wtorek, 10 lipca 2012

Lusia

Lusia otworzyła  jedno oko i zaraz szybciutko je zamknęła. Przez chwilę zastanawiała się, co to za dzwięk ją obudził. Może dzwonek telefonu a może czyjś  głos?  Na wszelki wypadek  uniosła lekko głowę z poduszki, otworzyła oczy i rozejrzała się po pokoju. Było jeszcze szaro, grube zasłony tłumiły poranne światło.
Na sąsiednim łóżku spokojnie i mocno spał Jacek, jej mąż. W domu było cicho, budzik przy łóżku wskazywał 5,15. Popatrzyła znów na męża - "ten to może zawsze spać, jego  nic nigdy nie budzi i nie  budziło" - pomyślała z niechęcią. To ona wstawała zawsze do dzieci, to ją budził każdy szmer dochodzący z ich pokoju. Ale teraz dzieci już wyfrunęły w świat, były naprawdę bardzo, bardzo dorosłe. Żyły już własnym życiem.
Rozejrzała się z niechęcią po pokoju - nigdy go nie lubiła. Wszystko  było takie jak w dniu, w którym  tu
zamieszkała.  Kilka razy starała się coś zmienić, jedyne co się jej udało, to zmiana podwójnego łóża o wymiarach  2 na 2 metry na dwa łóżka o dwóch oddzielnych materacach.
Nienawidziła tu wszystkiego - tego, że łóżka stoją na środku pokoju, pod oknami. Nie lubiła tych białych szaf stojących po obu stronach łóżek,  białych szafek nocnych przy łóżkach,  na których stały białe lampy ustrojone w  bladoróżowe abażury z jedwabiu ułożonego w fałdki, żyrandola z takimi jak przy łóżkach lampkami, tyle, że mniejszymi,długiego tapicerowanego taboretu stojącego  przy łóżkach i stojącej  olbrzymiej  toaletki, która miała aż trzy lustra, dwie szafeczki z szufladkami i długą, oszkloną szafkę pod lustrami. Toaletka też była biała. W pobliżu  toaletki stał biały, ozdobny wieszak ubraniowy. Dywaniki
koło łóżek były bardzo puchate i  w beżowo-różowym kolorze. Kolorowy akcent, jak mawiała matka
Jacka.
Popatrzyła z niechęcią na męża. Ten, nieświadomy jej posępnych myśli spał nadal, lekko posapując.
Lusia odwróciła się do niego tyłem i zaczęła snuć ponure rozważania. Jak to się stało, że za niego wyszła?
Podobał się jej nawet a poza tym pojawił się na horyzoncie w chwili  gdy  Bogdan, jej pierwsza wielka
miłość na miesiąc przed ślubem zawiadomił ja, że podpisał kontrakt na wyjazd z "kapelą" do Szwecji. Bo Bogdan  był muzykiem. Nawet jedną piosenkę  dla niej skomponował. Nie szkodzi, że piosenka nie została
żadnym przebojem, że nie zawierała w treści jej imienia, ale Bogdan powiedział, że  to piosenka  dla niej.
A ona wierzyła w każde jego słowo i tak bardzo była szczęśliwa,  w dniu, w którym przyszedł do jej
rodziców i poprosił o jej rękę. Wprawwdzie rodzice nie byli nim zachwycenie, no ale skoro Lusia go kocha....
Ustalili czym prędzej datę ślubu, Lusia wybrała model sukienki, "upolowała"w jakimś komisie materiał,
rodzice Lusi zajęli sie przygotowaniami do ślubu i wesela. Ślub miał się odbyć w lipcu, zaraz po
Lusinej maturze. Z matury zapamiętała niewiele, wszystko robiła jak w transie, cud , że zdała.
Po ostatnim egzaminie czekał na nią Bogdan - wypytał o egzamin, ucieszył się, że zdała i powiedział:
- "słuchaj mała, mam dla Ciebie niespodziankę: wczoraj nasza kapela podpisała kontrakt ze Szwedami, wyjeżdżamy za dwa tygodnie".
Lusia do dziś pamięta jak nagle ścierpła jej skóra na karku.
"No a co ze ślubem?przecież mamy termin umówiony" zapytała Lusia.
"Ze ślubem, no właśnie, ze ślubem?"-powtórzył głupawo.Lusia patrzyła na niego badawczo i czuła, że za chwilę się  poryczy. Bogdan przełknął głośno ślinę....
c.d.n.

środa, 4 lipca 2012

Wszystko ma swój koniec...

....pobyt w Bułgarii też. Był przedostatni dzień sierpnia, a my mieliśmy bilety powrotne dopiero na 7 września. Spakowałam nasze rzeczy, rozliczyłam się z gospodarzami. Następnego dnia wstałam świtkiem, siłą wdarłam się do autobusu i pojechałam do Burgas na lotnisko. Trochę byłam wściekła, bo  kolega męża, który z nami był, stwierdził, że jest strasznie chory i on też musi wracać do Warszawy. Gardziołko go bolało.
No więc niewyspana , zła i właściwie zmartwiona pognałam na lotnisku do przedstawicielstwa LOTu.
Oczywiście pocałowałam klamkę, ale jako uparte babsko, rozsiadłam się  obok drzwi, na podłodze, co wzbudziło niejaką sensację wśród innych przedstawicielstw. Ktoś nawet zadzwonił i kobiecisko pełniące role przedstawiciela LOT w ciągu 3 godzin przylazło. Wprawdzie ledwo mówiła po polsku, ale udało mi się wyłuszczyć sprawę podtykając kobiecie "zajawkę" od lekarki. Oczywiście 1 miejsce to pewnie by się znalazło,  ale nie trzy. W końcu zgodziła się, że faktycznie, mój mąż nie może lecieć sam i obiecała, że  jakoś nas upchnie.  Samolot odlatywał niemal  o północy.   "Lotówka" powiedziała, że ona na lotnisku będzie od 21,00, więc żebym wtedy do niej przyszła. Podreptałam na postój taksówek, znalazłam chętnego na kurs do
Achtopola i z powrotem i pojechałam po chłopaków. Kierowca taksówki był w moim wieku, po drodze namówił mnie na kawę w Primorsku, co mi dobrze zrobiło, bo od rana byłam raczej na głodówce. Potem pomógł mi zataszczyć bagaż do samochodu, na lotnisku też pomógł. Pamiętam, że miał na imię Krasimir.
Śmialiśmy się oboje,  że mam fajny urlop - pojechałam z dwoma facetami i tak ich wykończyłam, że obaj chorzy wracają.
Posadziłam moich "nieboszczyków" w hali odlotów, a sama czujnie usadowiłam się pod drzwiami biura LOTu. I dobrze zrobiłam-  zaczęli przybywać i inni chętni by się załapać na ten lot.
 Co kobiecisko wyszło z pokoju, natykało się na mnie, bo sterczałam jak przyklejona do futryny drzwi.
Wreszcie zaczęła się odprawa bagażowa, ale  nas jeszcze nie chcieli odprawiać. Cały czas machałam  tą "zajawką  od  medicinskoj służby". Gdy już było raptem 15 minut do odlotu, zgodzili się na nasz lot
do Warszawy. Na tym samym stanowisku odprawiali również ludzi do Berlina, więc nie byłam pewna, czy nasze bagaże poszły na właściwy samolot. Najważniejsze, że udało się nam zabrać. Na pożegnanie "lotówka" powiedziała mi, że jestem okropnie uparta i że ma nadzieję, że mnie więcej nie zobaczy.
Jej nadzieje spełniły się w pełni. Nigdy więcej nie byłam w Burgas.
Dziwnym trafem bagaże jednak poleciały do Warszawy.
W kilka dni pózniej, po badaniach, okazało się, że mój mąż  miał naderwanie kielicha miedniczki nerkowej stąd te napadowe bóle.
A wzięło się to stąd, że mój mąż  był niezwykle szarmanckim facetem - uznał że skoro ja nie mam nic ciężkiego do niesienia, to on  pomoże Gośce nieść tę torbę z przemytem. Ale oczywiście musiał pokazać jaki
krzepki z niego gość i niósł ją sam, a że bał się, żeby nic się nie potłukło, niósł ją przed sobą. Wprawdzie Gocha chciała by nieśli razem, ale on nie, sam. I takie były opłakane skutki nadmiernej uprzejmości.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Bułgaria i ja, cz.IV

Przewoznik, z którego usług  skorzystaliśmy był turecki. Za kierownicą  autobusu siedział korpulentny  śniady mężczyzna. Deska rozdzielcza pokryta była kolorowym aksamitem i szydełkowymi serwetkami, nad szybą przymocowane różnokolorowe proporczyki na przemian z kolorowymi frędzlami. Przeważał kolor czerwony, a kabina kierowcy najbardziej przypominała bożonarodzeniową , mocno obwieszoną ozdobami choinkę.
Autokar był pełen, towarzystwo bułgarsko-turecko-polskie. Zbyt dużo przerw w podróży nie było. Po
drodze kilku pasażerów  wysiadło,  ktoś nowy wsiadł, na którymś  górskim zakręcie z luku bagażowego
wypadła czyjaś walizka.
Na granicy  bułgarsko-tureckiej byliśmy już wieczorem.  Pogranicznicy  zebrali paszporty od wszystkich, pozwolili wysiąść z autokaru i zamknęli się z nimi w swoim biurze. Było to bardzo małe przejście graniczne, zero ruchu .
W pewnej chwili od strony tureckiej zajechał osobowy samochód, a w nim dwóch Turków.  Ale wcale nie zamierzali jechać do Bułgarii. Wysiedli z  samochodu i lustrowali pasażerów naszego autobusu. Ich uwagę przyciągnęły dwie samotne polskie dziewczyny. Zaczęli regularny "podryw", panienki chichotały i się wdzięczyły, panowie po chwili weszli do biura. W 15 minut pózniej pogranicznik wyniósł paszporty, a rozdawanie rozpoczął od paszportów tych panienek. Panienki uradowane chwyciły swe dokumenty, poprosiły kierowcę o swe bagaże  i przesiadły się do samochodu tureckich podrywaczy.
Prawdę mówiąc szczęki nam opadły ze zdumienia. Nie mogłyśmy z Gochą pojąć jak mogły pojechać z obcymi przecież facetami. No cóż, byłyśmy młode, naiwne i z innej branży.
Już za granicą turecką, około północy, kierowca zrobił postój w jakimś małym miasteczku. Nie mam pojęcia jak się ono nazywało. Miałyśmy z Gochą inny problem- fizjologia upominała się o swoje prawa, a jedyna
otwarta kawiarnia pełna była samych mężczyzn. Na szczęście  na tym placu autobusowym urzędował również policjant. Podeszłyśmy do niego, prosząc by wskazał nam, gdzie możemy znależć toaletę. Pan policjant, nie tylko wskazał nam ów przybytek, ale jeszcze nas do niego odprowadził i powiedział, że na nas zaczeka.
Weszłyśmy do budynku, którego ściany były wyłożone naprawdę pięknym marmurem.Z holu prowadziły w dół równie piękne, marmurowe schody, ściany nadal były marmurowe. Na samym dole, gdy już pokonałyśmy około 2 pięter, znajdowały się kabiny z..... dziurami w podłodze. Cóż, taka rzeczywistość.
Wgramoliłyśmy się z powrotem na górę, przed budynkiem rzeczywiście  czekał na nas policjant, który nas odstawił z powrotem na plac autobusowy, oddając w ręce  mego ślubnego.Wymieniliśmy całą masę uprzejmości, pokręciłyśmy się po placu, nie mogąc się nadziwić, że otwarty jest sklep z telewizorami.
Wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę.
W   niecałe dwie godziny pózniej dojeżdżaliśmy do Stambułu. Zjeżdżaliśmy z gór, w dole widać było wiele świateł, na niebie świecił sierp księżyca i lśniła gwiazda. O drugiej w nocy zajechaliśmy na plac autobusowy.A tu ukazał się nam niecodzienny widok - w jednym miejscu stała piramida utworzona z arbuzów, w kilka z nich były powtykane świeczki, a właściciel zachęcał nas do kupna. Ale nam marzył się
hotel, a nie arbuzy. Ku naszemu zaskoczeniu taksówki nocne były tańsze niż w dzień. Tym sposobem
wylądowaliśmy w hotelu Imperator, w którym zatrzymywały się polskie grupy wycieczkowe.
Mieliśmy tydzień na zwiedzanie, który nagle, przez   chorobę mego ślubnego skurczył się  do 4 dni.
Gdyby nie uprzejmość pewnego Serba, który pomógł nam w tej trudnej sytuacji, nie zwiedziłabym wcale  miasta. Przy okazji uśmiałam się, bo okazało się, że mój stary kryształowy wazon pozwolił mi uzyskać wystarczające fundusze nie tylko na hotel, zwiedzanie , zakup kilku pierścionków i ciuszków dla siebie,
wystarczyło nawet na całkiem fajny , długi a lekki kożuszek.
O tym co widziałam w Stambule pisałam już na tym blogu w sierpniu 2009 roku. Wiem , że doprowadzałam Gochę do szału, bo starałam się wszystko zapisać na bieżąco, by potem uporządkować jakoś te wrażenia.
Zawsze tak robię, gdy coś  zwiedzam.
Dzięki pomocy życzliwego Serba udało się nam zmienić bilet powrotny. Mój mąż wcale nie zwiedzał z nami Stambułu.Tyle go widział, co w dniu wyjazdu z okna taksówki, bo poprosiliśmy kierowcę by nas nieco powoził po mieście.
W drodze powrotnej jechaliśmy z tym samym kierowcą. I..... niespodzianka. Gdy już siedzieliśmy w  autobusie,   na plac autobusowy zajechał z piskiem opon samochód osobowy, a z niego wysiadły obładowane bagażami panienki, które rozstały się z nami na granicy. Panowie szarmancko pomogli im umieścić bagaże w luku bagażowym, potem nastąpiła seria długich i namiętnych pocałunków, wreszcie mocno zmęczone panienki zajęły swoje miejsca.
Nie wiem dlaczego, ale uważały za stosowne wyjaśnić nam, że to byli tureccy inżynierowie, że pomogli im  w zakupach i udzielili im gościny we własnej willi jednego z nich. A my wysłuchaliśmy nic nie komentując.
W drodze powrotnej spałam, zwłaszcza, że wyruszyliśmy ze Stambułu póznym popołudniem i znaczna część
podróży była nocą.
Ślubny zniósł podróż dobrze, na wszelki wypadek wziął proszki p.bólowe. W Burgas nikt na nas nie czekał, bo wróciliśmy znacznie wcześniej. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Achtopola.
Po dwóch dniach w Achtopolu  mój ślubny znów miał atak bóli - tym razem wezwałam lekarza.
Kontakt z bułgarską służbą zdrowia poraził mnie i przeraził. Lekarka miała strzykawkę zawiniętą w jakąś szmatkę,  igła był grubości tej, którą pobiera się gęsty lek ze zbiorczej fiolki, na domiar złego była krzywa. No nic, jakoś zrobiła zastrzyk z pabialginy i poradziła, by starać się jak najszybciej wrócić do Polski. Na wszelki wypadek dała zaświadczenie do linii lotniczych, że pacjent wymaga szybkiej hospitalizacji.
c.d.n.

sobota, 30 czerwca 2012

Bułgaria i ja, cz.III

Plan prywatnego wyjazdu do Bułgarii nie był nawet zły, ale nie do końca przemyślany.  Mieliśmy wówczas
w Sofii zaprzyjaznionego Bułgara i jego poprosiliśmy by wynajął nam prywatne lokum w Achtopolu. Bo patrząc na mapę wykombinowaliśmy, że z Achtopola jest już rzut beretem do Turcji i jakoś się tam z pewnością przedostaniemy. Tak więc pewnego pięknego  sierpniowego dnia wylecieliśmy w trójkę, mąż mój, jego kolega z pracy i ja samolotem do Sofii. W planie był tygodniowy pobyt u przyjaciół w Sofii, potem przejazd pociągiem do Burgas, a stamtąd autobusem podmiejskim do Achtopola. W Achtopolu  w określony dzień mieliśmy się spotkać z naszymi znajomymi, pobyć razem kilka dni, potem w czwórkę ruszyć do Stambułu, a kolega męża miał przez ten czas poczekać na nas w Achtopolu. Proste,prawda?
Pierwsza część urlopu zaczęła się niezle. Paweł (ten Bułgar) przyjechał po nas na lotnisko i zabrał  do swojego domu. Gościnność Bułgarów jest równa gościnności polskiej - co wieczór zwiedzaliśmy przeróżne lokale,  dołączyli do nas również i inni znajomi Bułgarzy, których znaliśmy z badań międzynarodowych, które były kiedyś w naszej firmie. Sofia  bardzo nam się podobała, ale  nadmiar gościnności zaszkodził mojej nadwątlonej ongiś chorobą wątrobie.
Kuchnia  bułgarska plus degustacja wszystkich możliwych napitków zrujnowała mi ów organ doszczętnie. Już sam widok jedzenia powodował torsje, a że któregoś wieczoru były smażone kanie, wszyscy podejrzewali, że się zatrułam sromotnikiem, który udawał kanię. Ponieważ jedna z Bułgarek  była ponoć lekarką, orzekła, że to tylko dolegliwości ze strony wątroby, więc wszyscy odetchnęli z ulgą, nie mniej musiałam pić jakąś zawiesinę z węglem medycznym. Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu do Burgas. Stamtąd pozostało jeszcze 90 km do Achtopola.
Autobus straszliwie się wlókł, bo zajeżdżał po drodze do wszystkich nadmorskich  miejscowości. Wreszcie dotarliśmy do Achtopola, który był kurortem dla Bułgarów, a nie dla gości zagranicznych. Mocno zrzedła nam mina, gdy ruszyliśmy na poszukiwanie domu, w którym mieliśmy zamieszkać.
Gdy już znalezliśmy kwaterę to jeszcze bardziej się nam miny wydłużyły. Dostaliśmy jeden pokój z trzema łóżkami, bo gospodarz tylko takim pokojem dysponował. Nie było łazienki ani ciepłej wody bieżącej.
Toaleta miała co prawda wodę do spłukiwania, ale był to model kucany, bałkańsko-turecki. Na domiar złego rozstaw był taki, że gdybym była dziewicą, to z pewnością straciłabym dziewictwo w tym rozkroku. I jeszcze jedna ciekawostka- pomieszczenie było właściwie wielkości tej dziury i miejsca na nogi, a  drzwi otwierały się do środka. Więc oczywiście "na dzień dobry" wleciałam do środka., grzeznąc jedną nogą w tej spłuczce. Rolę łazienki spełniała studnia z umieszczoną obok ławką, na której stała miednica.
Zostawiliśmy graty i ruszyliśmy szukać  naszych znajomych, którzy mieli tu być już wcześniej. Przezornie umówiliśmy się na placu autobusowym. Przy okazji mieliśmy zamiar poszukać innej kwatery.
Znajomych spotkaliśmy, zamiast dwójki, była ich szóstka. Przyjechali 3 dni wcześniej i przeżyli koszmar, bo tuż po ich przyjezdzie rozpętała się okropna nawałnica, a oni nie mieli  żadnego lokum. Udało im się uciec pod dach jakiejś stajni , włamali się do środka i z dwoma osiołkami przeczekali burzę.  Potem panowie ruszyli na poszukiwania jakiegoś mieszkania. Niestety, to był dla Bułgarów okres urlopowy i nikt  nie miał
wolnych pokoi. W końcu udało im się znalezć dwa pokoje, jeden cztero łóżkowy, malutki, drugi też mały, z małżeńskim łożem. Tu też nikt nie słyszał o takim luksusie  jak łazienka. Nasza toaleta była wyraznie luksusem ,Oni mieli poczciwą, drewnianą szafę do tego przeznaczoną.
To nie był koniec złych wiadomości - mąż koleżanki nie dostał paszportu ze stemplem " cały świat", więc nie mógł jechać z nami do Stambułu. Poza tym okazało się, że z Achtopola nie prowadzi żadna droga, ani kolejowa ani szosa do Turcji.  Autobus jezdził do Stambułu tylko z  Burgas. Nie wiem co się stało, że nie zapaliła mi się w głowie czerwona ostrzegawcza lampka i zgodziłam się na ten wyjazd. Może dlatego, że bardzo mi się chciało zobaczyć  Stambuł??? 
Okazało się, że wydostać się z Achtopola też nie jest łatwo.Zaliczyliśmy jeden kurs by kupić bilety do Stambułu bo trzeba było to zrobić osobiście,okazując paszport. Przy okazji  skorzystałyśmy z koleżanką w Burgas z bardziej  cywilizowanych warunków do ablucji, oraz zjedliśmy normalny obiad , bo w Achtopolu żywiliśmy się głównie kukurydzianym chlebem, miodem i owocami.
Jedyna restauracja otwierała swe podwoje  dopiero po 20-tej a jadalne to były tylko...zimne frytki z równie zimną rybą.
Dwa dni pózniej ruszyliśmy w trójkę, czyli mój osobisty, Gocha i ja do Stambułu. Gocha jechała z olbrzymią
skórzaną torbą wypchaną kryształami, ja wiozłam jeden (słownie jeden ) nieduży wazon kryształowy, który stał w domu i się kurzył. Poza tym miałam aparat fotograficzny , nie na sprzedaż i suszarkę do włosów, bo miałam długie włosy, które wymagały suszenia po myciu. Czyli, jak zwykle, byłam handlowo opózniona w rozwoju.
c.d.n.

piątek, 29 czerwca 2012

Bułgaria i ja- c.d.

Gdy już zupełnie straciłam rachubę czasu i nadzieję na dojechanie do Warny, po blisko dwóch dobach mordęgi, czyli 46 godzinach  czołgania się pociągu, dojechaliśmy . Gdy wysiedliśmy z pociągu okazało się , że wcale a wcale nie jedziemy do Bałcziku a do...Albeny. Byliśmy już tak umordowani, że właściwie było nam  obojętne dokąd nas zawiozą.
Do dziś jestem przekonana, że była to rekompensata za tę koszmarną podróż. Albena była wówczas nowo powstającym kurortem, położonym na dwóch piętrach.  Nad samym morzem stały b. duże hotele zbudowane przez Jugosłowian, takie trochę zbudowane na modłę zachodnią. Na górze  stały zaledwie dwa nowiutkie hotele i nas rozlokowano w  jednym z nich. Pokój był duży, z widokiem na morze i dużym balkonem Do plaży było  tylko 176 schodów. Oczywiście schodzenie w dół było pestką, ale wdrapywanie się na górę było mniej przyjemne.
Tuż obok hotelu stała nieduża drewniana budka, przy niej stół i dwie ławy. Bardzo nas intrygowało co to może być.
Plaża w Albenie była szeroka (piach nawieziony),  w okolicach wejścia na plażę stały  drewniane budko-szałasy, w których sprzedawano różne napoje, nie tylko orzeżwiające. Poza tym był nawet niespotykany na naszych plażach luksus w postaci łazienek, WC i przebieralni.
Uczestnicy  naszego turnusu, poza  nowożeńcami, pilotem i nami, z reguły nie opuszczali hotelu. Żaden z panów nie był ani razu na plaży, za to codzienne, od godz.12,00 do póznego wieczora, z przerwą na posiłki,
przesiadywali przy tej tajemniczej drewnianej budce, która ochrzciliśmy  nazwą "boży dar", bo serwowali w niej pełniutki asortyment alkoholi - na kieliszki, szklanki, butelki, dzbanki.Co robiły panie - nigdy się nie dowiedziałam.Widywałam je tylko na posiłkach. Ale nasza piątka w pełni korzystała z oferty turystycznej. Ponieważ było nas mało, na wycieczki dawano nam mikrobus. Z kierowcą wariatem. Facet bił wszystkie  rekordy szybkości - z Albeny do Warny (42 km) jechaliśmy najczęściej z prędkością 120 km/godz., ale to było nic, w Warnie najczęściej jezdził   "pod prąd", bo był zawsze pod kreską czasową. Jazdy górską drogą z Warny  do Albeny nie zapomnę pewnie nigdy - siedziałyśmy z Teresą z tyłu, przed nami nasi mężowie, a obok kierowcy nasz pilot. Dziwiłam się tylko,czemu i pilot i nasi chłopcy jakoś coraz bledsi i coraz mniej mówią-  kierowca nasz  na górskiej, wąskiej i bardzo krętej drodze szpulował pomiędzy 90 a 130 na liczniku. Czułam, że jedzie prędko i chwilami obawiałam się, że wylecimy z drogi, ale przynajmniej nie widziałam licznika. Na uwagę naszego pilota, że chyba za szybko jedziemy,  nasz kochany kierowca powiedział - ależ ja muszę być za 10 minut w Albenie! Byliśmy - za 15. Wszyscy byliśmy bardzo bladzi po tej podróży i nawet 3 dni nigdzie nie jezdziliśmy.
W sumie pobyt był na tyle miły, że postanowiliśmy pojechać do Bułgarii jeszcze raz, ale już nie do Albeny, lecz  do Słonecznego Brzegu. W trakcie tego pobytu zwiedziliśmy większość miejscowości na południe i północ od Albeny i Słoneczny Brzeg wydał się nam najlepszy.
Przy okazji przekonaliśmy się, że Bałczik był wtedy zupełnie nieciekawy , nawet plaży porządnej nie było.
Jedynym miłym miejscem były ogrody królowej Marii , w których akurat kwitły kaktusy.
Mój przemyt w postaci 4 szminek powrócił spokojnie do Polski, a Teresa zrobiła "interes życia" - w dniu wyjazdu sprzedała swoje podarte i dość brudne dżinsy jakiejś  sprzątaczce, której się one wielce podobały.
Nie bardzo wiedziałam po co jej były  lewa w dniu wyjazdu, ale w  Warnie zakupiła za nie 2 butelki
Pliski, niezwykle wówczas popularnego "koniaku".
Drogę powrotną niemal calutką przespałam, bo miałam jakąś infekcję gardła. I wiecie kogo zobaczyliśmy
w naszym wagonie?  Pannę Lusię - odniosłam wrażenie, że była na wyposażeniu tego wagonu.
Dwa lata pózniej wyjechaliśmy z Orbisem do Słonecznego Brzegu, tym razem nie sami, a ze znajomymi.
Był to wielce zabawowy pobyt.  Jedyna wycieczka, na którą pojechaliśmy to była autokarem do Rumunii.
W porównaniu z tym, co jest teraz, to Słoneczny Brzeg był wtedy bardzo miłą wakacyjną miejscowością.
Prawda wyglądała tak, że Bułgaria  w cyklu -godz. 18,00 kolacja z butelką wina na parę, a potem zwiedzanie przeróżnych lokali, tańce, pliska, przejażdżki fiakrem lub wózkiem zaprzężonym w osiołka (ależ trzęsło!) kawa,pliska, godz.24,00 padnięcie do  łóżka - wydawała się naprawdę miłym miejscem na ziemi. Rano śniadanie, lekki kac, kąpiel w ciepłym morzu, spacery brzegiem aż do Neseberu, obiad, obchód kawiarni i zdziwienie, że wieczorem były jakby ładniejsze, a od 18,00 powtórka  z rozrywki. Nie wiem jak
przeżyłam ten pobyt, ale ogólnie było zabawnie. I wtedy naszej szalonej czwórce wpadł do głowy pomysł, by w następnym roku pojechać do Bułgarii całkiem prywatnie, stamtąd wyskoczyć do Stambułu na kilka dni,  znów wrócić do Bułgarii  nad morze i wtedy dopiero  powrót do Polski.
c.d.n.

Bułgaria i ja . cz.I

Jak wiecie młódką nie jestem i właściwie większość mego życia upływała mi w PRL. Dziś , w ocenie tego
okresu dominują dwa nurty: jeden potepiający wszystko, jak leci w czambuł i drugi apoteozujący tamten
okres, Bo była praca dla wszystkich,  tanie wczasy, bezpieczeństwo i rzekomo równość.
A ja uważam, że było po prostu różnie- i dobrze i  żle, a  z perspektywy czasu jestem skłonna napisać, że czasami nawet bardzo zabawnie.
Na początku lat 70' ubiegłego wieku  ( rany, ale to brzmi!) wymyśliliśmy sobie z moim osobistym mężem, że
moglibyśmy wybrać się na urlop nad jakieś ciepłe  morze, bo ostatni pobyt nad Bałtykiem lodowatym i deszczowym bardzo nas zdegustował.
Najbliższe ciepłe morze to było Morze  Czarne. Można było załapać się na pobyt w Soczi lub w którymś z "kurortów" bułgarskich - taka wycieczka leżała jeszcze w granicach naszych ówczesnych możliwości finansowych. Najtaniej można było wtedy wyjechać z biurem turystycznym o wdzięcznej nazwie "Gromada". Okazało się, że w terminie, który nas interesował mogliśmy się wybrać do Bałcziku. Oczywiście prospekt zachwalał tę miejscowość a mieszkanie oferowali w małych, kameralnych pensjonatach.
Trochę przerażał mnie fakt, że przejazd jest pociągiem, kuszetkami, w II klasie. No ale coś za coś - taniej to znaczy tłuczesz się pociągiem do Warny, a stamtąd zabiorą cię  autokarem do Bałcziku.
Gdy na zbiórce na dworcu zobaczyliśmy uczestników turnusu, lekko zrzedła nam mina. W naszym wieku
było młode małżeństwo w podróży poślubnej  oraz opiekun naszej grupy. Reszta mieściła się pomiędzy 40-ką  a wiekiem około emerytalnym. Poza tym większość towarzystwa jechała na te wczasy "za karę" -
ich PGR  (info dla młodych-Państwowe Gospodarstwo Rolne) musiało zrealizować fundusz socjalny, więc
najlepsi pracownicy zostali wytypowani na wyjazd zagraniczny, który chyba nikogo nie cieszył.
Przed wyjazdem.moje troskliwe koleżanki poleciły mi, bym koniecznie zakupiła krem  Nivea w typowych
blaszanych pudełkach oraz szminki do ust, różowe perłowe. Miałam je tam sprzedać po korzystnej cenie i w ten sposób powiększyć swe kieszonkowe.
No cóż, kremu nie kupiłam bo nie było akurat, kupiłam za to ze 4 szminki f-my Celia, bo takie wówczas używałam Nie wiem, czy jeszcze dziś są kosmetyki tej firmy, ale wtedy były naprawdę niezłe, ale nie za bardzo tanie.
Podróż miała trwać  "raptem" 26 godzin, więc zaopatrzyliśmy się na drogę w jedzenie i picie.
W II klasie w przedziale było 6 kuszetek. Udało mi się  załapać  na środkową kuszetkę, młoda żona
wybrała tę nade mną, a pozostałe 4 kuszteki zajęły te nieco młodsze cztery panie.  Z młodą  mężatką
przeszłyśmy natychmiast "na ty", nasi mężowie również się "zbratali". Ona miała na imię Teresa, on Marek.
Teoretycznie pociąg był pospieszny i właściwie do granicy polsko-czechosłowackiej z pewnością taki był.
Potem wyraznie zwolnił i niemiłosiernie się wlókł.
Przed pierwszą kontrolą graniczną nasze  "współlokatorki" zapytały się nas cieplutko, czy mogłybyśmy do swojego bagażu wziąć po jednej kapie i jednym prześcieradle, bo każda z nich ma znacznie więcej, więc one byłyby nam wdzięczne.
Oczy mi wyszły na wierzch,  spojrzałyśmy na siebie z Tereską i zgodnym chórkiem odmówiłyśmy, mówiąc,że my też mamy przemyt. Ja miałam na myśli owe 4 szminki do ust, ale nie wiedziałam co ma Teresa.
Pociąg z nieznaych nam przyczyn wlókł się niemiłosiernie, pan konduktor i jego pomocnik  zamknęli się
w swej "kanciapie" z jakąś panną Lusią, która  swą profesję miała wypisaną na twarzyczce., a która w wiadomy sposób płaciła za bilet do Warny.
Na granicy węgierskiej jedna z naszych "współlokatorek" musiała się rozstać w częścią  swych dóbr,bo zarekwirował je jakiś gorliwy celnik. Mogła wprawdzie wysiąść razem z towarem, ale wspaniałomyślnie
pozwolono jej jechać dalej. Przy okazji wydało się, że my nie mamy nic trefnego i automatycznie podpadłyśmy  niemiłosiernie.
Gdy  pociąg wjechał do Rumunii konduktor zamknął na klucz  wszystkie drzwi wagonu. Tory, po których jechaliśmy były w remoncie. Pociąg więcej stał niż jechał, a wzdłuż torów spacerowali uzbrojeni żołnierze rumuńscy.
Nabrałam podejrzeń, że wcale nie dojedziemy do Warny, bo 26 godzin już dawno minęło, a my ciągle byliśmy w drodze.
c.d.n.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

260. A co tam, wyżyję się....

...na całego. Pewnie już wszyscy wiecie, że oprócz głupoty ludzkiej i chamstwa straszliwie nie lubię różnych prac domowych. Nie lubię:  prasowania, sprzątania, zmywania, mycia okien, porządkowania w szafach.
Ilekroć mam coś z tej dziedziny zrobić  zaraz dostaję napadu grafomanii i wpierw siadam do kompa by coś napisać.
Ogromnie żałuję, że nie mam talentu do pisania - bardzo chciałabym napisać jakąś powieść, coś w typie "Cień Wiatru" Zafona. Coś, co byłoby tajemnicze, nieco romantyczne, trochę dramatyczne i by każdy czytał
z wypiekami na twarzy lub z drżącym serduchem. No cóz, niestety nie te mozliwości.
Z drugiej strony, życie mnie nauczyło, że często losy szarego człowieka, który żyje obok nas też mogą być ciekawe, dramatyczne i pouczające. I wcale bohater nie musi być szpiegiem, podróżnikiem czy dziwakiem.
Tylko trzeba umieć słuchać tego, co kto ma do powiedzenia. Nie każda opowieść jest arcyciekawa, ale
wiem,  że warto słuchać różnych opowieści.
Jakaś życzliwa duszyczka napisała mi w mailu, że znęcam się nad ludzmi moimi blogami, bo na jednym to bredzę  i pokazuję jakieś "bzdety", a na drugim zadręczam ludzi grafomańskimi tekstami. No ale ja przecież
nikogo nie zmuszam do czytania któregokolwiek bloga, czyta ten, kto ma ochotę i czyta to na co ma ochotę.
 Ale mam prośbę - jeśli ten ktoś miał rację to napiszcie mi to szczerze, przestanę Was zamęczać.
Miłego nowego tygodnia wszystkim życzę.