wtorek, 19 czerwca 2012

253. Pyza poznaje własnego ojca

Dla Pyzy nastały lepsze czasy.  Makuka zajmowała się dziewczynką troskliwie, zadbała o straszliwie zniszczone paznokcie, chodziła z dzieckiem do parku na spacery, uczyła wierszyków i piosenek
stosownych do wieku. Ale pewnego dnia Makuka zachorowała i okazało się , że musi iść do szpitala na dłuższy pobyt i nie wiadomo, czy od razu po powrocie będzie się mogła opiekować dziewczynką. Lekarz popędzał, zresztą starsza pani zle się czuła, ale chciała przede wszystkim zapewnić dziecku należytą opiekę.
Skontaktowała się z ojcem dziewczynki, który mieszkał w innej części Polski, opisała jak wyglądała opieka matki nad dzieckiem i poprosiła, by ojciec wziął dziecko na jakiś czas do siebie. Pan N. nie wykazał
wielkiego entuzjazmu, ale jego żona nie miała nic przeciwko wzięciu  dziecka na jakiś czas. Była dość srogo
doświadczona przez los, w czasie wojny straciła męża  a w czasie tułaczki straciła małą, 8-miesięczną
córeczkę. Dziecko dostało silnej biegunki i zmarło wskutek odwodnienia, a Halina ( bo tak miała na imię )
nie mogła już niestety mieć więcej dzieci, co nie było problemem dla  ojca Pyzy. On już miał dziecko,
następnego nie chciał.
I tak oto, pewnego dnia przyjechał obcy dla Pyzy mężczyzna, a Makuka wytłumaczyła dziecku, że to jest tata, że teraz Pyza pojedzie ze swoim tatusiem pociągiem do jego domu i że będzie tam przez jakiś czas mieszkać.  Pyza i tata przyglądali się sobie uważnie. Pan N. wyszeptał do Makuki : "ależ ona podobna do matki, to okropne!". "Do ciebie też", zauważyła starsza  pani. "Nie mógłbys nikomu wmówić, że to nie  twoje dziecko".
Pyzie podobał się tata, zaufała mu. Trochę się martwiła, że nie pojedzie z nią również Makuka, ale skoro
Makuka tak zarządziła, to widocznie tak miało być. Miała do niej wielkie zaufanie.
Następnego dnia tata w jedną rękę wziął walizkę, w drugą małą rączkę Pyzy i pojechali na dworzec.
Podróż była bardzo długa, pociąg wlókł się  straszliwie, jechali niemal cały dzień.  Lokomotywa sapała, gwizdała, produkowała kłęby czarnego dymu, a zmęczona Pyza kilka razy się zdrzemnęła.
Tata opowiadał Pyzie o tym,  że w domu czekają na nich dwie panie - jego żona i jej matka  i...pies.
Tak prawdę mówiąc Pyza bała się psów, o czym poinformowała swego tatę. A tata przekonywał małą,
że to łagodna sunia i że on wytłumaczy psu, że Pyzę trzeba lubić i nie wolno jej straszyć.
Wszystko się kiedyś kończy, więc i podróż dobiegła końca. Z dworca nie było do domu daleko.Zmęczoną Pyzę tata wniósł na trzecie piętro. Gdy otworzył drzwi mieszkania postawił walizkę i wciąż trzymając Pyzę
na rękach, zawołał psa: "Kora,  chodz tu!"  Do przedpokoju wszedł duży, ciemnorudy pies, przyjaznie machając  długim ogonem.  Tata postawił Pyzę na podłodze, przyciągnął do niej psa i kazał by Pyza dała swą rączkę psu do polizania. Pyza z duszą na ramieniu wyciągnełęa rączkę, sunia uważnie obwąchała
tę śmieszną małą rękę, popatrzyła na swego pana i w końcu polizała lekko drżącą rączynę. A potem,
przez nikogo nie zachęcana, polizała małą po policzku. Pyza stała jak skamieniała, ale tata jej powiedział, że właśnie Kora ją polubiła i teraz zawsze będzie jej pilnować i bronić. I dopiero wtedy przedstawił Pyzę
swej żonie i teściowej.
Nowa  ciocia podobała się Pyzie. Starszą panią Pyza nazywała  babunią i też ją lubiła.
Ale tak naprawdę z całej tej trójki pokochała sunię - piękną jedwabistą seterkę irlandzką. Najchętniej
siedziała w kuchni na jej posłaniu, głaskała ją, przytulała, a czasem zasypiała przytulona do boku suni.
Ciocia Halina nie była tym zachwycona, ale jej matka powiedziała, że widocznie  dziecko tęskni za
swoją dotychczasową opiekunką i dlatego tak się zachowuje.
Pyzie bardzo podobało się mieszkanie taty. Były to cztery b. duże pokoje z bardzo ładnymi meblami.
Podziw dziecka budziła sypialnia - podwójne małżeńskie łoże było nakryte jedwabną narzutą łososiową, na której leżała druga narzuta, z cienkiej, haftowanej organzy. A na wezgłowiu łóżka leżały przeróżne małe ozdobne poduszki, niektóre z ażurowym haftem, inne  haftowane w białe kwiatki. A wśród poduszeczek  siedziało istne cudo - piękna lalka z długimi włosami ułożonymi w loki, w bardzo ładnej, długiej sukience.
Niestety nie wolno było bawić się tą lalką bo była to bardzo stara  lalka z porcelany.
Poza tym w sypialni stało ogromne akwarium, w którym pływały  czerwono-złote rybki z pięknymi dużymi ogonami. To były welonki, jak mówił tata. Akwarium było pełne różnych roślin, a rybki pływały pomiędzy sztucznymi tunelami. Niektóre tunele służyły im również za domki, tak mówił tata.
Drugim pokojem, który budził zachwyt Pyzy była jadalnia. Na podłodze leżał mięciutki dywan, ciemno czerwony, pod oknem stały dwa olbrzymie skórzane fotele, a między nimi stał mały stoliczek. Na stoliku
stały ustawione w piramidkę  cztery popielniczki. Każda z popielniczek miała inny wzór karciany.
Pyza uwielbiała zwijać się w kłębek na którymś z foteli, czasem nawet zasypiała, gdy dorośli siedzieli przy dużym stole razem z gośćmi. W jadalni stała też nieduża serwantka pełna  ślicznych małych filiżanek i porcelanowych  figurek, różnych ozdobnych dzbanuszków i miseczek, ażurowych koszyczków , a wszystko to było z  porcelany. Zachwyt  Pyzy budziła baletnica stojąca na jednej nodze oraz ażurowy koszyczek., w którym leżały miniaturowe porcelanowe jabłuszka.
c.d.n.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

252. Przez przypadek Pyza zmienia miejsce pobytu

Pyza, siedząc sama w domu bardzo się nudziła. Obrazki w swoich książeczkach znała już na pamięć, treść również. Z nudów obgryzała paznokcie i nawet moczenie czubków palców w jakiejś gorzkiej miksturze nic nie pomagało.
Ale pewnego dnia wzrok Pyzy powędrował na kuchenne okno, pod którym był zamontowany blat, na którym  mama często sadzała Pyzę, by  popatrzyła sobie przez okno.  Wprawdzie mamy w domu nie było, ale Pyza przyciągnęła stołek i  z jego pomocą wdrapała się na blat. Przytuliła czoło do szyby i wpatrywała się w bawiące się na podwórku dzieci. Ale z trzeciego piętra niezbyt  dobrze je widziała. Jej wzrok padł na lufcik, który był nie na górze okna, a na dole.
Ale zameczek był zabezpieczony mocno zasupłanym sznurowadłem. Pyza usiadła przy  lufciku i zaczęła cierpliwie rozwiązywać supełki. Długo to trwało, paluszki   nie chronione paznokciami bolały, ale Pyza była uparta. Po jakimś czasie udało się jej pokonać wszystkie supełki. Szczęśliwa, otworzyła lufcik i położyła się na blacie na brzuchu, wychylając  głowę przez lufcik. Dzieci  już nie było, na podwórku urzędowała pani dozorczyni wymachując energicznie miotłą. Pyza patrzyła wychylona przez okno i wtedy zaczął kropić deszcz. Pani dozorczyni oderwała wzrok od zamiatanego podwórka i spojrzała w górę, by ocenić, czy niebo mocno zachmurzone.
I wtedy , w oknie mieszkania na trzecim pietrze zobaczyła dziecięca główkę. W pierwszej chwili zamarła, a potem zaczęła krzyczeć do Pyzy :   "w tej chwili  złaz stamtąd, idz do środka, złaz stamtąd natychmiast!"
I nawet zaczęła grozić miotłą. Pyza wycofała się z lufcika i porządnie go zamnkęła na klamkę.
Zeszła nawet z podokiennego blatu i zajęła się  swoim  misiem. Nie przepadała za nim, był ciężki, sztywny i miał szorstkie, krótkie  futerko. Ale intrygowało ją bardzo co też miś ma w środku. Mama powiedziała kiedyś, że miś ma  w środku trociny, ale co to są te trociny?
Gdy Pyza była zajęta dochodzeniem tego, co miś ma w środku, na dole dział się następny przypadek, który miał zasadnicze znaczenie dla dalszego losu Pyzy.
Pani dozorczyni zamiatała chodnik przed wejściem do budynku, cała jeszcze w nerwach, bo ogromnie się
zdenerwowała tym, że Pyza wychylała się z okna.  I wtedy, po drugiej stronie ulicy zobaczyła cioteczną
babkę dziewczynki, która  dziwnym trafem szła do niedaleko mieszkającej znajomej. Niewiele myśląc dozorczyni do niej podbiegła i opowiedziała całe zdarzenie.
Powinniście przy okazji wiedzieć, że mama Pyzy z całego serca nie lubiła swej ciotki, Józefy, za to Pyza ją wprost uwielbiała, co denerwowało  mamę Pyzy. Na domiar złego  dziewczynka mówiła na ciotkę "Makuka", a starsza pani była tym zachwycona. Świetnie się  z Pyzą rozumiały, gdy przychodziła do dziewczynki zawsze przynosiła jakąś książeczkę lub zabawkę, uczyła ją dziecięcych piosenek, bo repertuar
Pyzy budził w niej niechęć i zdziwienie. Pyza bezbłędnie śpiewała  "Czerwone maki", "Uliczkę w Barcelonie"
oraz jakąś kabaretową piosenkę z refrenem "Jam nie artystka, jam szarlatanka". Może i nic dziwnego, skoro
mama zabierała małą do kabaretu. Pyzie bardzo się podobały występy, szybko chwytała słowa i melodię.
A znajomi mamy zaśmiewali się do łez gdy Pyza prezentowała im swój repertuar.
Pani Józefa zdenerwowała się, nawet nie poszła już do znajomej, ale wróciła do domu, by się nad całą
sprawą zastanowić.
Za dwa dni była niedziela i wtedy pani Józefa przyszła z wizytą do swej siostrzenicy i Pyzy. Zaproponowała, że zajmie się dziewczynką, ale tylko i wyłącznie u siebie w domu, jeśli mała z nią zamieszka. Pyza, gdy
usłyszała, że będzie mieszkać z ukochaną  Makuką zaczęła się szybciutko pakować. To był jej szczęśliwy dzień. A wszystko przez splot przypadków- przecież przypadkiem zaczął padać deszcz, przypadkiem pani dozorczyni zerknęła w niebo i zobaczyła Pyzę w oknie i przypadkiem tego dnia przechodziła tędy pani
Józefa.
c.d.n

niedziela, 17 czerwca 2012

251. Zabawne przypadki pewnej wariatki

Życie składa się z przypadków, a my ciągle po nich stąpamy. Przypadki bywają różne - czasem zabawne, czasem takie sobie. Gdy tych różnych przypadków jest wiele, wszyscy uważają, że  taka osoba  ma ciekawe życie.
O Pyzie  zawsze mówiono, że ma ciekawe życie. Pierwszy, zapamiętany przez Pyzę przypadek to jej
podróż z mamą zatłoczonym tramwajem. Pyza była przerażona, bo tłok był nielichy, Pyza stała na swych
dziecięcych nóżkach wtłoczona pomiędzy nogi dorosłych. W pewnej chwili, usłyszała:   "Pyza, szybciutko, wysiadamy". Usiłowała się wydostać spomiędzy tych stłoczonych nóg, ale się nie udało. Tramwaj ruszył, a Pyza się rozdarła przejmująco - maaaama!!!  No cóż, mama wysiadła, Pyza została. Wrzeszcząc wniebogłosy dojechała do następnego przystanku, gdzie jakaś obca pani wzięła ją za rękę , pomogła zejść po wysokim stopniu i stanęła z nią na przystanku, usiłując małą uspokoić. Ale Pyza wpadła w rezonans i darła się nadal. Wokół kobiety z wrzeszczącym dzieckiem zebrał się tłumek ciekawskich, a kobieta opowiadała im, co się stało. Po jakimś czasie nadjechał tramwaj, a z niego wysiadła  zła jak osa mama Pyzy.
Mama podziękowała kobiecie za interwencję, odeszła z Pyzą kawałek od przystanku i przywaliła jej kilka klapsów, wypowiadając pedagogiczną formułkę - "żebyś pamiętała, że trzeba się mamy trzymać mocno".
Pyza zapamiętała -od tej pory, ilekroć wychodziła z mamą kurczowo trzymała się jej sukienki lub spódnicy, nie chcąc ani na chwilę oderwać rączki. Ale takie chwile nie były częste, mama  zostawiała Pyzę najchętniej
w domu, samą. No może nie całkiem samą, bo w towarzystwie zimnego kakao i bułki. Gdy Pyza już podrosła i przestała być Pyzą, nienawidziła kakao i  kajzerek z żółtym serem. I okropnie bała się jazdy tramwajem.
c.d.n.

środa, 6 czerwca 2012

250. Epilog

W tym ostatnim odcinku powinnam uzupełnić pewne wątki.
Moja matka - tuż przed powstaniem warszawskim straciła swoją matkę, która w wieku 42 lat zmarła na  udar krwotoczny. Brat matki jeszcze w 1939 roku wraz z wojskiem polskim wylądował w Anglii, służył w RAFie, był w obsłudze naziemnej, wrócił po wojnie do  Polski z żoną Angielką i synkiem. Życie w powojennej, zrujnowanej Warszawie nie posłużyło im, jego żona wróciła z powrotem do Anglii.Ojciec matki wpadł w ręce Niemców podczas łapanki, jeszcze przed 1944r i został wywieziony do  niemieckiego obozu, gdzie zapadł na gruzlicę. Zmarł niedługo po powrocie do Polski.
Wojenna miłość moich rodziców była krótka, rozstali się gdy miałam 2 lata. Wychowywałam się u rodziców ojca, z matką miałam kontakt sporadyczny, o jej rodzinie nic nie wiem, choć miałam kontakty z jej bratem.
W maju 2009 roku napisałam opowiadanie "Klara", poświęcone mojej matce,  znajdziecie je na tym blogu.
Mój ojciec - wraz z kuzynem trafili do niemieckiego obozu  pod Berlinem. Po zdobyciu Berlina i wyzwoleniu obozu mój ojciec wrócił do Warszawy, kuzyn zaś stamtąd wyruszył do Belgii, tam zaopiekowała się nim jakaś pani, pomogła ukończyć studia, potem wyekspediowała go do USA. Umarł w Polsce, gdzie mieszkał ostatnie kilka lat życia. Mój ojciec po wojnie wyprowadził się z Warszawy na stałe.
Siostra mego ojca-  też wyprowadziła się z Warszawy , zamieszkała na Wybrzeżu. Jeden z jej synów to mój
ukochany brat cioteczny, a jego żonę kocham jak siostrę.
Bratowa  babci - podobno przez cały czas pobytu w Warszawie żyła myślą, jak to poskarży się wreszcie swemu mężowi jakie straszne życie  miała w Warszawie. Nie dana jej była ta przyjemność, bo  brat babci zmarł  jeszcze w czasie wojny w wyniku sepsy po pęknięciu wrzodu żołądka.. I pomyśleć, że był doskonałym chirurgiem, wiedział, że ma wrzód, który należało wcześniej wyciąć, ale nie miał do nikogo zaufania, że dobrze to zrobi. Może nic dziwnego, że miał ten wrzód - wojna, żona Żydówka, a on był tajnym komendantem AK w swoim regionie. Bratowa Babci zmarła niepocieszona w latach pięćdziesiątych,  ich dwaj synowie wyemigrowali,  jeden osiadł w Kanadzie, drugi w USA.
Kuzynka  dziadka i jej synowie - dzięki  babcinej pomocy przetrwali jakoś wojnę. Ich ojciec został w Anglii, synowie przez "zieloną granicę" przedostali się do niego, ich matka dołączyła do nich legalnie w latach 50-tych. Chłopcy ukończyli tam studia, starszy wyjechał do Kanady, ściągnął tam już wiekowych rodziców. Był naczelnym architektem Ottawy, zachował polskie nazwisko, nie ukrywał swego polskiego rodowodu. Zmarł kilka lat temu w w wieku 85 lat. Długo nie mogłam rozgryzć stopnia naszego pokrewieństwa i szukając go, poodkrywałyśmy wiele ciekawych rzeczy.
Przez cały czas stanu wojennego przysyłał nam (nie proszony o to) pewexowskie paczki, wyjaśniając, że czuje się zobowiązany, bo im pomagała moja babcia. I o tym, że im pomagała dowiedziałam się właśnie od niego, nie od babci.
Dom, w którym się wychowywałam stoi nadal, ale mnie jakoś tam nie ciągnie . Wreszcie jest odnowiony, rany po kulach wreszcie poznikały. A był to bardzo ładny dom, obłożony płytami z piaskowca.
Dziś już od dawna nie  żyją moi dziadkowie, ich rodzeństwo,  moi  rodzice, brat mojej matki, siostra  mego ojca i jej mąż.
Coraz więcej świeczek do zapalania, coraz więcej wspomnień. Chciałabym by pamięć o tych, których
kochałam, przetrwała jak najdłużej, by moja córka przekazała ją swym dzieciom.

wtorek, 5 czerwca 2012

249.Zmierzamy ku końcowi opowieści

Moi bliscy trwali w  czasie  powstania warszawskiego w swego rodzaju zawieszeniu - Niemcy właściwie ich nie więzili, ale odradzali wychodzenie z domu - zresztą w krótkim czasie to już nie było po co wychodzić -
okoliczne domy zostały wysiedlone, część domów legła w gruzach, inne straszyły wypalonymi wnętrzami.
Wszyscy mieszkańcy byli wykończeni - niektórzy już nie mieli co jeść, więc wszyscy pomagali sobie wzajemnie.
Powstanie upadło (jak 99,9% innych powstań polskich), o czym mieszkańcy dowiedzieli się od Niemców. W dwa dni pózniej  Niemcy wezwali mego dziadka i zakomunikowali mu, że w ciągu pół godziny wszyscy lokatorzy mają się  stawić przed budynkiem, wolno zabrać 1 walizkę lub plecak rzeczy osobistych. Na pytanie  "a co dalej będzie z nami" dziadek otrzymał odpowiedz : pojedziecie do Niemiec.
Po godzinie  spod kamienicy ruszył ponury pochód mieszkańców. Jedna z lokatorek była z niemowlęciem, dla którego nie miała wózka i musiała je nieść, więc jej mąż niósł 2 walizki. Jeden z konwojentów z wrzaskiem wyrwał mu jedną, bo przecież wolno było mieć tylko jedną walizkę. Dopiero interwencja dziadka u dowodzącego konwojem oficera poskutkowała i pozwoli wziąć im tę odrzuconą walizkę.
Poprowadzono wszystkich na  Okęcie. Po drodze mieli przekroczyć punkt kontroli obsadzony przez
Własowców. Okrucieństwo Niemców było podobno niczym w porównaniu z tym, co wyprawiali Własowcy.
I wtedy dziadek poprosił wręcz  dowodzącego oficera, by on przeprowadził ich przez ten posterunek, by nie musieli przekraczać go sami. Ów Niemiec zgodził się, polecił, by wszyscy stanęli blisko siebie i szli zwartą grupą  i przeprowadził ich poza ten posterunek.
Na Okęciu  nastąpiła selekcja- od grupy zostali odłączeni wszyscy młodzi ludzie, między innymi mój ojciec i siostrzeniec  babci. Grupa rozstała się niemal z żalem ze swoim niemieckim "opiekunem", a on pocieszył dziadka, że ci oddzieleni młodzi udzie jadą do Niemiec, a nie do któregoś z obozów.
Pociecha była dość iluzoryczna, bo przecież i tam były obozy. Reszta grupy miała być przewieziona do Pruszkowa i stamtąd też wysłana do Niemiec.
Bałagan na tym Okęciu był niesamowity, bo cała lewobrzeżna Warszawa była w tym samym czasie wysiedlana.  Dziadek szukając nieco luzniejszego miejsca dotarł wraz z babcią i bratową babci na koniec peronu i odkrył, że nikt tu aktualnie nie pilnuje ich, więc jakoś zeskoczyli z tego wysokiego peronu i wolnym krokiem, choć bardzo mieli ochotę biec, oddalili się od stacji.
Unikając głównej drogi, po wielu  godzinach wyczerpującego marszu dotarli do podwarszawskiej miejscowości - Milanówek.
Tutaj udało im się zamieszkać u miejscowego piekarza. Oczywiście nie ma obaw, nie za darmo - piekarz nie tylko zażyczył sobie całkiem niezłej sumy za wynajęcie pokoju ale i zażądał by podjęli pracę w piekarni. Wynagrodzeniem było pieczywo. Bratowa babci zgłosiła się do tamtejszego proboszcza, który ją umieścił u jakichś sióstr zakonnych. Wszyscy troje przemieszkali tam do zakończenia wojny.
W dwa miesiące po "wyzwoleniu", czyli po tym jak Rosjanie zajęli ruiny miasta, dziadek wybrał się sam do Warszawy. Okazało się, że kamienica, w której  mieszkali przed wysiedleniem nadal stoi. Wprawdzie okna w całym budynku były zamurowane do 3/4 swej wysokości, a budynek miał wiele śladów po pociskach, ale dom stał. Nie został również wypalony w środku. Wprawdzie na każdym piętrze wszystkie mieszkania  miały powybijane  ściany tak, by można swobodnie przechodzić od  jednego mieszkania do drugiego, ale ściany nośne  nie zostały uszkodzone.
Oczywiście wszystkie mieszkania zostały ogołocone z tego, co się komu mogło przydać. Nawet nasz fortepian się komuś przydał i nikomu nie przeszkadzało, że był w mieszkaniu na trzecim piętrze, w budynku bez windy.  Najsmutniejsze, że to nie okradali mieszkań Niemcy czy Rosjanie- ci pierwsi uciekali, ci drudzy z cała zawziętością ich gonili i wierchuszka nie pozwalała  wtedy na branie łupów. A więc kradli nasi rodacy.
Dziadek sam zabrał się za odbudowywanie naszego mieszkania, co oczywiście okupił własnym zdrowiem.
W kwietniu do Warszawy przyjechała też babcia.
To co  napisałam nie jest dokładną kroniką rodzinną  - to zaledwie drobny fragment z  życia tych, którzy już odeszli.
c.d.n.

sobota, 2 czerwca 2012

248. Zaczęło być gorzej

Młodzi, pomimo perswazji postawili na swoim, wzięli ślub i zamieszkali u rodziców mojej matki, po praskiej
stronie Warszawy. Oczywiście niemal codziennie bywali na Mokotowie, u  babci, najczęściej w porze obiadowej, jak ze złością w głosie zauważyła babcia. 
Ale najbardziej bała się, że podczas tych przejazdów mogą się zaplątać w łapankę. Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie Niemcy wciąż organizowali łapanki, a ci, co mieli nieszczęście wpaść w ręce  Niemców byli wpierw sprawdzani na  gestapo, a potem albo wysyłani do obozu zagłady  albo na roboty  do Niemiec. Przecież musiał ktoś pracować za tych, którzy aktualnie  podbijali Europę i walczyli w Rosji.
Pewnego dnia przyszli do babci oboje roztrzęsieni, zdenerwowani, a moja matka  płakała i lekko kulała.Okazało się, że tramwaj, którym jechali  został ostrzelany (prawdopodobnie przez AK) i kilka osób zostało rannych. Oni uniknęli kul, bo jechali na tylnym pomoście drugiego wagonu - ojciec był palaczem a palaczom wolno było palić tylko na tylnym pomoście drugiego wagonu. Gdy tylko tramwaj przyhamował ojciec wyciągnął matkę z wagonu i zaczęli szybko oddalać się od  miejsca zdarzenia. Babcia okropnie się zdenerwowała i zabroniła im przyjeżdżać.
Po dwóch lub 3 tygodniach mój ojciec wybrał się jednak na Mokotów i w trakcie przesiadki zaplątał się w łapankę. Na szczęście  telefony działały   i ojciec dał przez kogoś  znać, że go "zgarnęli". Nie wiele myśląc dziadek ruszył na pomoc, a że był w pracy, to o wszystkim poinformował swego szefa, Niemca. Dyrektor firmy uruchomił jakieś swoje kanały i gdy dziadek przyszedł dowiedzieć się o swego syna, został całkiem kulturalnie potraktowany, około godziny rozmawiał z jakimś oficerem, w końcu przyprowadzono mego ojca, a Niemiec był zachwycony,  że dziadek tak świetnie włada niemieckim i że jest urodzony w okolicy Poznania, więc są niemal ziomkami. I nie mógł się nadziwić,  że dziadek nie podpisał jeszcze volks listy.
Gdyby to wszystko zdarzyło się pół roku pózniej to nie wiadomo jaki byłby koniec tej historii, bo dyrektor firmy, w której pracował dziadek zamknął firmę i postanowił wyjechać do Niemiec. Dziadek podejrzewał, że  on chyba wybrał się  nieco dalej niż do Niemiec.
W Warszawie coraz trudniej było żyć, pomału pogarszała się sytuacja mieszkańców a i Niemcom też zaczęło się wyrażnie pogarszać.
Nadszedł sierpień 1944 roku - wybuchło powstanie warszawskie. Mieszkańcy  "naszej"  kamienicy wcale nie wychodzili z domu - na Mokotowie trwały ostre walki i Niemcy nie wypuszczali nikogo, można było co najwyżej wyjść na podwórko,  by śmiecie wyrzucić. W budynku każde mieszkanie miało własny zsyp, ale służby miejskie już od dość dawna nie działały.
Nikt nie wiedział co się dzieje, mój ociec utknął na Mokotowie, matka była na prawym brzegu Wisły, a do tego rozpoczęły się  naloty. Pewnego dnia , około 100m od naszej kamienicy  przesnuli się młodzi ludzie z powstańczymi opaskami, którzy chyba chcieli zlikwidować ten sztab niemiecki. Ich było ze trzech i szybko zostali odkryci przez Niemców, którzy ich ostrzelali.Pewnie ich zabili, bo nikt już potem nie chodził ulicami w pobliżu.
I wtedy Niemcy postanowili  "oczyścić " z mieszkańców  sąsiednie kamienice. Zaczęli wyrzucać mieszkańców  z domów,  a budynki wypalali  w środku systematycznie miotaczami ognia. W pewnym momencie kamienica stała wśród morza płomieni, bo dookoła paliły się wnętrza budynków.
Z okresu całej okupacji niemieckiej dla wielu mieszkańców Warszawy najgorszy był okres powstania  warszawskiego. Naloty były wcale nie mniejsze niż w 1939 roku a zginęło więcej  ludzi, miasto zostało bardzo zniszczone, niektóre fragmenty miasta przestały istnieć.
c.d.n.


piątek, 1 czerwca 2012

247. A dalej...

...było mało zabawnie. Oczywiście młodzi uparli się na ślub, argumentując, że w takich czasach tylko miłość ma
znaczenie. Nie ważne było, że nawet w drodze do lub  z kościoła można było wylądować na gestapo, nieważne, że nie było sukien ślubnych,  że rodzina nie mogła  przyjechać na tę uroczystość,  że  wesela też nie
można było urządzić , że nie mieli szansy na własne mieszkanie,  że oboje  nie zarabiali, że moja matka dopiero
co ukończyła gimnazjum, że nie miała żadnego zawodu, że ojciec właśnie skończył liceum i rozpoczął studia i też był bez zawodu. Dla nich to wszystko nie miało znaczenia. Byli głusi na wszystkie argumenty,  bo, jak  mówiła babcia, ":twój ojciec był za porządny".  Zawsze mnie to śmieszyło, to jej oburzenie. Z babci często wychodziła po prostu "dulszczyzna". Ciekawe czy byłaby tego samego zdania gdyby szło o jej córkę, a nie syna.
I pewnego pięknego dnia rodzice moi pobrali się w Bazylice na  ul.Kawęczyńskiej. Cechą charakterystyczną tej budowli była niesamowita ilość schodów wiodąca do wejścia. Gdy odbierałam tam kiedyś odpis świadectwa swego chrztu, wędrując nimi pomyślałam, że można było się jeszcze zastanowić idąc nimi pod górę. Ale "moim" nic nie wpadło do głowy po drodze.

 Tym sposobem babcina rodzina powiększyła się - oprócz bratowej i "przyszywanego" siostrzeńca do wykarmienia doszła moja  matka. Od początku okupacji  dziadkowie pomagali również kuzynce dziadka, której mąż, zawodowy oficer, pozostawił żonę i dwóch synów. Zostali praktycznie  bez środków do życia, nie mając żadnych zapasów żywności, wyprzedając z domu co tylko się dało. Nie wiem jak dziadek dawał radę utrzymywać tę całą czeredę.
Na początku 1942 roku parter budynku, w którym mieszkali dziadkowie, zajęli Niemcy i rozlokowali tu
swój sztab. Wyobrażacie sobie tę sytuację? Na trzecim piętrze dziadkowie  ukrywający Żydówkę, a na
parterze Niemcy. A do tego wszystkiego Niemcy, którzy wiedzieli, że dziadek perfekt zna niemiecki, co chwilę dziadka wzywali do siebie, by przekazywał mieszkańcom kamienicy różne zarządzenia. A czasami robili to w celach czysto towarzyskich, bo brakowało czwartego do brydża.
Jak wiecie w 1943 roku wybuchło powstanie w gettcie warszawskim. Trwało niecały miesiąc -rozpoczęło się chyba 19 kwietnia, 16 maja getto padło. Gdy paliło się getto, wiatr przywiewał na Mokotów  zwęglone kawałki papieru i woń spalenizny. Myślę, że było oddalone od tego budynku o około 7 lub 8 kilometrów w linii
prostej.
I gdy getto już dopalało się, Niemcy stacjonujący w tym budynku, wydali dla mieszkańców przyjęcie. Chcieli by mieszkańcy razem z nimi czcili zwycięstwo nad powstańcami. Zwołano wszystkich do holu- a hol był w tym budynku bardzo duży, przestronny i ładny, bo ściany były marmurowe, rozstawiono stoły pozabierane mieszkańcom  I piętra, na stołach znalazły się naprawdę wymyślne jak na tamten czas smakołyki. A dla umilenia chwili puszczano płyty z ariami z  "Wesołej wdówki". Oczywiście  dziadek musiał służyć za tłumacza.
 Bratowa  babci nie brała udziału w tym spędzie, ponieważ od  chwili wejścia do  mieszkania nie opuszczała go ani na krok.
c.d.n