piątek, 19 lipca 2024

Córeczka tatusia- 144

 Tegoroczna  wiosna jakoś nie olśniewała kolorami - bardzo często padał deszcz,  a Marta narzekała, że brudno  w  mieście  i jej  biały samochodzik jest  ciągle  brudny. Nie ty jedna masz  zapaćkany samochód- pocieszał  ją Wojtek. Spójrz pod wieczór  na podwórko - wszyscy mają "zaropiałe" samochody, nie  tylko ty. A może  chcesz  tego białasa  sprzedać i kupimy ci jakąś nową, nieco większą bryczuszkę? A po co?- zaprotestowała Marta - przecież  jeżdżę sama, a  dzięki temu, że to mały  samochód  to nie mam problemu z parkowaniem. Prędzej to ty mógłbyś  sobie coś  nowszego kupić, dopóki ten da się jeszcze sprzedać za przyzwoitą  kwotę. Nie jeżdżę przecież w jakieś  dalekie  trasy, nie mam  zacięcia do ścigania się z innymi samochodami i jak zauważyłam taki mały  samochód jakoś nie przyciąga złodziei. Poza  tym zauważyłam, że jest to też  kwestia koloru - za białymi nikt  nie przepada. Czerwone małolitrażowe też nie mają wzięcia. Koledzy  w pracy ostatnio wymyślili, że najlepiej kupić jakiś mały samochód,  w takim bardzo strażackim kolorze a na dodatek mieć na karoserii  nazwę jakiejś firmy- podobno każdy  złodziej  omija taki samochód  z daleka, bo łatwo go odnaleźć - rzuca  się po prostu  w oczy z uwagi na  napis.  Już nawet z szefem dyskutowali czy by nie  reklamować w ten  sposób naszej firmy, ale  szef im  doradził by może lepiej bardziej zajęli  się pracą niż  wymyślaniem  głupot.

Na  początku maja zatelefonował do Marty Andrzej z pytaniem, czy może "teraz-zaraz" się z  nią spotkać, bo sprawa  raczej nie na telefon. Chcesz na  mieście  czy u nas  w domu? Obojętne - zapewnił  ją Andrzej. No to ja  za pół godziny będę  w domu, bo muszę pochować  wszystko co mam na  biurku- a brak tu tylko dziada  z babą - stwierdziła Marta. W tym układzie   zjesz  ze mną obiad, bo Wojtek ma dziś wrócić  dopiero około dwudziestej, wpadł mu jakiś wykład za Michała na W.S.I. A taty też na pewno jeszcze  nie ma, więc  jeśli nie będzie mego  samochodu na podwórku to  zaczekaj spokojnie  w swoim samochodzie. 

To może  ja  ci w międzyczasie jakieś  zakupy zrobię?-  dopytywał  się  Andrzej. Nie,  nie trzeba - na pewno  w  domu jest wszystko oprócz  wódki i piwa, bo przecież tata  dziś  gotował.  A twój  szef  nie  będzie  zły, że już wychodzisz? Marta roześmiała  się - nie ma obawy- jestem jego złotodajną kurą a na kury  znoszące  złote jajka  nikt  się  nie  gniewa. Ostatnio, gdy  musiałam   coś przekombinować  w głowie  to chodziłam  jak błędna owca po  naszym podwórku i szef  zabronił chłopakom  wychodzić na palenie, żeby  mnie nie   rozpraszać, bo chodzę i  myślę.  A ja się  dziwiłam, że nie ma żadnego  z palaczy. Jestem  w pracy wyraźnie rozpieszczana. Tu niektórzy, a  wśród nich i ja jestem,  to mają jakoś inaczej normowany  czas pracy, to nie  produkcja. Różnica  polega   głównie na  tym, że każdy z nas to i   w domu myśli nad  tym co opracowuje w ciągu  dnia pracy. A czasem któreś z nas znika na  cały  dzień w czytelni CIINTE a ja tak znikałam w pewnym okresie  czasu w Urzędzie  Patentowym i w  CIINTE.

Gdy Marta dojechała na swoje podwórko Andrzej już był i wyraźnie porządkował swój bagażnik. Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale powitał Martę jak  zwykle  serdecznie. Kiepsko wyglądasz- miałeś jakieś  komplikacje z pacjentem? - zapytała  Marta. 

Andrzej  skrzywił się - nie, w pracy wszystko w porządku. Tylko wróciły potwory z przeszłości. Czy to znaczy, że  się widziałeś  z Leną i ona chce  odwiedzić  dzieci?- dopytywała  się Marta.  Nie, nie ma takiej opcji - moja teściowa zatelefonowała  dziś  do mnie   i powiedziała, że Lena nie żyje i żebym przybył  na pogrzeb, który  jest pojutrze i mam przybyć  razem z  dziećmi. No więc się wypytałem co Lenę tak  nagle  zmiotło z tego padołu  łez i dowiedziałem  się, że podobno już była  zdaniem lekarzy w stanie  do wypisu, wyszła  na przepustkę, bo  zawsze nim wypuszczą  całkiem  to kilka  razy pacjent  wychodzi " w teren", gdzieś dorwała herę i z tej radości  przedawkowała. No i teściowa chce  się procesować ze  szpitalem, że jej nie dopilnowali, no ale ona  chciałaby żebym to ja wszystko załatwił.

No to wytłumaczyłem temu  tłumokowi, że  nawet palcem nie kiwnę w tej sprawie , że na pogrzebie  z dziećmi ani sam nie będę i że o Lenie to im opowiem gdy już będą pełnoletni. I tyle  w temacie. I  jeszcze narzekała, że  w  sądzie nie chcieli jej podać  mojego adresu domowego  ani miejsca pracy, co według mnie jest prawidłowe i mnie nie  dziwi. Tłumaczyłem jak komu mądremu, że sąd dzieci przyznał mnie i sprawę kontaktu Leny z  dziećmi zostawił mnie  do oceny a ja, jak  zapewne  zauważyła, stwierdziłem, że kontakt  z Leną nie jest dla nich pod jakimkolwiek  względem potrzebny lub  wskazany. I zełgałem, że aktualnie  nie mieszkam wraz z dziećmi w Warszawie.

Uuuu, no rzeczywiście to upiorna  historia - stwierdziła  Marta.    No i  - kontynuował opowieść  Andrzej- ponoć siostra  mojej  byłej teściowej omal zawału nie  dostała z powodu  śmierci Leny, bo nagle  doznała  objawienia, że to właściwie ich  wina, że Lena tak marnie skończyła, bo przecież nie powinna była mieć drugiego  dziecka. Powiedziałem jej  tylko, że mogę je pocieszyć, że jak na  razie  to chłopcy są normalni, nie mają  schizofrenii i żeby obie   jak najszybciej zapomniały o chłopcach - głównie  dla  dobra  dzieci a i swego też. Dzieci mają babcię i  dziadka i oraz liczne ciocie i  wujków  i zupełnie już nie  wspominają Leny, która ich biła  i na nich  wrzeszczała, więc  będzie lepiej  gdy tak pozostanie.

A mówiłeś Maryli o tym wszystkim? Tak, powiedziałem i powiedziałem, że trochę u  was posiedzę bo muszę  to  wszytko jakoś odreagować i przetrawić bez obecności dzieci. To mądra  dziewczyna. Maryla też uważa  was za naszą rodzinę. A ojciec Wojtka to dla Marylki wzór cnót  wszelakich. Moi rodzice bardzo, bardzo ją oboje kochają- nagle oboje twierdzą, że  ona jest wymarzonym  przez  nich modelem córki. W domu to teraz najważniejsza  jest Marylka, potem dzieci, potem długo, długo  nic - a potem  ja. 

Ale głupoty  gadasz - śmiała  się  Marta - kochają was oboje tak  samo. W moim odczuciu to trudno nie kochać Maryli -mądra, dobra pod względem  zawodowym, delikatna - dzieciaki od  razu ją pokochały. Tak zupełnie  szczerze to mi z jednej strony żal Leny - a  z drugiej - dla niej na pewno lepiej że odeszła. Jej choroba nie  rokowała  dobrze. Ja  wiem, że mnóstwo schizofreników spokojnie  dożywa  starości, no ale żeby spokojnie  dobić  do starości  to pacjent jednak  musi się do tego przyłożyć- brać  regularnie leki, dbać o siebie. Mam  wrażenie, że pod  schizofrenię podciąga  się wiele chorób psychicznych, bo one są w pewien  sposób  do siebie  zbliżone i na pewno wszystkie nie są jeszcze  dokładnie rozpoznane i zbadane. A leki to na mój rozum w jednakowym  stopniu  pomagają co i szkodzą. 

Mam prośbę do ciebie i do Maryli - chcę was oboje wykorzystać  niecnie jako króliczki doświadczalne- oboje  często moczycie ręce i macie kontakt  ze środkami  dezynfekcyjnymi, które jednak nie  są  balsamem  dla  skóry - zrobiłam smarowidło, które powinno nieco regenerować  skórę. Byłoby fajnie żebyście je używali wieczorem już po ablucjach. Jest absolutnie bezzapachowe, nie jest  tłuste - jeśli się  sprawdzi to może  dodam  jakiś  delikatny  zapach. Rodzicom też podsuńcie i tak po 2  tygodniach opowiecie  mi o  swoich i ich  wrażeniach po użyciu tego smarowidła.  Im więcej osób będzie z tego korzystało i mówiło jak się  czuje ich  skóra po nim tym lepiej będę wiedziała  co o nim sądzić.  Celowo nie mówię co  chcę osiągnąć, żeby  opinia użytkownika  była  jego własnym odczuciem  a nie  sugerowanym przeze  mnie.  Andrzej obejrzał swoje   ręce i powiedział - mam wrażenie, że najbardziej moim łapom nie  służą rękawiczki- skóra w nich nie oddycha, a  z drugiej  strony to mam wyrobiony  odruch - macać tylko w  rękawiczce. Marta  roześmiała  się - nie przesadzaj, przed podaniem ręki nie  szukasz  nerwowo  rękawic, więc jeszcze  nie jest  tak źle.

Wzbudziłem wczoraj sensację- opowiadał Andrzej- bo ktoś oprzytomniał i zaczął  przepytywać nas  o plany urlopowe i, nie  wiem czemu, wzbudziłem niezdrową sensację, mówiąc, że my z Marylką  bierzemy kawałek  urlopu w  czerwcu a lipiec  i  sierpień będziemy w Warszawie. Dyrekcja w osobie  naczelnego aż  dwa razy upewniała  się, że wiem co mówię. Potem, na osobności zapytał się, dlaczego moje  biedne  dzieci mają  być w lipcu i sierpniu w Warszawie, więc w przybliżeniu mu powiedziałem jak to będzie. I  że w  Warszawie  to będziemy  my z Marylką a dzieci  będą  w  Sopocie. No więc  się przyznałem, że to nie ja  wszystko organizuję a  wy, a ja tylko korzystam i płacę  swoją  część. On  się napalił na "domek nad  morzem", więc  mu  dałem namiary na ten  biznes spółdzielczy i kontakt z tymi  co handlują tymi domkami. I jak znam  życie i tego  faceta, to będzie mi  codziennie głowę  truł tym co mu tam  zaproponują. Uprzedziłem go tylko,  że ja  to się na  domkach  nie  znam i że może lepiej  byłoby gdyby on  sam tam się przejechał, porozmawiał na  miejscu z tymi, którzy ten biznes  wynajmu  mieszkań i  domków prowadzą,  pomieszkał z  tydzień  i na  własne oczy  wszystko obejrzał i ocenił. Po pół godzinie udało mi  się przebić przez jego  zwoje  mózgowe i wbić mu do głowy, że domek to zły biznes, bo domek zarabia  na siebie zaledwie  przez  3 lub 4 miesiące, a mieszkanie  w bloku można wszak wstawić  do bazy hotelowej i może  zarabiać  nie  tylko latem. No i nie  da  się ukryć, że Wojtek figuruje  w  tych opowieściach jako mój brat  przyrodni, bo wszak tak podałem w  dokumentach. Przy okazji okazało  się, że moja rodzina to niesamowicie zdrowi ludzie, a jedynie twój teść wymaga raz na jakiś  czas kontroli kardiologa, ale wszytko idzie z państwowego ubezpieczenia no i praktycznie jest pod kontrolą Instytutu Kardiologii bo u nas  nie ma takiej  aparatury i takich kardiologów. No i przy okazji zapytał  się, czy przewidujemy z Marylką jakieś  wspólne potomstwo, więc  go uspokoiłem, że chociaż mówią  o mnie, że jestem  wariat to na pewno kolejnego  dziecka nie  będzie i to z  wielu względów.  Przy okazji powiedział mi, że Marylka ma  tu świetną opinię - i od personelu i od pacjentów. I gdy będzie szkolenie następnej partii pielęgniarek to w tym czasie Marylka  będzie się  zajmować  tylko praktykantkami, a nie tak  "z doskoku" jak teraz, pomiędzy pacjentami chirurgicznymi.

No to same dobre  wiadomości - podsumowała  Marta. Mówiłam ci, że Marylka  to najlepsza  z pielęgniarek. Te najmłodsze to bardziej są przejęte  same  sobą  niż pacjentami. I myślę, że część  z nich nie  zdawała   sobie  sprawy z tego, że  to taki szalenie  ciężki  zawód.  Ludzie chorzy rzadko są mili, bo cierpienie fizyczne wcale człowieka  nie uszlachetnia - w moim odczuciu to raczej  dewastuje ludziom psychikę. Trudno być miłym gdy ci ból rozrywa głowę czy wnętrzności. Myślisz  tylko o  tym by cię przestało  boleć i nigdy więcej nie  wróciło. I mało cię  wzrusza fakt, że nie jesteś jedyną osobą w takiej sytuacji - trafiłeś  do  szpitala , więc  niech  coś  szybko zrobią  by  cię przestało boleć. 

Ale  ty  się nie wściekałaś - zauważył Andrzej. No bo ja przyjechałam gdy tylko zaczęło mnie trochę boleć - ja po prostu wiedziałam  co to jest i że za kilka  godzin może być niewesoło. No i wiedziałam, że mnie zoperujesz najprędzej gdy  tylko będziesz mógł. Fakt, że  zajmuje  się tobą ktoś kogo znasz  i masz do niego  zaufanie też ma  znaczenie. Poza tym w pewien sposób miałam  przedtem kontakt  z medycyną, poza  tym wiedziałam co mi jest - to wszystko razem ma  znaczenie. A ten p. bólowiec też mi dobrze  zrobił. Byłam po prostu  mniej zmęczona bólem. Ty tak  szybko zasnęłaś, że aż się pytałem Krzysia czy aby na pewno  już  śpisz. Krzyś  się śmiał, że to jakiś  rekord został pobity. Nawet on  był  zdziwiony. Najbardziej lubię operować gdy pacjent jest pod jego czujnym okiem. To świetny anestezjolog. Byłbym najszczęśliwszy gdybym zawsze tylko z nim  operował. Anestezjologia to trudna cząstka medycyny. A tak w ogóle  to jestem przekonany, że każdy ma do czegoś  talent , że  zawsze jakaś  działka  medycyny komuś lepiej pasuje niż inne.  Znam dentystę, który jest rewelacyjny w kwestii usuwania zębów - gdy on usuwa  ząb to zabieg  trwa  góra  3 sekundy, nic  się nie paprze, rana  goi się  super. Ale talentu do leczenia  zębów to nie ma facet nawet za grosz. Zrobione przez  niego  wypełnienia wypadały ludziom najdalej po tygodniu. I w końcu jest chirurgiem stomatologicznym. Śmieliśmy się, że powinien mieć "klinikę rwania  zębów" i jeździć po różnych wsiach, bo na wsiach to najczęściej jednak znacznie  więcej  jest zębów do usunięcia niż do leczenia. 

Wiesz co? ja chyba  wiem o kim  ty mówisz - to doktor N. Usuwał mi górną ósemkę - zajęło mu to mniej niż pół minuty. I wcale  nie stosował tradycyjnych   cęgów. A potem mi leczył  siódemkę i  dwa razy plomba  wyleciała  z niej. Bardzo miły  facet i...przystojny. No fakt, to o nim  mówiłem - przyznał Andrzej. A mnie  kiedyś poleciła  go koleżanka, ale mam wrażenie że ją łączyło z nim coś  więcej niż rwanie  zębów - dodała  Marta. Więc może  był nie tylko dobrym  rwaczem i miał  walory ukryte.

Andrzej spojrzał na  zegarek i powiedział - nie  chcę, ale  muszę -  jechać  do  domu. Dobrze  mi z tobą, ty zawsze jakoś  potrafisz  mnie bezboleśnie  ustawić  do pionu. Dziś  moja  kolej  czytania dzieciom przed snem. Marta  uśmiechnęła  się - gdy będę  miała  własne  to będziesz  miał u  mnie  fuchę -  czytanie  dziecku na dobranoc. A kiedy to będzie? - zapytał Andrzej-  nie wiem, jakoś mi nie  spieszno do tego.  I bez dziecka mam wystarczająco  dużo zajęć. A jakie jest   stanowisko Wojtka  w tej materii?  Na razie  takie jak moje. Gdy  się  zmieni to podejmiemy negocjacje - odpowiedziała Marta  ze śmiechem.

                                                                       c.d.n.





niedziela, 14 lipca 2024

Córeczka tatusia - 143

 Pogaduszki  z  sąsiadem zajęły  pani Małgosi oraz obu  ojcom niemal  dwie  godziny, bo pan sąsiad musiał się pochwalić  i oczywiście  nakarmić  gości własnoręcznie zapeklowaną  a następnie uwędzoną  szynką, pokazał również ile  to ma słoików z domowymi dżemami i konfiturami, jak również chwalił  się zawekowaną włoszczyzną, która  jego zdaniem jest super  wynalazkiem.  

W ramach uczczenia  tak  miłego spotkania ojciec  Wojtka dostał sok z malin, kilka  słoików różnych kompotów, słoik włoszczyzny i nawet słoik marynowanych grzybków. Panowie już się umawiali na wyprawy na grzyby, bo sąsiad był zapalonym  grzybiarzem i jak twierdził, to znał miejsca "grzybodajne".

Pan Maciek - bo takie imię mu rodzice na  chrzcie dali, miał ogromny żal  do swego syna, że wcale  do nich nie przyjeżdża, że wyśmiewa  się z ojcowskich pasji  do  "udawania wieśniaka" i promowania  w rodzinie  i wśród  znajomych różnych  wyrobów  domowych. Panowie oczywiście  wymienili  się  numerami telefonów, ojciec  Wojtka  zapewnił  pana  Maćka, że  ilekroć będzie miał coś  do załatwienia  w Warszawie to ojciec zapewni mu noclegi w  swoim mieszkaniu. I nawet  gdybym  przyjechał z żoną?- dopytywał  się pan Maciek.  No jasne, zapewniał go ojciec - ja wtedy  będę nocował u  dzieci a wy będziecie mieli do dyspozycji moje  mieszkanie. Tam  są dwa pokoje  z kuchnią. Bo ja często śpię u  dzieci, nie u  siebie. Po prostu moja synowa  wymusiła  na  mnie, że ilekroć niezbyt dobrze się  czuję, albo pogoda niezbyt  dobra to wtedy zostaję u  nich - mam nawet  u nich swój mały pokoik. Bo od kiedy  wiadomo, że miałem  kiedyś  nierozpoznany  zawał serca to ona tak zarządziła. A poza tym, chociaż ona naprawdę  dobrze  gotuje,  to ja im gotuję - chociaż  w ten  sposób mogę im pomóc, bo przecież oni oboje  pracują po 8 godzin. Ja to tylko na pół etacie jestem - żeby   nie  zdziczeć  zupełnie.  

Szczęściarz z  ciebie-podsumował  Wojtkowego ojca   pan  Maciek - masz  cały czas kontakt ze  swoimi dziećmi. Ojciec tylko ręką  machnął - po prostu od  wielu  lat przyjaźnię się z ojcem  mojej Martuni - Wojtek i Marta  chodzili razem do podstawówki, tam  się poznaliśmy osobiście. Bo było tak  zabawnie,że pracowaliśmy  w tej  samej instytucji a  wcale  się nie  znaliśmy. No i  się  zaprzyjaźniliśmy, bo nasze  dzieci już się wtedy znały.  A mogę ci zadać niedyskretne  pytanie - spytał pan Maciek.  Możesz - podejrzewam, że chcesz  się spytać o moją żonę. Pan  Maciek kiwnął głową i spytał - jak  na  to  wpadłeś? Wojtkowy tata roześmiał się - jestem rozwodnikiem  od kilku lat - moja żona  "zagustowała" w innych facetach. Na początku w  starszym ode  mnie, ale  "nadzianym",  a potem w sporo młodszych ode mnie. I właściwie mogę powiedzieć, że dzięki temu jestem szczęśliwym ojcem i teściem. Wiem tylko tyle o niej, że nie  mieszka w  Polsce . A że kontakty  z nią podnosiły  mi  wyraźnie   ciśnienie to syn  zabronił jej by przyjeżdżała bez  uprzedzenia do niego, bo ja jestem u nich codziennie. 

Wiesz, kontynuował pan Maciek - czasem mi brak Warszawy- chodziliśmy z żoną  do Filharmonii i z raz na dwa miesiące  do Opery, poza  tym do teatru. Teraz to cała  wyprawa. I syn  krzywo patrzy gdy zjedziemy do  nich na nocleg. A ile się nasłucham, że mieszkanie  ciasne bo to M-3 a do tego daleko od centrum bo na  Piaskach. A to, że  nie  musiał na nie ani złotówki wyłożyć to pomija głębokim milczeniem. A pracuje w  Hucie Warszawa, więc ma  blisko do pracy.  Boś go rozwydrzył - świata poza nim nie widziałeś, to teraz  masz  -  podsumowała Maćkowa żona. 

Wiecie co - z biletami do teatru i do opery to wcale nie jest w Warszawie teraz  lekko - stwierdził ojciec Wojtka- w efekcie  kupuje  się je  z wielkim wyprzedzeniem a przecież  nikt  z nas nie ma gwarancji że za  miesiąc na 100% będzie  mógł iść  do teatru  czy  opery. No i  wtedy, jeśli spektakl jest "chodliwy" to bez  problemu  można je sprzedać, no  ale  trzeba  wtedy ruszyć tyłek   z  domu do teatru  lub opery. Bardzo dużo przyjeżdża do Warszawy wycieczek  i wtedy  często jednym  z punktów programu  wycieczki jest spektakl w operze. Filharmonia ma  znacznie mniejsze "wzięcie" wśród wycieczkowiczów. Przejrzyj  Maćku  spokojnie repertuar na internecie  i dasz mi  znać  co chcielibyście zobaczyć. I może tak się złoży, że i ja  dotrzymam wam  towarzystwa.

W pewnej chwili rozległo się pukanie do drzwi i pan Maciek powiedział - to pewnie moja  druga połowa  się  dobija -  pewnie  się do domu  nie może  dostać, bo jak  zwykle nie bierze  kluczy  gdy ja z nią nie jadę. A jaka bystrota się  z niej  zrobiła -zobaczyła  państwa  samochody i od  razu wiedziała, gdzie ma  mnie szukać. Pati podeszła  do drzwi i z uśmiechem na twarzy otworzyła je mówiąc - jeśli szuka  pani pana Macieja to go pani  znalazła- jest właśnie u nas. Proszę  wejść chociaż na  trochę.  Kobieta  przecząco pokręciła  głową - nie  mogę  w tej chwili, bo mam w  siatce  dwie żywe ryby, chcę je  wrzucić  do wody. Miały  być  sprawione i przyprawione  a  mam żywe i najchętniej  cisnęłabym je  do Narwi! Pan Maciek  uśmiechnął się do obecnych przepraszająco i powiedział - muszę państwa na  chwilę opuścić i pomóc żonie z tymi rybami- nie  rozumiem tylko po co je Zosiu wzięłaś żywe- miały  być przecież tak przygotowane żeby je  tylko na patelnię  wrzucić.   A co to za ryby - zainteresowała  się Marta-  niestety nie takie  jak zamawiałam-  miał być  porządny  szczupak a są pstrągi - wyjaśniała żona  pana Maćka. No ale przecież pstrągi to też są jadalne - stwierdziła Marta. 

No są- zgodziła  się pani Zosia- ale mnie jakoś lepiej udaje  się  szczupak. Pstrągi to mi jakieś  suche wychodzą. Ale te to są  zapewne  z hodowli  a nie łowione  w górskim  strumieniu, więc na pewno są nieco tłuściejsze, bo są regularnie  karmione a nie żywią  się  tylko tym co same upolują- stwierdziła  Marta. A  według  tego  co  wiem, dodał ojciec Marty - do końca  kwietnia jest okres ochronny na  szczupaki i połowy to się zaczynają dopiero  w maju.  

Małgorzata tymczasem podreptała  do łazienki, napełniła wodą niemowlęcą  wanienkę, która  dotąd wisiała   na  ścianie i zawołała - chodźcie  tu z tymi rybami, bo zemrą z uduszenia się i nie będą smaczne. Pstrągi na  szczęście  jeszcze były  całkiem żwawe i jak stwierdził pan  Maciek to im podróż nie  zaszkodziła. A czy ty kochana żono wiesz, że pojechałaś bez  dowodu rejestracyjnego? Miałaś szczęście, że cię żadna  drogówka nie  dopadła.  Pani Zosia skrzywiła  się - ja  zawsze  jeżdżę bocznymi drogami, na których żaden przytomny  policjant  nie  bywa, bo zdechłby z nudów i braku kandydatów na mandaty. Jest weekend  to cała  drogówka obstawia tylko główne drogi.

Pan  Maciek wyjął z rąk żony siatkę z rybami i posłusznie wniósł ją do łazienki i wypuścił ryby do wanienki. Przez chwilę  wszyscy w milczeniu przyglądali  się pstrągom. Całkiem spore  te pstrągi- zauważyła Marta. Ale ja wolę ryby morskie a najbardziej pod  słońcem to nie lubię karpi. A morskie  to najbardziej  lubię .....wędzone. Tylko jakoś nie mogę wybaczyć  rybom, że mają ości. Małgosia wypytała  się wszystkich komu zrobić kawę  a komu herbatę, dokroiła ciasta i następna godzina upłynęła  w miłej,  sąsiedzkiej atmosferze. 

Pani  Zofia była  zachwycona perspektywą częstszego niż dotąd bywania w stolicy jak i tym, że w wakacje a  może i w pogodne  weekendy będą tu bywać warszawiacy. Na początku  trochę nie  mogła  się "połapać" w powiązaniach  rodzinnych  nowych  sąsiadów, ale pomału, pomału "załapała" kto  z kim jest spokrewniony. Szalenie  wzruszyła się, gdy dowiedziała  się, że Pati tak naprawdę  nie jest rodzicielką Marty, ale Marta jednak  uznaje ją  za  swą matkę, bo jej zdaniem  Pati  traktują ją tak, jakby była rodzoną  córką. Bardzo też się cieszyła  z faktu, że latem tego  roku będą tu "letnicy".

Wszyscy  się zastanawiali jacy będą  nowi mieszkańcy kolejnej posesji i wszyscy  mieli nadzieję, że nie będzie zgrai nieletnich dzieci wrzeszczących od rana do nocy ani też ujadającego psa. My- powiedziała pani  Zofia- nawet własnych wnuków nie zapraszamy tu na  wakacje- bo tak prawdę mówiąc to tu nie ma  żadnych rozrywek  dla dzieci - oni by  tu  wyli  z nudów, bo  są przyzwyczajeni do sporej  ilości  swych rówieśników wokół siebie - obaj się hodowali wpierw  w  żłobku, potem w przedszkolu, bo synowa  stwierdziła, że nie  zamierza  być kuchtą i niańką  w domu. Syn jest straszne  na  nas obrażony bo miał nadzieję, że ja będę się zajmowała  dziećmi. Nie ukrywam- nie  żywię żadnych ciepłych uczuć  do swojej synowej. I tak naprawdę  to nie mogę pojąć co Paweł w niej  zobaczył- ani urodna ani wykształcona  ani mądra. 

Marta  zaczęła się śmiać - widocznie  miała walory  ukryte. Mam wrażenie, że większość matek zastanawia  się ogromnie  co ich syn  zobaczył w dziewczynie, z którą się chce żenić. Moja teściowa też zapewne  do  dziś się zastanawia co Wojtek we mnie zobaczył. Na szczęście rzadko się  widujemy i rzadko ze  sobą rozmawiamy, więc ma sporo czasu  na rozmyślania.

Panowie natomiast  zastanawiali się jaki to będzie ten gotowy dom stawiany na płycie betonowej. Ten wasz dom ma fundamenty w  ziemi, tyle  tylko, że nie jest wybetonowane podłoże, ale jakby ktoś   bardzo  chciał to można zrobić tu piwnicę taką jak u  mnie i wstawić tam piec  do ogrzewania całego domu- przekonywał pan Maciek.  Póki co, to ogrzewanie  gazowe jest tańsze niż elektryczne. Wiemy o tym, tyle  tylko, że jak na  razie nikt z nas  nie chce wyprowadzać  się z Warszawy a jak  sam widzisz to ten  dom stoi pusty - tłumaczyła Maćkowi  Pati.  Małgosia ma ładne   mieszkanie w Warszawie w pobliżu Parku Łazienkowskiego na Dolnym Mokotowie, my mieszkamy raptem 200 metrów od Marty i Wojtka, ojciec  Wojtka też  mieszka w pobliżu bo tylko kilometr od  nich. A gdy nam lat przybędzie to na pewno się nie przeniesiemy  poza Warszawę. Mam wrażenie, że  zimą jest  tu raczej mało zabawnie. 

My tu jeszcze  nie mieszkaliśmy zimą- przyznał się Maciej. Ostatnią zimę  mieszkaliśmy  u brata Zosi, bo oni wyjechali na rok do Iraku- on podłapał  roczny kontrakt, więc  się dogadaliśmy i mieszkaliśmy w ich mieszkaniu, a tu "wpadaliśmy" sprawdzać jak tu wygląda. Ta zima nie była  zbyt śnieżna , ale i tak były kłopoty  z dojazdem bo tu nikt nie mieszkał, więc drogi  nikt  nie odśnieżał. A ja- powiedziała pani Zofia- najchętniej  bym ten dom sprzedała i kupiła  2 lub 3 pokoje w Warszawie i możliwie daleko od  mieszkania syna. Mam nawet dogadane ze  znajomą, że odkupię od  niej jej mieszkanie na Solcu, bo oni się zamierzają przeprowadzić na Ursynów, bo na Ursynowie mieszka ich córka. Na razie jeszcze tego budynku na Ursynowie  nie oddano do użytku. Wiem, część rodziny obwoła  nas wrednymi ludźmi,  ale mnie to nie przeszkadza. Nie widzę powodu dla którego mam pomagać synowi w jego życiu osobistym- daliśmy  mu wykształcenie, dostał za darmo dwa pokoje z kuchnią - czas by już żył na  własny rachunek za własne pieniądze. Najbardziej mnie wścieka gdy nasza  synowa mówi, że pan Bóg daje  dzieci to i na dzieci da. I kiedyś gdy synuś do mnie zadzwonił z pytaniem  czy mogę im pożyczyć kilka tysięcy bo się "szarpnęli" na jakiś  drogi sprzęt do gier, to powiedziałam, żeby sobie  porozmawiali z panem Bogiem lub poszli do Kościoła, skoro Bóg daje   dzieci i na  dzieci. No i przez  pół roku się nie odzywał do nas. Oboje pracują, jeśli jadą gdzieś na  wakacje to najczęściej do jakiegoś ośrodka zakładowego, tyle  tylko, że teraz tych ośrodków jest  coraz  mniej, bo nagle się tropnęli, że takie ośrodki nie generują żadnych  zysków  a tylko i wyłącznie  generują koszty. A moja synowa do ubogich z domu to nie należy i rodzice wyprawili  córuni weselisko na 150 osób. Dawno nie  widziałam takiego  hucznego wesela. Kościół tonął w kwiatach. Suknię to miała z jakiegoś importu całą obszytą jedwabnymi różami, podobno z Japonii ktoś to cudo  przywiózł. Czuliśmy  się tam z Maćkiem jak bardzo, bardzo ubodzy krewni. Mój brat  to  się  do łez  zaśmiewał gdy mu opowiadaliśmy o tym weselu.

A gdzie pracuje pani synowa? - spytała  Marta. Nie wiem gdzie ostatnio pracuje - przez jakiś  czas była kasjerką  w aptece, potem załapała  się w jakiejś przychodni lekarskiej jako recepcjonistka  a może rejestratorka.  Ona dość sporo jest na  zwolnieniach lekarskich w ramach opieki nad  dziećmi, bo te ich  dzieci sporo chorują.  I mam wrażenie, że chyba  co jakiś  czas  ją zwalniają  z pracy w ramach  redukcji, bo na  co komu rejestratorka  czy recepcjonistka  która  wiecznie jest nieobecna.  Oj tak- to jest spory  problem- stwierdziła  Marta- wiemy  coś o  tym, bo dzieci naszych  przyjaciół więcej  do przedszkola nie  chodziły  niż  chodziły. Najgorsze było to, że to było prywatne przedszkole - przedszkole było nieczynne bo była jakaś epidemia, a opłatę nadal pobierano, bo przecież  lokal  był  wynajęty.

                                                                      c.d.n.



niedziela, 7 lipca 2024

Córeczka tatusia- 142

 Marta była  "dumna i blada", że tak dobrze udało się jej utrafić  z rozmiarem  garderoby dla Maryli i Andrzeja i na kolejne jego pytanie  ile  jest jej  winien odpowiedziała - przecież  jesteśmy rodziną, więc  ci powiem wtedy  gdy ty mi powiesz ile jesteśmy ci winni z racji usług medycznych, bo wiem, że jesteśmy zarejestrowani  jako twoja rodzina i mniej płacimy, czyli tak praktycznie to część należności jest brana z  twojego konta. Więc bądź tak miły i nie psuj tego  co jest. Wojtek od  razu  ją poparł i Andrzej "odpuścił".

Święta  Wielkanocne  były okazją głównie do spotkania się przy stole, pogoda była kiepściutka, zupełnie nie spacerowa, bo jak nie mżyło to padało. Niedzielę Wielkanocną  Marta  z Wojtkiem  spędzili u rodziców Marty razem z ojcem Wojtka,  Andrzej z Marylą i  dziećmi i swymi  rodzicami siedzieli na Sadybie, bo Andrzej  miał nocny dyżur z niedzieli na  poniedziałek więc  chciał się  wyspać i  wypocząć  na  zapas , Ala z  dziećmi i  Michałem mieli u  siebie teściów Ali i  pana majstra wraz z żoną. W poniedziałek  do hacjendy pana  majstra pojechali wszyscy oprócz Andrzeja i  Maryli -  Andrzej odsypiał w  domu nocny dyżur, a  Maryla szykowała  sobie  notatki do szkolenia  nowych  kadr, więc  dzieci  pojechały z  dziadkami.W ostatniej  chwili rodzice Marty wycofali  swój udział,  bo Pati musiała jednak być w kwiaciarni, bo jej wspólniczka " zaniemogła" czyli załapała  od kogoś gigantyczny  katar, a Marta stwierdziła,  że faktycznie będzie  lepiej gdy zakatarzona  wspólniczka  poleży spokojnie  we  własnym  domu a  nie  będzie rozpylać wirusów w kwiaciarni. Tata  Marty oczywiście został z Pati i pomagał jej w kwiaciarni.

Święta, święta  i....po świętach -skonstatowała  Marta w poświąteczny  wtorek. Mamy spokój  ze świętami aż do grudnia. Muszę tylko do końca tego tygodnia potwierdzić Janeczkowi, że wynajmiemy jego  domek. Jakiemu Janeczkowi? - zdziwił się  Wojtek- co to za Janeczek?  No ten ze Słowacji, ten właściciel domu na  Słowacji. To on ma na imię  Janeczek? No nie, on ma na imię  Ondrej, czyli jak dla  nas to facet jest dwojga imion bez nazwiska. On  to jest Ondrej Janeczek. Więc upewnij się   dziś  czy Michał i Andrzej też na tę Słowację jadą.  I przypomnij  im obu, żeby sprawdzili w Sopocie czy aby na pewno panienki w tym biurze  raczyły wpisać  w  rezerwację ich pobyt, bo chyba  będą  musieli tam wrzucić jakąś  zaliczkę. A my w przyszły weekend  pojedziemy obejrzeć  ten letni domek nad Narwią. Podobno ta kuzynka Pati to chciałaby go sprzedać, więc pomyślałam, że jeśli to coś fajnego to może by go kupić - Pati mówiła, że to  jest mniej więcej na  wysokości Wieliszewa  ale na północnym  brzegu Narwi a do zapory  to jeszcze  kawał  drogi, raczej  bliżej jest do Zegrza  Północnego i niedaleko  stamtąd  do jakiegoś ośrodka, który jeszcze  niedawno był ośrodkiem dla wybranych. I jeśli to prawda to może idzie o okolice  Jachranki. 

Jachranka, Jachranka - powtarzał Wojtek wpatrzony w  sufit. Mój ojciec  będzie wiedział, zresztą jestem za tym, by on z nami tam pojechał w  ramach  rozeznania. No to chyba  jasne,  jak  słońce, że  pojedziemy tam  z ojcem, skoro ma tam spędzić urlop - stwierdziła Marta. Słyszałam od  kogoś, że Jachranka ma przed sobą "świetlaną przyszłość" jako ośrodek wypoczynkowy dla Warszawy i tam w planach jest budowa hoteli i szalenie idą  w górę ceny ziemi. Bo gdy patrzę na mapę, to jako absolutny neptek w kwestii budownictwa, mam wrażenie, że ten północny brzeg  Narwi bardziej nadaje  się pod inwestycje budowlane  niż południowy. Tylko  byłoby  miło, gdyby była jakaś mniej  zakazana pogoda, bo w  deszczu i wilgoci  to  wszystko wygląda sto razy gorzej niż przy  dobrej  pogodzie. Ale tak w  głębi duszy to wcale nie jestem przekonana do kupna jakiejkolwiek nieruchomości - przecież nawet  ten pomysł z kupnem  mieszkania w Sopocie odpuściliśmy. To zawsze jest jakieś uwiązanie - potem chcesz gdzieś jechać i zaraz  staje  ci przed oczami ten domek stojący gdzieś "w kartoflach" i niszczejący, bo wiadomo, że dom nieużywany niszczeje. I chyba jedyną jego zaletą  byłoby to, że to jest  blisko Warszawy. A ponieważ żadne  z nas nie ma  "wolnego zawodu"  i  musimy być stale w pracy to chałupa  byłaby  wykorzystywana tylko w  trakcie urlopu. A myśląc perspektywicznie  to temat mamy w pewnym  sensie już przećwiczony, że potem, gdy będziemy  mieli jakieś  dziecię, to dowożenie go do  szkoły niestety wcale  nie jest fajne- ani dla dzieci  ani dla rodziców. Przecież Ziukowie mieli tę  swoją   hacjendę tuż, tuż koło Warszawy a jednak  się przenieśli żeby  być bliżej wnuków, bo jak powiedziała Ziukowa to  dzieci znacznie  lepiej się wychowują mając na  co  dzień i rodziców i  dziadków. I popatrz na  nas - trudno nas nazwać  dziećmi, a jednak fajnie się mieszka gdy rodzice  są cały  czas blisko. Człowiek to też jest tak naprawdę stadnym stworzeniem.  Andrzej to jest  wręcz  zaskoczony faktem, że tak mu  się dobrze mieszka w domu razem z  rodzicami i teraz  się zastanawia dlaczego nie  wpadł na taki pomysł wcześniej, więc  mu tylko przypomniałam, że gdyby dokonał kiedyś innego  wyboru i Lena byłaby  akceptowana przez rodziców to zapewne  też  by mieszkał albo z rodzicami albo w ich pobliżu.

Tak jak  było planowane w następny kwietniowy weekend wybrali się "hurtem" na wycieczkę by zobaczyć "miejscówkę na lato" jak się  śmiała  Marta. Kuzynka Pati okazała  się  być bardzo miłą osobą,  z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie samej. Pojechali w  dwa  samochody, a Misia miała prawdziwy  kłopot który  samochód  wybrać, więc zrobiła  to za nią Marta i  zarządziła, że w stronę Zegrza to Misia pojedzie w  samochodzie rodziców a wracać będzie  z "Wojtkami". Rodzice  Marty zajęli  się stroną konsumpcyjną wycieczki, a ojciec Wojtka wrzucił do bagażnika nieco różnych narzędzi plus środki czystości i sporo różnych  szmat, ścierek itp. Tato- a po jakie licho to bierzesz?-dopytywał  się Wojtek. Ojciec uśmiechnął się- no rozdam każdemu po  szmacie i tym sposobem szybko pozbędziemy  się kurzu. Gdy jakieś pomieszczenie  jest długi czas nie używane to można w nim  różne  różne rzeczy zastać.

Też się czasem dziwię skąd  się kurz bierze w nieużywanym, zamkniętym pomieszczeniu, ale fakt faktem, że  się jednak  skądś bierze. Wszystko jest wszak w ciągłym ruchu choć my tego nie odczuwamy i zapewne ten  kurz to drobinki farby, którą jest pomalowany sufit i ściany, a w  takim domku z  drewnianym sufitem to może są odrobiny drewna - nie wiem. Drewniane ściany i sufity też nie są idealnie szczelne i gdy  wiatr miecie piachem i kurzem to mogą się przedostawać do wewnątrz. Nagle  plasnął  się ręką w czoło -miskę jakąś trzeba zabrać i pognał do piwnicy po miskę. Wojtek wytrzeszczył oczy, ale Marta zaraz  mu  wyjaśniła- miska się przyda, bo trzeba  będzie przecież co chwilę   te ścierki przy odkurzaniu płukać.  I wiesz, ten  stary odkurzacz możemy wziąć.

W czterdzieści minut później byli w Zegrzu Północnym. Jechali  za  samochodem  rodziców Marty,  w którym, jak  się później  dowiedzieli, kuzynka Pati bardzo  się zastanawiała  czy trafi do właściwego domu. Ale jakoś trafiła. I nawet bez problemu udało się otworzyć  bramę i wjechali do "miejsca na ogród", jak to ładnie określiła właścicielka. Zaraz  po wejściu do  domku włączyli ogrzewanie - w każdym pokoju były piece indukcyjne. W największym  pokoju oprócz  pieca  indukcyjnego był też kominek a przy  nim elegancko ułożone drewno. Panowie zajęli  się "ogniskiem" domowym a płeć piękna zaczęła od  zwizytowania kuchni. Stał tu stary piec  kuchenny a na  nim kuchenka  elektryczna. Ojciec  Wojtka zajrzał do kuchni i powiedział - tu wcale nie ma  kurzu.  Właścicielka   się  roześmiała - byłam  tu we wrześniu i przed  wyjazdem wszystko pomyłam  i na   zakończenie przeleciałam  wszystkie powierzchnie takim płynem przeciw kurzowi,  czyli wilgotną ścierką  zmoczoną  w roztworze płynu do płukania tkanin i jak widzę to jednak działa,  a w lecie była chałupka dodatkowo uszczelniana- pod  tą boazerią jest położona warstwa ocieplająca. W pół godziny po ich przyjeździe ktoś zapukał do drzwi - "pies obronny" cichutko zawarczał, więc go Marta wzięła na ręce zapewniając, że  wszystko jest w porządku, no i zaraz dostała  od Misi "liza". Pani Małgorzata poszła otworzyć drzwi - to był sąsiad z sąsiedniej działki okolonej wysokim żywopłotem z bardzo gęsto posadzonych iglaków.   Pati szybko wyciągnęła termos z kawą i ciasto,  a sąsiad zaczął  opowiadać o tym, że teraz  ten teren zaczął być nagle  cenny i administracyjnie należy do Jachranki a w Jachrance  to  się budują "hotele wczasowe" i nagle wszyscy chcą kupować  ziemię, zwłaszcza te kawałki nad  Narwią, ośrodka rządowego już  oczywiście nie ma i jest cała  masa prywatnych domów. No i jest jeszcze jedna dobra sprawa, bo jest  firma ochroniarska i można do niej  się podłączyć.  A pan  sąsiad teraz mieszka tu stale, bo  swoje warszawskie mieszkanie oddał synowi a  syn bardzo pracowity pod pewnym  względem i już ma  dwoje dzieci,  a sąsiad  właśnie przeszedł na  wcześniejszą emeryturę i siedzi  tu stale. I działka ta po drugiej  stronie pani Małgorzaty ma nowego właściciela i wkrótce zacznie się budowa , a właściwie to ma być tu przywieziony gotowy dom i stanąć na betonowej płycie. No nie wiem, czy to  dobry pomysł - deliberował sąsiad. Nawet w takim tylko letniskowym  domku to lepiej gdy jest piwnica porządnie  wymurowana. Bo jak dobrze  powieje to tę chałupę zwieje z tego betonu.

Sąsiad był chyba bardzo stęskniony towarzystwa, bo wcale  się nie kwapił do opuszczenia domku. Ojciec Wojtka  zaczął go wypytywać jak tu jest zimą z ogrzewaniem domków i  sąsiad stwierdził, że on ma w piwnicy piec na gaz i pozakładane  kaloryfery w pokojach. A gaz mu regularnie przywożą i to wypada taniej niż ogrzewanie  elektrycznością. I właśnie  dlatego między innymi dobrze jest mieć wymurowaną piwnicę, bo tam wtedy jest piec gazowy, który również ogrzewa wodę. I sąsiad zaprosił panią Małgorzatę do siebie, by  zobaczyła jak  to wygląda. Razem z nią poszli do  sąsiada obaj ojcowie a Wojtek został z Pati i Martą, bo chciał zobaczyć jak wygląda "przygórek" i za  zgodą p. Małgosi poszedł na  pięterko. Misia była  bardzo zaniepokojona, że nagle  część towarzystwa "poszła  sobie". Gdy wyszli Marta powiedziała  do Pati, że za  żadne skarby nie zamieszkałaby tu na stałe - co najwyżej latem, bo  jest tu ładnie  latem. 

A potem Marta roześmiała  się i powiedziała - my  z Wojtkiem urywaliśmy się ze  szkoły na wagary i pałętaliśmy  się nad  Narwią, ale na jej drugim brzegu. Tych wszystkich stojących  tu domów nie  było, po drugiej stronie Narwi też nie  było żadnych domów, żadnych działek, nie było też żadnego rezerwatu. Tu  była  absolutna pustka po obu stronach   rzeki - biegaliśmy na golasa i pływaliśmy w Narwi-  woda była  czyściutka.  Krowy się na tamtym  drugim brzegu   spokojnie same bez  dozoru  pasły. Nawet nie  były uwiązane tylko spokojnie się pasły, tam była łąka porośnięta chyba  koniczyną a  zaraz  za łąką las,  a one nie   miały ciągot  do lasu bo tam nie  miały czego żreć. A widząc zdumioną  minę Pati wyjaśniła - tata o  tym wiedział i  miał z nami bardzo poważne rozmowy - tata nas oboje  uświadamiał. Zbiorowo, a nie każde  z nas osobno. My już wtedy byliśmy oboje  z Wojtkiem pewni, że gdy dorośniemy to zostaniemy małżeństwem. 

Oboje byliśmy strasznie nieszczęśliwi gdy Wojtka wywieźli jego rodzice do Austrii. Oboje cierpieliśmy. Doskonale znaliśmy wzajemnie   swoje myśli i reakcje i  swoje ciała, ale z konsumpcją  zaczekaliśmy aż do pełnoletności - tak na wszelki wypadek.  A Wojtek w tajemnicy przed  swoimi  rodzicami złożył papiery na Politechnikę  Warszawską, zdał świetnie  egzaminy wstępne i gdy wiedział, że jest przyjęty to dopiero wtedy powiedział o tym rodzicom. Trochę  byli na  niego źli, ale  wtedy wypłynęła  sprawa opieki nad  siostrą ojca i  Wojtek wytłumaczył rodzicom, że to  się  świetnie  składa, bo przecież on tam będzie mieszkał, więc jakby się  coś  złego działo z ciocią to przecież on  wtedy zadziała,  sprowadzi lekarza itp. Wojtek bardzo długo bardziej kochał mego tatę niż swego.  A teraz  są dla niego obaj tak samo ważni, kocha ich tak samo. Śmiejemy się często z Wojtkiem, że matki to  się nam zupełnie nie udały, ale ojców to mamy na  złoty medal. Ostatni raz widziałam swoją matkę z okazji sprawy rozwodowej - potem już nigdy. Tata mówi, że też jej nigdy potem nie  widział. 

Pati uśmiechnęła  się - twój teść to dałby  się porąbać gdyby  tylko miałoby  ci to w  czymś pomóc- jesteś jego ukochaną  córeczką. A twój tata kocha tak  samo was oboje, zawsze  słyszę hymny pochwalne dla was obojga.

                                                                           c.d.n.

środa, 3 lipca 2024

Córeczka tatusia - 141

 "Końcówka"  tegorocznej zimy to  było pogodowe  pomieszanie  z poplątaniem  - na przemian  deszcz  ze śniegiem i słońce zamieniające mokry śnieg w paskudne  kałuże. Najbardziej  chyba  z powodu pogody  to cierpiała  Misia - w efekcie końcowym to była  nie  tyle wyprowadzana   na krótki spacer co wynoszona, bo postawiona  na mokrym i  zimnym chodniku natychmiast robiła w tył zwrot, ale  ci uparci  ludzie brali wtedy psa na ręce i wynosili psinkę  na trawnik, który też się jej  nie podobał i, jak   to określili rodzice , usiłowała  na  nim nauczyć  się  chodzenia na dwóch łapkach, by choć dwie  nie były zamoczone  w brudnej i  zimnej brei.

Pan  szef  laboratorium, po badaniach w klinice czekał teraz  na koniec epidemii grypy, bo intensywność zachorowań  spowodowała, że we wszystkich szpitalach  raczej pozbywano  się  pacjentów   a planowane  hospitalizacje wstrzymano, przyjmując  tylko nagłe przypadki.  Andrzej cierpliwie  tłumaczył facetowi, że na 90% operacja przebiegnie bez problemu, bo poza tą jedną dolegliwością to nie jedna  osoba  mogłaby panu szefowi pozazdrościć  zdrowia - wszystkie wyniki badań miał bardzo  dobre i zdaniem  Andrzeja on ten zabieg przeprowadzi w pełnej narkozie ale laparoskopem, bez  otwierania  powłok brzusznych, więc jeśli  wszystko będzie tak jak  Andrzej przewiduje to  pacjent opuści szpital najdalej  trzeciego  dnia po operacji, a  ósmego  dnia po operacji przyjedzie  na  zdjęcie maksymalnie  czterech szwów, które będą  zamykały cztery cięcia wokół pępka, a każde  z nich będzie  miało długość 1 centymetra. 

Od chwili, w której  szef  dowiedział  się że jednak musi być operowany  zamęczał Martę wypytywaniem się o różne  szczegóły- mało tego - kilka  razy wysłuchał opisu operacji Marty i Wojtka.  Marta  się śmiała, że  tyle  razy opowiadała  o tych zabiegach, że chyba  mogłaby już  sama  stanąć  ze skalpelem przy  stole operacyjnym. Oczywiście  wszyscy  "znajomi i krewni "  szefa już  byli poinformowani o tym jakie to rozkosze  go oczekują  w niedługim  czasie.  Gdy już epidemia niemal minęła  Andrzej  osobiście zatelefonował do szefa i wyznaczył dzień, w którym  ma  się  zgłosić do Kliniki. Miał się  zgłosić   rano w poniedziałek, zostanie  przyjęty na oddział,  będzie  miał jeszcze  zrobione  EKG, we  wtorek rano będzie operowany, a do  domu będzie  wypisany  w czwartek lub  w piątek rano, a  w tydzień lub osiem  dni od  chwili operacji przyjedzie  na  zdjęcie  szwów. Marta się śmiała, że szef  to już pewnie  testament  spisał i zapewne  będzie mocno rozczarowany faktem, że pobyt w  szpitalu  będzie taki krótki.

Tak jak przewidywał Andrzej operacja szefa Marty przebiegła bez  żadnych komplikacji, o  czym Andrzej osobiście ją poinformował  i że  w tej chwili szef jest na sali pooperacyjnej pod kroplówką i jeszcze  śpi. I że  operacja była  " na ostatni moment", bo  sytuacja krytyczna mogła nastąpić  w każdej  chwili. No  ale wszystko już opanowane i jej szef wygląda teraz  jakby  był w ciąży, bo ma brzuch napompowany dwutlenkiem  węgla, ale to  wkrótce  "zejdzie". I że gdyby był  kilkanaście lat  młodszy to już następnego  dnia mógłby iść do  domu.  A wziął facet ze  sobą chyba pół biblioteki, a ja mam zamiar wyrzucić  go do  domu już w czwartek, o ile  już jelita  zaczną mu pracować.  No i mi powiedział, że powinnaś  była jednak  studiować medycynę, więc  go pocieszyłem, że wiem o tym. No i jeszcze  mi opowiedział o twoim wypadku i że omal zawału nie  dostał  wtedy, no to go pocieszyłem że ja też byłem  zagrożony  zawałem gdy cię  zobaczyłem  gdy do  mnie dojechałaś.  On, biedaczek,  okrutnie  bał się tej  operacji i łudził  się, że jeżeli będzie przestrzegał diety to mu się kamienie.....rozpuszczą, lub jakoś  same wyjdą- wszak kamienie  nerkowe jak malutkie to mają  czasem taki zwyczaj. Jutro się pewnie  biedaczek  zmartwi, że  nadal będzie  musiał jednak uważać na to co je żeby mu się nowe  kamyki nie osadziły w przewodach żółciowych, bo ma  człowiek  do tego  predyspozycje.  Maryla  mi  mówiła, że to bardzo  sympatyczny facet i że załoga  go lubi, bo oczywiście  z waszymi  pracownikami trochę  rozmawiała - po prostu jak  się w trakcie   zastrzyku odwróci uwagę pacjenta od strzykawki to mniej wkłucie  boli.

No fakt, zgadzam  się z opinią  Marylki - jest dobrym szefem- traktuje ludzi po przyjacielsku i nie  wyżywa  się na nich - stwierdziła  Marta.  No i pod względem  zawodowym też jest dobry. I naraił mi bardzo fajnego promotora, bo nie  dość, że facet  jest  OK jako profesor, to  jest  poza tym szalenie  sympatycznym człowiekiem a  nie jakimś zarozumialcem  i świetnie  mi się  z nim współpracowało.  Poza tym   mi wiele  rzeczy wytłumaczył, a  twoja  znajoma dermatolog nazywa  go człowiekiem poczciwym. A ja takiego  człowieka  nazywam - życzliwym- jakoś mi to określenie  bardziej  się podoba,  zresztą są dla  siebie  synonimami.  Andrzej, a jak się sprawdza czy jelita  już pracują, skoro przed operacją pacjent  miał przecież  głodówkę więc  chyba nie mają  nic  do roboty. 

Sprawdza  się osłuchowo, stetoskopem. A nawet gdy nie jesz to pracują, tylko na zwolnionych obrotach.  No popatrz- roześmiała  się - o tym nie  wiedziałam. Andrzej zaśmiał  się i powiedział - no to już  wiem  co dostaniesz ode mnie w prezencie na tak  zwanego "zajączka wielkanocnego". Już  cię widzę  w wyobraźni jak osłuchujesz Wojtka i Misię a może i resztę  rodziny. 

To na  Wielkanoc  też się daje prezenty?- zdziwiła  się Marta.   U nas to  z reguły prezenty są  głównie bez okazji - jak widzę  coś, co wiem, że sprawiłoby frajdę  tacie  albo Wojtkowi  to kupuję  tę rzecz i wsadzam pod poduszkę by znalazł po całym  dniu, na  dobry  sen. Wojtek i jego tata też tak robią, gdy coś mi kupią  w ramach "niespodzianki bez okazji ".  A  z tymi  prezentami pod  choinkę to jest  różnie  - czasem  się umawiamy co każde z nas  chce pod choinkę, ale wiem , że i Wojtek i tata  lubią niespodzianki, choć to  w pewnym  sensie  nie są takie całkiem  niespodzianki. Bo czasem któreś z  nas mówi, że chciałoby jakąś  rzecz kupić, ale jeśli nie kupi w ciągu kilku dni sam, to znajdzie to któregoś  wieczora  pod  poduszką.

Wszystko  mija, czasem szybko,  czasem  wolniej, minęła też epidemia grypy zabrawszy  ze  sobą jakiś procent chorych. Wielkanoc  w tym roku wypadała na początku kwietnia, ale  nie było wcale kwitnąco. Co prawda  śnieg  już nawet  nie padał,  ale nocą temperatura spadała w okolice  zera. Marta z Alą regularnie przeglądały internet   przepatrując obuwie trekkingowe, a w którąś sobotę obie wyruszyły "na  miasto" do sklepów z ekwipunkiem  turystycznym i sportowym - Marta dzierżyła  wkładki wyciągnięte z butów Andrzeja i Maryli,  Ala natomiast miała odrysowaną na kartoniku  stopę Michała. Umówiły  się z resztą towarzystwa, że jeżeli będą fajne  buty  pasujące  do stóp Michała, Andrzeja i Maryli to oni przyjadą do sklepu i je przymierzą i ewentualnie  kupią.  Pojechały  " w miasto bryczką Marty" i odwiedziły kilka galerii handlowych. Ala przed ta  wyprawą "zdjęła  wymiary" z Michała, bo pan wykładowca jakoś wcale nie posiadał sportowej odzieży.  Poza tym nie  da  się ukryć, że Michał  był  wiecznie  zapracowany, więc w weekendy wolał pobyć  z  dziećmi niż odwiedzać sklepy. Wzbudziły nawet cień  uśmiechu, gdy obie starannie sprawdzały centymetrem rzeczywiste  rozmiary swetrów, dresów i kurtek. Ala  się śmiała,  że choć raz  Michał będzie  miał dobrze  dobrane  rozmiarem ciuchy, bowiem nawet gdy  sam osobiście coś   dla  siebie  kupował to......nie  miał zwyczaju przymierzenia  tego w przymierzalni. A garnitury to miał szyte na  zamówienie, a że  od lat szył u tego samego krawca, to ten tylko  się dopytuje przy  kolejnym  zamówieniu czy Michał nie przybrał na  wadze, najczęściej wystarcza jedna miara i jest spokój. Teraz to  się śmiały, że w końcu tak się śmiesznie  złożyło, że "chłopcy z paczki" niewiele się różnią wzrostem i tuszą, poza tym lubią te  same kolory, więc zawsze coś się do któregoś z nich dopasuje. A jak nie to delikwent dostanie  do ręki ciuch, paragon i adres sklepu i pojedzie albo wymienić, albo zwrócić. I żaden nie  będzie protestował, bo ma wtedy do "obskoczenia" tylko jeden konkretny  sklep, a nie  gonitwę po kilku sklepach. Dla  Michała to Ala  miała w  planie  zakup dwóch par  dresów -jedne "wyjściowe" a  drugie do użytku domowego, bo te aktualnie "domowe dresy" to  się już nadają zdaniem Ali tylko na śmietnik.  A letnia kurtka to musi mieć 1500 kieszeni i koniecznie kaptur, a gdyby do tego  była szara, taka w mysim  kolorze to nawet  by  się nie  zorientował, że to nowy  ciuch. Byłby najszczęśliwszy gdyby wszystkie  koszule, koszulki "polo", swetry i wszelkie okrycia  zewnętrzne miały mnóstwo kieszeni. Ten krawiec  co mu  szyje garnitury to mu robi w marynarce  jakieś dodatkowe   kieszenie i to z zapięciem. Bo Michał nienawidzi teczek, saszetek, raportówek, poza tym  zawsze narzeka że i bez tego  wciąż coś  dzierży w łapach.

Marta trąciła Alę  w łokieć mówiąc -  popatrz- te nasze  chłopy to jakby z jednej prywatki - ten  sam typ urody i niemal jednakowe upodobania. Rzuciło mi  się to  w oczy gdy byliśmy w Turcji. I oboje  z Wojtkiem  już  się cieszymy na ten pobyt  z wami na Słowacji i  na  Bukowinie.  Ala, ja  mam sklerozę, muszę pamiętać  by  swojemu kupić ze  dwa podkoszulki, najlepiej ciemne- jeden  z długim a drugi z  krótkim  rękawem i może jakąś wytworną flanelową  koszulę. Wiesz - w górach  to  się  człowiek ubiera  "cebulowo"  potem kolejne  warstwy  albo zdejmuje  albo dokłada. Bo w górach  to nawet  jak  wychodzisz na  szlak w upał to musisz  mieć też  ciuchy nawet na śnieg i deszcz. A Tatry to już jednak góry. Ja to już  się nauczyłam, że nawet spacer do pobliskiej dolinki może człowieka przyprawić o ból głowy jeśli się nagle pogoda zmieni. I to, że jesteś raptem kwadrans zaledwie od chałupy nie uratuje  cię przez zmarznięciem i przemoknięciem.

W Galerii Handlowej na  Mokotowie, w jednym  z droższych  sklepów z odzieżą  sportową obkupiły swych mężów w bardzo dobre gatunkowo  brakujące  części garderoby, ale nim  poszły  zapłacić upewniły  się, czy możliwa  będzie wymiana z uwagi na  rozmiar, a pan sprzedawca  tak  się  wzruszył tym pytaniem, że nawet na odwrocie paragonu napisał, że uzgodniony z nim jest ewentualny zwrot  towaru lub  zmiana  rozmiaru.  Marta, bez uzgadniania z Marylą lub Andrzejem zakupiła kurtkę , flanelową  koszulę i dresy  dla Andrzeja, oraz  dresy dla Maryli. Potem jeszcze  pojechały do sklepu, w którym  czasem  bywały  buty trekkingowe i dowiedziały  się, że......będzie nowa partia za tydzień, wzięły  numer telefonu  do  sklepu by  się dowiadywać,  czy już dotarły  buty  trekkingowe. A ponieważ ów  sklep  był niedaleko Politechniki, to Ala stwierdziła, że  Michał dostanie od niej "nakaz" zaopatrzenia ich w obuwie, a Marta wymyśliła, że buty dla Andrzeja i Maryli kupi Wojtek - po prostu ich mężowie  wybiorą  się do sklepu na  zmianę. Zadowolone ze  zrobionych  zakupów  wybrały  się jeszcze na kawę. Gdy już wychodziły  z kawiarni "ścignął"   Martę telefonicznie  Wojtek zaniepokojony, że  jej tak długo  nie ma.  Marta spojrzała na  zegarek i stwierdziła, że nie ma jej  raptem około trzech  godzin, a one "obleciały" pół miasta i właśnie już  wracają do domu. A poza tym to ona w  drodze  do domu, gdy odstawi Alę pod jej dom, to jeszcze wpadnie do cukierni po coś  słodkiego  do kawy, bo nie  chce  się jej  samej coś w domu piec.   Nie trzeba  nic  kupować, idziemy dziś na obiad  do rodziców to na pewno Pati upiekła  coś  do kawy - stwierdził Wojtek, więc  wracaj już do  domu. Ojciec już  się nie może  ciebie doczekać, już cztery  razy pytał się mnie  kiedy  wreszcie  wrócisz. No dobrze, dokończymy z Alą kawę i  pojedziemy.

Wracając do domu po odwiezieniu  Ali Marta zatelefonowała do  Andrzeja, że ma dla nich kilka drobiazgów, więc je "podrzuci" po drodze na Sadybę, ale  Andrzej  stwierdził, że on zaraz  wychodzi  z kliniki  i ma  w planie zahaczenie o kwiaciarnię, bo w niedzielę  są urodziny jego mamy, więc  chce jej kupić kwiatki  i przy okazji wpadnie na moment do nich do  domu.

Dwadzieścia minut później spotkali  się na podwórku przed domem Marty. A w mieszkaniu Andrzejowi na moment  "odebrało mowę", tak ogromnie  poczuł się  wzruszony tym, że Marta zakupiła dla niego i Maryli sportowe  ciuszki. Szukał  metek z  ceną, ale ich nie  było, a gdy się  zaczął dopytywać ile jest Marcie  winien za te rzeczy to dowiedział się od  Wojtka, żeby szybko przymierzył to co mu Marta kupiła  i nie  zadawał głupich  pytań. 

                                                                        c.d.n.

poniedziałek, 1 lipca 2024

Córeczka tatusia - 140

 Mam dość zimy - tymi trzema wyrazami Marta witała każdy dzień,  a Wojtek niezmiennie  odpowiadał - nie ty jedna, wszyscy mamy  dość i wyciągał  ją delikatnie  z łóżka, otulał  szlafrokiem, zakładał ciepłe kapcie  na stopy i "meldował" - kawa już na  ciebie czeka. A w kuchni, jeśli akurat u  nich nocował, witał ją teść słowami : "witaj Słoneczko" i podsuwał jej świeżo upieczone  gofry.  Teść był niedawno  w  delegacji w krajach nieco  bardziej cywilizowanych i tam nabył dwie małe gofrownice - jedna była dla "ukochanych dzieci",   a druga była "wędrowna", bo wędrowała od  domu teścia  do domu  dzieci. Martę zawsze wzruszała ta  troska jej  teścia o  nich oboje. 

Zobacz córciu - śniegu nie  ma, wyprowadził  się  w nocy. Marta podeszła bliżej okna i rozejrzała  się po podwórku-  było świeżutko pozamiatane i rzeczywiście - śnieg  zniknął, nawet pod krzewami na trawniku go nie  było. No i dobrze, że  wreszcie  nie  dopadał nocą  świeży, to przecież  już niemal koniec lutego i jak  dla  mnie to mogłaby  się ta zima  już  skończyć  - stwierdziła Marta. Wojtek uśmiechnął  się - czy wiesz, że byłaś  jedynym dzieckiem w klasie, które nie lubiło  zimy?  A  gdy "wuefica" wpadła na pomysł by zrobić bitwę śnieżną to ciebie  zaraz  "profilaktycznie" ząb  rozbolał i poczłapałaś  do dentystki- pamiętasz?   Pamiętam - to był jakiś uparty i bardzo przywiązany do mnie  mleczak, który powinien  był już dawno wypaść i wtedy  dostałam od dentystki skierowanie  do ortodoncji. No a tam się strasznie  babka dziwiła, że przyszłam  sama a nie z matką. Obejrzała to, wyznaczyła następny termin  wizyty i kazała przyjść z matką lub ojcem.  A ja  nic oczywiście  ojcu nie powiedziałam i więcej mnie tam już  nie oglądali.  Mam tego "mleczaka" do dziś, on kiedyś  sam wypadnie a wtedy sobie wstawię w to miejsce nowy - a nasz pan dentysta mówi, że dobrze  zrobiłam wtedy. Jak widzisz jestem nieco wybrakowanym  egzemplarzem.

Zobacz  Tuśku - chyba  dziś będzie  ładny  dzień, słońce nawet wychodzi zza  chmur. I dobrze,  bo jedziemy dziś  z szefem pod Warszawę, czyli do Pruszkowa.  I jak znam życie  to pojedziemy służbowym samochodem, więc będę musiała być  tak długo jak i on. Ale  nie  sądzę żebym  z tego powodu później  dotarła  do domu, bo jedziemy tam na  jedenastą, więc nawet gdybyśmy konferowali w języku  migowym to i tak wrócimy przed siedemnastą do firmy. Szef hołduje  zasadzie  "pańskie oko konia  tuczy" i lubi kontrolować co  się w  firmie  działo gdy jego  nie  było na  miejscu. To bardzo fajny facet - oczywiście mam na  myśli jego postać od  strony zawodowej. Zero umizgów do kobiet, zawsze jest starannie ogolony, wszystko czyste, ręce zadbane, buty zawsze czyste, nigdy nie przeklina i nie opowiada  sprośnych  dowcipów i dzięki temu inni faceci też nie. 

Uważam, że  szef mi się trafił  fajny. A teraz  chce mnie przenieść  do  wydzielonego pokoju żeby mi nikt  się nie kręcił obok gdy muszę coś przemyśleć i  zarządził, by mi zainstalować zamiast  wysokiego  regału ze  schodkami to trzy niższe, żebym nie  skakała po schodkach i miała  wszystko w  zasięgu ręki. Wyraźnie awansowałam, bo mi do  tego mojego pokoju wstawią  szafę ubraniową, meblową, żebym  nie korzystała z ogólnej  szatni. No aż mnie zatkało ze  zdumienia, ale szef powiedział, że on to planował jeszcze gdy pracowała ta chemiczka, ale wtedy nie było środków, a teraz  są, więc mam sobie pomyśleć co jeszcze przydałoby mi  się. No to  sobie  zażyczyłam  stół laboratoryjny  z zamykanymi szafkami  na blacie, żebym  mogła coś zamknąć gdy wychodzę no i nową  wagę sobie  zażyczyłam, bo ta  stara to już antyk. A spryciarz tak to urządził, że mamy jedną ścianę wspólną, więc  są w niej  zrobione  drzwi. I tak jak w jego gabinecie  u  mnie jest  stolik, żebym  nie jadła przy  stole   laboratoryjnym, tylko przy tym stoliku. No i  jedna  moja ściana  jest szklana z widokiem na laboratorium. Ale gdy  siedzę to mnie nie  widać a jeśli ja mam chęć  rozejrzeć  się po laboratorium to muszę wstać, bo mi widok zasłaniają te  wymyślone przeze mnie szafki na  stole laboratoryjnym. No i szef jeśli będzie  chciał  ze mną o  czymś pogadać to będzie  wchodził  przez te nasze  wspólne  drzwi, ale,  jak go znam to   wpierw zapuka. Tylko  "chłopcy"w laboratorium nie  są tym zachwyceni, bo szef tuż obok. A przeróbkę całości ekipa  zrobiła   głównie  w czasie weekendu. Wiesz- to całe  laboratorium to są pomieszczenia przeszklone- jak  mi tłumaczono to u nas wszystkie ściany są z grubego szkła a nie z cegieł i ściany powstały albo przez oklejenie szkła płytami MDF albo przez to, że są zabudowane systemem szaf. To kiedyś była hala produkcyjna, stały tam jakieś maszyny.

Wojtek słuchał uważnie opowieści o szefie Marty, a potem powiedział - muszę o tym opowiedzieć  Michałowi - ciekawe czy nasze panie oraz studentki też tak dokładnie obserwują kadrę naukowo-pedagogiczną jak ty swoich kolegów. No jasne, że tak - powiedziała  ze śmiechem Marta.  W pewnym  momencie  nauki notatki robi  się niemal automatycznie, więc się można przyjrzeć  gościowi, który stoi lub  siedzi i gada. Tyle  tylko, że u was to dziewczyn  na studiach jest raczej  mało. Poza tym wy obaj nosicie całkiem pokaźne  obrączki i mam nadzieję, że nie szczerzycie się do tych nielicznych studentek płci żeńskiej studiujących  ten  kierunek. A panie w dziekanacie  już od  samego początku wiedzą, żeś żonaty i paskudna  żona  cię pilnuje niczym  Cerber, a jej  własny ojciec  jej  w tym pomaga.

Wojtek  się roześmiał - większość pań w naszym  dziekanacie to już  chyba jest  babciami. Kiedyś były dwie  młode dziewczyny, ale  powydawały  się  za mąż i po macierzyńskim już ich nikt u nas nie widział. Pomijam fakt, że nie należały do sympatycznych, wiecznie naburmuszone  i z pretensjami, że ciągle studenci  czegoś od  nich chcą. Michał twierdzi, że tych pań w  dziekanacie  jest po prostu za mało, bo one obsługują przecież nie  tylko studentów ale i całą kadrę naukowo- dydaktyczną i faktycznie  wydobycie  od  nich jakiegoś potrzebnego papierka zawsze człowieka  zdenerwuje.  Ja myślę, że każda  strona  dokłada  tu swoją cegiełkę - z reguły  zawsze ileś  łebków nie  złoży w wyznaczonym czasie indeksów, choć informacje  wiszą w kilku dobrze  widocznych  miejscach,  wykładowcom też  się  często  zdarza  zapomnieć by na  czas  zdać  do dziekanatu to co powinni tam złożyć, a niektórym asystentom wydaje  się, że już są profesorami z  workiem tytułów  naukowych i osiągnięć i traktują pracowników  niższego  szczebla jak parobków zapominając, że oni kiedyś  też  byli na takim  etapie. Tak z ręką na sercu muszę  się przyznać, że z wieloma asystentami nie  chciałbym pracować a już na pewno nie  chciałbym mieć  z nimi kontaktów towarzyskich.  

I wierz mi - to, że trafiłem na Michała  prosząc  go, by był moim promotorem traktuję  jak jakiś dar niebios czy losu. A do tego zaprotegował mnie u rektora  i namówił na doktorat i bardzo  często  mi podsuwa   jakieś  przydatne  materiały. Jestem pewien, że on  dobrze  wie co mi podsuwa,  ale  zawsze mówi, że "chyba  znalazł  przypadkiem"  coś co może  mogłoby mi się  przydać,  ale  nie  miał  czasu by  się temu bliżej  przyjrzeć.  Oczywiście  rzucam się na to jak dziki, zaraz  czytam i zawsze jest to strzał w dziesiątkę a potem dyskutujemy a to co on mówi w trakcie dyskusji świadczy o tym, że przeczytał to i dobrze  przemyślał  nim  mi to podsunął. 

Ja myślę, że Ziuk się na nim od razu poznał i naprawdę go kocha tak  jakby Michał był jego  synem.  I bardzo, bardzo się  cieszę, że  znów spędzimy razem urlop.  Bo tak na  co  dzień to  obaj  nie bardzo  mamy kiedy sobie  pogadać. Andrzej powiedział o Michale, że  w jego żyłach płynie  nie krew a dobroć. I to taka mądra dobroć. A Mireczek wpatrzony  w niego jak kot w księżyc i to co powie Michał to jest święte. I choć wcale nie posiada genów Michała to jest jego kopią - ta sama mimika, takie  same gesty i upodobania smakowe.

Marta pokiwała  głową i powiedziała  - Ala  się czasem śmieje, że producenta  tego rozlatującego się  wózka to ktoś powinien ozłocić - dzięki temu bublowi poznała Michała. A ja  wysnułam teorię, że to taki  znak, że Mirka  nieżyjący  tata  czuwa nad  nią i  dzieckiem. Co zabawniejsze - gdy Ala powiedziała  to Ziukowi to on  całkiem poważnie powiedział, że nie  mamy nawet  bladego pojęcia co dalej  się  dzieje po śmierci z tą energią, która nas ożywia. Powłoka  cielesna  rozpada się na miliardy atomów, ale energia  przecież nie ginie. I Ziukowie oboje kochają całą trójkę.  Ala twierdzi, że  Ziukowa,  odkąd pojawił  się  Michał, to wręcz odmłodniała, ona  po prostu  nabrała chęci  do życia.  

 I pomyślałam, że gdy  nadejdzie  wiosna to weźmiemy od Pati  adres tego domu nad Narwią i pojedziemy tam zobaczyć czy na pewno to dobra "miejscówka" - jak by nie  było to ta  Narew dość  długa  i może to być równie  dobrze w okolicach   zapory w Dębe jak i w okolicy Serocka,  bardziej na północ i nie bardzo wiadomo na którym brzegu. Tak czy inaczej to i tak będzie   bliżej niż Sopot. Słyszałam, że od  Zegrza w obu kierunkach  to się tam sporo pobudowało,  a tam gdzie my jeździliśmy na  wagary to jest teraz rezerwat przyrody i jakaś droga  turystyczna ale nie  dla samochodów.  Patrzyłam nawet  na  mapie - ten rezerwat ma takie oznakowanie  jakby tam były tereny podmokłe i to wszystko należy do Wieliszewa.  Ale  ja nie  pamiętam, żeby tam  były jakieś tereny podmokłe. I jest oznakowanie, że są tam przystanie i jakieś kąpieliska.  Ale może  my bywaliśmy  wtedy bliżej Zegrza  Południowego niż Wieliszewa.  Pomyślałam też o takiej  możliwości, że na  Słowacji to mógłby być i twój tata - tam to są pagórki a nie góry w tej  Lesnej - do gór ojciec  nie  będzie  wszak musiał dojeżdżać, no ale  z  drugiej  strony to lepiej  by  miał towarzystwo niż zostawał  sam na kwaterze. Ciekawa jestem jaka jest ta kuzynka Pati. Wojtek uśmiechnął  się - wydaje  mi  się, że  skoro Pati  jest  skłonna tam pojechać  w ramach  urlopu to ta jej kuzynka  nie jest jakąś męczącą otoczenie  niemotą. Poza tym  to do lata  jeszcze jest trochę czasu więc jak  zawsze  coś może  się zmienić w planach.  No ale  jakieś ogólne plany dobrze jednak  mieć. 

Jak  co  roku w końcu  lutego grypa szalała w  Warszawie, bo darmowe szczepienia nie  były  dostępne dla wszystkich - szczepione "za  darmo" były  dzieci i osoby starsze  65+. Marta nie  mogła  pojąć dlaczego tak mało osób się szczepiło-  szczepionka na receptę kosztowała  zaledwie  35 złotych, samo jej podanie  oraz  badanie lekarskie  przed jej  wstrzyknięciem  było usługą  bezpłatną.  Marta dopilnowała  by wszyscy w jej rodzinie zaszczepili się i nie  zapomnieli zabrać i wkleić  sobie do książeczki  zdrowia świadectwa owego  szczepienia. Dyrektor laboratorium  zwołał zebranie wszystkich pracowników i  w bardzo miły  sposób poprosił by  się wszyscy zaszczepili, by ich Laboratorium ominęła  epidemia grypy.  Prosił też, by wzmóc higienę,  ubierać  się adekwatnie  do warunków pogodowych i powiedział, że Rada Zakładowa ufunduje  szczepionki dla najmniej  zarabiających pracowników. I być może uda im  się zorganizować szczepienie w miejscu pracy- czyli lekarza by ocenił czy aktualnie  dana osoba  może  być zaszczepiona i pielęgniarkę, która szczepionkę poda. Ten pomysł podrzuciła szefowi Marta, która  przedtem porozmawiała na ten temat z  Andrzejem, a on z kolei ze swoim szefem w  szpitalu. 

Dobrze  się  składało, że Laboratorium pracowało tylko na jedną  zmianę i w pewien  piątek, około godziny 13,00 przyjechali do Laboratorium -  Maryla i lekarz internista. W podręcznej  lodówce  mieli odpowiednią ilość szczepionek. Szczepienie odbywało się w gabinecie szefa, a po szczepieniu każdy musiał "odsiedzieć" 20 minut w pokoju Marty.  Marta wszystkich bystro obserwowała i wypytywała  się jak się  czują i częstowała  "mieszanką wedlowską".  A śmiać  jej się chciało okrutnie, bo panowie tak na  co dzień bardzo odważni i  wręcz pyskaci bledli na widok strzykawki i wyglądali tak, jakby za moment  mieli stracić życie pod toporem kata.  

Gdy ostatni zaszczepiony wyszedł z jej pokoju, Maryla  zrobiła kawę dla "ekipy", szefa i  siebie. I dopiero  wtedy szef się  dowiedział, że Marta i Maryla są przyjaciółkami a mąż Maryli to świetny chirurg.  Ta ostatnia informacja wielce  zainteresowała szefa, który ponoć już dość  dawno powinien  był zawrzeć bliską znajomość z chirurgiem i uszczuplić  swe wnętrze o jeden organ, ale....... czekał nie  wiadomo na  co. W  związku  z tym Marta obiecała, że  zapisze  szefa na wizytę u chirurga - praktycznie  wyglądało to tak, że napisała maila do Andrzeja  z  zapytaniem kiedy  może bez problemu przyjąć jej  szefa, który zapewne  czeka aż mu się przydarzy taki stan, że będzie  jechać  na sygnale  do szpitala.  Odpowiedź nadeszła zaraz i było to pytanie,  czy  może przyjechać teraz, zaraz, bo Andrzej ma teraz czas.  Szef aż  zbladł z  wrażenia, ale jakoś się "ogarnął" , więc Maryla powiedziała, że w takim razie  może pojechać razem  z nimi. Marta też stwierdziła, że tak będzie najlepiej, a potem to szef po prostu zatelefonuje po kierowcę.  Szef był wyraźnie przerażony, ale Marta powiedziała, że lepiej  by pojechał teraz - zaraz bo aktualnie nie ma stanu zapalnego, więc pewnie zrobią USG i zdecydują na miejscu  co i kiedy dalej.  Szef popatrzył na nią podejrzliwie i  zapytał skąd ona wie, że nie ma  stanu  zapalnego.  Bo nie  skręca  się pan  z bólu  ani nie  wymiotuje- wyjaśniła. To tego też uczą na kosmetologii? - zapytał  zdziwiony.  Marta pokręciła  przecząco głową - nie uczą, ale ja wiem. Nie sądzę by pana od ręki zatrzymali, ale to nie jest niemożliwe, jeśli będzie szansa na  wolne łóżko. A Maryla wyjaśni panu po drodze jak to wszystko wygląda od  strony formalnej. Jeżeli się panu nie  zamarzy oddzielny pokój to wszystko pójdzie  w koszty ZUSu.  I mój mąż i ja życzyliśmy  sobie odrobinę luksusu więc płaciliśmy za pokój - a resztę pokrywał ZUS, bo wszak jesteśmy ubezpieczeni.

                                                                       c.d.n.

czwartek, 27 czerwca 2024

Córeczka tatusia- 139

 Jak zwykle zima  w Warszawie nie była  najmilszym zjawiskiem. Wojtek odkupił od znajomego kilka kompletów antypoślizgowych nakładek na podeszwy  butów. Kupił je  z myślą o starszym pokoleniu - trochę się namęczył z przekonaniem rodziców Marty, Andrzeja a i swego ojca, by jednak ich  używali gdy na  ulicy jest  ślisko. Najwięcej oporów to miał.....ojciec  Wojtka, zrzędząc, że Wojtek uważa go za jakiegoś "ciamajdę", ale gdy pewnego poranka zaliczył "niekontrolowany przyklęk" na podwórku, w  drodze do samochodu, to zaczął używać i przestał odstawiać  bohatera.

  Marta  średnio - przeciętnie dwa razy dziennie głośno wyrażała swe  zadowolenie z faktu, że nie  musi  przeprawiać  się codziennie przez Wisłę w godzinach  porannego i popołudniowego szczytu i ma  do pracy blisko.  Pod  koniec  stycznia zapadła ostateczna decyzja co do letnich wyjazdów. Po długich  dyskusjach stanęło na  tym, że do Sopotu pojadą rodzice Andrzeja z dziećmi i teściowie Ali z dziećmi  oraz ojciec Wojtka  z  Misią, bo pan kardiolog stwierdził, że  po prostu pobyt nad  morzem klimatycznie jest  znacznie dla niego korzystniejszy niż pobyt w górach. Oczywiście  tata nie ma  się wylegiwać  na  słońcu, ale  spacery brzegiem  morza i koniecznie w kapeluszu na  głowie  są jak najbardziej wskazane jak i dieta rybna.  A ponieważ okazało  się, że  Andrzej i  Michał to też  właściwie nie  znają Tatr, to postanowiono, że w tym sezonie pojadą  na trzy tygodnie w Tatry - dwa tygodnie będą po słowackiej  stronie a tydzień po polskiej stronie, w Bukowinie Tatrzańskiej. 

Marta, która była w czasach licealnych kilka razy po Słowackiej stronie  Tatr wybrała  na pobyt prywatne  kwatery w Lesnej - po prostu zarezerwowali dla siebie cały domek z przynależnym  do niego ogródkiem i małym, ogrodzonym  wybiegiem  dla......kur, w  związku  z czym mieli zagwarantowane "jajka prosto  od kury". Właściciel zapytał się, czy reflektują również na codzienną dostawę świeżutkiego  mleka, "prosto od krowy",  ewentualnie  na domowy, biały ser. Co do mleka, to Marta poinformowała właściciela domu, że nikt  z nich nie pije  mleka ani prosto od krowy  ani gotowanego, co najwyżej konsumują  zsiadłe mleko lub  jogurt. 

Słowak, właściciel domku, operujący angielskim niczym rodowity  Anglik, wpadł w zachwyt, bo on też preferował jogurt  i nauczył  się jak robić  jogurt i z kwadrans o produkcji jogurtu opowiadał. Poza tym powiedział, że on to "mieszka za miedzą" tej mieściny, ale codziennie rano będzie  przyjeżdżał bo przecież trzeba kurom dać świeże  jedzenie i wodę, zebrać świeżo zniesione  jajka i "przegrabić" kurzy wybieg, bo niestety kury nie mogą pojąć, by wydalać przetrawioną karmę tylko w jednym  miejscu.  A jeśli się codziennie   nie  sprząta ich  wybiegu to potem po prostu wokół kurnika   cuchnie.  Poza  tym to " kurza  zagroda" jest obsadzona dookoła żywopłotem a nad wybiegiem jest  "dach" z siatki, żeby ptaki drapieżne  nie atakowały  kur i ewentualnie kurcząt, bo raz  na jakiś czas jest "wymiana pokoleń" i wtedy są  kurczęta obok dorosłych kur. A kogut jest tylko "na przychodne", więc nie  będzie im nic  piało bladym świtem.  Marta rozmawiając z owym  właścicielem niemal pokładała  się ze śmiechu,   tak ją ta rozmowa rozbawiła.

W trakcie  rozmowy dowiedziała  się, że jej rozmówca ukończył anglistykę i jest "panem od  angielskiego" w szkole. A w  ogóle to będą mieszkać na kolonii wybudowanej dla  Romów, zresztą on też jest pół Romem a pół Słowakiem, jego mama jest Romką, a ojciec  Słowakiem.  Powiedział również, że jeśli będą  chcieli, to on im codziennie  rano dostarczy świeżutkie  pieczywo prosto z piekarni, które po prostu zostawi zawsze  w kuchni, a  jeżeli będą  chcieli to może i śniadanie na te sześć osób  zrobić - żaden problem dla niego. W domu to on jest od   robienia śniadań, bo jego żona rano to nawet  do pięciu nie jest w stanie policzyć, bo mają  w domu aktualnie maluszka płci męskiej jeszcze na  etapie  karmienia  co trzy godziny.  Marta  w  rewanżu opowiedziała  w skrócie  o tym, komu "zaocznie" wynajął swój domek i oboje  po niemal  godzinie zakończyli  rozmowę niczym para  starych , dobrych znajomych.   

Wojtek, który przysłuchiwał się całej rozmowie stwierdził, że sądząc z tej rozmowy to może im  się tam całkiem  dobrze mieszkać, a jeśli okaże  się, że zimą można tam bez tłumów pojeździć na  nartach to może i  zimą by tam  wyskoczyli, bo to w końcu niewiele  dalej niż do Zakopanego i zawsze będzie  można się stamtąd wybrać na Chopok, gdzie  są super  warunki narciarskie bo  są długie  trasy zjazdowe o różnej  skali trudności i cała "fura" wyciągów. Tyle  tylko, że tam poza "pędzlowaniem" tras to nie ma co robić. No ale jak na razie to załatwiają letni pobyt  a nie  zimowy. Wojtek  był zaskoczony cenami, bo Słowacja przestawiła się na  euro walutę i był to bardzo dobry pomysł, bo zaczęli bywać  turyści ze strefy euro, bo w porównaniu do Austrii to Słowacja  była niemal za darmo.  I, jak zauważyła Marta, dzięki temu  nie  było hord polskich  turystów, bo ich  zdaniem Słowacja  stała  się  zbyt  droga. 

Tego dnia  Marta zawiadomiła  Andrzeja i Michała o warunkach, jakie aktualnie  oferuje Słowacja i obaj stwierdzili, że to dobry  wybór. A na ten tydzień, który planowali spędzić w Bukowinie to  lokum  ma zapewnić "pan  majster", który przecież ma tam nadal "krewnych i znajomych". Marta  ze  swej strony przypomniała tylko Andrzejowi i  Michałowi o odpowiednim obuwiu, czyli o butach z cholewką chroniącą  kostki i na antypoślizgowej podeszwie. I nie  muszą to być buty do wspinaczki, ale do trekkingu, czyli  muszą  mieć  cholewkę chroniącą  staw  skokowy i dobrze  chroniące  stopę przed  wilgocią z  zewnątrz i jednocześnie dobrze odprowadzające  wilgoć gdy się  stopa spoci a podeszwa powinna mieć głęboki bieżnik. No nie  są to niestety buty  tanie, ale im wszystkim stópki już nie  rosną, więc takie  buty, gdy są  dobrej firmy to starczą im do grobowej  deski, bo przecież  będą je nosić tylko na górskie wyprawy. Dobrze jest  mieć  "fart" i trafić na moment, gdy producent  wprowadza nowy model i wtedy stary  model jest w niesamowicie  korzystnej cenie- tata Marty tak "upolował" buty "Wolfskin" za pół ceny, ale nie tylko  firma  Wolfskin tak działa- inne działają  tak samo. 

Marta opowiedziała Andrzejowi jak  kiedyś "upolowała trekkingi" za niecałe 30€ a zobaczyła  je na internecie. Poza tym były też w jednym ze sklepów ze  sprzętem sportowym i turystycznym, ale droższe niż  w sieci, choć już też przecenione  jako stara  kolekcja, więc przymierzyła je, skonstatowała, że taki rozmiar jest dla niej dobry, w sklepie się skrzywiła i powiedziała, że nie  czuje  się w nich dobrze, wróciła  do  domu i zamówiła je na internecie. Po prostu dobrze jest poprzymierzać buty w  sklepie, spisać  sobie  ich wszystkie  dane   z producentem włącznie  i potem zamówić  w  sieci według  tego co się przymierzyło. W sieci jest taniej, bo nie dokładasz swej  cegiełki do ceny utrzymania sklepu - tłumaczyła Marta. A najlepsze  z tego  wszystkiego, jest  to, że nauczyłam  się tego od  moich koleżaneczek ze studiów- co prawda to one nie kupowały butów trekkingowych ale na przykład jakąś ekskluzywną bieliznę damską, na przykład  biustonosze - truchtały do sklepu , tam  mierzyły, wszystko sobie  spisywały i potem zamawiały na internecie. Do tego to były  bystre, ale żeby zapamiętać różne procedury z zakresu medycyny  estetycznej to już im rozumu nie  starczało.  One niemal wszystko kupowały przez internet. Nie wpadłbym na  to - po prostu zawsze  miałem mały udział w sprawach domowych - przyznał  się  Andrzej.  

Wcale  ci  się nie  dziwię - stwierdziła Marta- zawsze  mi  się wydawało, że taniej  jest wyskoczyć do sklepu i tam  kupić,  niż zamawiać przez  internet i to nie w polskiej firmie  tylko gdzieś  w  świecie. One  niemal wszystkie  chodziły w  ciuchach z importu. Z drugiej strony to nie ma  się  czemu dziwić- większość  z nich mieszka tak  zwanie "daleko od  szosy"  i wypad do miasta  wojewódzkiego to zawsze bywał problemem bo to nie Ameryka i nie każda rodzina ma własny  samochód, a jak słyszałam to nie  do każdej mieściny dojedziesz pociągiem lub autobusem, bo teraz to nawet  sieć autobusowa jest mocno okrojona. W moim odczuciu to się w pewien  sposób cofamy w rozwoju, skoro dziewczyny mówią, że  "kiedyś to był PKS" i nim się dojeżdżało do jakiegoś  miasteczka ale ów PKS już nie kursuje, bo się nie opłaca przedsiębiorstwu utrzymywanie  tej linii.  Wiesz- transformacja była potrzebna, ale tak naprawdę to ja się nie  dziwię, że na tych wsiach zabitych dechami to kiedyś mieli lepiej, skoro kiedyś  kursował ten PKS a teraz  go nie ma, bo się nie opłaca.  Wpierw ogłupili ludzi gadką, że wszystko jest wspólne  a własność prywatna to zło samo przez  się. Teraz od kilku lat  dmą w trąbę na inną  nutę ale ludzie wcale od tego  nie mają lepiej. Nie  da  się ukryć, że nie każdy jest  w stanie stworzyć jakiś opłacalny biznes i z niego  się utrzymać. I to  nie chodzi o kapitał początkowy na stworzenie  go -  większość  nie ma nawet  bladego pojęcia o tym jak nawet najmniejsza  firemka ma  funkcjonować by utrzymała  się na powierzchni i  nie  zatonęła  w dżungli przepisów, nakazów i  zakazów, które nie do końca  są zrozumiałe i logiczne.  Znów w naszym kraju zabrakło  już przysłowiowej pracy od podstaw. 

Szczerze  mówiąc to byłam zdruzgotana niskim poziomem wiedzy tych  dziewczyn,  czułam się niczym antropolog Malinowski wśród  dzikich. Różnica polegała  głównie na  tym, że dla niego życie tych "dzikich" było przedmiotem jego badań, a mnie te dziewczyny raczej przerażały niż interesowały. Nie chodziłam co prawda  do elitarnej  szkoły, ale  gdy słuchałam ich opowieści o życiu ich i ich koleżanek, to czułam  się chwilami tak, jakbym  była  antropologiem na Wyspach  Trobrianda. Co zabawniejsze, to one wszystkie były w  swoich liceach bardzo dobrymi uczennicami. I mogę  cię pocieszyć, że i dla nich głównym kryterium okazywania miłości  był seks - nie inicjujesz to znaczy, że jej nie kochasz. Reszta się nie liczyła.

A wracając do wakacji - do Sopotu  pojadą  Andrzeju, tylko twoi  rodzice  z  dziećmi i Ziukowie z  dziećmi. Ojciec Wojtka i moi rodzice pojadą  do kuzynki Pati nad  Narew - kuzynka  Pati odziedziczyła tam jakiś dom letniskowy, ale boi się tam  sama mieszkać. Poza  tym ciągle  jeszcze przeżywa ponoć "zupełnie niespodziewany" zgon  swego męża, choć gdy się wie,  że facet ma raka płuc i właściwie  to ledwie dyszy, to chyba każdy zdrowo myślący człowiek może  się  liczyć  że taka ewentualność może lada  moment nastąpić. Zwłaszcza że  jej mąż nawet już po operacji usunięcia  jednego  płuca nadal palił papierochy, chociaż już nie trzy paczki dziennie. No a ja tak prawdę mówiąc wolę by ojciec Wojtka pojechał kilkadziesiąt kilometrów samochodem a nie trzysta. Nad  morze to  jednak już daleko, a on przecież zdrowy  to nie jest. Do tej miejscowości to jest raptem około sześćdziesięciu kilometrów i nie zasuwa  się setką lub więcej, bo  nie jedzie  się tam autostradą no i blisko to jest ,  więc nie ma się  co spieszyć. Poza tym na czas przejazdu to Misię wezmą do swego samochodu moi rodzice i teść zajmie się  tylko prowadzeniem samochodu a nie  będzie się  rozpraszał patrzeniem na to  co Misia robi.

No faktycznie - zgodził się  z nią Andrzej- masz rację.Trudno przewidzieć jak taką długą drogę do  Sopotu  może  znieść pacjent kardiologiczny. Ja to nawet  chciałem  zaproponować, żeby wasz ojciec pojechał do Sopotu pociągiem dzień później, to ja  bym  go odebrał z dworca i dowiózł na kwaterę. Misię i ojca bagaż to my byśmy  wzięli. Poza  tym taka zgraja dzieci może być już męcząca i jestem pewien, że czterech takich żywych chłopaków jak moi to może każdego zmęczyć - choć trzeba przyznać, że Ziuk to jakoś potrafi ich okiełznać. Ale ci moi to jakoś w  tym przedszkolu i  zerówce to wygrzecznieli - nie da  się ukryć, że Lena niczego jednak ich nie  nauczyła. Zdecydowanie  nieobecność Leny w ich życiu  wyszła im  na  zdrowie. 

A gdyby tylko dali  radę to nosiliby Marylę na rękach -na pierwszym  miejscu jest u nich Maryla, na  drugim dziadek, potem babcia a ja na końcu. Przestali się między sobą  szarpać. Piotrek, gdy jest coś dobrego na stole to wyraźnie sprawdza  czy wystarczy owych dobroci  dla  każdego. Już nie  wylatują na podwórko kiedy  tylko im się  zamarzy, zawsze wpierw  się pytają czy  mogą teraz iść na podwórko. I jeszcze  mówią  co mają  zamiar tam  robić.Gdy mama lub  Maryla zaserwują jakąś nową potrawę, to zawsze dzieciakom opowiadają co to jest, z czego zrobione i dlaczego dobrze jest by to zjeść.  Nim  dadzą tę jakąś  nowość na talerz to dzieciaki  dostają kawałeczek na  spróbowanie- jeśli zaakceptują to dostaną, a jeśli im  nie zasmakuje to nie ma  zmuszania ich  do zjedzenia tego. To jest patent  Maryli. Mój ojciec z początku patrzył na to nieco krzywo, ale Maryla mu tylko powiedziała, że  dziecko to też  człowiek, a każdy  człowiek ma jednak  inne upodobania smakowe, więc jeśli dziecku coś nie  smakuje to nie należy go do tej potrawy zmuszać- można spróbować podać ją do spróbowania za jakiś  czas- bo to, że coś nam smakuje   czy  nie - w dużej  mierze  zależy od tego jakie mamy wnętrze chemiczne  naszego układu pokarmowego. Tato łypnął na  nią, a potem powiedział - przepraszam córeczko, jakoś nie  pomyślałem o tym, masz rację. I był wzruszony, że ona  mu to powiedziała na osobności  a nie na "forum Romanum". Potem mi powiedział - ma klasę ta twoja dziewczyna!  Mój ojciec co wieczór, gdy już są w  swoich, łóżkach czyta im na  dobranoc jakieś książeczki dla dzieci. Ostatnio wynalazł  w którymś antykwariacie "Tajemnice Łazienek"- stara książka, wydana jeszcze  gdy ja byłem małolatem. I już  dziadek im obiecał, że gdy ją  skończy  czytać, to pojadą w  któryś weekend do Łazienek by zobaczyć to, o czym  dziadek im  czyta. Nie przypominam sobie  by ojciec  kiedykolwiek  mi czytał na  dobranoc. Powiedziałem o  tym Maryli a ona tylko pokiwała  głową - to chyba jasne, on wtedy miał na utrzymaniu mamę, dom i  ciebie, więc mama zapewne  ci czytała. On miał dość po całym  dniu pracy. Podziękuj mu za to, że teraz  czyta dzieciakom a nie zasiada przed telewizorem.

                                                                       c.d.n.


niedziela, 23 czerwca 2024

Córeczka tatusia - 138

 Ten  Sylwestrowy wieczór był inny , ale nic  w tym nie  było  dziwnego - Michał nie miał powodu  do radości, co było dla jego przyjaciół jasne  jak słońce.   Zaraz po wejściu do mieszkania   powiedział - nie umiem   wam nawet powiedzieć ile  dla mnie  znaczy fakt, że możemy z Alą  być w tej  chwili z  wami - jesteście po prostu  wspaniałymi naszymi przyjaciółmi. Rozmawiałem jeszcze raz z ojcem - powiedział, że o tym, że mama jest nieuleczalnie  chora to wiedział od  dawna, ale  jakoś  się  łudził, bo się  wszak w medycynie  cuda zdarzają, ale nie powiedziano mu, że mama ma jeszcze  tuzin innych chorób, które po prostu bardzo przyspieszyły postęp choroby. A poza tym, już po śmierci mamy lekarz powiedział, że jego zdaniem to i tak bardzo długo mama "trzymała  się nieźle" i sądzili, że  dłużej będzie żyła. Ojciec jeszcze  nie  wie kiedy przyjedzie  do Polski, ma  strasznie  dużo pracy, ale  to dobrze. Bezczynność pewnie  by go zabiła.

Około godziny 22,00 przyjechali  "państwo  doktorostwo", czyli Maryla i Andrzej.  Andrzej nie ukrywał, że nakłamali w  szpitalu, że muszą szybko wracać  do domu, no bo przecież dzieci  są  "na głowie ojca Andrzeja", bo złamana ręka  mamy jeszcze  się nie  zrosła.  A zdaniem fachowca, pod którego opieką była mama Andrzeja, ręka  zrastała  się "koncertowo", zupełnie tak jakby mama  była młódką  a nie emerytką. Pewnie jestem  dziwak, ale  zawsze   mnie te  wszystkie  szpitalne okazje denerwowały- powiedział  Andrzej-  chociaż  trzeba  przyznać, że w tym szpitalu przebiegały błyskawicznie i pacjenci  nawet  nie wiedzieli, że jest jakaś wewnętrzna "uroczystość".   Ale kumpel, który był w jednym ze stołecznych  szpitali położniczych opowiadał, że w Sylwestra panie pielęgniarki na oddziale  wcześniaków niemal poparzyły dziecko - dziecina była  cała w bąblach z przegrzania. Dobrze, że  się trafiła jedna przytomniejsza  i bardziej obowiązkowa  pielęgniarka i  zajrzała do maluszków i  szybko wstawiła dziecko do innego inkubatora, a ten, w którym dziecko było przegrzane opatrzyła   kartką, że jest zepsuty.

Andrzej wyściskał Michała i cichutko się  go  zapytał, czy on ma może zapotrzebowanie na jakiś "wyciszacz  psychiki", ale  Michał  powiedział głośno - nie  stary, dzięki, mnie wystarcza  to, że jesteśmy tu teraz z wami wszystkimi i wy mnie  rozumiecie. To jest najlepsze lekarstwo.  Tak naprawdę to  jestem  wdzięczny losowi, że mama nie  cierpiała bólu i że nie trwało to  wszystko zbyt długo. A poza tym powiedzmy  sobie  szczerze - nie jestem już młodzieniaszkiem a  sam bez  nich zostałem gdy tylko zacząłem studia. Gdy nie jest  się z kimś cały  czas w bliskim kontakcie i widujesz  go nie  częściej niż co dwa lub trzy lata, to odejście takiej osoby jest jednak mniej dotkliwe. Nie brzmi to miło, ale tak  to  właśnie  wygląda. Ziuki wzięli już  wczoraj  wieczorem dzieciaki do siebie, bo jak Ziuk to ładnie ujął, to dobrze nam zrobi gdy będziemy  mogli  sobie o całej tej  sytuacji porozmawiać  bez  ściszania  głosu. Ja ich oboje podziwiam i naprawdę darzę uczuciem - to nadzwyczajni ludzie. Są dla Ali i  dla mnie prawdziwymi rodzicami. A przy  tym wszystkim niczego nam nie narzucają - no naprawdę są kochani. 

No a poza tym mam w pracy Wojtka  na  wyciągnięcie   ręki, mamy  swój własny pokój i w razie czego zawsze mogę  się wygadać, gdyby  mi  się nagle zrobiło zbyt ponuro. Wojtek ostatnio wydębił dwie  nowe szafy na   akta i tak wszystko poprzestawialiśmy, że nikogo nam nie dokooptują i jeszcze nam współczują, że mamy taki ciasny pokój. A Wojtek dodał  - i strasznie  się wycwaniliśmy - gdy nas  nie ma to pokój jest zamknięty na klucz. Zainwestowałem w nowy zamek Yale i w klucze i tak żeśmy wszystko poustawiali, poprzestawiali, że mamy intymny kącik na kawę, niewidoczny dla wchodzących i tam  stoi nasz własny express do kawy. Sami sobie w pokoju  sprzątamy o co pani sprzątająca nie ma na  szczęście  do nas  żalu.

Z pół godziny przed północą przyszli rodzice Marty, wyściskali dzieci własne i "przyszywane" i....zabrali do siebie Misię, żeby "młodzież" mogła  rano spokojnie pospać a nie  zrywać  się by pójść   "ze psem" na poranny  spacer. W tym układzie Andrzej szybko zdecydował, że oni też  zostaną "u Wojtków" na noc i poinformował o tym  swoich rodziców.  

Potem Wojtek zaczął opowiadać dokąd  mogliby  się tym razem wszyscy razem wybrać- przedstawił nawet dwie  wersje- jedną "wakacje  z  dziećmi" i drugą - bez  dzieci. Po długich naradach szczęśliwi posiadacze potomstwa  stwierdzili, że najlepiej będzie, jeśli z kochanymi dziećmi pojadą na  wakacje ......dziadkowie i to do Sopotu, w lipcu, a zmęczeni dziećmi rodzice pojadą w drugiej połowie   sierpnia  do Austrii, żeby nieco pochodzić po górach- oczywiście nie  wyczynowo,  zero jakichś  wspinaczek itp., ale  skoro będą  bez  dzieci to mogą  się przemieszczać po Austrii samochodami , zawczasu oczywiście zarezerwują noclegi i pokrążą po Austrii. Pojadą "rozrzutnie" trzema samochodami. Misia zostanie zesłana do rodziców  Marty, a   nie wykluczone, że rodzice Marty  wraz  z Misią też pojadą do Sopotu - ten ostatni punkt był jeszcze do "dogadania."

Spać poszli po drugiej  w nocy. Na osiedlu było nawet cicho, ale zapewne  głównie  dlatego, że pogoda zupełnie  nie  zachęcała do wyjścia  z domu. Z ciemnego, zachmurzonego nieba padały jakieś "krupy", czyli "śniegodeszcz" i to dość intensywnie a temperatura była powyżej  zera. No niestety - ładnie  to nie  wygląda - stwierdziła  Marta. Mam tylko nadzieję, że rano nie  będzie ślizgawki z tej okazji. Misia gdy się  tylko zorientuje, że jest mokro to kucnie na  najbliższym trawniku koło domu i poranny spacer taty ze psem potrwa  nie  dłużej niż 10 minut  od chwili zamknięcia drzwi mieszkania-  przewidywała  Marta. To taka  śmieszna psina, której pojemność pęcherza  moczowego jest zależna od pogody. Jeśli pada deszcz to ta  cwaniara wcale nie prosi o wyjście i wręcz trzeba  ją  wynosić na trawnik, bo nie lubi mieć mokrych łapek i grzbieciku. I gdy  się  do niej mówi, że trzeba iść na  spacer to udaje kompletnie  głuchą - tata się śmieje, że czasami ma  wrażenie, że Misia za  chwilę popatrzy się na  niego jak na  wariata i wymownie  sama siebie postuka łapką w łepek, by pokazać mu co myśli o wyjściu na  spacer. 

Rano Nowego Roku zaczęło się bliżej południa -siedzieli wszyscy w kuchni zazdroszcząc Wojtkom  jej wielkości, bo w porównaniu do obecnie projektowanych pomieszczeń kuchennych ta  kuchnia była  duża  i mieściła oprócz dużej lodówki stół, przy którym swobodnie siedzieli w  szóstkę, zmywarkę i oczywiście  zlewozmywak i blat roboczy no i kuchenkę  z piekarnikiem. Marta  się śmiała, że gdyby ta  kuchnia umiała mówić to jej opowieści byłyby zapewne bestsellerem- tyle  się w niej działo odkąd w tym mieszkaniu zamieszkał jej tata. Ali najbardziej podobał się kredens, który  był kiedyś zrobiony przez jednego z kolegów  taty , który miał zamiłowanie  do stolarki i z  czasem założył własny zakład  stolarski. Kredens sięgał pod  sam sufit i miał mnóstwo półek i tym samym mnóstwo drzwiczek. Część drzwiczek miała szklane matowe szybki, a te pełne drzwiczki  były  zdobione  cienkimi listewkami. Całość była w kolorze naturalnego drewna z widocznymi jego słojami. Marta  się  śmiała, że co jakiś  czas tata stawał przed owym meblem i mówił - "dobrze  byłoby wymienić ten kredens na jakiś ładniejszy", ale na  tym  zawsze sprawa się kończyła, bo Marta nie  chciała wcale  nowego kredensu. Ten  był po prostu  bardzo pojemny. No i wszystkim podobała  się podłoga  kuchni, bo gres, którym była  wyłożona wyglądał jak drewniany parkiet. Taka sama podłoga  była i w przedpokoju, więc  łatwo było obie podłogi traktować  mopem. A że ostatniego remontu doglądał również  ojciec  Wojtka to taka sama podłoga była  zrobiona w ursynowskim mieszkaniu....Andrzeja, które obecnie Andrzej wynajmował, bo mieszkał na  Sadybie  w  domu swych  rodziców. 

W trakcie przeglądania  prospektów Maryla stwierdziła,  że chyba ona to właściwie nigdy  nie była w Tatrach, raz była  na jakimś obozie w Bieszczadach i pamięta  tylko, że wędrowali niemal  całymi  dniami, co było mało  zabawne , za to bardzo męczące bo każdy targał na plecach  wypchany plecak, spali przeważnie w jakichś pseudo schroniskach, warunki były wielce  spartańskie, niemal każdej dziewczynie  śniła  się normalna łazienka a nie mycie  się nad wojskowym korytem, a najbardziej  się  wszyscy  czuli "oszukani", gdy szli na  Tarnicę, czyli na  najwyższą górę  Bieszczad, która  ani  z  daleka, ani  z bliska na górę nie wyglądała.  

Wojtek słuchał tego  ze  zdumieniem, bo jego zdaniem "Bieszczady są prześliczne". Był tylko raz w czasach  licealnych, gdy przyjechał do Polski  razem z rodzicami i wtedy z Martą i jej tatą byli w Bieszczadach. Ale nim głośno wyraził  swe  zdziwienie uprzedziła  go Marta mówiąc - owszem  są śliczne gdy się  mieszka w dobrym miejscu, gdzie  są dobre  warunki do wypoczynku, a na  dodatek ma się, tak jak my  mieliśmy, możliwość  przemieszczania się  samochodem w pobliże  miejsca, które ma być celem  wycieczki a i tak żeśmy się  wtedy złazili  jakbyśmy byli na jakiejś pielgrzymce za grzechy. Przypomnij sobie, że mieliśmy wtedy wynajęte   dwa domki a w każdym była elegancka  łazienka z ciepłą  wodą a nie mycie się na podwórku w  wojskowym korycie. Po Bieszczadach drepcze  się  godzinami i końca nie  widać. A skoro Maryla nigdy jeszcze  nie  była w Tatrach to może zamiast  do Austrii pojechalibyśmy w Tatry. Tam to nie  ma się wątpliwości, że  się jest  w górach i jak się  w Tatrach idzie  w góry, to widzisz i czujesz, że każdy krok przybliża cię do szczytu góry a potem masz frajdę i  czujesz dumę, że wdrapałeś  się na szczyt wysokiej  góry.  I widokowo jest co podziwiać. Albo możemy pojechać  w  Tatry po słowackiej  stronie, bo Słowacy szalenie zainwestowali w infrastrukturę turystyczną i jest o niebo taniej  niż  w Austrii. A  karmią super i tak jak  dla nas to moglibyśmy sobie wynająć cały domek. I tylko śniadania byśmy  sobie  robili sami, a reszta żarełka w terenie. I jest możliwość zafundowania  sobie wejścia per pedes na szczyt Łomnicy - oczywiście z wykwalifikowanym górskim przewodnikiem - wspinaczem. Tylko trzeba  by wcześniej kupić sobie odpowiednie buty-wibramy, a liny, haki,  kaski i tp. zapewnia przewodnik. A wibramy to wspaniałe buty, nie  tylko do takiego zaawansowanego chodzenia, ale do takiego  zwykłego po górach także. I jak  znam  życie to na Słowację pojechaliby też moi rodzice i wzięlibyśmy  Misię, bo Pati nie chodzi po górach. Ojciec  Wojtka też nie, to  siedzieliby w dolinie. Ja jeszcze mam  zapisane adresy na  Słowację, a te  domki to takie na trzy rodziny i mają ogródek no i  wszystkie  wygody. I trzeba  sobie rezerwować miejsca na lato   najpóźniej  w marcu.

Andrzej słuchał uważnie i powiedział - ja to nawet  nie wiem jak urlop wygląda, bo w czasie  studiów to miałem  różne praktyki w polskich szpitalach a potem to miałem praktyki poza  Polską i cieszyłem  się gdy miałem w miesiącu ze dwie niedziele  wolne. Marciątko ma  rację - to szalenie eksploatujący  zawód i faktycznie  niezbyt sprzyjający życiu rodzinnemu. Muszę wreszcie  zacząć  się bardziej  cenić.  Marta pokiwała  tylko głową i powiedziała - nareszcie  zaczynasz myśleć  zdroworozsądkowo - czas by i inni zaczęli   dbać o podnoszenie  swoich kwalifikacji. Zareklamuj poniektórych w  znanych  sobie szpitalach poza krajem i niech jeżdżą i się uczą.  Ty jesteś na takim  etapie wiedzy, że ci wystarczy gdy o tym poczytasz  i ewentualnie pojedziesz na trzy  dni  a nie od  razu na trzy  miesiące. 

                                                                           c.d.n.