czwartek, 8 kwietnia 2021

Czerwcowy urlop - 3

 Następnego dnia już o 8,00 rano byli na  śniadaniu, po którym wyruszyli do Jastrzębiej Góry. Do przejechania mieli raptem ok. 32  kilometrów. Maria miała w samochodzie  2 turystyczne leżaki gdyby zechciałoby się im posiedzieć nieco na plaży. Do kuzynki wiozła stare dokumenty rodzinne, które miała u siebie w domu. Było ich nawet sporo i mniejszym kłopotem było odwiezienie ich do niej niż pakowanie w odpowiednie pudełko  i nadawanie paczki na poczcie. 

Artur wybrał czekanie na Marię w samochodzie, więc Helenka obejrzała sobie Artura przez lornetkę. Niewiele się mogła o nim dowiedzieć od Marii, która na pytanie "a kto czeka na ciebie w samochodzie?" odpowiedziała krótko - facet. W każdym razie nie naczekał się Artur długo, bo Helenka miała właśnie coś w garnku  na gazie i nie mogła wyjść by obejrzeć  samochód. Przed opuszczeniem Jastrzębiej Góry Maria kupiła jeszcze dwie butelki wody mineralnej i wafelki w czekoladzie i pojechali w  stronę Karwi. Po 6 kilometrach skręciła na niewidoczny z szosy parking. Zabrali z samochodu leżaki, picie  i wafelki  i po pokonaniu ok.80 metrów przez bardzo rzadki las sosnowy znaleźli się na puściutkiej, pięknej, szerokiej plaży. Byli sami, w zasięgu wzroku nikogo nie było widać. Artur był pod wrażeniem - niesamowite, jesteśmy tu sami ! Żadnych dzieci, psów, piłek i wrzasków! Maryś, może powinniśmy tu codziennie przyjeżdżać? Tu jest super! Maria zaczęła się śmiać - dziś nie ma nikogo, bo nie ma upału, ale gdy jest upał to niektórzy tu trafiają, z tym, że przeważnie dopiero około południa, więc podejrzewam, że przyjeżdżają tu z dalszych okolic. Przyjeżdżanie tu z Juraty nie ma raczej sensu, bo gdy odejdziemy w Juracie nieco dalej od przejścia na plażę to będzie znacznie mniej ludzi. Wszyscy się zawsze rozkładają jak najbliżej wejścia na plażę, tylko zupełnie nie wiem dlaczego. Teraz jeszcze mało ludzi w Juracie bo jeszcze się nie skończył rok szkolny. Chciałam  ci po prostu pokazać miejsce, które bardzo lubię. Mankamentem tu jest zupełny brak cywilizacji - niestrzeżony parking,  brak toalet, brak jakiegoś kiosku z piciem. Proponuję byśmy dziś po obiedzie powędrowali trochę brzegiem plaży- pasuje? Oczywiście, że mi pasuje odpowiedział szybko Artur. Tylko muszę pamiętać, żeby wyjąć z samochodu matę do siedzenia, to sobie gdzieś po drodze trochę posiedzimy. Jest lekka ale nie przepuszcza piachu i wilgoci. Po kolejnej godzinie spędzonej na nadal pustej plaży Maria stwierdziła, że wypada sprawdzić, czy jest jeszcze na dzikim parkingu samochód, bo jeśli nie, to będą musieli iść na piechotę 6 km do Jastrzębiej Góry lub do Karwi by zawiadomić policję. Co prawda  Maria miała jakiś super patent, bez którego nikt by tego samochodu nie uruchomił jak twierdził "magik"od zabezpieczeń przed kradzieżą, ale nigdy nic nie wiadomo.

W trakcie jazdy stwierdzili, że właściwie nie ma po co wstępować do Władysławowa, ale  "wdepną" do latarni morskiej w Rozewiu. W Rozewiu jest trochę bałagan z tymi latarniami, oboje mieli niejakie trudności w połapaniu się z nimi. Czynna  a ponadto udostępniona jest tzw. "stara" latarnia. To ta, w której rzekomo Żeromski pisał swą powieść, a którą tak naprawdę napisał w Warszawie. Ale tę latarnię zwiedzał. No a legenda ma się dobrze i nadal funkcjonuje, co bardzo oboje rozśmieszyło. Nie da się ukryć, że Żeromskiego czytali tylko dlatego, że musieli -z racji lektur szkolnych.

Po obiedzie Maria zatelefonowała do Alicji - okazało się, że ma biedula nie tylko ropne naloty w gardle ale i zapalenie płuc, więc jest mało prawdopodobne, że przyjedzie do Juraty, bo lekarka ma wielką ochotę zamknąć ją w szpitalu. Maria wysłuchała wszystkiego i powiedziała, że to faktycznie może być najlepsze rozwiązanie i Alicja nie powinna się przed tym bronić, bo przecież ktoś powinien jej robić zakupy i przygotowywać posiłki. Potem zatelefonowała jeszcze do jej chłopaka, mówiąc, że powinien  namówić Alę na ten pobyt w szpitalu, albo sam zająć się opieką nad nią. Wojtek był zdziwiony, tłumaczył się, że o niczym nie wie, bo wprawdzie wie, że Alicja nie pojechała do Juraty, ale nic nie wie o tym, że jest aż tak bardzo chora i że zaraz po pracy do niej pojedzie.

Maria i Artur, tak jak planowali wybrali się na popołudniowy  spacer brzegiem plaży. Na wszelki wypadek zabrali ze sobą  dresy bo wcale nie było gorąco, wiał dość silny wiatr.  Mata, którą miał ze sobą Artur była jakimś  wielozadaniowym wynalazkiem - była lekka, szeroka na 80 centymetrów, długa na ponad 2 metry, miała w pokrowcu dwie zewnętrzne zamykane na suwaki kieszenie i była z jakiejś  wodoodpornej pianki. Artur się śmiał, że jeśli  będzie im zimno to się okryją tą matą i będzie miał pretekst do objęcia  ciasno Marii. Maria aż przystanęła gdy to usłyszała  i powiedziała - to ty musisz mieć pretekst by objąć dziewczynę, z którą idziesz na spacer? Mówisz poważnie czy żartujesz? Nie  żartuję, narzucasz mi dystans, onieśmielasz  mnie nieco.  Boję się ciebie objąć, by nie usłyszeć pytania czy aby mi się na mózg nie rzuciło.  Chodź, pójdziemy posiedzieć pod wydmami na tym turystycznym wynalazku - tam mniej wieje i pogadamy- zaproponował.

Rzeczywiście pod wydmą było nieco zaciszniej, ale oboje ubrali dresy. Długą chwilę milczeli, wreszcie Maria powiedziała- zaskoczyłeś mnie  stwierdzeniem, że cię onieśmielam. Nie miałam i nie mam takiego zamiaru. Kiedyś się na kimś sparzyłam i od tamtej pory jestem dość nieufna, staram się nie  pokazywać, co czuję, zwłaszcza gdy krótko kogoś znam. Tyle tylko, że tamtego osobnika znałam długo. Ale za to nie ukrywam swoich poglądów na życie. Jestem mało romantyczna i staram się nazywać rzeczy po imieniu, bez ubierania ich w ładne, okrągłe i miłe słowa. Po naszym pierwszym wspólnym obiedzie rozmawiałam z przyjaciółką, tą aktualnie chorą i powiedziałam jej, że robisz na mnie wrażenie "faceta z odzysku", czyli rozwodnika - dobrze wychowanego wpierw przez mamę a potem przez żonę. Ja nawet nie umiem ci powiedzieć dlaczego tak pomyślałam, ja po prostu mam czasem jakieś takie "przebłyski", jak mawia Alicja. A tak a propos Alicji - do końca pobytu będę sama, ma nie tylko zapalenie gardła ale i zapalenie płuc i lekarka chce ją wpakować do szpitala. Właśnie dziś jej tłumaczyłam, że powinna się zgodzić, bo mieszka sama.

Pytałeś się o to czy jeszcze lub już nie noszę obrączki - powiedziałam ci wtedy co myślę o małżeństwie- nie po to by cię do siebie zrazić- ja naprawdę właśnie tak myślę o małżeństwie. To bardzo trudna dyscyplina, coś jak dziesięciobój w lekkoatletyce. I raczej nie wyjdę za mąż za kogoś kto nie będzie podzielał moich poglądów w tej kwestii. Poza tym coraz częściej zastanawiam się czy małżeństwo nie jest aby przeżytkiem. Jak widzisz, należę do tych, z którymi można wszystko "przegadać", bo to jest według mnie lepsze niż kłótnia, obrażanie się, ciche dni itp. Rozwód też nie bierze się "z powietrza", to  jest coś co rośnie po cichu niczym nowotwór. A rośnie tak po cichu, bo ten komu coś dokucza lub nie pasuje -nie  potrafi lub nie ma odwagi  nawet przed sobą samym zdefiniować co jest na rzeczy, a potem o tym szczerze porozmawiać.  Popatrz - powiedziałeś mi w końcu, że ci narzucam dystans, że cię onieśmielam i ja się nie obraziłam, mogę cię tylko zapewnić, że dzięki temu, że to powiedziałeś twoje akcje u mnie skoczyły w górę. Bo wreszcie jest ktoś, z kim można wszystko przegadać.

Artur delikatnie wziął rękę Marii i przytulił ją do swego policzka a potem delikatnie pocałował - masz takie małe, zgrabne ręce. I w ogóle cały czas sprawiasz na mnie wrażenie nastolatki, która nie wiadomo jakim cudem myśli jak bardzo dorosła kobieta. Nie jest ci zimno? Nie, bo  jestem schowana za tobą - to są te zalety bycia małą kobietą. A ciebie aby ten wiatr za bardzo nie przewiewa?  Nie, bo jestem osłonięty kawałkiem tej genialnej maty, zobacz. A gdzie ty kupiłeś tę matę? Kolega, który się szykuje w Himalaje kupił ją chyba we Francji w sklepie z wynalazkami dla wspinaczy. A potem kupił jeszcze fajniejszą, większą i tę od niego odkupiłem. No i wreszcie ją teraz wypróbowałem. A która jest godzina- bo nie mam dziś zegarka - zapytała Maria. Tak jakby za półtorej godziny kolacja. A chcesz już wracać?-zapytał cicho Artur. Nie, nie chcę,dobrze mi tu. To tylko nawyk ciągłego kontrolowania  czasu. Lubię patrzeć na morze, lubię być nad morzem. Potrafię cały dzień przeleżeć na plaży wpatrując się w morze. To chyba nie świadczy za dobrze o stanie mego umysłu. Ale trenuję wgapianie się w morze od dzieciństwa. A droga na kolację zajmie nam góra 15 minut bo będziemy iść z wiatrem. Wymyśl coś na po kolacji. Ale nie musi to być coś ekskluzywnego, ekstrawaganckiego, czym chciałbyś mi zaimponować. Jak widzisz dobrze mi się z tobą siedzi pod wydmą, gapi w morze i ćwierka na różne tematy. Z czasem , być może, zacznę ci zadawać różne niewygodne pytania, np. dlaczego rozleciało ci się małżeństwo. Na to pytanie mogę ci nawet teraz zaraz odpowiedzieć. Byłem pół roku za granicą, służbowo, a ona w tym czasie zaszła w ciążę wmawiając mi, że to moje dziecko  z pożegnalnego aktu. Ale urodziło się  jakby było o miesiąc (datami) przenoszone,więc zleciłem badanie genetyczne - i niestety wykluczono moje ojcostwo... Pomijam już fakt, że wcale wtedy nie planowaliśmy dziecka. Rozwód był "od ręki". Przyjaciel mnie pocieszał, że przynajmniej 10% ojców w Europie wychowuje, wcale o tym nie wiedząc, obce genetycznie dzieci. Bo to nie jest tak, że tylko mężczyźni zdradzają swe żony, jest w tej dziedzinie ciche równouprawnienie. A ja, podobnie jak ty, uważam, że seks w małżeństwie jest na wyłączność małżonków. Reszta - do uzgodnienia- naprawdę. Rozbawiła mnie stwierdzeniem, że zdradziła mnie z wielkiej tęsknoty za mną.

Chodź, Maryś,  tu zaraz jest wyjście z plaży, wrócimy lasem, dosyć tego wiatru na dziś.  I rzeczywiście w lesie było niemal zacisznie. A może podjechalibyśmy dziś  znów do Jastarni i poszli potańczyć? Wiem, że nie lubisz tego nowego Domu Zdrojowego, ale tam można potańczyć. Co prawda nie na parkiecie na powietrzu, ale tam jest dużo miejsca do tańca. No ale do Domu Zdrojowego to nie musimy jechać, możemy się tam przemieścić piechotką- zauważyła Maria. Ale znacznie wygodniej będzie nam podjechać samochodem, pojedziemy tym razem moim. Szpilki i kostka  bauma mało do siebie pasują. Zaraz zarezerwuję dla nas stolik, dobrze? Chyba masz rację, będzie  wygodniej i nie będę musiała brać żadnych pantofli na zmianę. Mam nadzieję, że jeszcze będą wolne stoliki bo to jeszcze nie sezon w pełni. No ale jak będziemy samochodem, to odpadnie nam drink - zaśmiała się Maria. Ty będziesz mogła sobie coś zamówić, mnie wystarczy to, że będę mógł z tobą tańczyć. Bo wydaje mi się, że ty, Maryś, to lubisz tańczyć. Oj tak, lubię i to  bardzo. Nie lubię tylko dyskotek z tymi błyskającymi, oślepiającymi światłami i muzyką na pełnym wzmocnieniu. Wolę tradycyjne dancingi. A skąd wiesz, że lubię tańczyć? Nic na ten temat nie rozmawialiśmy przecież. Podejrzałem gdy byliśmy na lodach - stópki ci chodziły do taktu tego co grali. No to miałeś dużo wrażeń. I dlatego, że za bardzo reaguję na muzykę nie mam radia w samochodzie. A co będziemy robić, jeżeli nie będzie już wolnego stolika? Pójdziemy u nas na  basen, bo jak na razie to woda w Bałtyku zimna straszliwie. Taka w sam raz dla morsów, ale nie dla ludzi.

                                                                         c.d.n.



 


środa, 7 kwietnia 2021

Czerwcowy urlop - 2

Lody w kawiarni przypominającej swym wyglądem oszkloną klatkę nadal były dobre. Mieli szczęście bo akurat zwolnił się dwuosobowy stolik. Z trudem mieściły się pod nim ich nogi i w końcu siedzieli tak, że Artur swoim  nogami "ogarniał" nogi Marii. 

Chyba  nigdy już nie przyjadę do Jastarni i Juraty - stwierdziła Maria- jak dla mnie to jest tu już zbyt dużo betonu w lesie nad plażą. Nie podoba mi się też ten rozbudowany, dziwaczny Dom Zdrojowy - pamiętam stary Dom Zdrojowy  gdy pierwszy raz tu byłam  mając 10 lat. Najbardziej podobał mi się parkiet do tańca - na zewnątrz, na wydmie- orkiestra  grała w sali jadalnej i były otwarte wszystkie drzwi wychodzące na taras z parkietem. Mniej mi się tu podobało w porze obiadowej, bo był nieziemski tłok i długo się czekało na podanie obiadu. I dzień w dzień pasiono mnie bulionem z jajkiem, co mi wcale a wcale nie smakowało. Nie wiem czemu, ale nigdy mi nie pasowało to "nadmorskie" jedzenie. 

Jak to bulion z jajkiem- zdziwił się Artur- z jajkiem na  twardo? No nie, nie na twardo- kelner przynosił filiżankę gorącego bulionu i w kieliszku oddzielone starannie surowe żółtko jajka- należało wrzucić je do bulionu i bardzo energicznie rozmieszać i szybko ten bulion z filiżanki wypić. Artur wpatrywał się w Marię z niedowierzaniem - to rzeczywiście musiało być paskudne. No właśnie- zgodziła się z nim Maria- było obrzydliwe. Jedyne co mi tu smakowało to były świeżo uwędzone ryby  zakupione w  wędzarni. I bób pieczony na blasze. I flądry smażone serwowane w barze mlecznym. Flądry w  barze mlecznym?- zdziwienie Artura sięgało zenitu. 

Ale miała pani przynajmniej ciekawe dzieciństwo - ja co roku byłem podrzucany na wieś do siostry mojej babci. No i musiałem pomagać w polu, dopóki nie  zleciałem z wozu pełnego słomy i nie  złamałem nogi. Potem to jeździłem na obozy harcerskie. 

I co było lepsze - te wakacje na wsi czy te obozy?- usiłowała dociec Maria. Artur skrzywił się - i tu źle i tam niedobrze. Fajnie to było gdy już mogłem sam sobą zarządzać i sam decydować jak i gdzie spędzę wakacje. No to chyba już pójdziemy - rzeczywiście dobre te lody tutaj.

Szli z powrotem niespiesznie a Maria mówiła - obawiam się, że za kilka lat z tego lasu to już nic nie zostanie, będą  tylko same domy wczasowe. Poza tym Półwysep niszczeje i podobno wszyscy się zastanawiają jak go ratować, żeby go morze nie pochłonęło. Ale tak sobie myślę, że jak nie zniszczy go morze to zniszczą go ludzie, bo my naprawdę notorycznie niszczymy to wszystko co nas otacza. Byłam kiedyś na betonowej plaży, w okolicach Soczi, a koleżanka była na  kamiennej plaży w Chorwacji. Tamta  chorwacka  plaża była przynajmniej z naturalnego kamienia a nie z betonu. Ta plaża w okolicach Soczi była z natury kamienista, więc  ją wybetonowano "eleganckim" szarym  betonem. 

Oglądałam ostatnio film dokumentalny o Kostaryce. I jakoś bardzo mi się zamarzyło by tam pojechać. Nie da się ukryć, że to bardzo daleko i bardzo drogo. No ale pomarzyć można. Najlepiej na Półwysep Nicoya. Oczywiście wiem, film nakręcony na potrzeby reklamowe, ale ostatnio wielu Amerykanów z racji emerytury tam się przenosi. I często kupują tam nieruchomości w charakterze lokaty. Kolory tam są bajeczne a plaże jak ze snu. I najlepiej  tam być od grudnia do końca kwietnia. Kiedyś marzyły mi się Seszele. Po jakimś czasie jakoś mi się  "odmarzyły."  A pan marzy o jakichś podróżach? 

Ja może nie tyle marzę, co uważam, że byłoby nieźle wpierw zwiedzić Europę. Chciałbym pojechać na przykład na Cyklady, zwiedzić Włochy, Francję, Hiszpanię. Byłem o krok od wyjazdu do Jugosławii, ale się tam zakotłowało i wszystkie plany diabli wzięli. Na razie tylko byłem dwa razy w Bułgarii. Trochę im zazdroszczę tego nieco cieplejszego morza. No ale jedzenie to mnie z lekka wykończyło. Kapiące od oliwy i zawsze zimne.

W Bułgarii faktycznie to jedzenie jest słabym punktem. Byłam kiedyś u znajomych w Sofii i ciężko odchorowałam ich jedzenie. Najlepiej się tam czułam, gdy mogłam się odżywiać winogronami i brzoskwiniami, a na  ciepło to tostami i frytkami lub pieczonymi rybami.

Kolacja faktycznie była jadalna - podano tym razem jabłka w cieście. Po kolacji, tak jak się umawiali spotkali się w kawiarni. Rzeczywiście kawiarniany barek był nieźle zaopatrzony, jak zauważyła Maria alkohole tylko z wyższej półki - koniaki dobrych marek, ze dwa rodzaje rumu, spory wybór importowanych win. Tłoku nie było, co nie zdziwiło Marii, bo ceny były niczym w schronisku wysokogórskim. Obejrzała dostępne alkohole i pochwaliła - podoba mi się tu, przynajmniej nikt się tu nie upije, bo by popadł w długi. Panie Arturze, rachunki płacimy albo  na zmianę, albo każdy na pół, albo nie będziemy tu przychodzić- ma pan trzy opcje do wyboru. Oczywiście nie musimy się liczyć ostentacyjnie tutaj , ale uważam, że każdy z tych  sposobów liczenia się będzie właściwy. Artur wpatrywał się w Marię z lekkim niedowierzaniem - ale to ja zaprosiłem, znam tutejsze ceny i wiem co robię. No dobrze, rozumiem, że pan wie co pan robi, ale w moim odczuciu kosztami powinniśmy się dzielić, natomiast w pełni doceniam to, że mnie  pan zaprosił, że zależy panu na moim towarzystwie. Bo dla mnie ważniejsze jest z kim siedzę przy stoliku niż to co przy nim jem lub piję. Gdy podeszła kelnerka zamówili kawę, po porcji szarlotki, Maria  dla siebie Remy Martin, a Artur  Hennessy. Gdy kelnerka przyniosła do stolika  koniak Maria powiedziała - skoro mamy podobne upodobania to proponuję, byśmy mówili sobie  po imieniu - lepiej się wtedy rozmawia. Nie uznaję tradycyjnego bruderschaftu, krew mnie zalewa gdy nagle ktoś do mnie leci z "dziobem" a ja człowieka ledwo toleruję, lub wręcz pierwszy raz go widzę.  Wiem, dość dziwna jestem, no ale nikogo nie zmuszam by przebywał w moim towarzystwie.  Lubię koniak, bo jedna lampka "załatwia mi  cały wieczór". Nie da się ukryć, że jakoś nie mam pociągu do alkoholu,  a tłumaczenie każdej napotkanej osobie, że alkohol to nie jest to za czym ja przepadam jest męczące, więc postarałam się polubić koniak. Podobnie jest z likierem - jeden kieliszek likieru kawowego załatwia  mi całe , nawet dość długie spotkanie. I jeszcze coś - jeśli zadam ci pytanie, na które nie chcesz udzielić odpowiedzi, to zamiast coś kręcić powiedz po prostu, że nie chcesz na ten temat rozmawiać. Zapewniam cię, że nie będę miała o to żalu. Bo przecież często się tak zdarza, że nie chcemy o czymś rozmawiać ze świeżo poznaną osobą, więc znacznie mądrzej jest powiedzieć, że się nie chce o tym rozmawiać. I być może, że po jakimś czasie będzie się o tym rozmawiało, gdy się już swego rozmówcę pozna lepiej. Artur wpatrywał się w nią intensywnie lekko potakując głową, w końcu powiedział - jesteś bardzo mądrą osobą jak na dwudziestolatkę. Maria parsknęła śmiechem - dodaj do tego jeszcze  dziewięć lat, ja tylko wyglądam tak młodo. 

Twój wiek, Arturze, też trudno odgadnąć na podstawie wyglądu. Możesz równie dobrze być tuż po trzydziestce jak i przy końcu trzydziestki. Artur uśmiechnął się - no właśnie , bliżej mi do końca niż do początku. Dobrze to wydedukowałaś.  No a skoro mówimy o tak intymnych sprawach jak wiek, no to przyznaje się bez bicia - jestem rozwodnikiem od trzech lat, nie obciążonym alimentami. A ty jeszcze czy już nie nosisz obrączki? Maria roześmiała się - jak na razie to jeszcze nie trafił się na tyle odważny facet by się ze mną ożenić. Zapewne dlatego, że moja oferta nie uwzględnia zasuwania w domu jak bura mrówka i spełniania wszystkich pomysłów dotychczasowych znanych mi facetów.  O ile jestem za wyłącznością w kwestii seksu, to nie wyobrażam sobie by wszystko robić razem. Nie będę z kimś chodziła np. na mecze  bokserskie lub piłkarskie, bo mnie to zupełnie nie interesuje. To tak, jakbym ja kazała chodzić memu mężowi  na zajęcia amatorskiego kółka teatralnego lub na gimnastykę dla pań, bo to mnie rajcuje.   Poza tym uważam, że nim się ludzie zwiążą małżeństwem, to powinni bardzo dokładnie wszystko ustalić, omówić, bo jakby na to nie spojrzeć to małżeństwo od obojga wymaga przemyślenia tego kroku, wspólnego zastanowienia się czy damy radę pogodzić pod jednym dachem wszystkie nasze przyzwyczajenia, poglądy, to co lubimy i to czego nie lubimy. Bo każdy z nas wychodzi z innego domu, był inaczej wychowany, do czego innego przyzwyczajony. Czasem mała rzecz nie omówiona przed ślubem urasta do rangi problemu niszczącego związek. Moja przyjaciółka jeszcze przed ślubem tłumaczyła swemu chłopakowi, że ona za nic w świecie nie chce mieć dzieci - teoretycznie się z nią zgodził, a gdy w kilka lat po ślubie robił jej awantury, że ona stosuje antykoncepcję hormonalną to po kolejnej awanturze wystąpiła o rozwód i oczywiście już nie są  małżeństwem z tym panem. Uważam, że skoro natura wyposażyła nas w mózg to po to żebyśmy myśleli a skoro umiemy mówić to powinniśmy jak najczęściej z tej umiejętności korzystać i wszystko omawiać. 

Jadę jutro po śniadaniu  do Jastrzębiej Góry, bo muszę coś zawieźć swojej kuzynce. Mam w związku z tym propozycję- pojedź ze mną, ja u kuzynki będę dosłownie 10 minut, które możesz spędzić w samochodzie lub wdepnąć ze mną do niej. Albo możesz zbiec po iluś tam  schodkach na plażę i zrozumiesz moją niechęć do Jastrzębiej Góry a potem możemy pojechać na naprawdę piękną i pustą plażę, dosłownie 6 km od Jastrzębiej Góry.  Obawiam się, że długo nie pozostanie taka pusta i piękna. Do kogoś te tereny   ciągnące się wzdłuż szosy należą i w końcu zapewne tam też wszystko na gęsto zabudują pensjonatami mniejszymi i wielgachnymi.Wracając możemy zahaczyć o Władysławowo City i o latarnię morską w Rozewiu. Oczywiście jeśli odmówisz to nie będzie miało żadnego wpływu na naszą tu znajomość.  Nie odmówię, nigdy nie byłem w Jastrzębiej Górze, ale pojedźmy moim samochodem. Maria zaprotestowała- no nie, moja sprawa, mój samochód, poza tym muszę Helence go pokazać, bo ponoć też chce sobie taką  bryczkę sprawić. Twoim pojedziemy gdzie indziej, dobrze?

                                                                            c.d.n.




wtorek, 6 kwietnia 2021

Czerwcowy urlop

Obudził ją znienawidzony dźwięk budzika - nie otwierając oczu sięgnęła za głowę i z półki ściągnęła dzwoniące paskudztwo- chwilę po omacku macała szukając odpowiedniego "dinksa" by go wyłączyć.

Akurat go odstawiła na półkę zagłówka tapczanu gdy rozległ się dźwięk telefonu - no niestety by go odebrać, musiała wstać z łóżka. Potykając się o własne kapcie dobrnęła do  biurka- otworzyła jedno oko i dostrzegła, że to telefonuje Alicja. Na jej "słucham cię" Ala mocno schrypniętym głosem poinformowała ją, że mowy nie ma by dziś z nią pojechała do Juraty, bo ma temperaturę i wściekle  boli ją gardło i zaraz wezwie do domu lekarza, oczywiście prywatnego, bo nie ma siły by iść do przychodni.  Przyjedzie tydzień później pociągiem, gdy chociaż  "z grubsza" opanuje chorobę. Jedno jest pewne - bez antybiotyków  się nie obędzie. 

Jasna cholera - zaklęła Maria - gdzie się  tak zainfekowałaś? Jest czerwiec a ty łapiesz gdzieś anginę czy też inne paskudztwo!  Nie wiem - wychrypiała Maria. Wiem tylko, że jestem najzwyczajniej w świecie chora.  No wiem, że to nie twoja wina - mówi się trudno, wezmę w takim razie więcej książek do czytania wieczorem, bo sama z sobą to raczej nie pogadam. Tylko weź tego lekarza już dziś  i niech ci coś skutecznego zapisze. I nie wychodź z domu,  zadzwoń do Wojtka, niech on pójdzie do apteki. Dobrze, zgodziła się potulnie Alicja - no ale wiesz co ten artysta powie- to kara za to, że zachciało mi się jechać z tobą nad morze a nie  z nim we wrześniu do Turcji. Marysiu, ale zatelefonuj do mnie  gdy już dojedziesz na miejsce, żebym się nie zamartwiała. Dobrze, zatelefonuję, ale dopiero pod wieczór, więc się nie denerwuj. Nie wiem o której dojadę. A gadanie Wojtka olej, niech ci tylko kupi leki i  coś do jedzenia. No to pa, zacznę się pomału zbierać do drogi.

Jakimś cudem przejazd na trasie Warszawa- Gdańsk był dość bezkolizyjny, trochę gorzej było na obwodnicy Gdańska i dalej do Juraty. Ale i tak dojechała całkiem szybko. Zatrzymała się tylko raz,  by uzupełnić paliwo. Bardzo nie lubiła wstępować po drodze na jakiś posiłek.

Pensjonat, w którym wykupiły pobyt był właściwie na granicy Jastarni i Juraty i na szczęście miał duży parking. Pokój był z balkonem, zaraz za balustradą rozciągał się rzadki sosnowy las, do plaży było poniżej 200 m. Maria zaparkowała i wyciągnęła z bagażnika  swą wielgachną torbę podróżną, która nie byłaby ciężka, gdyby nie książki. 

Powlokła się do recepcji, pokazała dowód wpłaty za wykupione wczasy, odebrała "kartę zakwaterowania"  z numerem pokoju, karnet na posiłki i poinformowała recepcjonistkę, że ten tydzień będzie sama bo jej przyjaciółka zachorowała. Recepcjonistka wyraziła swe współczucie dla chorej koleżanki i Maria poszła do swego pokoju - za 15 minut miała już obiad. 

Zerknęła na swój karnet - był na nim już wyznaczony z góry stolik. Sala jadalna pomału się zapełniała. Kelnerka na wiadomość, że Maria przez tydzień będzie sama stwierdziła, że  jeśli się uda, to ona karnet nieobecnej koleżanki sprzeda, a pieniądze odda Marii. Bo sporo osób spoza pensjonatu przychodzi tu tylko na posiłki, a mieszka na kwaterach prywatnych. Z tym, że te osoby stołują się w tak zwanej drugiej turze. 

Po chwili do stolika podszedł mężczyzna o dość miłej powierzchowności, upewnił się odnośnie numeru stolika i wyraził radość z faktu, że przez dwa tygodnie będzie miał tak miłą osobę przy stoliku, następnie przedstawił się ( na imię miał Artur)  więc  Maria również podała swe imię i nazwisko  i zaraz go "pocieszyła", że jest wielce prawdopodobne, że za tydzień dojedzie jej koleżanka, która obecnie jest chora, zapewne załapała się na anginę. Ojej to pani koleżanka ma pecha - w czerwcu zarazić się anginą to wyraźny pech. Okazało się, że współdzielący z Marią stolik mężczyzna też jest z Warszawy a przyjechał dzień wcześniej.  Nie był to jego pierwszy pobyt w tym pensjonacie i zaraz poinformował Marię, że zupy tu serwowane nie są jego skromnym zdaniem godne uwagi, ale drugie dania i desery oraz śniadania i kolacje całkiem "jadalne".

Poza tym jest tu basen, co prawda nie olimpijski, ale da się popływać, bo woda znacznie cieplejsza niż ta w Bałtyku, można pograć w bilard i można wykupić zabiegi rehabilitacyjne, oczywiście poprzedzone wizytą u lekarza. Wizyta lekarska darmowa, zabiegi już odpłatne, ale i tak tańsze niż  te w stolicy. No i jest też coś na kształt siłowni, ale trzeba mieć zezwolenie od lekarza by z niej korzystać, bo podobno ktoś kiedyś tu zasłabł w trakcie ćwiczeń i prosto z sali wylądował na kardiochirurgii co i tak nic nie pomogło. Poza tym jest tu też kawiarnia z całkiem nieźle zaopatrzonym barkiem i nawet niezłą kawą. W związku z tym on już pozwala sobie ją zaprosić po kolacji do kawiarni. Poza tym jest też w Juracie stoisko z książkami, czyli księgarnia w namiocie.  No i molo nad  zatoką wreszcie odremontowano.

Maria po spróbowaniu zupy stwierdziła, że nie będzie tu ich jadła, bo  do "smaczności" jest ogromnie daleko, zresztą w domu też nigdy nie jadła zup. Drugie danie było rzeczywiście jadalne a nawet smaczne i było sporo surówki. Na deser był budyń ze świeżymi truskawkami, też jadalne, jak oboje stwierdzili.

Po obiedzie  wyszli z jadalni razem i Artur zaproponował, by podeszli w stronę plaży- droga niedaleka i można zejść na plażę w cywilizowany sposób, czyli po drewnianym chodniku. Plaża w tym miejscu była ładna,szeroka i niemal pusta, bo większość wczasowiczów zapewne jeszcze była na obiedzie.

Pani Mario - da się pani namówić na spacer przed kolacją? Bo po kolacji, to ja zapraszam do kawiarni, bardzo proszę.

Muszę się rozpakować, zatelefonować do Warszawy, więc może za godzinę lub nawet półtorej?- zgodziła się Maria. Och, wspaniale - Artur był pełen entuzjazmu. Spotkajmy się zatem obok wejścia na parking za półtorej godziny. I proszę wziąć jakiś sweterek lub kurtkę,  nie ma upału i tu dość szybko robi się chłodno. Ale podobno od wtorku mają  nadejść upały. Wrócili do budynku i rozeszli się do swoich pokoi.

W pokoju Maria zatelefonowała do Alicji, która  w dalszym ciągu czekała jeszcze na wizytę lekarską. Alicja czekając na lekarza pasła się miodem i czosnkiem i co godzinę płukała gardło roztworem sody kuchennej, ale efektów tej kuracji ciągle jeszcze nie było widać. 

Maria opowiedziała jej o Arturze, który jej zdaniem był zapewne facetem z odzysku a wiekowo był zapewne pomiędzy 35 a 40 rokiem życia. A poza tym robił dobre wrażenie, z całą pewnością był "dobrze wychowany" wpierw przez mamę a potem przez  żonę. No i że umówiła się z nim na spacer przed kolacją i do kawiarni po kolacji. Opisała go dość dokładnie i obiecała, że następnego dnia opowie Alicji jak było na spacerze i w kawiarni. Alicja stwierdziła, że Maria to ma szczęście - jak tylko zerwie z  jednym  to zaraz zjawia się następny. No jasne-śmiała się Maria - po prostu mam na twarzy wypisane "facet potrzebny od zaraz- bonus: jestem  bardzo tolerancyjna i nie szukam męża". Aluniu - ja nie zerwałam przecież z Damianem - on wyjechał na dwuletni kontrakt za granicę, a jak znam życie to na pewno przedłużą mu kontrakt na następne dwa lata. Nie wiem po co się mnie pytał czy ma jechać czy nie skoro nie deklarował wobec mnie żadnych uczuć. Chyba, że jego pytanie czy będę na niego czekać było wyrazem uczuć. No ale dla mnie wyraz uczuć to jest nadanie jasnym, zrozumiałym tekstem, że się mnie kocha i chce się ze mną być. Pewnie po prostu jestem dość prymitywną kobietą, której należy wyłożyć  kawę na ławę, a nie liczyć, że się z półsłówek domyślę, że  facet mnie kocha. No to kuruj się dalej, a ja zatelefonuję jutro.  

Postanowiła ubrać się sportowo, dżinsy, niezbyt obcisły cienki sweterek, kurtka bawełniana i adidasy.  Delikatnie podkreśliła oczy, zamiast szminki gorzki błyszczyk na usta i poszła na parking. Celowo przyszła nieco wcześniej, chciała po prostu umyć szyby w swoim samochodzie, by nie robić tego wtedy, gdy będzie chciała szybko gdzieś pojechać. Planowała bowiem by następnego dnia pojechać na kilka godzin do Jastrzębiej Góry  do swej kuzynki, z którą widywała się raz do roku. Co roku padały między nimi te same teksty - kuzynka zarzucała Marii, że jeszcze ani razu nie była w Jastrzębiej Górze na urlopie, a Maria spokojnie odpowiadała, że nie lubi schodów i że jeżeli kiedyś uruchomią windę pomiędzy Jastrzębią Górą a poziomem morza to ona wtedy na pewno przyjedzie tu na urlop, a dopóki wygodne dojście do plaży będzie 6 kilometrów od Jastrzębiej Góry ona woli jeździć do Jastarni lub Juraty. Gdy już umyła szyby i wszystkie pokrywy świateł podszedł do niej Artur - pomóc coś?- zapytał z uśmiechem. Nie skądże, właśnie  skończyłam  mycie szyb i wszystkich świateł. Chcę się jutro wybrać do Jastrzębiej Góry, do swej kuzynki, a nie lubię zaczynać dnia od mycia szyb w samochodzie. A jak się pani jeździ tym samochodem? Całkiem dobrze, jestem z niego zadowolona. Mam go trzy lata i zero kłopotów z eksploatacją. Zamknęła bagażnik samochodu i ściągnęła jednorazowe ochronne rękawiczki szukając wzrokiem kosza na śmiecie. Kosz jest na prawo po wyjściu z parkingu- podpowiedział Artur.

To dokąd pójdziemy? ma pan  jakiś pomysł? Proponuję byśmy poszli do Jastarni, w porównaniu z Juratą Jastarnia tętni życiem - ze śmiechem odpowiedział Artur. Szli chodnikiem ułożonym z kostki bauma , a Maria powiedziała - gdy byłam dzieckiem była to leśna droga, nawet nie za bardzo wydeptana. Często przyjeżdżałam na wakacje do Jastarni, lubiłam Jastarnię. Co prawda nie lubiłam podróży pociągiem, ale bardzo lubiłam wakacje w Jastarni. Wiele lat tu przyjeżdżałam- do szesnastej plażowaliśmy nad pełnym morzem, potem szybki obiad i szło się nad zatokę wyrównywać opaleniznę. W zatoce była zawsze po południu ciepła woda. I albo się zbierało muszelki albo wypożyczało się kajak i pływało płycizną. Albo się szło grać w piłkę w pobliże terenu LPŻ. I bardzo lubiłam tam przychodzić już po zmroku, zatoka lśniła- najpiękniej było gdy był still i świecił księżyc. I lubiłam siedzieć w porcie i obserwować jak ćwiczą w LPŻ przyszli marynarze. Nawet było mi ich czasem żal, strasznie na nich wrzeszczeli.

To może jutro, po kolacji wpadniemy do Jastarni i popatrzymy jak teraz wygląda zatoka - wpierw z mola w Juracie a potem pójdziemy, lub podjedziemy do Jastarni - zaproponował Artur. 

Chyba nie - nie ma już tej łąki, tam jest cała fura willi - byłam tam ze dwa lata temu. Jedno wielkie rozczarowanie mnie spotkało. Poza tym inaczej świat wygląda  gdy się jest w wieku 10 do 16 lat, a  zupełnie inaczej gdy się ma niemal dwa razy tyle. Ale możemy sprawdzić czy nadal są dobre lody - ja zapraszam na lody- dwa lata wcześniej jeszcze były dobre - jeśli nie zmienił się właściciel nadal powinny być dobre. Posiedzimy w tej kawiarni, wolę zjeść stacjonarnie niż chodzić i lizać a potem dziwić się skąd tyle plam na bluzce.

                                                                        c.d.n.

I jak zawsze - czytamy i wyrażamy swą opinię - przynajmniej znaczkami  ;(  lub  ;)





sobota, 3 kwietnia 2021

Nihil novi 3

 Stosując język dyplomacji spotkanie rodziców Ewy i Dominika przebiegło w miłej atmosferze. Dominik miał rację - dobra czekolada na torcie, polewa czekoladowa na  ciasteczkach, lody przerobione przez Ewę na melbę i kawa z przyprawami oraz wzmocniona nieco czekoladą  zadziałały jak należy. Co prawda Ewa zapowiedziała swym rodzicom, że jeśli któreś palnie jakąś złośliwość pod adresem byłego swego współmałżonka to ona  najzwyczajniej pod słońcem zrobi dziką awanturę.  I chyba rodzice dobrze wiedzieli, że "Ewa potrafi  zachować się koszmarnie", bo żadne wzajemne złośliwości  nie padły.   

Okazało się po raz kolejny, że najważniejsze w życiu to są tak zwane  "znajomości" i to niezależnie pod jaką szerokością geograficzną. Gdy Ewa zatelefonowała do Basi z pytaniem  czy zgodzi się być świadkiem na ślubie jej i Dominika i czy nie ma nic przeciwko temu, by drugim świadkiem był Lijo, Basia wyraziła do sprawy niekłamany entuzjazm i "wzięła sprawę w swoje  ręce". Nie tylko załatwiła że metryki obojga "same" znalazły się we właściwym urzędzie - załatwiła też ślub w Pałacyku Szustra. Ślub miał być w ostatnią sobotę października w samo południe. I choć "państwo młodzi" nikogo nie zapraszali to był całkiem niezły tłumek najbliższych koleżanek i kolegów, na szczęście zmotoryzowanych, z którymi razem po ślubie skonsumowali obiad,  w czasie którego Lijo oficjalnie oświadczył się Basi. Po skończonym obiedzie, gdy Dominik chciał uregulować należność dowiedział się, że wszystko już uregulowane. Gdy pytał się swej świeżo poślubionej żony ta mówiła, że płaciła Basia, a Basia uparcie twierdziła, że rachunki regulowała Ewa.

Sesja zdjęciowa była u zaprzyjaźnionego fotografa i wzięli w niej udział nie tylko państwo młodzi ale też wszyscy uczestnicy poślubnego obiadu. Ewa z Basią śmiały się, że były to zdjęcia typu "Lenin w czapce i bez czapki" a Ewa i Dominik mieli zdjęcie z każdym z uczestników tego obiadu. Ale przebojem sezonu było zdjęcie Leona w przyklęku na jedno kolano, podającego Basi jedną ręką  trzy róże, a drugą pudełko z pierścionkiem. Wszyscy zgodnie orzekli, że zdjęcie było rewelacyjne.  Ślub Basi i Leona odbył się trzy tygodnie po ślubie Ewy i Dominika, którzy tym razem wystąpili w charakterze świadków.

Podróże poślubne już wyszły z mody, noce poślubne już od dawna  zamieniły się w noce przedślubne, a obie zaprzyjaźnione pary postanowiły spędzić pierwsze małżeńskie święta Bożego Narodzenia razem, z dala od swych rodzin. Spędzili je w Zakopanem, w hotelu Kasprowy, gdzie również spędzili Sylwestra.

W dzień panowie  jeździli na nartach, obie młode małżonki odpoczywały w tym czasie na leżakach, wszystkie wieczory były przetańczone. Bawili się świetnie, aż żal było wracać do Warszawy.

Po powrocie Dominik zabrał się za poszukiwanie pracy. Tak jak podejrzewał sprawa nie była łatwa, więc czym prędzej rozesłał wici do swych licznych znajomych w Europie. Polska naprawdę nie była  krajem  "morskim", zainteresowanie morzem  było ograniczone, a w ub. roku zlikwidowano nawet Ministerstwo Gospodarki Morskiej. Bo cóż to za gospodarka  morska gdy  ma się tylko 770 km wybrzeża Bałtyku, a granica  morska  ma zaledwie 440 km?

W dość krótkim czasie Dominik podjął pracę we Francji, zamieszkali na wybrzeżu Atlantyku, w okolicy Brestu. Najdłuższe nieobecności Dominika w domu nie przekraczały dwóch tygodni, poza tym ilekroć  tylko mógł, zabierał ze sobą Ewę.  Kilka  razy Basia i Lijo bywali u nich latem, spotykali się też czasem zimą w Austrii. Gdy Dominik przeszedł na emeryturę przenieśli się na południowo -wschodnie wybrzeże Korsyki do  Solenzary, gdzie  połowę swego domu wynajmowali turystom.

Jak widzicie znów happy end, a więc nihil novi. Może szkoda, że to znów happy end poza granicami Polski.

Wesołych  Świąt Wam życzę ze słonecznego Berlina, pozostańcie w  zdrowiu!!!!! 

                                                                          KONIEC

Nihil novi - 2

Wbrew swym obawom Dominik  nie zawiódł oczekiwań Ewy, co nie tylko go ucieszyło ale i bardzo zdziwiło.  Najwidoczniej ich ciała działały we własnym zakresie nie reagując za bardzo na sygnały wysyłane przez ich trzeźwe mózgi. Ewa nie oczekiwała żadnych cudownych wrażeń, a jednak szczytowała i długo oboje dochodzili do rzeczywistości, spleceni mocnym uściskiem. Dominik witał się  niespiesznie z dawno niewidzianymi i niepieszczonymi częściami ciała Ewy, Ewa przytulona na możliwie największej powierzchni do Dominika pławiła się w poczuciu szczęścia.

Ewuniu, pobierzmy się, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Pobierzmy się jak najprędzej, proszę. Kocham cię i bardzo cię proszę, zostań moją żoną.

W miesiąc od chwili złożenia dokumentów w USC, szybciej się nie da- otrzeźwiła jego zapał Ewa. Czyli musisz wyskoczyć po dokumenty do swojego USC , jeśli nie masz przypadkiem swojej metryki w domu. Ja też muszę wpaść do swego USC po metrykę. Ja na Mokotów a ty do Śródmieścia. Jeśli się tam wpadnie z samego rana to jest szansa dostania metryki od ręki. I trzeba się zastanowić w którym urzędzie ten ślub weźmiemy. Dzielnicowe są mniej "obłożone" niż Pałac Ślubów. I kogo na niego zaprosimy. I trzeba znaleźć dwójkę świadków. I mam pytanie - chcesz jakieś wesele?

Ewuniu, to są pytania, na które  najważniejsza jest twoja odpowiedź - zrobimy tak jak ty sobie zażyczysz. Bo mnie to wystarczyłby sam ślub w towarzystwie świadków, bez spędu rodzin i znajomych. Za to sobie zrobimy dobrą sesję zdjęciową i potem roześlemy po rodzinach i znajomkach zawiadomienie, żeśmy są małżeństwem. Mam pół Europy do zawiadomienia o tym fakcie.

A twoi rodzice to przełkną bez bólu?- spytała Ewa. Bo wiesz, z moimi  to żaden problem, oni są rozwiedzeni , więc braku udziału w naszym ślubie nie odczują, kto wie czy się nawet nie zdziwią, że ich córka bierze  ślub, niepomna nauk, że małżeństwo to żadna frajda.  Mnie osobiście też odpowiada taka forma ślubu jak tobie. Ja wezmę na świadka Baśkę, odpowiada ci to? Odpowiada, no a skoro ty weźmiesz Baśkę to ja wezmę  Leona K., bo mam wrażenie, że oni mają się ku sobie. Lijo i Baśka?- zdziwiła się Ewa- chyba za rzadko bywam na "spędach", jakoś mi to umknęło. W takim razie ja się może wpierw zapytam Basi jak ona to widzi. No to zadzwoń do niej teraz.  Niki, spójrz na zegarek, jest noc. Zadzwonię do niej jutro, a w poniedziałek ruszymy do urzędów. A tak dokładnie ja wpierw rano do pracy a potem wyjdę do USC. Mam jeszcze trochę zaległego urlopu o czym szef dobrze wie i na głowie biedak staje bym przypadkiem go nie wzięła, więc  będzie wolał bym wyciekła z pracy na 2 lub 3 godziny niż wzięła  cały dzień. Ostatni kwartał roku to dla planistów katorga - układanie po 100 razy planów na podstawie  danych sufitowych, fura zestawień , jedne z lewej do prawej, inne z prawej do lewej. I gdy już masz nadzieję, że wszystko połapałaś do kupy, okazuje się, że nie ma obawy, bo ktoś gdzieś się pomylił i zamiast z sufitu podał dane z podłogi. I powiem ci coś w sekrecie - w ub. roku tak się wściekłam, że wcale nic nie  skorygowałam i wysłałam takie nie skorygowane  dane dalej. I do dziś się zastanawiam  jakim cudem to przeszło i nikt się nie skapował, że coś jest nie tak. Wynika z tego, że wszystko to robimy zupełnie niepotrzebnie. No ale nie mogę tego szefowi powiedzieć.

Niki, trzeba by zasłonić okna żaluzjami, bo jak zapalimy  światło to sąsiedzi będą mieli darmowy film porno. I trzeba to zrobić we wszystkich oknach. Napijesz się jeszcze herbaty? Napiję, ale ty poleż, a ja zasłonię okna i zrobię herbatę. 

Gdy Niki poszedł do kuchni Ewa zebrała z podłogi jego rzeczy, rozplątała oba kłęby i wszystko porządnie  złożyła układając je na krześle do tego celu przeznaczonym a potem położyła się czekając na Dominika.  Podobał się jej pomysł,  by ślub był tylko ze świadkami, bez udziału innych, postronnych osób. Gdy Dominik przyniósł herbatę wmusiła w niego resztę torciku i gdy wypili herbatę zasnęła wtulona w jego ramiona. Dominik jeszcze długo wpatrywał się w leżącą w jego ramionach Ewę. Był naprawdę szczęśliwy, że przyjęła jego oświadczyny i zapewniał ją w myślach, że zrobi wszystko by była z nim  zawsze szczęśliwa.

W niedzielę po śniadaniu i porannej porcji pieszczot Dominik pojechał do domu, spakował dwie  bardzo duże walizy rzeczy osobistych, pudło z dokumentami osobistymi i służbowymi, zadzwonił po taksówkę i z całym "majdanem" pojechał do Ewy. Dobrze, że Ewa mieszkała w wieżowcu a taksówkarz pomógł mu zapakować te walizki i pudło do windy. Na piętrze wpierw  jedną walizką zablokował drzwi windy, potem wystawił pudło z dokumentami i drugą walizkę, na końcu odblokował drzwi windy i dopiero wtedy zaniósł kolejno cały bagaż pod drzwi mieszkania  Ewy. Maleństwo wytrzeszczyło oczy i stwierdziło, że trzeba  koniecznie  dokupić jeszcze jedną szafę, ale Dominik zapewnił Ewę, że on od lat żyje "w walizkach" i tylko garnitur wymaga powieszenia w szafie, no ale on go jeszcze dziś nie przyniósł, bo trzeba go chyba wpierw oddać do pralni, co zrobi w poniedziałek. Albo po prostu kupi nowy, bo za tamtym nie przepada. A co powiedziałeś w domu? Oczywiście prawdę, ale rodzice  nie uwierzyli- powiedziałam, że przeprowadzam się do swojej narzeczonej. I mama zapytała się tylko kiedy ja wreszcie spoważnieję. A czemu nie zdzwoniłeś po mnie domofonem, przecież pomogłabym ci z tym wszystkim  w windzie. No bo  gdy szedłem z walizkami akurat wychodził ktoś z budynku i mi potrzymał drzwi, więc razem z  taksówkarzem wnieśliśmy wszystko do windy. Maleństwo kochane,  ja zawsze jestem obładowany bo zawsze muszę mieć rzeczy na kilka miesięcy a do tego sporo dokumentacji, czasem dochodzi do tego i jakaś aparatura. O ile na stacjach badawczych jest jeszcze z miejscem nieźle to na statku niestety nie.

Niki, czy ty aby na pewno przemyślałeś trzeźwo to, że zrezygnujesz z pracy na statku badawczym lub na odległej stacji badawczej gdzie diabeł mówi wszystkim "dobranoc"? 

Przemyślałem i to nim do ciebie przyjechałem, miałem na to sporo czasu. Mam teraz 36 lat i od  dziesięciu lat byłem ciągle niczym jakiś banita. I, co zabawne, gdybym się nie zakochał w tobie, to nadal tkwiłbym w tym wszystkim dziwaczejąc coraz bardziej. Musiałem skończyć jeden program badawczy, który był ważny nie tylko dla mnie, ale on ustawił mi dalszą karierę, pozycję w tej branży i finanse. Nie szalałem, gdy gdzieś na kilka dni  cumowaliśmy, na stacjach badawczych nie przepijałem pieniędzy, nie grałem w karty. Napisałem do Ciebie kilka listów a ty nie odpisywałaś, a ja , idiota, gasiłem swą tęsknotę w ramionach innych kobiet. To było bardzo głupie. Ale ostatnie dwa lata żyłem już jak mnich. Byłem pod wrażeniem tego, co powiedział mi ten stary Innuita. Uderzyło mnie to, że przecież ja go o nic nie pytałem. Rozmawiałem z nim o fokach, o polowaniu na nie, nie było ani pół słowa o kobietach, miłości czy czymś w tym rodzaju. A wiesz, Innuici bardzo szanują kobiety. Bardziej niż Europejczycy, którzy uważają się za wzór cnót wszelakich.

Napisałem wtedy do Baśki pytając o ciebie i dowiedziałem się, że byłaś, ale już nie jesteś z jakimś facetem. Nie mogłem wcześniej przyjechać ale zaklinałem cię w myślach byś na mnie zaczekała. Przez ostatnie dwa lata żyłem tylko i wyłącznie wspomnieniem tego wszystkiego co się wydarzyło między nami w  Jastarni. A przyznasz, że było to coś zupełnie niezwykłego, bo przecież znaliśmy się wcześniej, mieliśmy wspólnych znajomych. Ewuniu, nigdzie bez ciebie  nie pojadę. Nie wiem, jak będzie z moją pracą w Polsce, ale w kilku cywilizowanych krajach bez trudu ją znajdę, tyle tylko, że wtedy nie zostawiłbym cię tutaj, wyjechalibyśmy razem. Jeśli będę pracował  za granicą to bez trudu ogarnę wszystko finansowo, nie będziesz musiała wcale pracować, no chyba, że  bardzo będziesz chciała. Ten czas urlopu przyda się na znalezienie pracy i przyrzekam ci,  że każdą propozycję jaką dostanę przed podjęciem decyzji omówię dokładnie z tobą. 

Ewa przytuliła się do Dominika- zdaję sobie sprawę z tego, że Polska to mało morski kraj i oceanologów  biologicznych nie zatrudnia na pęczki i że wyjazd poza Polskę będzie konieczny, ale pojadę z tobą wszędzie. Może najmniej chętnie w jakieś mocno północne  kraje, ale jest sporo krajów  czerpiących korzyści z faktu, że mają dość długą linię brzegową. Mam wrażenie, że nawet nasi współużytkownicy Bałtyku zatrudniają więcej specjalistów od biologii morskiej niż my.

Dominik wpatrywał się w Ewę z uwagą - jak widzę to ty masz całkiem niezłe rozeznanie jak na osobę z zupełnie innej branży! Ewa zaczęła się śmiać- no wiesz, kilka lat wcześniej poznałam pewnego oceanologa, który wywarł na mnie duże wrażenie.

Niki, a może  powinniśmy jednak przed  ślubem zaprosić twoich rodziców i moich, żeby nie padli na udar serca gdy przyjdzie do nich tylko nasze zdjęcie z zawiadomieniem, że się właśnie pobraliśmy. Jesteśmy oboje już dorośli i samodzielni i niczego nam nie mogą narzucić w tej materii, więc możemy to na dwie raty rozegrać. Możemy zaprosić ich do restauracji albo ja coś upichcę w domu, pomyśl nad tym. Z moimi to trzeba chyba rozegrać "na raty", bo oni się serdecznie nienawidzą i robią sobie wzajemnie wielce kąśliwe uwagi, a ja mam wtedy przemożną ochotę walnąć oboje czymś ciężkim w łepetyny. Obojgu powtarzam, że nienawiść to jednak też uczucie, że drugą stronę bardziej może zaboleć całkowita obojętność, ale oni jacyś tępi są. Albo nie mam za grosz talentu pedagogicznego.

Dominik zamyślił się - no ale chyba nie dogryzaliby sobie przy obcych, a ja i moi rodzice jesteśmy dla  nich osobami obcymi. Nie chcę byś trzy razy coś pichciła. Może zamiast obiadu zrobimy tak zwany podwieczorek- kupimy jakiś dobry tort i jakieś drobne małe ciasteczka, lody - będzie mniej przy tym pracy, a słodycze zawsze wszystkim poprawiają nastrój. I moglibyśmy to zrobić w najbliższą sobotę lub niedzielę.

                                                                          c.d.n.

 


piątek, 2 kwietnia 2021

Nihil novi

Szła leśną drogą w stronę wydm za którymi była szeroka plaża. I nagle  ciszę lasu przerwał natarczywy dźwięk dzwonka i to tak natarczywy, że Ewa oprzytomniała. Droga leśna zniknęła, zamiast niej był Ewy pokój dzienny do którego zakradał się zmrok. Ewa podniosła się z kanapy i podeszła do  domofonu, podniosła słuchawkę i cicho powiedziała:  taaak, słucham. Nie  słuchaj tylko szybko otwieraj - dobiegł ją głos Basi.

Ewa, ciągle jeszcze  tkwiąca myślami na leśnej drodze prowadzącej nad morze wcisnęła  klawisz  aparatu, potem odsunęła zatrzask zamka w drzwiach. Zerknęła w lustro i lekko przygładziła włosy. Stała przy drzwiach z zamkniętymi oczami, wędrując myślami w stronę wydm.Tęskniła za tamtym miejscem i tym wszystkim  co było z tym miejscem związane.  Klamka naciśnięta od strony zewnętrznej wydała lekki zgrzyt i Ewa pomyślała, że wreszcie powinna  ją posmarować jakimś smarem. Drzwi otworzyły się, ale stał w nich Dominik a nie Baśka. Ewa wpatrywała się w niego w niemym zdumieniu, w końcu głośno nabrała powietrza i  spytała  " a Baśka?"  Dominik zamknął za sobą drzwi i powiedział - poszła do swego domu, pomogła mi tylko bym trafił pod właściwy adres. Nigdy tu u  ciebie nie byłem, nie znam wcale tego osiedla. Nie chciałaś dziś przyjść na spotkanie do Halinki, więc postanowiłem przyjść do ciebie. Ale jeśli wolisz mnie nie oglądać to nie będę się narzucać swoją osobą i zaraz wyjdę. Ewa odsunęła go od drzwi i zamknęła je starannie.

Nie chciałam przyjść bo mnie najzwyczajniej w świecie bolała głowa, nie wiedziałam, że  jesteś przelotem w Polsce. Gdy pomyślałam, że będę musiała kilka godzin spędzić w hałasie i w dymie, to zrezygnowałam.  Zdejmij kurtkę, jak chcesz to możesz i buty zdjąć i założyć takie gościnne klapki.

Dominik zdjął kurtkę, założył "gościnne klapki" i objął Ewę mówiąc "maleństwo moje, wreszcie mogę cię przytulić". Nic nie urosłaś, wciąż jesteś takim  maleństwem, za którym tak szalałem.

Niki, po trzydziestce to się już raczej nie rośnie, kończy się rosnąć najpóźniej w wieku 25 lat. Ty też nie urosłeś.Tak jak kiedyś sięgam ci czubkiem głowy do ramienia. Powiedz co będziesz pił? Zrobić ci kawę czy herbatę? Zrób dla mnie to co dla siebie. A dawali coś u Halinki jeść poza kruchymi ciastkami? To u niej dyżurny pokarm, jak znam życie. No nie dawali - roześmiał się Dominik. No to w takim razie zjemy coś jakby kolację. Jest coś czego nie jadasz?  Śledzi marynowanych. Nie mam śledzi, też ich nie jadam.

W takim razie zjesz dziś, biedaku, naleśniki z mięsem a tak dokładnie to z domowym pasztetem. Możesz ze mną posiedzieć w kuchni albo możesz iść do pokoju, za 20 minut będzie już wszystko gotowe. Wolę zostać z tobą w kuchni, strasznie dawno cię nie widziałem.  Fakt, nie widzieliśmy się cztery lata. I dwa miesiące - dodał Dominik. Pięćdziesiąt miesięcy - sprecyzował. Byłem w ub. roku w Polsce, ale wieść gminna mi  doniosła, że ty w tym czasie byłaś w Budapeszcie.  No byłam  - służbowo tydzień i drugi tydzień prywatnie. Niki, a teraz na długo przyjechałeś?  Dominik chwilę milczał- nie wiem. Na razie nie mam podpisanego żadnego kontraktu. A to czy i jaki kontrakt podpiszę nie zależy tak całkowicie ode mnie. Ewa chciała by zjedli w pokoju, ale Dominik zaprotestował - mnie jest tu dobrze, tak po domowemu.

Dominik jadł i cały czas nie spuszczał z Ewy wzroku. Ewa miała wrażenie, że nie pominął ani centymetra jej ciała. Niki, przyglądasz mi się tak, jakbym była jakimś okazem flory lub fauny jeszcze nie zaliczonym do jakiegoś konkretnego gatunku biologicznego. Dominik uśmiechnął się - porównuję po prostu rzeczywistość z moimi snami o tobie. Często mi się śniłaś. I zawsze było to pożegnanie na lotnisku i ty powstrzymująca się od płaczu. Ewa roześmiała się - to ja ci serdecznie współczuję, że miałeś takie koszmarne sny. Nie wiem czemu, ale jakoś nie wyglądam ponętnie gdy płaczę. A ja miałam dziś, po południu piękny sen - śniła mi się leśna droga na plażę w Jastarni. I sen się szybko skończył bo Baśka zadzwoniła domofonem. Dominik uśmiechnął się - było nam tam tak cudownie, chciałbym by się to wszystko powtórzyło. 

Ewuś, jesteśmy już bardzo dorośli i chciałbym z tobą o kilku sprawach porozmawiać. Mam w tej  chwili mnóstwo urlopu i chcę go spędzić porządkując swoje życie. Ostatnie pół roku byłem na Antarktydzie, miałem dużo czasu na różne przemyślenia i analizy. To dziwne miejsce, piękne i okrutne zarazem. A gdzie jeszcze byłeś gdy cię tu nie było? W wielu miejscach, ale nie tam gdzie powinienem był naprawdę być, czyli przy tobie. Gdy pływaliśmy batyskafem wokół Wysp Kokosowych śniłaś mi się każdej nocy. Bo pływając w wodach tamtego Parku Narodowego stale  żałowałem, że nie ma cię przy mnie, że nie widzisz tego podwodnego piękna. 

Ewa wpatrywała się w niego, wreszcie powiedziała - niemal dwa lata temu oglądałam tamten świat - na Discovery. Dobrze, że tam jest zrobiony Park Narodowy. I wiem, że podobny Park Narodowy jest zrobiony w okolicy Wyspy Wielkanocnej, ale nie widziałam żadnego filmu  tam nakręconego pod wodą.

Ewa zrobiła kawę, wyciągnęła z kredensu "dyżurny" czekoladowy torcik wedlowski, pokroiła na zgrabne trójkąciki, ułożyła na szklanej , niedużej  paterze i powiedziała- weź kawę i cukier i idziemy posiedzieć na czymś wygodniejszym niż kuchenne krzesła. Chyba rzeczywiście powinniśmy ze sobą trochę dłużej porozmawiać. Bo coś mi się wydaje, że oboje mamy mnóstwo pytań. Jakby na to nie spojrzeć,  owe 50 miesięcy to jednak kawał czasu. Jako gość w tym domu możesz pierwszy zadawać pytania, przyrzekam, że  powiem prawdę, chociaż wiem, że nie wszystko może ci się spodobać.

Na długą chwilę zapanowało milczenie, wreszcie Dominik  zapytał czy to prawda, że aktualnie Ewa nie ma żadnego faceta, bo ten,  z którym była przez prawie trzy lata  to sprawa nieaktualna.  Ewa uśmiechnęła  się - jak widzę to Baśka już cię nieco poinformowała o tym co u mnie się dzieje. To prawda, mieszkałam prawie  trzy lata z jednym facetem, u niego,  a to mieszkanie wynajmowałam znajomym, czekającym na własne mieszkanie. A kochałaś go? Ewa zatopiła spojrzenie w oczach Dominika - raczej miałam wrażenie, że tak, ale to wszystko było oparte głównie na seksie i przyjaźni albo na obustronnym wygodnictwie - każde z nas nie miało przynajmniej problemu z kim pójść do kina lub na spacer czy też do łóżka. Wiem, to nie świadczy o mnie dobrze, ale obiecałam mówić prawdę, choć to mało opłacalny biznes.

A ty, masz jakąś kobietę?  Przy moim dotychczasowym trybie życia?- zaśmiał się Dominik- póki co na statku badawczym nie przebywasz ze swoją partnerką. Miałem mnóstwo przelotnych znajomości, ale po pewnej rozmowie z kimś w rodzaju szamana czy wróżbity, starym Innuitą, zdałem sobie sprawę, że nic a nic mnie z tymi kobietami nie łączyło i że tak naprawdę kochałem i nadal kocham tylko jedną dziewczynę, tę której zabrałem dziewictwo w pewne wakacje w Jastarni. Nie opowiadałem Innuicie o tobie, nie pytałem się go swoją przyszłość - po prostu w pewnej chwili patrząc na mnie  powiedział - nie znajdziesz szczęścia i spokoju dopóki nie wrócisz do tej, dla której byłeś pierwszym mężczyzną. Wierz mi, na długą chwilę odebrało mi mowę. Bo żeby było dziwniej, byłaś i jesteś nadal jedyną dziewczyną, którą pozbawiłem dziewictwa. I od tamtej pory zaczęłaś mi się śnić a moje libido spadło do zera. Byłem okropnie załamany, gdy się dowiedziałem, że przyjechałem do Warszawy, a ty właśnie wyjechałaś do Budapesztu. Co prawda wiedziałem, że wyjechałaś służbowo, bo to mi przekazała Basia. Następnego dnia wróciłem do Gdańska i przesiedziałem tydzień opracowując materiały z Alaski i usiłując dociec skąd ten Innuita wiedział o tobie, o tym, że wciąż się czuję nieszczęśliwy. Dobrze, że śniłem o tobie, choć zawsze to był smutny sen. I widzisz maleńka, o tym wszystkim, o nas, o drugiej szansie dla nas chcę z tobą rozmawiać. Chcę ten urlop wykorzystać na to,  byśmy w pewnym sensie wszystko zaczęli od nowa,  by te 50 miesięcy rozdzielenia jakoś jednak załatać.

Ewa uważnie się wpatrywała w oczy Dominika - sądzisz, że nadal mnie kochasz? A jeśli uda się nam "załatać tę dziurę po 50 miesiącach rozłąki" to co zrobisz? Wrócisz na statek badawczy i nadal będziesz miesiącami pływał albo utkniesz gdzieś na jakiejś stacji badawczej? A o mnie pomyślałeś? Czy sądzisz, że nadal będę na ciebie  czekała niczym Penelopa na powrót Odysa?

Ewuś, właśnie o tym chcę z tobą porozmawiać - mam sześć miesięcy urlopu. Jeśli uznamy, że udało się nam załatać tę dziurę w naszym życiorysie, to jasne jak słońce na niebie, że zmieniam pracę na taką, żebyśmy byli stale razem, żadne rejsy, żadne stacje  badawcze na końcu świata! A co będziesz robił, gdy będziesz na tym urlopie a ja w pracy?- Ewa nie odpuszczała.  Będę robił dla nas zakupy, gotował dla nas obiady, sprzątał w domu, prał i robił wszystko to co mi zlecisz. Będę też pisał artykuły do fachowej prasy i może też książkę napiszę, bo mam taką propozycję od Brytyjczyków, bo mam sporo ciekawych materiałów. To ty umiesz pisać? -wyzłośliwiła się Ewa - to dlaczego ja nie dostałam od ciebie ani jednego listu przez te pięćdziesiąt miesięcy? Pewnie dlatego, że wszystkie  adresowałem na twój stary adres, a nie podałem nigdy adresu zwrotnego, bo byłby to adres rodziców. A znając ciekawość mojej matki, to każdy list byłby skrupulatnie przeczytany a mamuńcia wtajemniczona w szczegóły twej anatomii, za którymi tak  bardzo tęskniłem i nadal tęsknię.  I nieco bezceremonialnie przyciągnął Ewę do siebie, całując jej oczy, policzki, nos i wreszcie wpijając się w usta i mocno ją przytulając.  

Ewa leciutko go odepchnęła - naprawdę wiesz czego chcesz? Jestem już stara, lubię wygody, chodźmy do sypialni. Dominik wziął ją na ręce, a Ewa objęła go za szyję i mocno się do niego przytuliła. Ojej, Ewuś, strasznie mało ważysz! Wiem, 5 kilo mniej niż  cztery lata wcześniej. W sypialni postawił ją delikatnie na podłodze i zaczął rozbierać wyraźnie delektując się każdym odsłoniętym  fragmentem jej ciała. Sięgnął do kieszeni spodni i cisnął na łóżko jej zawartość mówiąc - masz tu na osiedlu nieźle zaopatrzoną aptekę a do tego za ladą pana a nie panią. Luksus. Ewa z zainteresowaniem patrzyła na Dominika, który jednym ruchem pozbył się wszystkiego co miał na sobie od pasa w górę, drugim wszystkiego co miał od pasa w dół, skarpetki ze stóp ściągnął bez pomocy rąk, które w tym  czasie już oplatały Ewę i kierowały ją w stronę łóżka. Ewuś, nie chudnij więcej, bo nie będę miał do czego się przytulać, proszę. Rozpatrzę twą prośbę, ale napisz podanie w tej sprawie. Napiszę wieczorem. Ewuńku, od dwóch lat nie trenowałem tej dyscypliny, więc mogę cię nieco zawieść, ale pragnę cię przeogromnie. Ewa przytuliła go bardzo mocno i szepnęła- nie bój się, poradzisz sobie, zobacz, znów jesteśmy razem!

                                                                  c.d.n.

I jak zwykle czytamy i albo komentujemy albo dajemy znaczki - ;(   lub ;)

piątek, 19 marca 2021

Trudne decyzje -3

Mieszkanie Marcina podobało się Lidce. Było trzypokojowe, na czwartym piętrze. Widok z dziennego pokoju był na pola po drugiej stronie  ulicy, ale oboje wiedzieli, że w planach  ma tu powstać kolejne osiedle, z tym , że budynki mają być głównie trzypiętrowe, bo wtedy nie trzeba montować wind. No jasne, margnęła Lidka - aż dziw, że nie zrobią osiedla ziemianek, wtedy i schody byłyby niepotrzebne i na dachach można by sporo zaoszczędzić. A od ziemianki do ziemianki sieć transzei.  Li, kochanie, masz wielce radykalne pomysły. Powinnaś je opatentować, sukces murowany. No bo popatrz -Lidka nie odpuszczała-  na moim osiedlu są  wieżowce, zresztą obrzydliwe i takie czteropiętrowe szeregowce jak mój, tak zaprojektowane, że nie ma jak do nich dobudować wind zewnętrznych, a na tych 3 i 4 piętrach mieszka mnóstwo osób od chwili zasiedlenia osiedla, a dziś są już leciwi i mordują się by dotrzeć do mieszkania. I co - projektanci tego nie wiedzą? Wiedzą ale wg władz to nieekonomiczne, ale te mieszkania nie są i nie były darmowe, komunalne, ludzie je normalnie kupują i to za całkiem spore pieniądze.

W sypialni Marcina jedną ścianę zajmował oszklony regał wyładowany książkami, na krótszej ścianie stało łóżko na półtora człowieka, jak to określił Marcin , na drugiej dłuższej ścianie szafa - kombajn, w pobliżu okna mały stolik i dwa nieduże fotele.W gabinecie Marcina stało duże biurko a ściany były obudowane regałami pełnymi     fachowej literatury i to w kilku językach. Nad biurkiem wisiały zdjęcia jego rodziców. Jesteś podobny do obojga - stwierdziła Lidka. Mama nie żyje, to wiem, a twój tata? Tata  żyje, ale woli mieszkać we Francji, zresztą ma obywatelstwo francuskie. Ale dość często do mnie przyjeżdża. Chodź do dziennego pokoju, otulę cię pledem, odpoczniesz trochę. Co ci zrobić do picia? Nic, ja mało piję. Marcin wrzucił na fotel poduszkę, na nią puchaty pled , usadził na fotelu Lidkę, otulił pledem, pod nogi podstawił miękki puf. A ty- zapytała Lidka- a ja  się rozpanoszę w drugim fotelu i będę kontemplował obraz pod tytułem "Li w fotelu". Za godzinę pojedziemy do Kuźni na kolację. Spotkamy się tam z Konradem i jego partnerką. Wiesz, to Konrad  mnie wyciągnął z załamania  gdy moje małżeństwo legło w gruzach. 

Chyba bardzo ją kochałeś skoro przeżyłeś tak bardzo rozpad swego związku - przepraszam, właściwie wcale nie  powinnam o tym z tobą rozmawiać, przepraszam- sumitowała się Lidka.  Marcin krótką chwilę milczał w końcu cicho powiedział- dobrze, że o tym ze mną rozmawiasz- nigdy nie rozmawiałem o tym z żadną kobietą. A z tobą chcę rozmawiać o wszystkim, dzielić się swymi przemyśleniami, radościami, smutkami, chcę wiedzieć jakie ty masz spojrzenie na to co nas otacza.  Bardzo, bardzo podobasz mi się jako kobieta, jesteś bardzo ładna, zgrabna, ale nie tylko to mnie przyciąga do ciebie, masz bardzo realne podejście do życia i jednocześnie masz wiele ciepła . "Zjadłaś" mnie tym powiedzeniem, że nie masz partnera, bo jak ma być byle jak, to lepiej by wcale  nie było. Jesteś pierwszą kobietą od której usłyszałem taką opinię.    Jesteś Li po prostu nietuzinkowa.                         

Nie umiem odpowiedzieć na pytanie czy ją bardzo kochałem,  mam wrażenie, że tylko wyobrażałem sobie, że ją kocham, a przecież już nie byłem nastolatkiem. Bo tak naprawdę to od początku byłem wielce pasywny.Nigdy nie byłem podrywaczem, ja się po prostu dałem poderwać, a  że była niebrzydka i niemal wszyscy kumple sypiali z pielęgniarkami przespałem się i ja. A może miałem w głowie zupełnie inny obraz małżeństwa, bo moi rodzice często bywali rozdzieleni, ale i tak się kochali. Mama mi zawsze kładła do głowy, że wzajemne zaufanie jest największą wartością i podstawą każdego związku.

Konrad bardzo chce  cię poznać. Bo tak z ręką na sercu - jesteś pierwszą kobietą, z którą odważyłem się spotkać po tej całej aferze. Więc chyba dlatego chce cię bliżej poznać.  Lidka spojrzała Marcinowi głęboko w oczy - no a jeśli mu się wydam niegodna ciebie, czy też nieodpowiednia dla ciebie to co? zakończysz znajomość ze mną?  Nie, to nie o to chodzi, on po prostu chce cię poznać, bez żadnego podtekstu. Śmieje się, że chce poznać kobietę, przez którą stracił pacjenta. Bo ponoć źle rokowałem. Li, a może dać ci drugą poduszkę? Lidka roześmiała się - no jasne, drugą podusię i za moment zasnę. Za 15 minut wstajemy, muszę wpaść do domu by się przebrać w coś bardziej cywilizowanego niż dresowe spodnie i t-shirt. Co prawda Kuźnia to nie Bristol, ale z szacunku dla  ciebie nie pójdę tam w dresowych gatkach.

W pół godziny później Lidka "wskoczyła" w dość dopasowaną do figury sukienką w kilku odcieniach fioletu, ciemnofioletowe szpilki i tego samego koloru  żakiecik. Do zapinanych na suwaki kieszeni żakietu włożyła portfel, dokumenty i klucze od  mieszkania. Gdy stanęła w drzwiach gotowa do wyjścia Marcin oniemiał i powiedział - jedziemy jeszcze  do mnie na  pięć minut, zaczekasz na mnie w samochodzie, to nie będę go wstawiał do garażu. Nie dał rady wrócić za 5 minut, ale gdy pokazał się w bramie  budynku Lidka pomyślała-  o cholera, młody bóg idzie na łowy. Wygląda jakby od trzeciego roku życia chodził w  garniturze. Gdy otworzył drzwi samochodu usłyszał- wyglądasz zabójczo! Dobrze, że do pracy  nie chodzisz w  garniturze! 

Konrad z towarzyszącą mu kobietą też byli elegancko ubrani. Gdy panie wyszły poprawić makijaż- dla Lidki było to tylko usunięcie resztek szminki z ust, Konrad powiedział Marcinowi, by zawalczył o Lidkę, bo nie dość, że dziewczyna ładna i zgrabna to na dodatek mądra. A że młodsza o  osiem lat, to bez znaczenia. I że powinien jej okazywać dużo, dużo czułości i troski, bo ona tego potrzebuje. Pojedźcie gdzieś razem na tydzień lub dwa, zobaczysz jacy oboje będziecie sobą zachwyceni. Tylko potem nie zapomnij mnie zaprosić na ślub, szczęściarzu. A może weź ją do Paryża na  czerwcowy "długi weekend", twój ojczulek będzie  nią zachwycony.

Gdy późnym wieczorem wracali z restauracji Marcin powiedział- wyglądasz cudnie,  aż nie mam ochoty się z tobą rozstawać. To chyba dobrze, roześmiała się Lidka, jest tylko jeden mały problem- nie spędzę  całej nocy w tej sukience  i szpilkach więc urok pryśnie. Nie pryśnie, sukienka i szpilki to tylko dodatki, liczysz się ty. Kochanie, a gdzie wolisz żebyśmy jeszcze posiedzieli razem- u ciebie  czy u mnie? Zasadniczo obojętne, ale u mnie lodówka pełna a u ciebie  tylko światło, więc rozum mi podpowiada byśmy posiedzieli u mnie. Ale uprzedzam będę w dresie, nie w tej kiecce. To wiesz co- zostawię cię na moment w samochodzie, zrzucę garnitur i też wskoczę w dres- dobrze? Dobrze- zgodziła się Lidka. Gdy wyszedł z  samochodu pomyślała- chyba zupełnie zdurniałam, igram z ogniem. Jeśli się zakocham to przepadnę.

Marcin chyba w jakimś obłędnym tempie wyskakiwał z tego garnituru, miał na sobie dres, adidasy, w ręce torbę zakupową "z czymś" i bardzo dziarsko wskoczył za kierownicę. Tym razem Lidka powiedziała, by jednak zostawił samochód na płatnym, strzeżonym parkingu, bo to sobota, więc  tak będzie  bezpieczniej dla całości samochodu. Szli do domu Lidki i rechotali, że teraz to wyglądają super- ona odsztafirowana, na szpiluniach a on w dresie i adidasach. W domu Lidka szybko zamieniła sukienkę na dres, pozbyła się makijażu, wstawiła wodę na herbatę, przeprowadziła wywiad, czy aby Marcin nie głodny, każde wyciągnęło z zamrażarki swe ulubione lody  zasiedli na sofie w wielce zdrowej pozycji czyli.....w siadzie skrzyżnym. Gdy usiedli Marcin wyciągnął wpierw z torby zakupowej butelkę wina, którą odniósł grzecznie do kuchni, jednocześnie przynosząc z niej herbatę. Następnie - flakonik ulubionych perfum Lidki mówiąc - mam nadzieję, że się nie pomyliłem, bo w tej dyscyplinie  niewiele odbiegam wiadomościami od nogi stołowej. Przyznaję się bez bicia, podpatrzyłem w twojej łazience. Następnie z torby wychynęła piżama Marcina,bo chociaż t-shirt z żabą jest dobry  rozmiarowo, to malutkie granatowe kwadraciki na jasnoniebieskim tle chyba lepiej się prezentują od żaby, a tak  naprawdę nie lubi spać w dopasowanych bokserkach, a te piżamowe spodenki są wygodniejsze. 

Poza tym chciałby się dowiedzieć, czy Li spędziłaby z nim długi czerwcowy weekend, np. w Pradze Czeskiej- mogą albo polecieć samolotem albo pojechać samochodem. Na wszystkie pytania Lidka odpowiadała oplątana jego ramionami a jego ręce coraz  śmielej sprawdzały kontury jej ciała, wciskały się bezczelnie  pod dres, coraz więcej pytań było poprzedzanych lub kończonych pocałunkami. Ale Lidka w pewnej chwili szepnęła mu do ucha- połowa cyklu panie doktorze, a ja odstawiłam już dawno tabletki. Wiem o tym, jestem twoim lekarzem, a nie katem. Zaufaj mi i idź za instynktem, rozum zostaw mnie. Zadbanie o twoje bezpieczeństwo to moja sprawa. Lidka nareszcie przylgnęła do Marcina, dresy nagle przestały obojgu przeszkadzać bowiem znalazły się na podłodze, a Marcin na przemian zachwycał się słownie wszystkimi częściami ciała Lidki i okrywał je pocałunkami, by wreszcie w nim  delikatnie, w pełnym zabezpieczeniu, którego nawet nie wyczuła, wylądować. Leżeli wtuleni, nieco  zdumieni, że ten ich  pierwszy raz przyniósł obojgu tyle satysfakcji. Jesteś cudowna, chcę jeszcze i jeszcze i jeszcze. A tak się bałem jakbym miał skoczyć ze spadochronem.A ty jesteś wprost cudowna, jakby stworzona dla mnie. Zasnęli dopiero nad ranem, omówiwszy to wszystko o co pytał Marcin oraz plany na najbliższe miesiące. Wrześniowy urlop Lidki planowali spędzić w towarzystwie ojca Marcina, który miał całkiem  spory dom w okolicy Nicei. Około południa, gdy się obudzili,  nadal nie syci siebie, Lidka zarządziła wysoko białkowe śniadanie i usmażyli razem jajecznicę na dużej patelni, zjedli szybko i powrócili do dalszego odkrywania siebie nawzajem. Czerwcowy długi weekend spędzili na zmianę w mieszkaniu Lidki i Marcina. W każdy weekend pływali w Konstancinie, rozśmieszając Konrada tym, że Marcin pływał zawsze jak cień Lidki i Konrad się śmiał, że zachowuje się jak samiec walenia pilnując by jakiś obcy samiec nie zbliżył się do jego samicy. We wrześniu pojechali do Francji, do ojca Marcina.

Ojciec Marcina nie ożenił się po raz wtóry, miał przyjaciółkę z którą spędzał czas wolny, ale jak powiedział Lidce, miłością jego życia była matka Marcina. Któregoś wieczoru w przydomowym ogrodzie ojca, gdy w trójkę sączyli lekkie wino, Marcin powiedział Lidce, że dojrzewa pomału do małżeństwa z nią. Lidka uśmiechnęła się i odpowiedziała - a czy mógłbyś mi powiedzieć czym będzie się różniło moje obecne życie z tobą  od  tego gdy weźmiemy ślub?

Mieszkanie, w którym mieszkam należy do rodziców, nie stanowi mojej własności, choć wiem że jest przedmiotem spadku a testament już jest sporządzony. Czy wyjdę za Ciebie czy nie to i tak będę musiała pracować, bo trzeba sobie wypracować emeryturę. Nie sądzę bym jako żona kochała cię mniej lub więcej i dopóki mnie  nie zdradzisz będę cię kochać, dbać o ciebie i wspierać. Nie mniej jeśli ci się zamarzy dziecko wolałabym wtedy w czasie ciąży wziąć ślub, z przyczyn społecznych, bo kołtuństwo nadal kwitnie. Więc może poczekajmy jeszcze z kwestią ślubu. Nigdy ci o tym nie mówiłam, ale gdy przyszłam na pierwszą wizytę do twego  gabinetu przeżyłam szok  gdy wstałeś od biurka, bo nagle stanął przede mną  "facet z mojego snu", choć z nieco jaśniejszymi włosami niż ten, którego widziałam we śnie. Wierz mi, nie widziałam cię nigdy wcześniej, nawet nie wiedziałam, że istniejesz. Tego dnia obdzwoniłam kilka przychodni i  gabinetów szukając lekarza, który przyjąłby mnie "od  ręki", ja nawet nie wiedziałam czy trafiłam na kobietę czy na faceta- dopiero gdy przyszłam recepcjonistka  mnie uświadomiła, że trafiłam na faceta. A po tygodniach wpadłam w totalny zachwyt tobą - byłeś delikatny, taktowny i mieliśmy takie samo spojrzenie na wiele spraw. Nocowałeś u mnie, bo wiedziałam chociaż nie  wiem skąd, że nie weźmiesz mnie siłą i że w pewnej chwili sami oboje  dojrzejemy do tej decyzji. Wiem, że na pewno będziemy dobrym związkiem, ale pośpiechu nie ma. I wiesz - może jestem naiwna, ale wierzę we wszystko co mi mówisz. A ojciec Marcina uniósł w górę kieliszek i powiedział - piję za wasze zdrowie, za waszą miłość i związek. A Li ma rację - liczy się uczucie i wzajemne zrozumienie, ślub to sprawa czysto administracyjna, ale  bardzo cię Li proszę - wyjdź za mego syna.

Wczesną wiosną następnego roku Lidka i Marcin wzięli ślub. Uczestnikami skromnej uroczystości  byli rodzice Lidki, ojciec Marcina z przyjaciółką, wspólniczka Marcina i mierzący piętnaście centymetrów maluszek w brzuchu Li. A  świadkowali w USC Konrad ze swoją partnerką. 

W przyjściu maluszka na świat pomagała wspólniczka Marcina a zaszczyt przecięcia pępowiny przypadł Marcinowi i zapewne gdyby nie trzeźwość Lidki ów kawałek pępowiny stałby się zabalsamowaną rodzinną relikwią oprawioną w srebro lub złoto.

Swoje  uwielbienie dla Lidki przekazał synkowi Marcin, a jednocześnie Lidka cały czas tłumaczyła małemu Marcelkowi, że na świecie nie ma bardziej kochanego taty niż jego tata. Ale największym rodzinnym sukcesem Lidki było namówienie swego teścia by sprzedał dom pod Niceą i zamieszkał razem z nimi w wygodnym, dużym domu w Konstancinie. Po roku dołączyła do towarzystwa Nina, przyjaciółka teścia Li. A stałymi gośćmi w starym, odremontowanym starannie domu konstancińskim bywał Konrad wraz ze swą partnerką i rodzice Lidki.

                                                                            KONIEC