piątek, 29 czerwca 2012

Bułgaria i ja . cz.I

Jak wiecie młódką nie jestem i właściwie większość mego życia upływała mi w PRL. Dziś , w ocenie tego
okresu dominują dwa nurty: jeden potepiający wszystko, jak leci w czambuł i drugi apoteozujący tamten
okres, Bo była praca dla wszystkich,  tanie wczasy, bezpieczeństwo i rzekomo równość.
A ja uważam, że było po prostu różnie- i dobrze i  żle, a  z perspektywy czasu jestem skłonna napisać, że czasami nawet bardzo zabawnie.
Na początku lat 70' ubiegłego wieku  ( rany, ale to brzmi!) wymyśliliśmy sobie z moim osobistym mężem, że
moglibyśmy wybrać się na urlop nad jakieś ciepłe  morze, bo ostatni pobyt nad Bałtykiem lodowatym i deszczowym bardzo nas zdegustował.
Najbliższe ciepłe morze to było Morze  Czarne. Można było załapać się na pobyt w Soczi lub w którymś z "kurortów" bułgarskich - taka wycieczka leżała jeszcze w granicach naszych ówczesnych możliwości finansowych. Najtaniej można było wtedy wyjechać z biurem turystycznym o wdzięcznej nazwie "Gromada". Okazało się, że w terminie, który nas interesował mogliśmy się wybrać do Bałcziku. Oczywiście prospekt zachwalał tę miejscowość a mieszkanie oferowali w małych, kameralnych pensjonatach.
Trochę przerażał mnie fakt, że przejazd jest pociągiem, kuszetkami, w II klasie. No ale coś za coś - taniej to znaczy tłuczesz się pociągiem do Warny, a stamtąd zabiorą cię  autokarem do Bałcziku.
Gdy na zbiórce na dworcu zobaczyliśmy uczestników turnusu, lekko zrzedła nam mina. W naszym wieku
było młode małżeństwo w podróży poślubnej  oraz opiekun naszej grupy. Reszta mieściła się pomiędzy 40-ką  a wiekiem około emerytalnym. Poza tym większość towarzystwa jechała na te wczasy "za karę" -
ich PGR  (info dla młodych-Państwowe Gospodarstwo Rolne) musiało zrealizować fundusz socjalny, więc
najlepsi pracownicy zostali wytypowani na wyjazd zagraniczny, który chyba nikogo nie cieszył.
Przed wyjazdem.moje troskliwe koleżanki poleciły mi, bym koniecznie zakupiła krem  Nivea w typowych
blaszanych pudełkach oraz szminki do ust, różowe perłowe. Miałam je tam sprzedać po korzystnej cenie i w ten sposób powiększyć swe kieszonkowe.
No cóż, kremu nie kupiłam bo nie było akurat, kupiłam za to ze 4 szminki f-my Celia, bo takie wówczas używałam Nie wiem, czy jeszcze dziś są kosmetyki tej firmy, ale wtedy były naprawdę niezłe, ale nie za bardzo tanie.
Podróż miała trwać  "raptem" 26 godzin, więc zaopatrzyliśmy się na drogę w jedzenie i picie.
W II klasie w przedziale było 6 kuszetek. Udało mi się  załapać  na środkową kuszetkę, młoda żona
wybrała tę nade mną, a pozostałe 4 kuszteki zajęły te nieco młodsze cztery panie.  Z młodą  mężatką
przeszłyśmy natychmiast "na ty", nasi mężowie również się "zbratali". Ona miała na imię Teresa, on Marek.
Teoretycznie pociąg był pospieszny i właściwie do granicy polsko-czechosłowackiej z pewnością taki był.
Potem wyraznie zwolnił i niemiłosiernie się wlókł.
Przed pierwszą kontrolą graniczną nasze  "współlokatorki" zapytały się nas cieplutko, czy mogłybyśmy do swojego bagażu wziąć po jednej kapie i jednym prześcieradle, bo każda z nich ma znacznie więcej, więc one byłyby nam wdzięczne.
Oczy mi wyszły na wierzch,  spojrzałyśmy na siebie z Tereską i zgodnym chórkiem odmówiłyśmy, mówiąc,że my też mamy przemyt. Ja miałam na myśli owe 4 szminki do ust, ale nie wiedziałam co ma Teresa.
Pociąg z nieznaych nam przyczyn wlókł się niemiłosiernie, pan konduktor i jego pomocnik  zamknęli się
w swej "kanciapie" z jakąś panną Lusią, która  swą profesję miała wypisaną na twarzyczce., a która w wiadomy sposób płaciła za bilet do Warny.
Na granicy węgierskiej jedna z naszych "współlokatorek" musiała się rozstać w częścią  swych dóbr,bo zarekwirował je jakiś gorliwy celnik. Mogła wprawdzie wysiąść razem z towarem, ale wspaniałomyślnie
pozwolono jej jechać dalej. Przy okazji wydało się, że my nie mamy nic trefnego i automatycznie podpadłyśmy  niemiłosiernie.
Gdy  pociąg wjechał do Rumunii konduktor zamknął na klucz  wszystkie drzwi wagonu. Tory, po których jechaliśmy były w remoncie. Pociąg więcej stał niż jechał, a wzdłuż torów spacerowali uzbrojeni żołnierze rumuńscy.
Nabrałam podejrzeń, że wcale nie dojedziemy do Warny, bo 26 godzin już dawno minęło, a my ciągle byliśmy w drodze.
c.d.n.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

260. A co tam, wyżyję się....

...na całego. Pewnie już wszyscy wiecie, że oprócz głupoty ludzkiej i chamstwa straszliwie nie lubię różnych prac domowych. Nie lubię:  prasowania, sprzątania, zmywania, mycia okien, porządkowania w szafach.
Ilekroć mam coś z tej dziedziny zrobić  zaraz dostaję napadu grafomanii i wpierw siadam do kompa by coś napisać.
Ogromnie żałuję, że nie mam talentu do pisania - bardzo chciałabym napisać jakąś powieść, coś w typie "Cień Wiatru" Zafona. Coś, co byłoby tajemnicze, nieco romantyczne, trochę dramatyczne i by każdy czytał
z wypiekami na twarzy lub z drżącym serduchem. No cóz, niestety nie te mozliwości.
Z drugiej strony, życie mnie nauczyło, że często losy szarego człowieka, który żyje obok nas też mogą być ciekawe, dramatyczne i pouczające. I wcale bohater nie musi być szpiegiem, podróżnikiem czy dziwakiem.
Tylko trzeba umieć słuchać tego, co kto ma do powiedzenia. Nie każda opowieść jest arcyciekawa, ale
wiem,  że warto słuchać różnych opowieści.
Jakaś życzliwa duszyczka napisała mi w mailu, że znęcam się nad ludzmi moimi blogami, bo na jednym to bredzę  i pokazuję jakieś "bzdety", a na drugim zadręczam ludzi grafomańskimi tekstami. No ale ja przecież
nikogo nie zmuszam do czytania któregokolwiek bloga, czyta ten, kto ma ochotę i czyta to na co ma ochotę.
 Ale mam prośbę - jeśli ten ktoś miał rację to napiszcie mi to szczerze, przestanę Was zamęczać.
Miłego nowego tygodnia wszystkim życzę.

niedziela, 24 czerwca 2012

259. Epilog

Z pomocą życzliwych  ludzi Pyza skończyła liceum, zdała maturę. Mimo ciężkiego w sumie dzieciństwa nie stała się zgryzliwą osobą, bo Makuka nauczyła ją jednej rzeczy -na zakończenie dnia robiła swego rodzaju rachunek sumienia- dziękowała w myślach za wszystko, co ją dobrego spotkało w ciągu dnia. Nawet za to,
że danego dnia udało się jej  ładnie zszyć rozprutą rzecz.
Rodzice Andrzeja wyjeżdżali na placówkę dyplomatyczną i Andrzej  zaproponował Pyzie, by się pobrali i pojechali razem z rodzicami, a tam, za granicą oboje będą studiować. Pyza jednak odmówiła - darzyła chłopaka naprawdę ciepłym uczuciem przyjazni, ale oboje wiedzieli, że to nie miłość. Pyza uważała, że
byłby to krok nieuczciwy wobec rodziców Andrzeja.
Po maturze Pyza poszła do szkoły Stenotypii i Języków Obcych - wychodziły z niej stewardessy i sekretarki. Po skończeniu szkoły podjęła pracę, o czym z radością poinformowała rodziców- od tej chwili stała się samodzielna. Wtedy kolejny raz pomógł jej ojciec Andrzeja - po prostu załatwił jej dobrą pracę.
Po kilku latach pracy Pyza dostała z pracy skierowanie na studia - było trochę ciężko, ale je ukończyła.
Życie uczuciowe Pyzy niemal nie istniało - praca i studia nie pozostawiały jej wolnego czasu na życie towarzyskie.  Śmiała się, że do łóżka to ona kładzie się  z podręcznikiem a nie z facetem. Raz nawet był
w jej życiu romans, ale przypadkiem Pyza odkryła, że nie jest jedyną kobietą w życiu człowieka z którym
się spotykała od roku. Ten przypadek bardzo nią wstrząsnął i wyostrzył ostrożność w kontaktach
z mężczyznami.
Utrzymywała kontakt z Andrzejem i jego rodzicami, lubiła ich i pamiętała jak bardzo jej pomogli w trudnych chwilach. Andrzej   nadal nie był związany z żadną kobietą, obojgu "coś" przeszkadzało w nawiązywaniu trwałych relacji z płcią  przeciwną.
Spotkali się w Pyzy 34 urodziny. Miało to być bardzo krótkie spotkanie, każde miało tego dnia  mnóstwo spraw do załatwienia. Andrzej następnego dnia  odlatywał do Australii. Ale oboje mieli tyle do omówienia, że spotkanie zakończyło się następnego dnia wspólnym śniadaniem, a Andrzej odwołał swój lot, tracąc
sporo pieniędzy.
Przez następne dwa miesiące Pyza chodziła jak we śnie. Postanowili się jednak pobrać, choć nie była
to ogromna namiętność od której motyle latają w brzuchu. Ale być może, że gdy się kogoś zna niemal od dziecka (przecież całowali się już mając po 14 lat) i cały czas przyjazni, to wygląda to inaczej.
Wzięli  ślub cywilny, Pyza wzięła z pracy 2 miesiące bezpłatnego urlopu, świeżo upieczony teść
pomógł w otrzymaniu paszportu i młodzi pojechali w podróż poślubną do Wiednia., bo tam Andrzej
ostatnio mieszkał.
Pyzie bardzo podobało się w Austrii. W Polsce nic jej nie trzymało. W rok pózniej  niańczyła córeczkę,
w dwa lata pózniej urodziła następną. Do Polski przyjeżdża raz do roku, nie spotyka się z rodzicami.
Teściów traktuje jak własnych rodziców, bo to oni jej naprawdę najwięcej pomogli.
O swoim małżeństwie mówi, że  nie było zawarte z szaleńczej miłości  a  z wielkiej przyjazni,  ale jest to
dobry, trwały związek, w którym oboje czują się bezpiecznie.

To opowiadanie to nie jest fikcja literacka, napisałam o jednej z moich dobrych koleżanek.
Początkowo  była przeciwna bym o tym pisała, ale z czasem zmieniła zdanie.Może dlatego, że
wytłumaczyłam jej, że przecież nadal zostanie anonimowa, a jej historia może przypadkiem komuś pomóc w życiu.

sobota, 23 czerwca 2012

258. Sztuka wyboru - cz.2

Pyza odłożyła słuchawkę telefonu i zamarła.To, co ukrywała z takim trudem na dnie świadomości, to czego tak się bała, właśnie się zmaterializowało. W głowie czuła pustkę, siedziała wpatrując się niewidzącym wzrokiem w aparat telefoniczny, ale ten milczał. Wreszcie powlokła się do okna, otworzyła je szeroko, do pokoju wtargnęło zimne, poranne powietrze. Pyzą targnął zimny dreszcz. Drżąc z zimna stała i patrzyła się w dal. Wreszcie zamknęła okno i usiadła przy biurku. I co teraz? Co mam zrobić?Co muszę wpierw zrobić?
Otworzyła szufladę biurka i zaczęła przeglądać jej zawartość. Nigdy dotąd nie otwierała tej szuflady, bo
wiedziała, że Makuka trzyma tu swoje dokumenty, zdjęcia i stare listy. W głębi szuflady leżała duża, brązowa koperta z napisem WAŻNE!  Pyza  przez chwilę na nią patrzyła, w końcu  otworzyła i wysypała zawartość na biurko. Znalazła dokumenty  dotyczące prawa własności mieszkania,  z których wynikało, że  w dziale prawnym Spółdzielni mieszkaniowej są dokumenty potwierdzające jej prawo do dziedziczenia tego mieszkania w razie śmierci Makuki. Była też książeczka oszczędnościowa ze sporą kwotą. Na końcu było upowazżienie wystawione na nią i kartka,  że to pieniądze na  pogrzeb.  Znalazła też list, w którym  były wskazówki dotyczące pochówku.
Pyzą wstrząsnął dreszcz. Zastanawiała się co ma zrobić - dzwonić do matki czy nie? A może  do ojca też powinna zadzwonić? Cały czas zastanawiając się co ma zrobić, zaczęła się ubierać i bez śniadania wyruszyła do szpitala. Po drodze uświadomiła sobie, że jej wkroczenie w pełnoletność przyszło w samą porę, bo teraz to już nikt nic jej nie może nakazać, tyle tylko, że nie ma pieniędzy na życie i opłacenie mieszkania.
W szpitalu otrzymała dokumenty, popatrzyła ostatni raz na wymizerowaną twarz ciotki, zabrała jej rzeczy i
powędrowała do domu. Idąc nie mogła się nadziwić, że pomimo śmierci ciotki słońce świeci, autobusy
i tramwaje nadal jeżdżą, ludzie rozmawiają i spieszą się zajęci własnymi sprawami. Miała wrażenie, że śni zły sen. W żołądku czuła zimny ucisk, w głowie całkowitą pustkę, w której klekotało się jedno pytanie - co
dalej?, co dalej?
W domu usiadła obok telefonu i nadal zadawała sobie jedno i to samo pytanie - co dalej. Kilka razy chciała zadzwonić do matki, ale ilekroć już miała wybrać numer, odkładała słuchawkę z powrotem. Wreszcie dotkliwe ssanie w żołądku przypomniało jej o śniadaniu. Jedząc śniadanie zastanawiała się jak to jest, że ona je to śniadanie,  choć ciotka nie żyje. Sprzątnęła po śniadaniu i postanowiła  zadzwonić do Andrzeja - jakby
nie było znali się jeszcze z podstawówki, a on znał dobrze jej sytuację rodzinną. Zaczekała do wczesnego
popołudnia, by chłopak był już w domu. Miała szczęście, Andrzej mógł przyjść niemal natychmiast.
I wtedy Pyza przekonała się, że często obcy ludzie są naprawdę  serdeczni i uczynni i mogą bardzo pomóc.
Andrzej opowiedział wszystko swoim rodzicom, łącznie z tym, że w podstawówce byli "parą", a teraz są
po prostu przyjaciółmi.  Rodzice chłopaka przyjechali oboje do Pyzy, zaoferowali swą pomoc w załatwianiu
wszystkich spraw związanych z pogrzebem, z pełnym zrozumieniem odnieśli się do niechęci Pyzy by włączyć
do sprawy rodziców Pyzy. Nic Pyzie nie mówiąc ojciec Andrzeja poszedł do jej szkoły, opowiedział co się stało, wytłumaczył bardzo długą nieobecność Pyzy w szkole, załatwił wszystko, by mogła bez problemu
wrócić do nauki. Skontaktował się nawet z prawnikiem, by zapewnić Pyzie pomoc w wydębieniu od jej ojca alimentów.
Pyza gdy już załatwiła wszystkie formalności związane z pogrzebem, zawiadomiła swą matkę i ojca o dacie
i godzinie pogrzebu. Przy okazji wysłuchała od obojga, że jest wariatką i wrednym dzieckiem.
Po pogrzebie powiedziała rodzicom, że wprawdzie jest pełnoletnia już od miesiąca, ale nie ma pieniędzy na życie i mieszkanie, więc prosi by umożliwili jej skończenie szkoły pokrywając te wydatki. Powiedziała też,
że w tej sprawie zgłosi się do nich adwokat. Rodziców zatkało całkowicie. Oboje byli śmiertelnie
obrażeni.  Na pogrzebie był też Andrzej z rodzicami, a ojciec chłopaka powiedział, że chcą Pyzę namówić
by pomieszkała jakiś czas w ich domu, nim trochę okrzepnie. Odbył też rozmowę z ojcem Pyzy, ale o czym mówili żaden z mężczyzn  dziewczynie nie powiedział.
c.d.n.

piątek, 22 czerwca 2012

257. Sztuka wyboru

Po wakacjach Pyza rozpoczęła naukę w siódmej klasie.To były czasy, gdy szkoła podstawowa miała 7 klas, dzieci nie chorowały na ADHD i na wszelkiego rodzaju dysleksje,  uczniów do odpowiedzi niektórzy
nauczyciele wywoływali numerem, który był przypisany do danego nazwiska na liście w dzienniku klasowym, nikt nie zapowiadał kartkówek i rzadko kiedy klasówkę. I nikt nie robił z tego powodu żadnego "hallo". Wiadomo było, że nauczyciel ma nauczać, a uczeń ma się zachowywać przyzwoicie i  uczyć się.
Klasa siódma była dość trudnym momentem w życiu każdego dziecka, bo trzeba było
podjąć decyzję do jakiej szkoły pójdzie  dziecko po podstawówce a do tego wszystkiego był to okres burzy hormonalnej, przeróżnych buntów i pierwszych okropnie głębokich miłości.
W klasie zapanowała moda  na "chodzenie ze sobą". Było to dość zabawne zjawisko, bo owo "chodzenie" czasem trwało 2, 3 dni lub tydzień, rzadko kiedy dłużej. Poza tym zapanowała moda na "prywatki urodzinowe". Wprawdzie  rodzice osoby organizującej byli zawsze w pokoju obok, niemniej dzieciaki  miały dla siebie kilka godzin na tańce. Przebojem sezonu było tango "La comparsita", które na każdej prywatce było ostatnim tangiem wieczoru. Nie da się ukryć, że z czasem płyta była niezle zdarta.
Pyza balowała intensywnie - uwielbiała taniec i naprawdę było jej obojętne co tańczyła, najważniejsze by
partnerem był chłopak, z którym zaczęła chodzić na samym początku roku szkolnego. Chodzili razem do kina, na spacery i spotykali się na wszystkich prywatkach. Na przerwach oboje starali się być w jednej grupie. Pyza była wyraznie zakochana, ale twierdziła, że to tylko przyjazń.
O tym, że się w kinie całowali nie powiedziała żadnej "najlepszej przyjaciółce". I o tym, że Andrzej powiedział, że ją kocha też nie.
I pewnie dlatego udało im się przetrwać aż do końca szkoły.
Skończyła się podstawówka, klasa się "rozleciała" po różnych liceach. Pyza trafiła do żeńskiego liceum, choć planowała iść do zupełnie innej szkoły. Chciała przynajmniej trafić do klasy z językiem francuskim, a trafiła
do klasy z łaciną. Drugim językiem w każdej klasie był język rosyjski. Rosyjski to nawet Pyza lubiła, za to nienawidziła łaciny. W ogóle nie była zachwycona swoją szkołą - to było dziwne doświadczenie - same dziewczyny dookoła.  Szkoła była  "z tradycją"  i nauczyciele wzywając którąś z uczennic do odpowiedzi
przed nazwiskiem dodawali słówko "panna". Pyzę to śmieszyło niebywale. Na zabawy szkolne zapraszano
chłopców z zaprzyjaznionego liceum męskiego.  Raz udało się Pyzie przemycić Andrzeja. Gdy następnym razem ta sztuka się nie udała, Pyza przestała bywać na szkolnych zabawach.
Wkrótce Pyza zaczęła mieć większe zmartwienia niż szkolne zabawy , szkoła i randki. Jej ukochana
Makuka czuła się coraz gorzej, bardzo się postarzała i Pyza musiała w domu przejąć sporo jej obowiązków.
Te wszystkie kłopoty zle na nią wpłynęły - bardzo opuściła się w nauce, zawaliła pierwszą klasę licealną.
Oczywiście zawaliła łacinę, a że matematyka też jej jakoś nie szła i była to słabiutka trójka, podjęto decyzję
by powtarzała pierwszą klasę.
Pyza była zrozpaczona - trochę to było za dużo dla niej. Ale wiedziała,  że nie nikt jej w tej sytuacji nie pomoże - oboje rodzice mieli już własne życie od  dawna i Pyza  wcale ich nie interesowała. Co innego gdyby chciała zamieszkać na stałe z ojcem  lub matką, zostawiając Makukę samą, lub w jakimś domu
opieki.  Pyza  nadal chodziła do szkoły, sprzątała w domu, robiła zakupy,  prała, pomagała w gotowaniu
obiadu.
Gdy Pyza  była w dziesiątej klasie Makuka była już u kresu sił  - Pyza przestała chodzić do szkoły spedzając
całe dnie w szpitalu. Pewnego ranka, o czwartej , obudził ją telefon. Dzwonili ze szpitala, że Makuka nie żyje.
c.d.n.

czwartek, 21 czerwca 2012

256. Przypływ ojcowskich uczuć

Gdy Pyza już kończyła podstawówkę, tatuś przypomniał sobie, że ma córkę. Przysłał list, w którym zażądał, by określonego dnia wsadzić Pyzę w pociąg pospieszny, bo on wynajął dla swej żony i dla Pyzy pokój
w  Międzybrodziu k. Porąbki, gdzie obie spędzą 2 miesiące wakacji.
Makuka rada-nierada wykupiła bilet, spakowała Pyzę i niemal nadała ją jak paczkę, obdarzając na drogę drugim śniadaniem i dobrymi radami. Pyzie najbardziej z tej całej imprezy podobał się fakt, że jedzie sama, bez opieki. Zaopatrzyła się na drogę w prasę, czyli w "Filipinkę" i  "Przekrój".
Trochę się denerwowała, czy tata rzeczywiście będzie czekał na dworcu i czy go pozna.
W Katowicach rzeczywiście tata był na dworcu, nawet go poznała, a  że z pociągu wysiadła tylko jedna samotna dziewczynka, tata też ją poznał.
W drodze do domu tata wyjaśnił Pyzie, że następnego dnia  ona wyjeżdża na kolonie letnie do Skawy koło Rabki, ale nie będzie jej tam zle, bo jedzie również bratanica cioci Halinki, nieco starsza od Pyzy, więc we dwie dadzą sobie  radę. Pyza poczuła jak w żołądku zagnieżdża się jej kawałek lodu. Na osłodę tej nieszczególnie radosnej wiadomości  tata powiedział, że gdy wróci z kolonii to pojedzie razem z ciocią Haliną do Międzybrodzia.
Wprawdzie ta kolonia była  w innej stronie Polski niż poprzednia, niestety warunki bytowe były równie nieciekawe - spanie w dużej sali w dwadzieścia osób, brak toalety, koszmarna  łazienka, czyli koryta metalowe z kranami, raz na tydzień ciepła woda. Panie opiekunki codziennie przeganiały dzieciarnię do Rabki, do której niby nie było daleko bo zaledwie 3 km, ale taki spacer w kurzu i upale wcale nie był miły.
W Rabce Pyza zaopatrywała się w herbatniki, którymi się żywiła, bo jedzenie też było dość kiepskie.
Była w grupie najstarszych dzieci, wszystkie dziewczynki były od niej o rok starsze.
Było to jakieś bardzo burzowe lato, codziennie po obiedzie była burza i silny deszcz do wieczora, aż kopki siana,  które stały  na sąsiadującym z budynkiem polu, pływały swobodnie popychane wiatrem.
Wreszcie minęły 4 tygodnie i Pyza wlądowała w domy taty. Po upraniu kolonijnych ciuchów, rozpoczęło się
pakowanie na wyjazd do  Międzybrodzia. Okazało się, że w to samo miejsce jedzie przyjaciółka cioci razem ze swymi trzema córkami. Wreszcie pewnego dnia podjechała  pod dom ciężarówka, która zabrała wszystkie "bambetle" i wszystkich chętnych na wyjazd.
Gdy przyjechali na miejsce Pyza dostała wytrzeszczu oczu -  zajechali w tym Międzybrodziu na wiejskie, mocno zaniedbane podwórko, w nos bił smród z gnojówki, z obory dochodziło porykiwanie  krów, po podwórku dreptały kury i kaczki. Obok stodoły dojrzała znienawidzoną "sławojkę". O Boże - za co to?
zapytała Pyza w myślach. Oczywiście odpowiedzi nie było.
Tata pomógł im wypakować  rzeczy, zaniósł na pięterko , wytłumaczył Pyzie jak ma nabierać wodę w studni i jak ma  trafić do  zakładowego ośrodka wypoczynkowego,  z którego będzie codziennie przynosiła obiad dla cioci. Śniadania i kolacje miały sobie robić we własnym zakresie. Poza tym ma być miła dla cioci i jej
we wszystkim pomagać, bo ciocia ma rany na nogach, więc nie może dużo chodzić i stać.
Tym sposobem Pyza stała się  Kopciuszkiem ale bez szansy trafienia na bal do pałacu. Najgorsze było to codzienne chodzenie po obiady, bo one mieszkały przy szosie, a ośrodek był na szczycie góry, pod którą mieszkały. Gdy padał deszcz  droga byłą istną mordęgą, bo porośnięte trawą zbocze było bardzo  śliskie.
Wyciąganie wody ze studni było istnym koszmarem.Pyza nie była w stanie trzymając korbę prawą ręką sięgnąć lewą wiadro pełne wody i postawić je na cembrowinie, by nalać z niego do własnego wiadra.
Więc nabierała tylko pół wiadra, przez co musiała dwa razy pokonywać drogę na pięterko.
Pyzie podobały się tam dwie rzeczy - piec do pieczenia chleba i  latające całymi dniami szybowce.
Bo mieszkały naprzeciw góry Żar, na  której szczycie był aeroklub. Gdy tylko nie musiała usługiwać
ciotce to siadała  na  łące nad zagrodą i patrzyła na szybowce. Wszystkie dzieci musiały co kilka dni chodzić na jagody i maliny. Dzieci gospodarzy prowadziły  " miastowych" na polanę na szczycie sąsiedniej góry o nazwie  Rogal. Szczyt góry był polaną porośniętą krzewami jagód. Pyza nigdy więcej nie widziała takiej ilości jagód w jednym miejscu. Tata odwiedził je jeden raz i nawet łaskawie poszedł wraz z Pyzą i dziećmi do ośrodka wczasowego po obiad. W drodze na dół zauważył, że Pyza jest smutna i bardzo wychudzona, więc wyraził z tego powodu swe wielkie niezadowolenie. Gdy tata dawał Pyzie reprymendę,że nie je, że zle wygląda, Pyza zacisnęła tylko zęby i pomyślała: "więcej mnie nie zobaczysz, bo ja do ciebie nie przyjadę!"
c.d.n.

255. Lata względnej stabilizacji

Otrzymane u taty prezenty Pyza włożyła do pudełka po butach,  przewiązała wstążką, którą zawiązała na supełek i schowała do swojej szafy.
Nie było jej przykro,  że mieszkanie Makuki nie jest ani duże ani tak ładnie umeblowane jak u taty, czasami tylko żałowała, że nie ma w domu psa. Raz nawet nieśmiało zapytała się,  czy mogłyby mieć psa, ale Makuka wytłumaczyła jej, że to za duży kłopot, bo  z psem to trzeba przecież kilka razy dziennie wychodzić na spacer, pies wymaga specjalnego pokarmu, pies często choruje no i one mieszkają w takim miejscu, że tak naprawdę to nie ma gdzie tego psa wyprowadzać. Pyza bardzo była rozczarowana.
Nie wiadomo kiedy Pyza  nauczyła się czytać. Pyza miała bardzo dobra pamięć wzrokową i widząc jeden wyraz i znając jego brzmienie, potrafiła w tekście wynależć wyrazy wyglądające tak samo. Makuka pokazała małej kilka liter, potem najprostsze wyrazy, potem mała wciąż się domagała nowych i nowych, w końcu potrafiła wyłowić w tekście znane litery i przeczytać  krótkie wyrazy. W  "Świerszczyku" całkiem płynnie czytała wierszyki., a miała niecałe 5 lat. Z liczeniem było gorzej, cyferki jakoś nie wchodziły do głowy. Różne ciocie cieszyły się, że dziecko takie bystre, nikt nie sądził, że nic dobrego z tych umiejętności
nie wyniknie.
Matka Pyzy była dumna z osiągnięć córki i postanowiła, że w takim razie Pyza pójdzie do szkoły, gdy tylko będzie miała 6 lat. Makuka była temu przeciwna, bo Pyza była jeszcze bardzo dziecinna, nie radziła sobie dobrze wśród dzieci, nie lubiła z nimi razem szaleć na podwórku, wolała iść na spacer z Makuką do parku.
Ale w tym wypadku Makuka, która wprawdzie wciąz opiekowała się dzieckiem, nie miała nic do gadania. Dziecko było przysądzone matce i to ona decydowała o tym co dla dziecka dobre. W tamtych czasach nikt
nie wyrywał dzieci z rąk matek, które nie za bardzo wywiązywały się ze swej roli. Właściwie tylko ojciec
dziecka miał szansę wnieść do sądu sprawę o ograniczenie praw matki  wobec dziecka, ale pan N. nie był tym zainteresowany. Jedenaście miesięcy pod jednym dachem z córką nie obudziło w nim uczuć ojcowskich.
Gdy tylko Pyza skończyła 6 lat, jej matka zapisała ją do szkoły, uzasadniając decyzję tym, że dziecko już potrafi czytać, więc  szkoda marnować każdej chwili. Sama zakupiła dla małej tornister i wszystkie potrzebne podręczniki i inne szkolne akcesoria.
Od pierwszego dnia Pyza znienawidziła swoją szkołę -  była przerażona ilością dzieci .W jednym budynku mieściły się trzy szkoły. Każda ze szkół funkcjonowała na zmiany, Pyzy szkoła  -  na trzy.W klasie było aż
42 uczniów, większość z nich to były siedmiolatki. Lekcje WF odbywały się na podwórku  lub na szkolnym korytarzu. Pyza się w szkole niesamowicie nudziła - na lekcjach nie było jej zdaniem nic ciekawego, pisanie po całej stronie  jednej i tej samej literki doprowadzało ją do płaczu, a dukanie dzieci po literce wyzwalało
złośliwy śmiech. Do szkoły chodziła na godz. 15,00, do domu wracała już po zmroku, więc przychodziła po nią Makuka. Inne dzieci mieszkały tuż obok szkoły, więc nikt ich nie przyprowadzał i nie zabierał do domu. Pyza była rozdarta wewnętrznie - z jednej strony cieszyła się ,  że nie wędruje sama, z drugiej - bardzo się tego wstydziła. Ten pierwszy rok zaważył na całym stosunku  Pyzy do szkoły  - nigdy jej nie polubiła, nie
nawiązała z nikim  przyjażni. Przeważnie nie była zainteresowana tym czego się uczyła, niemniej wiedzę
ogólną miała  bardzo dobrą, bo czytała mnóstwo książek znacznie wykraczających poza wiadomości szkoły
podstawowej.
To były czasy,  gdy szkoły  organizowały dla uczniów kolonie letnie. Po ukończeniu pierwszej klasy Pyza została wysłana z dziećmi ze swojej klasy na kolonie letnie.Warunki były kiepskie, dzieci były zakwaterowane w szkole, nie było lazienek ani toalet, jedzenie było wg Pyzy paskudne .
Pyza przepłakała łaskawie całe cztery tygodnie tej frajdy, a w domu zapowiedziała, że nigdy w życiu na żadne kolonie letnie nie pojedzie.
Ale, jak mówi stare porzekadło,  "nigdy nie mów nigdy".
c.d.n.