wtorek, 26 września 2023

Córeczka tatusia - 16

 W niedzielę  przy śniadaniu, Wojtek stwierdził, że pogoda jest "całkiem przyzwoita", więc mogliby w trzy pary,  dwoma   samochodami, wybrać  się w jakieś  sympatyczne "okoliczności przyrody". Na przykład w  jakieś mało cywilizowane  miejsce nad Wisłę. To całkiem niedaleko, mniej  więcej na  wysokości  Konstancina - miejsce dzikie, a co najważniejsze nie ma  tam żadnych "cywilizowanych warunków" typu kioski z jedzeniem  i piciem, więc warszawiacy tam nie jeżdżą, zresztą część drogi pokonuje  się polnym duktem, potem przejeżdża przez wał przeciwpowodziowy. W tym  miejscu jest wyspa na Wiśle i ten kawalątek Wisły między  wyspą a lądem jest płyciutki, ale i tak się nie nadaje  do kąpieli, bo dno Wisły jest niebezpieczne, można trafić na ruchomy piasek i wpaść w  głęboki dół.  A kiedy byłeś tam ostatni raz? - spytała Marta. No z tobą kochanie. 

Ale to było szalenie  dawno! Może  się tam coś już zmieniło, może się tam coś pobudowało- Marta  miała wielkie  wątpliwości odnośnie tej propozycji. Wiesz tata i Pati  to bez trudu przeżyją rozczarowanie takim  miejscem ale twoi rodzice, a głównie mama to mogą być zniesmaczeni -  tłumaczyła Wojtkowi Marta.  No to ja  ich uprzedzę, że może być tam mało cywilizowanie i co najwyżej  można tam nogi pomoczyć. No to są właśnie warunki w sam raz dla mojego taty, on nie  jest typu "ę i ą", woli  "wczasy pod  gruszą" niż w jakimś uzdrowisku.  Zresztą ja ich uprzedzę, że dawno tam nie byliśmy.  Ja wiem, że mama to wolałaby pojechać do któregoś z tych miejsc nad Zegrzem, ale tam w weekendy jest co najmniej  tłumnie.  Ale tata na pewno wolałby pojechać gdzieś na  dziko a mama to wolałaby pojechać do Kazimierza i pospacerować w tłoku na  rynku a nie pójść na jakiś odleglejszy spacer tam, gdzie nie ma ludzi.

Tata przysłuchiwał  się ich dyskusji i długo nic  nie mówił, w końcu powiedział - a może byś Wojtku  po prostu zadzwonił do  rodziców i  zapytał jakie mają plany , bo nie  wykluczone jest, że oni już mają jakieś własne plany na  dziś. My z Pati możemy z wami na to "bezludzie" pojechać, weź tylko pod  uwagę fakt, że jutro macie ślub, więc płeć piękna  z całą pewnością nie będzie zachwycona całodziennym siedzeniem nad wodą. To jednak jest jakieś wydarzenie, do którego każda z pań  chce  być dobrze  przygotowana,  wypiękniona, wypoczęta  a nie zmęczona całym  dniem przebywania  na słońcu.

No fakt, nie  wziąłem tego pod uwagę - przyznał się samokrytycznie  Wojtek. Jestem  już tak  zżyty z Martusią jakbyśmy  byli od lat małżeństwem i jakoś słabo do mnie  dociera, że dopiero jutro będę jej mężem. Najzabawniejsze, że ja od  wielu lat  myślę o  niej tak jakby  była moją żoną.

No ale  jeżeli cię tak dziś nosi to możemy z tatą i Pati wyskoczyć na spacer po Konstancinie i wpaść na obiad do Świerkowej i zjeść go na tarasie oganiając  się od os - zaproponowała Marta.  Jutro mamy ślub, a we wtorek wyjeżdżamy, więc do obu wydarzeń musimy się jakoś przecież przygotować. Dziś musisz  pomyśleć co bierzemy do Sopotu oprócz kąpielówek i klapek. Przecież zamierzamy  tam być głównie na plaży a nie biegać po sklepach by uzupełnić garderobę - Marta wyraźnie trzeźwiła umysł Wojtka.

Wojtek uśmiechnął się kwaśno i stwierdził,  że ma chyba już tak wyjałowiony mózg przez pisanie tej swojej pracy, że racjonalne  myślenie o  otaczającej go rzeczywistości niemal mu  nie wychodzi. Kochany- to może ty się zastanów dziś czy naprawdę mamy brać  ślub już teraz, czy  może aż napiszesz i obronisz  tę pracę - powiedziała ze śmiechem Marta. Tak naprawdę to przecież nic nas pogania do wzięcia ślubu. Równie dobrze możemy się pobrać za rok albo w przerwie pomiędzy moimi semestrami. 

Ojej - rozjęczał się Wojtek- nie bądź okrutna, marzę  żebyśmy już byli po ślubie, bym zasypiał i budził  się razem z tobą, a nie w drugim pokoju. No ale  doceń jak masz mnie  w sumie bliziutko - zwłaszcza teraz  gdy ja mam wakacje - tłumaczyła Marta. Nawet gdy piszesz te  swoje  arcy mądre  rzeczy, z których nic nie  kumam, choć piszesz jak najbardziej po polsku, to jesteśmy razem, bo ty piszesz  a ja jestem obok ciebie i albo czytam  albo robię  coś bardziej pożytecznego, np. sweter dla ciebie. To co robisz to robisz dla mnie? Myślałem, że "drutujesz" coś dla siebie. Robię dla ciebie tak zwany "bezrękawnik" - można go nosić w zimne  dni pod marynarką.

Udało mi  się upolować na internecie włóczkę cienką, miękką a do tego to setka  wełna z jedwabiem. Tylko długo mi się go robi, bo cienka  włóczka więc i druty  muszę mieć  cienkie. Ale już zrobiłam plecy i teraz  robię już przód. Pierwszy raz robię męski sweter i mam wrażenie, że to trwa  wieki, no bo ty jesteś wysoki. Tacie to kupowałam gotowce a dla ciebie się "poświęcam". Mam nadzieję, że go skończę do zimy. A można taki bezrękawnik nosić i bez  marynarki? - spytał Wojtek. No jasne, że można- możesz mieć pod nim "normalną" koszulę  ale  możesz też mieć koszulkę polo. A umiesz zrobić  czapkę? Umiem, ale bez daszka. Mogę ci zrobić na  zimę  czapkę i szalik. Tylko ci zrobię jeszcze przed  zimą, bo będę miała więcej nauki i będę pisała pracę licencjacką. A po co, skoro chcesz  studiować na II stopień?  Po prostu dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości - jeżeli mi stanie coś na przeszkodzie do ukończenia II stopnia to będę jednak już  miała licencjat w garści.  Wojtek zamyślił się -  właściwie to masz rację - bardzo trzeźwo myślisz. Zawsze mi imponowało twoje  trzeźwe  spojrzenie i odwaga  w wygłaszaniu  własnej opinii.  A pomimo tego  nie masz problemu by pójść na kompromis.

Marta wyjęła  z szafy dwie torby, potem otworzyła szafę ze  swoimi rzeczami i zaczęła do jednej z toreb wkładać swoje rzeczy. Co robisz? - niezbyt mądrze zapytał Wojtek. Pakuję się na wyjazd do Sopotu. Na te dziesięć  dni to nie trzeba mi wielu rzeczy, poza tym w Sopocie też można parę rzeczy kupić. Wezmę dwie pary spodni, trzecie  będę miała na  sobie, klapki po domu i klapki na plażę, kurtkę nieprzemakalną i kurtkę letnią, 2 sweterki cienki i grubszy, adidasy zapasowe, bieliznę. szlafrok  kąpielowy zamiast ręcznika na plażę, leżak lub kosz sobie wypożyczymy, podwójną matę plażową też wezmę, czasem chce się poleć na brzuchu, cztery ręczniki. Kilka bluzek, jedną sukienkę gdy się nam  zachce pójść gdzieś potańczyć. Muszę jeszcze kosmetyki dla  nas przejrzeć i może coś w poniedziałek przed południem  dokupić w drogerii. Weź tę zieloną torbę, ona jest większa, ale ty masz większe rozmiarowo rzeczy niż moje. I zastanów  się czy aby na pewno musisz  brać na te 10 dni laptop. Na smartfonie to chyba dasz radę przeżyć, Wi-Fi jest ponoć w tym budynku. No to chodź ze mną gdy się będę pakował, bo ostatnie lata to jakoś nigdzie  nie wyjeżdżałem. W pół godziny potem oboje  już byli spakowani na  wyjazd. Tata dorzucił do rzeczy Wojtka szlafrok frotowy w jasno granatowym kolorze mówiąc - weź mój, bo ja się już jakoś rozrosłem w poprzek- poza tym jakoś zawsze o nim zapominałem jadąc nad morze.

W poniedziałek Marta obudziła  się już o 8,00 rano. Gdy ziewając wyszła ze  swojego pokoju zobaczyła, że w kuchni już urzędują "jej mężczyźni". A co wy tak wcześnie się zerwaliście- spytała tłumiąc  ziewanie. Ja to się obudziłem jak  zawsze o 6,30 poinformował ją  tata, a o 7,00 dobił do mnie  Wojtuś.

A o której idziesz do fryzjerki? - spytał tata. O żadnej,  mam na tyle  krótkie włosy że nie jest mi do czegokolwiek  potrzebna  fryzjerka. Uczeszę  się, psiknę trochę lakieru i będzie.  Pati będzie dopiero koło południa, więc wszystko zdążymy.

Czy my się jakoś umawialiśmy z moimi rodzicami?-zastanawiał  się na głos Wojtek. Nie wiem, ale może  zatelefonuj do nich po dziewiątej, że  szanowny świadek  ma być w Pałacu ślubów o 13,30  i że w  związku z tym wyjeżdżamy z domu o13,00, bo przecież trzeba tam gdzieś  zaparkować. W tym układzie  to możemy przecież pojechać  tam w dwa   samochody - stwierdziła Marta. My tam przyjedziemy przecież razem z Patrycją.

Około 9,30 Wojtek zatelefonował do ojca, przypominając  mu, by nie  zapomniał wziąć swego polskiego paszportu i powiedział, że ma koniecznie być o 13,30 w Pałacu Ślubów i jeśli ma jakieś kłopoty z trafieniem na miejsce to niech podjadą pod dom Marty o godzinie 13,00 i razem w  dwa samochody tam pojadą. 

Patrycja przyszła nieco  wcześniej i wyglądała niezwykle elegancko w letnim wzorzystym kostiumie -  na jasno zielonym tle były ciemno zielone liście, bardzo naturalnie wyglądające. Dopasowany  żakiet świetnie podkreślał jej figurę, ciemno brązowe półszpilki i w takim  samym kolorze torebka dopełniały całości, na  szyi miała złoty łańcuszek, na którym był zawieszony jeden nieduży złoty listek pokryty zieloną  emalią. Wyglądała nie tylko elegancko ale i ładnie. Tak jak obiecała  przyniosła białe frezje  z bordowymi  żyłkami na wewnętrznej stronie płatków. Klamra przeznaczona  do włosów Marty miała trzy kolory frezji- białe z tą bordową  żyłka, ciemno różowe i ciemno różowe z fioletem. Marta zastanawiała  się nad dodatkami, bowiem strój Wojtka  wymuszał niejako , że powinna pójść w czarnych szpilkach, a czarna, matowa torebka jakoś optycznie  nie pasowała do całości. No ale po co ci Martusiu torebka? - zapytała Pati.  Dowód osobisty weźmie do swojej kieszeni Wojtek, chusteczkę do nosa schowasz w torebce, która na pewno jest w tym szerokim pasku. Tam jest torebka? -zdumiała  się Marta. No może nie regularna  torebka, ale taka kieszonka w sam raz na chusteczkę do nosa. Pokaż mi tę sukienkę. Pati obejrzała pasek i powiedziała- jest w  wierzchniej stronie paska, ukryta pod kokardą. Bo jak widzisz on się nieco dziwnie  zapina bo kokarda jest zawiązana na stałe i jego obwód można  zmieniać przesuwając kokardę po obwodzie paska- tu jest mnóstwo dziurek, których nie  widać w  tych  zmarszczeniach,  ale je wyczujesz pod palcami i wetkniesz  w nie te plastikowe kołeczki. 

Frezje, który miały  zdobić butonierkę marynarki miały łodyżki zanurzone w płaskiej fiolce wypełnionej przezroczystą, zielonkawą "galaretką" żeby bez uszczerbku przetrwały wiele godzin. Pati bardzo sprawnie przecięła nitki w butonierce, wprowadziła do niej ową płaską fiolkę i przymocowała ją do spodu klapy marynarki pętelką z nitki w ciemno bordowym kolorze.  Gdy  Pati skończyła przygotowywanie Marty, Wojtek poszedł się przebierać do swojego pokoju i poszła  z nim Marta. Gdy wyszli Pati powiedziała do taty Marty - nie da  się ukryć, że zmajstrowałeś piękną dziewczynkę ale najważniejsze, że ją tak wspaniale wychowałeś. No i  na dodatek  to bardzo mądra dziewczyna. Jestem pełna podziwu dla Ciebie!

Pięć minut przed trzynastą rodzice Wojtka zameldowali przez domofon, że są  na dole i czekają w  samochodzie. Marta szybko dała Wojtkowi swój dowód osobisty, jeszcze raz przejrzała  się w lustrze, objęła Pati, pocałowała ją w policzek, głośno powiedziała, że ogromnie   dziękuje jej za pomoc a do ucha jej szepnęła-  teraz  wasza kolej!

                                                                   c.d.n.





niedziela, 24 września 2023

Córeczka tatusia - 15

 Gdyby Marta, jej tata, lub Wojtek prowadzili coś na kształt "kroniki  rodzinnej" to musieliby odnotować, że ten piątek był w sumie  dość niezwykłym  dniem , bo:  tego  dnia Wojtek sprzedał swoje mieszkanie  swemu ojcu- wprawdzie nie  za najwyższą kwotę, którą mógłby uzyskać sprzedając  je osobie obcej, nie mniej uzyskana za nie kwota  całkiem go satysfakcjonowała. Następną  sprawą, godną odnotowania  było to, że tata przyjaźni się z panią Patrycją i nie jest to przelotny flirt i tym samym Patrycja zostaje  wpisana na listę rodzinną i od tej  chwili będzie brała udział  we wszystkich rodzinnych sprawach i nie wykluczone jest, że się z tatą zwiążą wkrótce węzłem małżeńskim. Co prawda oboje  mieli dość sceptyczny  stosunek do małżeństwa, bo kochać  się i szanować wzajemnie to można i bez ślubu, ale pewne formalności prawne wyraźnie faworyzowały związki małżeńskie. 

W ramach włączania Patrycji na listę rodzinną Marta zarządziła  w piątkowy wieczór kolację w towarzystwie Patrycji i tata razem z Wojtkiem wpadli do kwiaciarni przed jej zamknięciem by "porwać" Patrycję na kolację.  A  na sobotnią kolację Marta zaprosiła  i teściów i Patrycję, bo uznała, że lepiej będzie gdy oni i Patrycja poznają się jeszcze przed ślubem jej i Wojtka. 

Tata miał coś w rodzaju wyrzutów  sumienia, że ukrywał przed Martą swą znajomość z Patrycją,  ale Marta, aby go nieco pocieszyć powiedziała - no to mamy rachunki między  sobą wyrównane, bo nigdy ci nie powiedziałam, że chodziliśmy z Wojtkiem do kina tylko po to, żeby  się całować. Tata się roześmiał i powiedział - muszę cię zmartwić, ale nie byliście w tej materii prekursorami, moje pokolenie też było kinomanami - miłośnikami ostatniego rzędu w kinie. A Wojtek powiedział - wygląda na to, że kinomania  jest  niejako uwarunkowana genetycznie. I na większości tytułów bywaliśmy po dwa razy - raz w kinie  a raz na filmie.

Na sobotnią kolację to ojciec był tym który zapraszał "prawie teściów". Rozmawiał z "prawie teściem" i napomknął "między wierszami", że oprócz nich będzie jeszcze jedna osoba, której oni jeszcze nie  znają. Ale oczywiście nie jest to jakaś oficjalna kolacja, krawat i garnitur są absolutnie  zbyteczne. Oczywiście "prawie teść" nie dociekał kim jest jeszcze jedna osoba na kolacji - mało tego - nie powiedział żonie, że oprócz nich będzie jeszcze ktoś na kolacji. "Prawie teściowa" w  związku z tym nie  spędziła przed wyjściem  z  domu dwóch godzin przed lustrem, zamiast  szpilek wdziała zwyczajne sandałki na niewysokim koturnie i wreszcie wyglądała tak zwyczajnie, po matczynemu, a nie jak żona faceta na dyrektorskim stanowisku podczas oficjalnego służbowego przyjęcia.  Prawie teściowie dotarli dziwnym trafem  z dziesięć minut przed czasem. Marta z przyjemnością zauważyła całkiem naturalny wygląd swej teściowej i skomplementowała go. 

No bo się dziś nie malowałam - głupio  być wymalowaną  w miejscu w którym snują  się tylko zakonnice i stare, schorowane kobiety. To strasznie przygnębiające miejsce, choć trzeba przyznać, że  ogród mają piękny i bardzo zadbany. I on jest ogromny. I mają na swoim terenie parterowy budynek, w którym jest przedszkole.   I podobno dzieci  przybiegają do tych kobiet, które są przytomniejsze niż Helenka. A jak ciocia Helena? No jak zwykle - nijak. Ona po prostu już nie kontaktuje, ale jest czyściutko ubrana, uczesana i siedzi jak mumijka. To strasznie przygnębiający widok- przynajmniej dla mnie. Bo ojciec twierdzi, że to normalne, bo Helenka  zawsze była jakby nieco opóźniona  w rozwoju. No ale dobrze, że jest duży ogród, bo przynajmniej ciocia jest na świeżym powietrzu,  a nie leży pokotem w pokoju jak rok długi - powiedziała Marta.   No fakt- zgodziła  się "prawie teściowa".  

W tej chwili do pokoju wszedł tata Marty i powiedział - Pati się spóźnia, podejrzewam, że ma problem z zamknięciem kraty- wyskoczę do niej z Wojtkiem i narzędziami. Dwie minuty później już obu nie  było.  A co się stało? dokąd oni poszli?- zaczęła się dopytywać  "prawie teściowa". Marta uśmiechnęła  się - poszli sprawdzić, czy Patrycja  nie ma kłopotów z kratą na drzwiach kwiaciarni. A  kto to jest Patrycja?  Marta uśmiechnęła  się - to jest tak zwana niespodzianka - to przyjaciółka taty. Przemiła osoba. Będzie tacie  towarzyszyła na  naszym ślubie i na obiedzie. I dziś będzie na kolacji.  

Teściową lekko zatkało, ale  powiedziała - ja  chyba tej pani nie  znam.  No właśnie  dlatego, że jej mamo nie znasz to będzie  dziś na kolacji, żebyście  się poznały.  Czy to oznacza, że będziesz  miała  macochę? - spytała prawie  teściowa. Nie wykluczone to jest - ale nie będzie "macochą" tylko co najwyżej macoszką. To bardzo miła i łagodna osoba a do tego inteligentna.  Wojtkowi też  się podoba. 

Od jak dawna twój ojciec ją  zna? Nie  wiem, nie pytałam, to już duży chłopczyk i mocno doświadczony przez życie. W każdym razie podejrzewam, że dość długo. Gdy był piękny i młody to poleciał na urodę, teraz raczej interesuje go rozum kobiety  a nie  uroda. Ale  zapewniam  cię, że nie jest brzydka. A czy ty znałaś moją matkę?  Nie, osobiście nie  znałam jej. Ale pamiętam, że była bardzo ładna, raz ją widziałam na zebraniu rodziców. A ja wcale nie pamiętam jak wyglądała moja matka - ona mnie  nienawidziła- cicho powiedziała Marta. Myślę, że była bardzo niezrównoważoną osobą. A tata nie ma ani jednego jej zdjęcia. Ja rozumiem, że czasem dzieci są nieznośne, ale  czy powiedziałaś swemu dziecku że jest dla ciebie tylko i wyłącznie udręką i że masz go dosyć? Że ci przeszkadza  w życiu? Bo ja to od niej często słyszałam i to wszystko powiedziałam w  sądzie i że dlatego wybrałam, że chcę pozostać z tatą. Przez cały czas aż do mojej pełnoletności tata był ze mną, to on mnie  wprowadzał w życie i tłumaczył mi świat. Ważna byłam dla niego ja i moje sprawy, o  sobie nie myślał. 

W tej chwili zazgrzytał klucz w  zamku, Marta umilkła i wyszła pospiesznie  do przedpokoju. Uścisnęły  się z uśmiechem  z Pati, która powiedziała - już myślałam, że będę dziś nocować w kwiaciarni, ale na  szczęście udało się tę piekielną kratę zamknąć. Tym sposobem w poniedziałek skoro świt ściągnę speca od krat i Lucyna będzie się nim zajmowała. A jutro kwiaciarnia będzie nieczynna i też dziury  w niebie z tego powodu nie będzie - kartkę z zawiadomieniem już wywiesiłam.

W drzwiach pokoju stanęła "prawie teściowa" i zapytała-no i jak? Bo już  chciałam  Starego od telewizora odłączyć i posłać go na pomoc. No udało się, ale to będzie grubsza naprawa bo ona gdzieś na górze mechanizmu  ma jakąś przeszkodę - odpowiedział Wojtek. Nie  znam  się na  awariach takich urządzeń. Tata podejrzewa, że tam się jakaś zębatka popsuła.

Tata mrugnął do Marty, wyciągnął rękę do Pati i powiedział do "prawie teściowej"  -  pozwól, że ci przedstawię  swoją serdeczną przyjaciółkę, Patrycję czyli Pati. Skoro moje  jedyne dziecko już się nieomal ustabilizowało to i jak mogę nieco uporządkować swoje życie osobiste i wyciągnąć je z ukrycia.

Panie wymieniły uścisk dłoni, wyszczerzyły się w przyjaznym uśmiechu a tata powiedział- chodźmy do pokoju, nie stójmy tu. Marta kiwnęła na Wojtka i zagarnęła go do kuchni. Kolacja  była właściwie już gotowa, Marta zrobiła kilka kolorowych różnych sałatek, wielki półmisek tartinek, a na półmisku z przegródkami leżały pooddzielane składniki sałatek. Wojtek na moment dostał etat domowego kelnera i kursował z półmiskami, talerzami, dzbankami pomiędzy kuchnią i pokojem. Ojciec Wojtka  został niemal siłą odciągnięty od  telewizora, co wyraźnie  sprawiło mu sporą przykrość bo oglądał jakiś mecz piłki kopanej transmitowany przez Euro Sport.

Prawie teściowa żaliła  się do Pati, że Martusia i Wojtek  nie  chcą jej pokazać  swoich ślubnych strojów. Pati ją pocieszyła, że ona ich też nie  widziała, ale Marta ma niesamowite wyczucie koloru i garnitur, który wybrała świetnie odzwierciedla charakter Wojtka, bo to jest kolor dla silnych i pewnych siebie mężczyzn a Wojtek właśnie taki jest. Martusia wybrała też intuicyjnie kwiaty dla siebie i Wojtka. 

W tej chwili Marta powiedziała - Pati, ale co będzie jeśli się nie dostaniesz rano do kwiaciarni przez tę kratę?  Pati uśmiechnęła  się - w poniedziałek o 5 rano jadę na giełdę kwiatów i na pewno będą takie jakie zamówiłaś. Poza tym o 6 rano w poniedziałek już będę miała kontakt ze ślusarzem.  O piątej rano? - oczy Marty wyrażały przerażenie i niedowierzanie. Pati uśmiechnęła  się - i wcale nie będę najpierwsza - od 3,30 nad  ranem już się  zjeżdżają dostawcy żeby znaleźć jak najlepsze  miejsce  dla siebie. Giełda warzyw i owoców też zaczyna tak  wcześnie swe działanie. Tam i ci kupujący przyjeżdżają bladym świtem.  Życie wszelakich producentów  nie jest usłane  różami, zwłaszcza tych, których produkcja w dużej mierze zależy od  warunków atmosferycznych. Bo albo jest zbyt sucho i wtedy rosną koszty produkcji bo nawadnianie kosztuje, albo jest zbyt mokro i rośliny najzwyczajniej gniją.Teoretycznie powinna  być opłacalna produkcja szklarniowa, ale nie wyhoduje  się wszystkiego w  szklarni. Owszem- sporo kwiatów można hodować  w  szklarni, no ale trzeba mieć ludzi do obsługi, do ciągłego doglądania. I nawet kwiatów nie wyhoduje  się nic o nich nie wiedząc. Zaczęłam rozumieć różnych producentów dopiero wtedy gdy zaczęłam swą przygodę z kwiaciarnią. Konsument dostrzega tylko to, że "badylarz" przywiezie jedną przyczepę młodziutkich kalafiorów i "zarobi na mercedesa". To są mity- na pewno nie  zakupi za te kalafiory nowego mercedesa, co najwyżej przechodzonego, 20-letniego. I nikt z kupujących nie ma pojęcia ile trudu kosztuje wyhodowanie tych kalafiorów i że niemożliwością  jest wyhodować je  samemu, bez pracy ludzi, nikomu nie  wpadnie  do głowy, że ogrzewanie i nawadnianie szklarni kosztuje, że tak naprawdę to nic samo nie rośnie i że niemal każdy  ogrodnik czy też producent  warzyw jest także pracodawcą i musi ludziom u niego pracującym płacić pensję i składki  ZUS. Same to rosną tylko chwasty na polu. Mam wiele szacunku dla tych ludzi - nie mają  wcale  łatwego życia. Przysłowiowy "badylarz" pracuje "na okrągło" a nie jak urzędnik  8 godzin.  To trochę tak jak bycie rodzicem - nikt nie jest rodzicem tylko w określonych godzinach - jest się nim 24 godziny na dobę i to właściwie do końca  swego życia, bo przecież nawet gdy dziecko już jest dorosłe i  samodzielne to rodzice nadal przeżywają jego  wzloty i upadki.

Pati, ale ja nie chcę byś przeze mnie jechała o świcie po te kwiaty! Obędziemy się bez kwiatów w moich włosach i w butonierce Wojtkowego garnituru!  Marteczko - ja tam jadę nie tylko po te kwiatki dla was, ja  muszę też dokupić kwiatów do kwiaciarni. A jeżdżę głównie ja, bo moja wspólniczka za nic w świecie nie potrafi  się targować - a żeby było śmieszniej, to ci sprzedający wolą handlować z kimś, kto potrafi się targować. I dlatego to zawsze ja robię tam  zakupy. Ja po prostu w niedzielę, jak  zawsze, pójdę wcześniej  spać, zamiast o północy to około dwudziestej drugiej.  Zawsze tak robię i to zdaje egzamin. Nooo, uśmiechnij  się, proszę!  Poza tym, abstrahując od kwiatków  dla was to muszę już o 6 rano dzwonić do pana ślusarza, który obsługuje  również mechanizmy krat, żeby rano przyjechał i sprawdził co się dzieje. A na kartce wiszącej na  szybie napisałam, że kwiaciarnia będzie nieczynna w niedzielę i poniedziałek z powodu awarii. Całe  szczęście, że ta kwiaciarnia ma drugie wyjście- co prawda mało miłe bo trzeba przejść mały odcinek korytarzem piwnicznym i nie  zawsze funkcjonuje oświetlenie,  ale ja  zawsze mam przy wyjściu latarkę i jeśli żarówka przepalona to się wspomagam  latarką i dzwonię do dozorcy, że żarówka nie działa. Muszę po prostu poszukać jakiejś innej metody na te drzwi albo ten mechanizm wydobyć z muru, puścić go wierzchem a ukryć tylko jakąś obudową. Ale to będę musiała  załatwić ze spółdzielnią, bo to ich lokal, ja jestem tylko najemcą.

                                                                       c.d.n.


piątek, 22 września 2023

Córeczka tatusia - 14

 Rodzice Wojtka zjechali  do Warszawy późnym popołudniem i tak jak było umówione  wpierw "wpadli" do taty i Marty po klucze do mieszkania. Mama Wojtka wyrażała  swój entuzjazm związany  z faktem, że Marta   będzie teraz  jej ukochaną synową i zaproponowała, by może po ślubie Marta zwracała  się do niej per "mamo" a nie  ciociu. Marta zgodziła  się, wiedząc, że wszak niezbyt  często będą się widywać. Zjedli wszyscy razem wcześniejszą nieco kolację, w trakcie której teściowa koniecznie  chciała jeszcze  dziś obejrzeć ślubne  stroje  obojga,  ale  Wojtek powiedział, że nie ma takiej opcji - to będzie po prostu niespodzianka.  Po kolacji Wojtek wręczając ojcu klucze do drugiego mieszkania wytłumaczył  mu, że nie widzi potrzeby by im towarzyszyć do drugiego  mieszkania, bo wszak drogę dobrze oboje  znają,  w domu jest pełna lodówka różnych wiktuałów  i umówił się ze swoim ojcem, że następnego dnia spotkają  się obaj już u notariusza.  

A może ty córeczko chcesz się nieco odnowić biologicznie przed tą imprezą i poszłabyś  razem  ze mną do SPA?- spytała  "prawie teściowa".  Oj nie, nie bardzo  lubię czuć dotyk cudzych rąk na swoim ciele. Poza tym jestem naprawdę  w dobrej formie, bo w czasie  wakacji nie muszę wstawać wcześnie  rano, a najwięcej na urodę  szkodzi mi właśnie  wczesne wstawanie. Ja nawet w dniu ślubu nie pójdę do fryzjera a zamiast obecnie modnej  obecnie maski czekoladowej na  całe  ciało dosypię  sobie  do porannej kąpieli sól morską z Morza Martwego.

Co do włosów i uczesania - nie będzie żadnej wymyślnej koafiury - jedyną ekstrawagancją  będą wpięte w moje  włosy małe, żywe kwiatki i takie  same będą   wpięte  w butonierkę garnituru Wojtka.  A te kwiatki w moje  włosy i w butonierkę wepnie  nam siła fachowa, która wie jak  się to robi. 

A co to za siła fachowa ?- "prawie  teściową"  wyraźnie  zżerała  ciekawość. To bardzo miła pani, która jest współwłaścicielką kwiaciarni w której często robimy zakupy- zaspokoiła ciekawość prawie teściowej  Marta. Przyjdzie  do nas w południe, żeby bez pospiechu nas "udekorować". I, być może - zaproszę ją na nasz ślub bo to bardzo miła i kulturalna osoba. My i świadkowie  musimy  być w tym Pałacu Ślubów o 13,30,  a sam ślub ma być o godzinie  14,00  a po ślubie będzie w przyległej salce toast spełniony szampanem i potem my ze świadkami jedziemy na obiad do Hotelu Europejskiego. Muszę tylko zapamiętać, by jutro  kupić jakieś krakersy wytrawne na  zakąskę do tego szampana.

Menu obiadu nie jest z góry ustalone, każdy sobie wybierze to na co będzie  miał ochotę. Tam dobrze karmią, bo jednak mają sporo gości  zagranicznych. Tak mi doradziła koleżanka, której mąż jest kierownikiem sali w jednej z bardziej ekskluzywnych  restauracji, w której niemal na okrągło są przyjęcia  ślubne. Tam gdzie on pracuje termin przyjęcia ślubnego zamawia się  kilka miesięcy wcześniej.  Ponoć takie zamówione wcześniej menu to istny sezam i pozbycie  się resztek dla restauracji oraz  drenaż dla kieszeni  zamawiającego, zwłaszcza  wtedy gdy do stołów  zasiada kilkadziesiąt osób. Wtedy zamawia się z reguły wódkę, bo bez wódki to nie jest prawdziwe wesele i zamawia  się różne  wina, bo ponoć tak wypada - przecież niektórzy wolą białe a inni czerwone.

Ja nie rozgłaszałam wśród  swoich znajomych, że mam ślub i nie zaprosiłam żadnych swoich znajomych, ci co na ślubie  będą to głównie znajomi Wojtka i może zbierze  się kilkanaście osób. To cywilny ślub, który trwa góra 20 minut. Poza tym to okres  wakacji.  Drugie 20 minut to będzie w salce z toastem i pojedziemy na obiad. Mam nadzieję, że nie będzie tego dnia deszczu. Zawszeć milej  gdy nie pada. A kiedy wyjeżdżacie? Chyba we  wtorek rano, ale to Wojtek tu rządzi, bo on cały czas wszystko ustawia pod kątem swojej  pracy  magisterskiej i czasem musi się z kimś spotkać by coś jeszcze omówić i ustalić. 

I ty mu  się tak podporządkowujesz?- zdziwiła  się "prawie teściowa".  Podporządkowuję?- zdziwiła  się z kolei Marta- my z Wojtkiem  żyjemy po prostu w całkowitej symbiozie. Teraz jego praca magisterska jest dla nas obojga sprawą najważniejszą. Potem, za rok ja będę pisała pracę licencjacką, a potem za dwa lata zapewne  magisterską. Odkryłam na tych studiach, że bardzo lubię i interesuje  mnie chemia  i zapewne podejmę po studiach pracę u producenta kosmetyków. Mają  świetny ośrodek rozwojowo- badawczy. 

To ty nie będziesz kosmetyczką?- "prawie teściowa" była wyraźnie rozczarowana. Nie, nie będę - gdybym chciała być kosmetyczką wystarczyłby intensywny 10 miesięczny kurs lub dwuletnia  szkoła  zawodowa  w tym kierunku. Hmm, a wiesz, że kosmetyczki świetnie  zarabiają?  Marta uśmiechnęła się -  wiem, ale nie  wszystkie dobrze  zarabiają, tylko te, które trafią do znanego, z wyrobioną już  marką salonu. Poza tym  jak dla  mnie to za dużo częstego kontaktu z  zupełnie obcymi ludźmi no i nie jest to  wcale lekka praca i przeważnie na zmiany.

A jakie ty kosmetyki używasz? - spytała "prawie teściowa". Niemal wcale  nie używam kolorowych a z kremów to kremy dla dzieci lub cholesterol z witaminami A + E bo mam  dość  suchą  skórę. Bo tak naprawdę to żeby mieć dobrą  skórę trzeba o nią dbać prawidłowo  się odżywiając. Jest takie powiedzenie, że jesteśmy tym co jemy. Prawie nie jem wieprzowiny, nie jem konserw, jem bardzo dużo warzyw i owoców, głównie na  surowo. Mało słodzę, mało solę, czekoladę też rzadko jadam i jeśli to głównie gorzką. Czasem robię  sobie na twarz i włosy maseczkę ze świeżych  drożdży. A czasem po umyciu smaruję  sobie cieniutko  całe ciało  wysoko gatunkową oliwą extra virgin. Lepsze niż najdroższy krem.

Nie mogę  być kosmetyczką, bo nie mam przekonania do tych  wszystkich  kremów, masek itp.- po prostu byłoby mi głupio wmawiać klientkom  jakieś kosmetyki do których sama nie mam przekonania.  A jest tego wszystkiego w sklepach przeogromna ilość. Wchodzisz do sklepu i dostajesz oczopląsu.  Potem kupujesz i wydajesz sporo pieniędzy, w domu  z wielkim nabożeństwem czytasz jak  stosować,  stosujesz , zmywasz to co sobie na buzię nałożyłaś, spoglądasz w lustro i czujesz  się wielce  rozczarowana - ani nie  wyglądasz lepiej ani nie  czujesz, że masz "wspaniale odświeżoną  skórę", chociaż  zdaniem producenta już po pierwszym użyciu powinnaś paść z wrażenia jak bardzo ci się  stan skóry poprawił.

Gdy rodzice  Wojtka pożegnali  się i  wyszli Wojtek powiedział w kuchni do Marty - zasiałaś w  sercu matki ziarno niepokoju  czy  aby jej biznes  nie  zemrze śmiercią naturalną gdy zacznie  się moda na naturalne kosmetyki.  Marta  roześmiała  się - nie ma obawy-wszystkie naturalne kosmetyki mają to do siebie, że są dość krótko świeże- póki  co to jeszcze ani oliwa  ani świeże drożdże nie są napychane konserwantami, więc  są krótko przydatne i stosowanie ich wymaga  ciągłej  dbałości o to by były świeżutkie i  by były w domu. To nie tak  jak z jakimś kremem, który ma po otwarciu długi  okres przydatności do użycia. 

Martusiu, a ty naprawdę chcesz  zaprosić na ślub tę panią z kwiaciarni? Taaak, naprawdę, bo coś podejrzewam, że tata czuje do niej miętę przez rumianek. Przyglądałam mu  się ukradkiem gdy go wypytywałam skąd o niej wie, że straciła pracę i że poszła na kurs  bukieciarstwa, bo znam go na  tyle, że wiem że nie  rozmawiałby z obcą kobietą gdyby nie  zrobiła na  nim tak zwanego "dobrego wrażenia" a gdy z nią rozmawiałam o tych kwiatkach do ślubu to ona skądś wiedziała, że ja tu niedaleko mieszkam, a trudno powiedzieć, że  jestem częstą klientką tej kwiaciarni. Ja nawet dość rzadko koło niej przechodzę. Byłam tam może dwa razy a i to raz to pewnie jeszcze gdy chodziłam  do  szkoły. I widziałam jego minę gdy mówiłam twojej mamie, że zaproszę tę panią na  nasz ślub - aż mu szczęka nieco opadła ale się szybciutko opanował i widziałam, że jest zadowolony. Zaraz się go zapytam jak ona  ma na imię, bo chcę ją  zaprosić na ślub i obiad, więc trzeba ją uprzedzić żeby  się mogła przygotować psychicznie i fizycznie.  O ile  się orientuję to na ogół w poniedziałki kwiaciarnie  nie pękają  w szwach z nadmiaru klientów, więc jej wspólniczka poradzi  sobie bez niej.  Jesteś niebezpieczną kobietą - stwierdził Wojtek- czytasz w myślach. Czy masz na  myśli to, że czasem mówię byś mnie ubrał  z powrotem bo nie jesteśmy w sypialni? To też, ale jak wpadłaś na to, że ta pani  się tacie podoba?  No bo on nie rozmawia na tematy prywatne  z takimi, które nie robią na nim  dobrego wrażenia.  Po prostu taki tata jest.  Ale tego wieczoru Marta nie  zapytała się taty  jak ma na imię współwłaścicielka kwiaciarni. 

Pytanie to zadała tacie rano, gdy już wychodził do pracy. Tata uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni marynarki wizytówkę - ma na drugie  imię Zofia i wg mnie to imię do niej pasuje. Ty już masz swoje życie zaplanowane i niemal dopięte na ostatni guzik, więc może i ja powinienem swoje trochę zmienić. Trochę zabawna jest ta sytuacja, że wpadłaś na pomysł z tymi kwiatkami i uprzedziłaś  nieco moje  działania - ale dobrze  się stało. To bardzo mądra i zrównoważona kobieta. Cieszę  się, że chcesz ją zaprosić na ślub i obiad. A pierwsze imię ma nieco mało typowe w Polsce - Patrycja, w skrócie Pati. I myślę, że się  szybko polubicie. Stan cywilny -rozwódka, wiek - 7 lat młodsza ode mnie, a więc  już nie młódka. Wpadnij dziś do niej i  zaproś ją na ślub i obiad. Twoją teściową zapewne lekuchno zatchnie gdy przedstawię Pati jako swoją przyjaciółkę. Marta objęła tatę i powiedziała- no to mogę teraz  spokojnie wyjść za mąż  i jechać  do Sopotu.

Wojtek wrócił ze spotkania u notariusza uradowany niezmiernie , bowiem ojciec  został właścicielem mieszkania a Wojtek właścicielem całkiem sporej gotówki, którą wpłacił już do dwóch banków, sporą część wymieniając na  walutę. Mamy teraz pieniądze na  samochodzik dla ciebie- nie będziesz musiała ciągać  się przez  całe miasto na uczelnię miejską komunikacją. Gdy wrócimy z Sopotu to zrobimy przebieżkę  po salonach samochodowych. 

A może zrobimy inaczej -może lepiej kupmy nowy samochód dla ciebie a ja będę ten dorzynać? Może  szkoda  nowy samochód dawać w mało doświadczone ręce?- stwierdziła  Marta. Przemyśl to. Już przemyślałem. Tobie się kupi nieco mniejszy, może jakiegoś japońca? Poza tym naradzimy  się jeszcze z twoim tatą. Tata ma  zawsze takie trzeźwe spojrzenie.  Wojtuniu - usiądź spokojnie, weź  kilka głębokich oddechów i posłuchaj. Wojtek znieruchomiał i zapytał - co  się stało?  

Stać to się właściwie nic nie stało - uspokoiła  go Marta.  Ta pani od kwiatków ma na imię Patrycja, jest siedem lat od taty młodsza, jest rozwódką i musimy  dziś wpaść do kwiaciarni razem i zaprosić ją na ślub.  Miałam rację, że jest jednak  coś na rzeczy.  Tata ją przedstawi  twoim rodzicom jako swą przyjaciółkę. Ma nadzieję, że twoja mama nie padnie  trupem ze  zdumienia.

Zaczynam się ciebie bać- stwierdził Wojtek, masz szósty lub siódmy zmysł. Dobrze to wyczułaś. Moja matka to odporna  kobieta, raczej nie padnie trupem, zwłaszcza, że ta pani Pati jest współwłaścicielką kwiaciarni a nie wyrobnicą  w niej. Wiesz- właścicielka SPA i właścicielka kwiaciarni to mogą się nawet  zaprzyjaźnić.  To ja  zaraz zatelefonuję do Europejskiego by przygotowali stolik na 6 osób a nie na pięć. 

No to chodźmy do tej kwiaciarni - jest po jedenastej, to chyba jest już czynna. Ale numer! Ale to w sumie bardzo fajnie. Jutro rodzice chcą pojechać do cioci Helenki - powiedziałem ojcu, że my na pewno nie pojedziemy, bo Helenka nawet ich nie  skojarzy a co dopiero nas. Tata się dopytywał co chcemy dostać w prezencie  ślubnym i obiecałem, że pomyślimy. 

Marta skrzywiła  się - nie mam pojęcia co mogłabym chcieć w ramach prezentu ślubnego. Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że mamy gdzie mieszkać, mamy samochód, moje mieszkanie się wynajmuje, więc mamy dopływ gotówki, twoje lada moment też pójdzie pod wynajem.  Tak na  szybko pomyślałam, że nawet gdyby tata zamieszkał  z tą Pati to raczej by mieszkali w tym moim lub twoim mieszkaniu bo tam są trzy pokoje a tu cztery. Gdy pooglądałam te domki na Ursynowie to za nic  w świecie nie  chcę jakiegoś domku. Ja jestem  miejskie  dziecko a nie wiejskie i jestem przyzwyczajona  do dużych domów.  No to chodźmy do tej kwiaciarni - zadecydował Wojtek. Postanowiłem, że zrobię  sobie krótki urlop od pisania pracy. A kiedy wyjeżdżamy? We wtorek rano. Rodzice wyjeżdżają w środę rano- podobno. Dziś pewnie  będą  chcieli gdzieś nas  na obiad zaciągnąć, co mnie mało  cieszy, bo się przyzwyczaiłem do domowych obiadów. Jutro to pojadą do Helenki.

W kwiaciarni zastali panią Patrycję - była  sama, ruchu nie było. Marta przedstawiła jej Wojtka i powiedziała, że przyszli by ją zaprosić na  swój ślub  i na obiad po ślubie. Obiad  będzie w Europejskim, więc raczej nie powinno być po im zatrucia pokarmowego a na obiedzie będą też rodzice Wojtka. A świadkowie nie?- zapytała pani Patrycja. 

Marta roześmiała  się - skorzystaliśmy z faktu,  że jedynym kryterium dla świadków jest wymóg ukończonych osiemnastu lat i nasi ojcowie  są naszymi świadkami. Jesteśmy oboje przeciwnikami dużych, hucznych ślubów i wesel. Ani wystawny ślub ani huczne wesele nie  zapewnią szczęścia w  związku. To zależy tylko i wyłącznie od tego jak się ludzie dobiorą i jak znoszą pewne ograniczenia - bo każdy związek to czasem dość trudne przejście z pojęcia  "ja" na pojęcie "my", czyli wczucie  się w myśli i odczucia partnera i często jest to dla pary zbyt trudna sprawa. Ale my jesteśmy parą od podstawówki- z małą czteroletnią przerwą bo mieszkaliśmy w różnych krajach.

                                                                     c.d.n.


czwartek, 21 września 2023

Córeczka tatusia - 13

 Po wysłuchaniu argumentów taty, Marta i Wojtek postanowili pojechać po ślubie jednak do Sopotu. Wojtek zrobił rezerwację i wpłacił zaliczkę. Potwierdził  też obiad  "poślubny" zarezerwowany w restauracji  Hotelu Europejskiego. Był w świetnym humorze - spacerował po mieszkaniu w butach,  w których miał iść  do ślubu równo za  osiem i pół dnia. Tego wieczoru zatelefonował jego ojciec i powiedział, że oni przyjadą w czwartek, w tygodniu poprzedzającym ślub, bo na piątkowy poranek zarezerwował termin u notariusza. Przyjadą samochodem i gdy będą dojeżdżać do Warszawy to wtedy ojciec do  Wojtka  zatelefonuje. Jadą z noclegiem, przenocują prawdopodobnie  w Brnie. Matka wie, że Wojtek chce komuś wynająć to swoje mieszkanie i wie, że właśnie dlatego Wojtek  z ojcem jadą do notariusza, bo ojciec chce  mieć pewność, że będzie ono wynajęte na  właściwych warunkach. Ojciec rano wstawi matkę do znanego jej SPA, w którym matka  zapewne  spędzi kilka godzin a oni w tym czasie będą u notariusza.  

Po rozmowie  z ojcem Wojtek się roześmiał  - no popatrz jakie stare, dobre małżeństwo - wzajemnie  się oszukują i są oboje  szczęśliwi. Mama przecież pójdzie do swojego SPA i jeszcze będzie  truła  ojcu, że tu jest szalenie tanio w porównaniu z  Grazem, a ojciec będzie  miał w  Warszawie  zakamuflowane  mieszkanko i albo będzie je  wynajmował  albo  z niego sekretnie korzystał. Mnie  zapewne powie, że będzie je  wynajmował firmie,  w której pracuje, bo ponoć oni tu będą mieli mnóstwo interesów. I już  sobie  wyobrażam jak będzie  wesoło gdy się to kiedyś  sypnie. Zaczynam  się zastanawiać, czy to są moi prawdziwi rodzice, czy może pomylono dzieciaki w  szpitalu  i  wcale nie jestem ich dzieckiem. Zapewne  nie jest niczym  wyjątkowym a raczej  dość normalnym, że w dużym  szpitalu w czasie doby  rodzi się  sporo dzieci, więc pomyłki są  możliwe.  Podobno, gdy moja ciotka urodziła  dziecko, to był lnianowłosy blondasek, a gdy  odbierała dziecko wychodząc  ze  szpitala to przynieśli jej dziecko z ciemnymi włosami i dopiero jej matka stwierdziła, że to jakieś inne niemowlę- tego dzieciaka zabrali i po kwadransie przynieśli właściwe  dziecko i na jego opasce zgadzało się imię i nazwisko matki, a to poprzednie nie  miało opaski na przegubie  ręki. Bo podobno przenosili noworodki do innej sali i inaczej ustawili łóżeczka niż były poprzednio ustawione i pani pielęgniarce "sie pomyliło".  

Wiesz, to że się pielęgniarce  "sie pomyliło" to mnie nie  dziwi - stwierdziła Marta - dziwi mnie  tylko, że procedura wydawania noworodków jest jakby nie przystosowana do potrzeb. Imię i nazwisko matki powinno być nie tylko na opasce na nadgarstku ale i na karcie przymocowanej do łóżeczka dziecka.

Marta przyjrzała się uważnie Wojtkowi-  no faktycznie - może nie jesteś synem swego ojca - ty jesteś szczupły, a o twoim  ojcu nie można tego powiedzieć, twój ojciec jest niemal łysy,  a ty  mógłbyś  sobie  warkoczyki splatać. Oczy masz  w bliżej nieokreślonym kolorze, bo zielonkawe z brązowymi plamkami, masz bardzo ładny wykrój ust i w ogóle przystojniacha z ciebie a do twego taty to już  chyba panienki nie wzdychają. Co najwyżej  wzdychają do jego portfela, bo widać, że  wszystko co nosi to  extra a nie trzeci  gatunek. I właściwie, jak większość chłopców jesteś bardziej podobny do mamy. Nie mam pojęcia  dlaczego tak jest, ale znacznie  częściej występuje takie podobieństwo "na krzyż"  i dopiero  w mocno dorosłym wieku córka jest podobna do mamy a chłopak do taty.

Oczywiście powiemy im, że jedziemy po ślubie do Sopotu - kontynuował Wojtek. Zarezerwowałem dla nas 10 dni.Wygląda na to, że raczej będziemy mieć pogodę. Muszę  zapolować na plan Trójmiasta, żebyśmy tam nie błądzili samochodem. Strasznie  dawno nie byłem na Wybrzeżu. Zupełnie  nie pamiętam gdzie co tam jest. 

Nie  szkodzi - pocieszyła go Marta - ostatni raz byliśmy tam z tatą nim  zaczęłam studiować, czyli odrobinę ponad dwa lata wcześniej , a przedtem byliśmy kilka  razy. Muszę przeszukać swoją szafkę z mapami i folderami i być może, że mam plan Sopotu i Gdańska. Kiedyś nałogowo kupowałam plany miast i okolic  w których bywałam. Nawet jeśli gdzieś przybyło nowych osiedli to na pewno nie  w centrum tylko raczej na obrzeżach.

 A do tego oliwskiego ZOO to trzeba koniecznie mieć bardzo wygodne  buty, bo tam jest od  groma chodzenia. I wtedy odnotowałam, że jest tam  stanowczo za mało ławek.  I koniecznie wpadniemy też do Gdyni - uwielbiam  iść na Kamienną Górę i popatrzeć na miasto z góry, a potem  zejść na Skwer Kościuszki i na nim się pokręcić, pozaglądać do sklepików z pamiątkami, czasem kupić jakieś "badziewie", pooglądać statki zacumowane przy nabrzeżu. I lubię chodzić do Oceanarium - niektóre stwory morskie są naprawdę piękne i nieco dziwne. 

Martuniu - a co to jest badziewie? Marta roześmiała  się - to coś zupełnie nieprzydatnego, najczęściej w kiepskim gatunku - zazwyczaj są to różne "pamiątki", jakieś ozdóbki, np. ramka do zdjęć zrobiona  z muszelek. Kupujesz, przywozisz do domu i potem raptem masz przypływ trzeźwości i widzisz, że ta ramka zupełnie do niczego nie pasuje w twoim mieszkaniu a ponadto nie masz zdjęcia, które  pasowałoby wielkością i treścią do niej. No i wtedy taka rzecz albo po cichutku ląduje w koszu na śmieci albo dajesz komuś w prezencie i ty masz sprawę z głowy a obdarowany ma kłopot.  Kiedyś widziałam w Jastarni w  sklepie z pamiątkami łódkę zrobioną z małych muszelek i szalenie mi się podobała. No ale  sklepik był z jakiegoś powodu przez kilka dni nieczynny i nie kupiłam jej. Ale ponieważ co roku przywoziłam do domu kilogramy muszelek pomyślałam, że  sama sobie taką łódkę zrobię. Ale  to wcale nie było proste, bo się te muszelki na  zwykłym kleju nie  chciały trzymać a UHU czy jakiś z tej rodziny nie był jeszcze wszędzie osiągalny. Nie wpadłam na pomysł by wpierw zrobić łódkę z jakiejś masy plastycznej a potem ją starannie okleić i muszelki wyleciały do śmieci. 

No to gdy będziemy nad morzem to nazbieramy muszelek  i razem coś z nich zrobimy- zaproponował Wojtek.  Pobawimy  się niczym małolaty i wyprodukujemy "badziewie". Ale  wpierw trzeba zrobić np. z modeliny lub masy fimo  korpus "tego czegoś" co będziemy  chcieli i dopiero potem to okleić muszelkami - powiedziała Marta.   Noooo- a potem wyślemy to moim rodzicom jako souvenir z nad Bałtyku - zaśmiał się Wojtek. 

A ja mam pomysł na prezent dla nich  stwierdziła Marta- w Sopocie w okolicy mola jest sporo kiosków z różnymi bursztynowymi drobiazgami - czasem  można znaleźć naprawdę  ładne  rzeczy- kiedyś tam  widziałam na  wpół rozwinięty kwiat róży zrobiony z bursztynu a jego łodyżka  z listkiem była z tak  zwanego "białego metalu" wyglądała jak ze  srebra a był to stop cyny, niklu i miedzi, ale nie pamiętam proporcji i było to bardzo dekoracyjne. Ja mam bransoletkę z białego metalu - wygląda  jak srebrna  ale nie  ciemnieje  "sama  z siebie" tak jak srebro. Twoja mama lubi kwiaty w  wazonie na  stole. Jeśli znajdziemy taką  różę bursztynową to ją kupimy. Będzie  miała zawsze kwiatek na stole.  Tylko dobierzemy wtedy odpowiedni flakon.

Dzień przed  przyjazdem rodziców Wojtka odebrali od jubilera swoje obrączki ślubne, zaopatrzyli lodówkę w mieszkaniu Wojtka a Marta odprasowała koszule Wojtka i taty i powiesiła je na  wieszakach  na stojaku. Wpadła do pobliskiej kwiaciarni dzierżąc w torebce kamizelkę od garnituru ślubnego Wojtka  - wytłumaczyła właścicielce, że chce mały bukiecik  z kilku kwiatków frezji wpiąć we włosy i czy w  związku z tym uda  się je dobrać kolorem do tej kamizelki, bo pan młody będzie w takim kolorze garnituru,  a ona  będzie  w sukience  zielonej w białe groszki, no a kolor jej włosów to taki jak  widać.  Pani stwierdziła, że  w tym układzie ona proponuje dla Marty mały bukiecik z białych frezji z ciemno-bordową żyłką wewnątrz i zaproponowała Marcie, że  zrobi jej taki stroik do włosów na bazie niedużej, białej klamry do włosów i takie same kwiatki, na bardzo krótkich, odpowiednio zabezpieczonych  łodyżkach można  przypiąć do marynarki garnituru. 

Ojej, zmartwiła  się Marta boję  się, że coś  sknocę i albo  kwiatki uszkodzę  albo zniszczę  garnitur. To może ja w poniedziałek przed ślubem przyślę do pani mego narzeczonego i pani mu to fachowo upnie?  Nie, może  zrobimy inaczej- pani przecież mieszka tu niedaleko, zamienię się z moją  wspólniczką na dyżur i wpadnę do państwa by umieścić kwiatki i w pani włosach i na marynarce pana młodego. A o której macie państwo ten ślub? O czternastej, ale mamy być tam pół godziny  wcześniej, czyli  z domu to wyjedziemy o trzynastej. No to w takim razie ja do państwa przyjdę  kwadrans  po dwunastej - lepiej  zawsze  mieć trochę  zapasu czasowego. Och to szalenie miłe z pani strony - stwierdziła Marta. To bliziutko, ten blok widać z okna kwiaciarni, tylko wejście jest tak jakby od podwórza, które wcale nie jest podwórzem - to parter, mieszkanie po lewej stronie,  druga klatka od  rogu budynku. 

A wie pani, że   frezje wyrażają  szacunek i uznanie oraz radość z przebywania razem? Nie mam pojęcia  kto wymyślił jakie uczucia  można  wyrażać kwiatami, ale niewątpliwie nie jest to jakaś nowość. W starożytności w każdym razie też uważano, że uczucia można  wyrażać posługując  się kwiatami - wyjaśniała pani kwiaciarka.

Marta a priori opłaciła kwiaty oraz  ich wyposażenie, zapisała adres i powędrowała  do domu. W domu opowiedziała "swoim mężczyznom", że w poniedziałek przed ślubem przyjdzie tu przemiła pani z kwiaciarni, upnie kwiaty we włosach Marty i ustroi garnitur Wojtka w taki sposób by go nie zniszczyć. Tata zapytał która z pań taka uprzejma- ta biała blondyna czy  ta z ciemniejszymi  włosami? Ta z ciemniejszymi - odpowiedziała Marta. O tak, to bardzo miła i kulturalna osoba. W ramach  transformacji ustrojowej straciła pracę, skorzystała z możliwości  zrobienia kursu tak zwanego bukieciarstwa i razem z koleżanką  z tego kursu objęły tę kwiaciarnię, która miała być zlikwidowana. A skąd to wszystko wiesz? - spytała Marta. No bo kupowałem tam ziemię do kwiatków, pytałem jak się hoduje scindapsus.  Okazało się, że to bardzo pożyteczna  roślina bo oczyszcza  powietrze. Już pomijam fakt, że nie trzeba go codziennie podlewać, wystarczy raz na 10 -14 dni i nie może stać na słońcu. No to już  wiem, dlaczego on tak dobrze  znosi moją pielęgnację - odporna roślinka - ja to tylko takie odporne  mogę hodować. A tak przy okazji  się  dowiedziałam, że wybierając  frezje okazuję  swojemu partnerowi szacunek i uznanie oraz  radość z przebywania  razem. No i to się jakimś  cudem  zgadza. A ja  ogromnie  lubię  frezje bo są nieduże i mają tak wiele kolorów no i  mają delikatny zapach.

Przy kolacji Marta stwierdziła, że jakoś nie  dociera  do niej, że będą brali ślub, bo ona to właściwie od podstawówki jest tak związana z Wojtkiem jakby byli rodzeństwem lub małżeństwem. Przez  cztery lata liceum  co prawda tęskniła stale za nim, a na dodatek nie bardzo wierzyła, że on jednak przyjedzie  sam do Polski, ale jednak przyjechał. No i pewnie dopiero wtedy uwierzyłaś, że cię kocham - zaśmiał  się Wojtek. Chyba tak. Rozmawiałam  kiedyś o tym z kobietą, która  zajmowała  się ezoteryką, różnymi zjawiskami, których nie obejmuje oficjalna  nauka lub obejmuje je  tylko po to,  by stwierdzić, że to wszystko bzdury i omamy, ale jej zdaniem od starożytności część ludzi  jest przekonanych o tym, że to co w nas niematerialne to żyje  wiecznie, zmieniając tylko powłokę zewnętrzną, która jest naszą  częścią materialną. I taki pogląd istniał na długo przed chrześcijaństwem i właściwie pod każdą szerokością geograficzną,  w różnych kulturach, które nie  miały ze sobą kontaktu.  Z tym, że kiedyś "było prościej", nikt nie oczekiwał dowodów  tego zjawiska by uznać je za prawdziwe. Nie  mniej do dziś tak jest, że spotykamy na  swej drodze osoby które bez powodu lubimy, rozumiemy  się z nimi bez  słów, przyjaźnimy się z nimi ogromnie lub je kochamy chociaż widzimy je po raz pierwszy w życiu. I najszczęśliwsze są te pary, które kiedyś, kiedyś w poprzednich  wcieleniach były szczęśliwą parą. Więc może i my byliśmy kiedyś parą która  się kochała  i teraz  po wiekach rozłąki nasze niematerialne części znów  się spotkały. I znów będziemy  po milionach lat razem. 

W nieśmiertelność tej naszej niematerialnej części wierzyły ludy całego świata, które nie  miewały ze sobą żadnych kontaktów z uwagi na  dzielące je odległości.  Teraz po kilkunastu godzinach lotu jesteś po przeciwnej stronie globu i świat w pewnym sensie zmalał. Świat zmalał, ale my nadal nie wiemy dlaczego są rasy ludzkie o zupełnie odmiennych kolorach skóry i próbujemy to wytłumaczyć warunkami geograficznymi. Nie  mniej jakoś nigdy nie zdarzyło się tak , by para przedstawicieli rasy czarnej żyjąc nie w Afryce ale na przykład  na dalekiej północy i nie  mieszając swych genów z  rasą białą dochowała  się białego potomstwa. To samo jest i "w  drugą stronę" - potomkowie białych osadników w Afryce nadal są biali, o ile ich rodzice  nie  wymieszali swych genów z rdzennymi , czarnoskórymi  mieszkańcami Afryki. I tak rzecz ujmując na "zdrowy, chłopski rozum", patrząc  z boku wygląda to tak, jakby ktoś wiedząc jakie warunki panują na tej właśnie planecie zaludnił ją gatunkami ludzi pasującymi dokładnie do środowiska , w którym daną rasę  osiedlił. Podejrzewam. że za naszej kadencji na Ziemi nie dowiemy się skąd się tu wzięliśmy i dlaczego. Może jesteśmy swoistym  poletkiem doświadczalnym obserwowanym przez tych, którzy nas  stworzyli? 

Nie wykluczone to jest - podsumował wypowiedź Marty Wojtek. Nie mniej czuję się  stworzony głównie po to, żeby cię  kochać i robić wszystko byś mnie kochała i była  ze mną  szczęśliwa  aż po kres naszego życia.  Martuniu - nie omawialiśmy tylko jednej sprawy - czy widzisz nas w roli rodziców? Oczywiście  nie teraz/zaraz, ale w ogóle? -Wojtek wpatrywał się intensywnie w oczy Marty.  Tak, ale chciałabym  wpierw skończyć studia i zacząć pracować i po macierzyńskim wrócić do pracy - może wpierw na pół etatu, bo dziecku jednak kawałek mamy jest potrzebny. Tylko nie  zamawiaj u mnie płci dziecka - przecież tak  samo będziesz kochał chłopca jak i dziewczynkę - dziecko to jest dziecko bez  względu na płeć. To wszak połączone w jednym ciałku nasze  geny. 

Zapewne gdy będziemy mieli swoje dziecko, które  będzie przez nas oczekiwane tym bardziej nie zrozumiem swojej matki. Tak naprawdę nigdy za nią nie tęskniłam. Już nawet nie pamiętam jak wyglądała, a przecież miałam już 12 lat gdy się rozeszli. Kiedyś po kryjomu zrobiłam paskudną  rzecz, bo przejrzałam wszystkie tatowe dokumenty i  zdjęcia ale nie  znalazłam zdjęcia swej matki. Nie wykluczam opcji, że je po prostu zniszczył bo ją bardzo kochał a ona wszystko to zniszczyła zdradzając go. Kiedyś mi powiedział, że przecież mogła mu powiedzieć, że jej uczucia do niego gdzieś przepadły i poprosić by się rozstali, lub powiedzieć, że związek z nim był całkowitą pomyłką więc powinni  się rozejść. Mimo wszystko byłoby to dla niego mniej bolesne.

                                                                 c.d.n.



wtorek, 19 września 2023

Córeczka tatusia - 12

  Gdy Wojtek skończył rozmowę Marta  spytała go o co szło z tymi znajomymi jego mamy. Wojtek machnął ręką - drobiazg - miała pretensję, że nie zaprosiliśmy na ślub jej serdecznej przyjaciółki z mężem - i teraz posłuchaj uważnie argumentacji:  "bo Agnes jeszcze  nigdy nie była w Warszawie". To zupełnie tak jak byśmy organizowali nie własny  ślub ale otwierali  nowe biuro turystyczne, bo się  tym zajmujemy. Nie jest mi miło to mówić, ale moja matka robi się z roku na  rok jakby głupsza. Może to klimakterium taki ma na  nią  wpływ albo coś z rozumem się jej poprzestawiało. Ja już nawet bym tej Agnes  nie poznał na ulicy bo ostatni raz ją widziałem chyba gdy byłem w trzeciej licealnej na jakimś młodzieżowym festynie  bo ona się bardzo udzielała w szkole, z tej racji, że jej córka właśnie zaczęła do tego liceum chodzić. A co do tej córki to ci powiem, że krowa na reklamie Milki miała  więcej wdzięku i urody od tej dziewczyny, a moja matka  cały  czas suszyła mi głowę, żebym ja się nią zaopiekował w  szkole. Na szczęście był uczniowski komitet powitalny dla nowych uczniów i opiekowali się dość intensywnie nowymi uczniami. No i matka miała mi za złe, że nie  zaprosiłem Agnes bo przecież Agnes to jej najbliższa przyjaciółka.  

I strasznie  mnie to zezłościło - jeśli się tak bardzo przyjaźni z Agnes to niech  się wybierze razem  z nią do Warszawy, niech ją oprowadza po Warszawie  lub obwiezie  samochodem po Polsce. Mnie ta Agnes zupełnie nie obchodzi. I szalenie mnie  rozbawiło, bo gdy zacząłem ojcu mówić o tym, że chcę to mieszkanie  sprzedać, to ojciec zaraz  ściszył głos i powiedział bym nic o tym, że chcę zbyć to mieszkanie nie mówił mamie - on sam pomyśli co z tym mieszkaniem  zrobić - no więc powiedziałem tylko, że rozumiem i nie będę o  tym rozmawiać z matką.  Zobaczymy co wymyśli. W moim odczuciu to odpali mi połowę jego wartości, zostawi  je sobie w charakterze pied-a-terre  i poprosi bym matce powiedział, że je po prostu sprzedałem albo wynajmuję.  I powiem ci szczerze, że jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, że twój tata mnie przygarnął - według mnie jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. A przecież przeżył wielkie rozczarowanie - to musiało go bardzo boleć. 

Obaj przypadliście sobie z moim tatą do gustu i serca. Gdyby tak nie  było to nie  mieszkałbyś z nami przed naszym ślubem. Gdy tata gotuje i  robi  zakupy to często się mnie pyta, czy ty aby na pewno to  lubisz co on  zamierza ugotować czy też kupić. Jesteś dla niego drugim, kochanym dzieckiem. Podejrzewam, że gdyby  moja  matka była inna, to na pewno nie byłabym jedynaczką. Kiedyś mu powiedziałam, że powinien rozejrzeć  się za jakąś odpowiednią kobietą, ale powiedział, że zrobi to gdy ja skończę studia, będę pracować,będę samodzielna. A poza tym to strasznie mocno przeżył to, że moja matka go zdradziła i że niewiele ją obchodziłam i to go w pewien sposób zraziło do kobiet. Tak  mi to przedstawił.

Wiesz, ja matki mojej nie usprawiedliwiam - nie kochała mnie bo wcale nie pragnęła dziecka a taty zapewne wcale nie kochała, pewnie była zainteresowana głównie  seksem jako takim - bo seks nie  zawsze jest związany z uczuciem.  Jedna z moich koleżanek nieźle to określiła - to takie podrapanie się bo cię akurat coś zaswędziało- podrapałaś się, ulżyło, idziesz  dalej i nie ważne czy się podrapałaś jakąś szczotką czy  paznokciami. A ty i ja  jesteśmy parą dinozaurów z innej epoki. Przesłaniasz mi cały świat. Pamiętasz jak  się kiedyś w  szkole rozpłakałam tylko dlatego, że mi na lekcji "nie odmrugnąłeś"?  Pamiętam - powiedział Wojtek. Aż mnie zatkało, gdy mi powiedziałaś dlaczego płakałaś. I od tej pory nauczyłem  się bacznie  ciebie obserwować.

Marta roześmiała  się - i nabrałeś niesamowitej  wprawy w tym obserwowaniu mnie. Najczęściej nawet nie zdążę do końca  sprecyzować swej myśli i tym  samym jeszcze jej nie  zwerbalizuję a ty już jakimś cudem wiesz o  czym myślę, zupełnie jakbyś podglądał moje  myśli.  Nie podglądam wcale  twoich myśli, tylko jakoś tak  się złożyło, że oboje lubimy te  same rzeczy. Podobnie jak ty wolę pobyt nad  morzem niż w górach. Lubię las, co wcale  nie znaczy, że lubię przedzierać  się przez jakieś krzaczory - po prostu lubię chodzić po lesie, lubię zbierać grzyby, lubię słuchać  leśnych odgłosów, leżeć na mchu i wpatrywać się w niebo poprzecinane gałęziami wysokich  sosen. Lubię  strugać łódki z kory  i jeśli kiedyś będziemy  mieli dziecko  to będzie  zapewne posiadaczem całej flotylli łódeczek  z  kory.  

Ja to się zawsze boję, że zabłądzę w lesie, w którym jestem po raz pierwszy - przyznała  się  Marta. Ale też bardzo lubię wędrówki po lesie.  A zgubiłaś  się kiedyś? Może nie  tyle  się zgubiłam, co wyszłam z lasu w  zupełnie innym miejscu niż planowałam co mnie  nieco przeraziło.  Ja , gdy idę do lasu którego dobrze nie  znam to biorę kompas - tego się nauczyłem w Austrii.  No, cały problem  w tym, że mnie to kompas  zupełnie by nie pomógł - jeszcze  nie opanowałam chodzenia na azymut. Będziesz musiał mnie nauczyć prawidłowego korzystania z tego ustrojstwa. 

 Ale mam koleżankę, która  gubi się nawet na ogrodzonym  terenie, jest tak zdolna, że potrafi  się  zgubić nawet w Łazienkach i nigdy w  związku  z tym nie chodzi do prawdziwego lasu.  Gdy opowiadała nam jak  "zabłądziła" na ogrodzonym terenie pewnego ośrodka usytuowanego w lesie to mało nie umarłam ze śmiechu. A to dlatego tak  mnie  skręcało, bo ja tam ze trzy  razy byłam  w  wakacje i zupełnie nie mogłam pojąć jak się można było w nim zgubić. Po pierwsze teren ośrodka nie jest w jakimś gęstym lesie i nie jest to duży obszar. Stoi tam 12 domków pomalowanych na  biało i odstępy są  między nimi takie, że ma się w zasięgu wzroku (chyba nawet krótkowidz)  minimum dwa domki. Środkiem ośrodka prowadzi szeroka dróżka (taka na rozstaw kół ciężarówki by mogła  swobodnie przejechać) od bramy  wjazdowej do drugiego końca  ośrodka. Calutki teren jest ogrodzony, siatka nigdzie nie uszkodzona. I ona tam  ciągle błądziła. No a poza tym domki są ponumerowane. Raz byłyśmy obie w tym samym  czasie - i ona  faktycznie wcale nie wychodziła poza teren ośrodka, bo się bała, że się  zgubi. Raz pojechała  z nią jej mama  do pobliskiej  wiochy po owoce i  ciacha, to tam  się zgubiła na długości 200 metrów- wyszła ze sklepiku i polazła w niewłaściwą stronę i nie mogła   znaleźć ich samochodu. Aż  się biedula popłakała z tych nerwów. Wyobraź sobie zaryczaną, usmarkaną szesnastolatkę . Dobrze, że się w końcu kogoś zapytała gdzie jest cukiernia, w której jej matka sterczała w kolejce. Nie mam pojęcia czy taki brak orientacji to jest sprawą uleczalną. A ona była  całkiem dobrą uczennicą, czyli była "wyuczalna", no ale  miała takie jakieś dziwne   zaburzenia orientacji w terenie. A jak jest z nią teraz  to nie wiem - ktoś mi mówił,  że studiuje  na Uniwersytecie jakąś filologię. Jakoś wcale  nie mam kontaktu z ludźmi z liceum. Ale nie wiem czemu wcale  mi nie brakuje tych kontaktów.

Martuniu, doszedłem do wniosku, że możemy gdzieś pojechać na dwa tygodnie - i nie jest to kwestia finansów  tylko pisania tej pracy. Pomyśl gdzie chciałabyś pobyć ze mną przez dwa tygodnie. Posiedzimy raczej w Polsce, bo to już będzie sierpniowy urlop a wszędzie poza Polską będzie pełnia  sezonu urlopowego, bo dla wielu krajów sierpień, zwłaszcza jego pierwsza połowa to typowy okres urlopowy. Znajomy mi polecił Szwajcarię Kaszubską i ośrodek nad jeziorem i dużo lasów dookoła.  Śniadanie -szwedzki stół od 8,00 do 10,00, obiad  od 14,00 do 15,00, kolacja dania z karty. I kilometry dróg leśnych do przedreptania.

Patrzyłem co jest nad morzem, pomijając duże ośrodki wczasowe i hotele -można coś znaleźć w Sopocie, bo tam się pobudowało  pełno osiedli nadmorskich, z tym że zapewne te kwatery najbliższe morza to już są wynajęte. No i tam nie ma zorganizowanego wyżywienia, kwatery są wyposażone jak każde  "normalne" mieszkanie, w garnki, naczynia, zmywarki, kuchenki indukcyjne, odkurzacze, pralki -można sobie  samemu w domu pichcić.  I to ponoć świetnie zdaje egzamin.

No to może w takim  razie pojedźmy do tej Szwajcarii Kaszubskiej- nigdy tam nie  byłam. Podoba mi się, że śniadanie jest do 10,00  i ta kolacja "z karty". Albo może lepiej pojedźmy do Sopotu - lubię Sopot. Jak  dla  mnie to ma  zupełnie  niepowtarzalną  atmosferę. Ale byłoby fajnie, gdyby kwatera była blisko plaży. Bo jeśli to będzie tzw. "apartament" to będzie z wyposażoną kuchnią i tak prawdę mówiąc zrobienie śniadania takiego jak  my lubimy to zerowy problem - zrobimy zakupy tak jak w domu, czyli raz na tydzień, tam na plaży  lub tuż obok są knajpki i zawsze można coś na plaży przegryźć, np. smażoną rybę. Poza tym podejrzewam, że będzie nas "nosić"  a obiady i kolacje to będziemy jadać w różnych miejscach, bo sobie przecież pojeździmy po całym Trójmieście. 

Masz rację - poparł ten pomysł Wojtek - jestem ostatnio okrutnie rozbestwiony przez ciebie i tatę i bardzo sobie  cenię  domowe jedzenie. No i już chyba całkiem nieźle daję  sobie  radę w kuchni. A za leżeniem na słońcu to ja nie marzę. A ja nie marzę za moczeniem się w zimnym Bałtyku - dodała Marta. No to w takim razie muszę  sprawdzić jakimi kwaterami tam dysponują - skonstatował Wojtek. Wyjedziemy z Warszawy w tym układzie  30 lipca. Oczywiście  muszę  rodzicom, gdy coś  wynajmiemy, od razu zapowiedzieć, że następnego dnia rano po ślubie jedziemy w tak zwaną podróż poślubną. Biedny nasz tata, będą mu tu głowę  zawracać.  Pomyślałem, że w takim układzie to chałupy pozbędę  się pewnie gdy już wrócimy z Sopotu.  Chyba, że zjadą tu z tydzień  wcześniej i zdążę z ojcem przeprowadzić transakcję. Ale podejrzewam, że teraz to tylko z nim omówię dokładnie  całą sprawę a potem to on  tu zjedzie cichcem i przeprowadzimy  wszystko przez notariusza. Jestem ciekawy, czy nadal moi rodzice mają rozdzielność majątkową, bo jak się tata żenił z mamą, to jej ojciec zarządził taki właśnie  scenariusz, bo ojciec matki był "majętny" i nie lubił mego ojca, nie chciał go za zięcia, bo zdaniem  dziadka  mój ojciec był "gołodupcem". Miał nadzieję, że się mój ojciec  zrazi i obrazi, ale nie udało się. Najzabawniejsze jest to, że dziadek w pewnej chwili zbankrutował i matka nie dostała żadnego spadku po nim. Dobrze że długów nie trzeba było spłacać, bo ich nie narobił.

Gdy tata wrócił z pracy pochwalił pomysł wyjazdu do Sopotu - oboje  cały rok akademicki porządnie pracowali i na pewno gdy Wojtek nieco  odpocznie to będzie mu szybciej i lżej szło to pisanie magisterki. Teraz idzie dość wolno, bo po prostu jest już bardzo zmęczony. Mózg też potrzebuje odpoczynku, nie  tylko cały system kostno-mięśniowy. A o tych apartamentach w Sopocie to już słyszał - to są regularne mieszkania w blokach mieszkalnych. Właściciele je wyposażają w meble i sprzęt AGD i te mieszkania od wiosny do jesieni "pracują" na swoich właścicieli. To są wysokie budynki z podziemnymi parkingami. I o ile  właściciel mieszkania wykupił miejsce parkingowe to zmotoryzowany wczasowicz jest poinformowany, które  miejsce parkingowe może zająć. Oczywiście w takim  bloku mieszkają nie tylko sami "wczasowicze"  ale  i "zwykli" mieszkańcy Sopotu, którzy tu wykupili  mieszkania w spółdzielni mieszkaniowej. A zrobienie śniadania czy też kolacji na  dwoje na pewno ich nie nadwyręży fizycznie. I taki układ jest też korzystny pod względem czasowym bo nie muszą wracać  na określoną godzinę bo im jakiś posiłek przepadnie. No i rano będą  mogli sobie  pospać. Wojtek jeszcze opowiedział tacie o tym ośrodku w Szwajcarii Kaszubskiej,  a tata powiedział, że zna to miejsce, jest na pewno dobre na jakieś szkolenia czy kurso-konferencje,  a tak dokładnie to kiedyś był to bardzo dobry ośrodek,  ale teraz jest w rękach prywatnych i niestety widać, że właściciele oszczędzają na  wszystkim, na środkach czystości także, a ta "kałuża", która  szumnie nazwana jest jeziorem to tylko i wyłącznie służy wylęganiu się komarów. Owszem- można tam sobie  wykupić przejażdżkę po lesie bryczką jak i naukę jazdy konnej  i jakąś "pychówkę"by nią "pływać po jeziorze". I to właściwie  koniec atrakcji, co nie  zmienia faktu, że okoliczne lasy są ładne. I do Kartuz jest niedaleko, ale tam też trudno o  atrakcje. Poza tym wszystkie wczasowe miejsca starają  się głównie o  to, by był teren przeznaczony dla kilkulatków, żeby rodzice mogli zaraz po śniadaniu wypuścić dziecko z pokoju i by do obiadu było zajęte zabawą i nie  zawracało im głowy.

 A gdy pojadą do Sopotu to mogą zrobić wypad stateczkiem na Hel, tam jest od jakiegoś już  czasu fokarium. Są tam  uratowane foki, które przeszły kurację. I o tych fokach można  się  sporo dowiedzieć. Mogą zrobić całodzienny wypad  do Gdańska, warto też z jeden  raz pojechać do Oliwskiego ZOO, które jest ogromne powierzchniowo, więc  się nieźle nachodzą, można też wybrać  się na koncert organowy w Oliwie  i do gdyńskiego Oceanarium, zwiedzić Gdańsk, popływać po gdańskim porcie stateczkiem  wycieczkowym i posłuchać co o mijanych obiektach mówi wykwalifikowany przewodnik. Można też na jeden dzień wyskoczyć do Jastrzębiej  Góry, zejść 300 schodów w dół na plażę i podziwiać z  dołu klif  a potem grzecznie  się wdrapać z powrotem. A potem pojechać do Rozewia i tym razem też jest 300 schodów ale krętych. To jedna z najwyższych latarni a jej światło widać aż z odległości 26 mil morskich. I jest  w niej też  muzeum.

                                                                              c.d.n.

 


niedziela, 17 września 2023

Córeczka tatusia - 11

 Człowiek "od domku BabyJagi" jeszcze  dwa razy telefonował do Wojtka namawiając  go by może jednak obejrzał domek, bo w cenę  domku on daje  całe  wyposażenie, ale nic nie  wskórał. Wojtek  bardzo spokojnie i grzecznie  tłumaczył  człowiekowi, że po prostu jemu , jego żonie i  teściowi nie odpowiada  absolutnie tak bliskie sąsiedztwo innych domków, brak garażu , a nawet chociażby wiaty, a oni mają jednak w sumie  dwa samochody. Parking tam powstanie- zapewniał go sprzedający, ale Wojtek, w końcu  zniecierpliwiony powiedział, że mowy nie ma. 

Gdy opowiedział tę rozmowę  tacie ten powiedział - ja faceta  rozumiem- władował zapewne niemałe pieniądze w ten domek i chciałby je  teraz z naddatkiem otrzymać, ale jak mi Marta pokazała, to jest sporo ofert o sprzedaży  tych nieruchomości na Ursynowie, z tym, że połowa  z nich ma jako lokalizację podany Ursynów, ale to taki Ursynów jak ja panna, bo to wioski leżące już poza granicą Ursynowa. Nie  spieszy  się wam z powiększeniem rodziny, Martunia  jeszcze  ma rok do licencjatu, a chce przecież zrobić i drugi  stopień, więc niech spokojnie  dalej się uczy. Jeśli dojdziecie  do wniosku, że wam ze mną nieco za ciasno zawsze mogę się przenieść do tego drugiego mieszkania, które teraz jest wynajmowane- umowę mamy zawsze podpisywaną na rok. 

Ja  wiem, że  czasy takie, że niektórzy dojeżdżają  do pracy codziennie i 100 kilometrów i na pewno tacy mogą  być zainteresowani tym by dojeżdżać już nie 100 km a tylko 30 - ale nie  wiem, czy stać tych ludzi na to by kupić taki drogi domek.  A dojeżdżają do stolicy bo tam gdzie mieszkają zapewne nie ma pracy, ewentualnie jest, ale znacznie gorzej opłacana.  A gdy nasz blok będzie  remontowany to przy okazji zrobi się przeróbkę łazienki by WC było oddzielne. Martunia  już wybrała model kabiny prysznicowej,  taki 80 na 120 cm i wszystko omówiła z hydraulikiem. Wpierw chciała taką gotową  z cała instalacją, ale hydraulik jej odradził taki model i kupi się inną i wykorzysta  się narożnik łazienki. Oglądaliśmy taką kabinę  produkowana przez Koło. Oczywiście jest do niej brodzik, a Martunia  już wypatrzyła do niego antypoślizgową matę.W kuchni to chyba  niczego nie będziemy przerabiać - mam duże  zaufanie  do pomysłów Martuni, ale do kuchni to ona nie ma żadnych zastrzeżeń. 

No bo ta kuchnia jest bardzo dobrze urządzona i bardzo mi  się podoba, że można w kuchni spokojnie,  bez tłoczenia się przy ciasnym stoliku, jeść wszystkie posiłki - stwierdził Wojtek. W tych nowych mieszkaniach to te  kuchnie  są jakieś jak dla krasnoludków- niejadków.  Tak, tyle tylko, że z okazji remontu to zmienimy podłogę, widziałem  gres udający parkiet i mam wielką  chęć położyć taki w przedpokoju i w kuchni.  I to, żeby było zabawniej, taki sam w obu miejscach. I mam też chęć ujednolicić drzwi w mieszkaniu, bo co pomieszczenie to inne drzwi. Patrzyłem w Castoramie - są wszystkie  wymiary i wcale  nie są drogie więc chętnie  bym to przeprowadził. Tylko trzeba rozważyć czy  mają  być  pełne "drewniane" czy zrobić takie  z szybą- oczywiście ze szkła silnie matowego - wtedy jest widniej w przedpokoju - planował na głos tata. W pokojach i kuchni z dużą  szybą a w łazience i WC z typową, małą.Ciekawe co Martunia na to powie - nie mówiłem jej jeszcze  dokładnie co planuję, ale już jest po tym ostatnim  zaliczeniu, więc z nią porozmawiam. Mam nadzieję, że od  fryzjerki wróci w niezłym nastroju. Bo kiedyś wróciła tak wściekła, że aż  bałem  się do niej odezwać. Nie  było jej stałej  fryzjerki i "zastępczyni fatalnie obcięła"  włosy. Nie wiem na czym ta fatalność polegała, no ale to jej włosy, nie moje i skoro twierdziła, że "fatalnie"  to nawet nie próbowałem z nią na ten temat  dyskutować. Jak każda kobieta Martunia ma  własną wizję tego jak powinna wyglądać i jeśli w lustrze stwierdza, że któryś element  nie odpowiada temu co  sobie  wymyśliła to wtedy nie liczy się  wcale to, że się nasza  kobieta  nam podoba. Ona przede  wszystkim ma się podobać  sobie. 

Nie miałem o  tym pojęcia- stwierdził Wojtek - mam i miałem znikomy kontakt z płcią przeciwną, bo na moim roku wpierw była jakaś dziewczyna, ale szybko się "ocknęła" i stwierdziła, że ten kierunek to raczej nie jej bajka. I przeniosła  się na bardziej romantyczny wydział,  czyli na matematykę. Całą podstawówkę to byłem podnóżkiem Martusi, liceum robiłem w Austrii i zaraz po zakończeniu uciekłem  do Polski,  cały czas w drodze martwiąc  się czy naprawdę Martusia  nie ma jednak jakiegoś chłopaka i czy tylko mi tak pisała na pocieszenie.  

Ona pisała do ciebie codziennie, ale nie wysyłała tych listów - powiedział tata. Raz do roku było ich palenie - jeździłem z nią do Powsina, tam jest taka łąka na której wolno było rozpalać ognisko i wszystkie te niewysłane  listy były palone. Nic mi o tym nigdy nie powiedziała - stwierdził Wojtek. Nie powiedziała, bo uważała to za objaw  jej  słabej  woli  - nie wiedziała, a może raczej nie  wierzyła, że ty jednak wrócisz do Polski. Tato - ja ją kocham od szóstej klasy  szkoły podstawowej. Podobno takie  dziecinne  miłości mijają, ale moja do niej  nie minęła i trwa. Ma już inny wymiar, ale nadal Martusia jest dla mnie wciąż najważniejsza  i jedyna.  To faktycznie  mocno niedzisiejsza  historia - stwierdził tata. A rodzice o  tym wiedzą?  Nie, wiedzą tylko że się z nią przyjaźniłem. Oni zawsze  byli bardzo zajęci sobą - każde sobą a nie  sobą wzajemnie.

A czy ty już poinformowałeś rodziców o terminie ślubu?- spytał tata. Bo wiesz - to taka okazja, żeby każda mama zakupiła  sobie nową kreację bez wyrzutów  sumienia, no a to wszak zajmuje wiele czasu, nawet jeśli z góry wiadomo, że to nie będzie żadna oficjalna gala a gości da  się policzyć na palcach  jednej ręki.  

Poinformowałem tatę i mam nadzieję, że przekazał te informację mamie, bo gdy z nim rozmawiałem jej nie było w domu, bo pojechała  do swojej przyjaciółki. My z Martusią przygotujemy  dla  nich  spanie w tamtym  mieszkaniu. Do ojca to już jakimś kanałem  dotarło, że pojęcie podróży poślubnej i nocy poślubnej to raczej  mało aktualne  sprawy i operowanie  nimi powoduje, że patrzą  się wszyscy na rozmówcę używającego takich pojęć jak na zamorskie stworzenie. Bo w rzeczywistości to podróże są głównie przedślubne  i często ślub jest właśnie wynikiem takiej podróży. Ojciec  coś miauknął o podróży poślubnej, więc  mu tylko powiedziałem, że jeżeli napisze za mnie pracę magisterską to ja będę mógł w tym czasie bawić się z Martusią będąc w podróży poślubnej. Odnoszę wrażenie, że ludzie ogromnie lubią sami siebie oszukiwać, nie mówiąc  już o  tym,  że  tym samym oszukują i innych.

Tego wieczoru do Wojtka zatelefonowała mama. Wojtek  miał minę jakby go nagle rozbolały wszystkie zęby a ponadto sprawiał  wrażenie  człowieka, który zna tylko jeden wyraz- "NIE". W pewnej  chwili z wyraźną   złością powiedział -  nie chcę być nieuprzejmy, ale przypominam ci, że to mój ślub a ja już dawno skończyłem 18 lat i mam prawo sam kierować  swoim życiem. Nie widzę powodu dla którego miałbym zapraszać na ślub waszych znajomych i jeszcze ich ciągnąć do restauracji. Jak wrócicie  do Grazu to możesz przecież ich sobie  zaprosić na obiad  lub kolację by się pochwalić, że twój syn się ożenił. Możesz nawet film nakręcić z tego ślubu i zrobić seans filmowy w kinie - ale ślub będzie taki jaki my chcemy  mieć a nie ty. Nie, nie będzie ślubu kościelnego, żadne z nas nagle nie poczuło przemożnej chęci na wzięcie ślubu kościelnego. Nie, obecności  cioci  Helenki też nie przewiduję. Jeżeli ty z tatą chcecie  by była na ślubie to jedno z was będzie musiało jej cały czas tłumaczyć o co biega.  Nie mamo, nie jeżdżę do niej bo zwyczajnie nie mam na to czasu. Tak, mieszkanie  stoi puste. Tak, mieszkam w jednym mieszkaniu z dziewczyną, która za dwa tygodnie będzie moją żoną. I mój przyszły teść też tu mieszka. Tu są cztery pokoje. Po ślubie też będziemy tu mieszkać, tak nam pasuje. No to co, że moje mieszkanie będzie  stało puste. Nie lubię tego mieszkania  ani miejsca w którym ono jest.  Mamo - jeśli jest w domu ojciec, to poproś go do telefonu - mam do niego pewną  sprawę. Chwilę później już rozmawiał z ojcem. Zaczął od tego, że chce sprzedać to mieszkanie - sprzedać a nie je wynająć, bo nie lubi tego mieszkania  ani jego lokalizacji.  Nie, jeszcze nie dałem ogłoszenia o sprzedaży, Martusia uznała, że wpierw powinienem o  tym porozmawiać z tobą. No pewnie, Martusia jest bardzo trzeźwą i mądrą dziewczyną. Ona już ma wakacje, ale ja muszę  się sprężyć z tym pisaniem pracy. Martusia ma jeszcze  dwa semestry do stopnia licencjata i potem cztery semestry do stopnia magistra. Nie  wiem jak długo będę pisał tę pracę - to dość trudny temat, muszę  się naprawdę dość intensywnie nad tym tematem zastanowić, bo jest mało teoretyczny, jest raczej tematem do wdrożenia. Garnitur, buty i potrzebne dodatki oboje  już mamy. Nie byłem u cioci, ale rozmawiałem z przełożoną -fizycznie to z ciocia jest w porządku, tylko mocno przymulona i nie za bardzo kontaktuje. Tak, zorientuję  się po ile idą mieszkania w starym budownictwie. Podeślę ci po prostu maila. Nie, nie to nie jest temat do dyskusji z mamą, wiem i kumam.  Oczywiście  mieszkanie jest wysprzątane i nawet zrobiliśmy jeden pokój jako sypialnię, wymieniliśmy materac po cioci Helence, był już bardzo sfatygowany. Nie chcę wynajmować, bo to zawsze jest kłopot a ja  muszę  się teraz skupić na swojej magisterce.  Nie wiem, może uda  się nam gdzieś wyskoczyć, może nad Bałtyk.  Chciałbym ze  względu na Martunię.Ona do magisterki to musi ukończyć dwa semestry do licencjatu i  potem jeszcze  cztery. Tato, ona nie będzie kosmetyczką, ona będzie kosmetologiem, czyli specem od medycyny estetycznej. Nie, chirurgiem plastycznym też nie- musiałaby  wpierw ukończyć 6 lat studiów na wydziale lekarskim a potem mieć kilka lat specjalizacji w chirurgii. No to wytłumacz to mamie, bo ona myli kosmetyczkę (którą można  zostać po kursie  zawodowym) z pracą kosmetologa. Już Martusię  chce zapewnić sobie firma, która opiekuje się tą uczelnią.

Ślub jest 29 lipca o godz.14,00 - takie rozpoczęcie nowego tygodnia z przytupem, bo to jest wszak poniedziałek. A że taki nietypowy  dzień dlatego udało się nam upolować miejsce w Pałacu Ślubów.  Po części oficjalnej  będzie część nieoficjalna  czyli wypicie  szampanem toastu za naszą pomyślność.  Martusia nie  zaprasza żadnych  swoich  koleżanek ani jakiejś  dalszej  rodziny. Ode mnie to będziecie  wy i kilku moich znajomych - toast jest  na stojąco w  sali obok  tej,  w której jest udzielany ślub. Tato- po ślubie  idziemy na  obiad do restauracji w Hotelu Europejskim, a świadkami naszymi są dwaj ojcowie, czyli ty i ojciec Martusi.  

Tam dobrze karmią a i restauracja  ładna i nie zamawialiśmy nic  z góry, każdy zamówi sobie  z karty to, na co będzie  miał w danym  dniu ochotę. Jeżeli będziecie  nocować  w mieszkaniu to oczywiście zapełnimy wam lodówkę, żebyście  z głodu nie pomarli przed ślubem. Tylko dajcie  znać kiedy przyjeżdżacie - pamiętaj, że nie macie kluczy od tamtego mieszkania. Wszystkie trzy komplety są u mnie. Dokładnie  to się z wami umówię gdy już  podejmiecie  decyzję czym zjedziecie  do Warszawy - samochodem czy pociągiem. Jeśli przyjedziecie na przykład  w sobotę, to możecie pojechać w niedzielę do cioci Helenki z wizytą. I tak myślę, że ta wizyta jest ważniejsza z uwagi na osobę siostry przełożonej niż z uwagi na  ciocię Helenkę.  Nie tato, nie mam nawet bladego pojęci co można przywieźć w prezencie tej siostrze  przełożonej - nigdy w życiu nie miałem do czynienia  z zakonnicą. Mama ma przecież jakieś bogobojne  znajome, to może one coś  wymyślą, co mogłoby być pamiątką  z Austrii dla siostry zakonnej w tak zwanym średnim wieku. I nie mam pojęcia  czy jest  coś co byłoby "trzy w jednym" - pamiątką, rzeczą dekoracyjną a do tego jeszcze przydatną. Dobrze tato, to czekam na wiadomość kiedy i  czym przyjedziecie. Tak, ucałuję, to jasne jak  słońce, uwielbiam ją całować. Nie  zapomnij wziąć polskiego paszportu. Oczywiście pozdrowienia też przekażę.

Odłożył telefon i powiedział do Marty - nooo, za jednym  zamachem udało mi  się wpuścić sprawę zbycia mieszkania. Obiecał, że się zastanowi  co by się opłacało  zrobić z  tym mieszkaniem. I podejrzewam,że zjadą tu dopiero w niedzielę, bo jak powiedziałem, że mogliby w niedzielę pojechać do Helenki to aż  jęknął. Bo tak naprawdę to cioci Heli to ta jego wizyta  jest "na plaster", ona nawet mnie  nie rozpoznawała, chociaż  widywała mnie przecież  codziennie. Alzheimer to straszna choroba. A ojciec się bardzo boi żeby i jemu się nie przytrafiła. Ale wiem, że przechodził bardzo szczegółowe badania i raczej mu to nie grozi. Tak dokładnie to nikt Helenki  nie badał czy to  Alzheimer  czy coś innego. Bo ciocia Helenka zawsze była dziwna, nie  skończyła żadnej  szkoły, wiecznie na  coś chorowała i jak mówiła moja matka była "zakałą rodziny", no a po sześćdziesiątce to się z nią zaczęły kłopoty - a to  się zgubiła na mieście, raz jakichś ćpunów przyprowadziła do domu, ale zupełnie nie wiem dlaczego nigdy nie była porządnie przebadana. Ja tylko pamiętam, że zawsze wszyscy unikali jej jak ognia. No a jak rodzice  wyjeżdżali to ją tu zameldowali. Teraz jest zameldowana na  stałe w tym zakładzie opiekuńczym.

                                                                       c.d.n.


piątek, 15 września 2023

Córeczka tatusia - 10

 Wojtek skontaktował się z facetem, który  chciał  sprzedać  domek i poinformował  go, że jednak nie  zakupi domku bo nie dostanie na niego kredytu z Banku, a od prywatnych firm udzielających kredyty  nie ma  zamiaru pożyczać, więc raczej nie ma  sensu by oglądał ten  dom. Przy okazji powiedział, że jest nieco zdumiony ilością ofert sprzedaży domków  na Ursynowie, ale nie ma  czasu i ochoty na dociekanie  czym jest to spowodowane. No zapewne  tym, że wiele osób uciekało w pewnym okresie  czasu od  pieniędzy i inwestowali w budowę domów, a teraz  chcą odzyskać zainwestowane pieniądze z pewnym procentem - wyjaśnił niepocieszony sprzedający. 

Marta  ostatnie  zaliczenie zakończyła pomyślnie, tym samym  miała przed  sobą jeszcze  dwa semestry do uzyskania  licencjatu i wybór  czy startuje dalej i będzie  miała jeszcze 4 semestry do ukończenia  nauki i uzyskania tytułu mgr.  Tata powiedział, że ma zrobić  tak, jak uważa za najlepsze  dla siebie, on nie  widzi żadnego problemu w  tym, że Marta jeszcze nie pójdzie  do pracy tylko będzie  się  dalej uczyć. Nauka to też rodzaj pracy, z tym, że wynagrodzenie  za nią jest odroczone  na pewien  czas. Wojtek  podzielał jego zdanie i powiedział, że jemu jej studia  w niczym nie będą przeszkadzać. Ślub wszak biorą już w wakacje, będą mieli czas dla siebie wzajemnie  i nawet pisanie przez Wojtka  pracy magisterskiej nie będzie dla nich czymś uciążliwym. Wiesz tato - mówił Wojtek- Martunia będzie  czytała na loggii książkę a ja mogą siedzieć obok i pisać  swoją pracę. Poza tym by coś napisać muszę to wpierw dobrze przemyśleć i mieć pod  ręką komputer. Najlepszym  dla nas obojga  wypoczynkiem będzie to, że nie musimy się  zrywać rano i gnać gdzieś na  ósmą. I Marta i ja  lubimy rano pospać ,  za to posiedzieć wieczorem do północy. Oboje  nie lubimy zorganizowanej  formy wczasów bo śniadania są o ósmej rano a do tego  i Martę i mnie napawa  wstrętem ten  zapach zup mlecznych. Poranny pożądany przez nas  zapach to zapach świeżo  zaparzonej prawdziwej  kawy  i świeżo upieczonych bułeczek lub chleba a nie  zupy mlecznej której oboje nie jadamy. No fakt - przytaknął tata-  Marta i mleczna  zupa wzajemnie  się wykluczają. Mleko to może  być tylko w  formie greckiego jogurtu lub kefiru. Ale bitą śmietanę to oboje lubicie, jak  zauważyłem. 

Tato, musimy jeszcze kupić sobie  buty, więc jutro wyskoczymy na Chmielną  po buty, ale jeśli ty masz też coś tam do załatwienia, to przełożymy to na  sobotę.  Ja to mam już wszystko, mam nawet pasujący krawat. A ty co włożysz tego garnituru?  Martunia powiedziała, że weźmiemy ze  sobą  kamizelkę i kupimy pasującą do tego garnituru muszkę, poszetkę i krawat.  I chciałbym sobie kupić skórzane, czarne mokasyny. Bardzo lubię mokasyny. Jestem ogromnie przywiązany do wygodnych butów typu adidasy, no ale do ślubu to raczej jeszcze nikt ich  nie poleca. A ja nawet mam czarne adidasy.

Ale do ślubu ich  nie  założysz - stwierdziła Marta, która właśnie opuściła łazienkę, w której siedziała ponad godzinę. No, a już podejrzewałem, że  się rozpuściłaś  w trakcie kąpieli i  zostałem wdowcem nim zdążyłem  się  z tobą ożenić - zaśmiał  się Wojtek.  No wiesz- musiałam  zadbać o urodę, żebyś nie  zaczął się rozglądać za innymi dziewczynami.  Poza tym muszę wykorzystywać wiedzę nabytą na studiach. Tak na  co  dzień to w trakcie zdobywania wiedzy praktycznej ( a praktykujemy na sobie wzajemnie) nie  musiałam  w domu dużo czasu poświęcać by dbać o swój wygląd. A każdy zabieg niestety wymaga  czasu. Nawet  zwykłe zrobienie  sobie  manicure i pedicure - dwie ręce, dwie nogi i trzy kwadranse  z głowy. Tak to wygląda  w praktyce.  Gdybyś mnie  zawołała to bym ci pomógł - umyłbym  ci plecki , w ogóle bym  cię calutką wykąpał,  umyłbym  ci główkę i rozczesał włosy. Marta zaczęła  się śmiać - no ale  wtedy to bym z tej łazienki wyszła nie za godzinę  a za trzy. 

Czy ty już przewiozłeś z tamtego mieszkania wszystkie swoje  rzeczy? No nie, bo mi wtedy pudeł zabrakło. No to musimy to zrobić nim twoi rodzice przyjadą. I trzeba przygotować mieszkanie na ich przyjazd, czyli dokładnie posprzątać i przygotować pościel dla twoich rodziców. Bo jak znam życie to oni zjadą do Warszawy z tydzień przed ślubem no i trochę pewnie posiedzą po ślubie.  Nie byłoby źle gdybyś też wpadł do swej spółdzielni dowiedzieć  się kiedy oni przewidują  zasiedlanie bloku.  I pomyślałam, że chociaż tamto  mieszkanie jest formalnie twoją własnością, to nie  byłoby źle gdybyś  powiedział ojcu, że chcesz je  sprzedać - bo kto wie czy ojciec nie będzie  chciał go od  ciebie kupić po nieco niższej  cenie i trzymać je puste, by mieli je do dyspozycji ilekroć zjadą do Polski.  O tym spółdzielczym to nie musisz im nic mówić, skoro nie mieli w nim żadnego udziału finansowego. I po te  twoje  rzeczy to możemy nawet dziś po powrocie  z zakupów pojechać. Pudła kartonowe mamy złożone w piwnicy, taśma do pakowania też jeszcze jest. A gdy dostaniesz to spółdzielcze to wtedy będziemy  myśleć co dalej z tym fantem zrobić. Stąd mamy bliżej do centrum miasta niż z Ursynowa a  trasa metra przebiega  skrajem naszego osiedla, do najbliższego przystanku to mamy z 500 metrów, no może 600. A te cztery pokoje to nam na długo wystarczą. Tym bardziej, że  gdy budowano to osiedle to nikt nie nazywał klitki dwa na dwa metry pokojem dziecinnym tak jak teraz. Na Ursynowie w tych mieszkaniach, w których jest więcej pokoi to zawsze jeden jest taki, że nie wiesz co w nim zrobić, bo tak najbardziej to się nadaje na dużą szafę ubraniową albo karcer dla małych  dzieci.  A tu, jak  się człowiek uprze  lub  zagapi to do sklepu może nawet w kapciach polecieć.  Wiem, że nasze  bloki mają być w przyszłym  roku odnawiane. I możemy pomyśleć nad "przemeblowaniem" łazienki, bo gdy zlikwidujemy wannę to zrobimy sobie  wtedy kabinę prysznicową i oddzielne WC. Ta nasza  wanna to jest taka jakie  były przed  wojną, żeby  się  w niej mógł zmieścić na długość 180 centymetrowy człowiek.  Ja już nawet wszystko wymierzyłam kiedyś. Pralka może  nadal być w kuchni- przynajmniej nie trzeba latać i sprawdzać czy  wszystko jest w porządku. Pichcę  coś w kuchni i od  razu widzę co się dzieje z praniem. I blok jest  trzypiętrowy, raptem  osiem  mieszkań na klatce i tak fajnie  zaplanowane, że do ściany klatki schodowej wspólnej z mieszkaniem przylega kuchnia no i mamy ten luksus, że to parter, ale wysoki. Pewnie z racji remontu to może bym wymieniła tu zlewozmywak , ale ten nasz to jakiś dobry egzemplarz, bo emalia na nim ciągle  w bardzo dobrej kondycji. I śmiać mi  się  chce, jak mi debilnie   ekspedientka tłumaczyła, że tych stalowych to nie trzeba  myć codziennie. Otóż trzeba,  bo inaczej wyglądają paskudnie no i jest jeszcze  coś takiego jak kwestia  higieny. A tata nie będzie tęsknił za wanną? Nie  będzie, bo wie, że w starszym wieku kąpiele  w wannie nie  są  wskazane a wchodzenie do wanny i wychodzenie  z niej mogą być uciążliwe  i poza tym dość niebezpieczne gdy się dobiegnie  siedemdziesiątki. A są fajne kabiny 120 x80 cm. No i wreszcie wyleci ten stary, nieczynny przecież piecyk gazowy- tata nareszcie uznał, że można go zlikwidować.Poza tym można  mieć  w kabinie matę antypoślizgową na podłodze i wstawić krzesełko, żeby cały czas nie stać. Ja już nawet rozmawiałam o  tym z hydraulikiem  z naszej spółdzielni - to dobry fachowiec i chyba jedyny nie pijący hydraulik jakiego znam. A wielu ich  znasz? Trzech- razem z tym niepijącym. Osiedle jest jednak  spore i jest kilku hydraulików. Bo te bloki  za naszym Empikiem też należą do naszej spółdzielni. I popatrz - mamy dookoła całkiem sporo sklepów łącznie z delikatesami, cukiernią, sklepem papierniczym,  Empikiem,  i nawet niezłym fryzjerem, gospodarstwem domowym, które jest w bloku należącym do wojskowości. Kiedyś, na początku, to był tam sklep tylko dla wojskowych i ich rodzin, ale jeden blok, nawet 10-piętrowy  dawał zbyt małe  zyski i teraz  to sklep ogólnodostępny. I przychodnia lekarska jest blisko.  Tata cię zamelduje po ślubie u nas. To dobrze, będę  tylko musiał potem rozesłać info o nowym  adresie. Nawet gdybyś się nie przemeldował to i tak tu jest twój rejon, no ale myślę, że z uwagi na przychodząca korespondencję to lepiej żebyś się przemeldował i nie musiał co jakiś czas tam wpadać i sprawdzać stanu skrzynki na listy. Ciekawa jestem czy twój ojciec będzie chciał to mieszkanie i czy powie o nim twojej mamie. 

Nie wiem bo jak tak na nich patrzę to się zastanawiam co ich łączy. Teraz to "każde sobie  rzepkę skrobie". Mama powiedziała ojcu, że już zlikwidowała biznes, ale ja wiem że nie zlikwidowała  tylko wzięła  wspólniczkę. W każdym razie nadal figuruje jako właścicielka. Tyle  tylko, że mnie to mało interesuje a nawet  wcale. To ojca  sprawa, nie moja.  Ojciec z kolei często wyjeżdża poza Graz i sporo jest w tym wyjazdów poza Austrię, a skądinąd firma  w której on jest nie ma szalenie wielu kontaktów  zagranicznych tak jak z Polską. Ale mnie  to za bardzo nie intryguje. To ich sprawa. Czasem mam wrażenie że są ze  sobą głównie z powodu lenistwa i wygodnictwa. Nie wiem - powiedziała Marta- może tak jest w wielu małżeństwach o wieloletnim stażu.

"Wyprawa" Marty i Wojtka  na Chmielna  była  owocna-  Wojtek znalazł dla siebie bardzo wygodne czarne skórzane półbuty, chociaż nie były to mokasyny. Kupili dwa krawaty, jeden w kolorze burgunda w czarne  delikatne wzory, drugi błyszczący gładki czarny oraz muszkę w kolorze burgunda. Zamiast poszetki doradzono mu by po prostu w klapę marynarki wpiąć mały, żywy kwiatek z asparagusem. Ale to -to już należało "dogadać z kwiaciarnią". A Wojtek stwierdził, że ma  w nosie  zarówno poszetką jak i jakiś kwiatek  w klapę, to nie jest kościelny ślub i nie będzie  z siebie robił małpy.   A Marta "zakonotowała" sobie  w głowie by kupić przed ślubem frezje, bo są nieduże i można upolować takie, by kolorem pasowały do tego garnituru i po prostu ona mu wetknie w klapę jeden kwiatek z jednym listkiem bo sobie  zrobi maleńki bukiecik i przypnie sobie do włosów albo do sukienki. 

Sobie "zafundowała" letnie białe wysokie szpilki - sandałki i  małą, białą sztywną kopertówkę, bo  był to jedyny zestaw o tym samym odcieniu bieli.  Wojtek nie mógł pojąć w  sklepie jak ona  potrafi  "w tym czymś" chodzić i ani nie gubi tych  pantofli z nóg ani nie wywraca  się. No wiesz - biegać to bym w tym nie mogła, ale one  są dobrze wyprofilowane i świetnie mi  się trzymają na stopie no a poza tym przecież ja nie idę na pochód pierwszomajowy tylko mam do przejścia z samochodu do USC. Tata nas wysadzi pod  USC i odstawi  samochód na parking, więc chyba nie ma problemu. Poza tym one naprawdę  są wygodne, mają dobrze ustawiony obcas, a ja jestem bardziej przyzwyczajona  do szpilek niż do innych butów. W ostatniej chwili Marta zapytała, czy ukochany ma  dobrej jakości czarne  skarpetki  i dokupili 2 pary. Marta  zaciągnęła go jeszcze do sklepu, który  jako jeden z nielicznych  sprzedawał koszule wizytowe dobrane do sylwetki a nie  w fasonie worka. Kupili jedną  białą a drugą w delikatnym  błękicie. A gdy Wojtek był na  zapleczu Marta kupiła mu w sekrecie trzecią- bardzo wesołą, bo kratka była trójkolorowa- zieleń, błękit i ciemny róż. Nim się wygrzebał z zaplecza koszule już były spakowane i leżały grzecznie  w torbie  Marty.  W drodze powrotnej dopytywał się skąd ona wiedziała, że tu są takie koszule, więc mu powiedziała, że studia na których są same dziewczyny mają  swoje  zalety - szkoli się nie tylko w  zakresie kosmetologii - ciągłe  rozmowy powodują, że dziewczyny ale i osoby prowadzące  zajęcia wymieniają  się wieloma doświadczeniami życiowymi, poza tym ponad połowa dziewczyn jest od  niej o kilka lat starsza i  już są mężatkami. 

W domu, gdy już  zjedli obiad  Marta podała Wojtkowi paczkę z koszulami mówiąc - powieś je na wieszakach, będzie je potem łatwiej odprasować. A ja tymczasem zrobię dla nas kawę  Tata powinien najdalej  za godzinę wrócić z pracy. W chwilę potem Wojtek wpadł do kuchni mówiąc - chyba  wzięłaś ze  sklepu cudzą  paczkę! Nie kochany, to nasza paczka, tylko kupiłam ci jeszcze jedną koszulę- wszak często chodzisz w lecie  w samej koszuli.  Zapomniałam ci tylko o tym powiedzieć. Została wycałowana, wyściskana i zapewniona, że jest najwspanialszą dziewczyną pod  słońcem. Nietrudno być  przy tobie najwspanialszą dziewczyną pod  słońcem- zapewniła go Marta. Pojedziemy dziś  po resztę twoich  rzeczy i zrobimy tam trochę porządku.  We dwójkę będzie łatwiej i  szybciej. Tylko zaczekamy  aż tata wróci. On  nie lubi wracać do pustego mieszkania.

                                                                  c.d.n.