wtorek, 25 lipca 2023

Lek na wszystko? - 167

 Jak powszechnie wiadomo życie nie jest  romansem i  rzadko kiedy układa się zgodnie  z naszym życzeniem. Krystian spędził dwa dni w Krakowie łudząc się, że wszystko "od ręki" załatwi i pod koniec drugiego dnia stracił owe  złudzenia. Część "papiórków", jak je w myślach nazywał, mogła być najprędzej za 3 lub 4 dni, a całość "być może" uda  się załatwić pod koniec następnego tygodnia. Z lekka się "wpienił", gdy w jednym z urzędów  zapytano się go "a co pan w takiej gorącej wodzie kąpany, panie mecenasie, przecież  wszystko musi nabrać mocy urzędowej, pozwiedza pan w tym czasie Kraków, w tej porze roku jeszcze nie ma turystów ani wycieczek szkolnych więc i zwiedzanie milsze". Zły jak szerszeń skontaktował się ze swoim  szefem, który wcale nie był tym faktem zdziwiony i powiedział Krisowi, że właśnie dlatego mu przydzielił tę sprawę, bo wie, że Kris ma mieszkanie w Warszawie, więc odpadną koszty hotelu a za paliwo wydane na kursowanie pomiędzy Warszawą a Krakowem to przecież dostanie na podstawie rachunków  zwrot  kasy, niech tylko sobie  zapisuje  kursy walut w tym okresie. Kris pozapisywał sobie numery telefonów, kupił całe mnóstwo precli z makiem i  po południu wyruszył z powrotem do Warszawy. 

Wybrał trasę przez Kielce i Skarżysko Kamienną i w 3 godziny i 40 minut był w Warszawie. Oczywiście  wpierw dotarł do mieszkania Kazików by dać im zakupione precle, więc  został   zaraz nakarmiony i napojony oraz dostał pudełko z wiktuałami na rano, bo nie chciał u  nich przenocować, głównie  dlatego, że miał jeszcze trochę służbowego pisania, co mogło mu ponoć zająć kilka godzin. Przed wyjściem powiedział do brata, że Teresa bardzo mu przypomina ich mamę, na co Kazik powiedział - masz rację- nawet wiem pod jakim względem- ona po prostu też jest kobietą.

Oczywiście w trakcie spaceru z dziećmi Teresa opowiedziała Alinie o wizycie Krisa i o tym, że aktualnie jest w Warszawie i że pokazała mu króciutki filmik z obu chłopcami, opowiedziała też o tym, jak bardzo się Alek ucieszył z obecności Krisa i o tym, że jego przyjaciółka , z którą był u nich przed świętami Bożego Narodzenia jest po operacji onkologicznej. Opowiedziała też, o tym, że Kris był ciekawy co Alek  wie na temat ich rozwodu i był właściwie zadowolony z faktu, że Teresa opowiedziała o wszystkim dziecku w sposób łatwo dla  niego zrozumiały. Powiedziała też Alinie o tym, że dyskrecja wśród  prawników to raczej mit  i że ponoć o Krisie krążą zupełnie nieprawdziwe plotki.  I że Kris poinformował ją, że zgodził się na  adopcję Tadzia przez Pawła głównie dlatego, żeby dziecko nie  stało w psychicznym rozkroku po rozwodzie. I że  robił dyskretny wywiad o Pawle, który miał świetną opinię w poprzednim miejscu pracy a i w obecnym też ma taką. I  przyznaje  się do tego, że to choroba Aliny i jego bezradność w tej nowej sytuacji całkowicie go przerosły.

Alina stwierdziła, że Kris ma pecha do kobiet - ta przed Aliną była głównie zainteresowana jego zarobkami, Alina okazała się być  chora na dwubiegunówkę a ta obecna przyjaciółka to jeszcze smutniejszy przypadek, bo jest pacjentką onkologiczną i nie wiadomo jak się to naprawdę skończy. I że tak po ludzku, to ona  mu naprawdę bardzo współczuje. I już nawet nie ma do niego żalu o rozpad małżeństwa, bo jest  szczęśliwa z Pawłem. Zobacz Tesiu - ja mam męża, dziecko, teścia i was, a on ma  tylko was i to nie o kwadrans drogi tylko dużo dalej i na co dzień jest sam. Może powinien mieć jakąś terapię?  

Już miał - załatwiłam mu terapię on line, twój terapeuta dał mi namiary na swego kolegę i ten się zgodził. I pan mecenas rzeczywiście się nieco ucywilizował i wreszcie uznał, że sytuacja po prostu go przerosła. Przedtem teoretycznie niby rozumiał, że to choroba, że jest lek, ale  nie do końca rozumiał że twój wpływ na na twój stan zdrowia to tylko i wyłącznie łykanie codziennie leku, a twoje bliskie otoczenie świadome twej choroby musi dbać o to by nie generować trudnych sytuacji. Wprawdzie ta wiedza o tej  chorobie to teraz jest dla  niego- jak mówią -"na plaster" bo już nie jesteście  razem, ale mu powiedziałam, że   jest to tak rozpowszechniona choroba, że może mu  się jeszcze trafić jakaś  "dwubiegunowa"  osoba  w bliskim otoczeniu.

Ciekawa jestem jak Kazikowi będzie się pracowało na Politechnice. Według mnie to on potrafi bardzo jasno tłumaczyć różne techniczne zagadnienia, więc myślę, że wykłady powinny mu pójść gładko. A co do drugiej części jego pracy - może się okazać, że go jakiś temat bardzo wciągnie - ostatnio bardzo narzekał właśnie na brak tematów. 

I gdyby nie autentyczna przyjaźń twego teścia z moim tatą to już dawno byśmy siedzieli w Berlinie albo w Stuttgarcie. Ale przeprowadzka obu naszych rodzin, znalezienie tam odpowiedniego mieszkania graniczy z cudem. My mamy tam mieszkanie, w dawnym tak  zwanym Berlinie  Zachodnim, 3 pokoje z kuchnią a metraż taki jak nasze 5 pokoi i dla nas to by wystarczyło bo w kuchni byłby aneks jadalny, nie byłoby living roomu. Albo z jednego pokoju wyszłyby dwie  małe sypialnie, nasza i Alka, bo pokój duży i ma dwa okna i wtedy jeden pokój byłby jako living room. Ale tam jest bardzo wiele małych knajpeczek i wielu berlińczyków spotyka się poza domem. Nie trzeba tam od razu zamawiać jakiejś super  wyżerki, można i przy pizzy pogadać.  Jest  bardzo  dużo lokalików  z kuchnią śródziemnomorską  i namnożyło się  też z kuchnią azjatycką. Widziałam też restauracyjkę z kuchnią meksykańską, mignęła mi też  restauracja indyjska i bar z wyżerką rodem z Nepalu. Gdy będziemy następnym  razem w Berlinie to chyba namówię Zika byśmy tam poszli, bo bardzo mnie  ciekawi jak się przedstawia nepalskie menu. Tylko naprawdę znalezienie tam mieszkania nie jest sprawą łatwą, wciąż brakuje mieszkań. No i oczywiście jest też kwestia języka- tak czy siak postanowiliśmy, że będziemy Alka prowadzić dwujęzycznie - tanim kosztem dziecko nauczy się niemieckiego "ze słuchu" i może mnie się to przy okazji uda. Podoba  mi się Berlin, choć to bardzo duże miasto. A to mieszkanie jest w starym, ale zrewitalizowanym budynku, który ma windę i centralne ogrzewanie. I do centrum nie jest daleko, raptem cztery przystanki metrem. Gdy byliśmy w Berlinie to mieszkaliśmy u Kurta, bo nasze mieszkanie Kazik dał  pod  wynajem, żeby nie generowało kosztów.

I myślisz, że Paweł dostałby tam pracę? Dostałby, nawet bez niemieckiego, bo większość informatyków zna  angielski. I ciągle jest  zapotrzebowanie na informatyków. I tak między nami mówiąc gdyby nie ten brak umiejętności posługiwania się językiem niemieckim to chciałabym zamieszkać w Berlinie lub w Stuttgarcie. Stuttgart jest bliżej granicy francuskiej, to by się bracia mogli częściej widywać. Obaj na  siebie wzajemnie wygadują, ale chyba  się jednak kochają. Kris się ogromnie wzruszył gdy Alek  tak bardzo spontanicznie  go witał. Udałam, że nie  widzę, że się Krisowi nieco "oczy  spociły". Wiesz Aluńko - Krisowi to rodzice zrobili mętlik w głowie gdy był dzieciakiem, bo cały czas się zachwycali jaki zdolny z niego chłopczyk i rósł w przekonaniu, że jest najpiękniejszy i najmądrzejszy. Wpierw go rodzice rozpaskudzili a potem dziewczyny szalały za nim i same nóżki rozkładały i mu się całkowicie pokiciało w główce w kwestii samooceny. A teraz biedak pomału trzeźwieje.

Kris był jeszcze dwa razy w Krakowie, ale jeździł do Grodu Kraka pociągiem co zajmowało raptem 2,5 godziny w jedną stronę, a że wszystkie potrzebne mu instytucje  były w centrum miasta było to dla niego wygodniejsze rozwiązanie niż szukanie strzeżonego parkingu, bo samochód już miał rejestrację francuską, więc mógł wpaść w niepowołane ręce. Oczywiście za każdym razem kupował "krakowskie precle".

W czasie ostatniej, pożegnalnej kolacji Kris się nieco "rozkleił"  i stwierdził, że jeżeli "Kaziki" nie przeprowadzą  się do Niemiec to on raczej na 95% wróci za rok, najdalej  za dwa lata do Polski. A co będzie jeśli spotkasz na swej drodze jakąś cudzoziemkę , zakochasz  się na  zabój a ona wcale nie  będzie chciała mieszkać  w Polsce?- spytała go jak zwykle trzeźwo myśląca Teresa. Na razie to mi nie grozi - pracy  mam powyżej uszu, praktycznie  cały dzień, czasem to nawet mam problem by pójść na lunch. A w weekendy muszę się wyspać i nieco ogarnąć  siebie oraz mieszkanie. Nie mam kiedy zająć  się  szukaniem jakiejś kandydatki na partnerkę. No ale przecież może  się  zdarzyć, że sama ci w ręce wpadnie któraś z klientek kancelarii, w której pracujesz- tłumaczyła mu Teresa.  

Zauważyłem, że poza krajem pracuje  znacznie  więcej facetów niż kobiet. Ale może też tak  być, że  poznasz jakąś kobietę gdy będziesz służbowo w Polsce, różnie  się przecież może zdarzyć- tłumaczyła mu Teresa. Nie zarzekaj się jak żaba  w błocie - z reguły miłość przychodzi do nas zupełnie niespodziewanie. Poza tym przecież będziesz  miał urlop i może  wtedy ci jakaś madame wpadnie w oko. A ponieważ jesteś po terapii to już wiesz co schrzaniłeś  i zapewne  nie popełnisz już tych błędów.  

Tesiu, a ty nie masz jakiejś siostry ciotecznej albo kuzynki? Nie mam, rodzina była mała a poza tym to mało dziewczyn się w niej rodziło, mam kilku kuzynów, ale i tak są ode mnie sporo starsi i rzadko ich widuję. Nawet z nimi nie koresponduję, bo "układy  rodzinne" były dziwaczne. Tata się zaśmiał - były w rodzinie  dziewczyny, ale  powydawały  się za mąż za "obcych" i powyjeżdżały z kraju. Dwie są w USA, jedna w Kanadzie, jedna  chyba w Szkocji. I bardzo  szybko kontakt się z nimi urwał.

Teresa naszykowała Krisowi na drogę  trochę jedzenia zapakowanego w termo-torbę by je w stanie świeżym  dowiózł  do Strasburga. Dostał "prikaz" jechania z noclegiem a nie  w jednym rzucie i koniecznie powiadamianie ich gdzie aktualnie się znajduje. 

Ja jutro bladym  świtem podjadę jeszcze na stację Toyoty bo mam wrażenie, że mnie lekuchno ściąga na prawą stronę - może to tylko kwestia niedopompowania jednego z kół, więc tak na dobrą  sprawę  nie wiem o której ruszę w drogę i dopiero wiedząc na  czym stoję zamówię sobie nocleg po drodze. Kazik słysząc to nieco się oburzył- ja to  cię zupełnie nie mogę czasem zrozumieć- mogłeś przecież na samym początku wpaść do serwisu toyoty i na jazdy po Polsce wziąć samochód ode mnie, bo ja mam w odwodzie jeszcze  samochód taty, którym często jeździ Tesia. Chciałem jej kupić jakiś mały, miejski samochód , ale  za nic w świecie  nie chciała. No bo po co nowy samochód jak ten  taty więcej stoi niż jeździ - stwierdziła Teresa. Zresztą odkąd na osiedlu jest tyle nowych sklepów to coraz rzadziej  trzeba jeździć na  zakupy gdzieś dalej.

Wyściskany, wycałowany, zaopatrzony w jedzenie Kris, pożegnał się i pojechał do siebie na  Żoliborz. Nie wiedziałem, że Kris tak znormalnieje po tej terapii. On jest teraz jakiś taki bardziej wyciszony, można powiedzieć, że jest go jakby mniej- powiedział Kazik. A ja mam wrażenie, że on się teraz bardziej kontroluje - stwierdziła Teresa. I albo jest to efekt uboczny tej terapii, albo tego, że na co  dzień przebywa jednak wśród obcych. Tu na co dzień był wśród rodaków, poza tym pracował jako wolny strzelec, nie pracował w jednym pokoju z innymi osobami. Wyobrażam  sobie jak on  cierpi z tego powodu, że sam nie wybiera  sobie klienta, a robił tak od chwili "wejścia na  rynek". Popracuje tam dłużej to jeszcze bardziej znormalnieje. On naprawdę  miał zbyt przerośnięte  ego i chwilami to miałam ochotę go natłuc. Kazik popatrzył na  swą żonę i wybuchnął śmiechem - masz niezłą wyobraźnię kochanie- ciekawe jakbyś to zrobiła - trudno natłuc kogoś kto jest wyższy od nas o więcej niż 20 centymetrów.  

Około południa Kris nadesłał wiadomość, że właśnie wyrusza  w drogę, podregulowali mu  samochód i że już  sobie zagwarantował nocleg w motelu w okolicy Drezna. Odezwie się gdy dotrze do domu. Następna wiadomość od niego głosiła, że korzysta z okazji i zwiedza Drezno, bo nigdy tu nie był, więc pewnie dotrze do domu dość późno. Następna wiadomość nadeszła około godziny 23,00- właśnie przyjechał, po drodze stał w korku bo był jakiś wypadek za Dreznem i dlatego tak późno dotarł na miejsce.

                                                                     c.d.n.



 

poniedziałek, 24 lipca 2023

Lek na wszystko? - 166

 Gdy już kończyli poobiednią kawę zaterkotał smartfon Kazika - telefonowała Teresa pytając się,  czy już skończyli rozmowy braterskie  i o której obaj przyjadą do nich do domu. Bo wprawdzie Kris nie jest  już mężem Aliny, ale nadal jest stryjkiem Alka, więc byłoby  miło, gdyby wpadł  odwiedzić swego bratanka. Tylko niech nie czaszkuje nad jakimś prezentem dla Alka - bo prezentem ma  być sama obecność stryjka. I jeśli jeszcze nie jedli obiadu to nie problem, bo w domu jest  jedzenia na pułk  wojska, a poza tym tata się nie może nadziwić, czemu siedzą gdzieś na mieście a nie u nich w domu. Kazik  w odpowiedzi  dał telefon Krisowi mówiąc - to Teresa, ma coś  do ciebie. Gdy zgłosił się Kris Teresa powiedziała, że mają jak najprędzej przyjechać, jeśli są głodni to będzie dla nich obiad, a jeśli nie, to coś dobrego deserowego i powtórzyła to co mówiła przedtem mężowi. Telefon wrócił w ręce Kazika, który powiedział żonie - twoje życzenie jest dla nas rozkazem, ureguluję  tylko rachunek i pojedziemy do domu. Gdy już wychodzili Kris powiedział - nie podejrzewałem, że jesteś tak posłusznym mężem. Kazik  się uśmiechnął  mówiąc - gdy kiedyś spotkasz miłość  swego życia też będziesz posłusznym mężem- tak to jakoś jest. Myślisz, że kiedyś uda mi  się spotkać taką kobietę? Myślę że tak, tylko czasem trzeba nieco zmienić tok  swego myślenia, a czasem i kryteria oceny. Zostałem w domu dobrze  przygotowany do bycia z kobietą pod względem "medycznym" ale zupełnie  nie wiedziałem, że kobiety wcześniej  dojrzewają od nas pod  względem psychicznym, że szesnastolatka to już jednak nie  dziecko i szukałem dla siebie dziewczyny nie dostrzegając  zupełnie tej, którą  miałem na  wyciągnięcie ręki. Zadbano byśmy poznali fizjologię kobiet ale nie ich psychikę. Masz na mysli Tesię?- spytał Kris.  Tak, przez błędny tok rozumowania wybrałem Ankę, a Tesia wydała  się za tego sk..., to znaczy za Roberta i to głównie  dlatego, że ja nie dostrzegłem  w niej kobiety, tylko wciąż widziałem małą  dziewczynkę.

Po drodze Kris gdzieś się "zgubił" i Kazik podejrzewał, że brat po prostu zrezygnował z wizyty u nich i zły jak osa, głównie na siebie, bo nie  da  się ukryć, że nie był najmilszy dla brata, zatelefonował do Tesi, że już jedzie na parking i że Kris gdzieś mu po drodze  zaginął. 

Nie  szkodzi,  znajdzie  się, pewnie gdzieś pod światłami utknął- pocieszyła go Teresa. Kazik wjechał na górę i w kwadrans  później dotarł Kris. Od  razu było wiadomo gdzie zaginął  - w jednej ręce trzymał bukiet kwiatów dla Tesi w drugiej włoskie lody. A ja już cię obsobaczyłem, bo myślałem, że zwiałeś - powiedział Kazik. Alek odstawił na cześć Krisa jakiś tajemniczy taniec, którego głównym  elementem były podskoki, potem była jego specjalność czyli "ukochiwanie" i widać  było po minie  Krisa, że  się nieco wzruszył.

Ponieważ Alka aż rozsadzała radość z przyjazdu Krisa pozwolono małemu by rozładował nadmiar swych emocji i przez pół godziny Alek  "ćwierkał" jak nakręcony - opowiadał co robią razem z Tadziem na placu zabaw, pochwalił się, że już umie odczytać która jest godzina, że liczy do trzydziestu,  że umie pisać   swoje imię i nazwisko, że z dziadkiem Tadkiem ogląda filmy przyrodnicze, opowiedział całkiem  składnie jak czekał z rodzicami "aż przyjdzie Nowy Rok" i stwierdził, że bardzo lubi gdy nie ma pogody na  spacer, bo wtedy "trochę się wichrują z Tadzisiem na loggii" a potem z obydwoma  dziadkami oglądają filmy o zwierzakach, ale nie bajki, to są filmy z różnych ogrodów zoologicznych na świecie- tłumaczył z wielkim przejęciem Krisowi. 

A co to znaczy, że oni się "wichrują"na loggii? - zapytał Kris. To znaczy,  że się "wietrzą"- wyjaśniła Tesia. Po prostu gdy jest  marna pogoda, pada lub zbyt silny wiatr to siedzą  na naszej loggii i jedno z okien, od  strony , z której nie  wieje wiatr  jest otwarte, a oni trenują marsz w miejscu. Loggia z tymi przesuwanymi oknami jest świetnym wynalazkiem - i to przez  cały rok- stwierdził Kazik. Nie powiem, że była to tania inwestycja bo kilka tysięcy na to poszło.  A te naklejone sylwetki ptaków to odstraszacze, żeby nam tu gołębie lub mewy nie przylatywały i nie  waliły na oślep w szyby. A skąd tu mewy? -zdziwił się Kris- przecież  do morza to tak drobne 300 km jest. Przylatują tu  z nad Wisły- to przecież też  woda. Ludzie dokarmiają tu jak rok długi gołębie i drobne ptactwo, a ptaki jak raz  dostaną w jakimś miejscu pokarm  to zawsze potem w to miejsce  przylatują. W kilku miejscach  są duże karmniki. Tyle  tylko, że najczęściej jest  w nich pokrojone w kostkę czerstwe pieczywo.  Ja im podrzucam do tego karmnika różne dla nas mało jadalne  części mięsa utytłane w płatkach owsianych a dla drobnego ptactwa kupuję kaszę jaglaną i  różne nasiona i dokarmiam nią sikorki. I dzielę  się z nimi orzechami, pestkami słonecznika itp. I kupuję takie kolby , w których w smalcu są utopione różne nasiona i pestki i orzechy. Na dole, na trawniku z tej  strony bloku jest "mini wiata" dla ptaków- pod daszkiem  są wiszące  w siateczkach przysmaki i korzystają z tego właśnie  drobne ptaszki, a jest ich tu sporo. Sikorki to jak ja- gustują  w orzechach laskowych.

To taka Matka Teresa od ptaszków  z ciebie- zaśmiał się  Kris. Nie miałem pojęcia, że tak lubisz ptaki. Lubię, ale nie w mieszkaniu. Lubię je obserwować. Znam kogoś, kto ma w domu od wielu lat papugę- taką śliczną , dużą, kolorową arę. Klatka dla niej była robiona na  zamówienie, ja bym się  w niej swobodnie zmieściła.  Ara kosztowała właściciela drobne 15 tysięcy złotych i jej utrzymanie tanie nie jest. No ale facet wybrał za towarzyszkę życia papugę gdy się rozszedł z żoną. Jak  stwierdził to utrzymanie papugi i tak jest nieco tańsze niż było utrzymanie żony. Gdy wraca  z pracy do domu to otwiera  klatkę i papuga  się rządzi. Ona waży kilogram, więc to kawał ptaka. A gdy rozłoży skrzydła to one mają ponoć metr w pełnym  rozłożeniu. Przez papugę nigdzie  nie wyjeżdża, bo ona nie chce jeść gdy go nie ma  w domu. Na urlopy też nie jeździ bo chyba  musiałby mieć jakiś duży kamper. Wiesz taka ara to żyje i 50 lat gdy jest  dobrze hodowana. Gdy on się kładzie i bierze do ręki gazetę to ona chwyta drugą, swoją gazetę i kładzie  się obok niego, na grzbiecie na poduszce i też czyta gazetę.  Jak ja byłam u niego z koleżanką (żeby obejrzeć  to cudo) to mi siedziała na ramieniu i mi robiła  dziobem przedziałki we włosach. I robiła  to całkiem delikatnie. To naprawdę piękne ptaki i całkiem mądre. Ale jak  się rozedrze to można się wystraszyć. Przybory do pielęgnacji jej pazurów to kupował gdzieś na  Zachodzie i oczywiście tylko on może jej obcinać pazury. No i facet musi codziennie czyścić jej klatkę. Jak twierdził to od  dziecka  marzył o dużej papudze.No i ma. 

A podobno nasza pielęgniarka środowiskowa z naszej osiedlowej przychodni to ma mnóstwo drobnych ptasząt w domu - nie wiem ile  w tym prawdy, bo ja jej a oczy nie widziałam, ale ona ma dwupokojowe mieszkanie, ona mieszka w małym pokoju a w tym większym 16-metrowym to ma ptaszarnię czyli kilkanaście  klatek  z ptakami, wszystkimi które można nabyć  w  warszawskich sklepach zoologicznych. I ma też małe gatunki papużek. Więc jak widzisz  jeszcze mi daleko do ptasiej matki Teresy.

No ale masz inne zalety-stwierdził Kris. Jasne - zgodziła  się z nim Teresa - tylko nie zapominaj, że niemal wszystko z daleka wygląda znacznie piękniej niż z bliska i codziennie. Każdy z nas ma jakieś  wady i jakieś zalety. Tacy są ludzie. Podobno nawet nałogowi mordercy miewają dobre cechy, nie  tylko te złe. 

Myślę, że wiele  razy życie nas przerasta,  a może po prostu mamy pecha- stwierdził Kris. Przerosła mnie choroba Aliny. Pogubiłem się kompletnie. Bo do tamtej chwili to znałem tylko choroby fizyczne. A tak na marginesie - Anisa jest po operacji onkologicznej, już ma końcówkę chemii. I nie wróci do Algierii, bo nie będzie mogła mieć  dzieci, no chyba że adoptuje. Więc zostanie na stałe we Francji. To jednak bardziej cywilizowany kraj. Jak twierdzą lekarze decyzja o operacji została podjęta w  samą porę. To dzielna babka, cieszy się, bo zdaniem lekarzy po badaniach stwierdzono, że jest wolna od  raka.

Tesiu, czy mógłbym z tobą chwilę porozmawiać? Tak, oczywiście. Pomożesz mi przy okazji w kuchni, żebym po stołkach  nie  skakała. W kuchni niemal szeptem zapytał Teresę co Alek wie na temat rozwodu jego i Aliny. Wie tyle, ile można wytłumaczyć małemu dziecku. Wie, że ludzie się kochają albo wydaje im się, że się kochają a po jakimś czasie okazuje się, że się pomylili w  swych uczuciach i się rozstają i tak się przytrafiło tobie i Alinie. No a potem Paweł i Alina lepiej się poznali przed swym ślubem niż wy, wzięli ślub i teraz Tadziś mówi do Pawła tata, bo Paweł go tak kocha  jakby był od  zawsze jego tatą.  I poza tym powiedzieliśmy mu, że to nie  zmienia faktu, że ty nadal jesteś jego stryjkiem/wujkiem i nadal go kochasz tak jak kiedyś. Widzisz coś niewłaściwego w takim wytłumaczeniu małemu dziecku tej trudnej de facto sytuacji?  

Na szczęście dla Tadzia on był jeszcze na tyle mały i tak lgnący do Pawła, że mu całkowicie wyleciałeś  z głowy. Z grubsza rzecz ujmując jesteście z Pawłem do siebie zewnętrznie dość podobni, a ty wtedy tak mało się  zajmowałeś Tadziem, że się maluch pogubił. A Paweł, który całe dzieciństwo wychowywał  się bez ojca i zawsze o nim  marzył  wiedział  czego dziecko oczekuje  od ojca i otaczał go opieką. Nie da  się ukryć, że ojciec dla takiego dwulatka jakim był wtedy Tadziś jest bardzo potrzebny, jest dla niego ostoją i  wzorcem. Mama owszem potrzebna, utuli, popieści, nakarmi, ale gdzieś w podświadomości maluch czuje, że jego wzorcem do naśladowania jest ojciec. To samo było gdy Alek był młodszy - ja owszem, byłam przydatna, ale on był nastawiony na powielanie zachowań  Kazika. Do dziś pamiętam jak Tadziś po raz pierwszy powiedział do Pawła "tata" - byliśmy z dziećmi nad Zegrzem i Paweł podniósł Tadzia i udawał, że mały lata nad  wodą i gdy go postawił na nóżki Tadziś zawołał "tata, jesce" i ten tata w słowniku Tadziowym pozostał.

Rozumiem -  powiedział Kris. A tak w ogóle to znów jestem twoim dłużnikiem - przeszedłem tę psychoterapię zdalnie,  ale skutecznie. Nie umiem ci nawet powiedzieć jak cię podziwiam. Widocznie lubisz  niepiękne i zołzowate - stwierdziła ze śmiechem Teresa. No właśnie- chciałbym poznać właśnie taką  zołzowatą jak ty, ale  mam podejrzenie, że jesteś unikatem. To nie rozglądaj się za bardzo ładnymi babkami bo taka obrazkowa uroda jest często tylko maską  kryjącą miernotę. I następnym  razem nie żeń się tak szybko. I jeśli jeszcze kiedyś postarasz  się o dziecko, to zapamiętaj  sobie, że do dziecka trzeba  mówić od pierwszego jego samodzielnego oddechu.To nie istotne, że ono nie rozumie słów, to jest po prostu nawiązywanie kontaktu.

Do kuchni wszedł Kazik, spojrzał na brata i zapytał - znów cię moja żona opieprzyła? Bo masz jakąś taką dziwną minę. Nie, poprosiłem Tesię by mi powiedziała co Alek wie o mnie i Alinie. I tak naprawdę to jestem wzruszony, że nie skreśliła mnie z listy rodziny. Bo 3/4 osób które znam tak by właśnie postąpiło.

To znasz jakieś męty a nie porządnych ludzi. Widocznie każdy musi nauczyć się na własnych błędach. Teraz zapewne już wiesz, że szybki ślub nie jest najzdrowszym rozwiązaniem. My też nauczyliśmy się kilku  rzeczy na  własnych błędach. Kiedy wyjeżdżasz do  Krakowa?  Jutro rano. Będę się już  zbierał, muszę jeszcze spojrzeć w papiery,  a chcę wyjechać wcześnie z Warszawy. Bo może bardziej mi się będzie opłacało pojechać   wczesnym pociągiem niż tłuc się samochodem i głowić  się gdzie  zaparkować. Mam plan Krakowa, popatrzę po adresach gdzie co jest , bo może wszystko jest w centrum to nie będzie mi pasował samochód. Dawno nie byłem w Krakowie. My też nie, ale mnie jakoś do Krakowa nic  nie ciągnie powiedział Kazik. To daj rano cynk czym jedziesz -poprosiła Teresa. I kup dla nas w Krakowie precle z makiem - Alek je uwielbia.

                                                                   c.d.n.



sobota, 22 lipca 2023

Lek na wszystko?-165

 W tydzień po wyjeździe Kurta, do Warszawy przyjechał Krystian i zatelefonował do brata. Wróciłeś już do Polski? - spytał Kazik brata. Nie, skądże. Jestem tu tylko służbowo. Załatwiam klientowi sprawy spadkowe. A w Warszawie jestem tylko  dziś, bo klient jest z okolic Krakowa. I nie mam pojęcia, czy zdążę tu jeszcze  wpaść gdy obskoczę tamte okolice. Nie mogę  wciąż pojąć dlaczego większość ludzi ma tak  zaniedbane  sprawy majątkowe. A już byłem niemal pewien, że większych  zawiłości majątkowych niż były w rodzinie  Aliny to już nie  spotkam. 

A propos Aliny- jak się  czuje ona i Tadzio?  Naprawdę cię to obchodzi?- zdziwił  się Kazik. No a co w tym takiego dziwnego widzisz? - przecież byłem z nią i z dzieckiem kilka lat. No fakt - zgodził się Kazik. Byłeś. I jest to czas przeszły  dokonany. "To se ne wrati" - jak mówią bracia Czesi. Więc może lepiej dla swego  zdrowia psychicznego zmień zainteresowania.  Oni oboje, Alina i Tadzio mają się świetnie, więc interesuj  się nimi tylko i wyłącznie z bardzo  daleka.  A najzdrowiej będzie jeśli postarasz  się zapomnieć o epizodzie  w  swym życiu o nazwie "Alina i Tadzio". I będzie  to najzdrowsze i  dla ciebie i dla  nich. My mamy stały kontakt z obojgiem, bo tata i Jacek codziennie są razem z  dziećmi i swymi synowymi na spacerach. I nie wpadnij przypadkiem na pomysł śledzenia ich. Pamiętaj, że wydałeś  zgodę na usynowienie Kazia przez  Pawła. I wbij sobie do głowy na resztę życia, że cała ta sytuacja jest wynikiem twojego postępowania wobec Aliny. A jeśli  się kiedyś ożenisz to pamiętaj, że w 99% zdrada się ujawni i to nawet wtedy, gdy nie przyniesiesz  żonie lub partnerce w prezencie choroby spod  znaku WR.

No tak, tak- miałem zamiar wpaść dziś wieczorem do was, ale w tej sytuacji chyba jednak  zrezygnuję. Tak, przykro mi to mówić, ale myślę, że tak będzie najzdrowiej- stwierdził Kazik. To jednak wszystkich nas bardzo bolało i jak mówią "rana dopiero przysycha". Nie  zapominaj, że Alina i Tesia są od wielu lat bardzo bliskimi przyjaciółkami, czasem siostry  nie  są tak blisko ze  sobą  związane jak one. Ale jeśli chcesz ze mną porozmawiać to możemy się spotkać na mieście - ciągle jesteś moim młodszym bratem.

A masz tam na Ochocie jakąś kawiarnię? Ja już nie pracuję na Ochocie, możemy się spotkać na obiedzie w restauracji hotelu MDM. Stosunkowo nieźle karmią i nie  zdzierają z klientów. A to ty już nie jesteś w tym instytucie? Nie, pracuję na Politechnice, jestem pracownikiem naukowo-dydaktycznym. To w ramach awansu?- spytał Kris. No nie wiem, po prostu będę się habilitował.Trochę mi się przytnie finansowo, no ale gdy załapię tytuł "profesor, doktor habilitowany" to mam wtedy inny start poza Polską. Wyjedziecie pewnie do Niemiec? Pewnie tak- na razie Tesia i Alek będą zgłębiać niemiecki. 

A Paweł?- wiesz co on wybierze? - spytał Kris.  Nie wiem co zrobi Paweł, zrobi to co będzie uważał za stosowne. On  ze swoją specjalnością w całej Europie znajdzie bez problemu pracę. Obaj z Pawłem chcielibyśmy  pracować w jednym mieście z uwagi na  naszych ojców- oni  się ogromnie przyjaźnią i nie chcemy ich rozłączać.  Ależ nie można swego życia wiecznie układać mając na uwadze interesy całej rodziny!- stwierdził Kris z wielkim przekonaniem. 

To bardzo indywidualna sprawa czym  się kierujemy wybierając swoją  ścieżkę, którą będziemy iść przez  życie - ja ci braciszku nie mówię jak i co masz w  swoim życiu wybierać. Ty już dokonałeś wyboru i to takiego, że w jego wyniku straciłeś żonę i dziecko. Wybrałeś kilka minut rozkoszy, straciłeś żonę i dziecko i masz nieco zaszarganą opinię w  zawodzie. Ale to twoje życie- nie moje. 

Kocham Tesię, kocham swoje dziecko, oboje kochamy tatę, który ma stokroć więcej pozytywnych cech charakteru niż miał ich nasz ojciec i między innymi dlatego jeszcze tu mieszkamy a nie w Berlinie lub Stuttgarcie. Oboje z Tesią wiemy, jak bardzo  się przyjaźnią Jacek i tata. I pamiętamy jak tata źle znosił samotność - teraz mu lekarz nie jest potrzebny - pozostały tylko badania  kontrolne raz  w roku. Nie masz nawet bladego pojęcia ile ciepła i opieki dają obaj dziadkowie Alkowi i Tadziowi. I obaj ich też uczą wielu rzeczy. Tadzio wreszcie zaczął sam opowiadać, nie trzeba go "ciągnąć  za język". Zmienił się o 180 stopni odkąd  Paweł  jest z Aliną i codziennie opiekuje się nimi Jacek. I ani Pawłowi  ani Jackowi nie przeszkadza  fakt, że Alina do końca  swego życia  będzie brała jedną tabletkę leku codziennie rano. Alina  raczej  już nie będzie miała drugiego  dziecka, bo nikt nie jest  w stanie przewidzieć czy wtedy nie nastąpi nawrót jej choroby - bo z tym to bywa różnie. Ale Paweł o tym wie, bo o tym wszystkim rozmawiał z lekarzami nim  się z nią ożenił. Miał nieco więcej  szczęścia w tej materii niż ty, bo Alina już wiedziała o swojej chorobie. Tak to jest gdy dorośli "z dobrego serca" nie informują swych  dzieci o ich chorobach.

No a której kończysz pracę?-spytał Kris. Różnie, na razie nie mam jeszcze  godzin pracy ze studentami, więc wyjdę o 15,00, więc na MDM-ie będę w piętnaście  minut. Pasuje Ci. Pasuje. No to się zobaczymy o 15,30, bo nie wiem czy będzie  miejsce do zaparkowania i po prostu dojdę piechotą.No to o15,30  pod restauracją.  

Zaraz  po zakończeniu rozmowy Kazik zatelefonował do Tesi, że ma randkę z Krisem. A ponieważ "ścignął" Teresę na  spacerze ta szybciutko nagrała króciutki filmik z oboma  chłopcami i przesłała go do męża. Obaj byli na huśtawkach, uśmiechnięci i zadowoleni. W tle widać  było obu dziadków , którzy z bliska pilnowali zabawy chłopców.

Bracia spotkali  się tak jak  to było umówione, Kris zamówił typowo polskie danie  czyli kotlet schabowy panierowany a Kazik placek ziemniaczany z gulaszem, czyli  danie  rodem z Węgier. Kazik przesłał filmik na smartfon Krisa, mówiąc, że chłopcy nie wiedzieli, że Tesia nagrywa filmik.  Kris zauważył, że obaj są ładnie ubrani, że mają jednakowego fasonu kombinezony, różniące  się tylko kolorem i zdaniem  Krisa obaj byli wysocy jak na  swój wiek. No a po kim mieli być niscy?- spytał Kazik. I tobie i mnie centymetrów nie brakuje, obaj są w górnych granicach wzrostu i dolnych w wadze. Żeby  było śmieszniej to Pawłowi też  wzrost dopisał, po tatusiu.  A kombinezony kupowaliśmy "na ciuchach" - import z Niemiec. Te dwa rowerki, które widać to ich. Obydwaj na nich  śmigają. Ale tylko na placu, bo już załapali, że nie  wolno szaleć po chodniku.  

A macie jakieś plany wakacyjne? - spytał Kris. No przez tę moją  zmianę pracy trochę  się nam pokręciło. Kurt planował dla nas Rugię, no ale to raczej mało realne, bo Tesia nie  chce jechać nad  Bałtyk, bo woda jak dla niej zbyt zimna. Ja mam urlop zaplanowany na  wrzesień i pojechalibyśmy znów w Bory Tucholskie. Ale bardzo możliwe, że uda mi  się namówić Tesię, by mimo tej  zimnej wody razem z Alkiem i tatą pojechała nad Bałtyk do Dębków, bo tam Jacek ma jakąś znajomą "miejscówkę". Zawszeć bliżej niż na Rugię - boję się by jechała sama z tatą i małym na Rugię. Co prawda Kurt, który jest obłędnie porządnym facetem stwierdził, że on to może nawet tu przyjechać po nich wszystkich samochodem i potem ich odwieźć, no ale to się w moim odczuciu "kupy  nie trzyma". Po prostu  posiedzimy trzy tygodnie w Borach Tucholskich. W ubiegłym roku było nam bardzo dobrze, bo mamy tam cały dom dla siebie, robimy sami tylko śniadania, żeby nie  lecieć na określoną godzinę, obiady i kolacje będziemy jeść w restauracji. Dzieciaki były zachwycone, wszystko im  się tam podobało. Pierwszy raz w życiu usłyszałem, że pająki, kury , owce, krowy - są śliczne.

Bardzo możliwe, że posiedzą  w czerwcu beze mnie, tylko z tatą i Jackiem z rodziną w jego bardzo zaprzyjaźnionej leśniczówce w okolicy Modlina. Na tyle blisko, że  tam mógłbym na weekendy bywać. Zawsze byłem  zdanie, że praca ludziom  w życiu przeszkadza - śmiał się Kazik. Ja się rozbestwiłem strasznie w trakcie pisania tego doktoratu bo pisałem wszak w domu. Miło ten czas  wspominam. 

No ale wtedy nie pracowałeś i musiałeś żyć z oszczędności, więc nie wiem, czy to takie zabawne- stwierdził Kris. Nie musiałem,  miałem przez te trzy lata stypendium naukowe od pana ministra przemysłu ciężkiego. Zresztą nie  siedziałem cały  czas w domu - bywałem w Instytucie i po prostu wiele spraw służbowych opracowywałem w domu. Tak naprawdę  wiele firm mogłoby mieć system pracy  zdalnej- tak jest w Meksyku. Stolica Meksyku jest tak przeludniona, że żadem system komunikacji miejskiej by nie  wyrobił wożąc ludzi do i z pracy. A stypendium  miałem za swe osiągnięcia w Instytucie, nie  powodu swej urody lub  elokwencji.

O kurczę, nie wiedziałem, że jesteś takim zdolnym facetem - stwierdził Kris. Nie martw  się, ja też o  tym nie wiedziałem - powiedział Kazik. Po prostu czasem wpadam na jakieś bardzo dobre  rozwiązania techniczne i to wszystko. Nie podejrzewałem, że ten pomysł zostanie opatentowany. Mam też kilka patentów poza Polską, ale jeszcze  nie zaczęli produkcji, więc jak na razie  nie mam z tego żadnych profitów. No ale patent jest i to się liczy w  sensie osiągnięć zawodowych. Forsa z patentu jest dopiero wtedy wypłacana gdy patent jest zastosowany w produkcji, a produkt sprzedawany. Ale i tak  wtedy dostałem ładną premię w firmie. Szczerze mówiąc wolałbym znów pracować w Niemczech. Tam człowieka doceniają. I to naprawdę niezależnie od tego jaką pracę wykonujesz,  a nie od tego komu  się podlizujesz. To taka drobna różnica.

Powiedz mi Kris a jak tam  ci się układa zawodowo? Kris  chwilę milczał i w końcu powiedział - stosunkowo nieźle.Tyle tylko, że nie mam wielkiego wyboru i muszę brać taką sprawę jak mi szef narzuci. Wrócę do Polski gdy nieco już o mnie zapomną, bo dyskrecja nie jest w Polsce czymś tak normalnym jak oddychanie lub inne funkcje życiowe. Z zasady każdy prawnik powinien milczeć o sprawach swoich klientów niczym ktoś, kto jest  niemową od urodzenia. Najgorsze jest  to, że każdy kto coś słyszał w danym temacie dorabia do prawdziwych faktów fakty urojone. Nie zdziw się, gdy usłyszysz o mnie, że nałogowo korzystałem z tak zwanych agencji towarzyskich. Bo i to podobno można o  mnie usłyszeć. Nie  mniej ja nie wyleciałem z pracy, ale wyleciała ta, która  mnie  zainfekowała, mężatka. Gdybym nie  był tak pijany jak byłem, to nie wystartowałbym do obcej baby bez ochrony, więc mnie zaraziła. Jedyny pozytyw całej tej sytuacji to ten, że się  kobitka dowiedziała, że to jej mąż zrobił jej taki prezent. Bo ja zgłaszając się na badanie musiałem podać swój ostatni kontakt seksualny. Oczywiście już są po rozwodzie. Tym głupim dziewuchom  się wydaje, że tabletki antykoncepcyjne chronią je  również przed chorobami z półki WR. I okazuje  się, że wiele z nich unika jak ognia owej ochrony, bo ponoć wtedy jest więcej dla obu stron radochy z seksu. 

Ale to, że byłem pijany wcale nie było i nie jest dla mnie usprawiedliwieniem. Byłem zmęczony sytuacją z Aliną, dlatego się po prostu uchlałem. No i moja wina, że jej nie dopilnowałem, że miałem dość jej choroby i w każdym jej odezwaniu się do mnie tropiłem symptomy jej choroby. Byłem przekonany, że to kolejny cykl jej hurra optymizmu. Robiłem dyskretny wywiad na temat Pawła- ma facet świetną opinię i w tej poprzedniej pracy i w tej obecnej. Może to kogoś dziwić, że bez oporu zrzekłem  się dziecka - ale wiem, że lepiej by dziecko miało za ojca  faceta, którego w pełni akceptuje jego matka, niż  żeby trwało w jakimś "psychicznym rozkroku"- z jednej  strony mąż matki, którego nie  wiadomo jak  nazywać a  z drugiej tatuś, o którym nie jeden  raz dziecko usłyszy niepochlebne  opinie. Wiem, że Paweł i Jacek ogromnie o niego i Alinę dbają. A do tego wy oboje macie też na  wszystko oko. I za to jestem wam obojgu  bardzo  wdzięczny.

Kris, a jak wygląda teraz  twoje życie osobiste poza  zawodowym? Myślę, że już jest nieźle. Jestem dłużnikiem Tesi - wynalazła mi tego gościa od psychoterapii i to był jednak  strzał w dziesiątkę. Masz cholerne  szczęście, że ta dziewczyna cię kocha, że jest z tobą. 

Anisa przechodzi leczenie onkologiczne, już jest po operacji, dochodzi do siebie, była operowana na początku stycznia. Na razie jeszcze ma  chemię, ale wg lekarzy bardzo dobrze ją toleruje. Tyle  tylko, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. I pewnie  dlatego nie wróci do Algierii, zostanie we Francji. A ja pewnie  za rok wrócę  do Polski. Pewnie  do tego czasu znudzi  się ludziom gadanie na mój temat.

Pewnie  się znudzi, a ty trochę zatęsknisz  za krajem, albo zapuścisz korzenie we Francji. Nie mogę ci  zagwarantować, że za rok my nadal będziemy tutaj, bo może już będziemy wtedy w Niemczech. Mnie  się tam bardzo dobrze pracowało i gdyby nie fakt, że byłem tak szaleńczo  zakochany w Tesi nie wróciłbym do Polski.

                                                                  c.d.n.

czwartek, 20 lipca 2023

Lek na wszystko? -164

 Narada Kazika i Kurta  skończyła  się grubo po północy i rano obaj byli niezbyt przytomni. Na koniec Kazik powiedział do Kurta - muszę to wszystko dokładnie przemyśleć - odwykłem od bycia zależnym od humoru i pomysłów  szefa, bo ostatnie 10 lat byłem samodzielnym pracownikiem. Oczywiście konsultowałem swe pomysły z różnymi osobami, ale nikt mi nie narzucał jak mam na coś patrzeć i nie wiem jak mi  się będzie układała  współpraca z tym profesorem. Rozmawiałem o nim  z kilkoma osobami z rok  wcześniej i wszyscy wyrażali się o nim raczej pozytywnie, choć nie  byli zachwyceni tym, że jest drobiazgowy, ale z drugiej  strony we wszystkich konstrukcjach drobiazgi mają jednak znaczenie więc jego drobiazgowość jest dla  mnie raczej pozytywną  cechą. Trochę mnie  dobija ten wymóg minimum 8 publikacji. 

Trochę panikujesz- stwierdził  Kurt- zgłosisz to wszystko co dotąd publikowałeś u nas - po prostu przetłumaczysz to na  polski przy okazji dodając  ciut nowości.  Wygłosisz na konferencjach kilka referatów i one  nieco rozbudowane już będą publikacją. Twoja książka to też  wszak publikacja- praca była  na potrzeby doktoratu,  a nie  modlitewnik. Ten wymóg publikacji nie ma limitu czasowego, nie mają to być "dzieła", które powstały dopiero po zrobieniu przez  ciebie doktoratu. Trochę  się natłumaczysz, ale na pewno Teresa Ci w tym pomoże. Będziesz tłumaczył na głos, nagrywając na dyktafon i jednocześnie pisząc na kompie, potem Teresa to przeczyta czy to ma ręce i nogi pod względem języka polskiego. Tak jak to robiliście przy twojej książce. Sprawdź,  czy podręcznik też się  zalicza do publikacji i jak ci mówił twój promotor, część twojej książki może być z powodzeniem podręcznikiem. O ile  się nie mylę to opracowane wyniki badań też bywają publikacją.  Po prostu nie wpadaj w panikę. Nie masz tu noża na gardle, możesz spokojnie pracować. Poprzeglądaj publikacje tych co już się habilitowali na Politechnice, to się  podbudujesz. A ty należysz do tej nielicznej grupy, dla której pisanie nie jest katorgą. No i nigdzie nie jest powiedziane, że musisz się  z tym uwinąć w rok. Na doktorat  miałeś trzy lata, no ale opracowywałeś nowy temat  ale i tak uwinąłeś się  szybciej.

A jak Krystian? No za bardzo to nie wiem, nie  pisze, nie telefonuje. Pracuje ponoć i mieszka w Strasburgu - tak mi powiedział.  Pracuje w jakiejś kancelarii prawniczej i  zgłębia  Prawo Unijne. Nie mam jego adresu. Był  tu z kobietą, mieszanką francusko- algierską, domieszka  algierska to po tatusiu.  Dobra figura i zupełny brak urody. Jak mi powiedział to nie planują wspólnego życia, na razie im pasuje pomieszkiwanie  razem, bo to wypada taniej. On to się nie nadaje  za bardzo do życia w rodzinie. Gdyby się nadawał to by Aliny nie  zdradził, bo zdrada ma to do siebie, że zawsze się w pewnej chwili wyda. On się o to postarał, jak to mówią "z przytupem," tak że nie było wątpliwości, że Alinę zdradził. Na dodatek ponieważ  miał bardzo dobry rok finansowy to zasunęli mu takie  alimenty, że z ulgą zrezygnował z ojcostwa  Tadzia, bo po pełnej  adopcji wszystkie  koszty ponosi Paweł. Cris był w Warszawie na tydzień przed świętami.  

 Paweł usynowił Tadzia, dał mu swoje nazwisko,  dziecko ma nową metrykę i ojca z prawdziwego zdarzenia i dodatkowo dziadka. Bo Jacek jest pełnoetatowym ojcem Pawła i dziadkiem Tadzia. Dba o Tadzia, Alinę i Pawła. Wszyscy twierdzą, że odmłodniał odkąd są wszyscy razem. Alina też kwitnie, Jacek pilnuje by brała lek swój codziennie, na spacery to najczęściej  chodzą "silną  grupą", dwóch małych, dwie mamy i dwóch dziadków. Dziewczyny robią  w czasie spaceru zakupy, ja już robię zakupy tylko  sporadycznie. Tacie wyraźnie poprawiło się zdrowie, są z Jackiem niczym bracia. Najzabawniejsze, że  mały Tadzio, który wiele urody ma po Krystianie jest podobny do Pawła, bo Paweł też taki urodą  w typie Krisa - szczupły, ciemne  włosiny, ale oczy ma szaro niebieskie. A najlepsze jest  to, że Tadziś sam, z własnej inicjatywy zaczął nazywać Pawła tatą.  Gdy Krystian zupełnie nagle i niespodziewanie ożenił się z Aliną to byłem bardzo zdumiony, bo on zawsze miał za sobą cały orszak dziewczyn chętnych na amory i to dziewczyn "takich wyjściowych" do pochwalenia  się nimi przed kolegami.  

No ale Alina to ładna kobietka- stwierdził Kurt. No ładna- zgodził się Kazik- ale wszystkie dotychczasowe dziewczyny Krisa to były nieco wyzywające pod  względem makijażu i stroju, a Alina przy  nich to jak myszka - duża myszka. No po prostu po Alinie widać, że nie  wychodzi na podbój. Popatrz- mam ślubne  zdjęcie Aliny i Pawła.

Masz rację,  ale wyglądają tu oboje świetnie. Poślij je  do Sophie, ucieszy  się, tylko na wszelki wypadek napisz czyje  to zdjęcie. No i muszę przed powrotem zrobić wam wszystkim  zdjęcie, bo inaczej Sophie zwątpi, że u was byłem. Ty mi powiedz co  ty  Kaz robisz, że nadal  masz świetną figurę. Mnie zaczyna brzuch rosnąć.  

Jedz mniej makaronu, albo jedz makaron robiony z cukinii - doradził Kazik. U nas to Tesia czuwa nad  dietą. Jemy mięso z warzywami, jeśli są kartofle to zawsze w postaci sałatki, bo ugotowane i ostudzone nie tuczą, bo zmienia się skład chemiczny skrobi. I najczęściej jemy teraz mięso z perliczki bo jest zdrowsze, przypomina mięso dzikiego ptactwa, można nawet wmówić ludziom, że to jest bażant, tylko mniejszy. Jacek ma jakiegoś dostawcę z okolic Nowego Dworu. Poza tym bardzo często ćwiczymy, tak ze 3, cztery razy w tygodniu. No a co ćwiczycie? Kurt, a co kochająca  się para ćwiczy? To najmilsza z możliwych gimnastyka.

Kurt się zaśmiał - no to muszę się wpierw nieco odchudzić, bo  się zrobiłem  zbyt okrągły. Zbyt często ostatnio jadałem w Kantynie. A tam nie ma pół porcji ani dziecięcych. No ale to możesz przecież wziąć tylko mięso i warzywa, nie musisz  brać góry  kartofli lub makaronu. Już skasowali samoobsługę? Nie, nadal sami sobie  nakładamy z garnków.  No to sobie mniej nakładaj, zjedz lepiej więcej  mięsa a nie bierz kluch i kartofli. I nie dokupuj batoników - one też tuczą. Jak zjesz dwie porcje  mięsa i warzywka to nie utyjesz od tego. A zamiast batonika zjedz jabłko. A tak w ogóle to możesz wpaść do sklepu zamiast do kantyny i kupić sobie pojemnik owoców zamiast tego lunchu w kantynie. Bo jeśli mięso jest z  sosem to sos na 100% jest zagęszczony mąką. A od mąki się tyje. A czym Tesia zagęszcza sos?  My bardzo rzadko robimy mięso z gęstym sosem. Tesia  czasem zagęszcza sos przetartymi przez  sitko warzywkami, które dusiły się  razem z mięsem.

Kaz,  a kiedy poznasz  swój rozkład zajęć? Pewnie dopiero gdy zostaną przyjęci nowi studenci.  Egzaminy pewnie będą na początku lipca, w połowie ogłoszenie wyników i dopiero wtedy  ustalanie grafiku, więc nie prędzej będzie nowy grafik niż we wrześniu.  

Odebrałem wyniki badań i gdybym tylko chciał mógłbym nieco posiedzieć na  symulatorze i polatać, ale- ale nie wiem co jest - odkąd jestem z Tesią zupełnie nie mam chęci na latanie. Może dlatego że już od nikogo nie muszę uciekać a ciągle mi jej mało. Chyba mnie zaczarowała. Najszczęśliwszy jestem gdy wszyscy jesteśmy razem, gdy mam ich oboje na  wyciągnięcie ręki, choć Alek zadaje mi czasem strasznie dziwne pytania a ja mam problem jak wytłumaczyć pięciolatkowi np. coś tak abstrakcyjnego jak czas. Namordowałem się okrutnie w Sylwestra, bo tym razem byliśmy u przyjaciół i mały razem z nami oczekiwał północy.Ale zapamiętał sporo z tego co mu mówiłem. I pomyślałem sobie, że niezależnie od   tego czy przeprowadzimy  się do Niemiec  czy też nie, to zacznę go uczyć niemieckiego - będzie szedł dwujęzycznie. Teresa i tata będą do niego mówili po polsku a ja do niego po niemiecku.  Języków obcych nigdy za wiele.  To bardzo dobry pomysł - stwierdził Kurt.  Teresa też się przy okazji nauczy. A ty przechodzisz z urlopem?  Tak, to znaczy podobno tak. Wiesz - doświadczywszy bałaganu jaki panował pod  tym względem w  Instytucie to nie dowierzam kadrom. Na razie  wiem tylko tyle, że dydaktykę  zacznę dopiero w październiku a urlop w tym układzie  pewnie wezmę we wrześniu, bo w lipcu i sierpniu to Warszawa jest całkiem  miłym  miastem bo naród na urlopach. Korków  wmieście nie ma i nawet znajduje  się miejsce do zaparkowania.  Podejrzewam  co prawda , że mogą mnie dopaść korowody z egzaminami  wstępnymi, ale to trudny wydział o czym  wszyscy wiedzą i nie ma 15 chętnych na jedno miejsce. A podobno są takie uczelnie. Wiesz - odkąd skończyłem studia to bardzo mało mnie interesowała sytuacja na uczelniach. 

A ile będziesz  miał urlopu?  Ogólnie  rzecz ujmując to 36 dni roboczych  w roku, nie wliczają się do niego dni ustawowo wolne od pracy. A dydaktyka ma mi zajmować 4 dni w tygodniu przez 30 tygodni. Jeden semestr to 15 tygodni. Reszta  dni pracy to ma być praca naukowo-badawcza, wyjazdy na konferencje itp.  i zapewne jest w tym również pisanie publikacji. Ciekawy jestem czy profesor jest jedno - czy  dwuręczny w sensie bliskich współpracowników. Bo ja jakoś nie mam zwyczaju brać udziału w wyścigu o czyjeś względy. No i coś mi wygląda na to, że w tym układzie nie będę miał aż  180 godzin dydaktycznych w roku akademickim, co mi nawet odpowiada. Zresztą to "do", czyli maksymalnie mógłbym mieć 180 godzin. A godzina  dydaktyczna to 45 minut.  Finansowo wypadam tak jak w instytucie. I gdyby nie tata Teresy to bym się 5 minut nie zastanawiał tylko już bym był w Berlinie lub Stuttgarcie. Tu go samego w Polsce nie  zostawimy, a nie mam pojęcia jakby zniósł przeprowadzkę na stałe do Niemiec - ma tu przyjaciela, tam miałby tylko nas. Wiesz jak mówią - nie przesadza  się starych  drzew. I głównie to mnie powstrzymuje. Tata gdy owdowiał i mieszkał sam, to wciąż były problemy kardiologiczne, nawet gdy mieszkał na tym samym osiedlu. Odkąd zamieszkał z nami wszystko minęło jakby kto nożem uciął. I między innymi stąd moje myślenie o ściągnięciu szybko Jacka i Pawła  z rodziną. Ale że jestem  realistą to wiem jak to jest   w sumie skomplikowane logistycznie.

Kurt długo milczał i wpatrywał się w widok za oknem, z którego głównie było widać niebo zasnute  chmurami. W końcu powiedział - ty jesteś niesamowicie porządny facet- 99% tych których znam to nawet okiem by nie mrugnęło i zrobiłoby tak jak mu byłoby wygodniej. Rozmawiałem o  tym z Sophie - ona cię dobrze rozszyfrowała - i pierwsze co powiedziała to brzmiało - oni nawet na dwa miesiące nie  zostawią ojca samego a nie wiadomo przecież ile czasu trwałoby szukanie większego mieszkania dla nich i dla Pawła z rodziną. Berlin wciąż cierpi na  brak mieszkań.  A niemieckiego niech się oboje, Tesia i Alek uczą, bo przecież będziecie do nas  przyjeżdżać.

Gdy Kurt odlatywał z powrotem do Berlina oczywiście Alek nie odpuścił okazji by odwiedzić lotnisko, ale tym razem Kurta odprowadzała Teresa i żeby mały miał komplet  wrażeń to na lotnisko pojechali  taksówką, a wracali autobusem - okazało się, że  "podróż" autobusem też była dla Alka atrakcją. Gdy już dojechali do domu, gdy dziecko wysiadło z autobusu to wyraziło żal, że jeszcze nigdy nie jechało tramwajem. Więc Teresa  obiecała  Alkowi, że  gdy już będzie cieplej to któregoś dnia  pojadą tramwajem w godzinach gdy nie będzie  tłoku.

Oczywiście po powrocie do  domu Alek bardzo szczegółowo opowiedział dziadkowi o jeździe autobusem i bardzo  się zdziwił, że dziadek nie wykazał żadnego entuzjazmu dla jazdy  autobusem. Co do jazdy tramwajem dziadek tylko powiedział, że wyszuka dla Alka i Teresy możliwie długą trasę, żeby się mały "najechał". Bo zdaniem  dziadka najdłuższa linia tramwajowa w Warszawie to"17" i jedzie przez całe miasto z Mokotowa na Marymont i taka jazda trwa na pewno godzinę. I zapewne  się dziecko najedzie, bo jeśli będzie  chciał też wracać tramwajem to w sumie spędzi 2 godziny w tramwaju  plus dojazd autobusem z osiedla do linii tramwajowej i z powrotem od tramwaju do domu.

                                                                  c.d.n.





wtorek, 18 lipca 2023

Lek na wszystko? - 163

 W trzy godziny później  Teresa otrzymała  wiadomość tekstową - powinienem  być za 2 godziny w domu, teraz  jadę do lekarza  po świadectwo zdrowia. Mam nadzieję, że wypisze mi od  ręki bo badania  miałem robione w końcu grudnia. Teresa przeczytała wiadomość i pomyślała, że coś się kochanemu mężowi pomajtoliło, bo badania robili razem przed wyjazdem w Bory Tucholskie. Wyniki oboje mieli dobre, więc może Kazik przekona lekarza , że nadal jest bardzo  zdrowy.

Faktycznie Kazik dotarł w dwie godziny później i to w całkiem dobrym humorze. Witając się z Teresą powiedział- gdybym tylko  chciał , ale mi  się nie chce, to mógłbym latać. Odebrałem swoje  grudniowe wyniki z WIML-u. 

Mam etat pracownika badawczo-dydaktycznego. Zajęcia ze studentami 4  razy w tygodniu przez 30 tygodni, semestr trwa 15 tygodni. Poza tym będę prowadził i będę uczestniczył w badaniach naukowych, brał aktywny udział w konferencjach, doskonalił swe kwalifikacje, czyli jednak będę się habilitował. Wysłuchałem mnóstwo pochwał i gdyby pan profesor był kobietą pomyślałbym, że się we mnie  zakochał. Mam stanowisko adiunkta badawczo-dydaktycznego i jak mnie pan profesor zapewnił widzi mnie jako swoją prawą  rękę. Zastanawiam  się tylko czy podołam jego oczekiwaniom. I nadal nie  wiem jak on mnie wynalazł. Może się kiedyś dowiem. Więc na razie będziemy tu gdzie teraz jesteśmy. A z półsłówek wywnioskowałem, że się z moim promotorem przyjaźnią na gruncie prywatnym. Muszę chyba do niego zatelefonować i  zaprosić gdzieś na dobrą kolację. Aż  szkoda, że nie ma Młodego w kraju, on zawsze na  bieżąco wiedział gdzie  dobrze karmią. 

Mogę ci podpowiedzieć - z wystawniejszych  miejsc to Europejski i Bristol, z mniej wystawnych a jednocześnie dobrze karmiących to "Honoratka" u rzemieślników na  Starówce lub "Kuźnia" w Wilanowie. Tylko trzeba odpowiednio wcześnie rezerwować miejsca. No i jeszcze "Konstancja" w Konstancinie, ale tam  z reguły w soboty i niedziele są przyjęcia weselne. To wszystko to wiem właśnie od  Młodego. Możesz się też podpytać Franka, on teraz częściej  niż kiedyś bywa na takich ekskluzywniejszych wyżerkach. Ja nieco wypadłam z kursu bo nikt już mnie  nie podrywa prowadząc na wyżerkę w nadziei, że  z pełnym żołądkiem będę bardziej ponętna lub  szybciej coś załatwię.

Zgadnij co dziś jest na obiad. Kazik uśmiechnął się- co by nie było to najważniejsze, że ty to zrobiłaś a ja lubię  wszystko co ty gotujesz. A gdzie jest tata? Na spacerze z Alkiem, Jackiem, Aliną i Tadziem. Pewnie zaraz  wrócą. Mieli wracając kupić w cukierni faworki - mają ogromne  powodzenie  w obu domach. No powiedz co  dziś pysznego dostanę na obiad, proszę. No dobrze - dziś będzie rosołek grzybowy i sznycle cielęce, ale nie takie cienkie jak w Berlinie, tylko takie moje z minimalną ilością panierki za to z dobrym mięskiem. A jutro w związku z rosołkiem  będą pierogi z grzybami i mięsem w środku, mam nadzieję, że też będą  wszystkim  smakowały. A do popitki pierogów  będzie  barszcz czerwony. No to ja ci pomogę lepić pierogi. A ty jutro nie pracujesz? Nie, ja nie pracuję w soboty, jako prawa ręka jestem tylko na studiach stacjonarnych. Jestem bardzo ciekawy jak mi się będzie pracowało z tym profesorem. Nie wygląda na furiata. I skądś wie o moich patentach. Poczułem się doceniony. Ja cię cały czas doceniam, nie zauważyłeś tego?  Ty to mnie przeceniasz i rozpieszczasz. Dbasz o mnie pod każdym względem i jest mi z tobą po prostu cudownie. Zupełnie nie wiem jak to robisz, ale zawsze wiesz o czym w danej chwili myślę i jesteś dla mnie najcudowniejszą istotą. 

Potok wyznań został przerwany powrotem ze spaceru taty z Alkiem. Alek błyskawicznie   ściągnął botki i jeszcze  w kombinezonie zawisł na  szyi Kazika. Kazik postawił go na podłogę i pomógł w zdejmowaniu kombinezonu pytając się jak było na spacerze. Szukaliśmy takiego pana co naprawia buty i nie znaleźliśmy go. Chyba już go na osiedlu nie ma. A dziadek mówi, że może on tylko jest  chory, bo teraz dużo  ludzi choruje na grypę. Nooo, może tak  być- zgodził  się  z dzieckiem Kazik.  No to pewnie trzeba będzie pojechać na Sadybę. A komu ten szewc jest potrzebny?  Cioci Ali. Głodny jestem. A faworki kupiliście? Tak i dziadek kupił też takie grube patyki, kręcone z makiem. Bo ja je bardzo lubię z masełkiem albo z białym twarożkiem. Wolę taki patyk z makiem niż bułkę. 

No to świetnie, że jesteś głodny zaraz będziemy jeść. Dziś jest rosołek grzybowy z domowymi kluskami i kotlecik taki jak bardzo lubisz. Do kotlecika jest dziś czarna kasza. A rosołek jest na tych grzybach, które  zbieraliśmy w Tleniu i okolicach- zapowiedziała Teresa. 

W pięć minut później sama siebie  skarciła za nadmierną  gadatliwość, bowiem Alek zaczął intensywnie wpatrywać  się we własny talerz, potem wstał i pozaglądał w talerze mamy, taty i dziadka, w końcu powiedział - ja tu żadnych grzybów nie widzę!- na  co Kazik wstał od  stołu, wziął małego za rękę i pociągnął go do kuchni mówiąc- ten rosołek to powstaje  na skutek gotowania razem mięsa, warzyw i grzybów.  Takie ugotowane w całości  suszone grzyby byłyby  niesmaczne, ale rosołek ci  chyba  smakuje. Tak, ja lubię taki rosołek- zapewnił ojca Alek. W kuchni obejrzał odcedzone  grzyby, warzywa i mięso i biegiem  wrócił do pokoju by dokończyć rosołek. Przy  drugim  daniu już nie wypytywał  się o żadne  szczegóły kulinarne, ale poinformował Teresę, że ta kasza nie jest czarna, ona jest ciemna, ale nie czarna. W ramach wymiany informacji na temat  kaszy dowiedział się, tym razem od dziadka, że ta kasza to jest gryczana, ale zależnie od miejsca, w którym jest konsumowana ma różną nazwę - w jednych miejscach nazywają ją czarną kaszą, w innych kaszą gryczaną bo to są nasionka rośliny nazywanej gryka, ma też nazwę "kasza tatarczana" lub "tatarka". A ja lubię tę kaszę i lubię gdy mama daje do niej takie smażone, rumiane kawałeczki mięska. Pewnie skwareczki masz na myśli? - dociekał dziadek. Tak, skwareczki- potwierdził Alek. No popatrzcie - Alek lubi to samo co ja! - ucieszył się  dziadek. A te skwareczki to są z chudego, wędzonego boczku - dodała Teresa. Tata, a ty też lubisz taką kaszę ze skwareczkami? - dopytywał się Alek. Też lubię. Ja lubię wszystko co mama gotuje i daje  nam do jedzenia - zapewnił synka  Kazik.  A Teresa powiedziała  do Alka - tata też świetnie  gotuje, a jak będziesz już trochę starszy to będziesz pomagał mi czasami w kuchni i też się nauczysz gotować. To wcale nie jest trudne. Tym bardziej, że teraz niemal na każdą potrawę można znaleźć przepis w internecie.

Przy poobiedniej kawie Kazik opowiedział swemu teściowi o rozmowie ze  swym szefem i zdaniem taty powinno się tam Kazikowi pracować nieźle. A jak się czułeś wchodząc do budynku, w którym kiedyś byłeś studentem  a teraz to ty będziesz studentów uczył? 

Tam się sporo pozmieniało w sensie rozmieszczenia i wystroju, więc czułem się jak w każdym mało mi znanym  wnętrzu. Regularne prowadzenie zajęć ze studentami to będę miał od  nowego roku akademickiego. Teraz to raczej będą tak zwane "zatkaj dziury" i praca naukowa. Do habilitacji muszę spłodzić minimum osiem publikacji. I będę musiał brać udział w wielu konferencjach nie tylko w kraju. Ten punkt to mi najmniej pasuje, nie przepadam za turystyką konferencyjną. Ale odniosłem wrażenie, że głównie będę jeździł na te, na które i on jeździ. 

Zabawne, ale nadal nie wykluczam wyjazdu- najbliższe pół roku rozstrzygnie ostatecznie sprawę. Myślę, że bardziej realna to będzie przeprowadzka do Berlina. Bo w ciągu tygodnia można jeden z pokoi przerobić na dwie sypialnie, czyli na sypialnie dla nas i dla Alka, dla taty już jest tam pokój i jest jeden jako living room. Poza tym Berlin jest kosmopolitycznym miastem, dzieciaki w  szkołach są przyzwyczajone, że sporo jest w  tych niższych klasach dzieci z innych krajów i to w dużej części krajów spoza Europy. Na razie  zacznę uczyć Alka niemieckiego.Teresa przy okazji też  się nieco poduczy. Dobrze, że przyjedzie  niedługo Kurt, będę miał z nim wiele spraw do omówienia. Czasem się śmiejemy, że byłoby dla nas obu najlepiej gdybyśmy mieszkali my w Słubicach a oni we Frankfurcie nad Odrą. Do pokonania byłby tylko most nad Odrą. No ale w tym Frankfurcie  ani w Słubicach to nie ma dla nas pracy.

Słubice to żyją głównie z tego, że Niemcom opłaca  się tam robić zakupy żywnościowe i nabierać benzynę oraz korzystać z usług typu fryzjer, kosmetyczka, dentysta. Z Berlina do Słubic jest tylko  105 km no i można dojechać pociągiem regionalnym do Frankfurtu a potem autobusem z Frankfurtu do Słubic. Z tego co pamiętam to ma nawet rozkład jazdy. A jeśli ktoś ma lepszą kondycję to z Frankfurtu do do Słubic przetupta sobie  spacerem. Nie wiem jak jest teraz, ale wtedy gdy byłem w Niemczech to we Frankfurcie było bardzo dużo wolnych mieszkań i ceny ich wynajęcia były bajecznie niskie w stosunku do cen wynajęcia mieszkania w Berlinie lub każdym innym większym  mieście tzw. Zachodnich Niemiec. To wszak dawniejsza powojenna "miejscówka" NRD i zaraz po zjednoczeniu Niemiec sporo Niemców opuściło Frankfurt nad Odrą.

Kurt miał przyjechać do Warszawy "lada moment" a przyjechał dopiero za dwa tygodnie. Tak jak było zaplanowane nocował u Kazików w gabinecie Kazika. Rób tę habilitację, jako profesor doktor habilitowany będziesz miał po prostu bardzo dobrą pensję.U nas się ceni takie tytuły- powiedział Kurt. A my się przymierzamy do spółdzielni, która buduje domki jednorodzinne. Są zdecydowanie większe od domków jednorodzinnych w Polsce, bo i rodziny u nas z reguły większe. Ci wszyscy, którzy z racji wykonywanego zawodu więcej zarabiają czują  się w obowiązku posiadania trójki dzieci. Powiedziałbym, że to należy do tak zwanego "dobrego tonu" - więcej zarabiasz to masz więcej  dzieci i zapewniasz państwu większą ilość obywateli. 

Kazik się śmiał i powiedział- a niektórzy wcale nie myślą tak państwowo - twórczo a uprą  się by mieć córeczkę i mają trzech fajnych  chłopaków. I właściwie to masz Kurt szczęście, bo odnoszę wrażenie, że hodowla dziewczynek jest znacznie  mniej opłacalna, zwłaszcza od chwili gdy zaczynają sobie  zdawać sprawę, że "jednak strój zdobi kobietę". Chłopcy to nie  są tak wrażliwi na  swój wygląd jak dziewczynki.

Kurt wysłuchał dokładnie opowieści Kazika o jego nowym  miejscu pracy i powiedział - mam jednak nieodparte  wrażenie, że tu się mniej ceni tych bardziej zdolnych i myślących - wciąż pokutuje tu model rodem z waszego PRL- równanie wszystkiego w dół a nie w górę. Więc tylko pamiętaj, że zawsze u nas będziesz doceniony bo u nas  się  ceni tych co wiedzą  więcej w swojej dziedzinie. Wiem, a nawet to rozumiem, że chciałbyś byście mieli koło siebie i resztę rodziny, ale ich jako fachowców to nie znam. Znam tylko ciebie od tej strony. Nie jestem w stanie ocenić czy Paweł jest bardzo dobrym informatykiem bo się na tym nie znam. Dla mnie to terra incognita. A sądzisz, że on chce stąd wyjechać? U nas nie będzie od  ręki miał takiego samodzielnego stanowiska jak tu. Nie myśl Kaz za innych. Jasne jest dla mnie, że bierzesz żonę, dziecko i teścia, ale inni to już nie rodzina. To oddzielne byty.  Bert ze Stuttgartu się o ciebie dopytywał. Miał nadzieję że cię skusi. I pewnie do ciebie wkrótce zatelefonuje - źle sobie zapisał twój numer i denerwował innych swoim dzwonieniem. To tyle  w kwestiach zawodowych. Ty, nawet jeśli nie zaczniesz pracować w Berlinie nadal będziesz naszym  serdecznym przyjacielem, tak samo i twój ojciec, Teresa, dziecko. W tym roku chcemy jechać na Rugię. Daj mi znać w  ciągu 2 tygodni czy wy też z tatą przyjedziecie. Jechalibyśmy mniej więcej od 10 lipca.

Kazik westchnął i powiedział- nie bierzcie nas pod  uwagę, bo ja jeszcze nie  znam dokładnie swojego rozkładu zajęć.  Będę jednak nieco uzależniony od  swego szefa, bo już mi  zapowiedział, że w lipcu to będziemy na dwóch konferencjach  w tym jedna krajowa, druga nie wiem gdzie. Ja mam etat naukowo- dydaktyczny, a na dodatek mam być "prawą ręką szefa", który chyba sobie wymyślił by mnie  kreować na swój "wynalazek"  i tak prawdę mówiąc coraz mniej mi  się to podoba. Nie mówiłem o tym Teresie, bo zaraz  się zdenerwuje. Zaczekam jeszcze cierpliwie,  zaliczę te 2 konferencje i wtedy pomyślę nad tym co dalej. Mam takie wrażenie, że obaj z profesorem "macamy się" w  celu rozpoznania z kim mamy do czynienia. Być może, że ja histeryzuję, ale jest możliwe, że dostaniesz sms ode mnie, że bez żalu przejdę do was. Bo to trochę jest dziwne - ja  nie interesowałem  się pracą na Politechnice, to oni mnie znaleźli  i zaproponowali pracę u nich. A że ostatnio nic ciekawego ani nowego się nie działo - przeszedłem. Staszek zapewne głęboko odetchnął, bo gdybym zaczął się przymierzać do habilitacji to byłbym dla niego  zagrożeniem. Już cierpiał bo wie, że mam przecież staż u was, a wy jesteście placówką naukowo-badawczą i tak na dobrą sprawę mógłbym się starać o tytuł profesora bez habilitacji. I pewnie bym dostał.

                                                                          c.d.n.




poniedziałek, 17 lipca 2023

Lek na wszystko? -162

Z niejaką  ulgą Kazik pożegnał się ze Stanisławem. Przed pożegnaniem  się przekazał mu  wszystkie służbowe  dokumenty, posegregowane, poukładane  w teczkach lub segregatorach, wszystko dokładnie opisane. Dołączył  do tego wykaz dokumentów, które pozostawił , który był zrobiony w dwóch egzemplarzach. Poprosił by Stanisław  sprawdził co on pozostawił i podpisał odbiór tych dokumentów. Stanisławowi z lekka  szczęka opadła i powiedział: przecież ja mam do ciebie  zaufanie, więc po co  to wszystko? 

Kazik uśmiechnął się  i powiedział - bo tak jest prawidłowo. Być może popracujesz tu do emerytury, a może nie, bo załapiesz jakiś  awans - to raz,  dwa- ktoś kto będzie po mnie dostanie  to wszystko już uporządkowane i jeśli będzie czegoś  brakowało to nikt nie będzie na moim nazwisku wieszał okolicznych psów, bo jak widzisz ja wszystko mam uporządkowane i w takim stanie to zostawiam. Wiem, że to głównie europejski zwyczaj, a że pracowałem przedtem w kraju bardziej europejskim niż Polska to właśnie tak to robię. To raczej dobra metoda na  zachowanie porządku.

Znudzi ci się zapewne na tej Politechnice - ale zawsze możesz tu wrócić- zapewnił go Stanisław. Może mi  się znudzi, a może nie. Dydaktyka  nie będzie moim głównym  zajęciem, jest wiele innych  ciekawych tematów do rozpracowania. Ale jeśli mi  się znudzi to po prostu pojadę na zachód od Odry - było mi tam naprawdę dobrze  i gdyby nie tęsknota za Teresą to pewnie bym tam był do dziś. Mam tam własne  mieszkanie i sporo znajomych. Nie  czułem się tam obco.

A co z rodziną? jak oni to przyjmą?  Normalnie to przyjmą - nie sądzisz chyba, że tu zostawię żonę, dziecko, teścia.  Co prawda taka przeprowadzka to dość kłopotliwa sprawa no ale to nie  wyjazd  na inny kontynent. Jest w Warszawie  kilka firm transportowych specjalizujących się w międzynarodowych przeprowadzkach. Możemy się spakować  sami a mogą oni nas spakować i rozpakować.  Mój brat pojechał do Francji nieomal w ciemno a jest zadowolony. Nie  miał z góry zarezerwowanego mieszkania, wynajął gdy tam przyjechał. Jest w Paryżu?- spytał Stanisław. Nie, nie jest w Paryżu  jest  blisko granicy z Niemcami, mieszka w jednym  z miast Alzacji.

I będziesz pracował z Kurtem? Nie wiem jeszcze, na razie jeszcze nawet na Politechnice nie  zacząłem pracy. Ja ci tylko mówię, jakie mam możliwości, a nie co na 100% wybiorę. Wiesz co jest bardzo miłe w Niemczech?   No co?  Wprawdzie tam bywałem, ale z reguły krótko, bo tylko w delegacji - stwierdził  Stanisław.  

Kazik spojrzał się na niego i powiedział - tam po prostu ludzie nie są wścibscy, to ogromny plus. Wiem, że nie jest tak w całym niemieckim państwie, ale tak jest w Berlinie. To taki duży nieco międzynarodowy tygiel. I nie ma tam zwyczaju zaglądania w cudze garnki. Oczywiście tak długo dopóki każdy przestrzega obowiązujących przepisów porządkowych. Jeśli, tak jak to się dzieje u nas, umyjesz pod blokiem swój samochód to zaraz zwrócą ci uwagę lub naślą policję. Bo są wszak stacje-myjnie samoobsługowe i tam należy myć  swoją bryczkę. Ale nikt się ciebie  nie  zapyta dlaczego np. farbujesz włosy w biało-czarne paski lub spacerujesz latem w  futrze.To taka miła, dla mnie, różnica pomiędzy Berlinem a Warszawą.

A co o tym, to znaczy o przeprowadzce, myśli Teresa? - nie będzie  się tam  czuła obco?  Teresie się w Niemczech podobało, jest zaprzyjaźniona i z Kurtem i z jego żoną, tata też ich lubi i oni tatę. A Alek i Teresa  będą się intensywnie uczyć niemieckiego. Za niewielkie pieniądze będzie ktoś do nich przyjeżdżał do domu. Gdy byliśmy w Berlinie to małemu też  się tam podobało. On na  szczęście jest jeszcze w wieku że dobrze mu tam gdzie jest mama i tata.

Ty jesteś bardzo zaprzyjaźniony z Kurtem, jak zauważyłem. No to  dobrze zauważyłeś, bardzo mi pomógł gdy po rozwodzie wyjechałem w ciemno do Niemiec. Mieszkałem u nich i traktowali mnie nie jak lokatora,  ale jak członka rodziny. Gdybym się tak szaleńczo nie  zakochał w Teresie na pewno bym do teraz mieszkał w Berlinie. 

No a powiedziałeś, że się znacie od czasów dziecięcych. No tak, ale znać  się a wzajemnie  kochać to raczej dwie różne  sprawy- nie uważasz?   Pięć lat umierałem z miłości do niej- ona  była mężatką, ale zupełnie się jej to małżeństwo nie układało no i gdy wreszcie się wygadała, że nie jest dobrze, spakowałem tam manatki, mieszkanie  dałem pod  wynajem, przyjechałem tu i kupiłem sobie mieszkanie, blisko niej, żeby nad nią czuwać. 

Muszę ci się do czegoś przyznać - bardzo mi się twoja żona podoba  bo to bardzo mądra, inteligentna babka. Co prawda wolę blondynki, ale twoja żona  ma szalenie dobrze wszystko poukładane w głowie a jednocześnie nie mądrzy się- stwierdził Stanisław. Obgadaliśmy ją kiedyś z Kurtem, że to taka babeczka i do tańca i do różańca. Nie ma ona przypadkiem jakiejś siostry?  Kazik zaczął się śmiać -  to jedynaczka, a ty co?- do trzech razy sztuka? Mało ci dwóch małżeństw? Nie pomyślałeś, że jak się coś nie układa  to w 75% wina leży po obu stronach a nie tylko po jednej? I że trzeba o tym we dwoje rozmawiać  a nie rozglądać  się za innym modelem? A do różańca to Teresa  nie nadaje  się, jest ateistką. Pomyśl zamiast o mojej żonie to o  tym, czy mam ci jeszcze coś przekazać lub wyjaśnić. Bo dziś jestem tu ostatni dzień.

Kazik nową pracę zaczynał  piątego lutego. W przeddzień, wieczorem, powiedział do Teresy - chyba się starzeję - mam tremę przed jutrzejszym dniem. A na którą jedziesz? Mam być pomiędzy 10 ,00 a 12,00. To może chcesz żebym cię odwiozła i gdzieś na ciebie poczekała? Tam co prawda nieco ciężko o miejsce do zaparkowania, ale można coś załapać na Polnej albo na tyłach budynku gdzie jest Budownictwo Lądowe- tam jest taki dziki parking- to znaczy nie wiem czy jeszcze jest, ale kiedyś był. Mogę poczekać na ciebie  w samochodzie, tylko sobie  wezmę coś do czytania.  Nie skarbie, jest jednak dość  zimno i się zaziębisz siedząc w samochodzie. Pojadę sam. Tylko chcę się nieco poczulić z tobą, bo zawsze to na  mnie dobrze działa. Właściwie to dobrze, że nie zaczynam od wykładów. Zastanawiam się nad habilitacją- bo jak znam życie to na pewno mi zaproponują bym "sięgał wyżej".  

Ja się na tym kompletnie nie znam, ale jeśli cię będą namawiać to pewnie nie będą  ci kłód pod  nogi rzucać w czasie tworzenia  pracy habilitacyjnej. Skoro cię namawiali byś przyszedł do nich do pracy to pewnie mają jakieś wyobrażenie o tym co dotychczas robiłeś i z jakiegoś względu im pasujesz - stwierdziła  Teresa. Jesteś niesamowita - zawsze wiesz jak mnie podbudować - aż się zastanawiam często nad  tym, jak mi  się udało tyle lat przeżyć nie mając ciebie  na wyciągnięcie ręki. Jesteś dla mnie takim kołem ratunkowym, lekiem na całe  zło, antidotum na  wszelkie niepowodzenia. Ogromnie cię kocham.

Rozmawiałem  tuż przed odejściem ze Stanisławem. Zapewniał mnie, że mogę  w każdej chwili do  nich wrócić, jeśli mi nie będzie odpowiadała praca na  P.W. Więc mu powiedziałem, że jeśli by mi ta nowa praca z jakiegoś  względu nie odpowiadała to po prostu wtedy wyjedziemy za  Odrę. Oczywiście  całą  rodziną. Bo mnie Berlin odpowiada, bo ludzie tam mieszkający nie  są wścibscy. Ciekawy jestem czy załapał aluzję. Bardzo narzekał na  Majeczkę że głupia,  że nie pali się do urodzenia dziecka, więc mu dość brutalnie powiedziałem, że może i Majeczka jest głupia, ale że się nie pali do ciąży i rodzenia to znaczy, że myśli trzeźwo i nie chce się pozbywać atutów  dzięki którym spodobała mu się.  Poza tym zmusiłem go by mi pokwitował wykaz wszystkich dokumentów które zostawiam w biurze. Oczywiście nie  nadmieniłem, że mam ich kopie, zwłaszcza tych, które sam  opracowywałem. Nie wiem kto to wszystko po mnie obejmie, ale mam wykaz dokumentów i jego pokwitowanie na nim, że je ode mnie  zabrał.  Bo mam podejrzenie, że na razie nikogo na moje miejsce nie ma, więc dokumenty się rozejdą po różnych działach. A tak,  w razie jakichś pretensji to mam jego dyrektorski podpis, że je ode mnie odebrał.

Rano mały bystrzak od razu zapytał się czy tata dziś zostaje w domu, ale dowiedział się, że nie , tylko dziś jedzie na późniejszą godzinę. Do chwili wyjścia  z domu, Kazik był cały  czas niemal przyklejony do Teresy. Była tym nieco zaniepokojona i  zdziwiona- takiego Kazika jeszcze nie znała. Czego ty się właściwie obawiasz? Gdyby  mieli jakieś  zastrzeżenia  co do twojej kandydatury to po prostu by cię nie przyjęli - przecież to nie ty poszedłeś szukać u nich pracy- propozycja  wyszła od nich. I to nie od jakiejś zauroczonej twą urodą podfruwajki, ale od profesora który cię dobrze zna. Zacznij myśleć logicznie. Twój promotor  na pewno w tym maczał palce i to pewnie on dostrzegł twój potencjał. Ja co prawda prawie  nic nie  rozumiem  z tej dziedziny, ale wiem że jesteś dobry w tym nad czym pracujesz  i dlatego dostałeś propozycję ze Stuttgartu a nie dlatego że się komuś spodobał twój profil lub uśmiech. I jeśli ci podpowiedzą, byś robił habilitację to się na to zgódź, a my wszyscy w domu tylko temu przyklaśniemy i postaramy  się sprawiać  ci jak najmniej kłopotu. Zresztą Alek coraz  starszy i mądrzejszy a ja mam jeszcze do pomocy i tatę i Jacka, którzy bardzo lubią  być włączani  w domowe  niby kłopoty, bo wtedy czują  się  naprawdę potrzebni.

Nie wiem czy  zauważyłeś, ale Jacek odkąd stał się dziadkiem dla Tadzia to jakby odmłodniał. Ma  syna,  synową, ma własnego  wnuka. To takie  drobiazgi, ale dla mnie  zauważalne - już nie muszę mu przypominać by założył szalik bo wieje zimny wiatr, zaczął bardziej o  siebie  dbać, zaczęło mu po prostu bardziej zależeć na życiu - ma dla kogo teraz  żyć. I ciągle podkreśla, że ten pomysł dwóch mieszkań w sąsiednich klatkach był genialny. 

Popatrz na naszego tatę - od  czasu gdy z nami zamieszkał w jednym mieszkaniu  wizyty u kardiologa są tylko kontrolne raz do roku, a gdy mieszkał sam na Mokotowie to wciąż  musiałam tam  jeździć bo więcej leżał niż chodził a ja się zamartwiałam jego zdrowiem. A teraz  my  wszyscy kibicujemy tobie, bo nasza przyjaźń w jakiś przedziwny sposób przekształciła  się w układ rodzinny. Alina w tym nowym układzie rodzinnym kwitnie, jest stale w 100% ogarniętą osobą i pani Maria już tylko raz w tygodniu u nich sprząta i to obydwa  mieszkania, bo tak zarządził Paweł. Pani Maria uczciwie mówi, że u Jacka to nie bardzo ma co sprzątać, bo Jacek sam świetnie  dba o czystość i porządek, ale Paweł jej powiedział, że kobieca ręka w każdym domu jest potrzebna. Poza tym Tadzio jest bardzo do pani Marii przywiązany, a Alina zauważyła, że Jacek zawsze gdy ona u niego sprząta to potem długo razem siedzą, prowadzą długie  dyskusje, jedzą razem kolację i Jacek ją odwozi do domu.

I gdy tak o tym wszystkim pomyślę to sądzę, że byłoby dla nas dobrze, gdyby ci się spodobała praca na P.W. i gdyby  wszystko tak się układało jak teraz. Alina zastanawia się nad podjęciem pracy na półetacie - odezwał się do niej jeden  z dawnych kolegów - szukają kreślarki na pół etatu. I Alina jest  tym dość mocno zainteresowana - chce po prostu spróbować, bo nadal jest zbyt mało udomowiona i pół etat bardzo by jej odpowiadał. Oczywiście gdyby jej dobrze  z tej okazji płacili i opłacali składki zusowskie, by to wszystko było oficjalne  a nie "z ręki do ręki pod  stołem".  I ma nadzieję, że i Jacek i Paweł zgodzą  się z tym. I liczy też na poparcie z naszej  strony.  Ja  w każdym razie ją poprę, bo ją dobrze znam - pół etat to jest dla niej bardzo dobre  rozwiązanie, bo to jest nieźle prosperujące małe biuro projektowe i gdy nie ma akurat nic do roboty dla kreślarki to nie musi tam wygrzewać stołka.

                                                                       c.d.n.



sobota, 15 lipca 2023

Lek na wszystko?- 161

 Styczeń jakoś bardzo szybko "przegalopował" przez Warszawę obdarzając  miasto na przemian śniegiem i deszczem. Kazik znosił do domu swój "majątek" zgromadzony w biurze i nagle okazało się, że ma zbyt mało miejsca na książki, czasopisma i najprzeróżniejsze notatki.  W związku z tym Teresa przeprowadziła "remanent" i to tak skuteczny, że jeden z regałów zrobił się pusty bo jego zawartość wywędrowała do  zapasowego mieszkania. 

No nie mam pojęcia jak to jest - ale mam wrażenie, że prawie  nie kupuję książek a one same do domu się zlatują - powiedziała Teresa do taty. Przecież tu jest pięć  pokoi i w każdym są regały, ewentualnie półki z książkami. Jeszcze trochę a książki będą w łazience, kuchni i toalecie. No i dobrze, tak być powinno- pocieszył ją tata. Powinniśmy po prostu przejrzeć wszystkie książki pod kątem czy jest sens by nadal dana książka z nami była, bo żadne  mieszkanie nie jest z gumy i  się nie rozciągnie. Te mieszkania teraz budowane  są niskie, raptem 2,65m wysokości. Przecież to mieszkanie na Mokotowie miało wysokość 3,00 metry a trzy pokoje z kuchnią miały sporo ponad 100 metrów powierzchni.  Najmniejszy z pokoi miał większą powierzchnię niż tu największy z pokoi. A książki których nie zatrzymamy oddamy- ja mam nawet telefon do człowieka, który z radością przyjmie  taką darowiznę, bo on wysyła polskie książki na Litwę- tam przecież nadal jest mnóstwo Polaków, którzy nie wrócili w ramach repatriacji. Nie każdy miał w Polsce jeszcze jakąś rodzinę, część rodzin była już "wymieszana" z miejscowymi i mocno "wrośnięta"  w swoje miejsce urodzenia i dla nich ojczyzną była Litwa, niezależnie od tego pod czyimi rządami była.

Kilka dni przed końcem stycznia dyrektor instytutu wpadł na - swoim  zdaniem- świetny pomysł by koniecznie spotkać  się w prywatnym gronie w jakimś miłym  miejscu. Kazik, który nie przepadał za takimi kontaktami zełgał bez  zająknięcia, że niestety  on nie może się nigdzie wybrać ponieważ jego ukochana żona jest złożona chorobą i on musi być popołudniami i  wieczorami w domu. No to w takim razie przełożymy to na czas, gdy twoja żona wydobrzeje. Zadzwoń koniecznie  do  mnie jak już się tam nieco rozgościsz- poprosił. 

Mam podejrzenie, że to prędko nie nastąpi, bo nim się tam na tyle ustabilizuję, że nie będę   ciągle poszukiwał gdzie  mam aktualnie być - to minie  sporo czasu. W lutym jest sesja i już mi ćwierkali, że będę brał w  tym udział, bo część godzin dydaktycznych mam też mieć w godzinach studiów wieczorowych.  Sporo osób pracuje i jednocześnie studiuje. 

No to ty idziesz tam na prawdziwą orkę - skonstatował naczelny.  No tak to właśnie jest gdy się ma doktorat - część mojej pracy to właśnie będzie  dydaktyka. Mam mieć do 180 godzin dydaktycznych. Mnie bardzo pasuje to, że będę miał czasem wolne przedpołudnia. Teresa  się śmieje, że w trakcie sesji będę  cierpiał na równi ze studentami, bo jeśli któryś nie  zda to będę siebie za to winił a nie studenta. No bo to jednak dość ciężki kierunek i wykład ma w głowie studenta rozjaśnić a nie dodatkowo "zaciemnić."  I pewnie moja  żona  znów będzie w roli króliczka doświadczalnego bo na niej będę testował "jasność" mojego tłumaczenia. Ona jest pod  tym  względem świetna bo potrafi wyłapać niejasności w treści, chociaż wcale nie ma wykształcenia technicznego, jest ekonomistką i to w takiej okrojonej nieco formie, bo po studium pomaturalnym. 

A często się kłócicie?-spytał Stanisław. A o co mielibyśmy  się kłócić? - zapytał Kazik. Znam ją nieomal od jej urodzenia, nasi rodzice się przyjaźnili, byliśmy niemal tak  samo wychowywani i mamy takie same poglądy na większość spraw. Oboje  dostaliśmy nauczkę od życia bo nasze pierwsze  związki były zupełnie nieudane i oboje  wiemy, że nie ma sensu toczyć bojów tylko po to, by wykazać drugiej osobie, że ja mam rację a nie ona. Jak dotąd to tylko raz miałem do niej pretensję i to głównie o to, że w czasie ciąży wytargała sama do piwnicy dość ciężkie pudło zamiast zaczekać aż wrócę  z pracy. Co prawda to go nie podnosiła, tylko ciągnęła po podłodze a po schodkach piwnicznych w dół to zsunęła po dwóch deskach. Tym  swoim potępionym przez mnie "wyczynem" osiągnęła to, że nie odkładam nic na potem tylko robię od razu, bo wiem, że jeśli ja tego nie  zrobię zaraz,  ona to sama zrobi.

Ty to jesteś bardzo w niej zakochany, zupełnie jakbyś ją dopiero co poderwał- stwierdził "naczelny". Kazik przerwał na moment przeglądanie dokumentów, chwilę pomilczał a potem powiedział - powiedz mi, ale tak szczerze- czy  fakt, że bardzo kocham  swoją  żonę w jakiś sposób umniejsza moje walory zawodowe? I nie bardzo rozumiem po co drążysz ten temat?  O co ci chodzi? Chcesz mi jakąś kobietę naraić? No  to przyjmij do wiadomości że nie jestem zainteresowany innymi kobietami poza  własną żoną. I nie mam przepisu na dobry związek - bo to co jest dobre dla mnie  niekoniecznie jest takie dla kogoś innego. Po prostu my oboje jesteśmy po nieudanych  związkach i wyciągnęliśmy z nich wnioski. Ty też jesteś w drugim związku i zapewne wiesz dlaczego tamten związek  się rozleciał. Jeśli  przeanalizowałeś czemu twoje małżeństwo legło w gruzach to już  wiesz  czego unikać by i kolejny  się nie rozleciał.

No wiem dlaczego się rozleciał - rozleciał się z mojej winy, bo spodobała mi się bardzo Majeczka. Nie podejrzewałem jednak, że jest aż tak głupia. Zero rozwagi i totalny wstręt do logicznego myślenia. A na dodatek absolutnie nie chce mieć  dziecka.  Kazik roześmiał się - a ty myślisz, że ciąża, poród, karmienie i siedzenie z dzieckiem  w domu to taka  szalona  atrakcja dla młodej kobiety?  Ani to atrakcja ani samo zdrowie jak usiłują to wmówić dziewczynom rodzice i niektórzy faceci. 

Przejdź się do księgarni, kup kilka książek w księgarni medycznej, poczytaj  sobie dokładnie o tym wszystkim a potem wyobraź sobie, że jesteś  tą  młodą kobietą i wczuj się w jej rolę. Może wtedy zrozumiesz kompletny brak entuzjazmu młodych  kobiet do zostania matką.  My zdecydowaliśmy  się na jedno, bo chociaż  ciąża była bezproblemowa to konieczna była cesarka i wszystko dobrze  się  skończyło bo była cały czas pod znakomitą prywatną opieką ale nikt nam nie  zagwarantuje, że drugi poród będzie lżejszy i bez komplikacji takich jak przy  tym pierwszym. Ze statystyk wychodzi, że jest 80% szans, że drugi poród będzie prawidłowy, ale przeanalizowaliśmy wszystko i nie  decydujemy  się na drugie dziecko. Bo "cesarka" to  nie jest równie mało dolegliwa sprawa co obcięcie paznokci przeznaczonym do tego celu obcinakiem. To jest jednak operacja a każda operacja, nawet usunięcie zęba, może się skończyć tragicznie. Tyle  tylko że się o tym nie mówi głośno. Więc się Majeczce nie  dziw, że  się nie pali do  ciąży,  porodu i wychowywania  dziecka. Może ona jest głupia, nie znam jej więc trudno mi to ocenić, ale  jednak kombinuje prawidłowo.  Doskonale  wie  co ciebie do niej przyciągnęło i nie widzi powodów by dobrowolnie rezygnować z tych swych  walorów, które ciebie przyciągnęły. Poza tym posiedź ze dwa dni z takim maleństwem sam w domu, wtedy inaczej spojrzysz  na atrakcje które niesie macierzyństwo. 

My mieliśmy i nadal mamy  super, bo mieszka  z nami ojciec  Teresy i od  samego początku włączył się do opieki nad  małym. Mały tak  samo spokojnie  zasypiał u niego na rękach jak u mnie czy u Teresy. A ja ten pierwszy rok  mogłem spokojnie pracować, bo Teresa nie była sama z dzieckiem, zawsze był tata. Dzięki temu nie musiała  ciągać  wszędzie ze  sobą  maleństwa, bo zostawało z dziadkiem. Poza tym zrozumiałem, tak przy okazji, że wielopokoleniowa  rodzina  to dobra sprawa i ważne jest dla  dziecka to mieszkanie pod jednym dachem. Instytucji własnego dziadka lub  babci nie zastąpi obca niania.

Kazik, a czemu się twoje pierwsze małżeństwo rozleciało? Przepraszam, że pytam, ale ty się wszystkim babkom podobasz, więc myślałem, że to był powód. Nie, nie dlatego,  ale dlatego, że moja  eks żona była alkoholiczką, więc  się rozwiodłem i wyjechałem by zarobić na własne mieszkanie. A  ona się po prostu zapiła na  amen i zmarła. Że już pominę fakt, że leciała na gazie każdemu do łóżka i zdecydowanie odmawiała leczenia. A w alkoholizm wpadła  w swojej pracy. Spirytus czysty, nie  skażony był do czyszczenia sprzętu, faceci co tam pracowali ją rozpili.Nie wiem  czy wiesz, ale kobiety znacznie szybciej i dużo łatwiej wpadają w uzależnienie.  A ożeniłem się z nią, bo stwierdziła, że jest w ciąży ze mną i mój ojciec mnie  zmusił do tego ślubu. Byłem pewny, że to nie było moje dzieło, ale ojciec  mi zagroził, że przestanie  mnie finansować na studiach. Po kilku latach, gdy już byłem mężem Teresy okazało się, że oprócz mnie z jej wdzięków korzystało jeszcze dwóch  facetów. Jej matka przysłała mi jej pamiętnik- szkoda tylko,  że go wcześniej nie  znalazła. I szkoda, że mój ojciec już wtedy  nie  żył i nie mogłem mu tego przeczytać.

A wiesz, że niedługo Kurt przyjeżdża?- zapytał Stanisław.  Wiem, bo będzie zapewne nocował u nas, mamy wiele spraw do obgadania, więc będzie spał u nas. Nie pierwszy zresztą raz. Nasze  żony bardzo się zaprzyjaźniły, a mój Alek wielbi jego chłopaków. To mały zna niemiecki? Nie, on nie zna niemieckiego, chłopcy Kurta  nie znają polskiego i świetnie  się jakimś  cudem  rozumieją. To są bardzo grzeczne  dzieciaki bo hodowane  w domu. Wiesz, jak masz trójkę i między kolejnymi jest dwa lata różnicy to zupełnie nie ma wtedy sensu praca  zawodowa  kobiety. Najmłodszy już poszedł do  szkoły. Bardzo mi  się podobają te  dzieciaki, bo są nauczone wzajemnego dbania o  siebie.  Być może, że na  wakacje razem gdzieś pojedziemy i to raczej my nad ich kawałek Bałtyku, mają jakieś upatrzone  miejsce. W najgorszym razie ja zostanę w Warszawie a Teresa pojedzie z Alkiem i tatą. A może wyślemy małego z dziadkiem a my zostaniemy sami? Tata zna niemiecki na tyle, że  się z Kurtem dogaduje. A my chcemy koniecznie  pojechać w pierwszej połowie września do Tlenia, w Bory Tucholskie. Poza  sezonem tam jest  naprawdę  super. Można  kilometrami wędrować po lesie. Turystów niemal  wcale nie ma. Byliśmy tam  w ubiegłym roku i bardzo  się nam podobało. No a co się tam robi- spytał  się Stanisław. 

Się chodzi po lesie i zbiera  się grzyby, można też pychówką popływać po jeziorze albo po rozlewisku Wdy. To takie raczej emeryckie  rozrywki - stwierdził Stanisław. Nie mógłbym na taki urlop  pojechać, umarłbym tam z nudów. Kazik roześmiał  się - przecież ja  cię  wcale tam nie  zapraszam, mówię ci tylko, że nam się tam podobało. Dzieciaki były zachwycone bo widziały żywe owce, krowy, konie, kury, kaczki,  gęsi, maluchy  zbierały grzyby i dla nich to też było bardzo ciekawe. Zasypiali nim skończyli mówić "dobranoc". A to drugie  dziecko to czyje? Mój bratanek, młodszy od Alka o rok i trzy  miesiące. Takim dzieciaczkom niemal  wszystko się podoba, nawet zwykła kura i zwyczajna sosnowa  szyszka. Przy takich malcach uświadamiasz  sobie, że świat jest piękny. Poza tym można pojeździć po okolicy, np. zobaczyć Grudziądz, wpaść na jeden  dzień do Torunia, ale my mało jeździliśmy, głównie włóczyliśmy się lasem wzdłuż Wdy. Dzieciakom to się wszystko podobało, nawet pająki i mrówki. Obiecaliśmy im, że gdy teraz  pojedziemy to wynajmiemy bryczkę i bryczką pojeździmy po lesie. Mamy już tam  znajomego faceta i on nam to załatwi.

Jeśli będziemy w tym samym domu co wtedy to jest tam w ogrodzie miejsce na ognisko i może  będziemy w tym roku piec kiełbaski i ziemniaki. Generalnie  wszystko co  dzieciaki  widzą po raz pierwszy jest ich  zdaniem piękne. Śniadania  robiliśmy w domu, a obiady i kolacje jedliśmy w pobliskiej restauracji.Mieliśmy tam  swój stolik a znajomy kelner  zawsze nam wybierał co danego dnia jest najlepsze.

A twój brat też taki zakochany w  swojej żonie jak ty? Wyobraź sobie, że nie - już są po rozwodzie od ponad  roku. I ma dziecko prawnie innego tatę, który szalenie kocha  jego mamę i jego. Żartujesz? Nie, to nie nadaje  się do żartów - rozeszli się, sąd przyznał dziecko matce, jej mąż wystąpił o pełne przysposobienie małego i mój brat wyraził na nie  zgodę i teraz dziecko ma innego ojca, który się nim świetnie  zajmuje, znacznie lepiej niż to robił mój  brat. Zresztą mój brat pracuje teraz  we Francji, o czym zresztą od  dawna marzył. I nie tęskni za dzieckiem?  Chyba nie, nie  widziałem żadnej jego reakcji na widok zdjęcia dziecka przytulonego do obecnego męża jego byłej żony. Dziecko ma teraz  kompletną rodzinę - tatę, mamę i dziadka. A ty znasz tego jego dziadka, to Jacek z N.W.M., teraz już na  emeryturze. Ależ on chyba jeszcze  nie jest w wieku emerytalnym! Przecież on jest na wojskowej emeryturze, tam się jakoś inaczej wszystko liczy. Moje dziecko ma teraz  dwóch  dziadków, bo na Jacka też mówi  dziadek , a Jacek obu chłopców  autentycznie  kocha. Nasze  dzieci mają dwóch  dziadków i  ani pół babci. A Jacek  mieszka bardzo blisko nas. A była żona mego brata to serdeczna, wieloletnia przyjaciółka mojej żony. Mogę ci pokazać zdjęcie rodzinne, mam w smartfonie. No pokaż. Kazik pokazał zdjęcie właśnie z Borów Tucholskich, które im zrobił pan Juleczek.  

Stanisław chwilę patrzył i powiedział - Jacek jakoś jakby odmłodniał! No wiesz, już ponad cztery  lata nie ma żadnych problemów  zawodowych to i jakby odmłodniał.  Przecież tam  zawsze miał kupę  spraw na głowie, bo był diablo odpowiedzialnym facetem. A tu zero problemów, chodzi na spacery z dwiema młodymi kobietkami i dwójką dzieci i jedyne jego zmartwienie to czy pogoda będzie na tyle  dobra, żeby dzieci mogły być na placu zabaw. Ja się z nim widuję niemal codziennie, wszyscy razem  często jemy razem obiady, w weekendy zwłaszcza. Jacek bardzo  się  zaprzyjaźnił z moim teściem - są z nich takie papużki nierozłączki. Zawsze razem oglądają jakieś wydarzenia  sportowe. A moja  żona  zawsze mówi, że Jacek jest dla  niej teściem. Lubią  się z Teresą i cenią. A syn Jacka to uwielbia Teresę, bo mu wyprawiła u nas przyjątko gdy obronił magisterkę. Co Teresa  powie to niemal święte.

                                                            c.d.n.