - doświadczywszy bałaganu jaki panował pod  tym względem w  Instytucie to nie dowierzam kadrom. Na razie  wiem tylko tyle, że dydaktykę  zacznę dopiero w październiku a urlop w tym układzie  pewnie wezmę we wrześniu, bo w lipcu i sierpniu to Warszawa jest całkiem  miłym  miastem bo naród na urlopach. Korków  wmieście nie ma i nawet znajduje  się miejsce do zaparkowania.  Podejrzewam  co prawda , że mogą mnie dopaść korowody z egzaminami  wstępnymi, ale to trudny wydział o czym  wszyscy wiedzą i nie ma 15 chętnych na jedno miejsce. A podobno są takie uczelnie. Wiesz - odkąd skończyłem studia to bardzo mało mnie interesowała sytuacja na uczelniach. 

A ile będziesz  miał urlopu?  Ogólnie  rzecz ujmując to 36 dni roboczych  w roku, nie wliczają się do niego dni ustawowo wolne od pracy. A dydaktyka ma mi zajmować 4 dni w tygodniu przez 30 tygodni. Jeden semestr to 15 tygodni. Reszta  dni pracy to ma być praca naukowo-badawcza, wyjazdy na konferencje itp.  i zapewne jest w tym również pisanie publikacji. Ciekawy jestem czy profesor jest jedno - czy  dwuręczny w sensie bliskich współpracowników. Bo ja jakoś nie mam zwyczaju brać udziału w wyścigu o czyjeś względy. No i coś mi wygląda na to, że w tym układzie nie będę miał aż  180 godzin dydaktycznych w roku akademickim, co mi nawet odpowiada. Zresztą to "do", czyli maksymalnie mógłbym mieć 180 godzin. A godzina  dydaktyczna to 45 minut.  Finansowo wypadam tak jak w instytucie. I gdyby nie tata Teresy to bym się 5 minut nie zastanawiał tylko już bym był w Berlinie lub Stuttgarcie. Tu go samego w Polsce nie  zostawimy, a nie mam pojęcia jakby zniósł przeprowadzkę na stałe do Niemiec - ma tu przyjaciela, tam miałby tylko nas. Wiesz jak mówią - nie przesadza  się starych  drzew. I głównie to mnie powstrzymuje. Tata gdy owdowiał i mieszkał sam, to wciąż były problemy kardiologiczne, nawet gdy mieszkał na tym samym osiedlu. Odkąd zamieszkał z nami wszystko minęło jakby kto nożem uciął. I między innymi stąd moje myślenie o ściągnięciu szybko Jacka i Pawła  z rodziną. Ale że jestem  realistą to wiem jak to jest   w sumie skomplikowane logistycznie.

Kurt długo milczał i wpatrywał się w widok za oknem, z którego głównie było widać niebo zasnute  chmurami. W końcu powiedział - ty jesteś niesamowicie porządny facet- 99% tych których znam to nawet okiem by nie mrugnęło i zrobiłoby tak jak mu byłoby wygodniej. Rozmawiałem o  tym z Sophie - ona cię dobrze rozszyfrowała - i pierwsze co powiedziała to brzmiało - oni nawet na dwa miesiące nie  zostawią ojca samego a nie wiadomo przecież ile czasu trwałoby szukanie większego mieszkania dla nich i dla Pawła z rodziną. Berlin wciąż cierpi na  brak mieszkań.  A niemieckiego niech się oboje, Tesia i Alek uczą, bo przecież będziecie do nas  przyjeżdżać.

Gdy Kurt odlatywał z powrotem do Berlina oczywiście Alek nie odpuścił okazji by odwiedzić lotnisko, ale tym razem Kurta odprowadzała Teresa i żeby mały miał komplet  wrażeń to na lotnisko pojechali  taksówką, a wracali autobusem - okazało się, że  "podróż" autobusem też była dla Alka atrakcją. Gdy już dojechali do domu, gdy dziecko wysiadło z autobusu to wyraziło żal, że jeszcze nigdy nie jechało tramwajem. Więc Teresa  obiecała  Alkowi, że  gdy już będzie cieplej to któregoś dnia  pojadą tramwajem w godzinach gdy nie będzie  tłoku.

Oczywiście po powrocie do  domu Alek bardzo szczegółowo opowiedział dziadkowi o jeździe autobusem i bardzo  się zdziwił, że dziadek nie wykazał żadnego entuzjazmu dla jazdy  autobusem. Co do jazdy tramwajem dziadek tylko powiedział, że wyszuka dla Alka i Teresy możliwie długą trasę, żeby się mały "najechał". Bo zdaniem  dziadka najdłuższa linia tramwajowa w Warszawie to"17" i jedzie przez całe miasto z Mokotowa na Marymont i taka jazda trwa na pewno godzinę. I zapewne  się dziecko najedzie, bo jeśli będzie  chciał też wracać tramwajem to w sumie spędzi 2 godziny w tramwaju  plus dojazd autobusem z osiedla do linii tramwajowej i z powrotem od tramwaju do domu.

                                                                  c.d.n.





wtorek, 18 lipca 2023

Lek na wszystko? - 163

 W trzy godziny później  Teresa otrzymała  wiadomość tekstową - powinienem  być za 2 godziny w domu, teraz  jadę do lekarza  po świadectwo zdrowia. Mam nadzieję, że wypisze mi od  ręki bo badania  miałem robione w końcu grudnia. Teresa przeczytała wiadomość i pomyślała, że coś się kochanemu mężowi pomajtoliło, bo badania robili razem przed wyjazdem w Bory Tucholskie. Wyniki oboje mieli dobre, więc może Kazik przekona lekarza , że nadal jest bardzo  zdrowy.

Faktycznie Kazik dotarł w dwie godziny później i to w całkiem dobrym humorze. Witając się z Teresą powiedział- gdybym tylko  chciał , ale mi  się nie chce, to mógłbym latać. Odebrałem swoje  grudniowe wyniki z WIML-u. 

Mam etat pracownika badawczo-dydaktycznego. Zajęcia ze studentami 4  razy w tygodniu przez 30 tygodni, semestr trwa 15 tygodni. Poza tym będę prowadził i będę uczestniczył w badaniach naukowych, brał aktywny udział w konferencjach, doskonalił swe kwalifikacje, czyli jednak będę się habilitował. Wysłuchałem mnóstwo pochwał i gdyby pan profesor był kobietą pomyślałbym, że się we mnie  zakochał. Mam stanowisko adiunkta badawczo-dydaktycznego i jak mnie pan profesor zapewnił widzi mnie jako swoją prawą  rękę. Zastanawiam  się tylko czy podołam jego oczekiwaniom. I nadal nie  wiem jak on mnie wynalazł. Może się kiedyś dowiem. Więc na razie będziemy tu gdzie teraz jesteśmy. A z półsłówek wywnioskowałem, że się z moim promotorem przyjaźnią na gruncie prywatnym. Muszę chyba do niego zatelefonować i  zaprosić gdzieś na dobrą kolację. Aż  szkoda, że nie ma Młodego w kraju, on zawsze na  bieżąco wiedział gdzie  dobrze karmią. 

Mogę ci podpowiedzieć - z wystawniejszych  miejsc to Europejski i Bristol, z mniej wystawnych a jednocześnie dobrze karmiących to "Honoratka" u rzemieślników na  Starówce lub "Kuźnia" w Wilanowie. Tylko trzeba odpowiednio wcześnie rezerwować miejsca. No i jeszcze "Konstancja" w Konstancinie, ale tam  z reguły w soboty i niedziele są przyjęcia weselne. To wszystko to wiem właśnie od  Młodego. Możesz się też podpytać Franka, on teraz częściej  niż kiedyś bywa na takich ekskluzywniejszych wyżerkach. Ja nieco wypadłam z kursu bo nikt już mnie  nie podrywa prowadząc na wyżerkę w nadziei, że  z pełnym żołądkiem będę bardziej ponętna lub  szybciej coś załatwię.

Zgadnij co dziś jest na obiad. Kazik uśmiechnął się- co by nie było to najważniejsze, że ty to zrobiłaś a ja lubię  wszystko co ty gotujesz. A gdzie jest tata? Na spacerze z Alkiem, Jackiem, Aliną i Tadziem. Pewnie zaraz  wrócą. Mieli wracając kupić w cukierni faworki - mają ogromne  powodzenie  w obu domach. No powiedz co  dziś pysznego dostanę na obiad, proszę. No dobrze - dziś będzie rosołek grzybowy i sznycle cielęce, ale nie takie cienkie jak w Berlinie, tylko takie moje z minimalną ilością panierki za to z dobrym mięskiem. A jutro w związku z rosołkiem  będą pierogi z grzybami i mięsem w środku, mam nadzieję, że też będą  wszystkim  smakowały. A do popitki pierogów  będzie  barszcz czerwony. No to ja ci pomogę lepić pierogi. A ty jutro nie pracujesz? Nie, ja nie pracuję w soboty, jako prawa ręka jestem tylko na studiach stacjonarnych. Jestem bardzo ciekawy jak mi się będzie pracowało z tym profesorem. Nie wygląda na furiata. I skądś wie o moich patentach. Poczułem się doceniony. Ja cię cały czas doceniam, nie zauważyłeś tego?  Ty to mnie przeceniasz i rozpieszczasz. Dbasz o mnie pod każdym względem i jest mi z tobą po prostu cudownie. Zupełnie nie wiem jak to robisz, ale zawsze wiesz o czym w danej chwili myślę i jesteś dla mnie najcudowniejszą istotą. 

Potok wyznań został przerwany powrotem ze spaceru taty z Alkiem. Alek błyskawicznie   ściągnął botki i jeszcze  w kombinezonie zawisł na  szyi Kazika. Kazik postawił go na podłogę i pomógł w zdejmowaniu kombinezonu pytając się jak było na spacerze. Szukaliśmy takiego pana co naprawia buty i nie znaleźliśmy go. Chyba już go na osiedlu nie ma. A dziadek mówi, że może on tylko jest  chory, bo teraz dużo  ludzi choruje na grypę. Nooo, może tak  być- zgodził  się  z dzieckiem Kazik.  No to pewnie trzeba będzie pojechać na Sadybę. A komu ten szewc jest potrzebny?  Cioci Ali. Głodny jestem. A faworki kupiliście? Tak i dziadek kupił też takie grube patyki, kręcone z makiem. Bo ja je bardzo lubię z masełkiem albo z białym twarożkiem. Wolę taki patyk z makiem niż bułkę. 

No to świetnie, że jesteś głodny zaraz będziemy jeść. Dziś jest rosołek grzybowy z domowymi kluskami i kotlecik taki jak bardzo lubisz. Do kotlecika jest dziś czarna kasza. A rosołek jest na tych grzybach, które  zbieraliśmy w Tleniu i okolicach- zapowiedziała Teresa. 

W pięć minut później sama siebie  skarciła za nadmierną  gadatliwość, bowiem Alek zaczął intensywnie wpatrywać  się we własny talerz, potem wstał i pozaglądał w talerze mamy, taty i dziadka, w końcu powiedział - ja tu żadnych grzybów nie widzę!- na  co Kazik wstał od  stołu, wziął małego za rękę i pociągnął go do kuchni mówiąc- ten rosołek to powstaje  na skutek gotowania razem mięsa, warzyw i grzybów.  Takie ugotowane w całości  suszone grzyby byłyby  niesmaczne, ale rosołek ci  chyba  smakuje. Tak, ja lubię taki rosołek- zapewnił ojca Alek. W kuchni obejrzał odcedzone  grzyby, warzywa i mięso i biegiem  wrócił do pokoju by dokończyć rosołek. Przy  drugim  daniu już nie wypytywał  się o żadne  szczegóły kulinarne, ale poinformował Teresę, że ta kasza nie jest czarna, ona jest ciemna, ale nie czarna. W ramach wymiany informacji na temat  kaszy dowiedział się, tym razem od dziadka, że ta kasza to jest gryczana, ale zależnie od miejsca, w którym jest konsumowana ma różną nazwę - w jednych miejscach nazywają ją czarną kaszą, w innych kaszą gryczaną bo to są nasionka rośliny nazywanej gryka, ma też nazwę "kasza tatarczana" lub "tatarka". A ja lubię tę kaszę i lubię gdy mama daje do niej takie smażone, rumiane kawałeczki mięska. Pewnie skwareczki masz na myśli? - dociekał dziadek. Tak, skwareczki- potwierdził Alek. No popatrzcie - Alek lubi to samo co ja! - ucieszył się  dziadek. A te skwareczki to są z chudego, wędzonego boczku - dodała Teresa. Tata, a ty też lubisz taką kaszę ze skwareczkami? - dopytywał się Alek. Też lubię. Ja lubię wszystko co mama gotuje i daje  nam do jedzenia - zapewnił synka  Kazik.  A Teresa powiedziała  do Alka - tata też świetnie  gotuje, a jak będziesz już trochę starszy to będziesz pomagał mi czasami w kuchni i też się nauczysz gotować. To wcale nie jest trudne. Tym bardziej, że teraz niemal na każdą potrawę można znaleźć przepis w internecie.

Przy poobiedniej kawie Kazik opowiedział swemu teściowi o rozmowie ze  swym szefem i zdaniem taty powinno się tam Kazikowi pracować nieźle. A jak się czułeś wchodząc do budynku, w którym kiedyś byłeś studentem  a teraz to ty będziesz studentów uczył? 

Tam się sporo pozmieniało w sensie rozmieszczenia i wystroju, więc czułem się jak w każdym mało mi znanym  wnętrzu. Regularne prowadzenie zajęć ze studentami to będę miał od  nowego roku akademickiego. Teraz to raczej będą tak zwane "zatkaj dziury" i praca naukowa. Do habilitacji muszę spłodzić minimum osiem publikacji. I będę musiał brać udział w wielu konferencjach nie tylko w kraju. Ten punkt to mi najmniej pasuje, nie przepadam za turystyką konferencyjną. Ale odniosłem wrażenie, że głównie będę jeździł na te, na które i on jeździ. 

Zabawne, ale nadal nie wykluczam wyjazdu- najbliższe pół roku rozstrzygnie ostatecznie sprawę. Myślę, że bardziej realna to będzie przeprowadzka do Berlina. Bo w ciągu tygodnia można jeden z pokoi przerobić na dwie sypialnie, czyli na sypialnie dla nas i dla Alka, dla taty już jest tam pokój i jest jeden jako living room. Poza tym Berlin jest kosmopolitycznym miastem, dzieciaki w  szkołach są przyzwyczajone, że sporo jest w  tych niższych klasach dzieci z innych krajów i to w dużej części krajów spoza Europy. Na razie  zacznę uczyć Alka niemieckiego.Teresa przy okazji też  się nieco poduczy. Dobrze, że przyjedzie  niedługo Kurt, będę miał z nim wiele spraw do omówienia. Czasem się śmiejemy, że byłoby dla nas obu najlepiej gdybyśmy mieszkali my w Słubicach a oni we Frankfurcie nad Odrą. Do pokonania byłby tylko most nad Odrą. No ale w tym Frankfurcie  ani w Słubicach to nie ma dla nas pracy.

Słubice to żyją głównie z tego, że Niemcom opłaca  się tam robić zakupy żywnościowe i nabierać benzynę oraz korzystać z usług typu fryzjer, kosmetyczka, dentysta. Z Berlina do Słubic jest tylko  105 km no i można dojechać pociągiem regionalnym do Frankfurtu a potem autobusem z Frankfurtu do Słubic. Z tego co pamiętam to ma nawet rozkład jazdy. A jeśli ktoś ma lepszą kondycję to z Frankfurtu do do Słubic przetupta sobie  spacerem. Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy gdy byłem w Niemczech to we Frankfurcie było bardzo dużo wolnych mieszkań i ceny ich wynajęcia były bajecznie niskie w stosunku do cen wynajęcia mieszkania w Berlinie lub każdym innym większym  mieście tzw. Zachodnich Niemiec. To wszak dawniejsza powojenna "miejscówka" NRD i zaraz po zjednoczeniu Niemiec sporo Niemców opuściło Frankfurt nad Odrą.

Kurt miał przyjechać do Warszawy "lada moment" a przyjechał dopiero za dwa tygodnie. Tak jak było zaplanowane nocował u Kazików w gabinecie Kazika. Rób tę habilitację, jako profesor doktor habilitowany będziesz miał po prostu bardzo dobrą pensję.U nas się ceni takie tytuły- powiedział Kurt. A my się przymierzamy do spółdzielni, która buduje domki jednorodzinne. Są zdecydowanie większe od domków jednorodzinnych w Polsce, bo i rodziny u nas z reguły większe. Ci wszyscy, którzy z racji wykonywanego zawodu więcej zarabiają czują  się w obowiązku posiadania trójki dzieci. Powiedziałbym, że to należy do tak zwanego "dobrego tonu" - więcej zarabiasz to masz więcej  dzieci i zapewniasz państwu większą ilość obywateli. 

Kazik się śmiał i powiedział- a niektórzy wcale nie myślą tak państwowo - twórczo a uprą  się by mieć córeczkę i mają trzech fajnych  chłopaków. I właściwie to masz Kurt szczęście, bo odnoszę wrażenie, że hodowla dziewczynek jest znacznie  mniej opłacalna, zwłaszcza od chwili gdy zaczynają sobie  zdawać sprawę, że "jednak strój zdobi kobietę". Chłopcy to nie  są tak wrażliwi na  swój wygląd jak dziewczynki.

Kurt wysłuchał dokładnie opowieści Kazika o jego nowym  miejscu pracy i powiedział - mam jednak nieodparte  wrażenie, że tu się mniej ceni tych bardziej zdolnych i myślących - wciąż pokutuje tu model rodem z waszego PRL- równanie wszystkiego w dół a nie w górę. Więc tylko pamiętaj, że zawsze u nas będziesz doceniony bo u nas  się  ceni tych co wiedzą  więcej w swojej dziedzinie. Wiem, a nawet to rozumiem, że chciałbyś byście mieli koło siebie i resztę rodziny, ale ich jako fachowców to nie znam. Znam tylko ciebie od tej strony. Nie jestem w stanie ocenić czy Paweł jest bardzo dobrym informatykiem bo się na tym nie znam. Dla mnie to terra incognita. A sądzisz, że on chce stąd wyjechać? U nas nie będzie od  ręki miał takiego samodzielnego stanowiska jak tu. Nie myśl Kaz za innych. Jasne jest dla mnie, że bierzesz żonę, dziecko i teścia, ale inni to już nie rodzina. To oddzielne byty.  Bert ze Stuttgartu się o ciebie dopytywał. Miał nadzieję że cię skusi. I pewnie do ciebie wkrótce zatelefonuje - źle sobie zapisał twój numer i denerwował innych swoim dzwonieniem. To tyle  w kwestiach zawodowych. Ty, nawet jeśli nie zaczniesz pracować w Berlinie nadal będziesz naszym  serdecznym przyjacielem, tak samo i twój ojciec, Teresa, dziecko. W tym roku chcemy jechać na Rugię. Daj mi znać w  ciągu 2 tygodni czy wy też z tatą przyjedziecie. Jechalibyśmy mniej więcej od 10 lipca.

Kazik westchnął i powiedział- nie bierzcie nas pod  uwagę, bo ja jeszcze nie  znam dokładnie swojego rozkładu zajęć.  Będę jednak nieco uzależniony od  swego szefa, bo już mi  zapowiedział, że w lipcu to będziemy na dwóch konferencjach  w tym jedna krajowa, druga nie wiem gdzie. Ja mam etat naukowo- dydaktyczny, a na dodatek mam być "prawą ręką szefa", który chyba sobie wymyślił by mnie  kreować na swój "wynalazek"  i tak prawdę mówiąc coraz mniej mi  się to podoba. Nie mówiłem o tym Teresie, bo zaraz  się zdenerwuje. Zaczekam jeszcze cierpliwie,  zaliczę te 2 konferencje i wtedy pomyślę nad tym co dalej. Mam takie wrażenie, że obaj z profesorem "macamy się" w  celu rozpoznania z kim mamy do czynienia. Być może, że ja histeryzuję, ale jest możliwe, że dostaniesz sms ode mnie, że bez żalu przejdę do was. Bo to trochę jest dziwne - ja  nie interesowałem  się pracą na Politechnice, to oni mnie znaleźli  i zaproponowali pracę u nich. A że ostatnio nic ciekawego ani nowego się nie działo - przeszedłem. Staszek zapewne głęboko odetchnął, bo gdybym zaczął się przymierzać do habilitacji to byłbym dla niego  zagrożeniem. Już cierpiał bo wie, że mam przecież staż u was, a wy jesteście placówką naukowo-badawczą i tak na dobrą sprawę mógłbym się starać o tytuł profesora bez habilitacji. I pewnie bym dostał.

                                                                          c.d.n.




poniedziałek, 17 lipca 2023

Lek na wszystko? -162

Z niejaką  ulgą Kazik pożegnał się ze Stanisławem. Przed pożegnaniem  się przekazał mu  wszystkie służbowe  dokumenty, posegregowane, poukładane  w teczkach lub segregatorach, wszystko dokładnie opisane. Dołączył  do tego wykaz dokumentów, które pozostawił , który był zrobiony w dwóch egzemplarzach. Poprosił by Stanisław  sprawdził co on pozostawił i podpisał odbiór tych dokumentów. Stanisławowi z lekka  szczęka opadła i powiedział: przecież ja mam do ciebie  zaufanie, więc po co  to wszystko? 

Kazik uśmiechnął się  i powiedział - bo tak jest prawidłowo. Być może popracujesz tu do emerytury, a może nie, bo załapiesz jakiś  awans - to raz,  dwa- ktoś kto będzie po mnie dostanie  to wszystko już uporządkowane i jeśli będzie czegoś  brakowało to nikt nie będzie na moim nazwisku wieszał okolicznych psów, bo jak widzisz ja wszystko mam uporządkowane i w takim stanie to zostawiam. Wiem, że to głównie europejski zwyczaj, a że pracowałem przedtem w kraju bardziej europejskim niż Polska to właśnie tak to robię. To raczej dobra metoda na  zachowanie porządku.

Znudzi ci się zapewne na tej Politechnice - ale zawsze możesz tu wrócić- zapewnił go Stanisław. Może mi  się znudzi, a może nie. Dydaktyka  nie będzie moim głównym  zajęciem, jest wiele innych  ciekawych tematów do rozpracowania. Ale jeśli mi  się znudzi to po prostu pojadę na zachód od Odry - było mi tam naprawdę dobrze  i gdyby nie tęsknota za Teresą to pewnie bym tam był do dziś. Mam tam własne  mieszkanie i sporo znajomych. Nie  czułem się tam obco.

A co z rodziną? jak oni to przyjmą?  Normalnie to przyjmą - nie sądzisz chyba, że tu zostawię żonę, dziecko, teścia.  Co prawda taka przeprowadzka to dość kłopotliwa sprawa no ale to nie  wyjazd  na inny kontynent. Jest w Warszawie  kilka firm transportowych specjalizujących się w międzynarodowych przeprowadzkach. Możemy się spakować  sami a mogą oni nas spakować i rozpakować.  Mój brat pojechał do Francji nieomal w ciemno a jest zadowolony. Nie  miał z góry zarezerwowanego mieszkania, wynajął gdy tam przyjechał. Jest w Paryżu?- spytał Stanisław. Nie, nie jest w Paryżu  jest  blisko granicy z Niemcami, mieszka w jednym  z miast Alzacji.

I będziesz pracował z Kurtem? Nie wiem jeszcze, na razie jeszcze nawet na Politechnice nie  zacząłem pracy. Ja ci tylko mówię, jakie mam możliwości, a nie co na 100% wybiorę. Wiesz co jest bardzo miłe w Niemczech?   No co?  Wprawdzie tam bywałem, ale z reguły krótko, bo tylko w delegacji - stwierdził  Stanisław.  

Kazik spojrzał się na niego i powiedział - tam po prostu ludzie nie są wścibscy, to ogromny plus. Wiem, że nie jest tak w całym niemieckim państwie, ale tak jest w Berlinie. To taki duży nieco międzynarodowy tygiel. I nie ma tam zwyczaju zaglądania w cudze garnki. Oczywiście tak długo dopóki każdy przestrzega obowiązujących przepisów porządkowych. Jeśli, tak jak to się dzieje u nas, umyjesz pod blokiem swój samochód to zaraz zwrócą ci uwagę lub naślą policję. Bo są wszak stacje-myjnie samoobsługowe i tam należy myć  swoją bryczkę. Ale nikt się ciebie  nie  zapyta dlaczego np. farbujesz włosy w biało-czarne paski lub spacerujesz latem w  futrze.To taka miła, dla mnie, różnica pomiędzy Berlinem a Warszawą.

A co o tym, to znaczy o przeprowadzce, myśli Teresa? - nie będzie  się tam  czuła obco?  Teresie się w Niemczech podobało, jest zaprzyjaźniona i z Kurtem i z jego żoną, tata też ich lubi i oni tatę. A Alek i Teresa  będą się intensywnie uczyć niemieckiego. Za niewielkie pieniądze będzie ktoś do nich przyjeżdżał do domu. Gdy byliśmy w Berlinie to małemu też  się tam podobało. On na  szczęście jest jeszcze w wieku że dobrze mu tam gdzie jest mama i tata.

Ty jesteś bardzo zaprzyjaźniony z Kurtem, jak zauważyłem. No to  dobrze zauważyłeś, bardzo mi pomógł gdy po rozwodzie wyjechałem w ciemno do Niemiec. Mieszkałem u nich i traktowali mnie nie jak lokatora,  ale jak członka rodziny. Gdybym się tak szaleńczo nie  zakochał w Teresie na pewno bym do teraz mieszkał w Berlinie. 

No a powiedziałeś, że się znacie od czasów dziecięcych. No tak, ale znać  się a wzajemnie  kochać to raczej dwie różne  sprawy- nie uważasz?   Pięć lat umierałem z miłości do niej- ona  była mężatką, ale zupełnie się jej to małżeństwo nie układało no i gdy wreszcie się wygadała, że nie jest dobrze, spakowałem tam manatki, mieszkanie  dałem pod  wynajem, przyjechałem tu i kupiłem sobie mieszkanie, blisko niej, żeby nad nią czuwać. 

Muszę ci się do czegoś przyznać - bardzo mi się twoja żona podoba  bo to bardzo mądra, inteligentna babka. Co prawda wolę blondynki, ale twoja żona  ma szalenie dobrze wszystko poukładane w głowie a jednocześnie nie mądrzy się- stwierdził Stanisław. Obgadaliśmy ją kiedyś z Kurtem, że to taka babeczka i do tańca i do różańca. Nie ma ona przypadkiem jakiejś siostry?  Kazik zaczął się śmiać -  to jedynaczka, a ty co?- do trzech razy sztuka? Mało ci dwóch małżeństw? Nie pomyślałeś, że jak się coś nie układa  to w 75% wina leży po obu stronach a nie tylko po jednej? I że trzeba o tym we dwoje rozmawiać  a nie rozglądać  się za innym modelem? A do różańca to Teresa  nie nadaje  się, jest ateistką. Pomyśl zamiast o mojej żonie to o  tym, czy mam ci jeszcze coś przekazać lub wyjaśnić. Bo dziś jestem tu ostatni dzień.

Kazik nową pracę zaczynał  piątego lutego. W przeddzień, wieczorem, powiedział do Teresy - chyba się starzeję - mam tremę przed jutrzejszym dniem. A na którą jedziesz? Mam być pomiędzy 10 ,00 a 12,00. To może chcesz żebym cię odwiozła i gdzieś na ciebie poczekała? Tam co prawda nieco ciężko o miejsce do zaparkowania, ale można coś załapać na Polnej albo na tyłach budynku gdzie jest Budownictwo Lądowe- tam jest taki dziki parking- to znaczy nie wiem czy jeszcze jest, ale kiedyś był. Mogę poczekać na ciebie  w samochodzie, tylko sobie  wezmę coś do czytania.  Nie skarbie, jest jednak dość  zimno i się zaziębisz siedząc w samochodzie. Pojadę sam. Tylko chcę się nieco poczulić z tobą, bo zawsze to na  mnie dobrze działa. Właściwie to dobrze, że nie zaczynam od wykładów. Zastanawiam się nad habilitacją- bo jak znam życie to na pewno mi zaproponują bym "sięgał wyżej".  

Ja się na tym kompletnie nie znam, ale jeśli cię będą namawiać to pewnie nie będą  ci kłód pod  nogi rzucać w czasie tworzenia  pracy habilitacyjnej. Skoro cię namawiali byś przyszedł do nich do pracy to pewnie mają jakieś wyobrażenie o tym co dotychczas robiłeś i z jakiegoś względu im pasujesz - stwierdziła  Teresa. Jesteś niesamowita - zawsze wiesz jak mnie podbudować - aż się zastanawiam często nad  tym, jak mi  się udało tyle lat przeżyć nie mając ciebie  na wyciągnięcie ręki. Jesteś dla mnie takim kołem ratunkowym, lekiem na całe  zło, antidotum na  wszelkie niepowodzenia. Ogromnie cię kocham.

Rozmawiałem  tuż przed odejściem ze Stanisławem. Zapewniał mnie, że mogę  w każdej chwili do  nich wrócić, jeśli mi nie będzie odpowiadała praca na  P.W. Więc mu powiedziałem, że jeśli by mi ta nowa praca z jakiegoś  względu nie odpowiadała to po prostu wtedy wyjedziemy za  Odrę. Oczywiście  całą  rodziną. Bo mnie Berlin odpowiada, bo ludzie tam mieszkający nie  są wścibscy. Ciekawy jestem czy załapał aluzję. Bardzo narzekał na  Majeczkę że głupia,  że nie pali się do urodzenia dziecka, więc mu dość brutalnie powiedziałem, że może i Majeczka jest głupia, ale że się nie pali do ciąży i rodzenia to znaczy, że myśli trzeźwo i nie chce się pozbywać atutów  dzięki którym spodobała mu się.  Poza tym zmusiłem go by mi pokwitował wykaz wszystkich dokumentów które zostawiam w biurze. Oczywiście nie  nadmieniłem, że mam ich kopie, zwłaszcza tych, które sam  opracowywałem. Nie wiem kto to wszystko po mnie obejmie, ale mam wykaz dokumentów i jego pokwitowanie na nim, że je ode mnie  zabrał.  Bo mam podejrzenie, że na razie nikogo na moje miejsce nie ma, więc dokumenty się rozejdą po różnych działach. A tak,  w razie jakichś pretensji to mam jego dyrektorski podpis, że je ode mnie odebrał.

Rano mały bystrzak od razu zapytał się czy tata dziś zostaje w domu, ale dowiedział się, że nie , tylko dziś jedzie na późniejszą godzinę. Do chwili wyjścia  z domu, Kazik był cały  czas niemal przyklejony do Teresy. Była tym nieco zaniepokojona i  zdziwiona- takiego Kazika jeszcze nie znała. Czego ty się właściwie obawiasz? Gdyby  mieli jakieś  zastrzeżenia  co do twojej kandydatury to po prostu by cię nie przyjęli - przecież to nie ty poszedłeś szukać u nich pracy- propozycja  wyszła od nich. I to nie od jakiejś zauroczonej twą urodą podfruwajki, ale od profesora który cię dobrze zna. Zacznij myśleć logicznie. Twój promotor  na pewno w tym maczał palce i to pewnie on dostrzegł twój potencjał. Ja co prawda prawie  nic nie  rozumiem  z tej dziedziny, ale wiem że jesteś dobry w tym nad czym pracujesz  i dlatego dostałeś propozycję ze Stuttgartu a nie dlatego że się komuś spodobał twój profil lub uśmiech. I jeśli ci podpowiedzą, byś robił habilitację to się na to zgódź, a my wszyscy w domu tylko temu przyklaśniemy i postaramy  się sprawiać  ci jak najmniej kłopotu. Zresztą Alek coraz  starszy i mądrzejszy a ja mam jeszcze do pomocy i tatę i Jacka, którzy bardzo lubią  być włączani  w domowe  niby kłopoty, bo wtedy czują  się  naprawdę potrzebni.

Nie wiem czy  zauważyłeś, ale Jacek odkąd stał się dziadkiem dla Tadzia to jakby odmłodniał. Ma  syna,  synową, ma własnego  wnuka. To takie  drobiazgi, ale dla mnie  zauważalne - już nie muszę mu przypominać by założył szalik bo wieje zimny wiatr, zaczął bardziej o  siebie  dbać, zaczęło mu po prostu bardziej zależeć na życiu - ma dla kogo teraz  żyć. I ciągle podkreśla, że ten pomysł dwóch mieszkań w sąsiednich klatkach był genialny. 

Popatrz na naszego tatę - od  czasu gdy z nami zamieszkał w jednym mieszkaniu  wizyty u kardiologa są tylko kontrolne raz do roku, a gdy mieszkał sam na Mokotowie to wciąż  musiałam tam  jeździć bo więcej leżał niż chodził a ja się zamartwiałam jego zdrowiem. A teraz  my  wszyscy kibicujemy tobie, bo nasza przyjaźń w jakiś przedziwny sposób przekształciła  się w układ rodzinny. Alina w tym nowym układzie rodzinnym kwitnie, jest stale w 100% ogarniętą osobą i pani Maria już tylko raz w tygodniu u nich sprząta i to obydwa  mieszkania, bo tak zarządził Paweł. Pani Maria uczciwie mówi, że u Jacka to nie bardzo ma co sprzątać, bo Jacek sam świetnie  dba o czystość i porządek, ale Paweł jej powiedział, że kobieca ręka w każdym domu jest potrzebna. Poza tym Tadzio jest bardzo do pani Marii przywiązany, a Alina zauważyła, że Jacek zawsze gdy ona u niego sprząta to potem długo razem siedzą, prowadzą długie  dyskusje, jedzą razem kolację i Jacek ją odwozi do domu.

I gdy tak o tym wszystkim pomyślę to sądzę, że byłoby dla nas dobrze, gdyby ci się spodobała praca na P.W. i gdyby  wszystko tak się układało jak teraz. Alina zastanawia się nad podjęciem pracy na półetacie - odezwał się do niej jeden  z dawnych kolegów - szukają kreślarki na pół etatu. I Alina jest  tym dość mocno zainteresowana - chce po prostu spróbować, bo nadal jest zbyt mało udomowiona i pół etat bardzo by jej odpowiadał. Oczywiście gdyby jej dobrze  z tej okazji płacili i opłacali składki zusowskie, by to wszystko było oficjalne  a nie "z ręki do ręki pod  stołem".  I ma nadzieję, że i Jacek i Paweł zgodzą  się z tym. I liczy też na poparcie z naszej  strony.  Ja  w każdym razie ją poprę, bo ją dobrze znam - pół etat to jest dla niej bardzo dobre  rozwiązanie, bo to jest nieźle prosperujące małe biuro projektowe i gdy nie ma akurat nic do roboty dla kreślarki to nie musi tam wygrzewać stołka.

                                                                       c.d.n.



sobota, 15 lipca 2023

Lek na wszystko?- 161

 Styczeń jakoś bardzo szybko "przegalopował" przez Warszawę obdarzając  miasto na przemian śniegiem i deszczem. Kazik znosił do domu swój "majątek" zgromadzony w biurze i nagle okazało się, że ma zbyt mało miejsca na książki, czasopisma i najprzeróżniejsze notatki.  W związku z tym Teresa przeprowadziła "remanent" i to tak skuteczny, że jeden z regałów zrobił się pusty bo jego zawartość wywędrowała do  zapasowego mieszkania. 

No nie mam pojęcia jak to jest - ale mam wrażenie, że prawie  nie kupuję książek a one same do domu się zlatują - powiedziała Teresa do taty. Przecież tu jest pięć  pokoi i w każdym są regały, ewentualnie półki z książkami. Jeszcze trochę a książki będą w łazience, kuchni i toalecie. No i dobrze, tak być powinno- pocieszył ją tata. Powinniśmy po prostu przejrzeć wszystkie książki pod kątem czy jest sens by nadal dana książka z nami była, bo żadne  mieszkanie nie jest z gumy i  się nie rozciągnie. Te mieszkania teraz budowane  są niskie, raptem 2,65m wysokości. Przecież to mieszkanie na Mokotowie miało wysokość 3,00 metry a trzy pokoje z kuchnią miały sporo ponad 100 metrów powierzchni.  Najmniejszy z pokoi miał większą powierzchnię niż tu największy z pokoi. A książki których nie zatrzymamy oddamy- ja mam nawet telefon do człowieka, który z radością przyjmie  taką darowiznę, bo on wysyła polskie książki na Litwę- tam przecież nadal jest mnóstwo Polaków, którzy nie wrócili w ramach repatriacji. Nie każdy miał w Polsce jeszcze jakąś rodzinę, część rodzin była już "wymieszana" z miejscowymi i mocno "wrośnięta"  w swoje miejsce urodzenia i dla nich ojczyzną była Litwa, niezależnie od tego pod czyimi rządami była.

Kilka dni przed końcem stycznia dyrektor instytutu wpadł na - swoim  zdaniem- świetny pomysł by koniecznie spotkać  się w prywatnym gronie w jakimś miłym  miejscu. Kazik, który nie przepadał za takimi kontaktami zełgał bez  zająknięcia, że niestety  on nie może się nigdzie wybrać ponieważ jego ukochana żona jest złożona chorobą i on musi być popołudniami i  wieczorami w domu. No to w takim razie przełożymy to na czas, gdy twoja żona wydobrzeje. Zadzwoń koniecznie  do  mnie jak już się tam nieco rozgościsz- poprosił. 

Mam podejrzenie, że to prędko nie nastąpi, bo nim się tam na tyle ustabilizuję, że nie będę   ciągle poszukiwał gdzie  mam aktualnie być - to minie  sporo czasu. W lutym jest sesja i już mi ćwierkali, że będę brał w  tym udział, bo część godzin dydaktycznych mam też mieć w godzinach studiów wieczorowych.  Sporo osób pracuje i jednocześnie studiuje. 

No to ty idziesz tam na prawdziwą orkę - skonstatował naczelny.  No tak to właśnie jest gdy się ma doktorat - część mojej pracy to właśnie będzie  dydaktyka. Mam mieć do 180 godzin dydaktycznych. Mnie bardzo pasuje to, że będę miał czasem wolne przedpołudnia. Teresa  się śmieje, że w trakcie sesji będę  cierpiał na równi ze studentami, bo jeśli któryś nie  zda to będę siebie za to winił a nie studenta. No bo to jednak dość ciężki kierunek i wykład ma w głowie studenta rozjaśnić a nie dodatkowo "zaciemnić."  I pewnie moja  żona  znów będzie w roli króliczka doświadczalnego bo na niej będę testował "jasność" mojego tłumaczenia. Ona jest pod  tym  względem świetna bo potrafi wyłapać niejasności w treści, chociaż wcale nie ma wykształcenia technicznego, jest ekonomistką i to w takiej okrojonej nieco formie, bo po studium pomaturalnym. 

A często się kłócicie?-spytał Stanisław. A o co mielibyśmy  się kłócić? - zapytał Kazik. Znam ją nieomal od jej urodzenia, nasi rodzice się przyjaźnili, byliśmy niemal tak  samo wychowywani i mamy takie same poglądy na większość spraw. Oboje  dostaliśmy nauczkę od życia bo nasze pierwsze  związki były zupełnie nieudane i oboje  wiemy, że nie ma sensu toczyć bojów tylko po to, by wykazać drugiej osobie, że ja mam rację a nie ona. Jak dotąd to tylko raz miałem do niej pretensję i to głównie o to, że w czasie ciąży wytargała sama do piwnicy dość ciężkie pudło zamiast zaczekać aż wrócę  z pracy. Co prawda to go nie podnosiła, tylko ciągnęła po podłodze a po schodkach piwnicznych w dół to zsunęła po dwóch deskach. Tym  swoim potępionym przez mnie "wyczynem" osiągnęła to, że nie odkładam nic na potem tylko robię od razu, bo wiem, że jeśli ja tego nie  zrobię zaraz,  ona to sama zrobi.

Ty to jesteś bardzo w niej zakochany, zupełnie jakbyś ją dopiero co poderwał- stwierdził "naczelny". Kazik przerwał na moment przeglądanie dokumentów, chwilę pomilczał a potem powiedział - powiedz mi, ale tak szczerze- czy  fakt, że bardzo kocham  swoją  żonę w jakiś sposób umniejsza moje walory zawodowe? I nie bardzo rozumiem po co drążysz ten temat?  O co ci chodzi? Chcesz mi jakąś kobietę naraić? No  to przyjmij do wiadomości że nie jestem zainteresowany innymi kobietami poza  własną żoną. I nie mam przepisu na dobry związek - bo to co jest dobre dla mnie  niekoniecznie jest takie dla kogoś innego. Po prostu my oboje jesteśmy po nieudanych  związkach i wyciągnęliśmy z nich wnioski. Ty też jesteś w drugim związku i zapewne wiesz dlaczego tamten związek  się rozleciał. Jeśli  przeanalizowałeś czemu twoje małżeństwo legło w gruzach to już  wiesz  czego unikać by i kolejny  się nie rozleciał.

No wiem dlaczego się rozleciał - rozleciał się z mojej winy, bo spodobała mi się bardzo Majeczka. Nie podejrzewałem jednak, że jest aż tak głupia. Zero rozwagi i totalny wstręt do logicznego myślenia. A na dodatek absolutnie nie chce mieć  dziecka.  Kazik roześmiał się - a ty myślisz, że ciąża, poród, karmienie i siedzenie z dzieckiem  w domu to taka  szalona  atrakcja dla młodej kobiety?  Ani to atrakcja ani samo zdrowie jak usiłują to wmówić dziewczynom rodzice i niektórzy faceci. 

Przejdź się do księgarni, kup kilka książek w księgarni medycznej, poczytaj  sobie dokładnie o tym wszystkim a potem wyobraź sobie, że jesteś  tą  młodą kobietą i wczuj się w jej rolę. Może wtedy zrozumiesz kompletny brak entuzjazmu młodych  kobiet do zostania matką.  My zdecydowaliśmy  się na jedno, bo chociaż  ciąża była bezproblemowa to konieczna była cesarka i wszystko dobrze  się  skończyło bo była cały czas pod znakomitą prywatną opieką ale nikt nam nie  zagwarantuje, że drugi poród będzie lżejszy i bez komplikacji takich jak przy  tym pierwszym. Ze statystyk wychodzi, że jest 80% szans, że drugi poród będzie prawidłowy, ale przeanalizowaliśmy wszystko i nie  decydujemy  się na drugie dziecko. Bo "cesarka" to  nie jest równie mało dolegliwa sprawa co obcięcie paznokci przeznaczonym do tego celu obcinakiem. To jest jednak operacja a każda operacja, nawet usunięcie zęba, może się skończyć tragicznie. Tyle  tylko że się o tym nie mówi głośno. Więc się Majeczce nie  dziw, że  się nie pali do  ciąży,  porodu i wychowywania  dziecka. Może ona jest głupia, nie znam jej więc trudno mi to ocenić, ale  jednak kombinuje prawidłowo.  Doskonale  wie  co ciebie do niej przyciągnęło i nie widzi powodów by dobrowolnie rezygnować z tych swych  walorów, które ciebie przyciągnęły. Poza tym posiedź ze dwa dni z takim maleństwem sam w domu, wtedy inaczej spojrzysz  na atrakcje które niesie macierzyństwo. 

My mieliśmy i nadal mamy  super, bo mieszka  z nami ojciec  Teresy i od  samego początku włączył się do opieki nad  małym. Mały tak  samo spokojnie  zasypiał u niego na rękach jak u mnie czy u Teresy. A ja ten pierwszy rok  mogłem spokojnie pracować, bo Teresa nie była sama z dzieckiem, zawsze był tata. Dzięki temu nie musiała  ciągać  wszędzie ze  sobą  maleństwa, bo zostawało z dziadkiem. Poza tym zrozumiałem, tak przy okazji, że wielopokoleniowa  rodzina  to dobra sprawa i ważne jest dla  dziecka to mieszkanie pod jednym dachem. Instytucji własnego dziadka lub  babci nie zastąpi obca niania.

Kazik, a czemu się twoje pierwsze małżeństwo rozleciało? Przepraszam, że pytam, ale ty się wszystkim babkom podobasz, więc myślałem, że to był powód. Nie, nie dlatego,  ale dlatego, że moja  eks żona była alkoholiczką, więc  się rozwiodłem i wyjechałem by zarobić na własne mieszkanie. A  ona się po prostu zapiła na  amen i zmarła. Że już pominę fakt, że leciała na gazie każdemu do łóżka i zdecydowanie odmawiała leczenia. A w alkoholizm wpadła  w swojej pracy. Spirytus czysty, nie  skażony był do czyszczenia sprzętu, faceci co tam pracowali ją rozpili.Nie wiem  czy wiesz, ale kobiety znacznie szybciej i dużo łatwiej wpadają w uzależnienie.  A ożeniłem się z nią, bo stwierdziła, że jest w ciąży ze mną i mój ojciec mnie  zmusił do tego ślubu. Byłem pewny, że to nie było moje dzieło, ale ojciec  mi zagroził, że przestanie  mnie finansować na studiach. Po kilku latach, gdy już byłem mężem Teresy okazało się, że oprócz mnie z jej wdzięków korzystało jeszcze dwóch  facetów. Jej matka przysłała mi jej pamiętnik- szkoda tylko,  że go wcześniej nie  znalazła. I szkoda, że mój ojciec już wtedy  nie  żył i nie mogłem mu tego przeczytać.

A wiesz, że niedługo Kurt przyjeżdża?- zapytał Stanisław.  Wiem, bo będzie zapewne nocował u nas, mamy wiele spraw do obgadania, więc będzie spał u nas. Nie pierwszy zresztą raz. Nasze  żony bardzo się zaprzyjaźniły, a mój Alek wielbi jego chłopaków. To mały zna niemiecki? Nie, on nie zna niemieckiego, chłopcy Kurta  nie znają polskiego i świetnie  się jakimś  cudem  rozumieją. To są bardzo grzeczne  dzieciaki bo hodowane  w domu. Wiesz, jak masz trójkę i między kolejnymi jest dwa lata różnicy to zupełnie nie ma wtedy sensu praca  zawodowa  kobiety. Najmłodszy już poszedł do  szkoły. Bardzo mi  się podobają te  dzieciaki, bo są nauczone wzajemnego dbania o  siebie.  Być może, że na  wakacje razem gdzieś pojedziemy i to raczej my nad ich kawałek Bałtyku, mają jakieś upatrzone  miejsce. W najgorszym razie ja zostanę w Warszawie a Teresa pojedzie z Alkiem i tatą. A może wyślemy małego z dziadkiem a my zostaniemy sami? Tata zna niemiecki na tyle, że  się z Kurtem dogaduje. A my chcemy koniecznie  pojechać w pierwszej połowie września do Tlenia, w Bory Tucholskie. Poza  sezonem tam jest  naprawdę  super. Można  kilometrami wędrować po lesie. Turystów niemal  wcale nie ma. Byliśmy tam  w ubiegłym roku i bardzo  się nam podobało. No a co się tam robi- spytał  się Stanisław. 

Się chodzi po lesie i zbiera  się grzyby, można też pychówką popływać po jeziorze albo po rozlewisku Wdy. To takie raczej emeryckie  rozrywki - stwierdził Stanisław. Nie mógłbym na taki urlop  pojechać, umarłbym tam z nudów. Kazik roześmiał  się - przecież ja  cię  wcale tam nie  zapraszam, mówię ci tylko, że nam się tam podobało. Dzieciaki były zachwycone bo widziały żywe owce, krowy, konie, kury, kaczki,  gęsi, maluchy  zbierały grzyby i dla nich to też było bardzo ciekawe. Zasypiali nim skończyli mówić "dobranoc". A to drugie  dziecko to czyje? Mój bratanek, młodszy od Alka o rok i trzy  miesiące. Takim dzieciaczkom niemal  wszystko się podoba, nawet zwykła kura i zwyczajna sosnowa  szyszka. Przy takich malcach uświadamiasz  sobie, że świat jest piękny. Poza tym można pojeździć po okolicy, np. zobaczyć Grudziądz, wpaść na jeden  dzień do Torunia, ale my mało jeździliśmy, głównie włóczyliśmy się lasem wzdłuż Wdy. Dzieciakom to się wszystko podobało, nawet pająki i mrówki. Obiecaliśmy im, że gdy teraz  pojedziemy to wynajmiemy bryczkę i bryczką pojeździmy po lesie. Mamy już tam  znajomego faceta i on nam to załatwi.

Jeśli będziemy w tym samym domu co wtedy to jest tam w ogrodzie miejsce na ognisko i może  będziemy w tym roku piec kiełbaski i ziemniaki. Generalnie  wszystko co  dzieciaki  widzą po raz pierwszy jest ich  zdaniem piękne. Śniadania  robiliśmy w domu, a obiady i kolacje jedliśmy w pobliskiej restauracji.Mieliśmy tam  swój stolik a znajomy kelner  zawsze nam wybierał co danego dnia jest najlepsze.

A twój brat też taki zakochany w  swojej żonie jak ty? Wyobraź sobie, że nie - już są po rozwodzie od ponad  roku. I ma dziecko prawnie innego tatę, który szalenie kocha  jego mamę i jego. Żartujesz? Nie, to nie nadaje  się do żartów - rozeszli się, sąd przyznał dziecko matce, jej mąż wystąpił o pełne przysposobienie małego i mój brat wyraził na nie  zgodę i teraz dziecko ma innego ojca, który się nim świetnie  zajmuje, znacznie lepiej niż to robił mój  brat. Zresztą mój brat pracuje teraz  we Francji, o czym zresztą od  dawna marzył. I nie tęskni za dzieckiem?  Chyba nie, nie  widziałem żadnej jego reakcji na widok zdjęcia dziecka przytulonego do obecnego męża jego byłej żony. Dziecko ma teraz  kompletną rodzinę - tatę, mamę i dziadka. A ty znasz tego jego dziadka, to Jacek z N.W.M., teraz już na  emeryturze. Ależ on chyba jeszcze  nie jest w wieku emerytalnym! Przecież on jest na wojskowej emeryturze, tam się jakoś inaczej wszystko liczy. Moje dziecko ma teraz  dwóch  dziadków, bo na Jacka też mówi  dziadek , a Jacek obu chłopców  autentycznie  kocha. Nasze  dzieci mają dwóch  dziadków i  ani pół babci. A Jacek  mieszka bardzo blisko nas. A była żona mego brata to serdeczna, wieloletnia przyjaciółka mojej żony. Mogę ci pokazać zdjęcie rodzinne, mam w smartfonie. No pokaż. Kazik pokazał zdjęcie właśnie z Borów Tucholskich, które im zrobił pan Juleczek.  

Stanisław chwilę patrzył i powiedział - Jacek jakoś jakby odmłodniał! No wiesz, już ponad cztery  lata nie ma żadnych problemów  zawodowych to i jakby odmłodniał.  Przecież tam  zawsze miał kupę  spraw na głowie, bo był diablo odpowiedzialnym facetem. A tu zero problemów, chodzi na spacery z dwiema młodymi kobietkami i dwójką dzieci i jedyne jego zmartwienie to czy pogoda będzie na tyle  dobra, żeby dzieci mogły być na placu zabaw. Ja się z nim widuję niemal codziennie, wszyscy razem  często jemy razem obiady, w weekendy zwłaszcza. Jacek bardzo  się  zaprzyjaźnił z moim teściem - są z nich takie papużki nierozłączki. Zawsze razem oglądają jakieś wydarzenia  sportowe. A moja  żona  zawsze mówi, że Jacek jest dla  niej teściem. Lubią  się z Teresą i cenią. A syn Jacka to uwielbia Teresę, bo mu wyprawiła u nas przyjątko gdy obronił magisterkę. Co Teresa  powie to niemal święte.

                                                            c.d.n.


środa, 12 lipca 2023

Lek na wszystko? - 160

 Drugiego stycznia zima zreflektowała  się, że powinna ludziom przypomnieć jak wygląda śnieg i wczesnym popołudniem sypnęła  śniegiem i temperatura zaczęła  spadać.  Komunikaty w środkach masowego przekazu donosiły o "nagłym ataku zimy", co bardzo Teresę rozśmieszyło. Toż jest przecież styczeń, więc  chyba trudno oczekiwać, że będzie oszałamiające słońce i dwadzieścia stopni ciepła. W tropikach  zapewne jest ciepło i gdyby tam nagle  zaczął padać  śnieg to byłaby to sensacja, ale u nas śnieg i mróz w styczniu to dość normalna pogoda - powiedziała Teresa do taty. Jakoś nasza  administracja osiedla nie jest zaskoczona śniegiem i od świtu odśnieżają i posypują piaskiem wszystkie uliczki. Tylko ze spacerem będzie pewnie dziś kiepsko. Najlepiej gdyby jeszcze  trochę śniegu dopadało tak ze dwa dni i lekuchno zmroziło, już byłoby lepiej ze spacerem.  

Teresa wpadła nagle w głęboki namysł - co się tak zasępiłaś Kochanie - spytał Kazik.  Bo się zastanawiam czy Aleks wejdzie  jeszcze w ten zeszłoroczny kombinezon. On jest  świetny bo dwuczęściowy. A na dodatek  nie szeleści upiornie. Zagapiłam się i nie wykluczone jest, że będę musiała wyskoczyć  na "ciuchy do Rembertowa" po nowy kombinezon. Żaden problem - zapewnił ją Kazik - jak się obudzi to przymierzy ten i pojedziemy w sobotę do Rembertowa po coś nowego. A ten pewnie będzie  dobry dla Tadzia. Mam nadzieję, że "budkarze" już się przestawili na zimową odzież. No i buty też mu trzeba przymierzyć i rozejrzeć  się czy są ocieplane kalosze dziecięce. Bo jak nie będzie ani kombinezonu ani ocieplanych kaloszy to wyskoczymy do Berlina. Ale chyba bez niego. No jasne, że bez  niego, tylko trzeba  będzie go dobrze pomierzyć. Ja chyba i dla siebie kupię takie ocieplane  kalosze - są idealne na topniejący śnieg, a tu wciąż  będzie na  zmianę raz mróz  a raz  paciaja. Nie lubię zimy - najchętniej przespałabym calutką zimę przytulona do ciebie. 

Oooo, to byłoby najlepsze spędzenie  zimy, tylko mam wątpliwości  co do Alka - on jeszcze jest pełen  entuzjazmu i widok śniegu go raczej pociąga  niż odrzuca. Jak się zestarzeje to zmądrzeje- wygłosił sentencję Kazik. Ja też kiedyś  byłem zachwycony zimą i śniegiem, ale jakoś mi minęło.  No właśnie - mam wrażenie, że nie tak dawno jeszcze planowaliśmy zakup śladówek i wypady zimowe do Powsina - przypomniała mu Teresa.

Nie będę miał tej  zimy głowy do tego, będę  się musiał przygotowywać do wykładów. Co innego siedzieć w  wygodnym  fotelu i pisać i w razie niezbyt fortunnego sformułowania wszystko skorygować. A jak się coś palnie na głos to trudno to skorygować tak, by nikt nie zauważył, że się palnęło głupotę. Muszę uważać, żeby nie używać skrótów myślowych bo nie będę  wszak wśród profesjonalistów  z tej dziedziny. Nie wiem czy robię dobre założenie, ale zakładam,  że jeśli już ktoś zdał na ten wydział to chyba nie jest absolutnym dyletantem. Tak naprawdę to czuję się jakbym miał przed  sobą jakieś egzaminy do zdawania a nie prowadzenie wykładu.  Na  szczęście najprawdopodobniej  wykłady to zacznę od nowego roku akademickiego, na razie mam do wyboru  kilka nowych tematów do rozpracowania.

Gdy Alek przymierzył swój  zimowy kombinezon Teresa wymruczała cicho - chyba za dużo je i dlatego tak rośnie jak na  drożdżach. Przecież on  wcale nie je  dużo- stwierdził Jacek który przyniósł książki pożyczone od Kazika - ilościowo to on tyle samo je co Tadziś.  Przecież z tego co pamiętam to  Alek  zawsze był wzrostem w górnych granicach a wagowo w dolnych. Ma po kim rosnąć, Kazik jest wysoki. Jest wyższy od Krisa. A kombinezon to wezmę dla Tadzia dopiero wtedy, gdy kupicie nowy dla Alka. I mam wrażenie, że podskoczę razem z wami do tego Rembertowa, tylko sobie dokładnie wymierzę Tadzia. Jemu jest trudno coś przymierzyć w sklepie, bo strasznie tego nie lubi i robi cyrk. A nie zawsze to co głosi metka jest prawdą.  No fakt- potwierdziła Teresa- tylko nie wiem z czego to się bierze. Niemieckie ciuszki są dla Alka zawsze dobre  "wzrostowo" tylko objętościowo często nieco za luźne. A Alina też pojedzie? Ja jej nic nie powiem, że jadę do Rembertowa bo ona zaraz biadoli, że to wszystko jest takie  drogie,  a dziecko szybko rośnie. Po prostu kupię i nie powiem ile  zapłaciłem. Ona  nie zna cen i powiem, że było wszystko tańsze niż w sklepie bo to bazar. Nie odkładam pieniędzy  na pomnik czy grobowiec  dla siebie, emeryturę mam wysoką, nie muszę wydawać na lekarzy bo mi nadal przysługuje leczenie z resortu no i nie  choruję. A dodatkowo mam lekarza tam gdzie i wy.  No i mam nadzieję, że ty mnie rozumiesz, ja po prostu muszę nadrobić stracone okazje. Nadal mnie to gryzie, więc mam nadzieję, że nic nie powiesz Alince. Teresa uśmiechnęła  się - nic nie powiem, ale pod  warunkiem, że nie wpadniesz na pomysł by nam się rewanżować za ten kombinezon po Alku.

W dzień Trzech Króli, wieczorem do Teresy zatelefonował....Franek. Muszę ci to powiedzieć - ubawisz  się nieco. Jestem aktualnie na  spacerze z Dunią to ci opowiem coś fajnego. No mów, lubię posłuchać fajnych opowieści. 

No więc, jak wiesz Joanna wróciła sama z Anetką. Anetka nadal jest nieochrzczona, a moja żona śmiertelnie  skłócona  ze swoją matką.  Bo ten pociotek matki  żadnego chrztu w Rzymie nie załatwił. Poza tym powiedział,  że mała nie może dostać na chrzcie imienia Aneta, bo  żadnej takiej świętej nie było. Co najwyżej to można ją ochrzcić jako Annę. No i to w byle jakim kościele ale na pewno nie w Watykanie jako takim. Powiem ci szczerze, że omal nie wybuchnąłem gromkim śmiechem. A najlepsze ze wszystkiego jest to,  że mnie ta wyprawa kosztowała tylko bilety dla Joanny i jej zakwaterowanie, bo moja droga teściowa opłaciła swój pobyt i tego pociotka oraz ich bilety. A dopiero na miejscu się okazało, że pociotek nałgał, że ma miejsce zapewnione w którejś tam rzymskiej parafii i że na niego tam czekają. Oczywiście ów chrzest w Watykanie to też nie była prawda. Joannie udało się u polskiego przedstawiciela Lotu wyżebrać pomoc w załatwieniu powrotu  do Polski -  po prostu opowiedziała tę historię. Leciała siedząc na miejscu stewardes a nie na zwykłym fotelu. A najlepsze jest to, że  już się jej odechciało chrztu Anetki. Joanna  czuje się jak zbity pies, wdzięczy się nie tylko do mnie  ale i do taty a nawet do Duni. Podobno powiedziała  swej mamusi by ta  zapomniała jak najprędzej że ma córkę i wnuczkę i chce zmienić koniecznie numer swego telefonu, żeby mamusia do niej nie telefonowała. Koniecznie chciała  się dowiedzieć co to się stało, że Alina już nie jest z Krisem, więc jej powiedziałem, że to sprawa Aliny i Krisa a nie moja i jeśli ją  ciekawość zżera to niech  się pyta Krisa  albo Aliny. Ale ona nie ma telefonu do Aliny ani do Krisa, więc albo odpuści sobie  albo może do ciebie kiedyś zatelefonuje. 

Nie zatelefonuje - zapewniła go Teresa-  ja jak wiesz zmieniłam operatora i numer o  czym  cię powiadomiłam, ale jej nie, bo nie miałam w  wykazie numeru jej komórki- zmieniłam numer głównie po to by różne upiory z przeszłości do mnie nie dzwoniły, a głównie moja była teściowa i ewentualnie mój były mąż. Bo ona tu kiedyś na osiedlu mnie dorwała, bo szukała  swego skarbusia. Nie miała pojęcia, że jesteśmy po rozwodzie. Jak widzisz  różne  są układy w rodzinach. A mogę opowiedzieć Kazikowi o tym Rzymie? No jasne, że możesz- zapewnił ją  Franek-on też nie mógł tego pojąć, tak samo jak ty i ja.

Kazik wysłuchał  opowieści Teresy o włoskich przygodach Joanny a potem powiedział - żal mi trochę Franka, bo to bardzo porządny facet i dość marnie trafił z Joanną. Ale ma  w tej chwili szansę nieco sobie wychować swą żonę - uświadom mu to. A ty sobie  mnie  wychowałeś? - zapytała Teresa.  Nie musiałem sobie  ciebie wychowywać - oboje wyszliśmy z domu odpowiednio wychowani a poza tym oboje dostaliśmy  nieźle po uszach  w pierwszych związkach i dążyliśmy do tego samego. A Franek nie obruszy się z powodu tego, że mi to opowiedziałaś? Nie, bo się go zapytałam czy mogę ci o tym opowiedzieć i on stwierdził, że oczywiście mogę, bo ty też nie mogłeś zrozumieć na jakie licho  chrzciny akurat w Rzymie.

 Franek nie jest zbyt towarzyskim facetem powiedziała Teresa- mam wrażenie, że zawsze nieco przerażały go dziewczyny wielce towarzyskie a do tego flirtujące z nim. Nie wiem co wyniósł z domu w kwestii stosunków damsko -męskich.  Nigdy o tym z nim nie rozmawiałam. Mieliśmy zawsze tyle do ponarzekania na otaczającą nas rzeczywistość, że nie było wiele miejsca na inne tematy. Poza tym gdy się umawiasz z kimś na wspólny lunch lub wypicie czekolady to siłą rzeczy  dużo się nie pogada. Franek twierdził, że ja się marnuję w tym dziale i usiłował mnie przebranżowić i wsadzić na rynek afrykański. Musiałabym tylko zdać państwowy egzamin z angielskiego. A ja z kolei się nastawiałam na przeniesienie do biura którejś z linii lotniczych. A jak sam widzisz efekt końcowy to jakby zupełnie co innego. Po prostu jestem chyba  za mało ambitną babą. Albo mam po prostu wielce staromodne ambicje - żeby dziecko było dobrze  wyhodowane i wychowane, żeby w domu wszystko grało. Nie jestem zwolenniczką uniwersalności bez potrzeby - oczywiście jeśli muszę to zmienię sama koło w samochodzie, nawet gada umyję sama na myjni, wymienię żarówki,  ale jeśli ktoś może to zrobić za mnie to nie mam nic przeciwko temu. To, że coś potrafię wykonać z tak zwanych "męskich prac" nie znaczy wcale że marzę o  tym by to robić i  by wszystkim dookoła to  demonstrować na  zasadzie patrzcie jaka jestem wszechstronna, potrafię zrobić niemal wszystko co każdy facet.

Kazik zamknął ją w ramionach i cichutko  powiedział - kocham  cię właśnie taką z tymi jak powiedziałaś staromodnymi  ambicjami- te twoje staromodne  ambicje  sprawiają, że czuję  się dowartościowany, kochany, zadbany. Wiem, że wiele tak zwanych "męskich prac" potrafisz wykonać, a ja naprawdę potrafię sobie sam przyszyć guzik do płaszcza, ale nawet nie  wiesz jak mi miło pomyśleć, że to ty mi go przyszyłaś, bo o mnie  dbasz, a nie dlatego,  że mnie  uważasz za fajtłapę, który nie potrafi tego zrobić. Obiad też potrafię ugotować, ale jestem pewny, że nawet jeśli gotuję to samo co ty, według tego samego przepisu  to i tak obiad  przez ciebie ugotowany będzie mi bardziej  smakował. Mama zawsze mi kładła  do głowy, że takie  zwyczajne, codzienne troszczenie  się bez fanfar i oklasków nie jest łatwe, ale jest przejawem prawdziwego uczucia.  Nasz tata nie był ideałem faceta, czasem zapewne czuł się mniej uwielbianym panem domu i nieco mu się w łebku poprzewracało, bo podobał się kobietom, które dawały mu to do zrozumienia i wiem, że mama kilka razy przywoływała go do "porządku i do rzeczywistości". Czasami żałuję, że oboje  nie doczekali się naszego związku i Alka. Ale jak mówisz widocznie tak  miało być i nie należy narzekać na coś  czego już i tak nie ma jak  zmienić.

Zamiast pojechać "na  ciuchy" do Rembertowa dopiero w  sobotę pojechali w piątek, bo Kazik doszedł do słusznego zapewne wniosku, że w sobotę to będzie tam znaczne więcej klientów i nawet może być problem  ze znalezieniem miejsca na parkingu. Jacek w czwartek wymierzył dokładnie Tadzia, w piątek podwiózł Alinę z nim do Teresy by dzieciaki razem się bawiły,  jako że pogoda znów wcale nie była  spacerowa, co najwyżej można było ich powietrzyć nieco na loggii przy otwartych oknach. Dzieciaki lubiły to "wietrzenie" bo 150 metrów od ich budynku była  ruchliwa arteria komunikacyjna łącząca obydwa brzegi Warszawy, ruch był na niej spory no i jeździły nią autobusy, które się obu chłopcom bardzo podobały. Mieli obiecane, że gdy skończy  się zima to pojadą tą trasą na drugi, prawy brzeg Wisły.

Wyprawa w piątek była  całkiem niezłym pomysłem- Kazik wrócił nieco wcześniej (czyli koło południa) z pracy i pojechali jednym samochodem, tym razem Jacka i on siedział za kierownicą. Kazik się śmiał, bo zaopatrzenie było naprawdę znakomite, ceny takie jak w Berlinie i to według kantorowego przelicznika a nie według NBP. Po godzinie obie rodziny były "obkupione po uszy". Kazik i Jacek ogromnie  się uśmieli, bo wszystkie ocieplane  damskie kalosze  były dla Teresy za duże. W końcu zamiast nich Teresa  zakupiła półbuciki na grubej miękkiej podeszwie. Gdy już je kupiła i właściwie  już były zakupy  zakończone  trafiła na  kalosze ocieplane w rozmiarze 35 w nieco frywolnym pomarańczowym kolorze. Chciała by się cofnąć i zrezygnować z  zakupionych półbucików, ale Jacek z Kazikiem przekonali ją, że i jedne  i drugie się przydadzą bo półbuciki będą idealne  na zwykły deszcz a kalosze to będą na  zimowe roztopy. Wracając wstąpili jeszcze do cukierni po faworki, a Teresa powiedziała, żeby z racji takich udanych  zakupów Paweł przyjechał do nich na obiad a po obiedzie będzie kawa i faworki i Jacek przedzwonił do Pawła, że tego dnia obiad jest u Teresy.

Po obiedzie, ale jeszcze przed kawą nastąpiła rewia mody. Wpierw chłopcy przymierzyli kombinezony i kalosze, potem Alina została  zmuszona do przymierzenia kilku dzianinowych bluzek i kurtki lekkiej ale chroniącej przed  wiatrem, Teresa  zaprezentowała swoje nowe kalosze i buciki, tata musiał przymierzyć nowy pulower, którego wcale nie  zamawiał, oraz sweter bezrękawnik, Kazik zaprezentował "garnitur" z drobnego sztruksu  i kilka cienkich pulowerów rodem z Wielkiej Brytanii, ale istniało podejrzenie, że tylko metka jest rodem stamtąd, Pawłowi Jacek dokupił dwie dżersejowe koszulki polo z długimi rękawami  i kamizelkę zamszową. W sumie wszyscy byli zadowoleni zakupów, a gdy Alina usiłowała  się dopytać o ceny nagle  żadne  z nich nie pamiętało, ale  zapewniali ją, że to była "taniocha, bo to bazar".

                                                                    c.d.n.




poniedziałek, 10 lipca 2023

Lek na wszystko? - 159

Po raz pierwszy w  swym pięcioletnim życiu  Alek oczekiwał wraz z dorosłymi północy. Teresa przekonała Kazika, że nie  ma sensu go zaganiać do spania skoro dziecina wymyśliła  sobie, że zaczeka razem z całą  rodziną aż przyjdzie  Nowy Rok. Jeśli "padnie" ze zmęczenia to się go zaniesie do pokoju i położy do łóżka.  Tadziś już około godziny dwudziestej zasypiał na kolanach Pawła i został odstawiony do dziecięcego łóżeczka Anetki, w którym na  szczęście jeszcze  się zmieścił, a Franek włączył podsłuch, który nie tylko "dawał głos", ale dodatkowo pulsował czerwonym światełkiem.

Tata, a czy będzie widać ten  Nowy Rok? A jak go nie widać to może on wcale nie przyjdzie? A skąd będziemy wiedzieć, że już nie ma starego roku a jest nowy?  A dlaczego ludzie strzelają gdy ma przyjść  Nowy Rok?  A dlaczego ludzie się cieszą, że przychodzi Nowy Rok?  Kazik rozejrzał się po pokoju w nadziei, że uda mu się w dość przystępny sposób wytłumaczyć  dziecku tę w gruncie  rzeczy dość  zawiłą dla pięciolatka sprawę. Od razu na  wstępie powiedział, że sprawa dni, miesięcy i roku jest sprawą umowną. Wiesz co to znaczy umówić się na coś gdy się w coś bawimy.Tak, zapewnił Kazika Alek -umawiamy się, że ty masz zielone pionki w grze  a ja mam żółte- to taka umowa, prawda? No prawda. No więc na podstawie obserwowania przyrody, ludzie umówili się, że podzielą czas na kawałki i przez to mamy dzień i noc. Dzień i noc tworzą razem dobę, która trwa 24 godziny. I potem składając te kawałki umówili się, że 7 takich kawałków zwanych dobą to będzie tydzień. Sumując tygodnie stworzyli miesiące, a dwanaście miesięcy to jest rok. I to wszystko jest zapisane w kalendarzu. I gdy  mija rok, to od nowa liczy się godziny, doby, dni, miesiące. I zawsze po ostatnim dniu roku następuje kolejny rok, nowy. Gdy już będziesz chodził do szkoły dowiesz się więcej. Jak na  swoje pięć lat to i tak dużo się dowiedziałeś. W  szkole poznasz odrobinę astronomii, poznasz geografię i wtedy lepiej to wszystko zrozumiesz. 

Pytałeś dlaczego ludzie strzelają z tej okazji - po prostu z głupoty i braku wiedzy. Strzelają by odstraszyć zło. A zło to nie jest  coś co przylatuje z powietrza. A cieszą  się, bo mają nadzieję, że w Nowym Roku wszystko będzie im  się układało w życiu lepiej. Ale żeby się coś układało lepiej to strzelanie  na pewno nie pomoże. Może pomóc tylko przemyślenie tego co źle poszło i wymyślenie jak zrobić coś następnym razem żeby było lepiej. A my się zorientujemy, że jest Nowy Rok patrząc na zegar- gdy mniejsza wskazówka będzie na cyferce "12" a większa już troszeczkę za cyferką "12"  to będzie znaczyło, że już mamy Nowy Rok. Więc obserwuj uważnie  zegar. I zaraz z Nowym Rokiem pójdziesz spatuńki. Ale nie ma problemu byś wcześniej poszedł spać - Nowy Rok na pewno nadejdzie, niezależnie od tego czy będziesz  spał czy nie.

Gdy Kazik tłumaczył półgłosem synkowi kwestie związane z Nowym  Rokiem przy  stole  zapanowała cisza i wszyscy wpatrywali się w Kazika uważnie. Gdy  skończył, tata Teresy powiedział - świetnie to dziecku wyłożyłeś biorąc pod uwagę fakt, że Alek siłą rzeczy niewiele jeszcze  wie o świecie.  Potrafisz dostosować tłumaczenie zjawiska do poziomu słuchacza. Ze studentami, synku, pójdzie  ci łatwiej, bo już więcej o wszystkim  wiedzą. Alek siedział przytulony do Kazika, oczęta mu  się kleiły,  ale twardo wpatrywał się w zegar. 

No popatrz tato - rośnie  kolejny "nocny Marek" powiedziała  Teresa. Tata uśmiechnął się - on nie ma po kim być typem skowronka, wy oboje to takie  nocne  Marki jesteście. Mama twoja też do skowronków nie należała.  Tuż po północy Alek zameldował, że już jest Nowy Rok, wszyscy sobie wzajemnie złożyli życzenia i się wycałowali, a Kazik zaniósł Alka do przydzielonej im sypialni, mówiąc, że niedługo i oni pójdą spać.  Gdy Kazik układał Alka do snu nadeszły życzenia noworoczne od Krisa, na które Krisowi odpowiedziała Teresa, co tak bardzo zdziwiło  Krisa, że aż zatelefonował, pytając  czemu Kazik nie odpisał. Po wyjaśnieniu przez Teresę sytuacji prosił by złożyła  wszystkim  życzenia i powiedział, że on z Anisą są na ulicznym Sylwestrze, ale zaraz  się wybierają do  domu by coś ciepłego jeszcze  zjeść przed  snem.  

Teresa trąciła łokciem Franka i powiedziała - wyślij do swoich pań życzenia  noworoczne, pokaż, że jesteś facetem z klasą, bo wszak jesteś!  Eeee, ona pewnie już od kilku godzin śpi. Nie szkodzi, najwyżej przeczyta to rano. A ona wie, że u ciebie jesteśmy? Bo jeśli wie to złóż jej życzenia od nas. A nawet jeśli nie wie, to niech  się dowie, że nie jesteście z tatą sami i że my jesteśmy. Niech  się nauczy, że są takie  sytuacje w życiu, że nie  zostawia się rodziny samej. Głupia gówniara, podpadła mi. Dawaj tego smartfona, ja napiszę w twoim imieniu a ty tylko wyślesz.  Nie panikuj, trochę lodu na głowę jej  się przyda. Franek podał jej swój smartfon a Teresa napisała: "Kochana moja, szkoda że Cię z nami nie ma, masz życzenia noworoczne od Teresy, Aliny, Kazika , Pawła oraz Jacka i taty Teresy, dzieci już śpią a my sobie troszeczkę szalejemy. Całuję Anetkę i Ciebie, Franciszek."  P.S. Twojej Mamie też dobrego Nowego Roku życzę".

Ostro poszłaś- stwierdził Franek. Ja poszłam ostro? To ona poszła ostro, ja  tylko odegrałam jej zagrywkę. Niech nie będzie taka pewna. Ona i tak nadal sądzi, że ty i ja byliśmy kiedyś parą. Jeszcze jakieś  selfie by się przydało. Poczekaj - ustawię wyzwalacz na 4 sekundy. Stańcie razem, ja się wcisnę obok Zika jak nastawię. Dziwny trafem zdjęcie wyszło całkiem dobrze i Teresa  zaraz je przeniosła na smartfony Zika, Aliny i Pawła i swój. Widzisz Franiu - to jest efekt sześciu lat mojej pracy w CHZ. Nie zostawiać niczego bez  rozliczenia. A kiedy jedziesz po nich na lotnisko? Nie jadę, ten pociotek ma  samochód na lotnisku i podwiezie Joannę z Anetką do domu, wracają w Trzech Króli. Ona ma Twoje nazwisko czy przy  swoim została? Moje. Jeśli mi się uda ustalić jakim lotem wracają to pojedziesz po nią i Anetkę na lotnisko. Chyba że marzysz by tu gościć teściową i tego pociotka. Ja nadal podtrzymuję niektóre kontakty złapane w Orbisie i kilku liniach lotniczych, np. w KLM. Tylko jeśli się  dowiem to nie wygadaj się skąd  wiesz, bo wtedy nie opędzisz się od nagabywań by gdzieś kogoś wyeksportować  samolotem. Po prostu wiesz i tyle.

No coś ty - ostatnio byłem w Paryżewie- nie sam, kilka osób nas  było i ona nie mogła  pojąć, że nie chcę jej do Paryżewa zabrać, żeby sobie  zrobiła  zakupy. A po co chciała tam lecieć? Po biustonosz, bo ja jej powiedziałem, że nie będę miał czasu na latanie po sklepach a nie wiem czy będzie  coś takiego w strefie bezcłowej.  Oj,przesadza dziewczę, teraz w Polsce jest od  groma i trochę  dobrych biustonoszy. Jest spory import a nawet tubylcze  firmy szyją całkiem niezłe. Teraz to jej potrzebny tylko taki do karmienia, a jak przestanie karmić to się jej rozmiarek  zmieni. Niech sobie poszuka  w sieci, tam podają jak ma sobie  rozmiar dobrać. Czytać wszak potrafi, centymetrem pomierzyć obwody w dwóch miejscach to przecież żadna sztuka, złożenie zamówienia też  zerowy problem.  Poza tym we  wszystkich sklepach które nimi handlują można ów fragment garderoby przymierzyć. Może tylko poza budą na bazarze, bo tam przymierzalni nie ma.

O 1,30 w Nowym Roku jeszcze raz złożyli sobie  wszyscy życzenia i poszli spać. Gdy Teresa z Kazikiem trafili do "swego" pokoju Kazik cichutko powiedział do żony - coś nie najlepiej trafił Franek z tą Joanną. Fakt - potwierdziła Teresa. Mgr przed nazwiskiem nie gwarantuje wcale wysokiej kultury osobistej, to tylko znaczek świadczący o wiadomościach  zawodowych. Wyspowiadał  się  dziś nieco przede mną. Żal mi go bo to bardzo porządny facet i ma tak, jakby się ożenił  ze ścianą. A śmiałam  się kiedyś gdy mama mówiła, że należy wybierać osoby ze  swego środowiska. Jeszcze i tak nieźle, że ta jej famuła nie mieszka tuż za rogiem. A te chrzciny w Rzymie to mnie zupełnie rozłożyły.  Widocznie  formułka wygłoszona nie po polsku a po łacinie lub po włosku ma większe znaczenie.  Powiedziałam Frankowi, że musi ją nieco podciągnąć poziomem w górę a przed każdym spotkaniem na nieco wyższym poziomie  dać jej wytyczne z rodzaju o czym ma rozmawiać i czego nie mówić. Tak zwane "dobre maniery", które przez wiele lat były odłożone  ad  acta i wyśmiewane  jednak wróciły do łask  i nawet ci co je  wyśmiewali to się już ucywilizowali, choć czasami im słoma z lakierek wyłazi. 

Bardzo ładnie i mądrze Franek z ojcem przerobili  ten dom. Alina zadziwiona i zachwycona. I coś jej chodzi po głowie, że niektóre pomieszczenia  zostały po to ukryte by był niższy podatek, ale obie nie mamy pojęcia dlaczego  tak  było. Ja to niektóre  rzeczy wiedziałam jedynie z podsłuchu, bo nam w domu nie mówiono, żebyśmy nie wypaplały w  szkole. 

Ale i tak miałaś lepiej niż ja, bo  na okrągło słyszałem, że muszę dawać przykład młodszemu bratu a jedyne na co miałem ochotę by mu dawać to było  kilka razy  dziennie czymś twardym i ciężkim po łbie.  We  wszystkim mi ten dzieciak przeszkadzał. Mama to była bardziej trzeźwa, ale ojciec to piał z  zachwytu. Bo ja to pierwsze zdanie z sensem powiedziałem gdy miałem trzy lata i to przeszło do historii bo zażyczyłem sobie czekolady i powiedziałem to bez  seplenienia i jeszcze na pytanie ojca dlaczego wcześnie nie mówiłem powiedziałem, że mi się nie chciało mówić. Ojciec omal wylewu nie dostał ze złości. A Kris to paplał jak stary już gdy miał półtora roku. Ty to byłaś słodkim dzieckiem, mówiłaś mało i cicho i zawsze się zgadzałaś na wszystkie  moje pomysły. I tak ci na  szczęście zostało. Ja pewnie już wtedy cię kochałem, tylko o tym nie wiedziałem. 

Dla mnie to byłeś niemal dorosły, dla mnie obydwaj byliście już dorośli a ze mną rozmawialiście i znosiliście  obaj moją obecność i głupotę. No bo byłaś fajnym dzieckiem, nie bawiłaś się lalkami i szybko interesowałaś się np. samochodzikami i lubiłaś gdy rysowałem. A pamiętasz jak mi narysowałeś gołego faceta z dobrze widocznym siusiakiem a potem mu namalowałeś czarną świecówką  majtki i powiedziałeś, że nie można takiego gołego na obrazku zostawić, bo nikt nie chodzi po ulicy z siusiakiem na wierzchu. Miałam ten rysunek wiele lat, spaliłam dopiero z okazji wyjścia za mąż. 

A ja pamiętam z jakim zdumieniem "odkryłem" w klubie, że gdy tańczę z tobą tango to czuję twoje piersi i byłem pół żywy z podniecenia i przerażony, że może to widać. A teraz to wszystko moje i mogę do woli pieścić i całować. Nie mam pojęcia jak to robisz, ale nadal wciąż mi ciebie brakuje i ciągle mi ciebie mało. I za każdym razem w pewnym sensie odkrywam cię na nowo. Dla mnie to istne misterium a nie zwykłe zaspokojenie pożądania. Zik, ja po prostu reaguję na to co ty robisz, bo kocham ciebie i każdy twój dotyk, przytulenie, pocałunek wyzwala określone moje reakcje, z których ja nawet nie bardzo sobie zdaję sprawę. Najchętniej to bym  się od ciebie nawet na kilka minut nie odrywała. 

W minutę później Alek ze swojej części małżeńskiego łoża mamrocząc coś przez sen przeczołgał się przez Kazika i ulokował się  pomiędzy nimi, przytulając  swoim zwyczajem głowę do Teresy, ciągnąc rękę Kazika do siebie i swe nóżki kładąc na jego  brzuchu. No popatrz, jak się nami rozporządził cichutko zaśmiał się Kazik. Delikatnie zdjął nóżki dziecka ze swego brzucha, przemieścił się za plecy Teresy i objął oboje mówiąc - tę resztkę nocy prześpisz między nami, ja też chcę  się do ciebie  tulić.

Noworoczny ranek rozpoczął się około południa. Śniadanie jedli w kuchni, Tadziś i Alek siedząc na kolanach  swoich ojców i widać  było, że są bardzo z tego faktu zadowoleni. Dunia dostała swoją kaszę z kawałkami mięsa i ugotowanej marchwi, którą bardzo starannie omijała i w końcu na  misce zostały tylko grube plastry marchwi. Wszyscy się zaśmiewali, ale Franek powiedział, że potem tę marchew "uszlachetni" odgrzaniem w mięsnym sosie i wtedy Dunia ją  zje. Teraz to by ją zjadła gdyby jej dawać tę marchew z  ręki, ale nie chce psa przyuczać do tego typu zachowań. Pies ma jeść z miski, z ręki to może dostać tylko jakąś nagrodę za bardzo dobre wykonanie  jakiegoś polecenia. Nim się wszyscy zebrali nadeszła wiadomość od Joanny. Napisała, że wraca z Anetką sama trzeciego stycznia, Alitalią i żeby Franek po nie przyjechał na lotnisko. Teresa zaraz sprawdziła loty Alitalii, tego dnia samolot przylatywał około godziny siedemnastej. No to przyzwoicie, nie będę musiał zawalać całego dnia pracy- ucieszył się Franek. Ciekawe dlaczego już wraca i to sama z dzieckiem.  Teresa stwierdziła, że ona nie ma pojęcia, ale może dziecko już ochrzczone więc nie ma po co tam siedzieć. Z  dzieckiem w tym  wieku to zerowe zwiedzanie, zwłaszcza, że nie brała wózka a noszenie dzieciaka na rękach to średnia frajda a raczej żadna, bo to jednak kilka  kilogramów mało wygodnych  do noszenia. Ale że się miejsce znalazło to mnie  dziwi- stwierdził Franek.

 Mnie nie -niektórzy odwołują lot nawet na godzinę przed godziną odlotu. Sama tak  kiedyś  wracałam do Polski- biletów nie  było, koczowałam kilka godzin pod drzwiami LOT-u na lotnisku i okazało się, że trzech pasażerów zrezygnowało, lub nie zdążyło na odprawę i się załapałam. Przecież sam  wiesz z jakim  wyprzedzeniem rezerwuje się miejsca - do czasu podróży można ze trzy razy umrzeć i się ktoś może dość nieoczekiwanie  załapać na miejsce. A poza tym po takiej wiadomości to nie jedna by natychmiast przyleciała. Ona naprawdę jest przekonana, że byliśmy parą. Bo ona z tych, które sądzą że faceta z kobietą może łączyć tylko seks a nie przyjaźń. A tu Franiu podwójne  zagrożenie bo my wg niej byliśmy parą a na dodatek to kiedyś powiedziałeś, że Alina ci się bardzo podoba. No bo mi  się podoba- stwierdził Franek. Wiele kobiet mi  się podoba, ale to nie ma  żadnego znaczenia. Zosia Loren też mi się podoba, ale np. Ava Gardner  nie- przecież to nie ma żadnego znaczenia. Jeden lubi stokrotki a ktoś inny róże. A już sobie  wyobrażam, jak ją zżera ciekawość, że jest na zdjęciu Alina a nie ma Krisa. A Kris był jej idolem- że taki śliczny a do tego prawnik.  No cóż- powiedziała Alina - jeszcze  nie przekonała  się na  własnej  skórze że "nie wszystko złoto co się  świeci."

                                                                       c.d.n.

sobota, 8 lipca 2023

Lek na wszystko? - 158

 W kuchni Teresa pokazała cielęcego gnata Frankowi, który aż  się rozpromienił na jego widok i powiedział, że nikt z osób odwiedzających jego dom nigdy nie pomyślał o Duni i że on zaraz przepiłuje kość na pół i będzie  najlepiej gdy obaj chłopcy obydwa kawałki położą sami na misce Duni, oczywiście w jej obecności i tym sposobem ona i Tadzia zapamięta. Bo Alek to już,  jak widać gołym okiem,  ma utrwalone  miejsce w jej mózgu, jest jej ulubieńcem. Franek zajął się przepiłowywaniem kości,  a  Teresa poszła po chłopców. Dźwięk  piłowania wywabił z piwnicy jego ojca, który poszedł do piwnicy po butelkę wina,  ale nagle doszedł do wniosku, że musi uporządkować słoiki z przetworami, bo jego synowa znowu nabałaganiła, a przecież łatwiej jest coś  znaleźć gdy produkty są pogrupowane i gdy dżemy nie stoją na przemian z kompotami lub warzywami.

Bardzo się starszy pan ucieszył, że goście już są, wyściskał Teresę i poszedł przywitać  się z innymi gośćmi. Po chwili kuchnia się nieco zaludniła, bo Franek przyprowadził obu  chłopców, każdy dostał w rękę pół kości, a Franek zawołał Dunię słowem "miska" i psica węsząc przybyła do kuchni. A wtedy obaj chłopcy położyli kawałki kości na jej misce a  Franek poklepał ją po grzbiecie i powiedział- możesz jeść!

Dunia z pełną godnością podeszła do miski i zaraz zajęła  się pozbawianiem kości przyrośniętego do niej mięsa.  Alek podszedł bliżej i Franek na  wszelki wypadek powiedział, żeby żaden z nich nie pomagał jej chcąc potrzymać kość, bo ona  może źle ten gest zrozumieć. Tadzio szybko zrobił w tył zwrot i poszukał Pawła, a Alek ukucnął obok Duni, mówiąc jej, żeby uważała, bo kość jest bardzo twarda. W odpowiedzi Dunia machnęła dwa razy ogonem i zeszła do parteru trzymając obiema łapami kość. A Alek cały  czas do niej przemawiał mówiąc jej, że jest najpiękniejszym psem i że on ją bardzo kocha. 

W końcu w kuchni zostali tylko Franek, Alek przycupnięty obok Duni i Teresa, która stwierdziła, że pomoże Frankowi przy szykowaniu obiadokolacji dla reszty towarzystwa. Reszta towarzystwa poszła na zwiedzanie domu, a Alina opowiadała Pawłowi jak tu było wtedy, gdy ona tu mieszkała  z rodzicami. Paweł bał się trochę, że może  wspomnienia z tamtego okresu źle na Alinę wpłyną, ale ona zapewniła  go, że ostatnie lata gdy tu mieszkała  były sporą udręką, zwłaszcza, że ojciec chorował i obie  z mamą dostały wtedy nieźle w kość, bo ojciec był wtedy ciągle zdenerwowany i o wszystko co go złego spotkało w życiu obwiniał mamę i ją. Tak jakby to one spowodowały jego chorobę nowotworową. A ojciec miał raka dość typowego dla rodu męskiego,  ale do lekarza  to trafił dopiero po interwencji pogotowia ratunkowego. Ale wtedy to już nic nie mogło mu pomóc.  No a po śmierci rodziców to bardzo chciała się pozbyć tego domu. I nie ma stąd żadnych miłych  wspomnień, więc się do dziś cieszy, że już tu nie mieszka. A jej raczej dobrze służy fakt, że może o  tym wszystkim powiedzieć komuś kto ją rozumie i kocha. Lubiła poprzedni dom, który wynajmowali, który był w Podkowie Leśnej. Ale tamten było większy. Bardzo chwaliła Franka za  wszystkie przeróbki i dzięki temu za odnalezienie  ukrytych pomieszczeń.

Do kuchni wpadł też Kazik, zaniepokojony długą nieobecnością Alka. Od  razu wyraził Frankowi swój podziw, bo pamiętał  swój pierwszy pobyt w tym domu nim zamieszkał tu Franek. Przy okazji Franek zaczął się go wypytywać kiedy Teresa wróci do pracy. I bardzo się Franek zasmucił na wieść, że tego to nawet najstarsi ludzie  nie wiedzą, bo on zmienia pracę, przechodzi do resortu szkolnictwa wyższego i nie ma pojęcia jak mu tam się ułoży.  Opowiedział też o interesującej dla niego propozycji ze Stuttgartu i ile wiązałoby się  z tym kłopotu bo nie  chcą się rozstawać z przyjaciółmi. 

A Teresa, ku pełnemu  zaskoczeniu Franka  stwierdziła, że całkiem dobrze  się czuje w roli "pani domu" co nawet ją  samą nieco dziwi. I że mentalnie jest gotowa  na przeniesienie  się  z rodziną poza Polskę a i Berlin i Stuttgart jej się podobają. Stuttgart bardziej no i klimat nieco milszy niż w Berlinie. Ale za to w Berlinie  mają wszak wieloletniego przyjaciela Kazika a ona bardzo polubiła i jego i jego żonę. Trochę wysiłku będzie musiała  włożyć w naukę języka, no ale skoro nauczyła  się angielskiego to i zapewne nauczy  się niemieckiego. Oczywiście byłoby miło gdyby miała  w pobliżu Alinę z rodziną, ale i bez tego jakoś to przeżyje. Przecież jest jasne, że jej ojciec  z nimi  się przeniesie, a to jednak jest dla Teresy ważniejsze niż obecność w pobliżu Aliny i jej rodziny. Ale nie wykluczone, że Kazikowi wszystko się dobrze zawodowo ułoży i żadne roszady nie  będą konieczne.

Poza tym ile  razy wspomni swoje zamężne i dzieciate koleżanki z pracy, które były wiecznie zaganiane po uszy w pracy a po powrocie do domu zaczynały "II zmianę" bo trzeba było ogarnąć dom i dziecko to jakoś nie  za bardzo może wzbudzić w  sobie  entuzjazm i chęć podjęcia  pracy zawodowej. Może dlatego, że przez  tyle lat pracowała w  dziale, w którym  miała  stale "urwanie głowy" i dużą odpowiedzialność. A poza tym wcale się nie czuje poszkodowana z tego powodu że jest w pojęciu wielu osób "kurą domową". A Kazik nadal jej pomaga w domu, bo dzięki temu mają ze sobą lepszy kontakt- różnica polega głównie na tym, że sam tego chce, a nie że musi bo ona  by się z czymś  czasowo lub fizycznie  nie wyrobiła.

Teresa opowiedziała Frankowi doświadczenia Aliny z oddaniem Tadzia do żłobka i Franek był wyraźnie wstrząśnięty tą opowieścią. No ale można powiedzieć, że nie był to zły pomysł, bo Kris wyśmiewał Alinę gdy ona wciąż "mówiła do niemowy" czyli do Tadzia. A w  żłobku dopiero zaczął Tadzik mówić, nawet jeśli nie był to język salonowy. Nie podejrzewałem Krisa, że był taki dziwny - stwierdził Franek.

Obiadokolacja  była bardzo obfita niczym na pułk wojska, dzieciaki bardzo grzecznie pałaszowały to co miały na talerzach. Dunia ciągle jeszcze leżała w kuchni  obrabiając swą kość. A gdzie ty takie fajne kości upolowałaś?- dopytywał się Franek. A na bazarze w budzie z mięsem i wędlinami. Pomyślałam, że cielęca kość będzie dla psa zdrowsza niż wołowa. Ja to często kupuję cielęcinę na bazarze, bo cielaki - byczki idą pod nóż, wszak jeden byk na wiele gospodarstw wystarcza. Mam taką "znajomą" budę , w której raz na jakiś czas kupuję cały udziec cielęcy. I albo wszystko od  razu przerabiam i potem mrożę lub  wekuję  albo tylko kroję i porcjuję i surowe zamrażam. Sporo wekuję. Wolę raz na jakiś  czas spędzić cały  dzień w kuchni niż codziennie się bawić w gotowanie.

A dzięki Jackowi odkryłam perliczki, on jest specem od ich przyrządzania. Kiedyś to nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Kiedyś były na  wsiach częściej hodowane. A w ogóle one sobie żyły na wolności na  sawannach afrykańskich i oczywiście   zostały udomowione. Mięso jest delikatne i nie tłuste  i wygląda jak z dzikiego ptactwa a nie wymaga marynaty jak dziczyzna. Wyglądem to trochę do indyka są podobne, są  czarne  w drobne białe  cętki. Samice  znoszą  mniej jajek niż kury  i jajka są mniejsze i ponoć b.smaczne, ale jeszcze nie jadłam, więc nie wiem czy na pewno.  Perliczki są śmieszne z wyglądu, mają niemal łyse łebki, ale z czubkiem czerwonym lub żółtym, niebieskie policzki i czerwone podgardla. I mają śmieszny wygląd, bo są takie pękate.  Jacek je fajnie przyrządza.

Lubisz go, traktujesz go trochę jakby  był twoim drugim ojcem - stwierdził Franek. Taaak, w pewnym sensie tak, ale tak dokładniej to jest dla mnie teściem, bo on kiedyś traktował Kazika jak syna, o którym nie wiedział, że takowy istnieje. I on  wie, że ja go tak traktuję. To bardzo mądry i dobry z natury facet. Jest bardzo zaprzyjaźniony z moim ojcem. I  Alek ma teraz dwóch dziadków i z uwagi na układy rodzinne wolałabym byśmy z Kazikiem nie musieli wyjeżdżać z Polski. Bo nie mam pojęcia czy Paweł chciałby emigrować. Jacek zapewne nie  miałby nic przeciwko temu.

Fajnie byłoby gdybyśmy wszyscy mieszkali po sąsiedzku - stwierdził Franek. Ale mój ojciec jest tu bardzo szczęśliwy a już nie bardzo mógłby żyć sam. Ma ten kawałeczek  ziemi i rządzi się na nim tak jak mu pasuje. Nie byłby szczęśliwy w Warszawie. Oj widać,  że dawno nie byliśmy razem u Wedla- zaśmiała  się Teresa  - zupełnie już zapomniałeś, że co ma być to będzie i na ogół bez naszych extra starań. 

Powiem teraz coś dziwnego-tylko się nie śmiej - Franek zatrzymał Teresę na moment w kuchni - brakuje mi ....Maroka. Brakuje mi tego powalającego upału pustyni i lodowatej wręcz nocy gdy się dzwoni z  zimna zębami. Brakuje mi nawet samotności  i tego lęku, że może pomyliłem drogę i nigdy nie trafię do najbliższego miasta. Brakuje mi  widoku odległego Wysokiego Atlasu. Powiedziałem o tym nieopatrznie Joannie i wyśmiała mnie. Kiedy jej to powiedziałeś? No niedawno. Teresa spojrzała  się na niego i powiedziała - masz rację- chlapnąłeś to nieopatrznie. Zapewne gdybyś to powiedział jej jeszcze przed ślubem to byś się dowiedział, że dość ciężko będzie ci  się  dogadać z nią na każdy temat.  Nie każdemu się można zwierzać ze swoich tęsknot. Następnym razem powiedz  to Kazikowi albo mnie. Ani jego  ani  mnie to nie zdziwi, ani nie rozśmieszy chociaż żadne z nas nigdy nie było na pustyni i zapewne nie będzie. Bywałeś tam dość często i to wiele lat z rzędu. 

Mnie brakuje czasem widoku na Giewont choć nie można  mnie  zaliczyć do taterników i dla wyrównania  brakuje  mi posiedzenia na pustej plaży i wgapiania się w wodę. Głupie, ale tak jest. Ale nie mówiłam o tym dotychczas nikomu. Bo gdybym to powiedziała Zikowi to zaraz by  mnie zawiózł w te dwa  miejsca, a ja przecież spokojnie wyżyję i bez tego.

A ty, gdy Anetka podrośnie nieco możesz zabrać obie dziewczyny na urlop do Maroka. A może trafi ci się wyjazd służbowy do Rabatu i w ramach zadbania o gościa  zawiozą cię w jakieś miłe dla oka miejsce. Na pewno nie będzie to takie ekscytujące jak samotna wędrówka w góry, ale będzie na pewno bezpieczne co jest ważne bo masz przecież Anetkę, której jesteś potrzebny.  Idź się dowiedz co komu zrobić do picia a ja tymczasem poukładam te faworki na jakimś półmisku lub jakiejś tacy.  Franek zgiął się w chiński paragraf i zanurkował w czeluściach kredensu. Gdy stamtąd się wydostał trzymał w ręce srebrną tacę - położymy na  niej cieniutką folię i chyba wszystkie faworki się na  niej zmieszczą. Postaram się je jakoś zmieścić- zapewniła go Teresa. 

Franek wrócił z kartką, na której  każdy napisał co będzie pić, a najbardziej ubawiło Teresę, że Alek bardzo starannie narysował szklankę, co wyraźnie oznaczało, że będzie pił herbatkę rumiankową. A Tadzio przydreptał żeby powiedzieć, że on wypije to co Alek. Franek był zachwycony obydwoma chłopcami.

Tadzisiu,  a powiedz mi co robi Alek? - zapytała Teresa. Alek kocha Dunie - doniósł Tadziś. Chodź do mnie, muszę cię trochę ukochać, jesteś taki grzecznym, kochanym chłopczykiem! Teresa przykucnęła i objęła Tadzisia a ten ją cmoknął w policzek i powiedział: kocham ciocia.  Ja też cię bardzo kocham, a teraz idź grzecznie do taty i mamy.  Gdy mały wyszedł powiedziała do Franka- on dopiero przy Pawle nauczył się przytulać i mówić, że kogoś kocha. On jest dowodem na to, że Kris się nie nadawał wcale na ojca. Pamiętaj - okazuj Anetce swą miłość, wtedy ona się nauczy okazywać innym swoje uczucia. I nie słuchaj, jeśli ci Joanna powie, że rozpieszczasz małą. W pewnych kręgach okazywanie pozytywnych uczuć jest uważane za słabość i według  mnie ona właśnie z takich kręgów  wyszła. W moim domu moi rodzice  nie ukrywali tego, że się kochają, przytulali się i  całowali przy mnie. My też z Kazikiem nie ukrywamy przed  dzieckiem tego, że  się całujemy i przytulamy. Jeżeli tylko rano po przebudzeniu jest czas to się wszyscy troje  wzajemnie całujemy, przytulamy i mówimy  sobie , że się kochamy.

Franek ciężko westchnął- nie mogę się oprzeć  wrażeniu, że pod nieco złym adresem ulokowałem swe uczucia. Ale dopiero teraz  wychodzi  z niej jakaś taka zaściankowość. No popatrz- zaczynasz  szerzej oczęta otwierać i więcej  dostrzegasz. Od początku tak było tylko tego nie dostrzegałeś. Ale teraz widzisz, więc musisz reagować. Zrozum chłopie - ty dla niej jesteś  awansem społecznym więc  ciągnij ją w górę, nie  zniżaj  się do jej poziomu bo zrobisz sobie i dziecku krzywdę. 

Czemu mi o  tym nie powiedziałaś? Teresa uśmiechnęła  się - bo mówić napalonemu facetowi, że obiekt na który się napalił nie jest tego  wart to jakby chcieć kijkiem nurt  rzeki zmienić. Wiele osób musi wpierw pocierpieć żeby zmądrzeć. Masz  szansę ją nieco ucywilizować bo nie mieszkacie blisko jej rodziców, poza tym siedzi w  chałupie, więc jej durnowate koleżaneczki też nie będą miały na nią  wpływu. Pociągnij ją trochę do znajomych, do teatru na mądre  sztuki, zaznacz swą obecność, wytłumacz, że niewłaściwe wypowiedzi kompromitują  nie tylko ją ale i ciebie. Ona jest jeszcze młoda, jeszcze możesz ją ukształtować. 

Ale nie mamy z kim dziecka zostawić. Nie przesadzaj, twój tata jest jeszcze całkiem trzeźwy, możesz wziąć opiekunkę do dziecka na godziny bo będzie wtedy w domu również tata a nie sama opiekunka. A ponieważ mieszkacie na  zadupiu to grozi ci, że będziesz musiał taką panienkę przywieźć i odwieźć. Ale porozmawiaj z panią sąsiadką, bo może ona zna kogoś odpowiedzialnego kto mógłby zostawać z Anetką. My zostawialiśmy i nadal zostawiamy Alka z moim tatą, a jak nam  się zamarzyło razem polecieć do Berlina i do Stuttgartu to do taty dołączył Jacek. Tylko niech ci nie  wpadnie do głowy by zaangażować do tego jej matkę, bo to nie  jest właściwa osoba, czego świadectwo właśnie przerabiasz.

I wiesz - twój tata coraz  starszy i coraz częściej będzie potrzebował pomocy lekarskiej i nie obrobi ani domu ani ogrodu. I obydwaj będziecie z tego powodu cierpieć. I o tym też musisz pomyśleć. I pomyśl o tym, że bardzo szybko nadejdzie dzień,  w którym Anetka pójdzie  do szkoły, która nie jest zaraz za rogiem. I o tym też musisz pomyśleć. Po prostu życie jest wredne i niesie z sobą bardzo dużo problemów.

                                                                   c.d.n.