poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Córeczka tatusia -149

 Wojtek z  Michałem uzgodnili, że na wizytę u Starego pojadą jednym samochodem  ( z uwagi na foteliki dziecięce  zainstalowane w  samochodzie  Michała) czyli  samochodem Wojtka. No a  skoro pani domu z jakichś  względów miała unikać  słodyczy, to Marta  zakupiła (po cenach hurtowych) orchidee w doniczce i oczywiście dołączyła  do  nich dokładną instrukcję obsługi.

Dobrze, że mieli  ze  sobą świstek z nagryzmolonym planem. Panowie przestudiowali  dokładnie  plan miasta przy okazji odkrywszy, że podany  adres to wcale  nie Marymont Ruda, ale część Marymontu o innej nazwie, więc pojadą do placu Wilsona, skręcą  w Mickiewicza i "jak po sznurku" dojadą pod  wskazany  adres. Coś się Staremu pokićkało z tymi nazwami- już  gdy mówił, że to Marymont  Rudy to mi coś  się kołatało we łbie, że tam to jest jakieś  paskudne osiedle olbrzymich wieżowców takich  w typie  tych pobudowanych na  osiedlu  za Żelazną  Bramą. A kiedyś były tam ogródki działkowe. I wiesz- nie pojedziemy Wisłostradą, bo w sobotę  to ona  będzie  bardziej obłożona  niż city. Pojedziemy przez miasto. Kurczę-  coraz  większa ta Warszawa, z jednego  końca na  drugi to jest jednak  kawał drogi- niezbyt odkrywczo stwierdził Wojtek.

"Stary"  mieszkał na pierwszym piętrze w tak  zwanej  wielorodzinnej dwupiętrowej  willi, sądząc po wyglądzie  wybudowanej najprawdopodobniej tuż  przed II wojną światową. Jak  informowała tabliczka na murku przy  furtce, na parterze był prywatny gabinet stomatologiczny, a pierwsze i drugie  piętro zajmowali dwaj  bracia. Pierwsze piętro "Stary", a  drugie  jego brat.   Na całej  uliczce sąsiednie  domy też  były jeszcze  sprzed wojny, wszystkie  dwupiętrowe,  ale bardzo wyraźnie różniły  się od  siebie. Każdy dom był inny.Jedno co je  w pewien  sposób łączyło to  fakt, że  wszystkie miały duże okna, trzy lub nawet cztero częściowe. I  chyba  wszystkie   niedawno przeszły remonty, bo ich  tynki, niezależnie od  barwy były bardzo czyste, a okalające posesje ogrodzenia wyglądały na   niedawno odmalowane.  Na drzwiczkach  furtki przed którą  stali wisiała skrzynka  na listy i to na  tyle duża, że bez trudu  mogła pomieścić kopertę formatu A-4. Ogródki od  strony ulicy były właściwie  symboliczne,  po prostu nieduże trawniki, na  niektórych rosły jakieś krzewy ozdobne. Partery większości domków były  dość wysoko nad poziomem gruntu, wchodziło  się do nich po  siedmiu schodkach.  

Popatrzcie- powiedział Wojtek- na  Sadybie  niemal  wszystkie posesje mają ogrodzenia obrośnięte żywopłotem, a tu całkiem "goło". No  cóż- stwierdziła Ala- żywopłot w pewnym  sensie daje większą intymność  posesji, ale ma ten minus, że trzeba go regularnie strzyc, a to wcale  takie fajne  nie jest. Pamiętam, jak  Ziuk  zawsze  narzekał, że panowie  od  strzyżenia to tylko strzygą,  a on  to ma potem masę sprzątania. No to co - stoimy tu dalej, czy  dzwonimy do nich? - spytała  Marta.  Popatrzcie- zaraz  za tymi domami są te obrzydliwe smutne ściany  płaczu. W życiu bym nie chciała  mieszkać w takim wieżowcu. Wojtek popatrzył na nią i powiedział - gdybyś nie miała  gdzie  mieszkać  a   dostałabyś pracę  w Warszawie to na pewno mieszkałabyś w takim  "mrówkowcu".  Przecież Ursynów to też fura wieżowców i Ziukowie mieszkają w  wieżowcu. No fakt, że te ursynowskie  to jakoś lepiej się prezentują, są po prostu mniejsze, nie mają po 20 pięter i są mniej  "rozrośnięte"  w poprzek. A to osiedle jest podobno najbrzydsze w  całej  Warszawie. Popatrz  w  lewo- tam ludziom rosną jakieś  dwa wysokie iglaki- one to chyba  też jeszcze przedwojenne. Nawet z  daleka wyglądają na stare. 

W tym momencie z budynku wyszedł "Stary" mówiąc:  " zastanawiacie  się czy wejść czy może  lepiej zawrócić?". Pomyślałem, że może  dzwonek nie  działa  więc po was  wyszedłem.  Wszyscy  się roześmieli a Michał powiedział - obgadujemy teren - bo nikt  z nas  tu jeszcze nie  był. I, o ile podobają się nam te stare domy to  ich tło w postaci  tych wieżowców rozrośniętych we  wszystkie  strony jakoś nas nie  zachwyca. Tamte bloki przytłaczają swym ogromem. Teraz  wiem,  dlaczego wszyscy nazywają ten kawałek Marymontu najbrzydszym placem budowy w Warszawie. 

No fakt - stwierdził Stary - nie  można nazwać tamtego osiedla ładnym. Plus jest tylko taki, że  są tam już  sklepy spożywcze, więc nie trzeba wszystkiego ciągać z poza osiedla. Ale my tu bywamy tylko latem, a cała posesja jest właściwie  własnością mojej bratowej, a że brat ma  z nią wszak wspólnotę  majątkową  to należy też do niego. I parter jest wynajmowany pewnemu    dentyście - on tu ma gabinet i mieszka. Nie mam nawet  bladego pojęcia jaki z niego  fachowiec, ale ma facet  sporo pacjentów. Brat z żoną  byli tu na Boże  Narodzenie i wtedy  bratowa stwierdziła, że ona woli mieszkać  w Niemczech.  Otworzę wam bramę i wjedźcie do środka. Miał być  garaż,  a jest tylko zadaszenie. A na jesień i  zimę są dopinane brezentowe "ściany". Brat siedzi już od  dość długiego  czasu w Niemczech  i nie wiem nawet czy  wrócą do Polski. Więc my  sobie  tu pomieszkujemy  głównie w  weekendy a  w lecie to  nawet cały  czas. Jadwiga to  pewnie  zaraz   mnie ochrzani, że  zamiast  wziąć  was  szybko do  chałupy to tu  z  wami gadam. Jakaś nerwowa  się zrobiła. 

Chwilę trwały powitania  i "prezentacja", potem żona   "Starego" oprowadziła gości po mieszkaniu, a Ala  powiedziała- poczytałam  wczoraj o Marymoncie. Kiedyś, kiedyś a tak dokładnie  w 1412 roku był tu duży folwark o nazwie  Ruda i płynęła  rzeczka  Rudawka i nad  nią  stały  młyny. A w 1639 roku Król Władysław IV Waza przekazał wieś  Ruda wraz  z młynami klasztorowi  Kamedułów, co było nawet  wyszczególnione  w  akcie darowizny.  W XVII  wieku Król  Jan   III Sobieski zbudował dla  swej ukochanej  żony  Marysieńki pałacyk na planie  krzyża . Z pałacyku  był widok na Wisłę, na młyny nad  rzeczką  Rudawką i na Lasek  Bielański, a  przypałacowy ogród  miał wiele  pięknych rzeźb. A w 1771 roku,  w listopadzie  konfederaci porwali króla Stanisława Augusta i uwięzili  w jednym  z młynów. W roku 1818 wieś Ruda przeszła  na własność Instytutu Agronomicznego. W  roku 1916 wieś  Ruda została  włączona do Warszawy a od 1994 roku  cały ten teren  należy do gminy Bielany.  Kiedyś  były tu tak zwane  ogródki działkowe, no a teraz jest paskudne ale pojemne osiedle  mieszkaniowe. I teraz  niektórzy mówią, że  mieszkają  w Warszawie na końcu ulicy Mickiewicza, bo ona  dochodzi do tego osiedla.  Ale jakoś nie doczytałam  się nigdzie czy nazwa Marymont funkcjonowała już za czasów Sobieskiego , bo być może on  znał angielski i ochrzcił ten teren Góra Marii. Bo Wisła , w  stosunku do tego terenu to wszak była i jest  w dole. 

Pani Jadwiga była  zachwycona, że do orchidei  dołączona jest "instrukcja  użytkowania" i wyraziła nadzieję, że tym razem nie straci orchidei  w  czasie  jednego  miesiąca. Bo dotychczas to niestety ani razu  nie udała  się jej hodowla  orchidei. "Stary" pokręcił głową z  dezaprobatą - a co w  tym dziwnego, że te orchidee źle  się  hodują  w Polsce- przecież  one pochodzą  z dżungli, gdzie jest zupełnie inny klimat niż u nas.  To tak jakbyś nasze rumianki nagle  posadziła w polarnym klimacie i  dziwiła  się, że  ci się hodowla ich  nie udaje. Poza tym  to gdy je kupujesz  w kwiaciarni to wiedz, że w kwiaciarni też  są dla nich na pewno lepsze  warunki niż w mieszkaniu. A do kwiaciarni też nie trafiają z jakiegoś zwykłego mieszkania  ale są hodowane  w  szklarni, gdzie jest  cały  czas kontrolowana  temperatura i wilgotność a nawet poziom naświetlenia.  

Marta przywołała na twarz najbardziej  słodki uśmiech i powiedziała- ma pan rację  - w szklarni i kwiaciarni to one  zdecydowanie mają lepsze  warunki  bytowania. Nie mniej prawda wygląda tak, że orchidee, a tak naprawdę storczyki,  rosną  dziko nieomal na  całym świecie  a nie  tylko w kwiaciarniach i rozpoznano już ich 25 tysięcy gatunków. W Polsce rośnie ich ponad 50 gatunków. Storczyki  są trudne  w hodowli  z uwagi na fakt, że nie każdy owad  zapylający jest  w stanie je  zapylić - można powiedzieć, że nie  dają się byle komu zapylić,  mają swoje  wybrane  gatunki  "zapylaczy". A w Polsce  najokazalsze są obuwiki pospolite, które  przypominają  wyglądem miniaturowe pantofelki.  Storczyki rosną  w wielu miejscach w lasach, na łąkach, na torfowiskach, preferują podłoże  bogate w węglan wapnia. Nie  da  się jednak  ukryć, że najpiękniejsze  storczyki rosną w klimacie  tropikalnym i często są pasożytami bo rosną na pniach drzew, z których  przy okazji  pobierają potrzebne im  do istnienia składniki.  W Polsce to tylko te obuwiki najbardziej  przypominają  swym  wyglądem  jeden  z  gatunków tych orchidei z dżungli, ale on to rośnie  "normalnie", w  gruncie, nie pasożytuje.  Bo inne storczyki niż obuwiki to dla "zwykłego Kowalskiego" są tylko "kwitnącym  chwastem",  choć niektóre  z nich ponoć bardzo ładnie pachną.  Jak na razie  to nigdzie  nie  spotkałam dzikiego  storczyka  w Polsce, no ale  tak naprawdę  gdybym chciała ich  szukać to musiałabym  mieć jakiś  dobry atlas botaniczny. Bo  w  szkole nikt z nami na  łąki nie chadzał i nie pokazywał nam co tam  rośnie. Za to wymagano od nas  teoretycznego rozróżniania roślin odkryto-  od  nagonasiennych, a nie jak odróżnić liść  brzozy od liścia buka gdy leżą obok  siebie. A ja to wszystko wiem dlatego, że moja mama jest właścicielką kwiaciarni i  ma  sporo książek o hodowli kwiatów, choć ich sama nie hoduje, ale wyszła z  założenia, że dobrze jest wiedzieć  czym  się handluje. 

"Stary" poklepał Wojtka po ramieniu i powiedział półgłosem - masz  szczęście  "brachu" bo nie  tylko ładna  ale i mądra ta twoja  żona.  I ma rację - szkolnictwo podstawowe i średnie powinno przejść wiele zmian, bo programy  są przeładowane, tyle  tylko że  często wcale nie  tym co ważne, a  w domu też się większość niczego nie  nauczy, bo zdaniem  rodziców od uczenia  dzieci to jest  szkoła.  Obawiam się  tylko, że nikt  we władzach  kraju   tak naprawdę nie jest  zainteresowany tym tematem. A Wojtek uśmiechnął  się i powiedział do "Starego" -  z jednej  strony  mnie to cieszy, że to taka  mądra dziewczyna, ale  z  drugiej to  szalenie podwyższa mi poprzeczkę. Nie mogę ot tak,  bez  zastanowienia   "wypluć  coś  z  siebie", bo  ona  zawsze  wszystko wyłapie  jeśli coś "lapnę". Jak na  razie  to mam  szanse  błyszczeć tylko w temacie informatyki, bo ten temat jakoś  zupełnie nie  nie pociąga  mojej żony.  więc  go nie  zgłębia.  Powiem ci tak w sekrecie, że najbardziej to lubię słuchać  jak  moja żona dyskutuje z naszym przyjacielem lekarzem chirurgiem.  Zawsze mam wtedy wrażenie że za moment  staną razem przy stole operacyjnym i żeby nie  był  pusty to mnie na nim rozłożą. On twierdzi, że powinna była  zdawać po raz  drugi na medycynę,  ale ona po moim, a potem i po swoim pobycie  w szpitalu stwierdziła,  że jednak dobrze  wybrała kierunek bo praca każdego lekarza  jest jednak bardzo ciężka i trudno ją połączyć z życiem prywatnym, a  ona należy  do tych osób, które jeśli coś  robią to  nie na pół gwizdka ale na sto procent. 

Tymczasem panie wróciły  z "obchodu"  miniaturowego ogródka, który  był z tyłu  domu, a tam podziwiały konstrukcję altany w której  był mały  stolik i cztery  krzesełka A było bowiem co podziwiać, bo altana była  "wynalazkiem" jednego  z kuzynów  pani Jadwigi. Konstrukcję nośną stanowiły... drzwi, drewniane  razem z  futrynami i altana była  sześciokątem. Jak wyjaśniała pani Jadwiga część z nich  to były drzwi kuchenne ale o  dość nietypowych wymiarach z dużymi ongiś  szklanymi  szybami, które  zostały zastąpione żaluzjami z tworzywa. Kuzyn pani Jadwigi  ukończył wydział Budownictwa  Lądowego i w ramach "odpoczynku od  zawodu" projektuje różne  dziwne obiekty całkowicie odmienne od  tych, nad którymi pracuje  w biurze projektów. W sumie owa  altanka  wyglądała jak  domek dla nieco mocno  wyrośniętych  krasnali.  Marta bardzo  skrupulatnie oglądała konstrukcję  owego "wynalazku", w końcu stwierdziła - to nie futryny drzwi są konstrukcją nośną a sześć  umieszczonych w podłożu belek do których zostały przymocowane futryny. To w  sumie mocna konstrukcja. Pani Jadwiga  tylko wzruszyła ramionami - Zbyszkowi i tak  się to nie podoba, uważa, że to wygląda  cudacznie i wcale  tu nie pasuje. A ja lubię  tu latem posiedzieć i poczytać. W ubiegłym roku siedziałam tu cały  czas  sama, bo Zbyszek nie  chciał tu być bo mu za daleko  stąd  do Uczelni.  

Marta uśmiechnęła  się delikatnie - bo to prawda- to tak  zwany kawał drogi  a w czasie poza urlopowym to jeżdżenie  dwa razy  dziennie samochodem bez  względu na  pogodę wcale nie jest  zabawne. My dziś jechaliśmy do państwa nie Wisłostradą a przez   miasto i nawet  gładko to poszło, no ale  dziś dzień wolny od pracy. A w dzień powszedni w godzinach porannych i tych, w których  wszyscy wracają z pracy  to wcale nie jest  wesoło. Ja przez pięć lat jeździłam na prawobrzeżną Warszawę, bo tam  była  moja uczelnia  i te dojazdy czy to komunikacją  miejską  czy też swoim  samochodem to jednak  dawały mi w kość. Teraz to mam luksus, bo do pracy jadę zaledwie kwadrans a do tego nie obciążoną trasą. Trzeba  jeszcze  brać pod  uwagę fakt, że codziennie do Warszawy dojeżdża samochodami cała masa ludzi mieszkających w promieniu do 100 kilometrów od miasta. I wszystkie  drogi dojazdowe  do Warszawy  są  rano z reguły zawalone samochodami, więc  się wcale nie  dziwię, że pani mąż nie jest zachwycony dojazdami stąd do pracy. Według przeprowadzonych badań to codziennie do Warszawy przyjeżdża do pracy ponad milion  osób. Część swoimi  samochodami,  część pociągami i potem po mieście   jeżdżą  miejskim transportem.  Nie  da  się ukryć, że w dużym  mieście jest po prostu praca, której  brak w małych  miejscowościach.  My mieszkamy na starym Mokotowie a gdy byłam dzieckiem to nikt nie  słyszał o dzielnicy zwanej Ursynów. Warszawa tak jak i inne stolice na świecie  staje  się pomału molochem. 

Pani Jadwiga patrzyła na Martę z niedowierzaniem, a potem  westchnęła i powiedziała- jakoś nie miałam pojęcia  o tym, że tyle osób codziennie  dojeżdża  do Warszawy. Marta uśmiechnęła  się - ja to się o tym dowiedziałam  dopiero będąc na studiach, bo tam była masa  dziewcząt spoza  stolicy. Niektóre  dojeżdżały codziennie bo ktoś z ich  rodziny  dojeżdżał do pracy to się z nim zabierały. Większość jednak mieszkała na prywatnych kwaterach. 

                                                                                    c.d.n.


środa, 7 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 148

 Mniej więcej w tydzień  po powrocie z delegacji Wojtek  i Michał wraz  z  żonami zostali zaproszeni  na prywatne spotkanie z szefem i  jego żoną.  I Wojtek i Michał długo wpatrywali  się w podany adres, w końcu Michał powiedział - jak to jest Warszawa to ja jestem Chińczykiem.  Wojtek  zerknął w mapę Google i powiedział - niedaleko stamtąd  do dwóch  cmentarzy - do tego nowego na Wólce Węglowej i do dawnego Wojskowego, który już od lat jest Cmentarzem Komunalnym. Dobra  lokalizacja  gdy na którymś  z nich ma się  pochowaną jakąś  rodzinę.To jakiś kawałek o nazwie Marymont Ruda. Nie  wiem tylko dlaczego Marymont Ruda  a  Rudy, bo jak dla mnie  Marymont to rodzaj męski. I ten Marymont  jest  stosunkowo blisko Wisły. A w ogóle  to na moje oko są trzy części Marymontu. I jakaś woda tam jest. I do Lasku Bielańskiego, który  awansował do miana Rezerwatu  mają  blisko. Nie wiem  tylko, czy to taki ogólnie  dostępny  czy trzeba  może jakieś bilety wykupywać. Ale do pracy to ma  facet daleko.  

Michał wzruszył ramionami - oni  się  chyba dość niedawno tam przeprowadzili. Ale coś  mi  się  wydaje , że oni tam  bywają tylko w  weekendy, a na  co dzień to  bliżej  Śródmieścia.Wiesz, tak na  co dzień to facet nie jeździ  bladym świtem.  Do Łomianek, które już są poza Warszawą, to jeszcze jest  kawałek drogi. Ale mam nadzieję, że będzie łatwo trafić, bo pojedziemy jak po sznurku Wisłostradą. Jak  się zagapimy i nie odbijemy  w pewnej chwili w bok to możemy  się  znaleźć  nagle  w Zakroczymiu. I pognać  do Gdańska.  Wieki całe nie  byłem  w Gdańsku - stwierdził Michał. A lubię Gdańsk. Wziąłbym Alę i  dzieciaki w jakiś  rejsik po Motławie. A w ogóle  to zauważyłem, że mi praca  w życiu  zaczyna przeszkadzać.  I to coraz  częściej

Wojtek roześmiał się - podejrzewam, że nie  tobie  jednemu praca przeszkadza,  znacznie  fajniej  mi było na studiach. Pracowałem nie  dlatego, że musiałem, bo rodzice  mnie jednak finansowali a  po prostu dlatego, że miałem mnóstwo  pomysłów na  sprawdzenie przydatności tego o  czym  się uczę. 

No to przecież masz przecież nadal możliwość sprawdzenia  swej  wiedzy bo masz  stypendium doktoranckie, więc jest  to szansa na sprawdzenie przydatności dotąd  zdobytej wiedzy. I masz ten luz, że nie masz  tak naprawdę przymusu przychodzenia tu codziennie zawsze o  tej  samej porze. Mnie  nie przeszkadza  to poranne przychodzenie  bo przy  dzieciakach to niestety  się nie pośpi- tłumaczył przyjacielowi Michał. Przecież  możemy się obaj  zastanowić jak sobie  wzajemnie życie tu uprzyjemnić a nie uprzykrzyć.  Wiesz - uczelnia to nie  sklep spożywczy z jednoosobową obsługą i nie jest powiedziane że musisz  być w  ściśle określonych porach. Zresztą  jesteś w tej chwili na  stypendium i nigdzie nie jest  zapisane, że masz  być od  np. od 8,00 do 16,00. Z uwagi na temat to mógłbyś spokojnie pisać to w domu, no ale mam wrażenie, że tak jest jednak i dla ciebie lepiej i, że już nie  wspomnę dyplomatycznie o  tym, że i mnie  to bardzo pasuje, że jesteś. Poza tym nie będziesz  "jakimś tam obcym doktorkiem", tylko naszym, znanym, lubianym itp.

No wiem, wiem, ale z kolei  Marta pracuje od  9 rano, więc wstajemy o siódmej, czasem  7,30. Jakoś  byłoby mi głupio spać rano gdy ona  wstaje  do pracy. Michał, a dlaczego  mi nie powiedziałeś, że masz nagranie  mojego wykładu? I jeszcze go dałeś  do odsłuchania "Staremu".  

To był czysty przypadek- stwierdził Michał. Wpadł do  mnie  jeden ze studentów z pytaniem  czy mógłbym mu pożyczyć  dyktafon, bo jego właśnie  wysiadł, a on nie może  być na  wykładzie  bo jego ojciec jest  w szpitalu po wypadku i on  jedzie oddać  krew do Banku Krwi, bo tak sobie  szpital zażyczył, więc mu koledzy nagrają  wykład. I gdy mi za dwa dni go oddał to przy okazji przesłuchałem bo go facet  nie  wykasował  i stwierdziłem, że  warto dać  Staremu do posłuchania, żeby wiedział, że  jesteś bardzo udanym  nabytkiem. Więc nagrałem  ten wykład na  drugi dyktafon i podsunąłem Staremu. I gdyby  to był zły krok to Stary  nie   zaprosiłby nas z żonami do siebie  do  domu.  On nie jest zbyt  towarzyskim  facetem i raczej niewiele osób może powiedzieć gdzie i jak Stary  mieszka. On raczej zawsze jest  za spotkaniami w jakiejś spokojnej  knajpie. Jestem niemal zaskoczony tym, że nas do siebie  zaprosił. Jak dotąd to  bywałem  z nim tylko na obiadach lub kolacji - raz w Bristolu a  raz w takiej "etnicznej" restauracji , w której ponoć był kuchnia  rosyjska. I nawet mieli w karcie  jesiotra.  Chyba mu  się  bardzo spodobało, że  wybrałeś wyjazd do Poznania  a nie  do Hanoweru.  

Wojtek  zaczął się śmiać- gdyby wiedział dlaczego tak naprawdę wybrałem  Poznań a nie Hanower to by padł ze śmiechu.  Tak to byłem  tylko jedną  noc i dwa  dni bez Marty, a przy innym  wyborze  byłbym tydzień poza domem.  Jak dla mnie  to zasadnicza  różnica.  Kwestia tematyki była tak naprawdę mniej istotnym  elementem.

No to ciekawe jak  to będzie  gdy  się wam rodzina powiększy - wtedy Martusia już nie  będzie  tylko  dla ciebie -  będziesz  się musiał  nią  dzielić  z dziećmi. Mirkowi gdy  był malutki to było dość obojętne   do kogo się przytulił - byle się czuł objęty.  Irunia to  zasypiała  najszybciej gdy  mnie trzymała   za ucho, a Marek gdy był wtulony buźką w pierś Ali.   A teraz cała trójka   jakoś zdziecinniała i wieczorem każde z nich musi być utulone i wymiziane przez nas oboje.

Wojtek  skrzywił  się - nam to się jakoś  jeszcze  nie  spieszy do dzieci i mam nadzieję, że poprzestaniemy na jednej  sztuce  i nie  będzie klonów  ani Marta nie wyprodukuje  2 jajeczek na raz. Ostatnio jej lekarz  stwierdził, że powinniśmy  się najdalej za rok  wziąć za produkcję.  I bardzo się biedula  tym zmartwiła. Bo teoretycznie to ona  nie ma nic przeciwko posiadaniu  dzieci, ale faza niemowlęctwa ją nieco przeraża. Poza tym zastanawia się, czy aby nie odziedziczyła po swej matce  niechęci do posiadania  dzieci.  A skąd Marcie przyszło coś takiego do głowy? - zapytał  zdziwiony Michał. 

 No bo matka całe dzieciństwo Marty, aż do dwunastego  roku  jej życia,  czyli do chwili rozwodu rodziców  mówiła  Marcie, że jest ona  jednym wielkim problemem i że matka nigdy jej nie chciała. Na sprawie Marta wybrała ojca i ponoć bardzo spokojnie  opowiedziała jak ją matka traktowała. Wiem o  tym od mego ojca, bo on  wtedy był świadkiem na  sprawie. Wiesz - ojciec Marty  gdy już  się Marta pokazała na świecie to powiedział swej żonie, że jeśli chce  to może  nie pracować, bo on  sam wyrobi finansowo, bo po co   Marta  ma  się  hodować  w żłobku a potem  w przedszkolu  lub z czasem w  szkolnej świetlicy.  A efekt  był taki, że  Marta zawsze  chodziła  z kluczem na  szyi i wracała  do  pustego mieszkania.   Wiem, bo ją  przez  trzy lata codziennie odprowadzałem do  domu.  Wiesz, przed  sprawą Martę wypytywali o wszystko  psycholodzy dziecięcy i to też  było w aktach.Teraz  na  szczęście to  już nawet młodsze dzieci niż była wtedy Marta  sąd pyta u kogo chcą być po rozwodzie.  Ale  z tego co widziałem to nie powinno być  źle, gdy będziemy  mieli jakieś dziecię, bo ona ma , moim zdaniem,  całkiem  dobry kontakt z dziećmi. Gdy byliśmy u Andrzeja w Londynie to młodszy przydreptał nad  ranem do nas, wpakował się w jej objęcia, choć spał w pokoju razem z Andrzejem i starszym  bratem i  na pewno miał bliżej do niego niż do pokoju w którym my spaliśmy. Poza tym to ona traktuje  takie maluchy całkiem poważnie a nie jak jakieś przygłupy. Wszystko dzieciakom Andrzeja tłumaczyła i nie  było żadnych problemów w podróży. Byłem tym nawet  zdziwiony, bo  wcale  nie  bywaliśmy u Andrzeja  często gdy jeszcze był przed rozwodem. A waszą Irunię to ona  nazywa małą księżniczką i stwierdziła, że jak Irunia  dorośnie to będzie  sobie facetów owijać  wokół palca zupełnie nie  zdając  sobie z tego sprawy.  

Michał się zaczął śmiać - Irunia to baaardzo cwana dziecina i podejrzewam, że Marta ma rację. Szczerze mówiąc  to nie bardzo  wiedziałem jak Ziukowie przyjmą  nowe dzieci - wszak "to nie ich krew", ale  oni oboje stanęli w 200% na wysokości zadania. Cały  czas  czułem ich wsparcie  moralne i takie bardzo praktyczne. Ja byłem nieco przerażony, że to będzie dwoje, ale Ziukowie byli  zachwyceni i zaraz  mi powiedzieli, że choć  oni do wierzących  to raczej nie należą, to uważają, że "natura wie  co robi". No i do dziś  są  ukochanymi  dziadkami naszych dzieci. I zawsze mnie i  Alę wspierali i nadal tak  jest.  A ciebie Wojteczku też zaliczają do rodziny boś im to mieszkanie na Ursynowie odstąpił.  Przecież nie dostali go ode mnie  w prezencie- zaprotestował Wojtek- ja je  normalnie  sprzedałem. Taaa, normalnie - wcale nie normalnie bo tylko po kosztach- nawet złotówki na tym nie  zarobiłeś-  protestował Michał.  Wojtek  popatrzył na  niego i powiedział - bo doskonale wiedziałem, że ty zrobiłbyś to samo, gdybym szło o mnie. Natura czy też jakaś inna  siła  wyższa nie obdarzyła mnie rodzeństwem, ale mam ciebie i Andrzeja i dla mnie jesteście  rodziną.

Dalszą dyskusję przerwało pukanie  do drzwi i na Michałowe "wejść" w drzwiach ukazał się  "Stary" mówiąc - przyszedłem zobaczyć wasz kącik kawowy- mam pół godziny relaksu, więc możecie  mnie potraktować kawusią. Skąd  wy tyle  szaf nabraliście? Gospodarczy wam kupił? 

A  skądże! - odpowiedzieli  jednocześnie. Ale  wpuścił nas do magazynu rzeczy przeznaczonych do utylizacji, na dodatek pozwolił nam byśmy  sobie  wybrali co chcemy, no to sobie  wybraliśmy, cztery popołudnia  spędziliśmy na umyciu tych biblioteczek i ich oklejeniu samoprzylepną  folią do mebli, potem załatwił nam kilku silnych do przeniesienia ich do nas, panie  sprzątające poratowały nas suknami na których przesuwaliśmy to co tutaj stało. Przy okazji zrobiliśmy remanent  we  wszystkich szafach. Krzesła mamy od ojca Wojtka - są co prawda niezbyt dobrane kolorystycznie, ale mają ten plus, że są składane i całkiem wygodne. A jak widzisz siedziszcza mają, można powiedzieć - tapicerowane. Ta gąbka pod ich pokryciem jest jakaś wyjątkowo  dobra  jakościowo. Co prawda ich kolor może trochę za frywolny,  bo na moje oko to lepsze by  było gdyby  ten materiał miał ciemnowiśniowy kolor a nie taką jaskrawą czerwień, no ale darowanemu koniowi nikt do pyska nie zagląda. A gdzie taką  folię kupiliście?  A  w OBI,  nawet był spory wybór. Raz przelecieliśmy te szafy papierem ściernym, żeby się folia  lepiej trzymała. Szef macał te oklejone  powierzchnie i stwierdził, że ta folia to całkiem fajna  sprawa. A te szybki to też potraktowane   folią? Bo na pierwszy  rzut oka  to wyglądają bardzo plastycznie, jakby to były metalowe  listewki.  Można pomacać? No jasne, tylko nie podważaj tego paznokciami, to naprawdę tylko folia samoprzylepna.  Po prostu do szkła są przylepione  takie  cieniutkie listewki, nawet nie listewki tylko  patyczki grubości 4 mm i dodatkowo są przyklejone paskami tej folii udającej metal, które  wszystko razem do kupy  trzymają. Nawet nie podejrzewałem, że to tak  dobrze  będzie wyglądało.

No - panowie - zadziwiliście  mnie zupełnie - jesteście   bardzo pomysłowi. No to muszę cię pocieszyć, że chociaż sami to robiliśmy to też jesteśmy zdziwieni, że to tak dobrze wypadło - nawet nie podejrzewałem, że to tak dobrze  będzie wyglądało - stwierdził Wojtek. A wszystko wyszło stąd, że znajoma  ekipa remontowa, które nam i    naszemu przyjacielowi remontowała mieszkania,   górne okna w drzwiach łazienek pozaklejała  folią, która udawała grube matowe szkło. Przepuszczała  światło ale nie dawała widoku na łazienkę. A ponieważ oni się  straszliwie spieszyli, by zdążyć przed  naszym powrotem z mini wakacji po  naszym ślubie,  to ustalili z naszymi ojcami, że będzie najlepiej i najszybciej gdy nam te istniejące  szybki okleją a nie będą się bawili w usuwanie tych szyb i zamawianie nowych u szklarza, zwłaszcza, że był to okres  wakacyjny a tym  samym remontowy. Ojcowie po prostu kupili nowe drzwi do kuchni i łazienki i WC, nieco bardziej przeszklone, by w przedpokoju było więcej światła, ekipa te  szybki  zakleiła i to  całkiem fajnie teraz  wygląda. Bo chyba  najwięcej remontów  to się  robi właśnie latem. A jak nam  się te szybki znudzą to moja  Marta powiedziała, że wtedy możemy je wymienić  na   folię z witrażowym, kolorowym  wzorem. Tych folii samoprzylepnych jest mnóstwo - i takich jak  typowe okleiny meblowe i takich  w przeróżne  wzory i też  są takie imitujące  witraże.  Na jednej z  działek podwarszawskich  widzieliśmy oszkloną  werandę  oklejoną wzorzystą okleiną z obrazkami ptaków. Jak nam mówił właściciel to odkąd ma tę folię przestały mu ptaszyska wydłubywać  ze  skrzynek zewnętrznych  malutkie  sadzonki lub  po prostu grzebać w nich. Najśmieszniejsze, że oboje  z Martą polubiliśmy wizyty w takich marketach jak OBI. W PRAKTIKERZE też  się nam podobało, tyle  tylko, że akurat  niczego stamtąd  nie potrzebowaliśmy. 

Wypoczynkowe pół godziny szefa minęło, a szef  "cały w skowronkach" nadal siedział i rozmawiał na całkiem pozasłużbowe  tematy. Przy okazji nagryzmolił im na kartce jak mają do niego trafić, powiedział by nie przywozić dla pani domu "Broń Panie Boże Czekoladek" bo ona ma odstawić słodycze i że  w ogóle to żadna okazja, tylko po prostu zwyczajne  spotkanie zwyczajnych  ludzi.  No fajnie, ale tak całkiem naprawdę to my nie jesteśmy zwyczajnymi ludźmi - powiedział Michał. Zwyczajni ludzie  to na takim spotkaniu stawiają na stole ze dwie półlitrówki, półmisek z  zagrychą i jest to polska zwyczajność. Potem  nieco  znieczuleni  wsiadają do swoich  bryczuszek  i starają  się nie  wpaść  w oko jakiemuś gliniarzowi. Pomału  zaczynam  się zastanawiać  czy  aby na pewno  jestem  w tym układzie  Polakiem. Ja już  dawno się nad  tym problemem  zastanawiam. 

Nooo, to prawda -zgodził  się  szef. W Rosji jeśli nie pijesz to znaczy, że jesteś szpiegiem. Unikam jak ognia kontaktów z  nimi. Raz byłem służbowo w Moskwie - i wystarczy. Właściwie  mogę powiedzieć, że byłem dwa razy  - pierwszy i ostatni. Moja połowica była ze swoją  kuzynką dwa  tygodnie w Soczi. Wróciły ładnie "wycieniowane" bo im jedzenie nie odpowiadało. Bo kurczaki podawane do obiadu były na  wpół surowe. Śmiałem  się, że w Ameryce podają krwiste befsztyki, a w Soczi krwiste kurczaki. Poza tym klimat był cholernie  męczący, bo były upały i bardzo wysoka  wilgotność. Żywiły się głównie bułkami i rosyjskim szampanem, bo to można było kupić bez problemu. A raz  to nawet  udało im  się kupić prawdziwe maliny, to się tak tym napasły, że przesiedziały potem cały dzień w pokoju na  zmianę okupując toaletę. Poza tym były zbulwersowane  widokiem  plażowiczów  opalających  się na dachach  wagonów kolejowych. Potem  się dowiedziały, że to były tak zwane  "wczasy  wagonowe". Pociąg przywoził wczasowiczów którzy mieszkali  w tych wagonach i po dwóch tygodniach postoju na bocznicy  blisko brzegu morza ich odwoził I raz  się  wybrały z całą grupą wczasowiczów do tamtejszego arboretum i bardzo  szybko się stamtąd ulotniły bo w tym arboretum było piekielnie  gorąco a do tego duszno. A jak mówiłem babom, że ten wyjazd to nie jest wcale a  wcale dobry pomysł to mnie  chciały pobić.  I całe  szczęście, że z nią tam  nie  byłem bo miałbym już drugi rozwód.

                                                                            c.d.n.

sobota, 3 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 147

 Gdy tylko Wojtek wsiadł do samochodu i przywitał się  z  szefem ten powiedział - "pozwolę  sobie  zaproponować  byśmy porzucili oficjalne  formy i mówili sobie  po imieniu". Wojtkowi nieco opadła  szczęka  ze  zdziwienia, ale  nim zdążył coś powiedzieć  szef  otworzył małą  torbę i wyciągnął z niej....mały jasiek  w kolorowej poszeweczce i wciskając  go w  rękę Wojtka powiedział - nie wiem jak ty, ale  ja jestem piekielnie  śpiący, więc zaraz zasnę. Wolisz  siedzieć z prawej czy  z lewej  strony?- zapytał. 

Obojętne - stwierdził Wojtek. Ja też mógłbym jeszcze   pospać, od ukończenia studiów nigdy  jeszcze o tej porze  nie  wstawałem. No to świetnie - podsumował  szef. Jeśli bym chrapał to mnie po prostu trąć, to na pewien  czas przestanę. A ta ładna "panienka z okienka" na parterze to zapewne jakaś ciekawska  sąsiadka?   Wojtek uśmiechnął się lekko - to moja żona, mieszkamy na parterze. Wstała  razem  ze mną, wypiła kawę i teraz  zapewne żałuje tego, bo ona jeździ  do pracy na  dziewiątą.

Pracuje w jakimś ministerstwie?- bo oni  zwykle   zaczynają pracować dopiero od  dziewiątej - dociekał szef.  Nie, pracuje w laboratorium  chemicznym jednej  z firm kosmetycznych, jest magistrem kosmetologii. I już nawet zdążyła  być  współtwórcą patentu - pochwalił się Wojtek. No masz chłopie szczęście- nie dość, że ładna to do tego mądra- to dość  rzadkie zestawienie.  A od dawna jest twoją żoną?- szef wyraźnie  był zaciekawiony. Żoną to od chwili gdy ukończyłem  studia, ale  razem , parą, to my jesteśmy od czasu szkoły podstawowej - wyjaśnił  Wojtek.  

Żartujesz? - spytał szef. Nie , nie żartuję. Jesteśmy razem od piątej klasy szkoły podstawowej. Z tym ,że całe liceum byliśmy  rozdzieleni, bo ja  byłem w Austrii z rodzicami, a ona z ojcem tutaj. I może właśnie dlatego, że te  cztery lata upływały  nam na  sporadycznych kontaktach to szczeniackie uczucie  jakoś nam pozostało. Ona ma cudownego ojca - ostatnie  dwa lata  podstawówki to właściwie  niemal u nich  mieszkałem. On nas wychował- przez  wiele  lat kochałem go sto razy  bardziej niż  własnego ojca, ale  teraz kocham ich obu.  A mój ojciec to oddałby  życie  za Martę, gdyby zaszła taka potrzeba - to jego ukochana córeczka.  To co powie Martusia to jest święte - świętsze  i ważniejsze niż  Biblia. Zwłaszcza od  chwili gdy wysłała ojca do kardiologa.  I zabroniła mojej matce przyjeżdżania do Polski i wizytowania  nas  bez uzgodnienia.   Ojciec częściej  nocuje u nas  niż w  swoim mieszkaniu, bo gdy jeszcze  Marta studiowała to uparł się, że będzie nam gotował, bo Marty uczelnia  była na praskim brzegu. On już teraz pracuje  tylko na połówce etatu. Dobrze, że oboje z Martą lubimy jeść  to samo bo gdyby  było inaczej to musiałbym jeść to co ona  lubi. U nas  w domu to najważniejsza jest Marta, potem nasza psinka a na końcu ja.

Niesamowite, naprawdę niesamowita  historia- stwierdził szef. Musicie do nas  wpaść z żoną. Michał mi mówił, że ogromnie  się zaprzyjaźniliście od  chwili, gdy wybrałeś go na swego promotora. Byłem na waszych  służbowych  włościach- świetnie sobie urządziliście ten pokój. 

Wojtek roześmiał się - najważniejsze, że udało nam  się wydębić z magazynu te  stare  szafy i że udało  się kupić folię do ich oklejenia i teraz wszystko wygląda dobrze, jak nowe. Trochę się napracowaliśmy, ale warto  było. Teraz mamy wszystko pochowane no i Michał wreszcie pojął, że nie zostawia się otwartego pokoju gdy nas w nim nie ma.  A widziałeś nasz kącik kawowy?  Gdzie macie ten kącik? - dali wam jeszcze jakiś pokój? - dopytywał  się szef.  Nie, nie mamy jeszcze jednego pokoju, ale w pewnym momencie za dużo i za często wpadali studenci gdy nasz ekspres do kawy stał na  widoku, więc przemeblowaliśmy pokój i mamy kącik kawowy. Poza tym sami sobie  w swoim pokoju  sprzątamy i dzięki temu nikt nie wie, że mamy ekspres.  Od razu jakoś znacznie mniej studentów  ma do nas  sprawy do omówienia. A my czasem naprawdę potrzebujemy nieco ciszy żeby myśli pozbierać. Wiesz - Michał to jest niesamowitej dobroci facet  i trochę całe towarzystwo rozbestwił.

Szef roześmiał się - obydwaj ich rozbestwiacie - ty im tak wszystko tłumaczysz na  wykładzie jakby  byli dziećmi, a Michał na egzaminach też  się z nimi cacka - zauważył szef.  

Oooo, ja to podziwiam Michała, gdy on egzaminuje - powiedział Wojtek. Ja to bym już dawno wykopał delikwenta  za  drzwi a on bardzo cierpliwie słucha tych bredni, potem mówi czego gość nie pojął i co powinien sobie poczytać- ja go  naprawdę podziwiam.   Obaj ich rozpuszczacie - ty z kolei mówisz im na wykładzie  co powinni  sobie zanotować bo to z głowy  z czasem wylatuje - śmiał  się szef. Przepraszam, a skąd  wiesz co ja im  bredzę na wykładzie? - spytał Wojtek- przecież  nie wizytujesz  wykładów.  Szef  się uśmiechnął- po prostu raz odsłuchałem nagranie - a  nagrał twój wykład Michał - i tak mu się  wykład  spodobał, że  przyleciał do mnie żebym odsłuchał. To jeden z pierwszych,  gdy okazjonalnie  Michała zastępowałeś. Świetnie ten temat  ująłeś.

Wiesz Zbyszku - Michał to jest chodząca dobroć i szlachetność- powiedział Wojtek. Mam naprawdę sporo szczęścia, żeśmy  się zaprzyjaźnili. A jego żona  to też szalenie  miła osoba. W ubiegłe  wakacje  byliśmy w trzy pary w Turcji - oni, my i drugi nasz przyjaciel z żoną, o którym zawsze mówimy, że to nasza rodzina, że jesteśmy przyrodnimi  braćmi. Było naprawdę świetnie. Byliśmy we  wrześniu - głównie  dlatego, że wtedy już nie ma tej wakacyjnej stonki,  czyli dzieci. Była na plaży  cisza , spokój, żadnego sypiącego się zewsząd piachu, żadnych  ryków podczas posiłków. A poza tym nawet gdyby  były z nami jego  dzieci  lub  Michała to i jego dzieci i drugiego naszego przyjaciela to są  świetnie ułożone. Znają perfect takie  słowa  jak "proszę, dziękuję, czy mogę" i przebywanie w ich towarzystwie  nie przyprawia nikogo o ból głowy. A w tym roku wybieramy się w tym samym  "składzie  tureckim"co w ubiegłym roku na Słowację,  by pochodzić  trochę po  Wysokich Tatrach, mamy już zarezerwowany domek na Słowacji. My pojedziemy w Tatry Słowackie i  Polskie, a dzieciaki będą w tym  czasie w Sopocie z dziadkami. 

A kiedy jedziecie? W czerwcu, w drugiej połowie - jedziemy tylko na dwa tygodnie- tydzień będziemy po słowackiej stronie i tydzień po polskiej.  Wymyśliliśmy  sobie, że będzie  lepiej  gdy będziemy w Warszawie w tym czasie  gdy dziadkowie  z  dzieciakami będą  nad  morzem, a oni tam będą cały  lipiec i pół sierpnia.  Wiesz- z dzieciakami to zawsze  swoista  ruletka- albo będzie  wszystko w porządku albo będą jakieś  cyrki w rodzaju choroby czy jakiegoś  nieprzewidzianego wypadku. Co prawda  dziadkowie  i Michała i Andrzeja są świetnie  zorganizowani itp., ale różnie to może być, a łatwiej  tam dotrzeć w  razie  draki z Warszawy  niż z Tatr.

No to fajnie, bo w lipcu to przynajmniej jeden z  was będzie  tu potrzebny. Wojtek uśmiechnął się - wiemy o tym i  braliśmy to pod uwagę. W tym momencie "zaszurał" Wojtkowy smartfon - Wojtek zerknął na ekran i powiedział- przepraszam ale muszę odebrać bo to matka mi brzęczy. Po chwili  szef  usłyszał jak Wojtek mówi - "na pewno dziś się z tobą nie  zobaczę, bo właśnie jestem w  drodze do Poznania i nie  wiem jeszcze kiedy wrócę. A teraz  to nie porozmawiamy, tak, jadę samochodem. Gdy wrócę do Warszawy to do ciebie  zatelefonuję.  Tak, na razie."  Po chwili spojrzał na szefa i powiedział - przepraszam,  ale muszę w tym układzie  uprzedzić Martę, że moja matka przyjechała. Trzeba ojca  wziąć pod ochronę.

Mina  szefa  wyrażała  bezbrzeżne  zdumienie, ale Wojtek już "ścignął" Martę i po 2 minutach  rozmowy powiedział do szefa - już  Marta przejęła  ster. W tym układzie ojciec  już będzie  wiedział, że ma nie odbierać  telefonu od nieznanego  numeru polskiego lub austriackiego i nie  reagować  w domu na  dzwonki do drzwi.  Moi rodzice są po rozwodzie, który nastąpił z winy matki. Po prostu go zdradziła i  całe miasto o tym wiedziało tylko mój  ojciec  się nie tropnął co jest  grane. A teraz  co jakiś czas ona  tu zjeżdża, pewnie  znów ma jakiegoś  nowego gacha. A ojcu  zaraz  ciśnienie  skacze  w górę a jest po dawno przebytym  ale  wtedy  nierozpoznanym zawale, więc musi być pod ochroną.  Teraz to już jest cały  czas pod  opieką Instytutu  Kardiologii i jest ustabilizowany,  a co  sześć  miesięcy ma  badania kontrolne u nich. Na  co  dzień to jest pod opieką kardiologa w klinice, w której mamy wykupione karnety. A i tak , już  to wypróbowałem, że najlepiej jest gdy mu to  wszystko po raz  setny mówi  "ukochana  córeńka".  Kiedyś  się zastanawiałem, czy gdyby  mu Marta kazała  wytarzać  się  w  smole  to czy by tak  zrobił.  Bo wg  niego to Marta  jest lekarzem a do tego "światłem jego oczu".  Jak znam życie, to Marta zaraz zatelefonuje do swego  ojca i ten ściągnie  mojego do siebie do domu i  tak wszystko zorganizuje, by mój ojciec u nich był do mojego powrotu. A rodzice Marty to mieszkają raptem 200 m od  nas. 

A co w takim  razie twoja mama może  chcieć od twego ojca?- spytał szef. Eeeee, chcieć  to od  niego nic  nie chce, poza  zezłoszczeniem  go - ona  jest głównie  zainteresowana Martą, bo Marta ma uprawnienia  do posiadania własnego gabinetu kosmetycznego, a z kolei moja matka ma na to pieniądze i dotychczas miała taki gabinet do spółki z jakąś kosmetyczką,  ale  zmieniły  się przepisy i gabinet może posiadać i prowadzić  tylko osoba z tytułem mgr kosmetolog, no a  Marta ma taki tytuł, ale nie ma  najmniejszego zamiaru by prowadzić i posiadać  gabinet  kosmetyczny. I już sto razy tłumaczyliśmy to mojej matce,  a ta z uporem maniaka  nadal nagabuje  Martę. Marta bardzo długo nie mogła się zdecydować na jakie  studia iść- wpierw zdawała na  medycynę, ale napisała, że  chce iść na kierunek lekarski i choć  była w liceum bardzo dobra  z chemii to właśnie chemia jej na egzaminie nie  za bardzo wypadła i na medycynę  się nie załapała  ale zdała na studium kosmetyczne trzyletnie a potem zrobiła studia magisterskie. I moja matka, gdy  tylko zmieniły  się przepisy to zaraz uczepiła  się  Marty jak pijany płotu, choć  Marta od  samego początku jej mówiła, że widzi  się  w jakimś  laboratorium a nie jako kosmetyczka. Jest bardzo z tej pracy zadowolona, ma przyzwoitego szefa i jest jedyną  kobieta w tym laboratorium i w ogóle  jest zadowolona , bo na dodatek to jedzie do pracy  swoim  samochodem raptem  15 minut, a liczy od  chwili wyjścia  z domu. Najbardziej  się  tak wewnętrznie uśmiałem, gdy Marta wróciła do domu po pierwszych zajęciach praktycznych  na  studiach - była bardzo zdegustowana i w ogóle chciała przerwać te studia ale wtedy rozmawiała  z doradcą, a właściwie  doradczynią studentek  i ta jej właśnie podsunęła  myśl o laboratorium i tym samym o pracy naukowej  jak i o tym, że wiele  gabinetów odnowy biologicznej też potrzebuje kosmetologów i Marta została na  tych studiach. Nasz przyjaciel, zresztą świetny chirurg ,  twierdzi, że Marta  byłaby  świetnym  diagnostą bo bardzo logicznie  myśli. A najlepsze to było to, że on  chciał się przekwalifikować na chirurga plastycznego , już  snuł plany jak z Martą u  boku będzie operował nosy  uszy i inne  części ludzkie , a moja słodka   Martusia  w dwudziestu zdaniach wybiła mu to  z głowy . Po półgodzinnej analizie  tego co mu powiedziała Marta  doszedł do wniosku, że ona ma rację.   

Wiesz co Wojtek- mieliśmy drzemać, ale może  zadekujmy się na  chwilę na najbliższym Orlenie   i wypijmy po kawie. Moja połowica  nawet jakiś placek ukręciła - z owocami. To  jedyne  co  w domu piecze- resztę kupujemy  w cukierni - zarządził szef. Nooo, niezły pomysł - zgodził się Wojtek. A dla pana, panie Kazimierzu jest ciasto czekoladowe z rodzynkami  - powiedział szef do kierowcy. Och, to super!- ucieszył  się pan Kazimierz.  Wojtek zaczął się  śmiać - tylko usiądźmy  gdzieś   z boku- będziemy robić za niemieckich  prowincjonalnych turystów - oni u siebie przeważnie goszczą  się zawsze własnym ciastem i tylko kawę zamawiają. Chociaż gdy byłem ostatni raz za miedzą to trafiłem na jakieś  święto wina - wino i kawę kupowali w  bufecie,  a resztę wyciągali z  sakwojaży.  Niektórzy to mieli nawet ze  sobą dania gorące. Aż  miałem ochotę obejrzeć  z bliska te ich termosy. 

Gdy już jedli ciasto Wojtek powiedział - bardzo dobry ten placek- zadzwoń do pani  żony i powiedz jej to- niech się ucieszy. Żartujesz? - zapytał szef. Nie, nie żartuję, naprawdę  smaczny ten placek. Kto cię tego nauczył?  Wojtek uśmiechnął się - mój teść mnie  tego nauczył. Jemu  nie wyszło z matką Marty, potem  chodził dość  długo do psychologa, a potem uczył nas i razem i oddzielnie jak trudną sprawą jest takie bycie w związku i co ułatwia  życie.  Między innymi takie wzajemne akcentowanie  tego co nam sprawiło radość, nawet taki drobiazg jak pochwalenie tego co które zrobiło w domu. No to zrób zdjęcie nasze wspólne przy tym stole i dołącz podziękowania - dodał Wojtek.  Pomyśli, że zwariowałem,  ale zrobię jak mówisz - zgodził  się szef. Jesssu, jeszcze mi kobiecisko  zemdleje  ze  zdumienia. I napiszę, że wkrótce nas  nawiedzicie razem z Michałami. Ona bardzo lubi Michała - aż nie wiem  czy nie  za bardzo. 

Wszyscy lubią Michała - nie  zauważyłeś tego?  Personel dziekanatu zwłaszcza - dodał  Wojtek. Moja Marta też bardzo lubi Michała. Jego ojciec także jest lubiany przez  płeć piękną. No ale on już owdowiał. Wiem, nawet z nim rozmawiałem - kiedyś prowadził moją sprawę rozwodową, choć rozwody to nie jego specjalność.  No ale na tyle  dobrze  poprowadził, że nie  zostałem goły i bosy.  Ta obecna  żona to już druga.  A Michał mi coś szemrał, że chcieliście założyć własną firmę komputerową i kancelaria  miała  wam zrobić  rozeznanie. I co z tego wyszło?  

No nic nie wyszło,  a Marta w pewnej chwili stwierdziła, że wszędzie  dobrze  gdzie nas nie ma, że wydamy wszyscy kupę  forsy na szukanie gdzie, potem na  szykowanie  dobrego miejsca na  firmę, ktoś z nas będzie przecież  musiał tego  tam na miejscu doglądać, więc nie będzie  zarabiać a będzie  wydawać poza tym nikt  z tej kancelarii nie bardzo mógł pojąć o jakie przepisy  chodzi i tym sposobem wszystko się "rozeszło po kościach"  niczym  grypa.  Wiesz- oni są dobrzy w prawie amerykańskim  ale o naszym, europejskim  a do tego w tej branży to raczej  mało wiedzą. Oni to właśnie głównie  się specjalizują w  sprawach majątkowych.  A nie oszukujmy się - tu można  się z usług informatycznych  nieźle utrzymać.  Tyle  tylko, że lepiej jest  robić  małe projekty  jako "wolny strzelec".  Rynek prywatny nie jest jeszcze nasycony.  Ojciec  Michała  coś mówił o tym, że może  się przeniesie gdzieś  bliżej Polski, ale chyba także już mu  zapał do przeprowadzki i zaczynanie  wszystkiego od  nowa przeszło.  Tu już prawie  on nie ma znajomych - przyjaźń  na odległość jest równie  nietrwała jak miłość na odległość.  No to się trzeba  zbierać  - stwierdził zerkając  na  zegarek.  Gdy już byli w dalszej drodze żona szefa napisała sms, z  zapytaniem co mąż  zbroił, że aż  dziękuję za  dodatek do kawy.

                                                                            c.d.n.



poniedziałek, 29 lipca 2024

Córeczka tatusia- 146

 Dni mijały  szybko i  w pewnej  chwili Marta  stwierdziła, że  czas  to chyba przyspieszył. Z miłych "wydarzeń" to Marta odnotowała, że badania  Wojtkowego  ojca wypadły bardzo  dobrze, a lekarz  pochwalił pomysł  spędzenia przez  niego  dwóch letnich miesięcy poza Warszawą i planowane  wędrówki po lesie. Oczywiście  zaraz dodał, że po lesie to jednak nie powinien sam wędrować - zresztą zdaniem lekarza  nikt nie powinien  sam  włóczyć  się po lesie, nawet  ci najzdrowsi, bo każdemu może się coś niemiłego przytrafić. Lipiec i pół sierpnia rodzice Andrzeja i teściowie Michała mieli już zaplanowane w Sopocie. Udało im  się zarezerwować mieszkania  w dwóch sąsiednich budynkach, z których  do plaży to było nie więcej  niż 250 metrów. Oczywiście przed wspólnym  wyjazdem Andrzej zorganizował u siebie  "wieczorek zapoznawczy" dla dzieciaków, który tak  się dzieciakom spodobał, że były jeszcze  dodatkowe spotkania w domku na  Sadybie. Mała  Irenka rządziła wszystkimi czterema chłopakami, a dorośli po cichu skręcali się  ze śmiechu  obserwując dzieciaki. No popatrz- przecież oni się widywali na spędach u Ziuków a  wcale tego nie pamiętają  dziwił się Wojtek.  Ale Marta  zaraz  go sprowadziła  na  ziemię, że dzieci Andrzeja  to były tam raptem raz, poza  tym tyle  się  wydarzyło w ich życiu ważnych  zmian, że mogą już tego nie pamiętać, poza  tym dzieci Andrzeja  są młodsze od dzieci Michała.

Ojciec Wojtka przestał  się zamartwiać wyjazdem "dzieci" w Tatry słowackie, bowiem  pan Janeczek jakimiś jemu tylko znanymi  metodami  zarezerwował  bilety na kolejkę linową na Łomnicę, o  czym zaraz poinformował Martę. Oczywiście  zaznaczył, że jeżeli danego  dnia nie  będzie dobrej pogody to albo pojadą i nic lub  niewiele zobaczą albo nie pojadą  i w obu tych ewentualnościach  stracą pieniądze. Marta chciała mu od razu  przesłać  pieniądze na konto, ale pan Janeczek  wytłumaczył,że to  tylko jest rezerwacja, a wystarczy gdy  wykupią bilet zaraz po przyjeździe. A udało mu  się zarezerwować, bo powiedział i przedstawił  dokumenty, że wynajmuje swój domek turystom i uprzejmie  go podciągnęli pod biuro turystyczne. Bo u  nich tak jak i po polskiej  stronie Tatr agencje  turystyczne mają wszak pierwszeństwo. Marta oczywiście zaraz opowiedziała  wszystko pozostałym "członkom  załogi" i Andrzej zaraz przepatrzył swe  zasoby "prezentowe" i do pana Janeczka powędrował pięknie wydany album ze zdjęciami Londynu - oczywiście był wydany w Wielkiej  Brytanii. Do środka  Andrzej włożył ozdobną kartkę i na  niej pięknie Maryla wykaligrafowała podziękowania, a ojciec  Andrzeja  "przejechał się" na Główną Pocztę, tam album zapakował i nadał. Było to o  tyle  sensowne, że od  razu został wysłany i był znaczek, że zawartość jest  sprawdzona.

W każdy pogodny czerwcowy weekend  rodzice Marty oraz jej kuzynka,  Małgorzata, jeździli nad  Narew i szykowali dom na letni pobyt, a  wraz  z nimi jeździł ojciec  Wojtka i  psina. Za każdym razem ojciec się zamartwiał jak sobie "biedne dzieci" bez niego w lecie poradzą i nawet  czuł się lekko urażony, gdy Patrycja za którymś razem powiedziała, że to przecież  już nie  są dzieci a "stare, doświadczone konie". A poza  tym  przynajmniej będą  mogły sobie  wtedy polatać w upał nago po mieszkaniu. Ojciec Wojtka popatrzył się na  nią i powiedział - czy ty naprawdę wierzysz że kostium bikini cokolwiek ukrywa? Te  cztery małe trójkąty lub dwa małe  trójkąty i pasek  szerokości 15  centymetrów to tak naprawdę niczego nie ukrywają.  Dziś faceci są już tak przyzwyczajeni  do golizny, że wcale nas ona nie podnieca. A Marta w upały biega po domu w cieniutkich szortach i bluzce  z dużym dekoltem i krótkimi  rękawkami.  I wyobraź sobie, że to dziecko zapytało się mnie, czy mnie to nie będzie  raziło.  Uwielbiam swoją  synową za  jej sposób myślenia a nie za to, że ma młode ciało i jest ładna.  Oczywiście  doceniam jej urodę, ale dla mnie jest szalenie  ważne, że to mądra dziewczyna.  

Panu Maćkowi,  sąsiadowi, udało  się przekonać Małgorzatę, by jednak zainstalować w domku ogrzewanie  gazowe, a  Patrycja po naradzie z mężem stwierdziła, że oni się dołożą finansowo do tej inwestycji, bo wtedy domek zyska na komforcie i gdy Małgorzata  będzie chciała go sprzedać, to uzyska  znacznie lepszą cenę. Ekipę wynalazł " pan majster" a prace zostały zaplanowane na wrzesień. Na razie pan majster zrobił listę co należy  zakupić  i gdzie najlepiej dokonać  zakupów, poza tym  obiecał, że prace nie potrwają dłużej niż miesiąc a domek  będzie  się nadawał do użytku przez  cały rok.

W końcu czerwca Marta dostała  dość enigmatyczną wiadomość : "W poniedziałek będę w Warszawie i chcę się z  wami zobaczyć. mama". Marta obejrzała dokładnie  wiadomość, ale  nadawca nie kojarzył  się jej z kimś znajomym.  Nie namyślając  się długo wystukała odpowiedź : to jakaś pomyłka, jestem sierotą. A potem całość przesłała  mailem do Wojtka, który  po odczytaniu całości zaczął się chichotać i na zdziwione spojrzenie Michała pokazał mu tego maila w  całości mówiąc - to na 100% jest mail od mojej matki. Znam to nazwisko, to babka, z którą moja matka robiła i może nadal robi interesy. Matka nie  wie, że ja od  dawna wiedziałem, że ona ma tu swoje pieniądze włożone w zakład kosmetyczny. A Marta jest bezbłędna w reakcji- muszę do niej zaraz  napisać nim pójdę  na wykłady. Szybko wystukał  maila - "To twoja  teściowa, na pewno jest  w Warszawie. Idę wykładać, dam głos  gdy wrócę, kocham."

Późnym popołudniem, gdy już Wojtek dotarł do domu powiedział - to konto,  z którego  moja  matka wysłała  maila to jest jednej z babek, która jest jej wspólniczką. 

Ja jutro jadę z szefem na  dwa  dni do Poznania - ku  jego zdziwieniu wybrałem  wyjazd  z nim  do Poznania a nie do Hanoweru z profesorem F. Gdy się zaczął wypytywać to mu powiedziałem, że odkąd się ożeniłem to nie lubię wyjeżdżać na dłużej z domu - patrzył na mnie jak na  wariata. A potem stwierdził, że o ten wyjazd do Hanoweru to wszyscy tu walczą, a ja wolę z nim  do Poznania niż na pewnie bardziej atrakcyjny wyjazd  do Hanoweru. Więc mu powiedziałem, że ja nie jestem stęskniony za pobytem poza Polską, bo mieszkałem cztery lata w Austrii i nie widzę nic  atrakcyjnego w  wyjeździe do Hanoweru. A poza tym tematyka konferencji w Poznaniu jest mi znacznie bliższa, bardziej związana z tematem doktoratu. No i od  razu  się  stary rozpromienił, wyglądał  tak jakby  mnie  chciał pogłaskać po głowie i dodatkowo nakarmić  mnie  tortem czekoladowym.  Potem porozmawialiśmy  trochę o tym doktoracie i  się dowiedziałem, że jestem "świetnym nabytkiem". Gdy to opowiedziałem  wszystko  Michałowi to  on stwierdził, że jego zdaniem  doktorat mam  już niemal w kieszeni i że wybranie  Poznania a nie  Hanoweru świadczy o mojej niewątpliwej inteligencji i wielkim zaangażowaniu w to co robię,  a  szef  to ceni.  

Jest tylko jedna niedogodność tego wyjazdu - wyjeżdżamy  o świcie, czyli  o 5 rano, jedziemy służbowym samochodem, oczywiście z kierowcą. Konferencja  jest o 10,00 rano, wrócimy pojutrze pod wieczór i  zdaniem  szefa powinniśmy być w Warszawie najpóźniej około 20,00. Teraz  bardzo długo jest  widno.  Szef mi powiedział, że po prostu podrzemiemy  sobie  w  drodze. A droga  to nam  nie  zajmie  więcej  niż trzy  godziny. Dobrze, że mam ten letni garnitur i że wymiary mi  się nie  zmieniły.  Ale  chyba na  wszelki wypadek wezmę ze  sobą dodatkową koszulę. 

A co do mojej matki - ja  zaraz  do niej zatelefonuję i powiem, że właśnie wyjeżdżam służbowo i że w domu będzie  z tobą tylko jej były mąż, więc nie ma szans by się  z nami  zobaczyć.  I zełgam, że  wracam za trzy  dni.   Ojej, ale jak ja bez  ciebie zasnę?!- całkiem  poważnie  zmartwił  się.  Marta roześmiała  się - przytulisz  się do szefa  albo do mojego zdjęcia. A poza tym zapewne pójdziecie dość późno spać bo pewnie będzie jakaś wspólna kolacja lub przedłużony obiad.  No to  dziś powinniśmy pójść nieco  wcześniej  spać i dziś przygotować  ci to masz  mieć  ze sobą w Poznaniu- stwierdziła  Marta.   I trzeba  będzie nastawić budzik, bo ja to się co prawda budzę o świcie, jak  mówisz, ale mój świt to tak jakoś o szóstej  dopiero   wypada, a ty chyba musisz wstać po 4 rano, skoro o 5 już wyjeżdżacie.

No to chodźmy już spać, muszę  się do ciebie  "naprzytulać" na  zapas - zamarudził Wojtek. No to wpierw się  spakuj pod  względem służbowym i prywatnym i przejrzyj którą koszulę weźmiesz jako zapasową i weź ze  sobą tę nową, letnią piżamę i te domowe klapki, które bierzesz jako kapcie na  wakacje i nie  zapomnij maszynki do golenia i szczoteczki wraz  z pastą i weź ten biało niebieski ręcznik do twarzy. To wszystko  wejdzie  do twego wytwornego nesesera. I weź skarpetki na  zmianę.  Popatrz - tu masz  kilka plastikowych  zamykanych  woreczków na to co brudne lub mokre. Wojtek szybko "zgarnął" to co  wymieniła Marta, na  dno wsunął przydatne  jego zdaniem  dokumenty i  zapiski a potem powiedział -  z tym neseserem od twego taty to będę  wyglądał bardzo po europejsku. No wiesz - tata ograniczał swe wyjazdy do minimum nawet  wtedy gdy jeszcze był przed  rozwodem. Wszyscy  wybierali długie  wyjazdy a on te najkrótsze, takie które  naprawdę  były konieczne. A zakup tego dla  ciebie to tata zlecił gdy byliśmy jeszcze  przed  ślubem  i od  razu miał na myśli  ciebie.  Jego jest znacznie ciemniejszy i ma trochę inne zamki, mam wrażenie, że po prostu gdzie indziej był kupiony. Ten jest   moim zdaniem  lepszy, bo ma wszystkie przegródki  firmowo zamykane. W neseserze taty tylko dwie  są zamykane. 

Gdy ojciec Wojtka dotarł do mieszkania zastał na  stole w kuchni kartkę, że oni następnego dnia wstają o 4 rano bo Wojtek jedzie o 5 rano  do Poznania i żeby tata nie reagował na dzwonki do drzwi bo jego była  żona jest w  Warszawie, a Misia już jest u rodziców  Marty, żeby następnego  dnia  nie  siedziała  sama cały dzień  w domu.

Następnego dnia o godzinie  5,15  rano na podwórko zajechał służbowy samochód szefa i Wojtek wycisnął na policzku   żony ostatniego całusa i cicho wyszedł z domu.  Marta, która  zaczynała pracę dopiero o 9,00 rano nie bardzo wiedziała  co ma  ze sobą zrobić, bo oczywiście  wstała  razem z Wojtkiem o 4 rano i  zupełnie bezmyślnie wypiła  razem z nim kawę, więc - jak to sama określiła była  zupełnie niepotrzebnie "trzeźwa  jak świnia", o  czym poinformowała  swego teścia  gdy ten wszedł rano do kuchni. To  może weź córeńko jeden dzień wolnego - doradził. Nieee, szkoda urlopu- po prostu  zamiast jednej  zapewne  dziś  wypiję  dwie  kawy, a  w najgorszym razie  nic mądrego  dziś nie  wymyślę i wezmę się  za porządkowanie  swoich dokumentów i  zapisków. Bo ostatnio zaczęłam  wszystko nieco bez ładu i składu  wrzucać  do  szuflady  swego biurka. Dobrze mi zrobi gdy  uporządkuję wszystkie  swoje zapiski. Muszę tylko poszukać takiej  kartonowej teczki z licznymi przegródkami. Mam wrażenie, że widziałam takie  teczki w laboratorium. A dużo muszą mieć przegródek? - zainteresował się  teść. Bo ja mam takie z czterema, za to dość pojemnymi. Gdy  wszystkie  są  zapełnione to teczka   może mieć  nawet 5 cm grubości. Są nawet w dość sympatycznym  ciemnozielonym kolorze. Mam ich kilka - miałem ich  więcej, ale zostały  mi już tylko trzy, bo kiedyś uporządkowałem swoje rodzinne  dokumenty. Tato, mnie  to wystarczy  jedna taka teczka. No to ja ci ją podrzucę do laboratorium około dwunastej. Wyjdę trochę wcześniej, przejadę przez  swoje mieszkanie i gdy wjadę na  wasz teren to do ciebie zadzwonię, że już jestem. Bo i tak  muszę  wpaść  do siebie przed pokazaniem  się w ośrodku. Obiad  na  dziś to jest już gotowy, a na jutro to ugotuję jutro rano. Te teczki to są  rodem z USA - są niezwykle eleganckie i bardzo dobre  jakościowo.

Zgodnie z zaleceniem swojej ukochanej  synowej i równie  kochanego syna,  ojciec  Wojtka nie  zareagował na  dzwonek domofonu gdy ten się rozległ około godziny  10,00. Wiadomo  było, że listonosz  to ma własny  klucz od drzwi  wejściowych  na klatkę schodową, a gdyby go  zapomniał lub  zgubił to obdzwoniłby wszystkie mieszkania. Przezornie   nie  zbliżał  się  do okien  wychodzących na podwórko, choć już kilka  razy sprawdzał wraz ze  swym przyjacielem, że nawet jeśli żaluzje nie  są rozłożone  to i tak nie  widać czy jest ktoś w  mieszkaniu. Tak jak obiecał Marcie "wpadł" do  swojego  mieszkania i wziął z niego  dla niej 2 teczki i pojechał do laboratorium. Gdy wjechał na podwórko zatelefonował  do  Marty, że już jest. W trzy minuty później na podwórko wybiegła Marta i odebrała od niego 2 teczki i szybko pobiegła  z powrotem, bowiem wybiegła chyłkiem z "narady roboczej". Gdy tak  szybko wróciła wszyscy popatrzyli na nią zdumieni a jeden z kolegów powiedział - nabrał cię któryś  z portierów czy  mocz  w oczęta  zaszczypał?   

Nieee, teść mi przywiózł taką wytworną teczkę,  bo zaczynam się gubić w swoich nagromadzonych  zapiskach, a tak to sobie wszystko posegreguję i nie będę 5 razy tego  samego zapisywać. Bo gdy ostatnio  znalazłam w  szufladzie trzy notki na ten  sam temat to mnie  z lekka złość trzepnęła, że niedługo to utonę w tych papierach. Wszyscy  koledzy z zaciekawieniem obejrzeli  teczki a jeden przytomnie zauważył, że one nie są  rodzimej produkcji. No nie  są polskie, ale są w Polsce kupione. No i są drogie.  A tak nawiasem - pytanie czy mnie mocz  w oczy zaszczypał i dlatego szybko  stąd  wyszłam jest godne pijaczyny spod  budki z piwem,  a nie kogoś kto ma tytuł  magistra inżyniera  i chce  być  zaliczany do elity laboratorium. Takie  pytanie Robercie  to możesz  zadać swemu kumplowi ewentualnie  swojej dziewczynie, a nie w gruncie  rzeczy obcej kobiecie. Bo to, że wszyscy  mówimy sobie  po imieniu nie upoważnia  cię do tego. Robert zaczerwienił się, bąknął "przepraszam  cię bardzo", Marta odpowiedziała "przeprosiny przyjęte  więc  wracajmy "ad meritum"  i  narada trwała  dalej.

                                                                              c.d.n.






środa, 24 lipca 2024

Córeczka tatusia - 145

 Nim Andrzej wyszedł z mieszkania Marty, do domu przyjechał jej teść. Oczywiście zaraz Marta  opowiedziała  mu o całej  sprawie i teść powiedział - pojadę na ten pogrzeb - tak zwyczajnie, po ludzku żal mi Andrzeju twojej teściowej - i wiem, że zawsze tym, którzy  zostają w pewien  sposób osieroceni, zawsze jest trochę lżej na  sercu gdy na pogrzebie jest sporo osób. Rozumiem  też Ciebie  Andrzeju i nie potępiam twojej  decyzji, że nie pójdziesz  na ten pogrzeb.  I też jestem  zdania , żebyś nie  mówił  nic  dzieciom o tym, że Lena  nie żyje. To jednak  jeszcze  małe  dzieci, dla nich pojęcie śmierci jest jeszcze abstrakcją.  Myślę, że w ich pamięci nadal tkwi  ta Lena, która ich w pewien  sposób terroryzowała raczej nie  zdając sobie  sprawy z tego, że ich krzywdzi.  Marta  objęła teścia i powiedziała - to ja w takim  razie pojadę razem z Tobą. Po prostu  wyjdę trochę wcześniej z pracy - znam przecież i matkę  i ciotkę  Leny. Przy okazji porozmawiam z tą ciotką - wszak to od  niej dowiedziałam  się, że Lena była  chora i powiem, że jestem na tym pogrzebie bo uznałam, że takie rozwiązanie  będzie lepsze dla Andrzeja.  Poza tym powiedzmy  sobie prawdę  w oczy- nieboszczykowi naprawdę obojętne jest ile osób będzie na pogrzebie - to w jakiś sposób ważne jest tylko dla rodziny zmarłego.

Andrzej głęboko westchnął - no i wychodzę na  drania - powiedział. Ojciec  Wojtka objął go i powiedział - nie wychodzisz  wcale  na drania - ciebie Lena też mocno skrzywdziła. Zapewniam  cię, że gdyby teraz   umarła matka  Wojtka  też  bym nie pojechał na jej pogrzeb. Są wszak pewne rany na które  nie ma żadnych środków przeciwbólowych ani leków łagodzących ten  ból. Nie zadręczaj się, wszystko jest pod kontrolą.  Jedź teraz do domu, do Maryli, niech  się nie martwi o ciebie. To  wspaniała  dziewczyna, nie trzeba jej przysparzać zmartwień. A  jutro się umówimy na pojutrze bo pojedziemy jednym samochodem, ale nie będzie  to samochód Marty bo wieniec do niego nie  wejdzie- pojedziemy  moim - jednak jest bardziej  pojemny i do bagażnika wchodzi więcej niż  tylko damska torebka. 

A Marylka  czym  dziś wróci do domu ?- spytała Marta.  Bo może ja po  nią pojadę  do Kliniki, jeśli jeszcze  nie  wyszła. Andrzej zerknął na  zegarek - pewnie już jest w domu - zaraz  sprawdzę.  Po chwili powiedział już dochodzi do domu. No to już jedź do domu, jutro się "domówimy" co do tego pogrzebu - zarządziła  Marta. Idę teraz  do mamy porozmawiać o kwiatach. To ja pójdę z tobą - stwierdził Andrzej. Marta pokręciła przecząco głową - nie ma mowy- zamówię takie bukiety, o których wiem, że ich zaraz po pogrzebie żadna hiena cmentarna nie ukradnie  by je sprzedać - a ty się na tym nie  znasz no i to zamawianie  nieco potrwa- jedź kotku do Marylki. To jakieś gady kradną z grobów kwiaty? - zdziwił się Andrzej.  Jak tak można? 

Marta uśmiechnęła  się - strasznie zielony jeszcze jesteś - to wolny kraj i wszystko w nim można - kraść też. Wolisz by było imię Lena czy Helena?  Wszystko jedno -miała Helena na imię i tak pewnie  będzie na klepsydrze. No to będą wstążeczki z imieniem Helena. Przyklejone  tak, by ich oderwanie zniszczyło  bukiet. To taka odmiana zabawy w policjantów i  złodziei. Teraz  są świetne kleje - trochę śmierdzą chemicznie,  ale kleją wszystko, nawet ceramikę z  metalem  skleją w  całość. Zastanawiam  się  tylko  czy ćpuny nie  zaczną się nimi odurzać tak jak to było z butaprenem - chyba. Nie  wiem, bo nigdy żadnych  butów   sobie   nie  sklejałam - z reguły  oddawałam  buty w  ręce  szewca i nigdy nie używałam  butaprenu. 

Na podwórku Andrzej wsiadł do swego  samochodu, a Marta powędrowała do kwiaciarni porozmawiać  z Pati na temat kwiatów na cmentarz. A ty szoruj  do  domu  i nie  zapomnij utwierdzić Marylki w przekonaniu, że to ona jest twoją ukochaną kobietą. A kwiatki to chyba  zamówię takie niebieskawo-fioletowe z żółtymi środeczkami- będą  ci  się podobać. I jutro ci powiem co załatwiłam.

W kwiaciarni Marta opowiedziała Pati co się wydarzyło - Pati była  zdania, że właściwie  było to najlepsze co mogło Lenę  spotkać, bo przecież  było wiadomo, że nie miała  szans  na  wyzdrowienie a te pobyty  "wegetacyjne", bo nie  lecznicze  w przepełnionym sanatorium to nic  właściwie  nie dawały, bo Lena od  samego początku nie  była systematycznie leczona. No a  skoro ona poza tym co jakiś  czas  brała narkotyki i to na pewno zupełnie kiepskie jakościowo, a więc jeszcze bardziej  trujące  to całe szczęście  w tym nieszczęściu, że Andrzej się  z nią rozszedł i  zabrał  dzieci. Pati  z Martą ustaliły, że  będą trzy podłużne wiązanki na podkładzie- wszystkie  trzy jednakowe pod  względem koloru i wielkości. Na koniec Pati powiedziała: kolejny  raz  podziwiam twego ojca, że cię tak świetnie przeprowadził przez trudny okres dorastania i nie  zostawił  ciebie w tym "specyficznym  sierocińcu" jakim była  ta szkoła z internatem dla  dzieci, których rodzice byli na placówkach.  Nie zrobił przez  to kariery i nie  zbił majątku  jak inni, ale  uważam, że powinien być dumny nie  tylko z ciebie  ale i z  siebie. Wiesz, to naprawdę miłe, że twój teść idzie na ten pogrzeb- on to już chyba  nie wie które z was, ty czy Wojtek jest jego rodzonym  dzieckiem. 

Małgorzata była  nim oczarowana - że taki mądry, sympatyczny i że  chyba   musiał być  w młodości  niezłym podrywaczem i oczywiście na pewno będzie nam  dobrze się  z nim na tym jej "zadupiu"  żyło. Twój tata  też się  cieszy z tej perspektywy wspólnego urlopu - nareszcie  będą się mogli nagadać do upadłego. A jak wasze plany związane  ze Słowacją?  

W porządku, mamuś, już nawet niemal  wszystko z ciuchów kupione, domek też już  zadatkowany, jeszcze tylko buty trekkingowe dla  Michała są potrzebne. On ma jakieś niewymiarowe  stopy. No ale  jeszcze jest  trochę  czasu. My  na Słowacji będziemy tydzień, potem tydzień po polskiej  stronie, bo chcemy być w Polsce  w tym czasie gdy  rodzice Andrzeja i Michała  będą  z  dziećmi w Sopocie - jakby nie  było to zawsze łatwiej w  razie jakiejś  draki  dotrzeć  do Sopotu z Warszawy niż ze Słowacji.  A ten facet, u którego będziemy mieszkać to pół Rom, pół Słowak i żeby było  zabawniej to na imię ma Ondrej a  nazwisko Janeczek, czyli jest  dwojga  imion bez  nazwiska. Jego mamusia była Romką. Trochę to nas  śmieszy, ale to bardzo, bardzo miły  facet, jest po anglistyce i uczy  angielskiego w liceum. I będziemy tam  mieć jajka prosto od  kury, a on stwierdził, że może nam nawet śniadania  rano robić, bo co rano przychodzi wybierać jajka z kurnika i posprzątać ich ogrodzony siatką i żywopłotem  wybieg, bo " te  głupie  kury nie chcą  wydalać  strawionego pokarmu w jedno  miejsce". Szalenie  się ubawiłam  gdy z nim  rozmawiałam po angielsku. 

Mamuś, jak  będziecie razem z moim teściem to trzeba na niego mieć oko, żeby za daleko nie łaził - ja mam wypisane  co mu  wolno a co nie  za  bardzo i czego mu absolutnie  nie wolno. Oczywiście przed  wakacjami to jeszcze go Andrzej doprowadzi do kardiologa  na "przegląd".  

Patrycja uśmiechnęła  się  i powiedziała - na pewno go nie  wypuścimy do lasu tylko z panem Maćkiem - poza tym będziemy zawsze podjeżdżać  do tych  legionowskich lasów samochodem. Wszystko będzie pod kontrolą, nie martw  się. Porobię na  wyjazd nieco  zawekowanego mięsa, żeby tam nie  latać bladym świtem na targ po mięso a potem nie sterczeć przy garach  zbyt długo.  Tata to się z kolei zamartwia żeby wam nie odbiło i żebyście się nagle  nie napalili na  wspinaczkę na Łomnicki Szczyt. 

 Coś się tacie  pomajtoliło - żadne z nas  nie ma  ambicji wspinaczkowych - weźmiemy przewodnika głównie dlatego, że jest  to wymóg -to cholernie  długa droga a do tego u Słowaków  a nie u nas- uspokoiła Patrycję  Marta. Poza tym  to tam owszem, są  na Łomnicy trasy wspinaczkowe, ale ta trasa jest trudna, ale nie  wspinaczkowa. Znam takich co już  nią szli i twierdzą, że to jednak niezły mozół i jest kilka  trudniejszych  miejsc, ale wszędzie  są  łańcuchy i inne  ułatwienia. Ale jest jednak  całkiem  realne, że na  szczyt wjedziemy jak Bóg przykazał kolejką linową, co jest też  niezłym przeżyciem i tam posiedzimy 50 minut bo tylko tyle  czasu tam  można posiedzieć, jeżeli  nie  chce  się tam przenocować i  zjedziemy. No i jest  to wersja o niebo tańsza, bo przewodnik to wydatek 300€ i jestem  dziwnie pewna, że to jest  wersja jeden do jednego, może  góra jeden przewodnik i  dwóch turystów.  Zatelefonuję  do tego Słowaka, u którego mamy mieszkać i poproszę  go o przeprowadzenie  rozeznania. Bo jakoś tak  sobie uzmysłowiłam, że po  górach  to tylko Wojtek chadzał i troszkę  z tatą  ja, ale  reszta to góry  zna głównie z pocztówek. Prawdę mówiąc  Słowacja jest na  tyle fajna, że i bez  pieszej wyprawy na Tatrzańską  Łomnicę będzie  całkiem ciekawie. Jest dokąd podreptać piechotą, jest też  dokąd pojechać. Słowacja szalenie dużo  zainwestowała w infrastrukturę turystyczno- wypoczynkową, a ceny są niższe niż w innych krajach  strefy euro, więc ci co potrafią  liczyć wydatki chętnie   przyjeżdżają na Słowację.  Według mnie  to Słowacy są  bardziej w Europie niż my. Sprawdzałam ceny w internecie.

Wieczorem zatelefonował do Marty..... ojciec Andrzeja. W pierwszej chwili Marcie przemknęła przez  głowę  myśl, że coś się stało z Andrzejem, ale od razu w pierwszym  zdaniu starszy pan wyjaśnił, że telefonuje dlatego, by podziękować Marcie i jej rodzinie  za wsparcie Andrzeja  w tej niewygodnej dla niego sytuacji. Poza tym stwierdził, że doszedł do wniosku, że on pojedzie na ten pogrzeb zamiast syna. Nie była  co prawda  naszą ukochaną synową- powiedział- ale nie widzę powodu by karać za to jej najbliższą rodzinę. I oczywiście my z żoną też jesteśmy zdania,  by nie mówić dzieciom o  tym, że Lena  nie żyje.   

To w takim razie ja z moim teściem podjedziemy po pana i razem tam pojedziemy i wiązanka będzie wspólna od całej rodziny Andrzeja-  stwierdziła  Marta. Ja jutro rano zatelefonuję do ciotki Leny, mam jej   numer telefonu i dowiem  się  szczegółów, bo Andrzej tylko wie, że to Cmentarz Wolski,  a ja  z kolei  wiem, że to taki  dziwny stary  cmentarz, przez który  przebiega regularna ulica. A podejrzewam, że po prostu tam rodzina Leny ma jakiś rodzinny grobowiec i to  zapewne  w jakiejś starszej  części cmentarza.

Gdy Marta skończyła  rozmowę Wojtek powiedział - ma  facet  klasę. A ja jestem ciekawa czy na pogrzeb zjedzie  do Polski ojciec Leny. Strasznie  dziwna cała ta rodzina  Leny. I może nic  dziwnego, że Lena była  jaka była. No to ja  zaraz wyślę sms do Pati, żeby na  szarfie było, że to od  całej rodziny Andrzeja.

Kociu, a powiedz mi dlaczego zamówiłaś trzy  wiązanki? - spytał Wojtek. No bo planowałam, że jedna będzie od nas, druga od Andrzeja a trzecia od Ali i Michała. Jak  znam życie to przez kilka  dni po pogrzebie jej mama na pewno będzie na cmentarzu i będzie  przeglądać szarfy z napisami. Starsze panie tak mają - zawszeć to jakaś pociecha dla  nich, że zmarła  osoba była żegnana przez konkretnych przyjaciół. Hmmm, nie  wpadłbym na to - stwierdził Wojtek. No ale już wiesz i nie  musisz  na to wpadać- powiedziała  cicho  Marta. Popatrz- z początku  myślałam, że  się  z Leną bardzo zaprzyjaźnię,  mniej lubiłam Alę, ale życie  pokazało, że z Alą bardziej  do siebie pasowałyśmy i się z nią przyjaźnię. 

Jeszcze tego wieczoru Marta rozmawiała z ciotką Leny, która całkiem przytomnie  stwierdziła, że tak naprawdę  to lepiej dla Leny, że już  zakończyła  życie, bo schizofrenia a  do tego narkotyki to nie jest odpowiednie zestawienie by  żyć  długo i  szczęśliwie. Marta dokładnie wypytała o pogrzeb, spytała  się o to jak  śmierć Leny przyjął jej ojciec i dowiedziała  się  tylko, że "na  szczęście" zgodził się  by Leny prochy zostały dodane  do grobowca  rodzinnego, w którym ze  dwa lata  wcześniej  "robiono porządki", czyli  otwarto trumny, szczątki spopielono i przełożono do urn i tym sposobem jest tam  miejsce dla następnych członków rodziny ojca  Leny. Ale wiesz, ten ojciec Leny to ma chyba nie  za bardzo  po kolei  w głowie, bo złożył w kancelarii dokument, że w tym grobowcu nie mogą spocząć prochy matki Leny i osobiście o tym poinformował matkę Leny,  z którą tak naprawdę nie ma oficjalnego rozwodu. 

Wojtek wzruszył tylko ramionami i  powiedział - wiesz- coraz  częściej dochodzę  do wniosku, że ludzie  są dziwni. Dobrze, że matka  Leny ma jakąś  bliską rodzinę pod  Warszawą. To chyba  straszne dla  matki, gdy  jej  dziecko umiera, bo to taka sytuacja wbrew  naturze, niewłaściwa  kolejność. Marta spojrzała na  niego i powiedziała - mam podejrzenie, że gdybym umarła moja  matka nie uroniłaby  ani jednej łzy. Chyba że na pokaz dla jakichś  widzów.  Ostatni raz widziałam  ją w trakcie  rozprawy rozwodowej - byłam  za młoda i za głupia  by  się rozeznać  co tak naprawdę  czuła gdy sąd rozważał pod  czyją opieką pozostanę - ona chyba też nie miała za bardzo po kolei w głowie. Ale schizofreniczką  to raczej nie była.  Ja podejrzewam że  przynajmniej jeden z naszych ojców wiedział gdzie ona przepadła. Ale teraz to naprawdę mi obojętne  co się  z nią stało i gdzie aktualnie jest.  Tata bardzo skutecznie  ją zastąpił  a teraz  to całe ciepełko matczyne mam od Pati. 

Pogrzeb Leny oczywiście  nie  zgromadził tłumów, było poniżej  dwudziestu osób. Matce Leny na widok ojca Andrzeja z lekka opadła  szczęka, a jej siostra podeszła do niego i powiedziała, że to bardzo miłe, że przyszedł w  zastępstwie  swego syna i że  obie  z siostrą bardzo mu za to  dziękują, bo zdają sobie obie dobrze  sprawę  z faktu, że Lena nie  była jego ulubienicą. Ojciec Andrzeja w pewnym momencie odciągnął siostrę matki Leny na  bok i dość  długo z nią  rozmawiał. 

Msza w tutejszym kościele nie  była  długa, na drewnianym ozdobnym postumencie stała  urna z prochami  i oparte o  nią zdjęcie Leny z czasu gdy była piękna i młoda, a tak  dokładnie to zrobione gdy już  była w  sukni ślubnej, ale bez  welonu. Do grobu było naprawdę daleko , więc starsze osoby zostały podwiezione na miejsce melexem, który trzy razy "obracał" tam  i  z powrotem.  Ojciec Andrzeja, Marta i jej teść wymówili  się z  zaproszenia   na  stypę. Matka Leny całej trójce dziękowała  za to, że przyszli odprowadzić Lenę "do miejsca wiecznego spoczynku", Marta ukradkiem obfotografowała grób i zapisała sobie  jego "namiary". Dobrze znała obyczaje  Andrzeja i wiedziała, że na pewno zaraz po 1 listopada Andrzej złoży tu kwiaty i na pewno przyjedzie  tu też  z chłopcami gdy już będą dużo starsi.  

W drodze  do  domu ojciec  Andrzeja powiedział, że zostawił ciotce Leny pewną kwotę pieniędzy, czyli dołożył  się  finansowo do pogrzebu, wypytał się jak matka Leny stoi finansowo  i wziął adres ojca Leny, tak na  wszelki wypadek, gdyby ten nagle przestał dofinansowywać swą żonę. I poprosił Martę i jej teścia,  by te wiadomości zachowali  dla  siebie i  nie  dzielili  się  nimi z Andrzejem. 

Marta wysłała do Andrzeja  wiadomość, że już jest po pogrzebie i że zaraz jadą na Sadybę by odwieźć jego ojca i przy okazji zrobią dla  siebie  zakupy w tamtejszym  zieleniaku i  w centrali rybnej, więc  najdalej za godzinę już będą  w domu. Przez  moment  zastanawiała  się czy dołączyć  zdjęcie rodzinnego grobowca,  ale zrezygnowała  z tego pomysłu.

                                                               c.d.n.


piątek, 19 lipca 2024

Córeczka tatusia- 144

 Tegoroczna  wiosna jakoś nie olśniewała kolorami - bardzo często padał deszcz,  a Marta narzekała, że brudno  w  mieście  i jej  biały samochodzik jest  ciągle  brudny. Nie ty jedna masz  zapaćkany samochód- pocieszał  ją Wojtek. Spójrz pod wieczór  na podwórko - wszyscy mają "zaropiałe" samochody, nie  tylko ty. A może  chcesz  tego białasa  sprzedać i kupimy ci jakąś nową, nieco większą bryczuszkę? A po co?- zaprotestowała Marta - przecież  jeżdżę sama, a  dzięki temu, że to mały  samochód  to nie mam problemu z parkowaniem. Prędzej to ty mógłbyś  sobie coś  nowszego kupić, dopóki ten da się jeszcze sprzedać za przyzwoitą  kwotę. Nie jeżdżę przecież w jakieś  dalekie  trasy, nie mam  zacięcia do ścigania się z innymi samochodami i jak zauważyłam taki mały  samochód jakoś nie przyciąga złodziei. Poza  tym zauważyłam, że jest to też  kwestia koloru - za białymi nikt  nie przepada. Czerwone małolitrażowe też nie mają wzięcia. Koledzy  w pracy ostatnio wymyślili, że najlepiej kupić jakiś mały samochód,  w takim bardzo strażackim kolorze a na dodatek mieć na karoserii  nazwę jakiejś firmy- podobno każdy  złodziej  omija taki samochód  z daleka, bo łatwo go odnaleźć - rzuca  się po prostu  w oczy z uwagi na  napis.  Już nawet z szefem dyskutowali czy by nie  reklamować w ten  sposób naszej firmy, ale  szef im  doradził by może lepiej bardziej zajęli  się pracą niż  wymyślaniem  głupot.

Na  początku maja zatelefonował do Marty Andrzej z pytaniem, czy może "teraz-zaraz" się z  nią spotkać, bo sprawa  raczej nie na telefon. Chcesz na  mieście  czy u nas  w domu? Obojętne - zapewnił  ją Andrzej. No to ja  za pół godziny będę  w domu, bo muszę pochować  wszystko co mam na  biurku- a brak tu tylko dziada  z babą - stwierdziła Marta. W tym układzie   zjesz  ze mną obiad, bo Wojtek ma dziś wrócić  dopiero około dwudziestej, wpadł mu jakiś wykład za Michała na W.S.I. A taty też na pewno jeszcze  nie ma, więc  jeśli nie będzie mego  samochodu na podwórku to  zaczekaj spokojnie  w swoim samochodzie. 

To może  ja  ci w międzyczasie jakieś  zakupy zrobię?-  dopytywał  się  Andrzej. Nie,  nie trzeba - na pewno  w  domu jest wszystko oprócz  wódki i piwa, bo przecież tata  dziś  gotował.  A twój  szef  nie  będzie  zły, że już wychodzisz? Marta roześmiała  się - nie ma obawy- jestem jego złotodajną kurą a na kury  znoszące  złote jajka  nikt  się  nie  gniewa. Ostatnio, gdy  musiałam   coś przekombinować  w głowie  to chodziłam  jak błędna owca po  naszym podwórku i szef  zabronił chłopakom  wychodzić na palenie, żeby  mnie nie   rozpraszać, bo chodzę i  myślę.  A ja się  dziwiłam, że nie ma żadnego  z palaczy. Jestem  w pracy wyraźnie rozpieszczana. Tu niektórzy, a  wśród nich i ja jestem,  to mają jakoś inaczej normowany  czas pracy, to nie  produkcja. Różnica  polega   głównie na  tym, że każdy z nas to i   w domu myśli nad  tym co opracowuje w ciągu  dnia pracy. A czasem któreś z nas znika na  cały  dzień w czytelni CIINTE a ja tak znikałam w pewnym okresie  czasu w Urzędzie  Patentowym i w  CIINTE.

Gdy Marta dojechała na swoje podwórko Andrzej już był i wyraźnie porządkował swój bagażnik. Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale powitał Martę jak  zwykle  serdecznie. Kiepsko wyglądasz- miałeś jakieś  komplikacje z pacjentem? - zapytała  Marta. 

Andrzej  skrzywił się - nie, w pracy wszystko w porządku. Tylko wróciły potwory z przeszłości. Czy to znaczy, że  się widziałeś  z Leną i ona chce  odwiedzić  dzieci?- dopytywała  się Marta.  Nie, nie ma takiej opcji - moja teściowa zatelefonowała  dziś  do mnie   i powiedziała, że Lena nie żyje i żebym przybył  na pogrzeb, który  jest pojutrze i mam przybyć  razem z  dziećmi. No więc się wypytałem co Lenę tak  nagle  zmiotło z tego padołu  łez i dowiedziałem  się, że podobno już była  zdaniem lekarzy w stanie  do wypisu, wyszła  na przepustkę, bo  zawsze nim wypuszczą  całkiem  to kilka  razy pacjent  wychodzi " w teren", gdzieś dorwała herę i z tej radości  przedawkowała. No i teściowa chce  się procesować ze  szpitalem, że jej nie dopilnowali, no ale ona  chciałaby żebym to ja wszystko załatwił.

No to wytłumaczyłem temu  tłumokowi, że  nawet palcem nie kiwnę w tej sprawie , że na pogrzebie  z dziećmi ani sam nie będę i że o Lenie to im opowiem gdy już będą pełnoletni. I tyle  w temacie. I  jeszcze narzekała, że  w  sądzie nie chcieli jej podać  mojego adresu domowego  ani miejsca pracy, co według mnie jest prawidłowe i mnie nie  dziwi. Tłumaczyłem jak komu mądremu, że sąd dzieci przyznał mnie i sprawę kontaktu Leny z  dziećmi zostawił mnie  do oceny a ja, jak  zapewne  zauważyła, stwierdziłem, że kontakt  z Leną nie jest dla nich pod jakimkolwiek  względem potrzebny lub  wskazany. I zełgałem, że aktualnie  nie mieszkam wraz z dziećmi w Warszawie.

Uuuu, no rzeczywiście to upiorna  historia - stwierdziła  Marta.    No i  - kontynuował opowieść  Andrzej- ponoć siostra  mojej  byłej teściowej omal zawału nie  dostała z powodu  śmierci Leny, bo nagle  doznała  objawienia, że to właściwie ich  wina, że Lena tak marnie skończyła, bo przecież nie powinna była mieć drugiego  dziecka. Powiedziałem jej  tylko, że mogę je pocieszyć, że jak na  razie  to chłopcy są normalni, nie mają  schizofrenii i żeby obie   jak najszybciej zapomniały o chłopcach - głównie  dla  dobra  dzieci a i swego też. Dzieci mają babcię i  dziadka i oraz liczne ciocie i  wujków  i zupełnie już nie  wspominają Leny, która ich biła  i na nich  wrzeszczała, więc  będzie lepiej  gdy tak pozostanie.

A mówiłeś Maryli o tym wszystkim? Tak, powiedziałem i powiedziałem, że trochę u  was posiedzę bo muszę  to  wszytko jakoś odreagować i przetrawić bez obecności dzieci. To mądra  dziewczyna. Maryla też uważa  was za naszą rodzinę. A ojciec Wojtka to dla Marylki wzór cnót  wszelakich. Moi rodzice bardzo, bardzo ją oboje kochają- nagle oboje twierdzą, że  ona jest wymarzonym  przez  nich modelem córki. W domu to teraz najważniejsza  jest Marylka, potem dzieci, potem długo, długo  nic - a potem  ja. 

Ale głupoty  gadasz - śmiała  się  Marta - kochają was oboje tak  samo. W moim odczuciu to trudno nie kochać Maryli -mądra, dobra pod względem  zawodowym, delikatna - dzieciaki od  razu ją pokochały. Tak zupełnie  szczerze to mi z jednej strony żal Leny - a  z drugiej - dla niej na pewno lepiej że odeszła. Jej choroba nie  rokowała  dobrze. Ja  wiem, że mnóstwo schizofreników spokojnie  dożywa  starości, no ale żeby spokojnie  dobić  do starości  to pacjent jednak  musi się do tego przyłożyć- brać  regularnie leki, dbać o siebie. Mam  wrażenie, że pod  schizofrenię podciąga  się wiele chorób psychicznych, bo one są w pewien  sposób  do siebie  zbliżone i na pewno wszystkie nie są jeszcze  dokładnie rozpoznane i zbadane. A leki to na mój rozum w jednakowym  stopniu  pomagają co i szkodzą. 

Mam prośbę do ciebie i do Maryli - chcę was oboje wykorzystać  niecnie jako króliczki doświadczalne- oboje  często moczycie ręce i macie kontakt  ze środkami  dezynfekcyjnymi, które jednak nie  są  balsamem  dla  skóry - zrobiłam smarowidło, które powinno nieco regenerować  skórę. Byłoby fajnie żebyście je używali wieczorem już po ablucjach. Jest absolutnie bezzapachowe, nie jest  tłuste - jeśli się  sprawdzi to może  dodam  jakiś  delikatny  zapach. Rodzicom też podsuńcie i tak po 2  tygodniach opowiecie  mi o  swoich i ich  wrażeniach po użyciu tego smarowidła.  Im więcej osób będzie z tego korzystało i mówiło jak się  czuje ich  skóra po nim tym lepiej będę wiedziała  co o nim sądzić.  Celowo nie mówię co  chcę osiągnąć, żeby  opinia użytkownika  była  jego własnym odczuciem  a nie  sugerowanym przeze  mnie.  Andrzej obejrzał swoje   ręce i powiedział - mam wrażenie, że najbardziej moim łapom nie  służą rękawiczki- skóra w nich nie oddycha, a  z drugiej  strony to mam wyrobiony  odruch - macać tylko w  rękawiczce. Marta  roześmiała  się - nie przesadzaj, przed podaniem ręki nie  szukasz  nerwowo  rękawic, więc jeszcze  nie jest  tak źle.

Wzbudziłem wczoraj sensację- opowiadał Andrzej- bo ktoś oprzytomniał i zaczął  przepytywać nas  o plany urlopowe i, nie  wiem czemu, wzbudziłem niezdrową sensację, mówiąc, że my z Marylką  bierzemy kawałek  urlopu w  czerwcu a lipiec  i  sierpień będziemy w Warszawie. Dyrekcja w osobie  naczelnego aż  dwa razy upewniała  się, że wiem co mówię. Potem, na osobności zapytał się, dlaczego moje  biedne  dzieci mają  być w lipcu i sierpniu w Warszawie, więc w przybliżeniu mu powiedziałem jak to będzie. I  że w  Warszawie  to będziemy  my z Marylką a dzieci  będą  w  Sopocie. No więc  się przyznałem, że to nie ja  wszystko organizuję a  wy, a ja tylko korzystam i płacę  swoją  część. On  się napalił na "domek nad  morzem", więc  mu  dałem namiary na ten  biznes spółdzielczy i kontakt z tymi  co handlują tymi domkami. I jak znam  życie i tego  faceta, to będzie mi  codziennie głowę  truł tym co mu tam  zaproponują. Uprzedziłem go tylko,  że ja  to się na  domkach  nie  znam i że może lepiej  byłoby gdyby on  sam tam się przejechał, porozmawiał na  miejscu z tymi, którzy ten biznes  wynajmu  mieszkań i  domków prowadzą,  pomieszkał z  tydzień  i na  własne oczy  wszystko obejrzał i ocenił. Po pół godzinie udało mi  się przebić przez jego  zwoje  mózgowe i wbić mu do głowy, że domek to zły biznes, bo domek zarabia  na siebie zaledwie  przez  3 lub 4 miesiące, a mieszkanie  w bloku można wszak wstawić  do bazy hotelowej i może  zarabiać  nie  tylko latem. No i nie  da  się ukryć, że Wojtek figuruje  w  tych opowieściach jako mój brat  przyrodni, bo wszak tak podałem w  dokumentach. Przy okazji okazało  się, że moja rodzina to niesamowicie zdrowi ludzie, a jedynie twój teść wymaga raz na jakiś  czas kontroli kardiologa, ale wszytko idzie z państwowego ubezpieczenia no i praktycznie jest pod kontrolą Instytutu Kardiologii bo u nas  nie ma takiej  aparatury i takich kardiologów. No i przy okazji zapytał  się, czy przewidujemy z Marylką jakieś  wspólne potomstwo, więc  go uspokoiłem, że chociaż mówią  o mnie, że jestem  wariat to na pewno kolejnego  dziecka nie  będzie i to z  wielu względów.  Przy okazji powiedział mi, że Marylka ma  tu świetną opinię - i od personelu i od pacjentów. I gdy będzie szkolenie następnej partii pielęgniarek to w tym czasie Marylka  będzie się  zajmować  tylko praktykantkami, a nie tak  "z doskoku" jak teraz, pomiędzy pacjentami chirurgicznymi.

No to same dobre  wiadomości - podsumowała  Marta. Mówiłam ci, że Marylka  to najlepsza  z pielęgniarek. Te najmłodsze to bardziej są przejęte  same  sobą  niż pacjentami. I myślę, że część  z nich nie  zdawała   sobie  sprawy z tego, że  to taki szalenie  ciężki  zawód.  Ludzie chorzy rzadko są mili, bo cierpienie fizyczne wcale człowieka  nie uszlachetnia - w moim odczuciu to raczej  dewastuje ludziom psychikę. Trudno być miłym gdy ci ból rozrywa głowę czy wnętrzności. Myślisz  tylko o  tym by cię przestało  boleć i nigdy więcej nie  wróciło. I mało cię  wzrusza fakt, że nie jesteś jedyną osobą w takiej sytuacji - trafiłeś  do  szpitala , więc  niech  coś  szybko zrobią  by  cię przestało boleć. 

Ale  ty  się nie wściekałaś - zauważył Andrzej. No bo ja przyjechałam gdy tylko zaczęło mnie trochę boleć - ja po prostu wiedziałam  co to jest i że za kilka  godzin może być niewesoło. No i wiedziałam, że mnie zoperujesz najprędzej gdy  tylko będziesz mógł. Fakt, że  zajmuje  się tobą ktoś kogo znasz  i masz do niego  zaufanie też ma  znaczenie. Poza tym w pewien sposób miałam  przedtem kontakt  z medycyną, poza  tym wiedziałam co mi jest - to wszystko razem ma  znaczenie. A ten p. bólowiec też mi dobrze  zrobił. Byłam po prostu  mniej zmęczona bólem. Ty tak  szybko zasnęłaś, że aż się pytałem Krzysia czy aby na pewno  już  śpisz. Krzyś  się śmiał, że to jakiś  rekord został pobity. Nawet on  był  zdziwiony. Najbardziej lubię operować gdy pacjent jest pod jego czujnym okiem. To świetny anestezjolog. Byłbym najszczęśliwszy gdybym zawsze tylko z nim  operował. Anestezjologia to trudna cząstka medycyny. A tak w ogóle  to jestem przekonany, że każdy ma do czegoś  talent , że  zawsze jakaś  działka  medycyny komuś lepiej pasuje niż inne.  Znam dentystę, który jest rewelacyjny w kwestii usuwania zębów - gdy on usuwa  ząb to zabieg  trwa  góra  3 sekundy, nic  się nie paprze, rana  goi się  super. Ale talentu do leczenia  zębów to nie ma facet nawet za grosz. Zrobione przez  niego  wypełnienia wypadały ludziom najdalej po tygodniu. I w końcu jest chirurgiem stomatologicznym. Śmieliśmy się, że powinien mieć "klinikę rwania  zębów" i jeździć po różnych wsiach, bo na wsiach to najczęściej jednak znacznie  więcej  jest zębów do usunięcia niż do leczenia. 

Wiesz co? ja chyba  wiem o kim  ty mówisz - to doktor N. Usuwał mi górną ósemkę - zajęło mu to mniej niż pół minuty. I wcale  nie stosował tradycyjnych   cęgów. A potem mi leczył  siódemkę i  dwa razy plomba  wyleciała  z niej. Bardzo miły  facet i...przystojny. No fakt, to o nim  mówiłem - przyznał Andrzej. A mnie  kiedyś poleciła  go koleżanka, ale mam wrażenie że ją łączyło z nim coś  więcej niż rwanie  zębów - dodała  Marta. Więc może  był nie tylko dobrym  rwaczem i miał  walory ukryte.

Andrzej spojrzał na  zegarek i powiedział - nie  chcę, ale  muszę -  jechać  do  domu. Dobrze  mi z tobą, ty zawsze jakoś  potrafisz  mnie bezboleśnie  ustawić  do pionu. Dziś  moja  kolej  czytania dzieciom przed snem. Marta  uśmiechnęła  się - gdy będę  miała  własne  to będziesz  miał u  mnie  fuchę -  czytanie  dziecku na dobranoc. A kiedy to będzie? - zapytał Andrzej-  nie wiem, jakoś mi nie  spieszno do tego.  I bez dziecka mam wystarczająco  dużo zajęć. A jakie jest   stanowisko Wojtka  w tej materii?  Na razie  takie jak moje. Gdy  się  zmieni to podejmiemy negocjacje - odpowiedziała Marta  ze śmiechem.

                                                                       c.d.n.