niedziela, 16 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 95

W sobotnie przedpołudnie  Sophie i Teresa miały "wychodne" - całą gromadą dzieci mieli  się zająć tatusiowie.  Miejsca w restauracyjce u Greka były zarezerwowane  na godzinę 18,00.

Panie postanowiły wybrać  się do pałacu Hohenzollernów  w Charlottenburgu.  W planie miały  zwiedzenie  Starego Pałacu i Nowe   Skrzydło oraz spacer po ogrodach. Według  przewodnika, który miała Teresa   ze  sobą, zwiedzanie Starego  Pałacu zajmie im 1,5 godziny, zwiedzanie Nowego Skrzydła godzinę i spacer po ogrodzie także  godzinę. "Odpuściły"  zwiedzanie Pawilonu Schinkla, Belwederu i Mauzoleum. 

W drodze do Pałacu "odpuściły"  również spacer po ogrodzie, bowiem zaczął mżyć deszcz. Teresa wzięła w szatni dla siebie  multimedialny przewodnik z polskim tekstem. Sophie przyznała  się, że jest tu pierwszy raz, bo macierzyństwo jakoś dziwnym trafem nie  wpływało korzystnie na zwiedzanie i też  wzięła przewodnik multimedialny,  ale w języku niemieckim.  Już po przedreptaniu Starego Pałacu były zmęczone. Obie stwierdziły, że może i różne  cesarzowe  nie  zawsze  czuły się szczęśliwe,  ale trzeba przyznać, że obcowały na co dzień z pięknymi wnętrzami i przedmiotami. W pewnej chwili Teresa powiedziała do Sophie - ciekawa  jestem, czy one  przemierzały te przestrzenie na własnych  nogach czy  może były po tych salonach  noszone lub wożone - jakbym tu  miała mieszkać to nie wiem czy bym wychodziła do ogrodu - chyba bym już nie miała na  to  siły. No i popatrz na ten obraz- wyobrażasz  sobie ile musiała ważyć taka suknia ze srebrnej "lamy"? Chyba z 5 lub 6 metrów  musiał mieć kupon na taką suknię.  Ciekawa jestem czy one na  co  dzień chodziły takie zasznurowane w gorsetach? Nic dziwnego, że raczej krótko żyły, miały wieczne niedokrwienie  i zapewne  mocno zdeformowane narządy wewnętrzne jak żołądek i wątrobę i co tam jeszcze się  mieści.

No wiesz- coś za coś- śmiała  się Sophie - przynajmniej nie miały kłopotów finansowych i tak naprawdę  nie zajmowały  się domem tak jak my - do dzieciaków  to miały niańki a potem guwernerów, do obsługi męża jeśli był zbyt jurny to były oficjalne metresy i jakieś damy dworu. Mało która sama się ubierała lub rozbierała, do tego były dwórki. Nawet  nie  wiem czy takiej cesarzowej wolno było się samej obsługiwać  w sensie higieny lub ubierania i rozbierania. I chyba to zależało w pewnym sensie od  tradycji na danym dworze.

No nie wiem. Ale też nie  wiem czy te kobiety  były  szczęśliwe musząc żyć  na oczach  całego dworu. Nie  wiem  czy wyrobiłabym psychicznie takie życie na oczach wszystkich pań dworu - byłabym zupełnie  niewydarzoną cesarzową, bez przerwy na bakier z etykietą - stwierdziła  Teresa.  Poza tym te małżeństwa "na  szczeblu" to na ogół chyba  nie miały wiele wspólnego z miłością. To były przecież kontrakty obmyślane przez  rodziców  i  mające na celu skoligacenie  się w celu powiększenia majątku  i rozszerzenia i umocnienia wpływów  lub ochrony status  quo. Młodym  od dziecka wbijano do głów jakie obowiązki ich czekają i jakie  to  będzie  piękne a potem wmawiano im,  że miłość to dopiero po ślubie przychodzi.  Może i do niektórych przychodziła.

Gdy już były w szatni zadzwonił telefon Sophie - to Kurt ją informował, że czeka na  nie w  samochodzie koło przystanku autobusowego, bo się jednak paskudnie rozpadało. I że w związku  z tym Kazik zamówił catering do domu, żeby nie szwendać się z dzieciakami po deszczu. 

Oooo, Zik błysnął - stwierdziła Tesa. Nie miałam pojęcia, że tak można.  Można, obawiam się  tylko, że  Kurt to co dla nas to zamówił głównie pod  siebie i będzie góra kluch. On mógłby trzy razy dziennie jeść jakieś kluchy. A dla chłopców  to pewnie zamówił pizzę. Nie przejmuj się Sophie- przyjedziemy, obejrzymy co nam dostarczą i coś z tego wymodzimy.  Jeśli lubisz ryż i masz go w  domu to zrobię dla  ciebie taki ryż, że będziesz  się nim zajadać. A kluchy można podpiec razem z serem i też będzie ciekawie  smakowało. Odkryłam to przypadkiem. To nie  gotujesz  ich tylko pieczesz?- zdziwiła  się  Sophie. Ależ gotuję,  ale potem je traktuję oliwą, posypuję  ziółkami,  wstawiam  do piekarnika, a gdy się  zaczynają rumienić posypuję je tartym serem i jeszcze  chwilę  siedzą  w piekarniku. To taka fałszywa  zapiekanka. A że klusie  były potraktowane oliwą to szybko przez jelita przelatują. Oliwa to ten  sekretny składnik kuchni śródziemnomorskiej - dzięki  niej wszystko co zjemy nie  siedzi całą dobę lub  dłużej  w naszym  wnętrzu.

A włoscy kuchmistrze  ładuje tę oliwę  we  wszystko co tylko się  da. Jedna  z moich  koleżanek wydała  się za Włocha, którego poznała w pociągu na trasie Warszawa - Gdańsk. Facet kompletnie ogłupiał na jej widok - fakt, że była  z niej bardzo ładna  dziewczyna. I taka w stylu  Włoszki . Właśnie była wtedy po zdaniu egzaminu do Akademii Muzycznej, była  w klasie śpiewu. Sopran. Kieliszki kryształowe  pękały gdy wyciągała  górne "C". 

Facet  zakochał  się w niej na  zabój, i to tak, że nie  wrócił z delegacji do pracy do Włoch, tylko  się zakotwiczył w Polsce. l dwa miesiące później był ślub cywilny w Polsce, potem we Włoszech kościelny. Zamieszkali jednak  we Włoszech, bo facet był bardzo przywiązany do swej matki, a jego matka stwierdziła, że to  musi być  super ta  dziewczyna z Polski, skoro ukochany  synek ją właśnie  wybrał. Oczywiście już nie kontynuowała  dziewczyna studiów, zajęła się produkcją dzieci. Mają trójkę rok po roku i jedno urodzone "dopiero"  dwa lata po ostatnim  z tej trójki. Przy dzieciach pomaga jej włoska mama i niezamężna siostra jej męża. Do Polski wcale  nie przyjeżdżają, ostatnio umarł jej ojciec,  więc ściągnęli jej matkę do Włoch. I ta  dziewczyna nie może pojąć, że ja mam tylko jedno dziecko, bo przecież teraz "cesarka" to jak usuniecie zęba. Napisałam jej, że medycyna  zna niestety przypadki gdy usunięcie zęba zakończyło się  zgonem.

Sophie roześmiała  się - nie chcę być nieuprzejma,  ale strasznie  głupia ta twoja  znajoma - niestety "cesarka" to rozwiązanie ratujące  życie matki i  dziecka,  ale nie metoda na regularny rozród. Ale są podobno jakieś kraje, w Ameryce Łacińskiej,  w których 75% porodów to właśnie  cesarki i lekarze się zastanawiają jak temu zapobiec. 

Ja też tego nie rozumiem - stwierdziła Teresa- nie decydujemy  się na drugie  dziecko bo jest bardzo możliwe, że drugie też musiałoby być w ten  sposób sprowadzone  na świat. Ja już powiedziałam Kazikowi, żeby nie liczył na  drugie dziecko ze mną, wystarczyło mi wrażeń przy tym pierwszym porodzie,  chociaż sam zabieg był bezbolesny i nawet  miałam pokarm, bo mi małego przystawili do piersi gdy był jeszcze w mazi płodowej i we krwi. Ale to wszystko co było potem gdy odpuściło znieczulenie to mogę tylko wrogowi życzyć. Kazik był nadzwyczajny, że to wszystko przetrzymał cały czas  mnie nie odstępując.

No bo Kaz to cię naprawdę kocha. Kurt się śmieje, że Kaz to cię kocha  nawet  więcej  niż każda matka swoje  dziecko. Gdy Kaz tu pracował to kilka pań miało na  niego chętkę, ale on był jak diament twardy - od  razu informował, że ma w Polsce kobietę, którą  kocha. A Kurt ma do dziś w komórce sms od niego z informacją że wreszcie będziecie razem. A w ciąży to nie byłaś  sama - razem  z tobą był twój mąż i my oboje. A jaki był szczęśliwy, że twój ojciec go zaakceptował! Oboje  bardzo, bardzo polubiliśmy twego tatę. Taki zrównoważony, ciepły człowiek. I bardzo wyrozumiały - dodała  Teresa.

Przebrnięcie od Pałacu do niedalekiego w gruncie rzeczy przystanku dało paniom w kość, bo w ramach jak najwierniejszej  rekonstrukcji otoczenia Pałacu olbrzymi dziedziniec był pokryty tak  zwanymi "kocimi łbami" a one obie były w butach na obcasach. Musiały iść pomału by nie  powykręcać  sobie stawów skokowych  na tych sporych i teraz mokrych kamieniach. A deszcz padał z entuzjazmem godnym lepszej sprawy.

Gdy dobrnęły wreszcie  do  samochodu Kurt nieopatrznie  powiedział, że wyglądały niesamowicie  śmiesznie idąc przez ten teren. Dobrze, że spojrzenie nie  zabija, bo  w przeciwnym  razie padłby martwy od spojrzenia, jakim obdarzyła  go Sophie, a Teresa powiedziała - powinni w przewodniku  wydrukować informację, że dziedziniec jest wyłożony  naturalnymi kamieniami o różnej wielkości i na  dodatek śliskimi gdy są mokre, to włożyłybyśmy adidasy. Gdyby to była regularna  kostka brukowa to byłoby po niej wygodniej  chodzić. Od razu  widać, że ten projekt  obmyślał i realizował facet. Przecież  wystarczyłoby dać mały kawałek takiego bruku tuż obok wyjścia z pałacu i opatrzyć go informacją, że kiedyś teren przed pałacem był wybrukowany takimi kamieniami, a dla zwiedzających zrobić normalny chodnik.

W domu obie panie  zostały entuzjastycznie powitane przez  dzieci. Alek zaraz wylądował na rękach mamy i ją energicznie "ukochiwał", a Kazik dopytywał się jak  się pałac podobał Teresie. Pałac -bardzo ładny, ale ten dziedziniec  to klęska. Muszę szybko włosy wysuszyć, pójdę do pokoju, ty się zajmij Alkiem. Alkiem zajmują się  chłopcy i bardzo mu  się to podoba. Pomogę  ci suszyć włosy, Alek jak się stęskni  za nami to wie gdzie nas  szukać. Oni się świetnie nim zajmują, a najmłodszy, Piotruś, stał się guru dla naszego malca. Nie wiem jak to jest, bo Piotruś nie mówi do Alka po polsku, ale mały świetnie rozumie lub domyśla  się o co biega.

A co  zamówiliście na tę kolację? Bo Sophie cała  w nerwach, że będzie cała fura klusek. Zamówiliśmy wiele  fajnych greckich potraw- z tego co pamiętam to na pewno są souvlaki  w placku pita  i do nich  sos jogurtowy, takie  zabawne greckie gołąbki "dolmades"- czyli mielone  mięso i ryż  zawijane w liście winogron, jest wiejska  sałatka z fetą grecką i oliwkami- to mój ukłon w twoją  stronę, jest sparakopita (o ile nie pochrzaniłem nazwy)- taki placek z ciasta  filo nadziewany jajkami na twardo, fetą, szpinakiem i  koperkiem, jest gyros z ryżem i dla  dzieciaków koulowi- takie obwarzanki ze słodkiego  ciasta. Dla nas też  się nadają. Facet zachwycony zamówieniem, bo niemieckie żarłoki rzadko to zamawiają. W sumie jest fura dobrego jedzenia, które śmiało może  zostać  do następnego dnia, jeśli nie  zmożemy  dziś wszystkiego. Gyros jest z kurczaka. A souvlaki to małe kawałki mięsa  grillowane i włożone do chlebka  pita. I pewnie  też  jest to mięso z kurczaka. A ten  chlebek pita to coś w rodzaju pieczonego naleśnika ale naleśnik jest  z  ciasta  drożdżowego.  Grecy nie robią wielkich porcji, ale je  się na jednym  spotkaniu wiele różnych potraw. Może na przyszłe wakacje uda  się nam pojechać  do Grecji - przed  albo tuż po sezonie. Raz tylko byłem  w Grecji z rodzicami i te  chlebki pita ratowały mnie przed  śmiercią głodową, bo to co serwowali na tych  wczasach to mi  nie  smakowało. Bo ja byłem straszny niejadek. No teraz też  trudno byłoby  cię nazwać  żarłokiem - stwierdziła Teresa.  Teraz to ja się zrobiłem niejadkiem gdy mam jeść  coś poza  domem. Nie wiem jak to jest, ale to wszystko co ty  zrobisz to uwielbiam i  wszystko mi smakuje. No bo ja nie  walę do  wszystkiego pieprzu i nie  solę  dużo. Dlatego zawsze stawiam na stole sól dla gości. Wiesz co, już  się stęskniłem za naszym mieszkaniem i tatą. Tu, jak dla mnie, to jest stanowczo za  dużo ludzi.  Dobrze, że już  jutro wyjeżdżamy. 

Ciekawa jestem czy to greckie żarciuszko będzie  wszystkim smakowało. Mnie na pewno, bo lubię i gyros i souvlaki. Zaszalałeś dziś z tym  zamówieniem do domu. Zamówiłem wszystkiego po 8 porcji i jestem pewien że niewiele z tego zostanie. Ja nie wymawiam Kurtowi,  ale jego jedna porcja to twoje i  moje  dwie porcje. A te greckie porcje to są małe.

                                                                        c.d.n.


sobota, 15 kwietnia 2023

Lek na wszystko? -94

 Trzy  dni przed  wyjazdem z Berlina, późnym  wieczorem, Kazik powiedział do Teresy - jest pewna  sprawa, o której  musimy porozmawiać, bo podjąłem pewną  decyzję bez porozumienia  z tobą. Jak  wiesz, to pracowałem tu dość długo i całkiem dobrze,  a nawet bardzo  dobrze  zarabiałem, a niespełniona  wtedy  miłość do pewnej  mężatki, która  ukrywała  starannie  przed wszystkimi fakt, że jej małżeństwo jest katastrofą, sprawiła, że nie  wydawałem zarobionych tu pieniędzy. To nasze warszawskie mieszkanie kupiłem ze spadku po rodzicach. Mój ojciec z uporem maniaka kupował ziemię - działki rekreacyjne, dzięki czemu i Kris i ja mogliśmy kupić w Warszawie mieszkania. 

I te zarobione tu pieniądze  zainwestowałem w kupno w Berlinie mieszkania trzypokojowego w zrewitalizowanym budynku. Nie przewidywałem powrotu do Polski. I pewnie  gdybym nie pojął między wierszami, że jednak twoje małżeństwo nie wygląda  wcale  różowo,   to bym pozostał za Odrą. Przed powrotem do Polski te moje trzy pokoje  z kuchnią  wynająłem lokatorom. Płacą regularnie czynsz i oczywiście  media, dzięki  czemu to mieszkanie nie  generuje kosztów, bo koszt pożyczki bankowej spłacają najemcy. Przed opuszczeniem przez nich  mieszkania mają je na koszt  własny odmalować, ponaprawiać  wszystko, czyli oddać je  w takim stanie  jaki był w chwili  wynajęcia. O tym kupnie  mieszkania  nie powiedziałem Krisowi. Nie powiedziałem też i tobie - nie byłem pewien, czy nie będzie  ci za ciężko ukrywać tę wiadomość  przed Krisem i swoim tatą. Nie doceniłem ciebie,  za co cię teraz przepraszam.  Ale wierz mi - było mi źle  z tym ukrywaniem tego przed  tobą.

Wczoraj byłem tu notariusza i zrobiłem akt notarialny- spadkobiercami jesteście ty i Alek. I dałem w banku upoważnienie na ciebie do mojego konta. Umówiłem się na jutro z najemcami, że wpadniemy na chwilę do tego  mieszkania żebyś je obejrzała. Nie wykluczam sytuacji, że gdy szczęśliwie wymodzę ten doktorat to przeprowadzimy się do Berlina. Te trzy pokoje  z kuchnią są metrażowo takie jak nasze  pięć pokoi z kuchnią. Jeden z pokoi nadaje  się na podzielenie  go na  dwa pokoje i, co najważniejsze, mam zgodę właściciela budynku na takie  rozwiązanie. 

Zik, nie masz za co mnie przepraszać - to twoje pieniądze, nie moje. Nie kochanie - to nasze  wspólne pieniądze - nie mamy rozdzielności majątkowej, więc to co moje to i twoje. Nie jestem niestety optymistą i nie umiem przewidzieć jak  się ułoży  moje życie  zawodowe gdy zrobię  ten  doktorat. Tu z doktoratem będę osobą pożądaną pod  względem zawodowym ale  wątpię by tak było w Polsce. Oczywiście jeśli  się przeniesiemy to z tatą i tata o tym wie i akceptuje takie rozwiązanie. Ale tacie nie mówiłem o tym, że mam tu  mieszkanie. Śmieszne -  ale od  razu mi lepiej gdy ci o  tym mieszkaniu powiedziałem. Nie wiem czy  cię to pocieszy, ale Kurt też dopiero teraz dowiedział się o tym, że  kupiłem  mieszkanie.  Bo ja je tu będąc wynajmowałem,  a że się mi dobrze  mieszkało, to je kupiłem. Ale mi wybaczył, że nic wcześniej nie mówiłem. I wspaniałomyślnie nas tam jutro  zawiezie, chociaż  moglibyśmy tam dotrzeć metrem lub  autobusem,  ewentualnie taksówką. I już nie mam przed tobą żadnych tajemnic. Tu masz  wyciąg z konta mojego tutejszego banku. I jutro rano tam wpadniemy, złożysz podpisy, dostaniesz kartę.

Teresa uśmiechnęła się- pewnie się zdziwisz, ale nie mam o to do ciebie  żalu- miałeś takie niespodzianki z Anką, że miałeś prawo stracić  zaufanie do wszystkich ludzi,  a do kobiet  zwłaszcza. A co do konta - no to teraz rozumiem, dlaczego tyle pieniędzy wydałeś na Alka. Ty wydawałeś a ja  się zastanawiałam ile nam forsy "zapasowej" zostanie na koncie- nie skojarzyłam, że płacisz inną kartą. Kazik uśmiechnął się - widziałem twoje zdziwienie, czekałem kiedy mnie zapytasz czy aby mam jeszcze mózg w porządku, ale ty tylko zagryzałaś dolną wargę i nic  nie mówiłaś. Zaimponowałaś mi tym. Bo tak lekko biorąc to 80% żon zrobiłoby z tego  aferę zaraz po wyjściu  ze sklepu. A co ci miałam mówić, skoro teraz ja nie przynoszę pieniędzy  do  domu a  tylko ty.  Pomyślałam  tylko, że w liczeniu ty i tak jesteś  lepszy ode mnie i w najgorszym przypadku będę w Warszawie oszczędzać i że  zawsze można nieco  zredukować nasze koszty utrzymania bez większego trudu.

Kochanie,  nie będzie takiej potrzeby, wszystko będzie tak jak było. Nie przynosisz pieniędzy do  domu, ale dzięki temu  nie wydajemy pieniędzy na prywatny żłobek  lub jakąś  opiekunkę  do  dziecka. I dziecko nie  choruje i świetnie  funkcjonuje. Nie umiem ci nawet powiedzieć jaki jestem ci za to  wdzięczny. Jesteś nieco uwiązana w domu z  dzieckiem, na dodatek dbasz jeszcze o tatę i o mnie i obaj z tatą to bardzo, bardzo doceniamy. A na dodatek nie narzekasz  z tego powodu.

No a na co miałabym narzekać? Przed podjęciem decyzji o posiadaniu  dziecka dobrze  wiedziałam co  mnie czeka. Uważam, że mam szczęście, bo dziecko zdrowe, nie ma jakichś wad wrodzonych, ty mi bardzo dużo pomagałeś zaraz po rozwiązaniu, tata też nie jest uciążliwy, mnie się jednak  wszystko dobrze wygoiło, chociaż nie bardzo wierzyłam, że to nastąpi. Kocham cię nadal tak samo,  jestem najszczęśliwsza gdy jesteśmy bliziutko siebie. I wiem, że ty zawsze dbasz o dobro Alka, moje i taty. I pozostaje mi tylko codziennie modlić  się do bóstw wszelakich by taki  stan był do końca naszego życia. Byłam jedynaczką a teraz mam nawet brata, bo uważam, że Kris jest nie tylko twoim bratem - moim  również. Z Aliną  zawsze uważałyśmy  się za siostry.  Ta jej choroba trochę ją wytrąca z równowagi, ale teraz, gdy Kris wreszcie pojął, że to nie są jakieś napady nie wiadomo skąd i zaczął ją pilnować to wszystko będzie OK. I uważam, że mamy naprawdę dobrych przyjaciół - Jacek naprawdę nas traktuje jak prawdziwą rodzinę, Paweł też. I popatrz - nie pracuję  już z Frankiem w jednej  firmie, rzadko  się  ze sobą kontaktujemy, ale nasza przyjaźń przetrwała, powiększyło się nam  tylko grono przyjaciół. Chwilami  Joanna nie bardzo wie na jakich warunkach to wszystko funkcjonuje,  ale gdy urodzi dziecko poczuje się pewniej. Poza tym nie będzie już pod  wpływem swoich nieco dziwnych  koleżanek. Ona jako pierwsza  ze  swojego roku będzie  broniła  magisterkę. Nie wiem co prawda czy fajnie  się pisze i broni w czasie ciąży. Znam taką, która magisterkę na SGH broniła  w dniu w którym miała  wyznaczony termin porodu. Pod uczelnią siedzieli w  samochodzie jej mąż i ojciec, żeby w razie draki zawieźć ją do  szpitala. Urodziła  dwa dni po obronie. Jej mąż  się śmiał, że przecież  było wiadomo,  że nie urodzi w  wyliczonym  dniu, bo ona z natury była spóźnialska.

Ja mam tylko wyrzuty sumienia, że za mało ci teraz  w  domu pomagam - stwierdził Kazik. I jeszcze ci głowę zawracam, byś ze mną razem posiedziała w pokoju. Nie wiem co to jest,  ale twoja obecność obok działa na  mnie niezwykle pozytywnie, myśli mi się układają, porządkują. Siadasz  mi na kolanach, jedną ręką cię obejmuję, w  drugiej trzymam brudnopis, czytam z głową przytuloną do ciebie i od razu wyłapuję co jest nieco niejasne, słabo sformułowane. 

O kurczę , to nie wiem czy to dobry objaw, bo kiedyś gdy siedziałam na twoich kolanach to kończyło się to szalonym  seksem a nie nanoszeniem poprawek w napisanym tekście - śmiała  się Teresa. No ale teraz z reguły przychodzisz z Alkiem, jeszcze by się wystraszył - śmiał się Kazik. Jestem naprawdę szczęśliwy gdy oboje jesteście na  wyciągnięcie  ręki. Gdybym był samotnym facetem to nie sądzę, że robiłbym ten  doktorat. Pewnie bym wyjechał już dawno z Polski i co jakiś czas zmieniał kraj zamieszkania. I nie zakładałbym na pewno rodziny. 

Skakałbyś z kwiatka na kwiatek jak motylek? Gdybyś mnie odrzuciła - na pewno. Ale miałeś pecha i  cię nie odrzuciłam - śmiała się Teresa. Miałem szczęście, nie pecha! Nie wygaduj głupotek. Jesteś miłością mego życia. I bardzo, bardzo lubię gdy się do mnie tulisz. Lubię wszystko co ze mną robisz, każdy twój dotyk mnie elektryzuje i mógłbym przeleżeć z tobą resztę życia. Zmienialibyśmy tylko boki no i trzeba  by mieć kogoś kto by nam robił i donosił jedzenie. Strasznie   mnie rozpaskudziłaś - nie lubię przez  ciebie jeść poza domem. No to jest nas  dwoje - stwierdziła Teresa- ja też nie lubię jeść poza  domem. Poza domem to bez problemu mogę zjeść jakieś pieczone mięso i jakieś znane  mi  zielsko. Bo jedno i  drugie to widać  co to jest no i można  sobie  samemu nieco do smaku doprawić. Z kuchni poza  domowych to lubię pichcenie Jacka - on też stawia na prostotę. A tu to mi smakowało jedzenie u Greka i Włocha. 

No to jutro w takim  razie zaprosimy wszystkich do Greka. Tu jest o  tyle  fajnie, że można zamówić również  dania dostosowane wielkością i smakiem  dla dzieci.  Dziecko jest tu pełnoprawnym obywatelem. Co prawda jak dla  mnie to dzieci są tu dość rozwydrzone - nie jestem szczęśliwy gdy dzieciak swobodnie włóczy się  po restauracji czy  sklepie. No ale dzieci Kurta są naprawdę grzeczne - one  są naprawdę dobrze ułożeni i  nie  rozwydrzeni- broniła  chłopców Teresa. Noo, ja wiem o  tym - Kurt by nie zniósł gdyby któryś biegał sobie  po restauracji lub  po sklepie niczym źrebak  po łące i dlatego nie mam oporów by ich  wszystkich zaprosić na obiad do restauracji. 

A zauważyłeś, jak nasz się tu usamodzielnił?  Mnie imponuje jak dzieciaki go traktują - wszyscy trzej bardzo uważają by  sobie krzywdy nie  zrobił, jak toczą do niego piłkę to zawsze tak, żeby ją  mały bez problemu  złapał i biją mu brawo gdy ją  złapie - powiedziała Teresa. Oni są naprawdę świetnie  wychowani. Najmłodszy idzie już do pierwszej klasy. Ciekawa jestem jak  mu  się będzie podobało w szkole. 

Sophie jeszcze  nie idzie do pracy w tym roku, bo nie chce by mały siedział na świetlicy. Kurt coś kombinuje by ona  wcale nie wróciła  do pracy poza  domem, ale  żeby jednak miała jakąś pracę, którą mogłaby wykonywać  w domu. Sophie z koleżanką przymierzają się do założenia mini przedszkola. Tylko może być problem  z lokalem - bo najbardziej to ich mieszkanie pasowałoby na takie mini przedszkole. No i jest problem czy reszta mieszkańców  by to zaakceptowała  - to raz, a   dwa - musieliby znaleźć jakieś mieszkanie dla siebie. Te mini przedszkola są często  w lokalach, które  kiedyś były  sklepami. Bo, jak zauważyłaś jest tu stosunkowo niewiele małych sklepów, bo są wysokie czynsze i mały  sklep, który musi mieć jednak  swoje  zaplecze  sanitarne, magazyn i licho wie  co jeszcze,  nie jest w stanie  zarobić  tyle, by jeszcze mieć  zysk. Tu sporo jest  sklepów  franczyzowych. Poza tym możliwe, że bardziej opłaca się wykupienie  boxu w jakimś domu towarowym zwanym  tu elegancko Galerią Handlową.

Sophie odkryła niedawno u  siebie talent do szycia i zastanawia  się nad jakąś niedużą pracownią krawiecką - pokazywała  mi jakie sobie uszyła  sukienki i teraz się zastanawia czy może nie lepiej zająć się szyciem- powiedziała Teresa. I gdybym  była na jej miejscu to też bym  miała dylemat, bo po krótkiej przebieżce po tej sporej galerii jestem pewna że nie stałaby kolejka by zakupić jakąś  fajną sukienkę szytą prywatnie- po prostu to co jest na  wieszakach w tych sklepach jest niepokojąco tanie i ona  w życiu by na tym nie  zarobiła- mało tego- nie wyszłaby nawet na remis a musiałaby do tego  dopłacić. Bo na moje oko to wszystko jest szyte w nie  tylko "w trzecim świecie" ale  chyba  w piątym i jak  się dobrze poszuka to się coś  dla siebie  dobierze i jak widziałam, to tu są całe kilometry ciuchów przecenionych. Nie dlatego, że są  felerne,  ale  dlatego, że nie  są już najnowszym hitem mody. Kupiłam  sobie koszulkę nocną - bawełna, koszulka do kolan, krótki rękaw i kosztowała mnie mniej niż  5 €. To jak porcja lodów w kubeczku z łyżeczką. A propos porcje lodów - jedną można się najeść we  dwoje. A porcje w restauracji to też takie gargantuiczne  raczej. Wzięłyśmy sobie jedną porcję na nas  dwie - kelnerka popatrzyła na nas jak na jakieś zamorskie zwierzątka.  Na  wszelki wypadek zamawiałyśmy w języku  angielskim.  A  tak na marginesie - bardzo dobrze się dogaduję z Sophie - tak  samo obie patrzymy na otaczający nas  świat.

Wcale a wcale mnie to  nie dziwi- stwierdził Kazik- po prostu jesteście obie inteligentnymi  kobietami, które myślą samodzielnie,  a nie powielają cudzych  poglądów.  Kurt gdy cię poznał nie mógł się nadziwić, że mając cię "pod  nosem" zadałem się z Anką. Ja też tego nie mogłam pojąć - powiedziała Teresa.

                                                                c.d.n.

piątek, 14 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 93

 Dni mijały szybko  - raz lepsza była pogoda, raz gorsza i każdy wypatrywał wiosny. Na przełomie marca i kwietnia Kazik miał pojechać  służbowo do Niemiec. W pierwszej  chwili odmówił, ale zaraz następnego  dnia  zatelefonował do niego Kurt by dowiedzieć  się, czemu tak wzbrania się przed przyjazdem do Niemiec. Kazik, śmiejąc  się powiedział - bo nie umiem  zasnąć  bez przytulonej do  mnie Tesi.  Tylko w  tym problem? - zapytał Kurt.  No tak jakby- brzmiała odpowiedź. No to przyjedź razem  z Tesią i dzieckiem, będziecie  mieszkać u nas. Możecie nawet pociągiem, odbiorę was z dworca, potem  na dworzec odstawię.  Albo samolotem - odbiorę  was z lotniska. Sophie będzie  szczęśliwa,  a ty będziesz miał  się  do kogo tulić. Słuchaj- ja  mówię poważnie, naczelny to już miejsce  dla ciebie  szykuje- ma wszak oczy i  uszy i wie co u was się dzieje. 

Ale jeszcze  nie jestem  nawet  w połowie pisania- Kazik  studził entuzjazm Kurta- nie  wiadomo co z tego wyniknie. Wiadomo, wiadomo - to tylko w  kwestii płci  dziecka nigdy nie  wiadomo co wyjdzie- tu z góry wiadomo - nie ustępował Kurt. Jeśli powiesz , że ojca też  ci będzie  tu brakowało to możesz i ojca przywieźć a nawet Krisa z  żoną i dzieckiem. Najwyżej będą mieszkali w innym  mieszkaniu, nie u mnie. Rozejrzycie się przy okazji- Berlin się bardzo rozbudowuje, przybywa nowych  mieszkań. Gdyby Alek był już Aleksandrem to bym  ci podpowiedział, byście go zostawili z dziadkiem i przyjechali tu sami, no ale  to jeszcze ciągle maluszek, więc  raczej  go nie  zostawicie. Poza tym jest słodki i taka  z niego przylepka, że żal byłoby pozbawiać siebie  jego obecności. Uwiódł mnie  zupełnie, gdy  byłem ostatnio u Was. Chyba  mnie troszkę lubi. 

Kazik śmiał  się -no pewnie, że  cię lubi- z niego jest  dobry odbiornik- jeśli my kogoś  lubimy to na 95% wiadomo, że Alek też tę osobę  polubi. No a że my ciebie lubimy  to chyba  wiesz. No pewnie- zapewnił  Kazika   Kurt. A jak będziecie jechali samochodem to przywieź trochę tej suchej leśnej kiełbasy.  Leśnej to u  nas  nie ma, pewnie masz na myśli suchą kiełbasę myśliwską. No pewnie, że przywieziemy. No ale muszę namówić Teresę by zechciała jechać ze mną i dzieckiem. No to ja ją namówię - zaoferował  się Kurt. 

 Przecież to byłby tylko tydzień - jeśli samochodem to przyjedziecie w piątek akurat na lunch, będziecie wracać pewnie w niedzielę. Tylko nie poznawaj Tesi z moim szefem - to pies na kobiety, zaraz będzie ją uwodził.  No to chyba musiałby  chodzić cały  czas na rękach - stwierdził Kazik. Tesia nie zna niemieckiego. Ale on  zna  angielski, francuski,  rosyjski - i potrafi  być nadzwyczaj miły. Nawet Sophie stwierdziła, że ma facet podejście  do kobiet.

Teresa, gdy Kazik jej powiedział o propozycji Kurta i że pewnie Kurt weźmie się do namawiania jej do przyjazdu razem z Kazikiem stwierdziła, że bardzo jej ta propozycja odpowiada,  bo potrzebuje nieco odnowić garderobę małego, bo z wielu rzeczy już powyrastał, więc na pewno "polata" nieco po sklepach. Myślę tylko o  tym, żeby Jacek w  międzyczasie zaglądał do taty czy  wszystko jest   w porządku. Gdyby to było lato, to bym sprawę wcisnęła na głowę Frankowi, czyli bym wysłała  tatę do Frankowego ojca - a może lepiej by  było, żeby ojciec Franka pomieszkał trochę w Warszawie z tatą? Chociaż teraz, gdy jest pies to pewnie nie będzie  chciał psa zostawiać na  cały  dzień  samego. Gdy będziesz znał termin to wtedy  się naradzimy z tatą. Może byłoby najfajniej  gdyby tatę na parę  dni wysłać pod  Warszawę.   Mam nawet  sekretną umowę  z Frankiem, że gdy oni będą gdzieś wyjeżdżać to starsi panowie będą się hodować w tym czasie razem. Jakaś nerwowa się zrobiłam odkąd zostałam matką.  Ale to fajnie, że mogę pojechać  razem  z tobą.

Nie jesteś wcale nerwowa, tylko odpowiedzialna - tata już swoje lata ma, więc twoja troska o  niego jest jak najbardziej  na  miejscu.  Tata pewnie najchętniej zostanie u  siebie i pewnie będą  się z Jackiem dość regularnie odwiedzać. Bardzo  się polubili,  zresztą, chociaż  Jacek jest od taty młodszy, to mają podobne zainteresowania i niemal te  same  poglądy.  Nie wiem  czy zwróciłaś  uwagę - tata gdy mówi o  mnie to zawsze mówi "mój syn", zupełnie tak  samo jak Jacek o Pawle. Tyle tylko, że jestem tylko zięciem, ale tata mnie całkowicie  już zaadoptował, co mnie  zresztą szalenie  cieszy i mi pochlebia. Nigdy nie powie o mnie "mój  zięć", lub tylko Kazik,  zawsze jest to zawsze "mój  syn". No bo może marzył mu  się syn  a urodziła  się córka - powiedziała  Teresa. Mama mówiła, że planowali  "pareczkę", a wyszło jak wyszło.

Gdzieś tak głęboko mam żal do natury, że ten mój poród  był taki nietypowy. Ale boję  się, że drugi mógłby być taki sam. A naprawdę nie byłoby fajnie drugi raz przechodzić przez  to wszystko- znów się martwić czy  wszystko będzie  w porządku z dzieckiem, bo naprawdę na wiele rzeczy  nie mamy tak naprawdę  wpływu. Ziemia i tak jest już przeludniona i mocno wyeksploatowana. My tego  nie widzimy na co  dzień, ale oglądałam program dokumentalny o Chinach, o Indiach i to było przerażające. Straszliwie  płodne te nacje, no ale tam mniej  więcej  w trzy miesiące po porodzie mnóstwo kobiet już zachodzi w następną ciążę.  Zero szans na pełną regenerację organizmu.  Jak któraś ma fart urodzić jedno  dziecko w  styczniu to w grudniu już może być  w następnej ciąży. Przerażające. 

Ale pociesz się, że u nas też tak się zdarza- powiedział Kazik - jeden z naszych inżynierów ma dwoje  dzieci urodzonych  w tym samym  roku- jedno na początku stycznia a drugie w końcu listopada, czyli nawet tych zalecanych  sześciu tygodni wstrzemięźliwości po porodzie facet nie wyrobił. Dokuczaliśmy mu setnie, że taki z niego jurny  gość. I już ma  facet trójeczkę. Nie  wiem tylko czemu narzeka, że dzieci kosztują. Ostatnio jeden  z kolegów mu powiedział, że powinien się  zwrócić do kościoła o jakieś  wspomaganie finansowe , skoro tak pilnie przestrzega zaleceń  żeby  się na potęgę mnożyć.  Mieliśmy nawet niezły ubaw  z nimi  dwoma,  bo obaj nerwowi i ostro sobie nawymyślali.

No cóż - gdy byłam mała to ci zazdrościłam, że masz  brata. W podstawówce miałam kolegów -bliźniaków, a ogólnie biorąc to oni mieli jeszcze trzech braci, starszych od siebie. Najśmieszniejsze, że każdy   z nich zazdrościł tym dzieciom-jedynakom, że są jedynakami. Nie  rozumiałam tego, ale jedna z moich ciotek kiedyś mi powiedziała, że tylko teoretycznie kocha  się wszystkie swoje  dzieci jednakowo.  I powiedziała  wtedy, że po prostu kocha  się je  jednakowo, ale jedne  się bardziej lubi a inne mniej. Do dziś tego nie  rozgryzłam i dobrze  że nie muszę tego rozgryzać.  Jakoś nie mogę pojąć, że mogłabym Alka kochać a jednocześnie mało go lubić. No fakt - podsumował Kazik- brzmi to jakoś irracjonalnie.

Gdy znany już był termin wyjazdu Kazika do Berlina, Teresa  zaczęła pertraktacje z tatą, który stwierdził, że on to może zostać nawet sam z Alkiem, bo w opiece  nad małym może mu pomóc Jacek. I w ten  sposób Teresa i Kazik  "odetchną" nieco od małego. Tato, ja  nie muszę "oddychać" od Alka, mnie nie  męczy fakt  bycia z nim 24 godziny na  dobę. A myślę, że on jest jeszcze  za malutki by został cały tydzień  sam tylko z tobą. 

Poza  plecami taty Kazik spotkał się z Jackiem i poprosił go o dyskretną opiekę nad tatą, bo oni wyjeżdżają razem z dzieckiem na tydzień do Berlina. Pojadą samochodem, będą  mieszkali u Kurta i Sophie. Jacek  stwierdził, że to żaden problem, tydzień to  nie rok, ale i tak on będzie tęsknił  za Alkiem, bo bardzo mu ten maluszek przypadł do serca. W ramach nie odrywania Kazika od pracy, tata z Jackiem chodzili z Alkiem na plac  zabaw, a Teresa  w tym  czasie szykowała prezenty dla Sophie i Kurta. Kurt bardzo prosił, by nie kupowali żadnych prezentów  dla chłopców, bo oni ich oduczają  skojarzeń - goście równa  się prezent.  No ale nie pozbawię ich przecież wafelków  w czekoladzie!- zaprotestował Kazik. Ty też je przecież  lubisz a i Sophie pomimo dbania o linię je lubi. No oczywiście, przywieź, ale jako prezent dla całego domu, a nie tylko dla nich. Oni już się cieszą, że przyjedziecie, bo ciocia Tesa nigdy na  nich nie krzyczy i się nie  złości. Dla Sophie Teresa kupiła kupon jedwabiu z Milanówka a dla Kurta jedwabną koszulę , a tak dokładnie to kupiła kupon jedwabiu w jasno błękitnym kolorze i dała do uszycia koszulę dla Kurta. Do tego dokupiła jeszcze jedwabny krawat , granatowy w malutkie, jasno błękitne "łezki". Oprócz "suchej myśliwskiej" kupili jeszcze kabanosy i trzy puszki szynki - towar eksportowy-Krakus.

Mały cieszył się bardzo, że pojedzie samochodem do wujka "Kulta". Oczywiście  piesek od wujka Jacka i jego posłanko też musiały jechać z Alkiem do Berlina. Z wyposażenia dla dziecka wzięli tylko składany wózek "parasolkowiec". Chcieli jeszcze  wziąć składane  łóżeczko turystyczne,  ale w końcu stwierdzili, że przez tydzień to Alek może spać  z nimi w małżeńskim łóżku, jeśli  na miejscu okaże  się, że  nie  ma już u Kurta  małego łóżeczka.  A Kazik cały czas się  cieszył, że będzie w delegacji razem z żoną i  dzieckiem. 

Podróż do Berlina minęła spokojnie, Alek cały czas nadawał co widzi, pospał też trochę, na jednym z parkingów miał frajdę, bo mógł z bliska pooglądać ciężarówki a na innym jacht motorowy, transportowany do Niemiec. Na szczęście nie było na trasie żadnej kraksy i niezbyt wiele prac drogowych, bo to jeszcze  nie  była pełnia  sezonu remontowego i do granic Berlina dotarli w siedem godzin. Kazik jeszcze  tylko upewnił się którym numerem zjazdu mają wjechać  do miasta i w dwadzieścia minut  później  już witali  się  Sophie,  Kurtem i chłopcami.  Było trochę śmiechu, bo Sophie została przez Alka przechrzczona na ciocię  Siofi, a Kazik się śmiał, że dobrze,  że nie  została ciocią Sofą, bo mały  zna   słowo sofa. Chłopcy gdy już wrócili do domu bardzo ostrożnie witali  się z Alkiem, żeby go przypadkiem  nie wystraszyć. Kazik był dumny  z synka, że "taka malizna", ale całkiem  dzielnie  się  spisuje.

Mówiłem szefowi, że ty będziesz  tu w komplecie  rodzinnym, więc żeby nie przeciągał rozmów w nieskończoność - omal nie  zemdlał z  wrażenia. On już cię u nas  widzi. Mówiłem, że na  razie to robisz doktorat, więc stwierdził, że on osobiście jest pełen  podziwu, bo to jednak jest poważne przedsięwzięcie. Ale jest przekonany, że to będzie bardzo dobra praca. Kazik westchnął  - też mam taką nadzieję. Oczywiście powiedziałem mu, że masz stypendium z puli ministra i tylko dlatego udało mi  się  ciebie  tu ściągnąć.

Najwięcej najmłodszym  gościem zajmował  się najmłodszy synek Sophie i Kurta. I chociaż jeden nie znał polskiego a drugi niemieckiego Alek od razu przylgnął do najmłodszej latorośli Kurta. I dużą pomocą była miłość obu  chłopców do.....psów. Alek pokazał swą ulubioną maskotkę, powiedział, że to jest Dunia, pokazał jej posłanko i starsi synowie  Kurta stwierdzili, że fajny jest synek wujka Kazika. I że bardzo urósł od  czasu gdy go widzieli na letnisku.

Wszystkie prezenty zostały przyjęte z wielką radością - Kurt po obiedzie  zmierzył koszulę, nie mogąc  się nadziwić jak starannie jest uszyta a poza tym podziwiał jaka jest miła  dla skóry. Sophie natomiast już wyciągnęła żurnale i szukała fasonu na letnią sukienkę.

Pobyt w Berlinie  był bardzo miły - w ciągu dnia Sophie towarzyszyła Teresie w galeriach  handlowych - przezornie brały  ze  sobą "parasolkowca" dla Alka. Teresa  zwiedziła też Poczdam i kilka miejsc zabytkowych.  Co prawda zwiedzanie z dwulatkiem należało do nieco uciążliwych wypadów, ale gdy się kobieta uprze  to nie ma dla  niej rzeczy niemożliwych. Oczywiście mały został wyposażony nie  tylko w aktualnie  potrzebne  dla  niego ubranka - z jednej z wypraw wrócił do  domu z....helikopterem, który nawet latał. Warczał przy tym obłędnie, a mały zachwycony podskakiwał w miejscu i mówił- "siamolot lata" ! Zabawka nie była tania, bo ów  helikopter był zdalnie sterowany, a Alek  był do niego  stanowczo jeszcze  zbyt mały i tak naprawdę to najwięcej radości  miał Kazik, który nim sterował.  Alkowi Teresa nakupowała ubranka na lato i na jesień, obkupiła też siebie, nie  zapomniała też o tacie i..... Jacku. Kupiła też prezenty dla Aliny i Krisa. 

                                                                      c.d.n.


wtorek, 11 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 92

 Na szczęście Krystian nie  przyniósł Alinie i dziecku grypy,  ale tylko  zwykły katar.  Nie  mniej lekarz  kazał się dorosłym zaszczepić p. grypie i zapisał ich na  szczepienie. Krystian dziwił się, że przecież  już właściwie  niemal koniec zimy i dowiedział  się, że  zawsze apogeum  zachorowań to wcale nie początek zimy ale właśnie luty, marzec. 

Przy okazji Kris dopilnował, by lekarz  wpisał do karty Aliny, że ona cierpi na  chorobę  afektywną.  Lekarz był nieco zdegustowany faktem, że  wcześniej o tym mu Alina nie powiedziała. Ale , jak to mówią, stanął na  wysokości  zadania i długo i  cierpliwie  tłumaczył Alinie  jak  ważna jest w przypadku tej  choroby  samokontrola i systematyczne  branie leku. I że jeżeli Alina nie  będzie  się objadała ciastkami , to na pewno nie utyje. Poza tym powiedział jej całą masę komplementów, tak, że w efekcie wyszła  z gabinetu w świetnym humorze. Na koniec jeszcze  jej powiedział, że widzi, że Krystian bardzo ją kocha,  skoro tak bardzo dba o jej  zdrowie. A Kris pomyślał, że z tego internisty to niezły psycholog, a Alinie, gdy wyszli, powiedział - przemiły i taki serdeczny facet z tego lekarza. I  chyba Alinie bardzo się ten pan doktor spodobał, bo gdy wrócili  do domu zatelefonowała do Teresy i opowiedziała jej o tej  wizycie,  nie  szczędząc komplementów pod adresem tego lekarza.

Teresa przy okazji powiedziała, że Alina powinna  sobie  zrobić "przypominajkę" - na kartoniku napisać jedno krótkie słowo "tabletka" i umieścić kartonik w  widocznym miejscu - np. na drzwiach lodówki. A żeby miała  pewność, że łyknęła to niech sobie zaraz po połknięciu zaznaczy plusik w kalendarzu, który wszak u  nich wisi w kuchni nad  stolikiem. 

Krystian, który zawsze był szarmanckim  chłopakiem, przysłał Teresie nieduży kosz kwiatów - tym razem były to gloksynie.  Były naprawdę ładne i po raz pierwszy Alek stał przed koszykiem kwiatów i uważnie przyglądał się kwiatom.  No tak - podsumował Kazik - mój brat  cię wyraźnie podrywa! Teresa spojrzała  się na  niego i powiedziała - znacznie łatwiej jest wysłać komuś kwiaty niż samemu przyjść i powiedzieć jedno małe  zdanie - dziękuję za to, że mnie opieprzałaś.  Tata, który się  przysłuchiwał tej  wymianie  zdań powiedział - wiesz synuś - Tesia ma rację. Ale tak naprawdę nie jest istotne  w jaki sposób Krystian dziękuje - ważny jest sam  fakt, że  dziękuje. Bycie młodszym bratem wcale nie jest  łatwe. Ja to miałem starszego brata krótko- zginął na  samym początku wojny. Ale zdążyłem się przekonać, że młodszemu  bratu zawsze  wiatr w oczy  wieje. Zwłaszcza gdy jest  duża  różnica wieku.

W marcu przyjechał na kilka dni Kurt. Zachwycał  się  Alkiem, który przypatrywał mu  się uważnie, z dystansem. Kazik szybko odszukał zdjęcia, które robili na ostatnich  wspólnych wakacjach. Kurta to Alek na  nich rozpoznawał, mamę, tatę, dziadka oraz wujka  i ciocię, tylko nie mógł uwierzyć, że to małe dziecko w wózku to on  sam. No a już opowieść, że każdy był kiedyś takim  małym bobasem była dla niego zupełnie  niewiarygodną bajeczką. Ponieważ Kazik i  Kurt mieli bardzo  dużo  spraw do omówienia, Kurt nocował w gabinecie Kazika na  sofie. 

Lody pomiędzy  Kurtem a Alkiem zostały w końcu przełamane i to do takiego stopnia, że mały wdrapywał się sam na kolana Kurta. Oczywiście  fakt  ten  został natychmiast uwieczniony  na  zdjęciu a zdjęcie i krótki filmik powędrowały do Berlina.  Kawałek jednego  wieczoru odbył  się w  mieszkaniu Krisa.  W przygotowaniu kolacji pomagała pani Maria.  Dobrze,  że był rozstawiony kojec - sprzęt doskonale znany Alkowi. Tym razem nie  dał się umieścić w kojcu  razem z małym Tadziem. Za to obecność Alka poza kojcem podziałała  mobilizująco na  Tadzia - trzymając  się kurczowo brzegu kojca podciągnął się  do góry stanął i zaczął się robić maleńkie i jeszcze mało pewne kroczki. Teresa nie  wytrzymała, weszła  do kojca , usiadła w nim w niewielkiej odległości od małego, wyciągnęła do niego ręce i powiedziała- chodź do cioci, ciocia ukocha. Pochyliła  się nawet nieco do przodu, żeby małemu  dystans nie wydawał  się zbyt  duży , a gdy mały chwiejąc  się dreptał do niej, leciutko się cofała. Gdy do niej dobrnął objęła go wycałowała, wszyscy, łącznie z Alkiem bili małemu brawo, a Teresa powiedziała - Alina, wskakuj do kojca, twoja kolej.  Alina  była tym  wszystkim przejęta nie mniej niż jej  synek i na  wszelki wypadek trzymała go za jedną rączkę. 

Alek przyglądał się małemu, potem podszedł do Teresy i poinformował wszystkich - to moja mama. Potem podreptał do Kazika i tak jak kiedyś  powiedział  "opa chcem." No tak - powiedział Kurt - zademonstrował zgromadzonym, że ma mamę i tatę i nikt nie będzie z ich "usług" korzystać, tylko on. 

To był bardzo pożyteczny wieczór - od tego wieczoru kojec  stał się pełnoprawnym meblem w mieszkaniu Krisa i Aliny. A Alina częściej się bawiła z synkiem w kojcu,  niż kiedykolwiek  przedtem bez kojca. Kurt już myślał o  wspólnych  wakacjach,  ale Kazik stwierdził, że jeszcze  niczego  nie może  zaplanować.  Bo właśnie  w czasie wakacji najprawdopodobniej będzie  najłatwiej korzystać z laboratorium, więc wyjadą albo w czerwcu  albo we  wrześniu.  No ale wy, zwrócił się  Kurt do Krisa , chyba  już możecie   coś planować? 

My to nastawiamy  się na lipiec i mam propozycję kolegi, by pomieszkać z miesiąc na jego działce, która jest raptem 70 kilometrów od  Warszawy. Jest nad  rzeką, do lasu blisko i domek wielce cywilizowany z wszystkimi wygodami i na zakupy do miasteczka też dość blisko. Tadzik jeszcze  malutki, wolimy być  z nim bliżej  domu. A poza  tym,  jeśli trafi się jakaś ciekawa  sprawa to  nie będę  musiał z niej  rezygnować z powodu urlopu.  A że w domku są trzy sypialnie i living room, to zaproponuję pani, która  nam pomaga na  co  dzień, by też z nami pojechała , by Alina nie była  sama z małym, gdybym musiał pojechać na dzień lub dwa  do Warszawy.

Oj, to Sophie będzie niepocieszona - stwierdził  Kurt. Z tym, że u nas to wakacje   szkolne  są w nieco innych terminach niż u was i  każdy  Land rozpoczyna letnie  wakacje  w innym terminie- wszystko po to, żeby nie  było korków na  drogach  i  nie  zabrakło miejsc w pociągach i dalekobieżnych  autobusach. Ja nie  chcę być niemiły, ale  mieliście do nas  z dziećmi przyjechać i nie przyjechaliście - stwierdził Kazik. No bo mamy ich troje i to też kłopot - nie  zauważyłeś? Zauważyłem, najmłodszy to już chyba pięć lat skończył. Skończył i zrobił się nieznośny - czasami mam szczerą ochotę przylać mu tak od  serca. Za rok idzie już do  szkoły- stwierdził Kurt. Chwilami mam wrażenie, że mamy sześcioro dzieci  a nie  troje. Albo się tak postarzałem i brak mi cierpliwości do dzieci.

No właśnie, właśnie- zaśmiała  się Teresa - w moim odczuciu wyglądasz całkiem młodo, a ty mówisz, że  się postarzałeś. Nie postarzałeś się wcale, tylko dzieciaki potrafią być po prostu nieznośne. Czasem na placu zabaw widzę trzylatki tak  wredne, że mam ochotę trzepnąć tak, żeby  głowa odleciała. Mówisz do dzieciaka, a ten nadal zachowuje się tak jakby był głuchy. I najdziwniejsze, że te  dzieciaki najczęściej są same - same przychodzą na plac  zabaw i  się chuliganią. Ja rozumiem, że tu  nie  ma dużego ruchu samochodowego, ale tuż obok placu zabaw to jest tylko kilka bloków,  z których można przejść na ten teren bez przekraczania jezdni, ale gdy rozmawiałam  z jedną  z matek to  przecież przychodzą na ten plac  zabaw  dzieciaki z całego osiedla, bo tu jest najwięcej huśtawek  i to miękkie podłoże do skakania i dwie  duże piaskownice. Z brudnym piachem - dodał Kazik. 

Eeee, to u nas lepiej  jest - dziecko do 10 roku  życia  nie  może  samo wędrować ulicami - powiedział Kurt. Nie wiem jak w innych  miastach, ale u nas tak właśnie jest.  Jest sporo przedszkoli i to nie takich wielkich, ale niedużych. Oczywiście  są odpłatne, no ale nie takie  drogie, żeby rodzice popadli w ruinę. U nas sporo osób robi  stosowne uprawnienia i całkiem  sporo facetów młodych robi  zawód opiekuna przedszkolnego. I dzieciakom bardzo  się to podoba. Dziecko mego kolegi chodzi do przedszkola, w którym jest raptem siódemka  dzieci. I dzieciaki  codziennie wychodzą na  spacery. Jego żona niedawno urodziła drugie  dziecko , więc bardzo ją urządza to, że tego starszego nie ma  w domu kilka godzin. Przedszkole jest ze 200 metrów od ich domu, odstawia go na 8,00, odbiera o 16,00. A że jest blisko  domu, to po prostu zostawia to młodsze na krótko samo  w domu.

Przed  godziną 21,00  zakończono  spotkanie. Kurt podtrzymał  zaproszenie dla "Krystianów", bo oni w tym  roku nigdzie   się nie wybierają, spędzą lato w Berlinie, może gdzieś będą wyjeżdżać w weekendy w okolice  Berlina. W domu  Alek jeszcze przeżywał epizody z wizyty i co chwilę podkreślał, że Tadzio jest  jeszcze bardzo mały. 

Kazik z Kurtem wynieśli się do  gabinetu Kazika - mieli jeszcze  sporo spraw do omówienia, zwłaszcza, że następnego  dnia mieli oficjalne służbowe  spotkanie. Gdy po północy Kazik trafił wreszcie do sypialni Teresa powiedziała - byłam bardzo ciekawa czy będziecie  razem  spali na tej sofie. No wiesz- cały problem  w  tym, że z Kurtem nie  gustujemy  w  sobie  wzajemnie. Musiałem mu jeszcze trochę opowiedzieć   o chorobie  Aliny,  a że nie jestem zbyt dobry w niemieckim od  strony medycznej, to trochę trwało, bo  się  musiałem  wspomagać tłumaczeniem komputerowym. Żal mu i Krisa i Aliny. No i też  się cieszy, że  ma Alina  dobrego lekarza i że na  szczęście nie jest to dziedziczna choroba.  Poza tym jest zachwycony Alkiem, że taki roztropniaczek   z niego,  a przecież  to jeszcze maluszek.

Ja to  się najbardziej  cieszę z tego, że Alina  wreszcie bierze ten lek i że zassała jakie korzyści daje dziecku przebywanie  w kojcu. Tadziowi spodobało  się dziś w  tym kojcu. Pytałam się Krisa  czy wcześniej mały sporo raczkował i się dowiedziałam , że tak, po ich małżeńskim łóżku i po sofie, bo Alina go cały czas pilnowała. No ale raczkowanie po podłożu niezbyt twardym nic  dziecku  nie daje. No ale  może teraz wreszcie  dziecko nabierze  rozpędu. Popatrz- nie podejrzewałam, że takie  maluszki potrafią być  zazdrosne. Bardzo się nie podobało naszemu, że  weszłam do kojca a na dodatek tuliłam Tadzia. Jestem bardzo  ciekawa w jakim stopniu się zżyją. Jedno jest pewne - trzeba bardzo uważać  by  zawsze widzieli, że  wszystko dostają po równo - zabawki, coś  do jedzenia, pieszczoty od  rodziców. 

A ty musisz wstać rano wcześnie? Na  szczęście nie, konferencja będzie dopiero o 13,00, ja muszę dojechać z godzinę, no może półtorej wcześniej. Tylko nie mam pojęcia o której  to  się  skończy. I może w takim razie wezmę jutro po konferencji Kurta na obiad albo do Bristolu  albo do Europejskiego. No chyba, że naczelnemu coś odbije i on nas gdzieś zaprosi.  Ale oczywiście będę z tobą w kontakcie, wrzucę,  ci wiadomość jeśli nie będę mógł zadzwonić. Nie problem, mam obiady na najbliższe dwa  dni, możecie zjeść w  domu- przynajmniej będziecie wiedzieli  co jecie.  Mam faszerowane biusty kurczęce. A czym je wypchałaś?  Pieczarkami i leśnymi grzybami duszonymi z cebulką. I do tego będzie kasza gryczana, palona,  czyli  coś,  czego nie ma w Niemczech. U nich oczywiście jest kasza  gryczana,  ale nie palona. I zrobię do niej  skwareczki z chudego boczku. Ojej, nie opowiadaj, bo zaraz będę  głodny.  Było nie pytać - powiedziała  Teresa śmiejąc  się.

                                                                              c.d.n.          



poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 91

 Teresa , gdy już goście  opuścili ich  mieszkanie  powiedziała do Kazika - gdyby nie fakt, że Kris jest Twoim bratem a Alina  moją przyjaciółką od lat, to bym  się w to wszystko nie pakowała.  To jest nieuleczalna  choroba, ale jeżeli uda  się nam zorganizować jednolity front, to sobie  z tym poradzimy. Umówiłam  się z tym panem  doktorem, że wszystkim bliskim osobom, z którymi Alina ma kontakt wytłumaczę co musimy robić. Panią Marię  też trzeba będzie  w to wtajemniczyć. Najważniejsze by Alina zrozumiała, że w gruncie rzeczy to dość rozpowszechniona  choroba i że jej osobiste zdyscyplinowanie się ma największy  wpływ na jej stabilność i ujęcie choroby w ryzy.

Nie wiedziałam, że wielu twórców, artystów, pisarzy, aktorów zmagało się  i nadal  się  zmaga  z tą chorobą. Najważniejszą sprawą jest samoedukacja pacjenta i edukacja jego najbliższych. Alina  musi się nauczyć rozpoznawać u  siebie  stan, w którym powinna się czym prędzej skontaktować  z lekarzem. Nie  miałam pojęcia, że te stany euforyczne  są znacznie groźniejsze niż te depresyjne. Alina, na szczęście, ma dość lekki przebieg, nie ma intensywnych stanów maniakalnych.  Mamy  z nią rozmawiać o tej  chorobie  tak jakbyśmy rozpatrywali katar czy ból  gardła - ot,  choroba jak każda inna. Poza tym  jeżeli tylko coś nas  zaniepokoi to mamy zapewniony  kontakt z lekarzem. No i bardzo  dużo  zależy od Krisa i myślę, że z Krisem to może wpierw  ty porozmawiaj, w końcu to twój a nie mój  brat.  Z Krisem to  sobie porozmawiamy oboje - stwierdził Kazik. W sobotę wybierzemy się  razem do księgarni  medycznej i  może kupimy  mu w prezencie  jakąś lekturę. A to, że jestem jego  bratem to wcale  nie ma  dodatniego  znaczenia - raczej ujemne, bo całe życie pacan  ze mną walczył o pierwszeństwo. I to mu  zostało- dlatego mu  nie powiedziałem o tym stypendium, bo zaraz  by konał z  zazdrości. Zazdrościł mi nawet  tego, że ja  już mogłem mając 17 lat wypić kieliszek wina, a on  nie. Podejrzewam, że część jego  zainteresowania  Aliną wynikała  z faktu, że ja  już jestem żonaty i to po raz  drugi,  a on  jeszcze  nie. 

A ja sobie  pomyślałam, rozmawiając  z panem  doktorem,  że trzeba  być bardzo dobrym  specjalistą by tę  chorobę odróżnić od  zwykłego  zachowania - każdy  z nas ma przecież zmienne nastroje, jedne  rzeczy  się nam podobają tak  bardzo, że zaczynamy mieć jakieś  określone hobby, jednych lubimy i  kochamy właściwie  bez  powodu, innych  nie lubimy  nawet jeśli nam  nie zrobili nic  złego - i oczywiście to zaraz zwerbalizowałam. I facet przyznał mi rację. A stan chorobowy wyróżnia  się tylko i wyłącznie cyklicznością. Po prostu epizody euforyczne lub depresyjne powtarzają  się. I dlatego tak ważne jest by każdy pacjent był świadomy swej  choroby i by sam się obserwował. Myślałam, że groźniejsze są stany depresyjne,  ale ponoć nie, bo są one szybciej i łatwiej wychwytywane  przez bliskich, a więc pacjent  szybciej trafia  do lekarza. Te  euforyczne dość długo bywają nie   zauważone a pacjent po  cichu robi różne  głupstwa, np. bierze na coś kredyt, nawiązuje  dziwne znajomości a to wszystko jest przez otoczenie nie  zauważone, bo pacjent jest w dobrym nastroju. Otoczenie prędzej zauważa zły nastrój kogoś  bliskiego - dobry  nastrój nikogo nie  dziwi.  I nawet sobie  po cichutku pomyślałam, że to może  wcale nie jest  choroba  ale może po prostu  tacy wszyscy jesteśmy.

A ja myślę, że większość ludzi zbyt mało uwagi poświęca  swoim bliskim- stwierdził Kazik. Ja  zawsze  wiem kiedy tobie, tacie  lub małemu coś nie pasuje, lub coś się szalenie podoba i  sprawia  radość. Po prostu ogromnie  was kocham i jestem  w  stanie  wychwycić  różnicę  kiedy tobie coś bardzo się podoba a kiedy coś podoba  się tylko umiarkowanie. Tak samo z tatą - z Alkiem to na razie zero problemu, jemu na razie  niemal wszystko odpowiada, bo ma  do nas kolosalne  zaufanie, którego nie  zawiedliśmy. Poza tym jest cały  czas z tymi, których zna, nie zostaje sam w obcym otoczeniu. Gdy na placu  zabaw ty siedzisz na ławce a ja jestem z nim przy  sprzęcie to on co jakiś czas kontroluje czy jesteś na tej ławce i mi mówi:   "mama siedzi"  wskazując  łapinką  w twoją  stronę. Gdy kiedyś odeszłaś bo szłaś coś wyrzucić do kosza, buźka była od razu w podkówkę bo cię na ławce nie było gdy spojrzał.Wziąłem go na ręce i pokazałem, że poszłaś na drugą stronę placu, bo pewnie coś wyrzucasz do śmietnika. Stres mu z mety  minął. Ale wziął mnie  za rękę i poszliśmy do tej ławki, do której  ty już zmierzałaś. Popatrzył się na ciebie i zawrócił w  stronę zjeżdżalni. Pomyślałem, że może  być z nim podobnie jak ze mną - przedszkole nie wchodziło w grę i mama była cały czas w domu. Kris też nie  zaznał przedszkola. I nie  chodziliśmy  nigdy z kluczem na  szyi. Ja też nie chodziłam do przedszkola - powiedziała Teresa. A jak będzie z Alkiem  - to się dopiero okaże. Na razie nie  chowa  się w kącie na dźwięk dzwonka domofonu. Z kluczem na  szyi to ja też  nie  chodziłam i nie przesiadywałam przed i po lekcjach w świetlicy. I choć to teraz "normalka" to  nie  chce takiej "normalki" dla naszego  dziecka. Ciekawa jestem jak będzie z Aliną, ale nie  wykluczam, że wróci  do pracy. 

No wiesz- mam wrażenie, że dość  trudno "prorokować" co z Aliną będzie  się  działo- stwierdził Kazik. Mam wrażenie, że oboje  dostarczą nam niestety wielu  wrażeń. No  chyba, że tym razem Alina "zaskoczy" i będzie brała  cały  czas tabletki. Teoretycznie to nie jest  choroba  zakaźna, ale Krisowi  coś się ostatnio na mózg  rzuciło i stwierdził, że byłoby najlepiej gdybyśmy  mieli razem dom dwurodzinny. Poczuł się nieco urażony, gdy mu powiedziałem, że już dostatecznie  długo  w życiu mieszkałem  z nim pod jednym dachem i mowy nie ma  na powtórkę. Więc  się nie zdziw, gdy usłyszysz taki plan. 

A ja już dawno mu mówiłam, że nie jesteśmy zainteresowani  jakimkolwiek wolnostojącym domiszczem, niezależnie od jego  wielkości. Bo u mnie zainteresowanie ogródkiem kończy się na  doniczce z kwiatami a powierzchnia do sprzątania to 4 do 5 niewielkich pokoi, bez  sprzątania klatki schodowej, dbania o dach i wszystkie instalacje typu woda,  ogrzewanie i ścieki. Nawet w najbardziej  szalonych snach  nigdy nie śnił  mi  się własny dom.  Popatrz - Paweł  mógł dostać dużą chałupę przy linii średnicowej a jednak powiedział ojcu, że nie chce, bo to za duży  kłopot. Poza tym mam podejrzenie, że Krisa nie  stać na taką inwestycję a pożyczkę bankową spłacałby jeszcze mały Tadzio.  Alina nawet tu niewiele w domu robi to jestem w  stanie wyobrazić  sobie jakby wyglądało u niej w takim domu. Pewnie  musiałaby być jakaś pani do pomocy na stałe, mieszkająca u nich.

No właśnie, też tak  myślę. W każdym razie jedno jest pewne- na ten cel to ja  mu forsy nie pożyczę. Mogę na leczenie Aliny,  dziecka,  jego, ale nie na dom.  Mają teraz bardzo ładne to mieszkanie, w dobrym miejscu, blisko nas, więc niech się  memu bratu  we łbie nie przewraca. Zwłaszcza, że wszystko to co się teraz  prywatnie  buduje to koszty rosną z dnia na  dzień i wiele osób rezygnuje, bo to zaczyna przekraczać ich możliwości finansowe. Gdy zgłaszali akces to koszty były znacznie  niższe a w trakcie  budowy zaczęły w  szybkim tempie rosnąć.

Poza tym to lokalizacje  są coraz  bardziej odległe od  centrum  miasta. Tak naprawdę to się rozbudowują miejscowości podwarszawskie  i  nagle masz  do pracy 30 lub 40 kilometrów, do pokonania dwa razy dziennie. I najczęściej takie osiedle domów nie ma  żadnego  zaplecza- ani żłobka, ani szkoły ani sklepów  ani lekarza.  I bardzo  często nie ma też stacjonarnej linii telefonicznej i białe plamy z zasięgiem linii komórkowej. Z czasem będą  miały "cywilizowne warunki", ale to potrwa. Jeden z moich  kolegów właśnie usiłuje komuś sprzedać niemal wykończony  dom - bliżej chyba  stamtąd  do Wyszkowa niż do Warszawy. Właśnie odkrył, że to strasznie  daleko a rano są korki w stronę Warszawy a pod  wieczór w tamtą stronę.  I ma  straszny problem, bo nie stać go na to, by ten dom pod  Warszawą był tylko domkiem weekendowym - zresztą jest  zrobiony na  całoroczną chałupę. I dzwonił do  mnie, czy może ja bym chciał to kupić. Zapytałem się go tylko czy  się  aby dobrze  czuje, bo ja raczej  nigdy nikomu nie zwierzałem  się, że marzę o jakimś domu, pod Warszawą zwłaszcza.

Wiesz, pomyślałam, że może byśmy na sobotę zaprosili na obiad Alinę z przyległościami na obiad. I najlepiej żeby Krystian dzień wcześniej przyniósł do nas  kojec. To tak w ramach oswajania choroby Aliny. Muszę chyba podpuścić panią  Marię by pouczyła Alinę i zareklamowała  jej zalety tego sprzętu. No dobrze - zgodził się Kazik bez najmniejszego entuzjazmu. Niech się Alek uczy, że na świecie  są dzieci od  niego młodsze i tym samym  mniejsze. Ale z drugiej strony nie chcę byś  się męczyła gotowaniem dla tylu osób.  Jakich "tylu osób?" - zdziwiła  się Teresa.  Raptem będą dwie osoby więcej, bo dzieciaki będą na słoiczkach. Naszemu do słoiczka dorzucę  perliczkę i będzie szczęśliwy. A jak znam życie to wdrapie się do  mnie na kolana, przejrzy zawartość mojego talerza i każe sobie coś dać "smakować". Dla dorosłych będą biusty z kurczaka, dla maluchów perliczka. Dla Tadzia będzie  mielona,  dla naszego poszatkowana - po coś przecież  ma zęby.

W piątek wieczorem okazało się, że nie będzie wspólnego obiadu, bo mały Tadzio ma.....katar i trochę kaszle. A skąd się dziecku wziął katar i kaszel- zdumiała  się Teresa. Od Krystiana  - miał "zasyfionego" klienta, który teoretycznie był już po grypie, no ale  chyba  nie do końca, bo kichał - teoretycznie w chusteczkę, no ale  skoro gadał to rozpylał zarazki. No to całe szczęście, że w tym układzie nie przyjdą - skonstatowała  Teresa. A mają co jeść, czy im coś podrzucić do jedzenia, żeby sobie odgrzali w mikrofali?

Nie  wiem, nie  pytałem Krystiana. Teresa  zatelefonowała do Aliny, ale  Alina  stwierdziła, że mają co jeść, bo mają zamrożone gotowe jedzenie. Teresa tylko podpowiedziała Alinie, żeby  zmierzyła dziecku temperaturę wieczorem i niech  się liczy  z tym, że katar będzie spływał małemu do gardła, to  niech jak najwięcej  leży na brzuszku i niech go wsadzi do kojca, to mały będzie  raczkował i katar będzie go mniej  męczył. A chłopu niech da sztyft Vicks to też mu będzie  lepiej się oddychało. Ale ja go nie mam- płaczliwym  głosem  stwierdziła Alina. Masz- kupiłam pięć  sztuk, u nas  są trzy, więc dwa są u ciebie. Poszukaj, wygląda  jak sztyft z balsamem do ust. Jest biało- zielony, z napisem Vapo -Rub. Jest też u ciebie  słoiczek z mazidłem do smarowania klatki piersiowej - wysmaruj tym wieczorem swego  chłopa. Też ma napis Vapo- Rub. Przy okazji w  całej chałupie  będzie pachniał mentol i łatwiej  się  będzie oddychało. Możesz też nanieść nieco tego mazidła na gazik i umieścić go w pobliżu łóżeczka Tadzia.  Mniej mu się będzie  nosek zatykał. I wmuś w chłopa witaminę C dwa razy dziennie po 500 mg. Jeśli nie masz to jest w aptece koło przychodni, apteka czynna do godz.21,00, wyślij Krisa. Jemu też  zmierz  wieczorem temperaturę- mam nadzieję  że nie  załapał grypy. Bo chyba  wiesz,  że już  się zaczeły zachorowania na grypę? Szczepiliście  się  w tym  sezonie? 

Hmm, nawet nie  wiem, że były  szczepienia. Były i są. Daj  mi Krystiana do telefonu. On jest teraz  w łazience. No to każ mu do  mnie  zatelefonować gdy wyjdzie. To ważne. W kwadrans później  zatelefonował Kris i dowiedział się, że następnego  dnia ma zatelefonować do ich przychodni, dowiedzieć  się kiedy  mogą przyjechać na  szczepienie i ewentualnie  się od ręki zaszczepić i niech wezmą  małego do pediatry, jeśli nadal będzie kichał i kaszlał.

No tak- podsumował Kris - ty to jak policjant  na skrzyżowaniu ulic- dyrygujesz  ruchem. To się lepiej  słuchaj, bo moje mandaty bywają wielce uciążliwe. Ktoś musi za was raz na jakiś  czas pomyśleć- Tadzio jeszcze  za mały, ty zajęty pracą, a Alina nie przyzwyczajona do myślenia nawet tylko  za siebie.  Słuchaj- mnie to naprawdę nie rajcuje i gdyby nie to, że staliśmy  się  rodziną, to bym nawet palcem  w bucie  nie kiwnęła. Rozumiesz? Taaak.... No to cześć. I wyłączyła  się.

Kazik z trudem tłumił śmiech, podszedł do niej i bardzo, bardzo mocno objął i całował. Natychmiast przytuptał Alek i też zaczął obejmować Teresę mówiąc  "moja mama, kocham".

W tym momencie  wszedł dziadek i powiedział - a ja kocham  was  wszystkich i jestem naprawdę szczęśliwy, że mam was  wszystkich  obok  siebie, na  wyciągnięcie  ręki.

                                                                       c.d.n.

sobota, 8 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 90

 Rozmowa  z bratem  wyraźnie  "rozstroiła" Kazika. Pokręcił  się po swoim  gabinecie, zajrzał w notatki i wszystko razem złożył w  zgrabny  stosik. Chwilę wyglądał przez okno, w końcu stwierdził, że nie jest w nastroju  do pisania. Dręczyło go to co powiedział Krystian o swoim małżeństwie. Postanowił zrelacjonować całą  rozmowę z bratem Teresie. Chwilę się jeszcze wahał, ale sam  siebie wewnętrznie  przekonał, że przecież Teresa dobrze  zna  Alinę więc może coś  doradzi.

Teresa  była  w ich sypialni i właśnie porządkowała zawartość dziecięcej komody- odkładała na  bok ubranka z których Alek już wyrósł i składała  świeżo wyprane i  wysuszone by je ułożyć w komodzie. Te już za małe odkładała do plastikowego koszyka. Kazik wszedł do sypialni, mocno przytulił się  do niej i powiedział - "źle się dzieje w państwie  duńskim"- przytul  mnie, jest  mi źle i  smutno. Teresa przerwała układanie ubranek, ujęła w dłonie jego twarz i spojrzała mu  w oczy mówiąc -przytulę cię, ale nie bardzo wiem co  się stało. Wena ci uciekła w pole i nie idzie  ci pisanie?

W pewnym  sensie  tak, ale małżeństwo Krisa drży w posadach. Sytuacja  z Aliną  zaczyna  go przerastać. Chyba tak  to jest, gdy pobiorą się dwa rozpieszczone bachory. Jedno i drugie  było w domu uważane za ósmy  cud świata. To że ja się dobrze  uczyłem to była "normalka", ale że Krystianek uczył się  dobrze było traktowane jako coś nadzwyczajnego -  taki mały a taki zdolny. 

Powiedziałem mu, że powinni pójść do poradni rodzinnej. Wpienia mnie Kris - doszedł do  wniosku, że  być może najlepszym  wyjściem byłby rozwód , bo on sam może przecież wychować  dziecko. Gdybyśmy byli w czasie rozmowy w domu, to pewnie bym mu przywalił. I muszę ci  się do czegoś przyznać- to ja mu podsunąłem pomysł, byś ty poszła razem z nim na tę prywatną wizytę. Bo pomyślałem, że ty o Alinie  wiesz znacznie  więcej niż on, a poza  tym ty to na pewno wypytasz  tego lekarza o  rzeczy, które  panu mecenasowi na pewno nie  wpadną do głowy naładowanej paragrafami. A Kris nie protestował przeciwko takiemu pomysłowi? Nie, wręcz  się boi, że możesz  się nie  zgodzić na taki projekt.

Tak szczerze mówiąc to nie  za bardzo mi odpowiada ten pomysł, ale  tak naprawdę Alina jest całkiem sama. A do tego to nie jej wina, że ma dwubiegunówkę. Wiem, że powinnam jej pomóc i pomogę. Mam wrażenie, że Krystian za mało poświęca jej czasu. Był przyzwyczajony, że rodzice go stale podziwiali, jaki zdolny, pracowity itp. i nauczył się nie dostrzegać  działań innych osób. 

No właśnie- powiedziałem mu, że zamiast zastanawiać  się nad rozwodem powinien przyjrzeć  się własnemu małżeństwu, swojemu stosunkowi do Aliny. Bo Alina sprzed  ślubu a Alina obecnie  to dwie bardzo różne osoby. Ona jest stale smutna. Na dodatek w tej chwili różnica pomiędzy naszymi dziećmi jest ogromna- w tym okresie  różnica 15 miesięcy to istna przepaść. Nawet na  spacer nie możemy iść  razem bo Alek musi  się  nieco wyszaleć na placu zabaw, a ich dziecko w tym czasie  by z chęcią pospało i krzyki dzieciaków go budzą. Z czasem ta różnica  wieku  nie będzie  miała  znaczenia,  ale teraz ma. Oczywiście jego zdaniem to on  nie ma  szczęścia do kobiet - poprzednia to leciała  tylko i wyłącznie na jego forsę, a ta ogólnie  mało udana bo ma  dwubiegunówkę. 

No cóż- jest jak  jest. Jeśli będzie  regularnie  brała  lek to wszystko się jakoś ułoży- stwierdziła Teresa. Pan mecenas powinien  przespacerować się  do księgarni medycznej, przepatrzeć kilka książek na temat tego typu  schorzeń i sobie  zafundować. I  nie  czytać tego po kryjomu,  ale razem z żoną - na pewno Alina prochu nie wymyśli,  ale  póki co to czyta  ze  zrozumieniem, a jeśli czegoś nie  pojmie to będzie  się  starała znaleźć lekturę uzupełniającą. To że czyjś mózg i cały system nerwowy nieco inaczej działają nie  znaczy, że ten ktoś jest niezdolny do przyswojenia sobie  nowej wiedzy.  Pan mecenas  taki zdolniacha, a dał  się  nabrać, że ja ci warkoczyki zaplatam na torsie. Nie przewidział, że jestem wredna.  A wiesz jak mu było głupio, gdy  się zacząłem śmiać. No to mi  zapewne już  nigdy  więcej nie  zaproponuje swego  brzuszka do pomerdania - śmiała  się Teresa. Straciłam  szansę.  Nooo, straciłaś, to więcej niż pewne- śmiał  się Kazik.

Wieczorem tego  dnia zatelefonował do Teresy Kris i  zapytał, czy byłaby  tak miła i  dobra, by razem  z nim być na umówionej wizycie u prowadzącego Alinę lekarza. Kris zapytał  się  wpierw tego lekarza, czy może przyprowadzić ze sobą wieloletnią  przyjaciółkę  swojej żony, bo panie  znają  się i przyjaźnią  od piętnastego roku życia. No i lekarz  się nawet ucieszył, bo wiele chorób natury psychicznej wykluwa  się jeszcze nawet w  dzieciństwie, o  czym mało kto  wie.

W godzinę później zaterkotał domofon - kurier meldował, że ma przesyłkę dla pani Teresy S. Kazik go  wpuścił i w kilka minut później kurier wręczył Teresie kosz  tak zwany "prezentowy". Były w nim różne delikatesowe wiktuały i azalie w doniczce. W małej kopercie była karteczka , a na niej gryzmoł: "dzięki, jesteś WIELKA !" , a poniżej drugi gryzmoł - przyjadę po ciebie samochodem o 12,30.  Kazik spojrzał na karteczkę i powiedział: no tak, typowe  dla mego braciszka.  Teresa szybko sfotografowała kosz i wysłała zdjęcie  do Krisa z dopiskiem: "dziękuję".

Lekarz prowadzący Alinę zrobił na Teresie bardzo dobre  wrażenie. Podziękował Teresie,  że zdecydowała  się poświęcić swój czas by pomóc swej przyjaciółce. Wywiad z Teresą przeprowadził w cztery oczy, bo nie  wiadomo o czym Krystian wie z przeszłości Aliny, więc to co powie Teresa będzie nadal dla  niego tajemnicą. Na zakończenie powiedział, że gdy "przesłucha" Krystiana i jeśli będą jakieś extra  zalecenia co do kontaktów z Aliną, to on je przekaże Teresie telefonicznie, żeby w tym celu Teresy nie fatygować po raz  drugi. Powiedział też, że dość  rzadko zdarza  mu  się pacjent, o którego martwi  się nie tylko współmałżonek czy też rodzice. Poza tym odpowiadał rzeczowo na  zadane przez Teresę pytania. Teresa podała lekarzowi swój numer komórki, pan  doktor podał jej  swój, Teresa jeszcze podała  swój mail i upewniwszy się, że już na  nic się  nie przyda  powiedziała Krisowi, że ona truchcikiem przemieści się do domu, bo to naprawdę  nie jest daleko.

Wracała przez osiedle południowe i przechodząc koło parkingu zobaczyła Jacka pucującego swój samochód. Zawołała go i zaprosiła do domu na lunch. Wiedziała, że nieco sfrustrowany Kazik ucieszy się na  widok przyjaciela. W pół godziny później Jacek witał się z Kazikiem, tatą i Alkiem.  Alek bardzo mocno ukochał swego "przyszywanego wujka", Kazik też  się cieszył z tej  wizyty i oczywiście wszyscy siedzieli w "pokoju gościnnym", czyli w kuchni. Teresa przekazała domownikom  wrażenia ze  spotkania z panem doktorem, Kazik zapytał się, czy  już ma  się bać konkurencji, a Teresa ze śmiechem powiedziała- siwawy blondyn,  na pewno nie mogłabym mu zaplatać  warkoczyków na torsie. No i zaraz popłynęła opowieść o warkoczykach, które Teresa  "zaplatała" Kazikowi. Alek był w tak  zwanym "siódmym niebie" bo był w domu tata, dziadek i ulubiony wujek "Jaciek", który przecież kiedyś przyniósł posłanko dla Alkowego pieska.  A wujek Jacek był szczęśliwy, że ma taką fajną, przyszywaną  rodzinę, której "oczko w  głowie całej  rodziny" zaglądało mu do ucha i co jakiś  czas mówiło "mój wujek". Jacek przesiedział u przyjaciół niemal  do kolacji, do domu  wypędził go  dopiero telefon od Pawła, który bardzo  się  zdziwił a nawet  nieco zaniepokoił, że samochód ojca  stoi na parkingu a ojca  w domu  nie ma.  W efekcie końcowym Paweł został zaproszony do Kazików, u których piekła  się w piekarniku cała blacha zapiekanki - ryż z mięsem, selerem i pieczarkami. Paweł stwierdził, że jeszcze  nigdy   takiej zapiekanki nie jadł, na to usłyszał od ojca - "no to właśnie zjesz, weź od  Tesi przepis".

Teresa podzieliła  się przepisem z Pawłem, zadzwoniła do Aliny z  zapytaniem czy i  co mają na  kolację, powiedziała, że jeszcze  są dwie porcje zapiekanki, więc niech Kris wskakuje w buty i wpadnie po nią. Kwadrans później Kris już był na dole - z pośpiechu  zapomniał, że klucze od  mieszkania Kazików ma w innej kurtce, więc alarmował z dołu. Został oczywiście  wpuszczony i  zaraz wyrzucony z powrotem. Objął Teresę i patrząc  się na brata powiedział - ona naprawdę jest  wielka.  Teresa  roześmiała  się - tak, jestem- zwłaszcza  wtedy gdy włożę wysokie szpilki. A teraz to  sięgam ci pod pachę, tak jak Zikowi. A zapiekankę  wsadź na minutę do mikrofali.  I wiesz  co - słuchaj uważnie  co ten lekarz ci mówi, bo to mądry i życzliwy facet. Cieszę się, że go poznałam. Bardzo cenię dobrych fachowców. I weź też te ciuszki dla Kaziczka -  nawet jeśli są jeszcze  ciut za duże, to za trzy tygodnie będą w sam raz. On ostatnio nieco urósł. I ucałuj, fizycznie, nie  w przenośni Alinkę ode  mnie. Jutro do  niej zajrzę. Muszę ją namówić na wyjście do klubu. Ona ma  żyć a nie  wegetować ciągle w czterech ścianach. Ona nawet na  zakupy nie chodzi. Czasami chodzi - bąknął Kris. Czasami, mój miły, to ja mam ochotę kogoś zabić i jest to taka sama częstotliwość jak jej wychodzenie  z domu. Przy takim trybie  życia wyhodujesz  dwa dzikusy w  domu. Wpadnij do mnie jutro w ciągu dnia, tylko wpierw zadzwoń bo  w tej chwili to jeszcze  nie wiem  jaki jest "gryplan" na jutro. I pamiętaj- ucałować masz ją ode  mnie czynnie a nie  słownie. Cześć, do jutra. 

Gdy Krystian wyszedł Kazik powiedział - mamy ciutkę kłopotliwą sytuację, bo moja  bratowa ma tak zwaną chorobę  dwubiegunową i musi brać stale jeden lek. Ale unika  go, bo biorąc  go i nie  dbając o dietę wiele osób zwyczajnie tyje. Już raz  mieliśmy wątpliwej jakości  sensacje, bo był nawrót tej choroby, dobrze, że Tesia  zauważyła, że coś  z jej przyjaciółką jest "nie halo", udało się znaleźć dobrego lekarza , bratowa  chodziła na psychoterapię i mój brat miał tylko pilnować by codziennie łykała tę tabletkę i..... nie  zauważył, że ona jej nie łyka. No i teraz od nowa chocholi taniec. Tesia była  dziś z Krisem u tego lekarza w Instytucie Psychiatrii, u którego leczy  się Alina.  Alina jest w tej  chwili na etapie minusowym- wszystko jest nie takie, ona prawie  nie  wychodzi  z domu, w którym  zresztą niemal  nic  nie  robi, boi się chyba osób, których nie zna a mojemu bratu odbija, ubzdurał sobie, że się rozwiedzie i  sam wychowa syna. Nie  wiem który etap tej  choroby lepszy- euforyczny czy ten minusowy, depresyjny.  Mój bratanek jest 15 miesięcy młodszy od Alka- to w  tej chwili przepaść pomiędzy ich rozwojem. Problemem jest pójście z nimi obydwoma na  spacer - nasz to już się  chuligani, wszystkie  przyrządy na placu  zabaw musi odwiedzić- zresztą sam to przeżyłeś  Jacku- a tamten to jeszcze więcej leży niż  siedzi. Nasz  się hodował w  kojcu i jak mówią- podeptał roczek. Co z tego, że daliśmy im kojec, skoro Alinie kojec przeszkadza- nie wiem co prawda  w czym, chyba w jakimś wyimaginowanym  wystroju  wnętrza. A u  nich są pokoje większe niż u nas i u was, bo to blok budowany z cegieł a nie  wielka płyta jak nasze bloki.

Gdy Tesia powiedziała, że z chorym na  dwubiegunówkę choruje praktycznie  cała  rodzina to sobie pomyślałem, że coś się mojej  żonie pokręciło. Ale to prawda - rodzina nie  choruje na tę chorobę afektywną, ale reakcje rodziny na zachowanie chorego, przebywanie  z nim całą  dobę  powodują, że  zaczynają się zachowywać irracjonalnie.  Tesia się zamartwia bo one się znają od 15 roku życia, chodziły  razem do jednej klasy w liceum, potem jakiś  czas  razem pracowały, cały  czas utrzymywały ze sobą kontakt. Zawaliło się wszystko gdy wpierw umarł Aliny ojciec, a potem matka, która pilnowała by Alina brała  codziennie lek. Alina ma jedną ciotkę, siostrę ojca, która liczyła na spadek po swym bracie, ale się przeliczyła- ojciec Aliny zrobił dawno  darowiznę na matkę Alicji, a matka sporządziła testament  na korzyść Alicji. To ta posiadłość Franka - on kupił to od Aliny - część za gotówkę, część w ramach zamiany domu na mieszkanie w Warszawie.

No to rzeczywiście macie problem. A na razie to na  szczęście pogody  są antyspacerowe. A gdy będą  już spacerowe to możesz Tesiu rozporządzać moją osobą. Będę chodził na  spacery z tobą i Alkiem, twój tata też przecież będzie chodził na  spacery z nami, więc będziemy zabierać tę  twoją przyjaciółkę z  dzieckiem. Ja z twoim ojcem zajmę się Alkiem, a ty możesz wtedy mieć na oku bratową Kazika i jej malca.  Ja już jestem na  emeryturze i naprawdę chętnie pomogę, zresztą naprawdę  czuję   się jakbym był drugim dziadkiem Alka. No a jak te małe rączyny  mnie obejmują to  aż  mnie  w gardle  drapie  ze  wzruszenia.  On jest taki przylepny. To po tatusiu i po mamusi - powiedział tata. Oni oboje są z tego gatunku "przytulaśnych". 

Na razie to Kris musi się zmobilizować i opracować jakiś  skuteczny system kontroli łykania tabletek przez Alinę. To tylko jedna tabletka na dobę.  Najlepiej by była podawana zaraz po pierwszym  śniadaniu, ale Alina lepiej funkcjonuje gdy je śniadanie dopiero po 9 rano,  a Kris to je  zawsze  wcześniej. Swoją  szosą, to nie bardzo  rozumiem dlaczego ma  być podawana akurat rano a nie na przykład  w południe- raz na dobę w południe. Muszę się uśmiechnąć do jakiejś farmaceutki lub farmaceuty i przepytać. Ci starsi w tym  zawodzie to się  dobrze na  tym znają- mam wrażenie, że kiedyś albo lepiej uczono albo  było mniej leków i łatwiej było to  wszystko opanować. 

Tesiu, podaj  mi nazwę tego leku, mam kogoś znajomego w Polfie, jest farmaceutą, poproszę by zebrał wiadomości o tym leku - powiedział Jacek.  Nazwę - zaraz napiszę  do Krisa - powiedział Kazik. I powiem  mu o co chodzi. Dziś miałem ochotę mu przylać gdy powiedział o tym, że najzdrowiej to będzie  się  rozejść bo on  sam dziecko wychowa. A nawet pampersa nie potrafi porządnie założyć dziecku. Wpienił mnie  dziś setnie.

                                                                     c.d.n.



Lek na wszystko? -89

 Wszystkim uczestnikom potańcówki w klubie tak  się tam  spodobało, że w następnym tygodniu też postanowili  się tam wybrać. Kazik rozmawiał ze swym  bratem w osiedlowej kawiarni i  zapytał się czy on z Aliną  też się wybiorą  i usłyszał, że Alina by poszła, gdyby nie "ten dziwny zestaw towarzyski". Kazik popatrzył na  brata i powiedział - ty chyba  coś zmyślasz- co to znaczy "dziwny zestaw towarzyski"?  Jacek jest moim przyjacielem  od lat, jego syn to przemiły i kulturalny chłopak, więc  nie bardzo rozumiem co twoja żona widzi w  tym dziwnego.  Kris  tylko  westchnął i cicho powiedział- jestem tym  wszystkim setnie umęczony, chwilami mam ochotę uciec na koniec  świata. 

Słuchaj i zastanów  się nim mi odpowiesz- czy jesteś pewien, że Alina bierze te tabletki? Czy ona je połyka przy tobie? Bo ona  znów  zaczyna  bredzić.  Ona ma je łykać zaraz po jedzeniu i popić wodą a nie kawą lub  mlekiem- wyjaśniał Kris. I tak na 100% to nie mam pewności czy ona je połyka- ona strasznie  długo je śniadanie,bo twierdzi, że rano nie ma apetytu. Ja  już dawno  zjem,  a ta jeszcze mamle. Gdyby nie dziecko to już byłby rozwód. 

Kazik bardzo brzydko zaklął, po czym   zapytał- a widziałeś się  z tym lekarzem prowadzącym? Był na  zwolnieniu bo chorował, mam z nim spotkanie za 4 dni. Jestem kompletnie zamotany- kocham ją, ale zaczynam dojrzewać do stanu, w którym wystąpię o rozwód i odebranie jej dziecka. Skoro samotne matki wychowują  dzieci to i samotny ojciec  może. Będzie po prostu w  żłobku i może wynajmę kogoś do pomocy- np.panią Marię. A zdajesz  sobie  sprawę  z tego, że będziesz musiał Alinie zapewnić  mieszkanie? Nie będę musiał - mamy rozdzielność majątkową, ostatnio umowę z tymi co wynajmują jej mieszkanie ona podpisuje  co kwartał - tak sobie  zażyczyła, a ja się zgodziłem. 

Może nie mów tego wszystkiego Tesi - zdenerwuje  się.  Nie mogę  ci tego obiecać, my  nie mamy przed  sobą tajemnic odpowiedział Kazik. Jeśli się zdenerwuje to w pierwszej  kolejności dowiesz  się, że jesteś naiwnym debilem i zapewne przyjdzie do was  na "wizję lokalną". I porozmawia z Aliną. Nie  zapominaj, że one znają się od rozpoczęcia nauki w liceum - to już kupa lat. I Tesia nie  będzie  miała obiekcji by zrównać Alinę z ziemią - nie jeden raz tak robiła. I może poproś Tesię, by poszła  razem z tobą na tę audiencję do tego pana od psychiatrii. Nie podejrzewam  by facet  miał coś przeciw temu. Tesia jest w tych sprawach bardziej dociekliwa niż  ty, a poza tym zna Alinę znacznie dłużej  niż ty i lepiej  niż ty zna jej  różne  reakcje. Jak znam Tesię i życie to będzie  miała do tego pana doktora  wypisaną  całą listę pytań.  

Według teorii Tesi to wszystko co nas  spotyka jest po coś. Bo  pewnie w poprzednim  wcieleniu coś nabroiliśmy i teraz dostajemy nauczkę i  musimy coś odpracować. To Tesia  wierzy w reinkarnację? - dociekał Kris. Nie mogę ci powiedzieć  czy  wierzy czy  nie  wierzy,  ale czytuje Platona,  a Platon był przekonany, że się reinkarnujemy. Poza tym na świecie się tym interesują różne ośrodki badawcze i badają. I....nie  wykluczone  to jest. 

No tak-szepnął Kris- Tesia czytuje Platona, pewnie w ramach rozrywki - mnie się to jeszcze nie zdarzyło. A Alina  czytuje "Zwierciadło" - taka drobna różnica między naszymi żonami- westchnął Krystian. Kazik zaśmiał się - a na domiar złego Tesia tańczyła z Jackiem boogie-woogie i to tak, jakby od lat razem trenowali. Oczy  mi omal  nie  wyskoczyły  z orbit - podziw  mi  się mieszał z  zazdrością. Na pociechę mi powiedziała,  że Jacek jest nadal przystojny i że kiedyś to zapewne nie on  się uganiał za dziewczynami ale one za nim.

Nie wiem,  zupełnie  się na tym nie znam. I chyba jakoś  nie mam szczęścia  do dziewczyn. Niewypał z Alicją, bo leciała  tylko na forsę, teraz z Aliną się wszystko plącze. Tobie to się jakoś poszczęściło z Tesią. Ale nie poszczęściło mi  się z Anką - zapomniałeś? Zmarnowałem 10 lat swego życia. W ramach kary za związek z Anką  pięć lat umierałem z miłości do Tesi.

No ale teraz  jesteście razem i jeszcze ci warkoczyki zaplata na torsie. Kazik  wybuchnął śmiechem.  Czasem mam wrażenie, że moja  żona  studiowała psychologię  - uprzedziła  mnie, że pewnie coś o tym zaplataniu warkoczyków  miaukniesz  do mnie. Podpuściła cię - nie  zaplata warkoczyków  ale  mnie mizia po zaroście. Co zresztą uwielbiam. Uwielbiam  wszystko co ona robi ze mną. Często mam wrażenie że bez niej to bym zginął. Wystraszyłem się którejś  nocy bo obudziłem się a jej nie  było w  łóżku- pomyślałem, że pewnie poszła  do łazienki i wydawało mi  się, że jej  zbyt długo nie ma, wstałem i zobaczyłem, że nie świeci  się światło w łazience.Wystraszyłem się, poszedłem do kuchni a ona tam  siedziała po ciemku  i pomalutku piła kompot. Jakoś tak jesteśmy "ustawieni", że jeśli jedno  w nocy wyjdzie  z łóżka, to  drugie natychmiast  się budzi. Jakby tak ktoś nas podsłuchał, nasze rozmowy z Tesią, to całkowicie by  zwątpił w trzeźwość naszych umysłów - ona twierdzi, że jest ode mnie obłędnie uzależniona a ja twierdzę że ja jestem na całej linii uzależniony od  niej. Ale mnie to uzależnienie od  niej w niczym  nie  szkodzi. Czasem sam  sobie  tłumaczę, że jak  się ma już ciut po czterdziestce to u niektórych zaczyna się kryzys wieku  średniego a ja zakochany wciąż jestem  w Tesi jak małolat. 

 W naszym instytucie "drobne  remonty" są teraz,  więc pracuję w domu i najlepiej  mi się wszystko układa w głowie gdy w pokoju ze mną  siedzi Tesia razem z Alkiem.  Oni budują domki z klocków albo Tesia  razem   z nim studiuje  Małą Encyklopedię Zwierząt i wtedy mu cicho opowiada o tych  zwierzętach, a czasem rysuje razem z nim- to znaczy on jej mówi co ma  narysować. To ona rysuje np. psa, ale coś temu psu brakuje - pokazuje   małemu rysunek i każe  sprawdzić czy piesek jest  dobrze narysowany. Mały wtedy ogląda i mówi, rozkładając  wtedy rączki w takim  fajnym geście niemocy - piesek nie ma ogonka, albo uszka  albo jednej łapki. Ostatnio sobie  zażyczył by narysowała  samochód a ta  cwaniara  powiedziała  - samochód to narysuje  ci tata, jak będzie  miał przerwę w pracy. Miałem nadzieję, że mały zapomni- ale nie ma lekko- nie  zapomniał. Tylko podniosłem  się  z krzesła zaraz przydreptał i mówi- plose  samochód, lisuj.

Na tatę nie mówi dziadek tylko "dadek" a tacie  się to bardzo podoba i mówi, żeby go  nie poprawiać. To  się chyba  wzięło stąd, że tata  mu mówił : "ja jestem dziadek Tadek" i jakoś było to zbyt skomplikowane  dla małego i  sobie  skrócił i jest dadek. Czasem tata włącza mu muzykę klasyczną- gdy byliśmy  w klubie to mu włączył  "Światło księżyca" Clauda  Debbussy, a ostatnio  Kołysankę z IV Symfonii Czajkowskiego, teraz pewnie mu włączy Eine Kleine  Nachtmusik. 

Kris posmutniał- zazdroszczę ci Teresy i taty. Kazik chwilę milczał, a potem powiedział - nie  zazdrość mi. U nas jest tak, że my z Tesią o wszystkim szalenie  dużo rozmawiamy, dzięki temu ona wie czego ja pragnę i oczekuję od niej i vice versa. A u  was jest tak, że Alina  nie zna twoich planów na dany  dzień, a potem  się  zaraz  kłócicie bo rzeczywistość was zaskakuje, bo coś  było niedogadane. Z reguły wiesz jak ma wyglądać twój następny  dzień, więc podziel  się  tym z Aliną- nie musisz operować nazwiskami ani opowiadać jej szczegółów spraw, ale mniej  więcej  podaj jej rozkład dnia. Możesz chyba powiedzieć, że np.  jedna sprawa od 10 -12, poślizg  może być rzędu np 1,5 godziny lub powiedzieć, że nie jesteś  w  stanie  z góry określić ile  czasu ci to  zajmie. Ty ją w pewien sposób wykreślasz z rozkładu  swego dnia. Ja teraz  piszę o sprawach, o których Tesia nie ma nawet bladego pojęcia, ale to co jest  częścią opisową i nie będzie na pewno objęte patentami to jej czytam- bo to dla mnie sprawdzian, czy jasno formułuję zdania. I jestem bardzo szczęśliwy, że piszę to teraz  w domu. 

I zamiast  zastanawiać  się nad  rozwodem pomyśl co możesz  zmienić w  waszych układach. Podejrzewam, że taka zmiana  może też korzystnie  wpłynąć na  układ nerwowy Aliny. Fakt- była rozpieszczona przez matkę i na pewno śmierć matki ją bardzo zabolała.  Ja mam wrażenie, że ona się czuje przez  ciebie  w  jakiś  sposób odtrącona. Nie  zauważyłeś, że ona jest  cały czas  smutna? A może  wybierzecie  się do poradni rodzinnej- wiesz, ja nie jestem psychologiem, ale tak to jakoś postrzegam. Chyba za bardzo z góry patrzysz na Alinę. I nie myśl, że rozmawiałem o  tym  z  Tesią - nie  rozmawiałem. I raczej nie porozmawiam- to dotyczy twojego życia, nie mojego z Tesią. Alina teraz i Alina  sprzed ślubu  z tobą to dwie  zupełnie  różne dziewczyny. Pomyśl sobie o  tym spokojnie. 

Jakby na to  nie  spojrzeć  jesteś moim  bratem, więc chcę żebyś miał raczej udane to małżeństwo niż sam wychowywał synka. Dziecku, niezależnie od jego płci,  w tym  samym  stopniu  jest potrzebny tata co i mama. Więc naprawdę - weź się w garść, przeanalizuj wszystko. Znam cię już dostatecznie długo i dobrze  wiem, że gdy ci na czymś lub na kimś zależy to potrafisz góry przenosić. Masz w zasięgu ręki dwie osoby nie narzucone ci przez kogoś - Alinę, którą sam wybrałeś i Tadzika, którego powołałeś na ten świat. Nikt ci tych dwóch osób nie narzucił. A Alina bardzo podobała  się Frankowi. 

No muszę wracać  do  domu, nikt jakoś za mnie  nie chce myśleć i pisać. Gdy pomyślę  ile jeszcze tej pracy przede mną to mi najzwyczajniej w świecie mózg się lasuje i skóra na głowie   cierpnie. Całkiem dobrą kawę tu dają i super, że nie wolno  tu palić- mam wrażenie że głównie  dzięki temu nie ma tu tłoku.

Ja jeszcze  chwilę tu posiedzę - stwierdził Kris. Muszę sobie  to  wszystko poukładać w głowie. Dziś jest w domu  pani Maria, więc jest lekki rozgardiasz.  Dzięki, że ze mną porozmawiałeś. A myślisz, że Tesia  zgodzi  się pójść ze mną do tego lekarza?  Jeśli ją poprosisz to się zapewne  zgodzi - nie  sądzę  by  miała  coś w planach na ten  dzień. Tylko może już dziś jej o tym powiedz, żeby sobie  czegoś nie naraiła na ten dzień. Nie zamartwiaj się, nie jesteś sam na świecie, masz jeszcze  mnie. Trzymaj  się, wszystko się ułoży.

Wracając do domu Kazik jeszcze wstąpił do cukierni i kupił mini bezy, a w warzywniaku  pomarańcze. No to już jestem - trochę mi się zeszło. Jestem mile  zaskoczony- całkiem dobrą kawę mają w tej kawiarni i w ogóle wystrój skromny, ale wszystko czyściutkie- nawet podłoga czysta. Dobrze  to  wymyślili - pomiędzy  drzwiami wejściowymi, a są ich dwie pary, jest olbrzymia, chłonna wycieraczka. Szatni co prawda  nie ma, ale są dwa duże wieszaki.  A jak Kris?- spytała Teresa. Nie dolałem mu, choć miałem chęć. Ostatni raz mu wlałem gdy  miał trzy lata. On pewnie będzie  do ciebie telefonował i będzie  cię prosić byś  z nim do tego psychiatry podjechała, za 4 dni. A tak ogólnie to sprawiał wrażenie, że rozumie co  się  do niego mówi. On mi zazdrości dwóch rzeczy - ciebie i taty.  Nic  mu na to nie poradzę, ale go rozumiem - to pewnie śmieszne, ale im jestem  starsza tym bardziej  się  cieszę, że tata z nami mieszka. A gdzie tata i Alek?  W taty sypialni, oni słuchają teraz muzyki i dlatego mają zamknięte drzwi. Tata kupił  płytę z piosenkami śpiewanymi przez dziecięcy chórek. Mały do rytmu  kiwa główką i już drugi raz leci ta  sama płyta.

                                                                                    c.d.n.