środa, 24 stycznia 2018

Michalina - cz.IV

Rozpoczął się nowy akt w życiu Michaliny. Kurs księgowości nie wzbudził
w niej zachwytu, ale rozumiała, że z samą maturą to pracy raczej nie znajdzie,
 no chyba że gdzieś na taśmie produkcyjnej, w cyklu dwuzmianowym.
Spotkania z Michałem były teraz przeniesione głównie na  niedziele, bo
w tygodniu Michalina miała zajęcia popołudniami, a Michał miał zajęcia
głównie do godz. 16,00. Poza tym nawiązał kontakt z instytutem,  w którym
koniecznie chciał pracować i teraz coś dla nich, w ramach kawałka etatu
projektował, co wymagało jego obecności  3 lub 4 razy w tygodniu od
godz.17,00 do 21,00.
Ogólnie rzecz biorąc chłopak był dość niezle osadzony w rzeczywistości i
dobrze wiedział, że znalezienie pracy która  będzie dawała satysfakcję a na
dodatek pieniądze wcale nie jest łatwe, chociaż wtedy jeszcze panował mit
pełnego zatrudnienia i każdy w dowodzie osobistym musiał mieć pieczęć
swego zakładu pracy. Bycie zatrudnionym było obowiązkowe dla mężczyzn
do chwili ukończenia 45 roku życia.
A milicjanci w tych czasach bardzo chętnie zaglądali,  głównie facetom,
w dowody osobiste. Bez pracy  można było być co najwyżej 3 miesiące.
Kobiety niezamężne i bezdzietne też podlegały tym przepisom.
Pewnej niedzieli , na początku listopada, gdy Michalina i Michał wędrowali
Krakowskim Przedmieściem, Michał zapytał się, czy Michalina zgodziłaby
się zostać jego żoną.
Nie były to typowe oświadczyny - nie było "kocham cię", nie było kwiatów
ani klęczenia - ot takie zwykłe, acz  bardzo konkretnie pytanie.
Niewiele różniło się od pytania - "a może poszlibyśmy do kina?".
Michalina milczała dłuższą chwilę i wreszcie wydusiła z siebie - "a bo co?,
coś się stało?".
Nie tak sobie wyobrażała oświadczyny - oczywiście nie musiał Michał klękać,
ani rujnować się na jakiś pierścionek, no ale mógł coś o uczuciu napomknąć!
Michał przystanął, rozejrzał się i pociągnął ją do pobliskiej ławki.
Noooo, nic się nie stało, jesteśmy ze sobą długo i pomyślałem, że moglibyśmy
się pobrać i stale być ze sobą, bo teraz to się zbyt rzadko widujemy.
Już zacząłem pisać magisterkę, będzie oparta o ten projekt, który robię i przez
to będę miał jeszcze mniej czasu dla nas. Pomyśl - razem kończylibyśmy każdy
dzień i razem go zaczynali, przecież to świetna perspektywa!
I to cała  twoja argumentacja?- zapytała Michalina.  Nie sądzisz, że czegoś tu
jeszcze brakuje? Na przykład uczucia?
Jak to brakuje uczucia? - oburzył się Michał. Przecież gdybym się w tobie nie
zakochał to nie łaziłbym z tobą niczym pies  na smyczy  i nie mówiłbym nic
o ślubie!
No dobrze, a może mi powiesz z czego byśmy żyli i gdzie mieszkali?
Ty jeszcze nie masz dyplomu, ja się jeszcze uczę tej cholernej księgowości,
czyli oboje nie pracujemy.
 O ile się nie mylę to mieszkania też nie mamy. Nie sądzę byśmy mogli mieszkać
razem z moimi rodzicami i babcią!
Mieszkanie - no tak, ale najprawdopodobniej moglibyśmy dostać pokój
w akademiku, jest  pula pokoi dla małżeństw i wiem, że z moimi wynikami
w nauce mamy to prawie pewne.
Teraz za ten kawałek etatu dostaję całkiem niezłe pieniądze,a po dyplomie mam
zagwarantowaną pracę i oczywiście dobrą pensję.
No i instytut  w końcu roku będzie miał jakieś mieszkania.Jeśli się pobierzemy
to  pewnie się załapiemy.
Misiunia, ja po prostu nie umiem mówić o miłości, ale wiem, że cię kocham.
Nie wyobrażam sobie bym mógł być z inną kobietą!
Michalina uśmiechnęła się- cały  czas mówisz tylko o sobie- ty kochasz, ty
ty chcesz być ze mną ale jakoś mało cię interesuje czy ja cię kocham,  czy
ja marzę o tym by być z Tobą  na zawsze.
Jak mnie tak kochasz, to chodzmy do mnie i powiesz moim starym, że chcesz
się ze mną ożenić, niezależnie od tego czy  cię kocham, czy nie . I albo się
uśmieją, albo usłyszysz coś niemiłego na temat swego rozwoju umysłowego.
Dobrze- zgodził się Michał - zaraz pójdziemy, ale odpowiedz mi czy na tyle
mnie kochasz, że wyjdziesz za mnie?
Michalina westchnęła- no cóż, nie wiem na ile tego kochania, ale chyba wyjdę
za ciebie.
No to świetnie, jedziemy teraz do ciebie do domu, tylko po drodze kupię
różę dla Twej babci- Michał chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę wyjścia
z parku.
Po drodze rzeczywiście wstąpił do kwiaciarni, kupił dla babci  jedną żółtą różę,
dla Michaliny doniczkę  kwitnących cyklamenów i w bardzo dobrym nastroju
zaciągnął Michalinę na postój taksówek.
Na protesty Michaliny odpowiedział z uśmiechem - spieszy  mi się, poza tym to
ważny moment, nie będziemy się tłuc autobusem bo kwiatki nam padną.
Przez cały czas jazdy Michalina się zastanawiała jaka będzie reakcja rodziców.
Była w końcu pełnoletnia i tak naprawdę nie zależało jej na ich zgodzie.
Już dawno sobie wymyśliła, że  gdy kiedyś, kiedyś wyjdzie za mąż to  zrobi to
bez wiedzy i zgody rodziców i po fakcie  to im ogłosi.
Taki malutki odwet za to, że nigdy nie czuła ich miłości do siebie.
Gdy stanęli pod drzwiami mieszkania Michalina wyciągnęła własny klucz  i dość
cicho otworzyła drzwi . Z kuchni dobiegł ją głos matki - to ty, co tak rano?
Tak, to ja, - odpowiedziała.
Pociągnęła Michała do swego pokoju nakazując mu milczenie.
W pokoju powiedziała- widzisz  jak bardzo ich interesuję? Nawet nie wyjrzy gdy
wracam.
Chodz,  wejdziemy wpierw do babci.  Delikatnie zapukała do pokoju, z którego
sączyło się delikatnie różowe światło.
Wejdz, kotku, wejdz, dobiegł  ich głos starszej pani.
Michalina weszła pierwsza, za nią wsunął się Michał.
 Babcia siedziała w swym ulubionym fotelu, na kolanach leżała książka.
Babciu my w ważnej sprawie.
Michał, powiedz babci to, co chciałeś powiedzieć moim starym.
Chłopak wprawnym ruchem uwolnił różę z opakowania  a potem  cmoknął
z szacunkiem podaną mu rękę i podał różę, mówiąc: jedna, tak jak pani kiedyś
mówiła.
Oj, jaka piękna, moja ulubiona  - zachwyciła się babcia. I pachnie cudnie!
Michał tymczasem wysupłał doniczkę z papierów i podał ją Michalinie- a to dla
ciebie, ma dużo pączków, będzie długo kwitł. Tylko nie  lej wody na  bulwę, tak
mówiła ta pani w kwiaciarni.
Babcia wzięła wazon i wyszła z pokoju po wodę.  A Michalina powiedziała
półgłosem- babci powiedz o tym małżeństwie, dla mnie jest ważniejsza niż starzy.
Gdy starsza pani wróciła i zapytała co będą pili, Michalina powiedziała - babciu,
potem będziemy coś pili a teraz Michał ma sprawę do Ciebie.
A co się stało?- zapytała się lekko zaniepokojona babcia.
Michał głośno przełknął ślinę  i wyjąkał - bo ja, bo ja (w tej chwili zaczął nerwowo
grzebać w kieszeni bluzy) kocham Misiunię i chcę by pani wyrazila zgodę na nasz
ślub i właśnie chcę się z nią zaręczyć - w tej chwili niczym iluzjonista wyciągnął
z kieszeni malutkie otwarte pudełeczko, chwycił rękę dziewczyny i wcisnął jej na
palec pierścionek.
Uff -odetchnął z ulgą- pasuje!
Michalina zdębiała a babcia podeszła do Michała i powiedziała- chodz, uściskaj 
staruszkę i witaj w rodzinie. Od dziś będę ci mówiła po imieniu.
A teraz Michalinka pójdzie zrobić nam coś do picia. Gdybyście choć coś pisnęli
wcześniej, to upiekłabym ciasto, a tak to są tylko kupne herbatniki- zmartwiła się
babcia.
W kuchni matka zauważyła, że Michalina szykuje trzy  herbaty i zapytała-  a co, 
masz gościa?  Tak,  Michał ze mną przyszedł. Matka była zajęta rozwiązywaniem
jakiejś krzyżówki i nawet okiem nie rzuciła na córkę.
A gdzie  ojciec?- zapytała. Michalina.
Nie wiem, może na dziwki gdzieś poszedł- niby żartem odpowiedziała matka.
Michalina  wzięła tacę ze szklankami i  talerzyk z herbatnikami  i wyszła z kuchni.
                                         c.d.n

poniedziałek, 22 stycznia 2018

"Michalina" - cz.3

W sobotę rzeczywiście rodzice Michaliny wyjechali wczesnym rankiem, ojciec
miał być po południu na jakiejś konferencji naukowej, a matka chciała spotkać się
z dawno nie widzianą kuzynką.
Michalina spotkała się z Michałem i  zaledwie po półgodzinie stwierdziła, że musi
jechać do domu bo czegoś zapomniała. Oczywiście  jeśli Michał chce, to może
jechać z nią. Przy okazji zobaczy jej  ukochanego psa.
Jak było do przewidzenia Michał chętnie przystał na propozycję zobaczenia psa,
on też lubił zwierzęta, ale rodzice nigdy mu nie pozwolili na wzięcie psa lub
kota do domu, więc pod tym względem Michalina ma o wiele lepiej od niego.
Czaruś stanął na wysokości zadania, skrupulatnie obwąchał gościa a potem
przewrócił się na grzbiet eksponując swój brzuszek i dając chłopakowi do
zrozumienia, że teraz należy się psu porcja  pieszczot.
Gdy Michał był zajęty pieskowym brzuszkiem z kuchni śmiejąc się cichutko
wyszła babcia, mówiąc, że Czaruś poznał się na gościu Michaliny, skoro tak
chętnie dał brzuszek do pieszczot.
Między Bogiem a prawdą to Czaruś był niesamowitym pieszczochem i każdemu
 gościowi dawał do głaskania swój brzuszek.
Wystarczało powiedzieć "o, jaki ładny piesek" i ładny piesek wywalał się na
grzbiet oczekując porcji pieszczot.
No ale Michał o tym nie wiedział.Czym prędzej wstał z przysiadu, z szacunkiem
cmoknął babcię w rękę i się przedstawił.
A babcia powiedziała obojgu, że ma ochotę na kawę i cieszy się, że oni przyszli,
bo kawa zawsze  smakuje lepiej, gdy jest wypita w miłym  towarzystwie.
Do kawy była podana świeżo upieczona szarlotka , a babcia zaczęła Michałowi
zadawać mnóstwo pytań. Dopiero teraz Michalina dowiedziała się, chłopak ma
starszą siostrę i młodszego brata, że jego mama jest pielęgniarką a tata inżynierem,
że Michał stara się część egzaminów zdawać w terminie zerowym, że stara się
zostać stypendystą jednego z instytutów bo tam powstają bardzo ciekawe rzeczy
i po skończeniu studiów chciałby tam właśnie pracować.
Michalina patrzyła na  Michała zdumiona - nigdy jej nic o rodzinie  nie opowiadał,
jego elokwencja sprowadzała się głównie do zachwytów nad walorami Michaliny
i narzekania, że ma wciąż zbyt mało czasu na naukę i na spotkania, że wszędzie
pełno ludzi a on chciałby być z nią sam na sam.
Podziwiała  babcię, która zadając kilka niewinnych pytań wyciągnęła z niego
tyle informacji.
W pewnym momencie  Czaruś uznał, że dość tego gadania, on musi wyjść.
Gdy poderwał się również Michał, babcia powiedziała - niech pan zostanie, to
psi spacer  będzie krótszy. Czaruś to towarzyskie zwierzę i szybko wróci wiedząc,
że gość jeszcze jest w domu.
I rzeczywiście, po dwudziestu minutach Michalina już była z powrotem. Nigdy nie
dowiedziała się o czym babcia przez ten czas rozmawiała z Michałem.
Michał siedział całe popołudnie i  wieczór, pomógł nawet Michalinie zrobić
kolację, z pełnym poświęceniem krojąc warzywa do sałatki.
Około godziny dwudziestej pierwszej z lekka oprzytomniał, przeprosił, że tak się
bez umiaru zasiedział. Na pożegnanie babcia zapewniła Michała, że zawsze będzie
mile widzianym gościem.
Michalina obrzuciła babcię nieco zdziwionym spojrzeniem. Po tej wizycie Michał
dość często wpadał  na krótkie wizyty.
Sesja letnia nie poszła dobrze Michalinie. Do jednego egzaminu podchodziła trzy
razy i gdy za trzecim razem znów  zle poszło postanowiła, że nie będzie więcej
zdawać.
Jak było do przewidzenia ojciec wpadł w szał, zwymyślał Michalinę od debilek
i leni do kwadratu, oświadczył, że ma iść natychmiast do pracy, a skoro niczego
nie umie to  może przecież być sprzątaczką, do tego żaden dyplom nie jest
potrzebny. I niech nie  myśli, że ojciec będzie jej dawał pieniądze.
Gdy już się ojciec nawrzeszczał, wyszedł z domu trzasnąwszy solidnie drzwiami.
Matka odgrywała w tym dniu rolę dobrego policjanta i spokojnie zaczęła z córką
rozmawiać. Zaproponowała by Michalina zrobiła np. kurs kreślarski, którego
koszty pokryją rodzice. A może wolałaby jakiś inny kurs zawodowy? Jest sporo
kursów zawodowych, po których  bez trudu znajdzie  pracę. W końcu nie każdy
musi mieć ukończone studia. A może chciałaby ukończyć kurs maszynopisania?
A może kurs bukieciarstwa? W ciągu tygodnia powinna coś dla siebie wybrać,
zastanowiwszy się nad zawodem dla siebie.Koszty pokryją rodzice  a gdy już
będzie pracować zwróci im w ratach pieniądze za kurs.
Babcia nie  brała udziału w tej dyskusji, zamknęła się w swym pokoju,  a gdy
nadeszła pora kolacji szybko przygotowała dla siebie kolację i wzięła ją do
swego pokoju mówiąc, że chce posłuchać radiowej transmisji koncertu.
Nie było to nic wyjątkowego, babcia często słuchała różnych transmisji, ale tym
razem była to transmisja koncertu skrzypcowego a babcia nie była wielbicielką
tego instrumentu.
Ale czasem lepiej posłuchać nawet niezbyt lubianego koncertu niż domowej
awantury.
Za to Michałowi sesja letnia poszła znakomicie. Był zmęczony, ale bardzo
zadowolony. Jedynie martwiła go myśl, że będzie musiał choć na trochę wpaść
do domu i znależc sobie  na wakacje jakąś pracę. Koledzy kombinowali by
założyć własną smażalnię  placków lub naleśników i zainstalować biznes albo
nad morzem albo nad jakimś jeziorem czy zalewem.  Jeden z nich zrobił kurs
tzw. "gospodnika" i tym sposobem miał uprawnienia  do prowadzenia mini baru.
Michał w pierwszej kolejności pojechał na tydzień do domu z żalem rozstając
się z Michaliną. A ona tymczasem poszukiwała dla siebie jakiegoś kursu . Nie
miała zamiaru  zostać ani kreślarką  ani maszynistką odrzuciła wszelkie kursy
związane z kucharzeniem, była o krok od zapisania się na kurs bukieciarstwa,
ale zobaczywszy pokaleczone ręce pani pracującej w kwiaciarni zrezygnowała
i z tego kursu.
W końcu wybrała dwuletni kurs księgowości - był o tyle interesujący, że już nie
wszystko zapisywało się  "na piechotę", były już "maszyny księgowe" i na kursie
uczono posługiwania się nimi.
Poza tym kurs  zaczynał się w połowie września, więc miała jeszcze przed sobą
nieco wakacji.
Rodzice  łaskawie zaakceptowali wybór Michaliny, a babcia powiedziała, że
w takim razie wyjedzie razem z Michaliną i psem do swojej przyjaciółki, która
ma dom w okolicy Piwnicznej. Ma też ogród i sad  i potrzebuje nieco pomocy
przy pracach ogrodowych i w sadzie, więc Michalina może ze sobą zabrać
koleżankę lub kolegę, chętnych do pomocy i zarobienia  " kilku groszy".
Pomocnicy dostaną wyżywienie, ale sami będą sobie gotować a spać będą
w przybudówce, w której co prawda nie ma łazienki, ale  będą mogli korzystać
z łazienki w domu.
Michalina postanowiła powiedzieć o tym Michałowi. Może będzie wolał różne
prace ogrodowe i przy domu niż smażenie placków ziemniaczanych?
Niezależnie  od  tego co wybierze Michał ona i tak pojedzie z  babcią.
Nietrudno się domyśleć co chłopak wybrał.
Ponieważ było jeszcze jedno wolne miejsce zaproponował je swemu najlepszemu
koledze z innego wydziału.
Obaj studenci pojechali pod wskazany adres starym samochodem, zabierając ze
sobą wszystkie bagaże, a babcia i Michalina pojechały pociągiem, z minimalnym
bagażem w postaci kanapek na drogę i picia. Gdy panie zajechały na miejsce, na
stacji już czekali obaj młodzieńcy.
To były bardzo udane wakacje. Pracy nie było wiele, a chłopcy sami wynajdywali
co jeszcze mogą zrobić poza tymi zleconymi pracami.
Przyjaciółka  babci była zachwycona i zaprosiła  "panów studentów" na zimowe
ferie na  narty.
Michalina pod kierunkiem babci gotowała dla wszystkich.
Chodziła z chłopakami na wycieczki. Wieczorami wszyscy grali w karty lub
w jakieś gry planszowe albo słuchali jak na pianinie gra gospodyni. A grała
świetnie, bo była absolwentką średniej szkoły muzycznej.
Słuchali też z zaciekawieniem wspomnień starszej pani z lat młodości.
Przed powrotem do Warszawy "panowie studenci" narąbali drewna tyle, żeby
starczyło  niemal na całą zimę i ułożyli  je w naprawionej przez siebie wiacie.
                                                          c.d.n.

niedziela, 21 stycznia 2018

"Michalina"- cz.2

Rodzice Michaliny byli zdumieni, że się jednak dziewczyna dostała na studia.
Co prawda ojciec twierdził, że na tak niepopularny wydział to nawet osła by
przyjęto, żeby tylko wydział funkcjonował.
Michalina była rozczarowana studiami. Jak na razie to głównie traciła czas na
przejazdy pomiędzy wykładami, koczowała na korytarzach bo nie miała co ze
sobą zrobić, a wrzesień tamtego roku do ciepłych nie należał. Dostawała od
babci niewielkie kieszonkowe, ale nie tyle by codziennie móc spędzać czas
w jakiejś kawiarence.
Poza tym nikt przed nimi nie ukrywał, że  po ukończeniu tego kierunku  nie
będzie łatwo znalezć pracę.
Pierwszy semestr jakoś zaliczyła. W drugim,zaczęła się zastanawiać co ze sobą
począć dalej. Nauki było sporo, ale wysiadywanie na korytarzach lub w szatni
nie należało do przyjemnych. No i zostawał problem co dalej? Czy jak wiele
innych panienek po różnych filologiach wyląduje sfrustrowana w okienku na
poczcie?
Nie ona jedna przeżywała takie rozterki.
Podczas tych "korytarzowych koczowań" jedna z koleżanek namówiła ją, by
przejechać się na Politechnikę, bo tamtejszy bufet studencki jest tani i
całkiem niezle zaopatrzony. Michalina chętnie skorzystała z propozycji,
zwłaszcza, że dzień wcześniej dostała od  babci pieniądze na uzupełnienie
swej garderoby, a głównie bielizny. Michalina była bardzo szczupła i dość
niska i bardzo często kupowała różne części garderoby w "Domu Dziecka".
Rzeczywiście, bufet  na tej uczelni był niezły- można było za niewielkie
pieniądze zjeść coś gorącego lub wypić kawę (dość lurowatą) i zjeść do niej
olbrzymią drożdżówkę z serem lub z budyniem. O ile kawa był kiepska,  to
dróżdżówki był świetne - świeże, duże i...tanie.
Niemal wszystkie stoliki w bufecie były zajęte, ale dziewczyny wypatrzyły,
że przy jednym stoliku są trzy wolne miejsca a jedno zajęte przez bardzo
pochłoniętego jedzeniem chłopaka.
Podeszły, zapytały czy mogą się dosiąść i wraz ze swoimi drożdżówkami i
kubkami kawy usiadły. Rozejrzały się po sali- tu prawie wcale nie było
dziewcząt. Chłopak, pomiędzy jednym a drugim kęsem pochłanianego
naleśnika nadziewanego serem i polanego jakimś sokiem zapytał:
a na jakim wydziale koleżanki studiujecie?
Dziewczęta spojrzały po sobie i Michalina niemal szeptem powiedziała -
my tu nie studiujemy, ale byłyśmy głodne i w  drodze na zajęcia tu weszłyśmy.
My jesteśmy ze slawistyki.
No tak- student uśmiechnął się szeroko - tak myślałem, że jesteście  tu raczej
przypadkiem. Tu mało dziewczyn studiuje. A ta slawistyka to coś ciekawego?
Ciekawego?- Michalina powtórzyła jak echo. No, średnio jak na razie i pracy
po tym raczej nie będzie.
Student  zerknął na zegar wiszący nad barem- muszę lecieć, a tak miło się
z wami rozmawia. Może spotkajmy się jutro, około 18-tej w "Hacjendzie",
przyjdę tam z kolegą to sobie razem porozmawiamy. Mam na imię Michał.
O to fajnie, ja jestem Michalina, a ona to Basia- odpowiedziała Michalina.
Ale zbieg okoliczności! - dodał chłopak,   zebrał brudne naczynia i powędrował
w stronę wyjścia.
To spotkanie w Hacjendzie było pierwszą randką Michaliny. Nigdy dotąd  nie
była na spotkaniu z chłopakiem.
Nieistotne, że było to spotkanie w czwórkę, do czasu ukończenia liceum nigdy
nie była w kawiarni w towarzystwie chłopaka.
A tak naprawdę to jeszcze nigdy nie była w prawdziwej kawiarni.
Po powrocie do domu zastanawiała się, czy powinna pójść z Basią na to spotkanie
z obcymi wszak  chłopakami.
Myślała i myślała, w końcu poszła po poradę do babci. Babcia stwierdziła, że
Michalina powinna się  spotykać również i z chłopakami, że przecież idzie do
kawiarni w centrum miasta a nie sam na sam z chłopakiem do lasu.
Boże, co oni z tego dziecka zrobili- westchnęła  babcia nie zważając na to, że
Michalina  to słyszy- wychowali dzikuskę, jak ze wsi zabitej dechami!
Następnego dnia razem z Basią, dziesięć minut po umówionej godzinie wspólnie
pchnęły ciężkie drzwi "Hacjendy". Nim zdążyły się rozejrzeć po sali, dopadł
je Michał i zaprowadził do stolika, przy którym już czekał jego kolega.
Dziewczęta zaraz na początku zastrzegły, że one płacą za siebie w myśl bardzo
wówczas modnego powiedzenia " każda dama płaci sama". Młodzieńcy też
nie należeli do bogatych i nie nalegali by dziewczyny zmieniły zdanie w tej
materii.
Wieczór minął szybko, za szybko jak na gust Michaliny. Michał postanowił,
że odprowadzi Michalinę do domu. W autobusie  cały czas obejmował ją
delikatnie ramieniem, podobno po to, by nie uderzyła się w ramię gdy autobus
zarzucał na zakrętach.
Po drodze Michał już snuł plany odnośnie ich dalszych spotkań, wpatrywał się
dość nachalnie w oczy Michaliny, szeptał do ucha komplementy dotyczące
jej urody. A jej robiło się gorąco i przenikał ją dreszcz gdy szeptał jej do ucha
i niby niechcący  dotykał go wargami.
W domu długo nie mogła zasnąć i rano wstała pół żywa  z niewyspania.
Chyba Michałowi  wpadła w oko  Michalina- spotykali się niemal codziennie.
Michał mieszkał w akademiku. Studiował  automatykę i miał naprawdę dużo
nauki. Michalina była skłonna raczej rzucić studia - ale na razie dalej chodziła
na wykłady, zwłaszcza, że  babcia zaczęła szukać dla niej mieszkania.
Kawalerka była nieosiągalna, ale okazało się, że dwa pokoje z  ciemną kuchnią
były niemal w cenie kawalerki.
Kupno dla wnuczki mieszkania wywołało wściekłość jej rodziców.
Jakoś nie dotarło do nich, że mieszkanie w którym mieszkają jest tak naprawdę
własnością babci i oni mieszkają u niej, a nie ona u nich. Robili jej cały
czas wymówki, że zamiast kupić dla siebie mieszkanie a to zapisać dla syna, ona
kupuje mieszkanie dla Michaliny, jako darowiznę.
A babcia postawiła sprawę jasno - cicho, ale dobitnie powiedziała - przecież
mogliście się zapisać do jakiejś spółdzielni mieszkaniowej, jeśli  wam tu ciasno
ze mną. Mieszkanie jest moje, to ja je kiedyś dostałam.Wy macie trzy pokoje,
ja jeden. I wiedzcie- ja się stąd  nie wyprowadzę, chcę umrzeć w tym mieszkaniu
i mam do tego prawo. To jest moje mieszkanie i nawet nie wiem, czy je wam
zapiszę w testamencie. Może dostanie je Michalina.
Atmosfera w domu stawała się coraz cięższa i Michalina z chęcią przebywała
poza domem.
Sesja letnia zbliżała się wielkimi krokami. Michał miał wciąż jakieś zaliczenia,
narzekał  na brak czasu  i brak snu.
Michalina stwierdziła, że może w takim razie ograniczą swe spotkania, bo jakby
na to nie spojrzeć, to egzaminy coraz bliżej i są znacznie ważniejsze niż ich
spotkania. Zresztą ona też chyba musi pobuszować nieco w książkach i pobłądzić
palcem po mapie. W szkole nie błyszczała na lekcjach geografii, więc teraz musi
nieco więcej popracować.
Spotykali się nadal,  ale teraz zaledwie 2 razy w tygodniu, w czwartki i soboty.
Michał przy każdym spotkaniu przepytywał Michalinę co robiła, z kim się
w tym czasie widziała i nie chciał uwierzyć, że ona naprawdę spotyka się tylko
z nim.
Po kilku takich rozmowach Michalina się rozzłościła i zwróciła mu uwagę, że on
nie ma prawa negować tego co ona mu mówi , poza tym ona  nie jest jego
narzeczoną i ma prawo spotykać się z kim chce a jemu nic do tego.
I nim się Michał zorientował obróciła się na pięcie i poszła na przystanek.
Michał stał i zastanawiał się co zrobić, by nie wyjść  na idiotę, tymczasem
nadjechał tramwaj i Michalina do niego wsiadła, choć nie był to ten, którym
zwykle  jezdziła do domu.
A Michalina na następnym przystanku przesiadła  się  do autobusu i pojechała
do domu. Zaraz po powrocie wzięła na długi spacer Czarusia , czyli efekt
psiego mezaliansu.
Gdy wróciła po dwóch godzinach niemal w progu padło pytanie babci - kto to
jest Michał, bo ten człowiek już trzy razy tu dzwonił i chciał  koniecznie
rozmawiać z Michaliną. 
Michalina zaczerwieniła się i wyjaśniła, że to tylko kolega, ale się trochę
"przemówili" i on pewnie dlatego wciąż  telefonuje. I to jest właśnie ten, z którym
się kiedyś umówiła w Hacjendzie.
Babcia poprosiła by Michalina zrobiła im obu kawę i przy kawie i ciasteczkach
Michalina jej wszystko opowie "o tym ich przemówieniu się".
Kawa i ciastka  niemal zawsze koją nerwy o czym  babcia dobrze wiedziała.
Michalina opowiedziała  całą historię swej znajomości z Michałem. Babcia    się
nieco zamyśliła i potem powiedziała - przyprowadz tu tego młodzieńca, chcę
mu się przyjrzeć. W przyszłą sobotę twoi rodzice jadą do Katowic, więc od  rana
będziemy same w domu.  Tylko mu nie mów, po co ma przyjść, bo się jeszcze
chłopaczyna wystraszy.

"Michalina"

Michalina, dziś osoba po sześćdziesiątce,  wciąż się zastanawia po co właściwie
się urodziła, bo od najmłodszych lat, przez całe życie czuła się niepotrzebna.
I to głównie niepotrzebna rodzicom.
Nie była tzw. "dzieckiem z miłości", owocem chwili wielkiej namiętności lub
wielkiego zauroczenia. Była wynikiem zwykłej pomyłki w liczeniu dni
płodnych i niepłodnych, niespodziewanym  zupełnie wybrykiem organizmu
swej matki, który nagle uległ rozregulowaniu.
I zapewne gdyby nie lęk jej matki przed zabiegiem aborcji nie ujrzałaby tego
świata.
W tym czasie  jej rodzice mieszkali razem z matką jej ojca, która chętnie zdjęła
z bark synowej trudy opieki nad niemowlakiem.
To babcia się  opiekowała Michaliną, szyła dla niej sukienki, wychodziła
na spacery, opowiadała bajki, tłumaczyła jej świat.
Ojciec Michaliny był naukowcem i z wyżyn swego wielkiego intelektu nie
dostrzegał małej, chudej blondyneczki. Wraz z żoną prowadził "światowe
życie", w którym niemal nie było miejsca na dziecko, zwłaszcza dziecko płci
żeńskiej.
Nie wiadomo co prawda, czy gdyby Michalina była Michałem jego stosunek
do dziecka byłby lepszy.
Oboje rodzice uważali, że dziecku nie są potrzebne zabawki, powinno samo
sobie znalezć coś do zabawy. Bo dziecko powinno być kreatywne.
Kreatywność to było ulubione słowo w tej rodzinie. Patykiem znalezionym na
spacerze przecież też się można pobawić- może być strzelbą, ołówkiem do
rysowania na piasku, a połączenie patyka i pokrywki z  garnka  to przecież niemal
perkusja.
Ubranie - minimum, żeby się czasem dziewczynce w głowie nie przewróciło.
Ale sukienki nie kupne- co najwyżej te, które babcia sama uszyła.
Gdy Michalina  miała pięć lat została wysłana na "kolonie letnie" - prywatne.
Nie były to żadne oficjalne kolonie, po prostu pewien leśniczy przyjmował na
okres letni  " miastowe dzieci" do swojej leśniczówki.
Michalina  z początku bardzo się z tego wyjazdu cieszyła. Lubiła wyjazdy do
lasu,wyobrażała sobie jak to będzie pięknie, bo w leśniczówce będą psy. koty,
kury i może nawet sarenka. Obecność  sarenki w leśniczówce to był wymysł
matki, żeby małą zachęcić do wyjazdu.
Pobyt w leśniczówce był jednak rozczarowujący - oczywiście nie było sarenki,
 kury były w ogrodzonym dużym kojcu, psy na uwięzi, a dzieci państwa
leśniczych były starsze od Michaliny i wcale nie chciały się z nią bawić.
Michalina włóczyła się trochę po podwórku i codziennie coraz dalej odchodziła
od domu.
Stosunkowo niedaleko od leśniczówki był staw. Brzegi były porośnięte tatarakiem,
 w jednym miejscu był pomost, nieco zdewastowany, który dość daleko wchodził
w staw. Michalina zostawiała buty na  brzegu stawu i siadała na pomoście- gdy
było gorąco to zanurzała stopy w wodzie, ale najczęściej kładła się na deskach
pomostu  na brzuchu i obserwowała co się dzieje w wodzie.
Gdy znudziło się jej obserwowanie  narybku wracała  na podwórko leśniczówki
zbierając po drodze kwiatki i różne liście, kawałki kory, patyki.
Nikomu nie przyszło do głowy, by zainteresować się dokąd ona chodzi.
Pewnego dnia, przed południem, zupełnie niespodziewanie przyjechali rodzice
Michaliny, którzy nagle przypomnieli sobie, że trzeba sprawdzić jak sobie radzi
na koloniach ich dziecko.
Dość szybko okazało się, że nikt nie wie gdzie się mała podziała. Trójka dzieci
pana leśniczego, on i jego żona rozpoczęli poszukiwania. Po lesie niosły się
echem wołania. Nikomu nie wpadło na myśl, że mała może siedzieć  nad stawem,
ponieważ dzieci nigdy jej tam nie zaprowadziły - staw był głęboki i nie wolno
im było się tam bawić.
Michalina leżała na pomoście, słyszała nawet te wołania, ale nie chciała by
ktokolwiek jej przeszkadzał.
Dobrze zawsze wyczuwała porę  zbliżania się posiłku, bo informował ją o tym
jej własny, kurczący się z głodu żołądek.
Gdy znów usłyszała wołania i tym razem rozpoznała wołający ją głos ojca
szybko powróciła do rzeczywistości- pożegnała maleńkie rybki, ostrożnie
wróciła na brzeg stawu, włożyła tenisówki i pobiegła w stronę leśniczówki.
Po drodze spotkała jedno z dzieci, które czym prędzej chwyciło ją za rękę i
pociągnęło za sobą. Gdy Michalina dotarła na podwórze stanęła wystraszona-
matka była zapłakana, pani leśniczyna coś jej tłumaczyła i obie doskoczyły
do Michaliny wypytując, gdzie była.
Michalina, bardzo zdziwiona tym wszystkim wyjąkała, że nad stawem, na
pomoście wśród szuwarów, bo codziennie tam siedzi  i  podgląda małe rybki.
Oj działo się wtedy, działo. Matka Michaliny wrzeszczała na panią leśniczynę,
że nie pilnowała powierzonego jej opiece dziecka, pani leśniczyna tarmosiła
swą starszą córkę, że nie pilnowała małej, po chwili do ogólnej awantury
dołączył ojciec Michaliny, który zarządził natychmiastowy powrót dziecka
do Warszawy.
Ponadto zażądał zwrotu pieniędzy, które zapłacił z góry za miesiąc pobytu
i zagroził, że jeśli tych pieniędzy zaraz nie  dostanie to zgłosi na  milicję fakt,
że leśniczy prowadzi nielegalne kolonie letnie.
I tak wyglądały pierwsze kolonie letnie Michaliny.
Gdy poszła do szkoły regularnie  jezdziła na kolonie letnie, ale nie była
z tego faktu zadowolona. Była przyzwyczajona do samotności, zle się czuła
w dużej grupie.
Właściwie to nigdzie  nie czuła się dobrze- w domu nadal czuła się jak
piąte koło u wozu, wiecznie słyszała od ojca, że jest nieukiem bo ma słabe
oceny, miała żal, że inne koleżanki  mają po kilka ładnych, wyjściowych
sukienek, a ona ma jedną. Któregoś dnia zwierzyła się babci, że chciałaby
wreszcie pójść do teatru w czymś innym niż "szkolny strój  galowy", ale
jedyna sukienka zrobiła się za ciasna i zbyt krótka.
Wtedy  babcia zakupiła materiał na dwie spódnice i dwie  różne bluzki i w kilka
dni uszyła dla niej jedną spódnicę wąską a drugą rozkloszowaną i dwie bluzki.
Trud babci nie został doceniony  przez rodziców Michaliny- zdaniem matki babcia
robiła wszystko, żeby się Michalinie zupełnie przewróciło w głowie.
Gdy Michalina była w liceum została wysłana na obóz młodzieżowy w Tatry.
Wróciła zachwycona, ale przywiozła ze sobą psa. Biała puszysta kulka miała           
być owczarkiem podhalańskim, ale w ciągu  trzech miesięcy  pies zżółkł i
wyglądał jak mieszanka szakala z podhalanem. Zapewne dlatego baca nie wziął
za niego ani grosza.
Ale piesek był bardzo przywiązany do Michaliny i nawet podbił serce jej matki.
Nie jeden raz futro psa było zraszane łzami Michaliny a pies zlizywał z jej
policzków słone łzy.
Cztery lata liceum minęły dość szybko, z trudem, na trójeczkach przeszła
Michalinie  matura.
Oczywiście musiała wysłuchać monologu ojca, w którym usłyszała jaka to z niej
głupia dziewczyna, że wstyd ojcu, że ma taką córkę, że lepiej będzie jeśli pójdzie
do jakiejś pracy lub wyjdzie za mąż i wyprowadzi się z domu.
Matka radziła jej, żeby koniecznie poszła do pracy, bo z takimi stopniami
z całą pewnością nie dostanie się na studia.
A babcia, wysłuchawszy kazań wygłoszonych przez oboje rodziców
powiedziała Michalinie, że  najlepiej będzie gdy jednak zrobi jakiś dyplom
i jeżeli się dostanie na studia to babcia kupi dla niej mieszkanie- kawalerkę, bo
na większe to jej nie stać. Ale na razie niech Michalina poszuka jakiś wydział,
na który nie ma wielu chętnych i oczywiście niech nie mówi rodzicom nic
o tym, że babcia kupi jej mieszkanie.
Michalina wynalazła mało "obłożony" kierunek - slawistykę. Postarała się nawet
o stare skrypty, poczytała je, uzupełniła nieco swej wiedzy i ku zaskoczeniu
rodziców została przyjęta na studia.
Nie wiadomo co za geniusz układał plan wykładów, ale składał się on głównie
z tzw. "okienek". I tak naprawdę to była strata czasu, bo np. pierwszy wykład był
o 9,00 rano, a następne 2 lub  trzy godziny pózniej. Jeżeli ktoś mieszkał blisko to
spokojnie mógł spędzić ten czas w domu, ale Michalina mieszkała daleko od
uczelni. Poza tym część zajęć odbywała się w różnych miejscach stolicy, część
w śródmieściu, część  na Mokotowie a nawet na Ochocie.
                                                      C.D.N.


czwartek, 11 stycznia 2018

Dom Elizy

Siedziałyśmy w piątkę w "Gongu" i czekałyśmy  na Elizkę.  I gdybyśmy nie były
tak  zagadane dotarłoby do naszej świadomości, że właściwie powinna być już
od niemal godziny.
Tydzień wcześniej Elizka  zwołała nas na to spotkanie, mówiąc, że  musimy się
wreszcie spotkać, bo ma nam coś ważnego do zakomunikowania.
Nie widziałyśmy się wszystkie niemal rok bo każda z nas była pod  tak zwaną
kreską czasową. Doba była wyraznie za krótka, rozmowy telefoniczne zastępowały
nam spotkania.
Zastanawiałyśmy się co Eliza wymyśliła, bo przez ostatnie trzy miesiące nie było
z nią żadnego kontaktu. Gdy dzwoniłam do niej do domu, zegarynka zapewniała
mnie, że "nie ma takiego numeru".
Byłam niemal pewna, że wyjechała razem z Markiem do swej ciotki do Holandii.
No ale przecież mogła o tym powiedzieć którejkolwiek z nas.
Sączyłyśmy herbatę z mlekiem pogryzając jednocześnie słodkie, maleńkie
biszkopciki i  snułyśmy przypuszczenia.
Wreszcie zjawiła się Eliza. Wyglądała super - widać było, że kosmetyczka
i fryzjer dobrze wykonali swą pracę.
Zmieniła kolor włosów i uczesanie, obszerne bluzki "poszły precz" ich  miejsce
zajął obcisły sweterek, dół sylwetki okrywała czarna, wąziutka i dość krótka
spódniczka, na nogach zamiast nieodłącznych pół szpilek tkwiły wysokie,
matowe, czarne szpilki.
Całości dopełniała czarna, elegancka skórzana torebka. Eliza wyglądała świetnie!
Nic nie pozostało z kasztanowo -  rudej czupryny, o dwa numery za  dużej
bluzy o sportowym charakterze, długiej spódnicy oraz torby typu worek, mogącej
spokojnie służyć za nosidełko dla dziecka, gdyby takowe Eliza posiadała.
Tym razem nie było tradycyjnej wymiany pocałunków i uścisków - Eliza
oświadczyła, że ma raptem 10 minut czasu, wyciągnęła z torebki kilka kartek,
rozdała je nam i wyjaśniła: macie tu mój nowy adres, rysunek jak do mnie trafić,
ogonów w postaci mężów  i dzieci nie bierzcie, samochodów też nie bo będzie
szampan., a do przejścia od stacji jest ze 2 km. Telefonu jeszcze nie mam  ale
będzie lada dzień. Więc czekam na was w niedzielę, tak około dwunastej. Tylko
nie  zapomnijcie! A obiad zjecie u mnie. No to pa, lecę  bo już pózno! Mąż
czeka na mnie na parkingu koło dworca, przywiózł mnie samochodem.
Okręciła się  na szpilce i drobnym krokiem, lekko kołysząc biodrami poszła do
wyjścia.
Patrzyłyśmy na jej oddalające się plecy, nieco zdumione i lekko obrażone.
Adres napisany na kartce wskazywał  jedną z podwarszawskich  miejscowości.
Na starannie wykonanym planiku były nawet nazwy ulic, którymi należało
dojść do domu  Elizy.
Zwariowała - stwierdziła  autorytatywnie  Ewa.
I ciekawe który to mąż, bo gdy ostatnio z nią rozmawiałam, to stwierdziła, że
się rozwodzą.
Może się pogodzili, bo Marek to taki ugodowy facet jest - dopowiedziała Iza.
No to będzie  ciekawe spotkanie - stwierdziła Alicja.
Dorota zaczęła się śmiać - ciekawe co to za obiad, bo przecież ona  nigdy nic
nie gotowała a nie sądzę by zrobiła jakiś kurs  gotowania. Już widzę ten jej
obiad - grzanki z serem i pieczarkami albo kiełbasiane miseczki z pieczarkami.
Roześmiałyśmy się teraz wszystkie, bo Eliza rzeczywiście nie umiała i nie
chciała gotować.
No tak- wycedziła  wolno Ewa - znaczy się trzeba zjeść coś solidnego w domu,
żeby tam z głodu nie zejść. Nie znoszę tych grzanek z serem i  nieśmiertelnych
"miseczek z  szynkowej z pieczarkami".
Alicja dodała  - zastanawiam się co jej odbiło, że się przeniosła pod Warszawę.
Wiem, że Marek marzył o domku pod Warszawą, więc może oni przeżywają
renesans uczuć?
Dorota znów się  zaśmiała- renesans uczuć po czterdziestce? Po kilkunastu
latach małżeństwa? Bredzisz Alka. Poza tym nie  sądzę by nagle Elizka stała
się romantyczną kobietą.
Milcząca dotąd Barbara  rzuciła: a pamiętacie jak Elizka dołączyła do naszej
klasy?  Spojrzałyśmy na Barbarę i  wszystkie wybuchnęłyśmy śmiechem.
Elizka przyszła do naszej szkoły w połowie roku szkolnego. To była już ostatnia
klasa podstawówki, siódma.
Do klasy przyprowadziła ją sekretarka dyrektorki, gdy już się rozpoczęła
lekcja polskiego. Jedyne wolne miejsce w klasie było obok Wojtka.
Nauczycielka podeszła do Elizki, objęła  ją ręką i zaprowadziła do ławki,
w której siedział Wojtek.
Rozgość się tutaj i przedstaw się klasie- powiedziała. Elizka wstawiła swój
"regularny worek" pod ławkę, nabrała powietrza i głośno powiedziała :
 nazywam się Eliza Waligórska.
Oooo,  na ust koral pani od polskiego wypłynął uśmiech. Eliza, Eliza to bardzo
ładne imię! - jej głos dzwięczał entuzjazmem.
W tej chwili Marek. odwrócony do nauczycielki plecami czknął i wygłosił:
"Eliza, waliza, można taką zapakować i wynieść".
Oczywiście cała klasa gruchnęła śmiechem, Eliza też się roześmiała a pani
od polskiego zawołała- "Marek, proszę przeprosić nową koleżankę za
idiotyczny żart  a następnie iść się pochwalić pani dyrektor jaki jesteś
dowcipny".
Chyba nikt wtedy nie podejrzewał, że za ileś  lat  Eliza i Marek zostaną
małżeństwem.
Po podstawówce większość z nas trafiła do tego samego liceum , które
powołano w ramach tej szkoły  i  nasza kilkunastoosobowa paczka  nadal
trwała. Byliśmy ze sobą dość mocno zżyci i spotykaliśmy się nadal, pomimo
upływu lat.
Były trzy małżeństwa, rodem jeszcze z podstawówki, a żony i mężowie
członków naszej paczki nie wywodzący się  z  naszej podstawówki musieli
zdobyć akceptację "starej gwardii".
Dwa razy w roku spotykaliśmy się "wszyscy obowiązkowo" w pewnej kawiarni,
która wynajmowała salę na różne okazje.
Poza tym płeć piękna starała się spotykać na zwyczajnych babskich pogaduchach.
Tylko czasu było  coraz mniej bo z latami przybywało dzieci a tym samym
obowiązków.
Umówiłyśmy się, że w niedzielę spotkamy się na dworcu podmiejskiej kolejki
i razem pojedziemy,  to porozmawiamy jeszcze po drodze.
Postanowiłyśmy też, że na nowe miejsce  sprezentujemy Elizce "komplet na
ławę" czyli  cepeliowski bieżnik  z małymi serwetkami.
Bo przecież serwet, bieżników i  małych serwetek nigdy w domu za wiele.
W piątek przed "wyprawą" do Elizki,  Ewa która nie lubiła improwizacji,
przejrzała rozkład jazdy podmiejskiej kolejki i poinformowała nas telefonicznie,
że pasująca nam kolejka odjeżdża o godzinie 10,00 , wlecze się  około godziny,
więc skoro jeszcze  musimy się od  owej kolejki  jakiś kawałek drogi przejść, to
musimy właśnie tym pociągiem  pojechać a nie  następnym.
W związku z tym musimy być z 15 minut wcześniej, bo przecież jeszcze trzeba
kupić bilety.
W tym czasie ta podmiejska linia przechodziła modernizację - odcinkami
wymieniano tory i tabor. Część już była wymieniona, ale my miałyśmy
pecha - trafił nam się stareńki skład - nie dość, że jechało "toto" wolno, to całą
drogę wydawało jakieś przedziwne dzwięki , na każdym zakręcie miałyśmy
nieodparte wrażenie, że zaraz wagonik wypadnie z szyn a ponadto na każdym
złączeniu szyn wagonik dziwnie podskakiwał.
Cholera ! złościła się Dorota- szybciej byśmy się doturlały piechotą. A może
to draństwo wcale nie jedzie po szynach tylko po podkładach i dlatego tak
trzęsie, piszczy i się wlecze????
Za oknem wolno przesuwały się domy i ogrody, mijane stacyjki nie błyszczały
urodą, na niektórych nie było nawet normalnych peronów tylko usypany i
utwardzony wał ziemny.
Po ponad godzinie dotarłyśmy na docelową dla nas stację. Ta miała nawet coś
jakby peron, ale był zupełnie niedostosowany do schodków wagonu kolejki.
Każda z nas wykonała "skok w przepaść" jak określiła to Dorota i każda
cieszyła się w duchu, że założyła pantofle na płaskim obcasie.
Obejrzałyśmy dokładnie swe  planiki- wyglądało na to, że na razie to musimy
przekroczyć tory i iść drogą/ulicą  o wdzięcznej nazwie "Konwaliowa".
Chodnik z cementowych płyt skończył się chyba po 100 metrach i dalej
szłyśmy tzw. drogą bitą.
Wyobrażacie sobie jak tu musi być fajnie wiosną, jesienią i zimą gdy ta  "ulica"
rozmięknie?- zapytała Baśka.
Wyobrażałyśmy sobie - "jedynym obuwiem  zapewne  muszą być kalosze, albo
filcaki oblane wysoko gumą" - odpowiedziałyśmy niemal chórem.
Ewa rozejrzała się dookoła. No ale popatrzcie jak tu jest  jednak ładnie, tylko czy
my naprawdę dobrze idziemy? Strasznie tu pusto nie ma zupełnie zabudowań!
Nie nudz- uciszyła ją Ala- mamy iść do pierwszego skrzyżowania i skręcić
w lewo, w ulicę Polną. I na tej  Polnej stoi dom  Elizki i  Marka.
Albo i nie Marka, ale jakiegoś pana "XYZ" - dodała Baśka.
Nieco rozbawione i nieco zaniepokojone tym odludziem doszłyśmy w końcu do
skrzyżowania dróg, czyli ulic. Bo na skrzyżowaniu stał słup  z tabliczką, która
głosiła, że poprzeczna ulica nosi nazwę Polna.
Nazwa była adekwatna do topografii, bo teraz szłyśmy pomiędzy polem kartofli
i polem obsadzonym równymi rzędami jakichś zielonych roślin.
Dziewczyny, niech ja padnę,  ale tu rośnie groszek zielony! wykrzyknęła naraz
Alicja. Taki sam jak u mojej teściowej na działce! No a skoro tu rośnie groszek,  a
tu kartofle to i jakieś domy zaraz będą.
Domy  rzeczywiście były, ze 100, 150 metrów od drogi. No ale dom Elizy miał
stać przy drodze i miał mieć tabliczkę z numerem 27.
Po 10 minutach dalszego dreptania polna droga  zaczęła udawać ulicę, bo po
obu jej stronach stały domy- jedne nowe, inne niezbyt nowe, po lewej numery
nieparzyste,  po prawej parzyste.
Już go widzę, zawołała Ewa- to ten otynkowany na różowo, po lewej stronie.
To ty już tu byłaś?- Dorota wdrożyła śledztwo. Ewa uśmiechnęła się - nie
byłam ale obliczyłam na podstawie mijanych numerów.
I rzeczywiście duży piętrowy dom, w kolorze fuksji, otoczony był dużym
ogrodem. Pod budynkiem był wjazd do garażu.
Stanęły przed furtką  i któraś nacisnęła dzwonek. Dość długo nic się nie działo,
ale z domofonu dobiegł głos Elizki- moment, moment już idę, tylko wezmę
smycz.
Po chwili otworzyły się drzwi domu i stanęła w nich Elizka  z ogromnym
psem, którego trzymała za obrożę.
O Boże- wyszeptała Baśka- to wilczarz,  prawdziwy wilczarz!!! Piękny!
Cudny!
Pies był wielkości cielaka ale  wyglądał niewinnie.
Wciąż trzymając psa za obrożę Elizka podeszła do bramy- wchodzcie pomału,
 pojedynczo i dajcie  się psu spokojnie obwąchać. On musi was poznać, a ja
mu w tym pomogę, mówiąc przy każdej z was "to przyjaciel".
Za 10, 15 minut będzie się do was łasił jak szczeniak, bardzo lubi być nie
tylko głaskany ale i w centrum uwagi. Mówcie mu, że jest piękny- to jest
słowo-klucz do niego.
Zapewnianie psa, że jest piękny  nie sprawiło nam  najmniejszego kłopotu,
bo rzeczywiście był piękny.  Każda została obwąchana, polizana, poszturchana
nosem i psisko uznało nas "za swoje".
Teraz Eliza zdjęła mu obrożę, powiedziała "idziemy do  domu" i pies zaczął
nas zaganiać do domu.
W holu domu pies został odesłany na swoje miejsce, a nam Eliza zaproponowała
odświeżenie w  łazience dla gości, skąd miałyśmy wziąć sobie również "kapcie
gościnne".
W łazience dla gości było całe mnóstwo cienkich  filcowych klapek, na olbrzymiej
rolce były jednorazowe ręczniki.
Potem Eliza zaprosiła nas do salonu- niedużego, raptem 42,5 metra.
Tu stały dwa ekspresy do kawy, elektryczny czajnik  , w szafce - gablotce stały
filiżanki, szklanki, talerzyki. Łyżeczki i widelczyki tkwiły jeszcze w  pudełkach.
Salon był urządzony w stylu "niejako nowoczesnym", bo po prostu jeszcze nie
 był urządzony.
Eliza wyjaśniła nam, że na razie to urządzone są pokoje na górze, czyli sypialnia,
dwie łazienki i pokój gościnny, a na dole tylko kuchnia.
A gdzie jest Marek? zapytała nagle Alicja.
A skąd ja mogę wiedzieć?-  odpowiedziała z uśmiechem Elizka. Od dawna nie
jesteśmy małżeństwem- chciał rozwodu to mu ten rozwód dałam.
W separacji byliśmy ponad rok, od pół roku mam już innego męża i nie interesuje
mnie co robi Marek.
A ten dom jest Twojego męża? - zapytała Dorota. Nie, nie mojego męża tylko
mój. Dom dostałam od rodziców gdy umarła babcia. Mieli dosyć mieszkania
na tym zadupiu i przeprowadzili się do Warszawy.
A mnie i mojemu mężowi podoba się tutaj. Zaraz Wam pokażę nasze  zdjęcia
ślubne. Wyszła na chwilę i powróciła ze sporym albumem.
Eliza, ale dlaczego właściwie się rozeszłaś z  Markiem? Ja przepraszam, że Cię
o to pytam , ale jakoś nie mieści mi się to w głowie- Alicja była bardzo
zmieszana zadając to pytanie, a w jej oczach błyskały łzy.
Eliza spojrzała na nią, podeszła do niej i mocno objęła.
Ala, nie  przejmuj się tak - po prostu Marek zapragnął w pewnej chwili dziecka,
ale ja go uprzedzałam jeszcze przed ślubem, że ja dziecka nie chcę i on się na
takie warunki zgodził. Ja po prostu jestem pozbawiona instynktu macierzyńskiego.
Nigdy nie pragnęłam dziecka, nigdy mnie  dzieci  nie interesowały i nadal mnie
nie interesują.
Zamyśliłam się - fakt, Elizka nigdy nie przychodziła obejrzeć kolejnego potomka
z naszej paczki. Gdy któraś z nas była w ciąży starała się wtedy nie przychodzić
na spotkania- a to musiała wyjechać, a to miała grypę lub katar.
Muszę wam jeszcze coś powiedzieć - oznajmiła Elizka.Mój mąż jest ode mnie
sporo młodszy, ale ma dobrze poukładane w głowie i wie, że ja mu dziecka nie
urodzę ani nie adoptuję.
Sięgnęła do albumu i wyciągnęła z niego zdjęcie.  Oto on.
Ze zdjęcia  spoglądał na nas bardzo atrakcyjny facet.
Ojej, pisnęła  Dorota. Ja go już gdzieś widziałam!
Eliza uśmiechnęła się- no pewnie, że widziałaś, bo  był modelem.
Zrezygnował z tej pracy po dwóch latach. Bo to bardzo ciężki zawód i chyba na
dość krótko. Nie idzie w parze utrzymywanie  niskiej wagi i jednocześnie
budowanie umięśnionej sylwetki.
Wyciągnęłam go z tego wybiegu bez trudu, skończył studia, jest informatykiem,
ma własną firmę consultingową. I ma jeszcze dodatkowe zalety- jest naprawdę
cudownym kochankiem i.....świetnie gotuje.
Będzie tu za dwie godziny, więc chodzcie teraz na górę, pokażę wam naszą
sypialnię i nasze łazienki.
Sypialnia była nieco mniejsza niż salon, Z tyłu,  za olbrzymim łóżkiem była
wielka garderoba z ukrytymi drzwiami.
Po obu stronach  małżeńskiego łoża, za ścianą z luksferów każde z nich
miało własną łazienkę. W każdej była wanna ,  kabina prysznicowa, umywalka
i  wydzielone  wc, oraz szafa w ścianie na ręczniki.
W łazience Elizki dodatkowo była funkcjonalna toaletka z trójdzielnym
lustrem i mnóstwem szufladek oraz.....  leżanka.
A po licho  ci ta leżanka !- zawołała Ewa.
No jak to po co? Nie mogę siedzieć  z maseczką z ogórka na twarzy, bo ten
ogórek spada przecież! Muszę leżeć wtedy. Przecież nie będę leżeć w sypialni.
A poza tym czasem bierzemy kąpiel w mojej wannie  bo ma bąbelki, jakieś takie
pobudzające i leżanka bardzo się wtedy przydaje.
To pokrycie tylko wygląda jak aksamit ale jest nieprzemakalne, dostosowane do
łazienki.
W pół godziny pózniej przyjechał mąż Elizki.W naturze wygladał mniej atrakcyjnie
 niż na zdjęciu, za to okazał się bardzo sympatycznym facetem.
I praktycznym - w 10 minut po nim przyjechał obiad - catering z jednego z hoteli,
 w którym pracował kolega Emila.
Do Warszawy wracałyśmy wieczorem. Każdej z nas co innego się podobało.
Mnie osobiście najbardziej sama Elizka i jej postawa życiowa- bardzo lubię i cenię
konsekwentne kobiety.





piątek, 26 maja 2017

Z pamiętnika Nijakiej.

Nijaka to moje  drugie  imię. Nijakość to nie tylko wygląd, to także charakter.
I poglądy.  I sposób myślenia. A także to wszystko co mnie w życiu spotyka.
Dwa razy byłam jedną nogą w innym wymiarze - ale o tym nie wiedziałam.
Raz jako czterolatka, drugi raz w  dwadzieścia lat pózniej.
Z okresu dzieciństwa to pamiętam tylko, że gdy wyzdrowiałam na nowo uczyłam
się chodzić.
W drugim przypadku rzecz cała była w trakcie operacji i dopiero w kilka miesięcy
pózniej poinformowano mnie łaskawie o tym co się ze mną działo.
Napisałam o tym, bo też taka jakaś nijakość w moim życiu - inni jak zaczynają się
wybierać w inny wymiar to widzą jakiś tunel, jakieś światło, czują coś- a ja nic
 nie czułam, nie  widziałam, nawet nie wiedziałam że coś się dzieje "nie tak".
Szkoła to też była jedna wielka nijakość - lubiłam biologię, chemię, z fizyki
rozumiałam tylko  to co dotyczyło elektryczności, uwielbiałam język polski, ale
generalnie w szkole się nudziłam, koszmarnie się nudziłam. Czytałam strasznie
dużo, uczyłam się wielu rzeczy, tyle tylko, że nie były one w programie szkoły.
Więc pod względem  nauki też byłam nijaka.
I co jakiś czas zdarzały mi się dziwne przypadki.Kiedyś miałam jechać z moją
ciotką podmiejskim pociągiem do Pruszkowa, o jakiejś określonej godzinie.
Ale coś mi "odbiło" i wybrałam się do fryzjera by mi fachman nieco skrócił
włosy.
Facet tak mnie obsmyczył, że wracałam od niego z płaczem a w domu wręcz
wpadłam w histerię. To nie był płacz, to było wręcz wycie.Zupełnie się nie
mogłam uspokoić.
Wyglądałam tak jakby mi ktoś  założył na głowę miskę i obciął to wszystko co
spod niej wystawało.Urządziłam taki cyrk, że w końcu ciotka zdecydowała się,
że pojedzie sama,  następnym pociągiem.
Była na mnie wściekła i obrażona.
Wróciła po 2 godzinach wielce zdenerwowana - gdy dotarła na dworzec  to
dowiedziała się, że pociąg, którym przez moją histerię nie pojechała, miał kolizję ,
wypadł z szyn i wpadł na inny pociąg i sporo osób było bardzo ciężko rannych.
Mój atak ciężkiej histerii został mi wybaczony.
W uczuciach też mi szło nijako - w szkole miałam głównie przyjaciół ale nie
przyjaciółki. Jakoś  znacznie lepiej dogadywałam się z chłopakami niż
z dziewczynami. Bo nie obgadywali, nie plotkowali, można było z nimi na wiele
tematów pogadać, nawet na różne zakazane tematy.
W miłości niby nie było tak  żle - dopóki nagle,  zupełnie  bez powodu, przyszło mi
do głowy wybrać się do wytwornego zakładu  fryzjerskiego, z którego usług
oboje z ukochanym  korzystaliśmy.
Spotkałam naszą wspólną znajomą, która była krótkowidzem, ale bardzo często nie
nosiła okularów, a która wyraziła wielkie zdziwienie, że znów jestem brunetką, bo
jeszcze tydzień temu widziała mego ukochanego ze mną, ale wtedy byłam jasną
blondynką.
No cóż, znów dziwny przypadek, bo tydzień temu mój ukochany, wręcz narzeczony,
niemal mąż, był rzekomo w delegacji zagranicznej.
Tak naprawdę nawet nie usiłowałam tego wyjaśnić- uznałam, że nie ma po co.
Rok póżniej wyszłam za chłopaka, którego znałam "z daleka" od roku, z bliska-
tylko pół roku.
Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że powinnam za niego wyjść -jesteśmy do dziś
razem.
W moim mieście mieszkam od urodzenia, schodziłam je w dzieciństwie i w wieku
szkolnym wzdłuż i wszerz. A już  dzielnicę, w której mieszkałam, znałam jak
własną kieszeń. Na moich oczach zrujnowane domy odzyskiwały nowe życie, te
bardziej zrujnowane były rozbierane, ruiny pomału znikały.
I nagle, w biały dzień zgubiłam się. Weszłam w małą uliczkę, z jednej strony
zamkniętą zabudowaniami i ogrodzonym podwórzem.
Ale tym razem podwórze na końcu ulicy miało bramę, której nigdy przedtem nie
widziałam  i brama ta była otwarta. Zupełnie nie mam pojęcia po co weszłam na
 to podwórze. Teoretycznie powinnam była  przejść nim na inne podwórze pomiędzy
dwoma rządami dwupiętrowych domów. Ale wcale tego podwórza nie było  i tych
stojących po obu stronach domów również nie.
Szłam coraz bardziej zdezorientowana, zupełnie nie wiedziałam dokąd dojdę.
W końcu wyszłam wprost  na bramę Przedsiębiorstwa Miejskiej Zieleni. Obejrzałam
się  chcąc wrócić tą samą drogą, ale nic z tego- droga, którą tu doszłam zniknęła.
 Zrobiło mi się niedobrze, zaczęłam się zwyczajnie bać.
Byłam na skrzyżowaniu Rakowieckiej i  Boboli. Obróciłam się na pięcie i poszłam
Rakowiecką mijając po drodze uliczkę, na końcu której się  zgubiłam.
Weszłam w nią  na kilkanaście kroków, spojrzałam i zobaczyłam, że wszystko jest
na niej tak jak zawsze było i zawróciłam. Nie miałam odwagi dojść do jej końca
i sprawdzić, czy nadal  brama tego podwórza jest otwarta.
Zawróciłam, powędrowałam Rakowiecką do Kieleckiej i Kielecką doszłam do domu.
W domu tak na wszelki wypadek zmierzyłam sobie temperaturę - była normalna.
Do dziś nie wiem po jakie licho  poszłam na tę małą uliczkę  i po co przeszłam przez
tę bramę i dlaczego nie było tam tych domów ani przykościelnego sadu ani budynku,
w którym  wtedy był kościół  a w drugiej części seminarium.
W wiele lat pózniej byłam na działce u wujostwa, nad Liwcem. I znów  trafiłam nie
wiadomo dokąd.
Do Liwca było mniej niż  100 metrów, w tym miejscu były zabudowane tylko dwie
działki - wujostwa i ich znajomych. Odludzie jak licho. Do wsi trzeba było wędrować
4  kilometry, trochę przez las, trochę polami.
Postanowiłam, że powędruję do wsi i kupię od któregoś z gospodarzy mleko i jajka.
Dziecko  zostawiłam pod opieką cioci i wujka a sama powędrowałam z bańką i
koszykiem do wsi. Przedtem mi wujek dokładnie wytłumaczył jak mam tam trafić.
Bywałam na ich działce wcześniej i skoro trafiłam na ich działkę wg opisu to byłam
pewna, że do wsi trafię bez problemu. Miałam iść drogą aż pod las, potem kawałek
pod lasem w prawo i skręcić w pierwszą drogę w lewo, przejść nią przez las i za lasem,
w prawo skośnie już widać było wieś.
Niestety nie trafiłam do wsi, chociaż szłam zgodnie z tym co mi wujek powiedział.
Dotarłam do lasu, poszłam drogą pod lasem, przeszłam  drogą na drugą stronę lasu
(pierwszą drogą, która odchodziła w  lewo) i tu mi się "mapa skończyła".
Szłam i szłam a wiochy nie było. Za  to z 50 metrów od  drogi stał śliczny parterowy
domek, obrośnięty ciemnofioletowymi pnączami, chyba clematisami. Przy małym
płotku rosły malwy. Dom miał mały ganek też obrośnięty clematisami.
Wszystko było starannie pozamykane, w oknach wisiały białe koronkowe  firanki,
na zewnętrznych parapetach okien stały skrzynki z fioletowymi petuniami albo
surfiniami.
Stałam i gapiłam się na ten domek oczarowana. W końcu  uznałam, że chyba jednak
się zgubiłam i wróciłam tą samą drogą, która przyszłam.
Bo gdyby to była dobra droga, to powiedzieli by mi, że po drodze jest taki  mały,
wielkiej urody domek.
No i była afera - poszła sierota głupawa do wiochy i nie trafiła. Więc opowiedziałam
o tym domku. Okazało się, że nikt tu żadnego takiego domku nigdy nie widział.
Dwa dni go szukałam- raz  jeżdżąc samochodem z ciotką, raz idąc piechotą z wujkiem.
I nie znalezliśmy go, a  na mnie patrzyli się jak na wariatkę, która ma zwidy.
W 5 lub 6 lat  pózniej ktoś  w tym właśnie miejscu wybudował dom- był pomalowany
na ciemno niebieski kolor , w oknach były koronkowe  białe firanki i fioletowe
kwiaty w doniczkach na parapetach okiennych.
Nie widziałam go,bo więcej na  działkę nie jezdziłam, ale powiedziała mi o tym ciotka.
I miała bardzo dziwną minę gdy o tym mówiła.
Co jakiś czas zdarza mi się podejmować decyzje z pozoru przemyślane, ale wcale tak
nie jest.
Czasem po prostu wiem, bez analizowania "za i przeciw" co mam wybrać.  I już nawet
nie zastanawiam się dlaczego  akurat takie a nie inne rozwiązanie wybrałam.
I bardzo często, widząc kogoś po raz pierwszy doskonale wiem, że za jakiś czas nasze
drogi się skrzyżują i jakiś czas będzie to bardzo bliski kontakt.
Było wczesne lato 1981 roku, początek czerwca. Byliśmy  wraz z dzieckiem w Gdańsku
u mojej rodziny. Przy pożegnaniu bratowa powiedziała - "no to przyjedziecie do nas na
Boże  Narodzenie, dobrze?"
Bez namysłu odpowiedziałam- "oczywiście, ale nie wiadomo czy to będzie możliwe".
Nie było możliwe - w Polsce ogłoszono  stan wojenny.
W rodzinie dostałam przydomek " jaszczurczy język".
Przez jakiś czas nigdzie się w dziwny sposób nie gubiłam, ale wieczorami, gdy jeszcze
nie zasnęłam, ale miałam zamknięte oczy, przesuwał mi się pod powiekami tak  jakby
film, a może raczej  projekcja obrazów moich aktualnych myśli.
Otwierałam oczy- film znikał. Zamykałam - toczył się dalej.
W tym czasie miałam problemy zdrowotne - w domu kilkuletnie  dziecko a ja odkryłam
u siebie guzek w prawej piersi.
Bałam się nie o siebie ale o dziecko- może zostanie pół sierotą? I jednego wieczoru,nim
zasnęłam znów toczył się  pod moimi powiekami film. Stałam wraz z innymi, obcymi
kobietami na jakimś placu. Byłyśmy wszystkie ubrane w białe długie koszule, przed
nami stali jacyś mężczyzni- też w takich białych, długich "szmatach". Jeden z nich
podszedł do mnie i dość mocno dotknął mojej piersi w  miejscu tego guzka. Czułam
ten dotyk wyraznie. Po chwili powiedział- jesteś zdrowa. to nic groznego.
Otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku. Dziecko spało spokojnie, a ja jeszcze czułam ten
dotyk i docierał do mnie sens tych słów. Opadłam na poduszkę i spokojnie zasnęłam.
W tydzień pózniej pani onkolog,  specjalistka w tej dziedzinie obejrzawszy moje
wyniki tomografii komputerowej i obmacawszy dokładnie  tę pierś zawyrokowała- jest
pani zdrowa, w obu piersiach dużo się dzieje, ale to nic groznego. Pozostaje tylko
i wyłącznie obserwacja. I rzeczywiście dużo się ciągle działo, coś  znikało, czasem
coś przybywało i zawsze kończyło się  tylko na dalszej obserwacji.
I tak się toczy ta moja  nijakość - jedno jest pewne od tamtej operacji gdy byłam
bezwiednie na granicy życia,przestałam się  bać śmierci. To po prostu kolejny etap
naszej egzystencji, która chyba nigdy nie ma końca.
W przeciwieństwie do tego pamiętnika.




piątek, 3 lutego 2017

Miłość to czy przyzwyczajenie?

...bo czasami jest tak, że bez siebie zle i razem niedobrze. I nie za bardzo wiadomo jak
to wszystko ułożyć - Zosia westchnęła ciężko.
Sama chwilami nie wie czy kochała swego męża gdy wychodziła za niego za mąż.
Bo zupełnie inny młodzian wówczas ją adorował i wszyscy byli pewni, ona też, że
to on zostanie jej mężem. Ale pewnego dnia pokłócili się o jakieś głupstwo, głównie
o to, że Zosia z innym  zbyt długo i zbyt blisko tańczyła.
Kłócili się ostro, bo Zosia wcale nie czuła się winna- tamten chłopak był dobrym
tancerzem a ona to w mgnieniu oka doceniła. Był o niebo lepszym tancerzem niż
jej obecny chłopak- prowadził lekko ale pewnie, nie narażając Zosi na kontakt z innymi
tańczącymi. I nie mruczał jej do ucha granej właśnie melodii.
Uśmiechał się tylko leciutko patrząc jej prosto w oczy.
Po trzecim przetańczonym kawałku  dopadł ich jej chłopak i zażądał, by wyszli już
z tej zabawy. A Zosia tylko wzruszyła ramionami i odrzekła- jak chcesz to idz do domu,
ja jeszcze zostaję. Nie po to przyszłam by siedzieć przy stoliku i pić lemoniadę, chcę
tańczyć, rozumiesz??? I wiesz, nie będziemy się jutro widzieć, muszę od ciebie
odpocząć.
I czym prędzej pociągnęła tego świetnie tańczącego chłopaka w głąb parkietu.
Zabawa skończyła się około północy  i ciemnowłosy , ciemnooki, chudy jak szczapa
nowy znajomy zaproponował, że odprowadzi Zosię do domu, skoro  jej chłopak się
obraził na nią i wyszedł. Miał na imię Marek i był studentem Politechniki. Wpierw
czekali na nocny autobus, ale potem postanowili jednak iść na piechotę przynajmniej do
następnego przystanku. Marek był pięć lat starszy od Zosi i mieszkał w akademiku.

Gdy Zosia dotarła do domu spotkała ją następna awantura, tym razem  ze strony matki,
która wyczekując jej powrotu stała przy oknie i dobrze widziała, że to jakiś "obcy"
chłopak ją odprowadził, a nie Jerzy, z którym poszła na tę zabawę. Jerzy był już przez
jej matkę zaakceptowany jako ewentualny zięć. Mieszkał w tej samej dzielnicy a ich
matki znały się z  kolejek. Była to era wystawania po wszystko w kilometrowych
kolejkach i wiele osób  stojąc w jakiejś kolejce nawiązywało nową znajomość.
Gdy już matka się wyzłościła, Zosia poinformowała ją, że pokłóciła się z Jerzym i
nie będzie się więcej z nim spotykać.

W kilka dni pózniej, gdy wracała  z kursu kreślarskiego zobaczyła przed swoim domem
Marka. Trochę była zdziwiona tym spotkaniem ale jednocześnie jej to pochlebiało -
widać podobała mu się na tyle, że przyjechał jej szukać  w bardzo odległej od akademika
dzielnicy.
Marek zaproponował, by w najbliższą sobotę poszli potańczyć do jednego z klubów
studenckich. Dla Zosi  klub studencki to było "coś", rodzaj nobilitacji.
Ona po podstawówce ukończyła szkołę zawodową krawiecką, choć wcale nie czuła
powołania do szycia odzieży.
Teraz chodziła na kurs kreślarski, w nadziei, że gdy go ukończy dostanie lepszą
pracę niż jako początkująca  krawcowa w jakiejś firmie odzieżowej.

Marek zaczął się z Zosią dość regularnie spotykać. Na   każdym kolejnym spotkaniu miał
coraz bardziej maślane spojrzenie i  trudno mu było oderwać od Zosi nie tylko oczy, ręce
też. Poza tym cały czas mówił jej, że jest piękną dziewczyną, w zacisznych parkowych
alejkach przytulał i całował, mówił, że się najzwyczajniej w świecie w niej zakochał.
Pewnego dnia, gdy spotkali się około południa (Marek zerwał się z  jakiegoś wykładu),
a Zosia miała kurs póznym popołudniem, pojechali  na osiedle studenckie, gdzie
mieszkał jeden z kolegów Marka, bo Marek miał od niego wziąć jakieś notatki- taką
wersję przedstawił Zosi.
Gdy odnalezli domek, w którym ten kolega mieszkał, po krótkiej wymianie zdań kolega
zostawił ich samych, a Marek powiedział Zosi, że teraz mają dla siebie domek na kilka
godzin.  I że wreszcie będzie mógł ją całować i tulić bez przeszkód.
W dość krótkim czasie całkiem sprawnie pozbawił ją i siebie  odzieży, pozachwycał się
jej nagością, a potem spędzili kilka godzin na intymnych pieszczotach a ukoronowaniem
tego dnia była utrata przez Zosię dziewictwa.

Zosia była wychowywana bardzo po katolicku i tak naprawdę nic nie wiedziała o czymś
tak dziwnym jak  antykoncepcja i była pewna, że w ciążę to można zajść tylko wtedy,
gdy już się jest mężatką. Według niej stan panieński jakimś cudem nie dopuszczał do
zajścia w ciążę.
Z perspektywy czasu Zosia za ten brak informacji wini swą matkę, która nigdy z nią nie
rozmawiała  na "te tematy".
Z rozmów z koleżankami wysnuła wniosek, że za pierwszym razem nie  zajdzie się w ciążę,
nie ma obawy.
No niestety stan panieński jak i również "pierwszy raz" nie zadziałały antykoncepcyjnie
w jej przypadku.
Gdy Zosia zorientowała się, że coś jest  nie tak jak dotąd, powiedziała o tym Markowi.
A Marek wcale się tym nie zmartwił- zapewnił ją tylko o swej dozgonnej miłości i
powiedział, że w takim razie  on się z nią ożeni, natychmiast.
I że przyjdzie do jej rodziców prosić o jej rękę i to w najbliższą niedzielę.
Matka Zosi domyśliła się skąd ten pośpiech ze ślubem i jedyne "wsparcie" jakie  Zosia
dostała od  matki to były słowa: "no to sobie dobrze urządziłaś życie".
I tym sposobem Zosia w wieku 19 lat została mężatką i równo w dziewięć miesięcy od
tego  swego "pierwszego razu" - matką.

Nie mieli mieszkania, nie mieli pieniędzy ani wsparcia ze strony rodziny. Marek przerwał
studia, bo musiał nagle zacząć zarabiać. W drodze łaski matka Zosi pozwoliła jej by do
chwili urodzenia  dziecka pozostała w domu.Ale gdy już dziecko przyjdzie na świat ma
opuścić dom rodzinny.
Prawdę mówiąc, to w domu nie było miejsca na kolejnego lokatora. W dwóch pokojach
bez wygód mieszkali rodzice Zosi, babcia  oraz młodsza siostra Zosi. Na domiar złego
jeden z pokoi był przechodni.

Marek też miał nieciekawą sytuację - jego ojciec umarł gdy był jeszcze małym dzieckiem,
matka wyszła  za mąż po raz drugi  i obdarzyła Marka siostrą. Ojczym nie był złym
człowiekiem ale utrzymanie żony i dwójki dzieci było dla niego chyba zbyt wielkim
wysiłkiem.A może chorował wciąż - tego Zosia nie wie. W każdym razie rodzina  żyła
w ogromnej biedzie, w okolicy jednego z miast wojewódzkich oddalonego od stolicy
o drobne 300 km.
Marek na studiach żył ze stypendium i tego co zarobił w spółdzielni studenckiej. Jego
przerazliwa chudość była wynikiem stałego niedojadania.
Marek naprawdę bardzo się starał - pracował i po kilku miesiącach przerwy podjął naukę
na studiach  wieczorowych. Udało mu się wynająć pokój przy rodzinie.
Ale gdy tylko okazało się, że Marek do tego pokoju chce sprowadzić żonę z dzieckiem,
natychmiast wymówiono mu mieszkanie.
Nikt nie miał ochoty na słuchanie płaczu niemowlęcia . I gdy Marek odebrał Zosię
wraz z dzieckiem ze szpitala, zawiózł ją do swojej matki.
Zosieńka była bardzo a bardzo nieszczęśliwa - nagle  została z dzieckiem wśród, jakby na
to nie  spojrzeć, obcych dla siebie ludzi. Tu Zosia zamieszkała w pokoju wraz z młodszą
siostrą Marka. Starała się bardzo mądrze gospodarować pieniędzmi, które zostawił jej mąż.
Nie miała pojęcia, że to pożyczone pieniądze i że Marek musi spłacać tę pożyczkę.

W ramach troski o poprawę choć trochę swej rozpaczliwej sytuacji finansowej Zosia
zaczęła wykorzystywać umiejętności nabyte w szkole zawodowej. Na  bardzo, bardzo
wiekowej maszynie  do szycia, której teściowa nie używała, Zosia robiła sąsiadkom
różne poprawki krawieckie lub robiła na drutach sweterki dla dzieci.
Nie brała za to pieniędzy, ale np. jajka, warzywa hodowane w przydomowych ogródkach,
czasem jakieś mięso z uboju gospodarczego.
To był trudny czas. Marek przyjeżdżał rzadko -  po pierwsze pracował, po drugie zaczął pisać
pracę magisterską.
Teściowa  zmusiła Zosię by koniecznie ochrzciła dziecko i by chodziła razem z całą
rodziną w każdą niedzielę do kościoła, oczywiście z dzieckiem. Na szczęście dla Zosi
mały urządzał własny koncert ilekroć w  kościele ludzie zaczynali śpiewać. Po kilku
takich  "przewrzeszczanych" przez małego mszach, teściowa odstąpiła od tego wymogu.
Ale stwierdziła, że widocznie w dziecku diabeł siedzi.
Na szczęście jedna ze znajomych pań, korzystająca z usług Zosi, wytłumaczyła teściowej,
że dziecko po prostu boi się hałasu a strach okazuje płaczem.

Wreszcie Marek obronił dyplom magisterski. W kilka dni pózniej spotkał kolegę, który
szedł do MSW, by  porozmawiać na temat podjęcia  pracy w tym resorcie.
I w wojsku i w milicji było sporo pracowników cywilnych. Co jakiś czas, zależnie od
potrzeby,  wojsko i milicja wysyłało swych pracowników kadr, by rekrutowali nowych
pracowników z określonych instytucji.
Kolega namówił  Marka, by poszedł razem z nim na to spotkanie- najwyżej się dowie, że
nie ma dla niego pracy, ale nikt go przecież tam nie zje.
I  Marek posłuchał, tej całkiem niezle brzmiącej rady.  Rozmowa trwała niemal 3 godziny.
Potrzebowali inżynierów w tej specjalności, którą miał Marek, a młody wiek był atutem
a nie przeszkodą.
W efekcie Marek dostał całą stertę różnych papierów do wypełnienia i masę skierowań na
różne badania, oraz zapewnienie, że jeżeli się sprawdzi jako pracownik, za rok dostanie
mieszkanie w bloku, który się właśnie buduje. Pensja może nie była na początek zbyt
oszałamiająca swą wysokością, ale raz do roku Marek miał dostawać sorty mundurowe,
wczasy w ośrodku nad morzem albo w górach,  za które opłata była śmiesznie niska oraz
deputat węglowy. A do czasu otrzymania mieszkania  może mieszkać w służbowym
mieszkaniu, jeśli je sobie  na koszt własny wyremontuje. Poza tym ma trzymać język
za zębami i nie rozmawiać z nikim nad jakim tematem pracuje, z kolegami z resortu
również. A wszystkie papiery ma złożyć w ciągu trzech dni. Potem przejdzie całą serię
różnych szkoleń i zostanie wprowadzony w temat swej nowej pracy.
W pierwszym odruchu chciał tę sprawę omówić z Zosią,  ale za bilet kolejowy trzeba było
zapłacić no i w końcu dotyczyło to bardziej jego niż jej.

W ciągu 2 tygodni wyremontował z pomocą kolegów to służbowe mieszkanie- duży pokój
z oddzielną, posiadającą drzwi kuchnią. A pokój miał głęboką wnękę, w której bez trudu
mieściło się duże, podwójne  łóżko. Można było zawiesić kotarę i część sypialna stawała
się niewidoczna.
Pierwszą inwestycją Marka był zakup łóżeczka dla dziecka i dwóch materaców dla nich.
W sobotę nocnym pociągiem dotarł do Zosi. Z domu matki zabrał dwie zmiany bielizny
pościelowej, dwa koce. Kołdry i poduszki  oraz wszystko to, co Zosia dostała od krewnych
w ramach prezentu ślubnego czekało na Zosię w mieszkaniu jej rodziców.
Zosia pożegnała się z teściową i teściem, podziękowała za gościnę i wyrozumiałość i pełna
radości ruszyła w drogę powrotną do miasta rodzinnego.

Pierwszy tydzień w nowym domu spędziła na dokładnym myciu i szorowaniu wszystkich
szafek  w kuchni, przedpokoju i łazience.
Gdy już wszystko po swojemu oporządziła, wzięła dziecko na ręce i pojechała do swoich
rodziców. Niezle się złożyło, bo matki i młodszej siostry  nie było w domu, a ojciec był
szczęśliwy, że wreszcie widzi swą córunię i wnuczka.
Wręczył Zosi książeczkę PKO założoną  w opcji "na hasło"  i zabronił mówić o tym matce.
Gdyby mama zobaczyła sumę, która była na książeczce pewnie rozbiłaby garnek na głowie
męża. Na książeczce było bowiem niemal 20 tysięcy złotych. Pieniądze odkładał od chwili
gdy tylko zakończyła się wojna.
Potem poprosił, by Zosia została jeszcze z godzinę sama w domu z dzieckiem, bo on musi
pilnie gdzieś wyjść. Wrócił po trzech kwadransach z dziecięcym wózkiem, kupionym na
pobliskim bazarze. Wózek był w okropnym zielonożółtym kolorze, no ale był i Zosia aż
popłakała się ze szczęścia. Dziecko już sporo ważyło i dzwiganie go na rękach było mało
zabawne za to bardzo męczące. Umówiła się z  tatą, że kupno wózka też pozostanie
tajemnicą.
Zosia zostawiła tacie swój nowy adres, potem długo dziękowała i obiecała, że w najbliższą
niedzielę przyjdzie do rodziców po obiedzie razem z mężem i dzieckiem.

Markowi podobało się w nowej pracy. Co prawda wciąż były jakieś szkolenia ideologiczne
w których musiał niestety brać udział, ale pomimo tego dobrze rozwijał się zawodowo.
Jedyne co mu zupełnie nie szło, to pożycie z Zosią. Niezaplanowana ciąża i takiż ślub, poród
a potem nieustanne problemy życiowe wycisnęły piętno na jej psychice.
Bała się panicznie każdego  zbliżenia, już na tydzień przed spodziewanym okresem zamartwiała
się, że może znów będzie ciąża. Poza tym odkąd Zosia już była jego żoną, Marek przestał się
zupełnie wysilać by ją w jakikolwiek  zachęcić, rozbudzi -  kilka zdawkowych pocałunków
i on już był gotowy do działania. Potem nieco gimnastyki, ewentualnie  jakieś przymiarki do
nowej pozycji i.....koniec. Niemal natychmiast zasypiał.
Może gdyby Zosia porozmawiała  z którąś z przyjaciółek, albo może z lekarką, to dowiedziałaby
się, że z powodzeniem może być zupełnie inaczej, choćby tak jak było za tym pierwszym razem.
Ale w tamtych, w sumie nie tak odległych  czasach, rozmowy o seksie były nietaktem.
A rola kobiety sprowadzała się właściwie do całkowitej bierności. Wg większości kobiet te
aktywne to były tylko kobiety zajmujące się wiadomą profesją.
Nagość równała się nieprzyzwoitości a dotknięcie mężowskich genitaliów było czystym wyuzdaniem.

W tym pierwszym służbowym mieszkaniu przemieszkali blisko trzy lata.
Zosieńka nie pracowała, chciała synka odchować na tyle, by mógł  pójść do przedszkola.
Wreszcie dostali mieszkanie i to trzy pokoje z kuchnią.Szef Marka wystawił mu wspaniałą
opinię tak świetną, że mógł dostać jeden pokój więcej, bo Marek pracował naukowo.
No fakt, zaczął robić doktorat.
Mieszkanie było ładne, ale miało jeden mankament- było na trzecim piętrze, w czteropiętrowym
budynku bez windy. Do tego jakiś geniusz budownictwa wymyślił kręcone  schody.
Wchodzenie po nich było męczące bo w górę, schodzenie natomiast przyprawiało większość
osób o zawroty głowy. Najwięcej przekleństw rzucali pracownicy pogotowia ratunkowego gdy
musieli pacjenta  znosić po tych arcy niewygodnych schodach.
                                                                   c.d.n