poniedziałek, 27 maja 2024

Córeczka tatusia- 131

 Po kilku tygodniach otrzymywanych niemal codziennie wiadomości na temat  poszukiwania  mieszkania w Warszawie,  Michał  napisał do swego ojca  maila  z prośbą, by ojciec  przestał mu "na okrągło" przesyłać  wiadomości o stanie poszukiwań, bo on ma naprawdę mało czasu - rozpoczął  się już nowy  rok  akademicki i on jest "zawalony" pracą a do tego ma troje dzieci, z którymi  chciałby pobawić  się i porozmawiać i nie ma  czasu na  analizowanie wad i  zalet  każdego znalezionego przez agencję  mieszkania. Poprosił, by ojciec  ponownie przeczytał uważnie  jakie warunki  wg Michała musi  spełniać  nowe lokum i że Michał nie ma  zamiaru opuszczać tego  mieszkania, w którym aktualnie  mieszkają. A poza tym Warszawa nie ma tak wielkiej  powierzchni jak Londyn  lub Moskwa więc  niech się ojciec  raczej  rozstanie z projektem, że to ma  być jeden wspólny dom lub koniecznie jedna  dzielnica. Ponadto ani Ala ani Michał nie pragną domu z ogrodem bo nie mają  zacięcia do ogrodnictwa, a poza  tym przejechanie z jednego  końca  miasta w jego drugi koniec nie wymaga przepłynięcia Atlantyku, więc  problem odległości jest w tym przypadku zerowy. A dom z ogrodem byłby tylko i wyłącznie kłopotem bo Irenka i Marek zanudzili by  się sami w takim przydomowym ogródku na śmierć, bo są przyzwyczajeni do zabaw  z dziećmi  na pobliskim placu zabaw. Więc, zdaniem Michała,  niech ojciec wybiera lokalizację mieszkania lub domku pod swym  kątem i niech jeszcze raz, drobiazgowo przemyśli projekt  zmiany  miejsca  zamieszkania, bo tu jednak warunki są wielce odmienne od tego co mają w USA. W ramach odpowiedzi Michał otrzymał wiadomość, że  jego rodzice przylecą na tydzień do Warszawy, bo mama jest  zaniepokojona  tym co Michał napisał.  

Gdy  Michał przeczytał list od ojca Wojtkowi ten powiedział - mam chyba  genialny  pomysł - umieścimy twoich rodziców  w mieszkaniu mego ojca - będą mieli namiastkę  życia jakie ich  czeka gdy zamieszkają w Warszawie. Będą musieli sami zadbać o  swe potrzeby, zrobić  zakupy, ugotować itp. Inaczej wygląda życie  gdy mieszkasz w hotelu i idziesz rano na  śniadanie a potem na obiad do restauracji, a  zupełnie inaczej gdy mieszkasz w domu  i sam o  wszystkim musisz pomyśleć.  

A twój ojciec się  zgodzi na taki układ? - dziwił się  Michał. No jasne - nawet  będzie bardzo zadowolony, bo będzie u nas w tym  czasie z dwiema swoimi miłościami - Martą i psicą, bo jak wiesz ja to się  w tym gronie niemal  nie liczę.  Tylko niech podadzą ze trzy dni wcześniej termin kiedy przylecą.  Ja  mam wrażenie, że taki tydzień pobytu w warunkach zbliżonych  do tych, jakie będą  mieli później,  dobrze im  zrobi.  Wiesz - Andrzej mieszka z rodzicami w jednym  domu i nie narzeka a nawet  sobie  to chwali, bo dzieciaki są jednak pod opieką - ani on  ani Marylka  nie  muszą  się bladym świtem  sprężać by doprowadzić  towarzystwo do zerówki i przedszkola, nie mają bólu głowy by zdążyć przed określoną  godziną by odebrać  dzieciaki po południu,  a na dodatek Andrzeja matka marzyła o córce i Maryla świetnie spełnia te jej marzenia, bo jej z kolei brakowało właśnie takiej matczynej czułości.  Twoja Ala z kolei czuje się jak córka Ziuków a nie jak  ich była synowa a poza tym jest bardzo samodzielna  i świetnie  zorganizowana, co Ziukowie wysoko cenią a nie  wiadomo jak ocenią tę samodzielność twoi rodzice.  W moim odczuciu to bardzo dobrze, żeby twoi rodzice  byli traktowani w czasie  tego pobytu nie jak goście a  jak "zwykli  tubylcy" i dopiero po takim pobycie zastanowili  się, czy naprawdę chcą wrócić do Polski. Tyle  tylko, że chyba powinni pobyć  tu dłużej  niż tydzień. Porozmawiaj o tym wszystkim ze swoim ojcem, to mądry i wyważony facet. Bardzo  się nam wszystkim podobał.

A poza  tym ojciec Andrzeja mówił, że w ich okolicach co jakiś czas jest do kupienia dom - ludzie  się starzeją a jak powszechnie  wiadomo dom zawsze wymaga więcej pracy a im  człowiek starszy tym ma mniej  sił by dbać o dom, nawet  wtedy gdy ogród jest właściwie tylko podwórkiem z trawnikiem, więc chętnie  się przeprowadzają do mieszkań w  blokach, gdzie ich nie obchodzi trawnik i strzyżenie żywopłotu. A te domki na Sadybie to są podłączone w większości do wszystkich  miejskich mediów. Ci co nie mieli wtedy pieniędzy gdy była  akcja podłączania dzielnicy do miejskich  mediów  są  dziś na przegranej pozycji i pozbywają się tych domów, więc przy kupnie trzeba sprawdzać czy dany domek jest podłączony do sieci gazowej i ciepłowniczej  czy nie.  Dobra  natomiast jest lokalizacja tego osiedla - do dużego marketu raptem jeden przystanek tramwajowy i komunikacyjnie jest dobrze powiązane  z innymi dzielnicami. Poza  tym jest blisko przedszkole i podstawówka oraz tak  zwane tereny zielone w postaci Jeziorka Czerniakowskiego. Rodzice  Andrzeja polowali na  nieduży  dom bo Andrzej   sobie nie wyobrażał, żeby  mieszkać  z nimi razem, a w końcu dojrzał do tego i rodzice ze strychu zrobili piętro  mieszkalne i  teraz  mieszkają w  jednym  domu. 

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest  to, że gdy  rodzice  szukali dla  siebie  domu to był do kupienia  piętrowy dom, spokojnie  bez kiwnięcia palcem mogły w nim  dwie rodziny mieszkać, no ale wtedy Andrzej jeszcze nie  był na tym stadium  rozwoju.  Tu młodzi mieszkają na górze, mają tam tylko małą kuchnię a na dole jest  duża, wspólna kuchnia. A dzieciaki całe w skowronkach, bo mają w ogrodzie huśtawkę, nie ma żadnych grządek, a tylko w jednym miejscu jest  "uprawa stołowa" truskawek i poziomek - jest wysoka skrzynia, do której nie trzeba się schylać by coś przy tych owocach pomerdać. Głównym zajęciem chłopców jest uganianie się za piłką, ale wiedzą, że nie wolno jej wysoko kopać.  Z przedszkola i  zerówki ich dzieciaki są zadowolone. Chociaż przedszkolak narzeka, że musi leżakować, bo on przychodzi do przedszkola wyspany, bo jest  wstawiany tam dopiero tuż  przed 9,00 rano, tak jak jest  wstawiany do  zerówki starszy.   Poza tym on je śniadanie  w domu, bo nie jada zup mlecznych. I bardzo dobrze  go rozumiem - powiedział Wojtek- mało jest dla mnie tak obrzydliwych  zup jak taka mleczna - mnie na  sam widok wszystko podchodzi do gardła. A w ogóle zabielanych śmietaną też nie jadam, a mleko jest jadalne tylko pod postacią gęstego jogurtu. Ewentualnie może być zsiadłe mleko z wkrojonymi do środka ogórkami, koperkiem  i lekko posolone. 

Michał popatrzył się na niego i powiedział -jesteś po prostu rozpieszczony w dzieciństwie bachor.  Ja to nie  jadałem zup mlecznych, bo mama  nie lubiła  gotować. Ale raz byłem na koloniach letnich i powiem ci,  że  zupy mleczne to były jeszcze najbardziej jadalnym elementem tamtego menu. Ale tylko raz byłem na  koloniach letnich, czyli dwa razy - pierwszy i ostatni. Schudłem trzy kilogramy przez te cztery tygodnie.  To sporo jak na  dziecko ośmioletnie. I więcej mnie  nie wysłali. Na obozy harcerskie też się nie dałem wysłać. 

A ja wcale nie należałem do harcerstwa - poinformował go Wojtek - Marta też  się nie dała namówić - no popatrz, jak to sobie jednak  człowiek nawet podświadomie  wybiera przyjaciół. Popatrz - Andrzej też jest  z tych którzy nie uważają mleka za zdrowy napój, chociaż jest lekarzem- chirurgiem, a o chirurgach krąży gadka, że to ludzie  którzy  wszystko jedzą. I też nie  był nigdy harcerzem. Marta to  się śmieje że chyba  wszyscy jesteśmy z jednej prywatki, chociaż nie jesteśmy z jednego rocznika.

Michał, a twój ojciec to chce jeszcze  tu pracować? Ja wiem, że w tym zawodzie to większość prawników pracuje  aż do grobowej deski, no ale on przecież od lat nie jest związany z polskim prawodawstwem a tu ciągle  się coś zmienia i przekręca do góry nogami.  Michał wzruszył ramionami- nie wiem co on chce tu robić, bo na moje oko to on nie jest  na bieżąco z polskim prawem, a będąc właścicielem i szefem to raczej powinien być perfekt z tym tematem obcykany. Ale mu nawet  słowem nie pisnę- to jego broszka nie moja. On nawet, jak na  swój  wiek jest  dość trzeźwo myślący, ale oni  oboje są już  w tym wieku, w którym każde  z nich może  się  nagle, bez  ostrzeżenia przenieść w niebyt. I mam wrażenie, że nie mają tu żadnych przyjaciół. Co prawda  nie wiem też czy tam  mają.  Ja nawet  nie  za bardzo wierzę, że oni tu zjadą na stałe - są już bardzo  długo tam i tak naprawdę to oni by tu mieli za dużo wrażeń na co dzień. I bardzo dobry jest ten twój pomysł żeby pomieszkali sami- może wtedy im  się oczy otworzą, że po obu stronach oceanu są jednak  zupełnie  różne warunki. Tylko porozmawiaj o  tym ze swym ojcem, żeby przypadkiem im lodówki nie wyposażył żarciem na tydzień. Ja mam wielce mieszane uczucia co do tego pomysłu, by tu zjechali na stałe. Jakoś nie mam wielkiej ochoty by im codziennie tłumaczyć to co ich otacza i jest tak bardzo różne od amerykańskiego stylu życia. Ja ich nawet rozumiem - większość chce  być na  starość w pobliżu  swych  dzieci. Z tym, że nie jeden raz  słyszałem, że raczej  jestem dziełem przypadku a nie planowania i tylko dlatego  się urodziłem, bo mamuśka nie  zorientowała  się że jest w ciąży a potem to już było za późno i nikt nie chciał się podjąć ryzyka  zabiegu a skakanie  ze stołu i gorąca kąpiel też nie  dały rezultatu. O tych "ekscesach" to wiem od  babci, która mi to opowiedziała gdy już byłem dorosły. Więc  się nie  dziw, że nie  walczę jak lew o to by oni tu mieszkali. Mój ojciec to tak zakochany w matce jak ty w Marcie, ale Marta a moja matka to dwie zupełnie  różne kobiety- Marta ma po prostu  wszystko po kolei ułożone w głowie a moja matka to raczej nigdy  nie miała i nadal zapewne ma  wszystko niezupełnie po kolei, bo to  się raczej  rzadko "porządkuje" samo z  siebie. A to, że studiowała anglistykę jakoś nie miało wpływu na jej  rozum. W jednej rzeczy ona jest  bezkonkurencyjna - w mówieniu miłych rzeczy i  każdemu rozmówcy przytakuje. I mam podejrzenie, że nadal nie  wyszła poza  zupki typu instant i konsumpcję różnych "gotowców". Bo po co tracić  czas na gotowanie, skoro można kupić kilka torebek z różnymi produktami, wyrzucić je na wrzątek z torebki i po  kilku minutach masz gotowe danie. Będzie  się roztkliwiała się nad naszymi dziećmi ale  gdy zobaczy, że Alusia wszystko robi tradycyjnie a nie rozpakowuje  tylko gotowców  to wpierw wpadnie w głośny zachwyt a w  dwa  dni później powie  Ali że jest staromodna i zupełnie niepotrzebnie  się wysila tracąc  czas na tradycyjne  gotowanie, bo gotowce  są przygotowane  przecież przez  specjalistów od żywienia dzieci i dorosłych,  więc  są odpowiednio zbilansowane pod każdym względem.  Z jednej strony  chciałbym, tak jak Andrzej,  mieszkać razem z  rodzicami a z drugiej to chyba nie dałbym jednak  rady. Zresztą, jak wiem, to on  dopiero niedawno dojrzał do tej decyzji i Marylka  mówiła, że on z rodzicami  dość długo nie  miał kontaktu.

No nie miał kontaktu - to prawda -a powodów  było kilka - ożenił się, zdaniem rodziców, z niewłaściwą  dziewczyną, co  z  czasem okazało  się prawdą, poszedł na inne, niż sobie  życzył jego ojciec, studia a na dodatek nie  chciał mieszkać pod  Warszawą - wyjaśniał Michałowi Wojtek. Jak tak  robię w myślach przegląd stosunków  rodzinnych wśród naszej paczki to właściwie każdy z nas miał jakieś "cuda" - Marta wychowała się bez matki, bo na  sprawie rozwodowej swych rodziców  wybrała ojca, a sąd w świetle przedstawionych  dowodów uznał,  że ona  wie co mówi, Andrzej nie  spełniał oczekiwań ojca,  moi się  rozeszli gdy gdy ja  już miałem ustabilizowane  własne życie, twoja Ala została wdową z maleńkim  dzieckiem, twoi zostawili cię tu samego, no ale przynajmniej inwestowali w ciebie, a Maryli rodzice  się  rozeszli bez rozwodu i zupełnie tego  nie  rozumiem, a jej małżeństwo szybko się rozleciało bo facet zakochał się  w jakiejś Niemce gdy "arbaitował" w Niemczech, więc go Marylka wywaliła  z domu i się rozwiedli. Jeżeli rodzice mają w Polsce  tylko ciebie, to ten pierwszy  rok będziesz miał zapewne  dość męczący, bo na  okrągło będziesz informowany o  wszystkim co ich tu zadziwia, choć gdyby pogrzebali  trochę  w pamięci to doszliby do wniosku, że  większość "tutejszych  dziwności"  już  tu przećwiczyli przed wyjazdem i że mimo  wszystko teraz  jest lepiej, chociaż  może nie jest tak prosto jak być powinno. Szał wyjazdów  Polaków  do USA "za  chlebem"  już minął, teraz można podjąć  pracę w Anglii, Niemczech, Francji, nawet Belgia i Holandia też rodaków  interesuje. Do Norwegii i Szwecji też jeżdżą. Twój ojciec był pewien, że przeprowadzi skutecznie rozpoznanie, w którym kraju  europejskim moglibyśmy  rozwinąć jakiś własny biznes no i co? Marta najwcześniej z nas wszystkich otrzeźwiała, bo zdała  sobie  sprawę  z tego, że  nie za bardzo da  się wylądować gdzieś jednocześnie  z  całą  rodziną i uformowaną firmą a szukanie jednocześnie   lokalu na  firmę i miejsc do zamieszkania jest  zbyt karkołomne i pochłonie  sporo  forsy a na dodatek nie będzie gwarancji, że będą nas  tam przyjmować z otwartymi ramionami i będziemy  mieć klientów  jak mrówek  w lesie.

Wiesz, my przez jakiś czas  mieszkaliśmy z tatą Marty a teraz bardzo  często nocuje u nas mój ojciec, bo tak zarządziła  Marta z powodu  jego dolegliwości sercowych. A poza tym  to nawet gdy nic mu nie  dolega to może  spać u nas, ma u nas  swoją kajutę - jak mówi Marta. Ojciec po rozwodzie i perypetiach zdrowotnych nie ma żadnej przyjaciółki, od lat przyjaźni się z ojcem Marty i dbanie o nas to jego hobby- tak zawsze mówi. Pracuje na pół etatu nie dlatego, że musi, ale ma  dzięki temu kontakt  z ludźmi, których zna od lat. Gdy wyjeżdżaliśmy to czuwali nad nim rodzice  Marty żeby za nami  za bardzo nie tęsknił. Gdy  snuliśmy te plany założenia firmy poza Polską robił rozeznanie w Austrii. Marta stwierdziła, że mój ojciec  będzie stale pod naszą opieką, bo jakby na to nie  spojrzeć to ma  tylko nas. Teoretycznie to są jakieś jego siostry cioteczne młodsze od  niego, ale nie w Warszawie i  kontakty są sporadyczne. I mam wrażenie, że powinieneś porozmawiać z moim ojcem- w końcu on jest bardziej  zbliżony wiekiem do twoich  rodziców i zapewne lepiej może  zrozumieć ich tok myślenia niż my. I dobrze  wie, że my  się przecież przyjaźnimy, więc taka rozmowa na pewno go nie zdziwi. A gdybyś  chciał to możesz też skonsultować się z moim teściem - ja nadal kocham go więcej niż własnego ojca - to chodząca dobroć w męskim  wydaniu. No i on też przecież  zna twojego ojca. Wiesz- wbrew pozorom sytuacja jest nieco skomplikowana bo twoi rodzice już długo mieszkają w innej rzeczywistości i w pełni się przystosowali do życia za oceanem, a ono się jednak sporo różni od naszego. I to nawet wtedy gdy ktoś tam mieszka w Chicago na "Jackowie", gdzie chyba  częściej niż gdzie indziej słychać język polski. I mam wrażenie, że dobrze  się  dzieje, że teraz  wypłynęła  ta kwestia ich powrotu do Polski niż za kilka lat gdy już  będą ich gnębić jakieś dolegliwości związane z wiekiem.

                                                                         c.d.n.



piątek, 24 maja 2024

Córeczka tatusia - 130

Zabawne, ale  Marta jakoś nie  mogła uwierzyć, że wreszcie ukończyła  studia  i nie musi  codziennie jeździć na  drugi brzeg  Wisły. W Laboratorium podpisała  nowy angaż, szef potraktował jej pierwszy dzień pracy jako  "integrację", co bardzo Martę rozśmieszyło, bo ona  czuła   się  tu "jak u siebie",  ale widocznie  szef miał taki  zwyczaj, że przedstawiał nowemu pracownikowi  wszystkich pracowników. Dobrze, że  zespół w  całości nie przekracza dziesięciu osób - pomyślała  Marta, gdy kolejny facet ściskał jej dłoń i szczerzył się  w uśmiechu. Na koniec  szef całkiem przytomnie  zauważył, że właściwie to ona już  wszystkich tu zna, ale chciał by to był taki nieco inny  dzień. Na to konto Marta stwierdziła, że może  z tej okazji wszystkich uraczyć kawą i czymś do pochrupania  i  to będzie podkreślenie, że to  nie jest taki  "zwykły dzień".

Po kawie  "z pochrupką" szef oprowadził Martę po dziale produkcyjnym. Szef  produkcji narzekał, że mu brakuje  rąk  do pracy, więc  będzie musiał brać ludzi "nieprzygotowanych".  Marta  go pocieszyła, że w sytuacji, w której zrobienie tytułu  magistra będzie płatne,  zapewne będzie  jednak  miał nowych pracowników. Tylko trzeba  by pomyśleć jak ich  zachęcić, bo większość studiujących dziewczyn jest z poza stolicy i nie da  się ukryć,  że  są głównie nastawione, w  związku  z nowymi przepisami, na magisterium.  Bo każdej  się marzy własny  salon kosmetyczny. A wynajmowanie mieszkania też  wszak kosztuje. Trzeba by się zastanowić jak "zwabić" nowe kadry. Można  by też pomyśleć, czy  nie  zrobić kilku pół etatów, bo może to by  zachęciło panie posiadające dzieci w  wieku przedszkolnym. Bo niedaleko budują  się  dwa nowe osiedla. A nowe  osiedla charakteryzują  się  tym, że jest na nich sporo małych dzieci, więc  może by  się opłacało zrobić  dla  dzieci swoich  pracowników nieduże przedszkole- są  wszak  w stolicy takie przedszkola organizowane przez  zakłady pracy.  No ale  musiałoby być gdzieś  blisko laboratorium. A ponieważ  w pobliżu jest  kilka  firm, to  może udało by się  z którąś  dogadać  się w tej  materii - albo z dyrektorami tych firm albo z władzami dzielnicy ewentualnie ze spółdzielniami  mieszkaniowymi. A chętnych do umieszczenia  dzieci w przedszkolu na pewno  nie zabraknie  bo ponoć wciąż  brakuje  przedszkoli.

 Ja na przykład chętnie pracowałabym na półetacie, bo do myślenia nie muszę  siedzieć  akurat  za biurkiem  w pracy.  Są  kraje, w których  ludzie pracujący  koncepcyjnie pracują  głównie  zdalnie - rozliczani  są  z tego co wymyślą  a nie  z  siedzenia za biurkiem, piciem kawy, pogaduszkami z koleżankami i  kolegami.  Teraz  jest  spora możliwość komunikowania  się  na odległość i mnie osobiście jest obojętne czy będę rozmawiała  ze  swoim  współpracownikiem przez  SKYPE czy też osobiście stojąc  czy siedząc  2 metry od niego.  Pod  tym  względem to nasz kraj  jest nieco  zacofany  w rozwoju, jesteśmy wciąż słabiutko skomputeryzowani i digitalizacja  wciąż  jest u nas w powijakach.  Dużo  się o tej digitalizacji mówi i pisze, ale mam  wrażenie, że nadal  jest  zbyt mało konkretów.  Spotkałam się już  z  opinią, że digitalizacja  to jest " samo zło", a znam taką babkę, moją  rówieśniczkę, która aktualnie ma  w pracy kurs komputerowy, bo ich  firma się komputeryzuje i stale  słyszę narzekania, że ten komputer  to straszna rzecz - i- tylko się nie śmiejcie - głównym powodem do narzekania jest.......bardzo drobny  druk. No zatkało mnie  kompletnie, bo to oznacza, że ten kurs prowadzony jest bardzo kiepsko, skoro słuchaczka  nie potrafi  sobie powiększyć rozmiaru druku. Powiedziałam jej tylko, że wielkość druku na  ekranie monitora to ona  sobie może przecież  regulować sama. Aż ją zatkało ze zdumienia, więc jej doradziłam, by się po prostu spytała faceta, który ten kurs  prowadzi - może on też nie  wie?

Koledzy Marty rechotali jeszcze  z dziesięć minut komentując, że to jakaś "niedorobiona" ta koleżanka, a gdy już  się uspokoili Marta powiedziała - rozczarowaliście  mnie panowie - to nie ona jest niedorobiona, tylko zwykły debil ten kurs prowadzi. Każde  szkolenie zaczyna się od tego, że prowadzący powinien  sprawdzić co słuchacze  już wiedzą  na temat tego,  czego co  to szkolenie ma  dotyczyć. Jeśli się tego nie  zrobi, to się błędnie założy, że każdy człowiek  bez problemu potrafi obsługiwać komputer i wtedy całe  szkolenie nie ma  sensu. Ona akurat nie posiadała nigdy dotąd komputera  no to skąd mogła wiedzieć że wpierw  musi dany komputer ustawić tak, by z niego  bez problemu  korzystać. Ciekawa jestem  ilu z was, nie mając  w  ręce instrukcji użytkowania, umiałoby prawidłowo ustawić maszynę do szycia na taki  ścieg, jaki ma być użyty na przykład  do obrębiania zygzakiem.

No tak, masz rację - czasy takie, że niemal w każdym domu jest jakiś sprzęt elektroniczny i komputer stacjonarny lub laptop - powiedział Bogdan. To ci się tak tylko wydaje - stwierdziła  Marta - niemal w każdym  domu to jest telewizor, ale nie komputer.  A to, że nieomal  w każdym warszawskim mieszkaniu jest telewizor  nie oznacza  wcale, że wszyscy mają internet. Oczywiście  to  się w pewnej  chwili  zmieni, ale nie  zapominaj, że sprzęt  elektroniczny wciąż  jest jednak  drogi a mamy wciąż sporo ludzi  z tak zwanym "starym portfelem" i ich często nie stać nawet na  wykupienie swoich leków, które mają  zapisane na receptę,  więc nie wykupią dostępu  do internetu,  a poza  tym często jeszcze mają "przedpotopowe" telewizory. Ja wiem - na  co  dzień to tych ludzi tak  nie widać, więc się o nich nie pamięta.

No  ale to chyba  nie  dotyczy stolicy, mruknął któryś. Dotyczy, dotyczy- powiedziała  Marta. Warszawa się rozrosła, w granicach  miasta  są teraz  dawne miejscowości podwarszawskie i tam było sporo biedy. Wiem, że  część terenów jest odkupionych  przez  ludzi przy forsie po bardzo  korzystnych dla nich  cenach, bo dla tych co sprzedawali to były nieomal "bajońskie sumy", choć tak naprawdę  to cena  była wybitnie okazjonalna. Nie wiem  czy wiecie,  ale poszczególne części Ursynowa to  były kiedyś nieduże podmiejskie  osady. Oczywiście  część terenów odkupowało od  mieszkańców miasto. Poczytajcie   sobie nieco o historii Warszawy - naprawdę  warto. Służewiec, Wilanów, Mokotów to były  kiedyś już pod miastem. Ja wiem, w  szkole nas o tym nie uczyli, ale mam wrażenie,że dobrze jest  znać  historię miasta  w którym się mieszka lub nawet się  w nim przyszło na świat. 

No to nas  nieco zawstydziłaś - stwierdził  Bogdan. Marta uśmiechnęła  się -  wcale nie  chciałam kogokolwiek zawstydzać - ja też kiedyś niewiele wiedziałam o historii miasta, ale trafiłam na bardzo dobry przewodnik  po Warszawie i stąd  płyną moje "mądrości" w tym temacie. poza tym  zdaję  sobie  sprawę  z faktu, że po zakończeniu  wojny wiele osób  z tych, którzy byli wypędzeni z Warszawy nie wróciło do zrujnowanego miasta - zwłaszcza ci, którzy  mieli rodziny w innych miastach   kraju i mieli  się  gdzie  podziać. I już nie  wrócili do Warszawy.

A twoja  rodzina mieszkała w  Warszawie przed  wojną? - spytał Bogdan. Tak, mieszkali w Warszawie, na  Górnym  Mokotowie. A dom, w którym mieszkali moi dziadkowie ocalał, choć był nieco podziurawiony pociskami  a mieszkania doszczętnie okradzione i poniszczone. Ale nie był zbombardowany. Oglądałam filmy nakręcone po wyzwoleniu miasta - dobrze, że mnie jeszcze nie  było wtedy na świecie.  Mój tata i teść  dobrze pamiętają zrujnowaną  Warszawę. I nie są to wcale fajne wspomnienia. Mój promotor też mieszkał przed  wojną na Mokotowie, nawet  całkiem  blisko tej   ulicy przy której mieszkała moja rodzina.

Pod sam koniec dnia pracy Martę "ścignął" Andrzej pytając  się czy może  do nich  wpaść gdy będzie jechał na wieczorny  dyżur do szpitala.  A co ci się urodziło?- spytała  Marta- pokłóciłeś  się z Marylką? Przecież  z nią się nie można pokłócić - wyjaśniał Andrzej. Muszę się ją o coś zapytać i zastanawiam  się, czy ona  nie poczuje  się tym pytaniem dotknięta- wyjaśnił. No dobrze,  możesz przyjechać, ale  szalenie  mnie zaintrygowałeś. Marylka to naprawdę ma dobrze pod  sufitem i z byle powodu  nie poczuje  się urażona. Oczywiście, jest bardzo  wrażliwa, ale nie ma świra i bardzo  cię kocha, jak  zauważyłam. No i właśnie  dlatego, że ona jest taka  wrażliwa, muszę się ciebie poradzić - wyjaśniał Andrzej. Marta się  roześmiała - jesteś ode mnie co nieco starszy, chyba lepiej  znasz życie ode mnie, coś majaczysz  albo "ściemniasz", ale przyjedź, dawno się nie widzieliśmy, pewnie  aż  cały tydzień.  Zjesz z nami kolację,  czy będziesz jadł w domu?  W domu - przecież Maryla i mama nie wypuszczą mnie bez kolacji i wałówki w postaci owoców i jakiegoś domowego ciasta. One  chyba  chcą mnie utuczyć.

Andrzej rzeczywiście był już po kolacji a porada  faktycznie  dotyczyła "delikatnej materii"- bank, w którym Andrzej przechowywał swe nasienie podnosił cenę przechowywania i prosił o odpowiedź i  akceptację  nowych  warunków  finansowych. Nie były one jakoś szalenie dokuczliwe i na pewno nie  zrujnowałyby  budżetu Andrzeja. Marta wysłuchała o co idzie i powiedziała - no przecież ponoć już o tym dyskutowaliście i Marylka zdaniem specjalisty nie bardzo nadaje się na inkubator, więc nie widzę żadnego problemu byście musieli  znów  na ten temat  dyskutować. Gdy widzę Marylkę razem z  chłopcami, to widzę matkę z własnymi, kochanymi synkami. Ona ich kocha tak jakby to były dzieci, które sama pod sercem nosiła, a oni ją bezwarunkowo kochają. I są obaj przez  nią prawnie  adoptowani. Myślę, że możesz ten temat  spokojnie  zamknąć, bo na  zdrowy  rozum skoro lekarze uznali, że ciąża nie jest dla  niej pożądanym stanem to tematu nie ma. Zresztą tak naprawdę to ostatni dzwonek na powiększenie rodziny. A poza tym wiem, że Maryla a pewno nie poczułaby  się urażona twoim pytaniem - ona jest wrażliwa,  ale nie głupia. Ona też  z tych którzy uważają, że matka i ojciec to nie ci  co spłodzili ale ci co to dziecko wychowali dając mu swą miłość, opiekę, uwagę. Wiesz-  twoi rodzice też tak uważają i też ją kochają, co widać  gołym okiem. 

Masz dziś zwykłą nockę czy szpital ma  dyżur? Nie,  dziś to zwykła noc, bez  dyżuru  SOR-u, więc pewnie nawet pośpię.  Wpadłem na pomysł, by Henia wysłać na trochę do Londynu - to zdolny facet, niech się szkoli w dobrym miejscu, już nawet rozmawiałem z  Londynem. Wiesz- chciałbym by Marylka przeszła na pół etatu - wtedy nie miałaby nocek. A  z drugiej strony to byłbym najszczęśliwszy gdyby była  zawsze  ze mną gdy ja jestem na dyżurze. Wiem, wiem, mam nie po kolei  we łbie. Po raz pierwszy naprawdę kocham a nie tylko pożądam. Na pierwszym planie jest teraz uczucie  a nie  żądze. Gdy widzę jak dzieciaki się do niej tulą to aż mnie wzruszenie drapie w gardle. A oni to się jej bardziej  słuchają niż mnie. 

A jak personel szpitalny przyjął fakt, że się pobraliście? Andrzej  roześmiał się - szefowa pielęgniarek dała mi kuksańca  łokciem i powiedziała - Marylka to taka  cicha woda - sprzątnęła  cię sprzed  nosa kilku panienkom. A tak naprawdę to ja zacząłem ją dostrzegać  dopiero po tym, gdy ty mi zwróciłaś na  nią uwagę - przedtem jakoś przemykała  się obok, a ja byłem głównie  zajęty unikaniem babskiego personelu. Oczywiście  doceniałem jej zawodowe umiejętności ale jakoś nigdy nie patrzyłem na nią jak na kobietę, którą można poderwać. Szefowa chce by ona była włączona do szkolenia praktykantek, bo jest zdania, że Maryla jest świetnym pracownikiem a poza tym umie przekazać  swą wiedzę. A największą orędowniczką Maryli jest  moja mama - dla niej  wszystko co powie  Maryla jest prawdą objawioną - dobrze, że lubię jeść  to samo co i ona, bo mnie  się nikt nie pyta co lubię jeść - ważne by Marylka  to lubiła. Śmieszne,  ale prawdziwe.

Marta z kolei opowiedziała Andrzejowi, że rodzice Michała planują powrót do Polski i są na etapie szukania dla siebie jakiegoś domu i najlepiej takiego, by mogli mieszkać albo w jednym domu albo bardzo, bardzo blisko siebie razem z Michałami. I, jak  się śmiała Marta, w poszukiwania są włączeni  "wszyscy krewni i  znajomi Królika" i kilka agencji zajmujących  się kupnem i  sprzedażą nieruchomości. A Michał zachowuje stoicki spokój, bo jasno sprecyzował miejsca i warunki w których on  by  zamieszkał, więc jak na razie poszukiwania  wciąż trwają. Rodzice Michała to najchętniej zamieszkaliby razem z nimi w jednym domu, a  Michał najchętniej w dwóch różnych , ale blisko położonych mieszkaniach a nie  w domach.  Ostatnio się z lekka wściekł, bo któraś  agencja  podsunęła spory dom, piętrowy ale pod Warszawą i to  na prawym brzegu Wisły, a do tego stojący w przysłowiowych kartoflach. Ala stwierdziła, że po raz pierwszy usłyszała,  jak Michał potrafi przeklinać - jak powiedziała  była wielce zdumiona repertuarem swego męża.  Ponoć  dobrze, że  dzieci już spały. 

Argumentem koronnym ojca  był fakt, że przecież można dokupić jeszcze jeden samochód, żeby Ala też  była  zmotoryzowana. Bo przecież w ich pojęciu wszystko, co jest  zlokalizowane w odległości około 30 km od  centrum  miasta to jest bliżej niż  rzut  beretem.  A ponieważ  ojciec  Michała ma zamiar przyjechać  niedługo do Warszawy by się spotkać ze  swoim przyjacielem, z którym chcą razem prowadzić jakąś kancelarię, to Michał postanowił, że weźmie  wtedy kilka dni wolnego i zaprezentuje  ojcu  "na żywo" jak wyglądają codzienne dojazdy spod Warszawy do centrum miasta, bo to Polska a nie  Ameryka.

                                                                    c.d.n.



sobota, 18 maja 2024

Córeczka tatusia- 129

 Tydzień przed obroną  pracy magisterskiej Marta  spotkała  się na terenie  uczelni z panem profesorem oraz  panią doradczynią  zawodową.  O tym, że Marta została  zaliczona  do twórców zgłoszonego przez  laboratorium patentu oczywiście  wszyscy już wiedzieli - słuchaczki uczelni również. Omawiając od  strony "organizacyjnej" obronę Marta  dowiedziała  się , że będzie to trochę  sentymentalne  spotkanie, ponieważ następne  studentki II stopnia będą zdobywały tytuł magistra już na innej uczelni.

Marta opowiedziała pani doradczyni jak  wyglądała obrona magisterki Wojtka i dowiedziała  się, że tu nie będzie posiedzenia  przy kawie i ciasteczkach, będzie  tylko do dyspozycji woda  mineralna. Po prostu za którymś razem któraś  ze studentek rozpuściła plotkę, że jeżeli studentka  nie wyda  wręcz  "przyjęcia" to może zapomnieć o otrzymaniu dyplomu. I od tej pory, by zapobiec  takim incydentom  na stole  przy którym urzęduje "komisja" jest tylko woda mineralna, a wykładowcy nie  chodzą potem na jakieś  spotkania  na obiad  lub kolację fundowaną  przez  broniącą dyplomu  studentkę. A tak poza  tym to w przypadku Marty cała ta obrona jest czystą  formalnością, bo nie  tylko "ciało pedagogiczne" wie jakie umiejętności ma Marta, skoro jest wymieniona  wśród trójki "wynalazców". 

W  związku  z powyższym Wojtek wziął sprawy  we  własne  ręce i zamówił obiad w restauracji, na który  po cichu zostali zaproszeni z uczelni tylko pani doradczyni, poza tym pan promotor, pani doktor dermatolog, dwaj pozostali  wynalazcy i szef laboratorium oraz  oczywiście Wojtek. Szef laboratorium dołożył  się finansowo  do tego przyjęcia twierdząc, że Marta jeszcze  nie zarabia. Kilka  dni później, w sobotę,  Andrzej zorganizował rodzinne przyjęcie by uczcić Marty dyplom. Obecni byli również rodzice Marty i ojciec Wojtka, oraz Michał z Alą i dziećmi.  Andrzej  zauważył w trakcie  tego przyjęcia, że Marta, Wojtek i on są jedynakami, a jednocześnie  czują się we troje jak najprawdziwsze  rodzeństwo i to jest wręcz  cudowne! 

Michał poinformował  swych  przyjaciół, że po Nowym Roku jego  rodzice  przeprowadzą się do Polski, na razie jeszcze szukają mieszkania, a właściwie  domu w granicach  wielkiej Warszawy. Zbyt długo mieszkali we  własnym  domu i obawiają  się, że na pewno nie  znajdą w Warszawie  odpowiednio dużego mieszkania. Michał tylko  się  śmiał  wspominając jak Ziuk z  żoną szukali domu w granicach  Warszawy. Rozmawiał z ojcem, ale ponieważ jego ojciec  jest z  gatunku "nie uwierzysz  aż sam  zmierzysz" przestał mu robić wykłady na temat "własny  dom  w Warszawie".  Poza  tym wydaje  mu się, że ojciec   znacznie lepiej  stoi finansowo niż stał Ziuk i liczy się  z tym, że może  kupi jakiś dom do remontu.  Oczywiście Michał rozmawiając z ojcem powiedział, że jeśli idzie o  niego, to on razem z Alą i dziećmi  na  100% nie wyprowadzi  się z tego mieszkania, w którym teraz  mieszkają, bo on  nie ma  zamiaru poświęcać ponad dwie godziny  dziennie  na dojazdy do i  z pracy, a poza tym to Mirek  już idzie  do  szkoły, a te szkoły w tych "satelickich" dla  Warszawy miejscowościach to bywają bardzo, bardzo różne a potem są kłopoty w  szkole ponad podstawowej,  a poza tym trzeba  wtedy  dzieciaka  wozić do i ze  szkoły. A godziny jego pracy nijak  się nie pokrywają z godzinami pracy  szkoły. 

Ojciec Andrzeja  dał Michałowi "namiary" na firmy zajmujące  się kupnem-sprzedażą  mieszkań i domów mówiąc, że z tego co on  wie, to łatwiej  jest  kupić  duży dom niż mały i tak jest na przykład na Sadybie. Przy okazji "wypomniał" synowi, że przecież  gdyby od  razu zdecydował się, że będą mieszkać razem to kupiliby przecież  wtedy większy  dom, od  razu "regularnie" piętrowy,  a nie przerabialiby strychu na cele  mieszkaniowe.

Było trochę śmiechu, bo Piotruś dopytywał się co to jest to "magisterium" i kiedy mu wszyscy po kolei opowiadali, ile to  lat musieli  się uczyć w pewnej chwili powiedział - to ja  chyba  wolę być takim nieukiem a nie chodzić tyle lat  do szkoły.  Był bardzo  zdziwiony faktem, że jego własny tata, choć już skończył studia, to nadal musi się uczyć, bo medycyna się  wciąż   rozwija , są coraz nowsze metody leczenia, coraz nowsza  aparatura, więc żeby być nadal dobrym lekarzem jego tata ciągle  się musi tych nowych rzeczy uczyć i właściwie niemal w każdej dziedzinie  nauki ciągle coś się zmienia. Andrzej  przypomniał Piotrusiowi, że gdy był w Londynie to właśnie  dlatego, że się tam  szkolił. A nie mogłeś w Warszawie się szkolić? - spytał Piotruś. Nie mogłem,  bo w Warszawie nie ma  takiej aparatury jak w Londynie, ale gdy uda  się szpitalowi ją  zakupić, to ja już będę potrafił ją obsługiwać. 

A czemu wy nie wzięliście z domu  dzieciaków? - spytała Marta Alę. No bo oni w weekendy najczęściej są u Ziuków, a dziś są z dziadkami w teatrze na jakimś przedstawieniu dla dzieci- i to  wcale nie są kukiełki, tylko występują prawdziwi aktorzy i jestem bardzo ciekawa jak im  się będzie podobało. Gdy dziadkowie  zabrali ich  kiedyś  do teatru kukiełkowego to codziennie przez  tydzień słyszałam opowieści, o tym przedstawieniu. Raz nieopatrznie poszłam z nimi  do kina na jakąś kreskówkę - wyszłam ogłuszona i  z bólem głowy, bo widownia dziecięca szalenie  ekspresyjnie  reaguje na to  się  dzieje na ekranie. Ja im raz na jakiś  czas włączam jakiś filmik, regularne oglądają kreskówki w TV i inne programy dla  dzieci,  ale zupełnie inaczej odbierają to ze mną  w swoim domu, a inaczej w  gronie innych dzieci i na dużym ekranie. Ziukowie są  zdania, że my z Michałem powinniśmy przynajmniej jeden dzień na tydzień pobyć bez  nich i zająć  się tylko sobą  wzajemnie. Oni są naprawdę cudownymi rodzicami  dla nas obojga. Mogę na  nich zawsze liczyć i to jest niesamowicie przyjemne. Dla mnie z kolei ważne jest to, że tak całkowicie zaakceptowali Michała. Ziuk co jakiś czas powtarza, że kocha go tak, jakby był rodzonym synem. A Michał z kolei to docenia w pełni. Zresztą on i ojciec świetnie się  rozumieją. A ja  swoich rodziców już kilka lat nie widziałam i nie mam wcale ochoty ich widzieć po tym co matka mi "lapnęła" po śmierci mego męża. No a poza tym to ja im  zniknęłam z oczu, bo się przeprowadziłam nie podając im nowego adresu  ani telefonu.  

No i bardzo dobrze  zrobiłaś - podbudowała ją Marta. Zrobiłabym tak samo będąc  na  twoim miejscu.  Popatrz  - tak na logikę to Pati jest dla mnie obcą osobą, a ja do niej z  całym szacunkiem i sercem mówię  "mamo", bo ona jest dla mnie jak najczulsza matka i Wojtka też traktuje  jak własnego syna.  Jak widać gołym okiem to więzy krwi nie mają wielkiego znaczenia.  Zobacz jak chłopcy się  ciągle przytulają do Maryli. A to wszak  nie ona  ich urodziła.

Ala uśmiechnęła  się - muszę się trochę zmobilizować i zrobić niedługo jakiś spęd małolatów. Moja  Irka to na placu  zabaw wybiera  do zabawy tylko chłopaków, a dziewczynek z lalkami zupełnie  nie dostrzega, powiedziałabym, że  wręcz omija je  z daleka. Nic  dziwnego - stwierdziła  Marta - ona ma  w domu dwóch chłopaków  i świetnie  się z nimi dogaduje. 

Kiedy idziesz do pracy?- spytała Ala. Mogę w każdej  chwili, ale pójdę chyba gdy odbiorę z uczelni dyplom. Jak mi powiedziała  sekretarka to za 2 dni będzie do odbioru. Szef już  się  doczekać  nie może, bo znów coś nowego  będziemy wprowadzać, więc  trzeba będzie to przebadać, a on bardzo lubi jak ja to opisuję, bo się  przekonał, że nie naciągam  wyników, prowadzę  ewidencję próbek  i mam miły  zwyczaj przymocowywania opisu do tej substancji którą opisuję  taśmą samoprzylepną dookoła naczynia a nie tylko w jednym miejscu,  dzięki czemu opis nie odlatuje w  siną  dal. Ostatnio jestem  jedyną   kobietą w  zespole, bo pani chemiczka odeszła obrażona, że nie dostała podwyżki. A podobno ostatnio jakoś  mało była zainteresowana pracą i sporo  czasu  spędzała  na  zwolnieniach  lekarskich. I ta sytuacja wymaga ode mnie większego zaangażowania, bo jakby nie  było to ona była po wydziale  chemii na Politechnice,  no ale  ja tu miałam od początku chemię, więc  się nieco podciągnęłam w temacie. Ona  na pewno  była ode mnie  mądrzejsza bo sporo starsza, a  tej  chemii to miała na studiach  po czubki włosów, a ja miałam  chemię głównie pod kątem kosmetyków,  ona robiła masę  doświadczeń,  a ja tu miałam głównie  teorię , plus co jak  działa na tkanki skóry.  No ale  dzięki temu, że nie  robiłam żadnych doświadczeń  chemicznych  nie uległam  np. poparzeniom.  A znam  faceta, któremu podczas  doświadczenia  preparat wybuchł, a on stracił wzrok.  Ale nikt tu nie  wydziwia  ani  się nie gorszy gdy czegoś nie wiem, lub nie jestem czegoś pewna i pytam chemików. Wiesz- oni siedzą  w tym  zawodzie  od lat, a ja dopiero co liznęłam nieco wiedzy w  tym temacie.  A zrobiłam im ostatnio kawę ziarnistą  parzoną jak w Turcji i neskę razem z kakao + te mini ciastka orzechowe. Gdy teraz pójdę do pracy to znów im przyniosę trochę tych orzechowych  ciastek- robota zerowa  przy tym a ile  radości  w trakcie jedzenia ich  do kawusi.

A co  z tym facetem,  co stracił wzrok?- spytała Ala. Ja bym  chyba wolała umrzeć  niż  stracić  wzrok. To przecież  nieodwracalne  kalectwo! No fakt, ale miał fart, bo jego dziewczyna  nie  rzuciła  go, pobrali się, mają dziecko, a on szalenie pracował nad  tym, by jego kalectwo nie popsuło im życia. Po mieszkaniu porusza  się tak, jakby wszystko widział.  Oczywiście wszystko tam zawsze było  uporządkowane i nie  zmieniało  nagle  swego miejsca położenia.   Najtrudniej to było wytłumaczyć  dziecku, gdy było małe, że jego tata nie widzi.  Wyostrzyły mu  się inne zmysły, ale wiem  z opowieści jego żony, że bardzo, bardzo nad  tym pracował.

Do Marty przyszedł Jacuś i spytał się, kiedy znów do nich przyjdzie.......Misia. Nie wiem Jacusiu, bo teraz już zaczęła  się jesień,więc chyba nie będziecie  się  mogli bawić  cały  dzień z Misią w ogrodzie. Myślę, że gdy już się bardzo stęsknicie  za  zabawą  z Misią to wy do nas przyjedziecie z mamą i tatą i pobawicie  się z Misią u nas w  mieszkaniu. Co prawda  nie  będzie zabawy z większą piłką,  ale ona lubi też  gdy po podłodze  toczy  się nieduża piłeczka,  na przykład  taka do gry w tenisa.  Ona lubi takie  nieduże piłeczki, bo może je  bez trudu wziąć  do mordki. 

Ciociu,  a ja już umiem ułożyć z klocków swoje imię, ale nie  takie  dziecinne  Jacuś ale Jacek. I umiem ułożyć słowa auto, mama, tata. No to  super - ucieszyła  się Marta. Bardzo mądry z ciebie  chłopczyk.  A podoba  ci się w przedszkolu? Podoba, bo kiedy babcia albo dziadek zabierają Piotrusia z zerówki to wtedy oboje przychodzą po mnie i nie muszę w przedszkolu leżakować tylko idę już do domu. Bo ja nie lubię  leżakować, nudzi mi się wtedy, nie mam co robić i nie wolno też  wtedy rozmawiać, bo dzieci  śpią. A mnie  się nie chce tam  spać. Bo ja idę do przedszkola na godzinę dziewiątą, nie na ósmą, bo Piotrek też idzie na dziewiątą. I my nie jemy śniadań w przedszkolu tylko w domu, bo my nie jemy zup z mleka. Babcia nam robi rano jajówkę  w mikrofalówce i pijemy herbatę ze sokiem z czarnej porzeczki. A potem w domu jemy obiad i na kolację jemy jogurt z różnymi nasionkami -  z dyni, ze słonecznika, z orzechami, a czasem z takimi płatkami z kukurydzy. U nas w domu wszyscy lubimy orzechy i wszyscy jemy  jogurt z nasionami.

To zupełnie jak my - stwierdziła Marta - my w domu też jemy jogurt z różnymi dodatkami i też nie jemy zup mlecznych. Tyle  tylko, że my jemy jogurt na śniadanie  a nie na kolację. A jakie  mięsko lubisz jeść? Takie kotleciki rumiane z kurczaka albo takie  kuleczki w sosie z jarzynami. I bardzo, bardzo lubię frytki albo pieczone w piecyku kartofelki. I bardzo lubimy takie kluski, które się nazywają kopytka i takie okrągłe kluski z dziurką, one są śląskie. A dziadek to lubi pyzy, takie okrągłe, ciemne i koniecznie ze skwarkami, ale pyzy to babcia  rzadko robi, bo to dużo pracy. No to skoro lubicie pyzy to gdy się umówimy, że do nas przyjedziecie to razem z dziadkiem Cześkiem zrobimy pyzy. A wasza mama i tata też lubią pyzy?  Tata to wszystko je, a mama też lubi pyzy. 

                                                                               c.d.n.




wtorek, 14 maja 2024

Córeczka tatusia - 128

 Nesca z kakao oraz cynamonem  zrobiła furorę. Dla  tych, co bez  cukru nie wyobrażają  sobie kawy Marta przyniosła   z domu  cukier  trzcinowy. I zaraz   zaczęły  się dociekania  czym ta  kawa jest  słodzona, bo  nikt z obecnych  nie  znał smaku prawdziwego cukru trzcinowego. A kuleczki nadziewane orzechami też wzbudziły  duże  zainteresowanie. 

Szefie , może byśmy jakąś delegację zrobili do tej Turcji i  zakupilibyśmy kilka  kilogramów tej neski?- zapytał któryś. I tą przegryzkę do niej. Marta  zaczęła  się śmiać- kochani- ta neska  to jest kupiona  w Warszawie, w sklepie Lidla , a kakao też kupione  w Warszawie i jest importowane  z Holandii. Turecki  w tym  to jest tylko sposób jej serwowania - kawę i kakao dajemy w proporcji 1:1, czyli łyżeczka  neski, łyżeczka kakao i pół łyżeczki mielonego na puder  cynamonu i zalać  wrzątkiem. Tylko nie kupujcie tej neski zmielonej na puder, a tę w takich jakby kryształkach- bo ona  jest produkowana systemem  liofilizowania, przez co jest  znacznie  smaczniejsza.

A przegryzki to upiekłam  w  domu sama, z gotowego ciasta  tzw.  francuskiego. Dowolne orzechy się  tłucze na  małe kawałeczki, kieliszkiem  się  wykrawa krążki  ciasta, nadziewa orzechami, dokładnie   się zlepia  w kulkę i piecze.  Żadna  filozofia. Cieszę się, że  wszystkim  one  smakują. A na potrzeby domowników  to można te kulki po upieczeniu polać rozpuszczoną czekoladą, taką tak zwanie gorzką, czyli taką co ma powyżej 80% kakao.

A kiedy ty wracasz  do pracy?- spytał Bogdan. No, jeśli tylko szef zdecyduje się przyjąć  mnie na etat, to zaraz  po obronie, która jest coraz  bliżej. Muszę jeszcze  swoją magisterkę obronić przed  komisją. Zabawne, będę chyba pierwsza z tych  co bronią. One jeszcze piszą swe prace, ale one to piszą pod kątem prowadzenia   własnego gabinetu kosmetycznego. Z tym, że  zapewne  spora ich część to będzie  tylko firmować w  spółce. Ze trzy  albo cztery, jak słyszałam, to nastawiały  się na urządzenie gabinetu, ale ja odkryłam, że za nic  w świecie nie chcę  być czynną kosmetyczką. 

No to skąd  się wzięłaś na tych studiach?- zapytał któryś  z kolegów.  No bo oblałam  chemię  na  wstępnym na medycynę- nie wpadłam na to, że bardzo  dobry stopień  z  chemii w liceum to jednak  za mało wiadomości na  medycynę. Jak już "odpadłam", to dopiero  wtedy  się  dowiedziałam od lekarza, że gdybym napisała  w dokumentach, że chcę iść na medycynę  estetyczną to zapewne bym była przyjęta a ja napisałam, że na wydział lekarski.  Mam nadzieję, że  wszyscy  będziecie  za mnie trzymać  kciuki jak będę  bronić.

A my przedstawimy szanownej  komisji to pismo  z Urzędu Patentowego, że jest pani współtwórczynią  opatentowanego naszego wyrobu - powiedział szef. Zresztą  pan  profesor  już  wie - gdy  tylko je dostaliśmy to zaraz go  powiadomiłem - bardzo  się ucieszył. Zresztą  my też.  Marta uśmiechnęła  się - a ja już  zdążyłam  mieć  jakiś napad   paniki w domu i mąż  mi przypomniał,  jak to on miał taki "napad" przed swoją obroną  i powiedział mi dokładnie  to samo co ja  mu wtedy powiedziałam. 

A pani mąż to też z chemią  lub medycyną  związany? - zapytał  szef.  Marta uśmiechnęła  się - nie, on jest informatykiem i zwabiła  go do siebie Politechnika, ma  etat naukowo- dydaktyczny  i robi doktorat gdy nie  wykłada. Ja to jestem kompletnie  nieobeznana z tematem, dobrze  że wiem co mam "wcisnąć" żeby uruchomić komputer i to tyle  w kwestii moich umiejętności informatycznych.  Ja naprawdę często nie  wiem co ten komputer ode mnie  chce, choć "rozmawia" ze mną po polsku. Dla mnie  jest to głównie  bardzo  wygodna maszyna do pisania. Ale  doceniam smartfona, bo mam łączność w każdej  chwili z rodziną no i nie  muszę  nosić  ze  sobą  aparatu fotograficznego. Zawsze  się zastanawiam co ci ludzie  tak stale  siedzą z nosami w  smartfonach.  Niedługo to  chyba   dzieci  w żłobkach  będą  miały  komórki,  a gdy będą  szły  do szkoły to każdy ze smartfonem  w garści. Ostatnio byłam wręcz  zszokowana, bo widziałam dziecko w wózku oblizujące z wielką lubością smartfona - na pewno  miało niewiele ponad  rok. W pierwszej chwili miałam ochotę powiedzieć kobiecie, która pchała  wózek, że  dzieciak liże smartfona,  ale gdy spojrzałam na  nią to zrezygnowałam z tego zamiaru nim dziób otworzyłam - była tak pochłonięta jakąś grą, że co najwyżej  by mnie obsobaczyła za  odwrócenie jej uwagi od  gry. Swoją  drogą to miała sporą podzielność uwagi, że pomimo pikania w grze potrafiła utrzymać równy kurs wózka.

Ale dzieciaki naszego przyjaciela, który także jest informatykiem, jakoś nie  są  wyposażone w komórki ani nie grają w gry komputerowe  tylko w normalne, "staromodne" gry planszowe z pionkami i kostkami - tak jak to pamiętam z czasów  dziecięcych. A ja zauważyłam, że jeżeli coś zapiszę  ręcznie to zawsze  to bardzo dobrze i długo pamiętam, natomiast treść tego co "nastukam" na kompie to mi jakoś  szybko ulatuje z głowy. I na  wykładach głównie  robiłam notatki a nie nagrywałam wykładu na dyktafon. Moje drogie  koleżanki wymownie stukały  się  w czoło że jestem taka zacofana. Jedna to mi nawet tłumaczyła że dyktafon nie jest drogim  sprzętem i nieco szczęka jej opadła, gdy powiedziałam, że wiem, bo mam w domu dyktafon, a nawet dwa, bo jeden jest mój,  a drugi  męża.  U nas  dyktafon to służy mojemu teściowi do pozostawiania  na nim wiadomości dla nas co jest na obiad, bo to on nas karmi - lubi gotować i bardzo dobrze mu to wychodzi. Ooo, to twoja  teściowa ma  dobrze z takim mężem- zauważył któryś z panów. 

Marta uśmiechnęła  się do niego i powiedziała - oni są rozwiedzeni, ale gdy byli razem to teść raczej  nie bywał w kuchni - dopiero u nas rozwinął swe zdolności kulinarne, chociaż  wcale nie  musiał, bo ja umiem gotować. Ale teść ma nieco kłopotów z sercem, bo kiedyś miał zawał i pracuje  tylko na pół etatu, więc  sobie wymyślił, że będzie nam gotował.  To mieszkacie razem z teściem? - facet wyraźnie zgłębiał temat. Marta popatrzyła na niego i powiedziała - czasami, gdy widzę, że się nieco gorzej  czuje to proszę go by nocował u nas, bo jak mówił kardiolog  to czasem i pięć minut w kwestii udzielenia pomocy jest bardzo istotne.  Ma u nas  swój oddzielny pokój, a poza tym już pojął, że nie musi odgrywać bohatera i zaczął bardzo o siebie  dbać.  Gdy teraz nas  nie było to był pod opieką moich  rodziców - zresztą on jest od lat przyjacielem mojego ojca, kiedyś razem pracowali.

Oooo, no i przyjaciele pożenili swe  dzieci "miauknął" któryś.  Pudło- spokojnie powiedziała Marta. Nasi ojcowie poznali się dzięki nam i wtedy zaczęli razem pracować, a do podstawówki to się szło z racji miejsca  zamieszkania a nie  wyboru szkoły tak jak do liceum - my się znamy od podstawówki. Tylko liceum robiliśmy oddzielnie- on w Austrii, ja w Polsce. Zrobił tam liceum, osiągnął pełnoletność i zdał na naszą Politechnikę nie informując o  tym swych rodziców, w czasie  studiów nieco pracował, to znaczy  robił jakieś projekty, skończył studia i pobraliśmy się. Ja  nie bardzo rozumiem czemu to wszystkich tak bardzo dziwi.  

To nie jest tak, że my możemy z góry przewidzieć nawzajem  swoje reakcje bo się szalenie długo znamy. Gdy on  był już tu na studiach nie  snuliśmy żadnych  wspólnych planów "przyszłościowych", nawet nie widywaliśmy  się zbyt  często, więc mogliśmy popatrzeć na  siebie  wzajemnie z pewnej perspektywy i to była po prostu przyjaźń. Jego rodzice byli wtedy w Austrii a nad  nim czuwał mój ojciec i to żeśmy  się pobrali było dla nas jakimś logicznym ciągiem i tak naprawdę mało nas obchodziło co sobie o  tym myślą nasze  rodziny. Ja to jestem podpadnięta u swej teściowej, bo ona  myślała, że będę firmować jej SPA i kosmetykę skoro zrobiłam te  studia, więc  jestem jej  wielkim  rozczarowaniem. Ale to przedsiębiorcza  kobieta, więc na pewno kogoś znalazła  by sprostać obecnym  wymogom, że właściciel  gabinetu kosmetycznego i SPA  musi mieć magisterium , czyli tytuł kosmetologa lub wręcz  być lekarzem dermatologiem.  

Ojej - to jakieś  novum - stwierdził Bogdan - dotąd wystarczało ukończenie kursu zawodowego lub licencjat na tej uczelni. No właśnie - stwierdziła  Marta- i bardzo wiele dziewczyn jest mocno zawiedzionych, zwłaszcza, że to był ostatni rok możliwości zrobienia dyplomu magistra  za darmo. Od teraz tu zostaje  tylko szkolenie  zawodowe na kosmetyczkę, studia magisterskie będą już płatne i chyba będą u Łazarskiego. Ja  się jeszcze  załapałam na bezpłatną  całość. Wiesz - ja to się nawet  nie  dziwię, że zwiększyli  wymogi- bo coraz  częściej to "upiększanie" zaczyna być inwazyjne a nie każda  pani kosmetyczka zdaje  sobie sprawę z faktu, że ona nie ma prawa by naruszać powłoki skórne. Im  się  wydaje, że jak przetrą klientce skórę  wacikiem umoczonym  w  spirytusie  to już jest to miejsce dobrze wydezynfekowane, a teraz  jest  tyle przeróżnych bakterii i wirusów uodpornionych na  antybiotyki, że w razie infekcji mogą  być spore problemy i  jakiś bardzo drobny zabieg, dotąd robiony przez  kosmetyczkę może  się  źle skończyć. 

I ty dlatego nie zostałaś kosmetyczką?- zapytał Bogdan. Nie, nie dlatego - doszłam  do tego wniosku po pierwszej praktyce w gabinecie kosmetycznym poza uczelnią - po prostu za którymś  razem pewnie udusiłabym klientkę gdyby  zaczęła mi wyplatać  głupoty, lub opowiadać  o swojej rozbieranej randce. Ja  rozumiem, że  się można  nudzić  leżąc dość  długo z maską rozgrzewającą na twarzy, no ale nie rozumiem dlaczego wtedy każda babka musi coś  nawijać. Pod taką maseczką to można sobie  spokojnie podrzemać lub snuć jakieś  plany - ale gadać i to jeszcze opowiadać  o swojej rozbieranej randce to już dla mnie jakieś  zboczenie. Nie da się ukryć,  że wiedza medyczna nie jest popularna wśród  społeczeństwa - a fakt, że ktoś  pracuje  w białym kitlu nie oznacza, że może wykonywać  takie  same zabiegi jak  chirurg i mało klientek o tym wie. Mamy serdecznego przyjaciela, który jest chirurgiem "miękkim" i w pewnej  chwili zamarzyło mu  się, że mógłby się przekwalifikować na  chirurgię plastyczną, ale mu powiedziałam jak to może wyglądać, bo większość pacjentów olewa  wszelakie  zalecenia po operacjach plastycznych i zrezygnował z tego pomysłu. Pomijam już  fakt, że każdemu, z natury rzeczy inaczej  goją się rany pooperacyjne,  a jak osobnik młody to może wystąpić bliznowiec, więc może być  z tym kłopot. A wtedy nawet najlepsze "maściugi" nie  pomogą.  Ta nasza opatentowana  też nie? - zdziwił się Bogdan. Też  nie- nasza maściuga daje dobre nawilżenie tkanki, więc się  skóra nie "ściąga". Na razie ciągle jeszcze kombinują jak walczyć  z tworzeniem  się  bliznowca, bo on  się tworzy głównie u młodych osób. Niektórzy ponoć naświetlają,  ale jak mówił któryś z chirurgów to jedno naświetlenie za mało i jest nadal a jedno za dużo i może być nieciekawie. Po prostu trudno jest przeskoczyć naturę.

Dobra jesteś  w te medyczne  klocki - stwierdził Bogdan. Szkoda, że nie startowałaś drugi raz na medycynę.  Marta uśmiechnęła  się - a  może  to dobrze się stało , bo ja gdy się  zdecyduję  na  dziecko to na pewno będę  siedziała z dzieckiem  w domu minimum  trzy lub cztery lata. A taka przerwa w pracy w tym  zawodzie to właściwie koniec  kariery, bo przecież medycyna  nie  stoi  w miejscu, wciąż  się  coś  zmienia i trzeba być na bieżąco. Nie chcę by moje  dziecko hodowało  się  wpierw w żłobku a potem w przedszkolu.  Jak na razie to wszystko jest palcem na wodzie pisane, a przede  mną obrona magisterki. Muszę wpaść  na uczelnię i dowiedzieć  się dokładnie kiedy to będzie i co mam dostarczyć oprócz siebie. Jak na razie to wiem tylko, że będzie na tym terenie gdzie kończyłam zdobywanie wiedzy. Ciekawa jestem czy jeszcze któraś będzie tej jesieni  bronić. Dziwię się trochę, że nie sprężyły  się bardziej, bo większość  z nich jest spoza Warszawy i zapewne już zrezygnowały z wynajmowanych stancji więc będą musiały  za każdym przyjazdem do stolicy wynajmować  hotel. Ciekawa jestem ilu będzie kosmetologów w przyszłym  roku gdy już będą musiały płacić za studia. Co prawda mają ponoć  być jakieś stypendia, ale nie podejrzewam państwa o taką rozrzutność by finansować całe dwa lata studiów.

                                                                    c.d.n.

 

 


 


piątek, 10 maja 2024

Córeczka tatusia - 127

 W poniedziałkowy  ranek Marta stwierdziła, że  chyba  się postarzała, bo kilka  razy budziła  się w nocy i właściwie to jest niewyspana i zdenerwowana. Kochanie, a czym ty się tak okrutnie  denerwujesz? Idziesz dziś pierwszy  dzień po urlopie do pracy, w której znasz  wszystkich począwszy od portiera na wjeździe na podwórko a skończywszy na panience od parzenia kawy dla szefa. Marta skrzywiła  się - u nas  nie ma panienek, same mężatki są. Jestem niespokojna, bo nie wiem  co mnie  czeka- może  szefowi już minęła chęć zatrudnienia  mnie  tutaj?

Wojtek ciężko westchnął, a potem powiedział - nie chcę być niemiły, ale ty chyba  zgłupiałaś- przecież to nie jest jakiś  głupol, więc  wie, że gdyby cię teraz  nie przyjął do pracy to konkurencja przyjęła by cię z otwartymi  ramionami, tym bardziej, że się  cieszył, że jest chociaż jedna  absolwentka  chętna do pracy w laboratorium. No fakt - chętnych nie było- stwierdziła  Marta. Do produkcji też żadna nie chciała iść, wszystkie  się nastawiły na własne gabinety kosmetyczne, nawet te, które mieszkają w takich  dziurach,że  się człowiek może godzinę  zastanawiać  gdzie to w  Polsce jest i bez  atlasu samochodowego to nikt by tam nie trafił. A w ogóle to boję  się tej obrony.

Wojtek przyciągnął ją do siebie i  powiedział - kilka lat  wcześniej to ty  mi tłumaczyłaś, że nie mam  się czego bać, skoro mój promotor bardzo  wysoko ocenił moją pracę, którą  sam pisałem, więc  wiem dokładnie co zrobiłem i dlaczego. I że osobnik broniący swej pracy jest wizytówką promotora więc  nie  dałby Komisji do ręki poplamionej i  wymiętej wizytówki.  Pamiętasz jak mi to do głowy wkładałaś? Jeśli ci to coś pomoże, to mogę  dziś nieco później pojechać do pracy - mogę  cię  zawieźć i zaczekać  na ciebie  w  samochodzie, ale muszę  dotrzeć na uczelnię przed godziną  jedenastą - wiesz, niedługo będzie  rozpoczęcie  nowego roku akademickiego, więc nagle  się  wszyscy uaktywnili, szef zwłaszcza. A może chcesz, żeby ojciec  cię odwiózł i przywiózł z powrotem? Zapewniam  cię, że dziś nie będziesz  broniła pracy, obronę  będziesz  miała niemal za  cztery tygodnie, więc  wyluzuj. A nie będziesz  miał żalu gdy  mnie szef tu nie przyjmie  do pracy? No pewnie, że nie, ja wolałbym byś ty  wcale nie  pracowała tylko zajmowała  się tym co lubisz, bez problemu możemy przecież  żyć we  dwoje  z  moich zarobków. Możesz  nawet zacząć studiować  historię  sztuki - dobra  jesteś  w te  klocki. A może masz chęć na dziecko? Odstawisz tableteczki i zaczniemy  majstrować  dzidziusia- jakie jest twoje  zdanie  na ten  temat?

Marta skrzywiła się - jeszcze  mi się żadne dziecko nie marzy ani poranne  mdłości a potem poród. To sto razy  gorsze niż obrona  pracy - stwierdziła. Jak na razie to wystarczają mi dzieciaki  Andrzeja. Bycie ciocią jest  znacznie  mniej  dolegliwe  niż bycie matką. Ciocią  to się bywa okazjonalnie, a matką to od chwili zapłodnienia. Od samego początku same nakazy na przemian z  zakazami. Może ja odziedziczyłam za dużo genów po matce - ona mnie po prostu nie  chciała. Nie sądzę - powiedział Wojtek - ty świetnie dogadujesz  się z dziećmi- tak twierdzi Andrzej i Michał. I ty masz wybór, bo u  ciebie  to będzie bardzo świadoma  decyzja  a nie ślepy traf. Twoja mama chyba nie bardzo była świadoma konsekwencji  swego działania - ty,  w przeciwieństwie  do niej podejmiesz w pełni świadomie decyzję o  tym  czy i kiedy chcesz byśmy  mieli dziecko.  Ja też jeszcze  nie  czuję powołania by już zostać ojcem, a jest  więcej niż pewne, że nie  odziedziczyłem genów twojej  mamy. 

 Marta roześmiała  się - przynajmniej  co do tego to mamy pewność, bo nie ona  cię urodziła. A moje geny sprawdzał tata nim  się rozwiedli - jest moim tatą. Tata zawsze mówi, że tak naprawdę to dziedziczone geny są  ważne  tylko  w kwestii chorób, i to tych które albo są  dziedziczne  albo sprawiają, że organizm dziecka jest na pewne  choroby  bardziej podatny, bo prawdziwym rodzicem jest ta osoba, która  dziecko wychowa. I jak patrzę na Marylę to wiem, że on  ma rację. Tak sobie  myślę, że Andrzej tym razem to bardzo  dobrze trafił. A wiesz - on się przyznał Maryli, że nim ją  zaprosił do teatru to się  ze mną w tej kwestii konsultował. Moim skromnym  zdaniem to ona  jest świetną pielęgniarką.  I szefowa ją  wybrała, by szkoliła praktykantki. Z chirurgów to zaraz  po Andrzeju plasuje się  Henio - Andrzej też go wysoko ocenia. On to taki skromny facet,  zupełnie   nie umie  się  sprzedać,  więc dobrze, że Andrzej go docenił i zapewne wystawi mu taką laurkę, że wyląduje  chłopak na szkoleniu w Londynie.

No to jedziemy - stwierdziła  Marta - ja do laboratorium a ty na uczelnię. Zadzwonię do ciebie  albo  przynajmniej napiszę co to za tęsknota  dręczyła pana  kierownika. Muszę wziąć trochę orzechów i tych nadziewanych kulek. Pracy to dziś  raczej nie będzie, za to się zapewne  nagadam i opiję kawą. Wrzuć mi na smartfona zdjęcie  naszego hotelu, bo ja nie mam ani jednego. I zadzwoń do swego taty czemu  dziś nie przyszedł rano- bo mam  wrażenie, że powinien był dziś być u nas wcześniej. Zawsze  się denerwuję gdy go nie ma a powinien  być- zapisz  go do kardiologa na któryś najbliższy poranek, dawno się nie kontrolował. Najlepiej  zadzwoń do Andrzeja żeby go zapisał, bo tak normalnie  to  mogą  być kłopoty z terminem. Ja  ojcu nie  za bardzo wierzę gdy mówi, że  wszystko z nim w porządku- on tak  zawsze mówi, choćby nawet sam jego wygląd  temu  zaprzeczał.  Ja mogę razem  z nim pojechać na  wizytę, szef wie, że potem to odpracuję.

Przechodząc  przez portiernię została poinformowana, że  "pan szef  się dziś spóźni, bo mu ktoś oponę uszkodził w  samochodzie, więc musiał dzień  zacząć od wymiany koła i po drodze musi zahaczyć o warsztat albo o sklep z nowymi oponami. Oj, to paskudnie  się szefowi  dzień zaczął, bo to średnia  frajda gdy  rano zaczyna  się dzień od  zmiany koła. A bardzo  ma tę oponę uszkodzoną?  Strażnik spojrzał na  nią i powiedział - chyba tak, bo straszliwie przeklinał - ja tu pracuję od początku , to już kupa lat i jeszcze nigdy  nie  słyszałem by szef tak straszliwie  przeklinał.  Wcale  się nie  dziwię - stwierdziła Marta - ja  pewnie też  bym była wściekła i też  bym pewnie klęła  -zapewniła  go Marta. 

 Nooo, szef wściekły, bo to nowy  samochodzik, dopiero tydzień go ma. No to faktycznie - nie ma  się  co dziwić, że jest zły. A czym teraz   szef jeździ?  - spytała. Taką prawie białą toyotą  avensis, sporawa ta  bryka - podsumował portier.  Nie taka urocza  pchełka jak pani  samochodzik. Powiedziałem  szefowi, że to pewnie  jakiś życzliwy sąsiad go tak urządził, bo ludziska są  straszliwie  zazdrośni. Jak ktoś kupi taki elegancki samochód to zaraz sąsiadów skręca  z  zazdrości. A nikt  się nie  zastanowił, że oni sprzedali dwa  samochody, bo żona szefa wcale  nie jeździła  swoim bo się straszliwie bała. Pani to się nie boi  i jeździ tą miniaturą  samochodu, a ona miała citroena, ale też z tych  dość  małych i ogromnie  się bała.

Marta roześmiała  się - ja też na początku  się bałam, bo jeździłam z Mokotowa na praski brzeg i szybko zrobiło  się  ślisko, to się na początku bałam. No ale jeździłam wolniej, przezornie  wychodziłam nieco  wcześniej  z  domu i jakoś obyło  się bez problemów. Po mieście  to  się  dobrze jeździ takim  małym  samochodem i mniejszy  kłopot z parkowaniem, można  stanąć na  niewymiarowym miejscu. I mało pali. Teraz  to  się  czasem mąż ze mnie śmieje, że ja to nawet po bułki do piekarni, do której mam kilometr,  to biorę  samochód.

No to idę do siebie - stwierdziła Marta. Miłego dnia dla pana - powiedziała i poszła  laboratorium. Gdy otworzyła  drzwi i głośno powiedziała "dzień dobry wszystkim" któryś z chemików powiedział - a jednak  jej nie porwali Turcy!  A mieliście  panowie  nadzieję, że mnie  porwą? - spytała. Może gdybym była taką wytlenioną  na super  blond to może by  się ktoś na mnie  skusił. A poza tym tam jest tak  dużo  turystek, że pewnie nie starczyłoby dla  wszystkich pań chętnych   facetów - odparowała Marta. Poza tym byłyśmy z obstawą, nasi  mężowie  nas nigdzie nie puszczali byśmy  szły  same,  nawet po sklepach z nami łazili. Ojej,  muszę wyjść  do samochodu, zapomniałam wyjąć kawę z  bagażnika - zaraz  wrócę. Zostawiła przy swoim  biurku swoją torebkę i  szybko wróciła  się do samochodu. Za  chwilę przyniosła "tureckie słodycze" i dwie stamtąd przywiezione torebki mielonej kawy- takiej "do parzenia  po turecku". Strażnik śmiał  się, że tak ją zagadał, że  zapomniała   opróżnić  bagażnik i nie  wzięła  z niego swojej siatki. Marta  postawiła na  swoim stole kawę  oraz  orzechy i tureckie  słodycze, mówiąc, że gdy tylko przyjedzie  szef ona  zrobi  dla wszystkich kawę taką, jak ta, którą tam piła.  Szef dzwonił, że się spóźni, bo coś mu w tej nowej  bryce koło nawaliło i musi je  wymienić - poinformował  Martę jeden z  kolegów.  Wiem, bo mi o tym powiedział jeden  ze strażników.

Tak to jest, jak  się od razu  nie opije z pracownikami  nowego  zakupu - zaśmiał  się jeden z panów. No ale on kupił tę  swoją  "avensisę" w czwartek po południu, a  wiesz jaki z niego pracuś - dziś też dopiero w drugiej części  dnia postawi nam  kawę, poza tym ma dla nas jakąś  niespodziankę i pewnie  z uwagi na oszczędność  czasu połączy dwie  sprawy  w jedną - komentował  sytuację  drugi.  On ostatnio to już bardzo tęsknił za Martą- dodał swoje  trzy  grosze  kolejny  z kolegów.   Albo za spadającymi  słoikami - zaśmiała  się  Marta. Ale ja już przyrzekłam sobie i chirurgowi, że nigdy więcej nie  będę  łapać lecącego  szkła - raz złapałam i  wystarczy - powiedziała  Marta. Chirurg mało zawału serca  nie  dostał a ja  do dziś gdy widzę cokolwiek  spadającego z  góry to mam ochotę natychmiast uciec - szybko i  daleko.  A z kawą to może zaczekamy na  szefa - zaproponowała  Marta. Bo będzie nieco krzywo gdy skończymy pić a on właśnie wejdzie.  

A masz jakieś  fotki  z tej Turcji?  Mam, mogę je na chwilę  wrzucić na  kompa,żeby  było lepiej widać. I przed wyjściem  skasuję. W sumie to było tam  bardzo, bardzo  fajnie, tyle  tylko, że wylot  był nie z Warszawy a z  Katowic. Widocznie  czarter stamtąd  był tańszy. Jechaliśmy do Katowic ekspresowym pociągiem- to tylko 2 i pół godziny, ale  wylot  stamtąd jakoś tak bliżej północy  był. W sumie  noc  była nieprzespana. Z Antalyi do Side to raptem w okolicach 63, lub 65 kilometrów i jechaliśmy tam autokarem.  W poprzednim sezonie to byliśmy w Alanyi, 120 km od  Antalyi. No i  Side  jest ładniejsze, jest co zwiedzać. Było bardzo ciepło, woda  miała  26 stopni codziennie. Było ciepło ale upał  już nie przyduszał. Mieszkaliśmy cztery  km od  samego centrum miasta. Hotel  fajny, bez kelnerów, wszystkie posiłki serwowane systemem bufetu, co nam bardzo odpowiadało. Hotel z  własną plażą i basenem. Całkiem  sporo  zabytków, co wieczór dansing na płycie  z polerowanego marmuru. Jubilerów  w tym Side aż po  kokardkę, ceny do łatwego przełknięcia, robią też na  zamówienie, można,  a nawet trzeba  się targować. Najlepiej to jechać z  własną paczką - my byliśmy w trzy pary małżeńskie. Plaża ładna,  czyściutka, raniutko sprzątana. I jak się nie ma  dzieci  w wieku  szkolnym to najlepiej jechać  wtedy gdy nie  jest to czas wakacji  szkolnych. Jedna para z naszej szóstki ma co prawda  dzieci w  szkole,  ale  zostawili je w  Warszawie  z  dziadkami.

W chwilę po tym, gdy Marta  zamknęła komputer i wykasowała   swoje zdjęcia,  do laboratorium dotarł  szef z nieco rozwianymi  swymi przerzedzonymi włosami i bukietem kwiatów. Marta uśmiechnęła  się i spytała  a co z kołami  pańskiego   samochodu? Już wszystko jest w porządku?  Wszystko już   działa-okazało  się, że  najechałem  wczoraj  wieczorem na jakieś  szkło, którego kawałki utkwiły  głęboko w oponie. Na szczęście  opony mam  nowe, więc  wystarczyło tylko to jedno koło wymienić. A wy , jak  widzę, już wyżłopaliście  kawę. To była turecka  kawa, którą Marta dla nas przywiozła poinformował  pan Bogdan. Ale ja mam dla pana, szefie, odsypaną porcję kawy i uratowane  z "pogromu" słodkości  tureckie i  zaraz zrobię dla pana taką właśnie  turecką kawkę - jeśli ktoś jeszcze ma ochotę na kawę to mogę  zrobić nescę, też turecką, z domieszką  cacao -powiedziała  Marta- jest o wiele  zdrowsza od takiej bez kakao.

Szef złapał ją  za rękę i powiedział - zaczekaj dziecinko - te kwiatuszki to dla ciebie- i tu  wcisnął jej w rękę wytworny bukiet  róż. A poza tym mam  dla nas  wszystkich  radosną  wiadomość - mamy patent- a wśród twórców owego opatentowanego wyrobu jest pani Marta. Bo dodanie właśnie tego jednego składnika to był pomysł pani Marty, która wiele  dni spędziła na szukaniu "co by tu jeszcze dodać", żeby to miało  "ręce i nogi a na dodatek  dobrze podziałało."  

Ojejku, ale numer!- zawołała  Marta. A wszystko przez  tę  moją pokaleczoną  dłoń! Wszystko zaczęło mi  się lepiej  goić gdy połączyłam ten składnik  z maścią, która jest dostępna  w  aptece bez recepty. Wyszedł nam  udany dermokosmetyk. Ale pomimo tego przyrzekłam chirurgowi, że nigdy więcej nie będę łapać spadającego  szkła i bez trudu dotrzymam tego przyrzeczenia. Raz się udało, że  ścięgna  nie  zostały uszkodzone, ale to nie  oznacza, że  zawsze się tak uda.

No to ja teraz pójdę  zrobić  tę kawę  dla pana - kochani, jeśli ktoś  chce jeszcze  kawę to mam taką nescę wymieszaną z prawdziwym kakao - jedyna niedogodność polega na  tym, że trzeba ją  sobie  zamieszać przed wypiciem każdego łyka. Ale to naprawdę  bardzo zdrowa kawa. No to ja ci pomogę przy tej bardzo zdrowej kawie- zaoferował  się  Bogdan.  W kuchence powiedział do Marty - że też ja  cię  nie  wypatrzyłem na tych studiach gdy jeszcze  nie byłaś mężatką!  To niczego by nie  zmieniło w status  quo -my z mężem jesteśmy parą jeszcze od podstawówki-  poinformowała  go Marta .  I zamknij  buzię, bo ci wrona  wleci. Ja zupełnie  nie rozumiem dlaczego każdemu na tę  wiadomość opada  szczęka. Widocznie oboje  należymy do tych co to całe życie  są  sobie  wzajemnie  wierni.

                                                                        c.d.n.



środa, 8 maja 2024

Córeczka tatusia -126

 Rodziców Marta  "upolowała" w  drodze do kwiaciarni, więc postanowiono, że w takim razie wstąpią na króciutko do nich , wycałują, zamienią kilka  zdań i zostawią Misię, a ponieważ  wspólniczka Pati źle  się  dziś  czuje, to tata spędzi  trochę  czasu z  Pati w  kwiaciarni. W dwadzieścia minut później Marta i Wojtek byli namiętnie   lizani przez Misię, która oczywiście  musiała nadrobić  zaległości w lizaniu swych  ukochanych państwa. Dobrze, że był w mieszkaniu i ojciec Wojtka,  który szybko spolaryzował Misię w kuchni  karmiąc ją  kawałeczkami gotowanego kurczaka, które  całą  noc   spędziły w miseczce z kawałkiem wędzonki,  więc  miały bardzo  smakowity dla Misi  zapach. 

Broszka turecko- wenecka  bardzo  się Pati spodobała, a tata oczywiście ponarzekał, że  dzieci zamiast na  swoje  frajdy wydały pieniądze na prezenty dla nich. Marta  żaliła  się tacie, że nie było żadnej książki o Turcji w ludzkim języku, ale tata  zapewnił  ją, że to żadna  strata, bo  jeśli on nagle  poczuje potrzebę  dowiedzenia się  czegoś  więcej o Turcji, to odwiedzi ambasadę  turecką, ale na  razie  nie wybierają się  z Pati do Turcji - zresztą  gdyby się  wybierali to raczej do Stambułu,  a nie na plażowanie.

Biedna  Misia kompletnie  zgłupiała   z nadmiaru  szczęścia i w końcu  wylądowała na kolanach  Wojtkowego taty. Zamiast  niej do kwiaciarni "powędrowała" figurka Izydy karmiącej  Horusa, a tata powiedział, że  ta  rzeźba była  wzorem dla  katolików gdy postanowili ukazać Marię karmiącą Jezusa. A co do Horusa,  to rzeczywiście  nie bardzo wiadomo czy był bratem,  czy synem Izydy- no ale  jedno wiadomo - każde bóstwo jest  zdolne  niesłychanie, więc  może  być pod  wieloma postaciami na  raz. 

W korespondencji Marta  znalazła  kartkę- widokówkę od  swego  pana promotora, że aktualnie  wygrzewa  swe stare  kości w  Egipcie, a swoją pracę Marta już może wstawić  do  drukarni i nawet podał jej adres. Marta  była  nieco  tym  zdziwiona, że pan  profesor  podaje jej namiary na  drukarnię,  ale Wojtek tylko się zaśmiał, mówiąc, że zapewne  owa drukarnia należy albo do kogoś  z rodziny  albo przyjaciół jej promotora. Co do terminu obrony to odbędzie   się zaraz po 15 października i na pewno na terenie uczelni,  w której obecnie są już tylko  studia I-go  stopnia. Najbardziej zaintrygował Martę dopisek  o treści: "Proszę  się skontaktować z szefem laboratorium, on się nie może  wręcz pani doczekać."  Marta  ze trzy razy przeczytała ten  dopisek, w końcu stwierdziła, że nic jej nie przychodzi do głowy, dlaczego to  szef  laboratorium  za nią tęskni - niczego nigdzie  nie  schowała , wszystkie  klucze mu oddała  do ręki. No to  zatelefonuj  do szefa laboratorium - doradził Wojtek.

No po co? Dziś sobota, dzień wolny , po prostu w poniedziałek około 9,00 pojadę do laboratorium. I zapewne  zostanę tam kilka  godzin, bo niektórzy, gdy się  dowiedzieli, że jadę nad  Morze  Śródziemne ale do Turcji, to byli bardzo zainteresowani jak mi tam będzie.

Wczesnym popołudniem  zatelefonował Andrzej zapraszając "cały  dom razem z  czworonogiem" na kawę i domowe  ciasto. A dziadek Czesiek jeśli ma  jakąś randkę  to musi ją przełożyć, bo obaj chłopcy za nim też  się  stęsknili.  W  związku z powyższym Marta szybko zatelefonowała  do swego taty, żeby był tak miły i z pomocą  Pati wybrał  ze trzy ładne  doniczkowe kwiatki, najlepiej jednakowe  w pielęgnacji i Wojtek zaraz  po nie przyjdzie, ale na razie  nie podrzuci im  Misi bo chłopcy Andrzeja stęsknili  się też  za  Misią, więc  sobie  dziś  Misia pobiega po ogrodzie razem z chłopcami. A kwiatki to mają być do dwóch sypialni i jednego living room.

Do kwiaciarni po kwiatki pomaszerowali zgodnie Wojtek  z ojcem, do kwiatków były dołączone jasne  "instrukcje obsługi",  bo jak twierdził tata Marty, tylko teoretycznie kwiatkom potrzebna jest tylko  woda, ale do niektórych  powinna ona mieć temperaturę około 30- 35 stopni,  a poza tym nie  wszystkie   lubią  być dzień w  dzień podlewane. A niektóre to nawet lubią  się napić kawy prawdziwej raz na jakiś  czas. Rodzice Marty przepraszali, że nie przyjadą,  ale do godziny 19,00 będą w kwiaciarni, potem  muszą przygotować nieco  towar na  następny  dzień, bo w niedzielę też kwiaciarnia czynna, co prawda  tylko cztery  godziny, a wspólniczka Pati jest chora, więc tata musi Pati pomóc. 

Dzieciaki  Andrzeja  z miejsca zaanektowały Misię i bawili  się z nią  w ogrodzie, a Maryla korzystając  z ich  chwilowej  nieobecności opowiedziała, że przeżyła  chwile ogromnego  wzruszenia po powrocie, bo obaj  chłopcy ogromnie  się  cieszyli, że ona już  wróciła no i oczywiście obaj przespali calutką  noc w łóżku razem z nią i Andrzejem.  Niewiele brakowało  a byłbym  zleciał z łóżka, tak  się towarzystwo rozpychało - opowiadał Andrzej. Ale już miałem  z nimi poważną męską  rozmowę i wytłumaczyłem, że jednak i mama i tata codziennie  pracują i muszą  do tej pracy chodzić  wypoczęci i wyspani i dlatego  są     oddzielne  sypialnie dla rodziców i dla  dzieci.  

Oni są bardzo spragnieni takiej prawdziwej miłości matczynej - dodała  mama Andrzeja. Mam  wrażenie, że Lena im jednak takiego ciepła i uczucia nie dawała. Oni nie pytali  się kiedy "rodzice wrócą", ale zawsze kiedy wróci mama, a gdy raz  się zapytałam która mama, to Piotruś odpowiedział: "no nasza mama, Marylka". Teraz już są szczęśliwi bo oboje  jesteście  w domu. Codziennie odkreślali w kalendarzu dzień, który minął. Poza tym całe szczęście, że bywał u nas niemal codziennie  Czesław - on jest dla nich ogromnym  autorytetem, a do tego często przychodził z Misią.  

Nic  dziwnego - roześmiał  się Andrzej  - dziadek Czesiek  musztrował ich gdy się przeprowadzaliśmy z Woli na Ursynów a na dodatek słuchała  się go cała  ekipa  remontowo - przeprowadzkowa i dzieciaki  to widziały. A poza tym Czesław traktuje dzieci jako rozumne  stworzenia, nigdy na  nich nie krzyczy bo zdaje  sobie  sprawę z faktu, że  dzieci  się dopiero uczą  wszystkiego a nie rodzą  się z wiedzą taką  jaką mają  już dorośli ludzie.

Czesław uśmiechnął  się i powiedział - a ja  się  tego wszystkiego dość  długo uczyłem od swego przyjaciela, czyli od teścia  Wojtka, który nie  tylko sam super  wychował Martę ale i przy okazji mego syna, który, jak  sam kiedyś  powiedział mi,  kocha swego teścia jak ojca. I nie mam o to żalu do mego syna, bo to prawda. Nie  zawsze  byłem takim mądrym ojcem jak należy. Musiałem wiele spraw przemyśleć, poczuć  się upokorzony i zagrożony bym na wiele  spraw odnalazł właściwy kąt widzenia. Marta  roześmiała  się - ale ty tato szalenie  szybko się zmieniłeś i kocham cię tak samo jak  tatę. Gdybyś z nami  nie był to na pewno byłoby mi znacznie  trudniej żyć, bo ty o nas dbasz i nam pomagasz, chociaż już jesteśmy  wszak dorośli. Ja to  się cieszę, że mój tata  trafił na mądrą i dobrą kobietę, która była  z nim nawet  wtedy, gdy on uważał, że jeszcze  nie  może sobie ułożyć życia, bo musi więcej uwagi poświęcić mnie. I jak tak rozglądam się , to dochodzę  do wniosku, że  stanowczo życie ludzkie  jest  zbyt krótkie, a gdy wreszcie zdobędziemy jakąś  mądrość  życiową, to okazuje  się, że  zostaje nam  niewiele  czasu na jej wykorzystanie. 

Nooo, trzeba to ogrodowe towarzystwo nieco nakarmić - stwierdziła  Maryla i poszła po chłopców, a  zaraz   za  nią wyszedł Andrzej mówiąc, że od  razu uporządkuje to co ewentualnie nabałaganili. Gdy oboje  wyszli  z mieszkania matka Andrzeja  powiedziała - Maryla jest niesamowicie dobrą i kochającą dziewczyną - traktuje  chłopców tak, jakby sama ich urodziła.  Andrzej chce  by przeszła na pół etat, choć jak mówi to będzie  mu smutno w pracy bez  niej. I jest jeszcze jeden plus tego związku -  już drugi raz zrezygnował  z wyjazdu do Londynu. Twierdzi, że może  w każdej chwili sprowadzić  sobie tu filmy szkoleniowe a poza tym chce zejść   ze stołka  jedynego  dobrego chirurga  i być może zacznie uczyć  młode kadry swoich następców. 

Myślę, że tak powinien  zrobić- stwierdziła Marta - to szalenie  wyczerpujący  zawód, pomału odbiera  zdrowie, a Andrzej jest w takim  wieku, że bez problemu trafi do głów nowych kadr. Wiem z własnego doświadczenia, że lepsza  jest  więź pomiędzy studentami a profesorami gdy pan profesor  jest jeszcze  młodym człowiekiem. W Polsce jest szalenie  mało młodych profesorów, ale pomału i to  się ucywilizuje, gdy sporo młodych zaraz po  zakończeniu studiów  zacznie robić  doktorat, tak jak to zrobił Andrzej.

Rozmowa  szybko dobiegła  końca bo "obmawiani" weszli do  domu - Maryla  z Misią prosto  do łazienki rodziców by wytrzeć Misię, której łapki umyła jeszcze  w ogrodzie korzystając  z wody  w konewce, a chłopców  Andrzej pogonił do łazienki na  górze i zaraz zostali wstawieni pod  prysznic, bowiem ich kolana były brudno zielone. Jak wyjaśnił potem Andrzej, to chłopcy klęczeli na trawie często przesuwając  się po niej klęcząc, bowiem, jak powiedział Piotruś- "grali z Misią w wariata" a najwygodniej im  było nie kucać  do toczenia  piłki ale  właśnie klęczeć. Marta się śmiała, że powinno się im zrobić  takie nakolanniki ochronne  jak mają brukarze. Misia została  napojona i nakarmiona i chyba  się tą  zabawą zmęczyła, bowiem  zaraz usadowiła  się w kieszeni bluzy dziadka Cześka i głęboko  schowała mordkę, prezentując  zadek. Na  kolację, jak na porę jesienną przystało były dwie  blachy  różnych pieczonych  warzyw.

Czyściutcy, wypucowani  chłopcy w piżamkach i  szlafroczkach siedzieli grzecznie przy stole na  swoich  nieco wyższych  krzesełkach, które dziadek Albert zamówił u stolarza  pod Warszawą. Marta siedziała nieco zamyślona, co zwróciło uwagę  Andrzeja, więc się  zapytał, czy może  wspomina Turcję i żałuje, że nie pojechali jednak na wycieczkę  w góry.  Nie,  nie żałuję, że nie pojechaliśmy, bo te góry to mało turystyczne są na pewno i pewnie  byśmy się  bardziej umęczyli niż coś  ciekawego  zobaczyli. Zastanawiam się tylko, dlaczego  szef  laboratorium  za mną tęskni, bo mój pan promotor napisał mi, że mój  szef nie może  się mnie  doczekać. A naprawdę niczego specjalnego sobie nie przypominam, niczego przed urlopem nie  zbroiłam, wszystko zostawiłam  zakończone i opisane. Obrona  będzie  zaraz po 15 października.

A ty  się tak zawsze martwisz  na  zapas?- spytał Andrzej. Nie, nie  zawsze, tylko nie mam pojęcia o co mu chodzi. Zostawiłam  wszystko uporządkowane, opisane i nawet udało mi  się  nie  wejść  w konflikt ze  szkłem, więc nie  wiem  co jest grane, bo na  zdrowy babski rozum to facet  nie ma powodu by za mną tęsknić.  Gdybym zostawiła coś w trakcie opracowywania to bym  rozumiała, że się nie może doczekać kiedy dokończę. No i dał mi namiary na drukarnię, bo jak napisał ma do nich  zaufanie. Ponoć mała ale solidni. Andrzej  zaczął się  śmiać - ależ ta Warszawa mała! Podejrzewam, że wiem dlaczego on tak tęskni za tobą, ale nie mogę  ci powiedzieć, bo dałem  słowo, że nic  ci nie powiem.  Ale  się nie  denerwuj, to nie obłęd starczy u twego pana  profesora, że ci polecił wypróbowaną drukarnię, czyli taką, z której teksty nie wypływają w  czasie druku w niekontrolowany sposób i są ogólnie  dostępne. A twój szef ma po prostu dla ciebie niespodziankę. Znasz  dobrze psychikę  facetów i wiesz, że jak mają jakiś dobry pomysł na prezent to najchętniej podaliby to w ogólnoświatowych wiadomościach  a nie tylko w lokalnych. Ale mogę ci powiedzieć, że w komisji będzie pani doktor dermatolog, którą  już znasz. No a czego mi nie możesz  w takim razie  powiedzieć, skoro mi mówisz, że ta pani dermatolog  będzie w komisji? Dobrze  że mi mówisz, to jeszcze trochę pobuszuję w  dermatologii, żeby nie wypaść na ignorantkę z tej dziedziny.

Wojtek - możesz mi przylać - powiedział ze śmiechem Andrzej - ale ja uwielbiam twoją żonę- ona jest niesamowita! Jutrzejszy  dzień zapewne spędzi  zatopiona  w dermatologii! Chyba  wezmę  dzień urlopu gdy ona będzie  broniła i podepnę się pod  tę komisję. Nie  załapiesz  się, kosmetologia nie ma nic wspólnego z  chirurgią - kosmetolog  działa bez  ingerencji chirurgicznej- tak jak internista - odparowała Marta. Ale  będziesz  mógł razem z Wojtkiem poczekać na mnie  pod  salą. Jeżeli  się obronię to prosto stamtąd pojedziemy na obiad do Bristolu, Jadał tam i sypiał tam Kiepura, więc i my możemy tam  na tę okoliczność  zjeść.  Coś ty - ja wolę obiad u was  w domu niż w którejkolwiek , nawet ekskluzywnej knajpie - zapewnił ją  Andrzej.

                                                                    c.d.n.




piątek, 3 maja 2024

Córeczka tatusia - 125

 W ostatni wieczór pobytu  panowie  zorganizowali mini ognisko. Żeby  nie  zapaskudzić  plaży Wojtek z Michałem skombinowali  dość płaską metalową  skrzynkę i nieco drewna kominkowego. Dziewczyny dopytywały  się  skąd wzięli i ową skrzynię i drewno, na co Michał powiedział, że.....znaleźli i że gdyby po podwórkach hotelowych chodzili tacy zbieracze jacy chadzają po osiedlowych  warszawskich podwórkach, to tu po dwóch, najwyżej trzech takich "wycieczkach" byliby pewnie  krezusami. Ala się śmiała, że chyba miejscowi to mają  jakieś gigantyczne kominki, bo te kawałki  drewna  zapewne  by nie  zmieściły  się  w żadnym polskim kominku. Posiedzieli ponad  godzinę pogryzając migdały i orzechy,  a podsumowując  pobyt  stwierdzili, że na pewno tu jeszcze przyjadą i to raczej na pewno po sezonie, tak jak teraz, bo wszystko jeszcze  czynne, pogoda  wielce przyjazna, a nie ma "stonki szkolnej" i bardzo im  się tu podoba. Wszystkich zabytków nie  zwiedzili tym razem, więc będzie jeszcze  co zwiedzać, tylko wcześniej się zainteresują wyjazdem, bo woleliby nie jechać z Warszawy wpierw do Katowic i dopiero stamtąd lecieć  do Side.  Ale w przyszłym roku to Piotruś już będzie chodził do szkoły - zauważyła przytomnie Maryla. No to jego strata- beznamiętnie  stwierdził Andrzej. Większym problemem będzie  znalezienie jakiegoś letniska  dla nich blisko Warszawy i w ogóle  zorganizowanie im lata - rodzice nasi też powinni wypocząć przecież- stwierdziła  cichutko  Maryla.   

Sopot- można im wynająć dwa mieszkania w Sopocie- tylko trzeba się za to  zabrać  najdalej   w styczniu. A dlaczego  dwa? Zdziwił  się  Andrzej. No bo prawdopodobnie pojadą  również rodzice Michała z dziećmi. Dwa normalne, cywilizowane , kompletnie  umeblowane  mieszkania blisko plaży. Blisko do kolejki, blisko do plaży, pełna cywilizacja. Śniadania i  kolacje  w domu, obiady  można jeść w restauracji. Lunche w  plażowych barach  rybnych  - powiedziała Marta. Do plaży raptem 250 metrów, do kolejki elektrycznej 500m,   jest też nawet targowisko, więc tym samym  zaopatrzenie  w  zieleninę i owoce i nabiał. Tyle tylko, że nad  morzem  zawsze  wszystko później  dojrzewa,w barach  na plaży jest picie i ryby, restauracja niedroga,  mieszkania  w pełni wyposażone  kuchennie i  łazienkowo i jest nawet   cały  sprzęt do sprzątania.  Atrakcje na  wyciągnięcie  ręki, bo w różne  miejsca można  stateczkiem  popłynąć.  A jak pojedziecie w  dwie rodziny, to dzieciaki będą  "od  ręki" miały towarzystwo no i dorośli  też. Market  Lidla stosunkowo blisko, parking przy nim. No i jak pojadą  w dwa samochody to będą mieli parking w  budynku,  w którym będą mieszkać. Podejrzewam, że gdy  się  zacznie  wszystko załatwiać na początku roku to można  będzie  załapać  dwa  mieszkania w  tym samym budynku- informowała  Marta, a Wojtek jej przytakiwał.  Damy  wam wszystkie namiary,  a droga samochodem  to pestka bo już jest  autostrada.

Jesteś tego pewna? - spytała  Maryla. Jestem, bo byliśmy tam zaraz  po ślubie, no a to już jednak  nieco  czasu  upłynęło. Tam jest osiedle, w którym wiele osób kupiło mieszkania  właśnie pod  wynajem dla  letników. Są w pełni wyposażone, kuchenki elektryczne ( płyta ceramiczna), pełne  wyposażenie w gary i talerze,  są nawet i ścierki do naczyń, są też ręczniki, oczywiście i pościel, pralka jest także. Damy  wam  namiary telefoniczne, więc nim  wynajmiesz dowiesz  się o tym czym dane  mieszkanie dysponuje. To naprawdę fajne miejsce. Blokowisko, ale nie z wielkiej płyty, wieżowce  z windami i garażami, są nawet place  zabaw  dla dzieci koło  bloków. Część mieszkań jest  zajęta przez  tych, co tam  mieszkają  cały  rok. A wejście  na osiedle  kodowane, więc  dostaniecie  kod. Tylko sobie  psa  stamtąd  nie przywieźcie tak jak  my- zaśmiał  się Wojtek. 

No, ja  moich to na pewno w  tym układzie wyeksportuję  do Sopotu - stwierdził Michał. Oby tylko było pogodne  lato.  Plaża i dzieci to dobry układ - mają cały  czas  co robić. Bo gdy bywali w  wakacje u dziadków, to po 4  dniach już  wszystko  zaczynało  ich  nudzić i  dziadek musiał im  wymyślać atrakcje. No bo co  z tego, że ten ich ogród  był duży,  skoro nic  się  tam  nie  zmieniało.

No wiesz - w Sopocie  na pewno jest więcej atrakcji, nawet  sama wizyta  na  Molo w Sopocie  jest "ciekawa", bo stateczki  się  zmieniają,  przed podreptaniem na molo można  zaliczyć  lody, zawsze  można na jakiś  rejs się  wybrać, można raz na  cały  dzień wywieźć ich  na Hel i zaliczyć pokaz  w fokarium.  To sopockie osiedle jest blisko terenu wyścigów konnych, więc można im pokazać  wyścigi albo jakiś trening, pojadą samochodem na  cały  dzień do Gdyni do Oceanarium, na Skwerze Kościuszki mogą  zwiedzić okręt  wojenny, można też  stateczkiem  zwiedzić port  Gdański.   Spacerek  w Gdańsku też  będzie  się im  bardzo podobał.  Można  się też  sprężyc i pojechać  z nimi do Rozewia, żeby  zwiedzili latarnię morską.

Poza tym jeśli pojadą w  dwie  rodziny, to można dzieci rozdzielić, żeby atrakcje  były bardziej  dostosowane do wieku - starsze  pójdą np. zwiedzać okręty wojenne, a w tym  czasie   młodsze pogapią się jak zapaleńcy  ćwiczą rozwijanie i zwijanie  żagli na  Darze  Pomorza. Można wtedy wziąć   wszystkich do ZOO w Oliwie,  a że jest nieprzytomnie  wielkie to  młodsze nie muszą  wtedy  całego obskakiwać, tylko jego część i zaczekać na tych starszych w kawiarence.  Bo po  tym ZOO to  się nawet  dorośli nałażą  za wszystkie grzechy. Opera  Leśna  w Sopocie  też na pewno im  się  spodoba. A wasza księżniczka to będzie  miała  wtedy aż czterech chłopaków- w głowie się jej przewróci- śmiała  się Marta.  

Och, ona już ma przewrócone   w głowinie - śmiał  się  Michał.  Ale jest z nimi solidarna, nawet jeśli  nie ona  coś zbroiła  a tylko oni to ona mówi, że też brała w tym udział. Ale tak ogólnie  to dziadek ich już nieźle wytresował i orientują  się   czego  absolutnie nie  wolno robić i że Mireczek  ma  być tym starszym, mądrzejszym i gdy nie bardzo  wie,  czy to co zamierzają  zrobić jest  dozwolone to zawsze mają się  zapytać  dorosłych. Ostatnio dopytywał się kiedy on  będzie  dorosłym i  był niepocieszony, że jeszcze  sporo czasu  minie  nim on  będzie  dorosły. 

Największą radochę to mamy  zawsze gdy oni razem z nami oglądają swoje  starsze  zdjęcia i jedno małe mówi  do  drugiego małego :  "ooo, zobacz jaki byłeś  malusieńki"  a na zdjęciu jest "Pareczka" i naprawdę nie  wiadomo które jest które jeśli jest  to zdjęcie  czarno-białe, bo na kolorowym to widać, że  jedno ma różowe znaczniki na  ciuszkach  a  drugie  niebieskie.  W  sumie  to można  przy  nich umrzeć  ze śmiechu, bo gdy już było wiadomo, że będzie to "para  mieszana" to powiedzieliśmy  Mirkowi, że będzie  miał rodzeństwo i że ponieważ nie  mogliśmy  się  zdecydować czy on będzie  wolał mieć   brata czy  siostrę, to Ala, w  swej niewymownej dobroci urodzi dla niego i siostrzyczkę i  braciszka. A moi teściowie  to  naprawdę cudowni  ludzie i są dla mnie prawdziwymi  rodzicami, chociaż Ala tak naprawdę nie była ich  córką  a tylko synową.  Teść  zawsze   mówi,  że nie  wie czy jest jakiś   Bóg czy też nie, ale jego  zdaniem,  nawet jeżeli żyjemy na Ziemi w  swoistej symulacji komputerowej, to twórca tej  gry ma dobrze  w głowie poukładane, choć  chwilami można  odnieść  wrażenie że już zbyt rozbudował program i pionki zaczynają  żyć własnym życiem.  

A swego rodzaju potwierdzeniem teorii, że żyjemy  w czymś  w rodzaju symulacji  komputerowej jest to, że  na mojej drodze  znalazła  się Ala z rozpirzonym wózkiem Mirka i ja jej pomogłem bo wstawiłem wózek  do warsztatu i ją do domu z dzieckiem. Tłumaczyłem potem teściowi, że pomógłbym w ten  sposób każdej osobie, niezależnie od jej płci i  wieku,  której wózek z małym  dzieckiem  rozleciał by się na ulicy którą  akurat  szedłem, bo tak  mnie  wychowano w  domu,  ale teść  ma  własną teorię na ten temat.  I to, że Andrzej i Wojtek tak  się bardzo ze sobą zaprzyjaźnili też jest potwierdzeniem tej teorii, jak i  to, że Wojtek akurat mnie wybrał na  swojego promotora,  a przecież mógł wybrać kogoś innego.  

Nie mógłbym, bo z panem  profesorem K.K. nigdy  nie  mogłem  się  dogadać, bo dziadkowi  się  tylko wydaje,  że on  jest informatykiem -  dopowiedział Wojtek. Poza tym mnie  się  spieszyło a ty byłeś  tak miły, że  się  zgodziłeś  bez żadnych korowodów.

Powrót do Polski był równie męczący jak i wylot do Turcji, bo na lotnisku w Antalyi był niezły bałagan, ale jakimś cudem znaleźli się we  właściwym  samolocie lecącym do Katowic. W Katowicach  udało im  się  trafić bez problemu do hotelu, w którym  poprzednio nocowali, zjedli kolację i poszli spać. Rano szybko się  zebrali i bez  śniadania wyjechali do Warszawy. W dwie i pół godziny później byli już na  miejscu. Żegnając się i dziękując  sobie  wzajemnie  za to, że tak miło spędzili razem  czas rozjechali się do swoich  domów,  ale już  każda z par myślała  nad tym, by  się jak najprędzej znów  razem spotkać.

Na Martę i Wojtka czekało śniadanie i wyraźnie  stęskniony ojciec Wojtka, który im  doniósł, że na Sadybie wszystko  cały  czas było w porządku, on tam  bywał co drugi  dzień, a oboje rodzice Andrzeja  zdrowi i cali, podobnie  jak i obaj  chłopcy. I że przez te  dwa  tygodnie nasłuchał się  tylu peanów na cześć Marylki, że aż mu już to obrzydło.

Marta zaraz  z okazji rozpakowywania walizki wręczyła swemu teściowi spinki do mankietów koszuli i spinkę  do krawata. Teść obejrzał i powiedział - wyście  chyba oszaleli- to przecież złoto!  Zgadza  się, to białe  złoto, ale ty cały czas, odkąd  jesteśmy razem  dbasz o nas, rozpieszczasz  nas i tak naprawdę to powinieneś dostać  tyle  złota ile  sam  ważysz. A to są tylko drobiazgi.  Swojemu tacie to przywiozłam tylko spinkę  do krawata, bo on nie lubi koszul spinanych  spinkami, a dla Pati przywiozłam  broszkę "turecko-wenecką", bo oprawa złota a środek wyraźnie  rodem z Wenecji. I dla niej przywiozłam jeszcze  taki marmurowy posążek Izydy- każda z nas przywiozła taki posążek dla swej mamy lub teściowej, bo wszak Izyda jest opiekunką  domowego ogniska. Andrzej ma  dla rodziców złote  łańcuszki z ich inicjałami, nota bene  to mój projekt zawieszek, Ala i Maryla zdecydowały  się na pierścionki, a Andrzej w końcu  niczego nie  kupił, bo jak stwierdził, to on  nawet nie ma kiedy tego nosić- początkowo myślał o takim jak dla rodziców łańcuszku albo o męskiej  bransoletce, ale tak naprawdę to dla niego przy jego zawodzie to są zupełnie  nieprzydatne   akcesoria. Sobie też nic  nie kupiłam- mam  całą kasetkę różnych  złotych i srebrnych ozdóbek i wcale ich nie używam - praca  w laboratorium nie  sprzyja  temu. A sam pobyt w tym Side był jak najbardziej udany. Tylko podróż via  Katowice była trochę mało fajna. Szukałam dla swojego taty  jakiejś książki na temat historii tamtych terenów ale nie było nic  w ludzkim języku. Wyobraź sobie tatku, że twój rodzony  syn nauczył  się tańczyć i naprawdę   już mu to dobrze  wychodzi. Musimy tylko zadbać by znów  nie  wpadł w taneczny  analfabetyzm.

A teraz to może może ja się przelecę do rodziców  po Misię? Albo wpierw  zatelefonuję bo może jeszcze są w tak  zwanym rosole?  Lepiej zadzwoń wpierw  doradził Wojtek, który w tym momencie wszedł do  pokoju. Właśnie  wypakowałem  swoje  ciuchy i część wrzuciłem do prania, twoje też wyjąłem, ale nie wiem które z twoich dać do prania. Nie mogę  się oprzeć wrażeniu, że tam chodziłaś  cały  czas w jednej sukience lub prawie  goła. No nie przesadzaj, po mieście nie  chodziłam  goła a na plaży miałam  bikini. Po mieście  to chodziłam w sukience z rękawami, żeby  się  w drodze  nie przypiec jednostronnie. Nawet  się  raz  zapytałeś czy to aby nie jest nocna koszula, bo taka długa. No bo było gorąco,  a ty w czymś z  długim  rękawem.  No bo ja wierzę Arabom - oni uważają, że goła  skóra  bardziej się nagrzewa niż skóra okryta materiałem, a ja im  wierzę- w końcu to oni żyją na  bardzo gorących obszarach. Ta biała  sukienka jest z egipskiej, 100% gęsto tkanej bawełny i wcale  się  w niej nie pociłam.

                                                                                     c.d.n.