środa, 26 kwietnia 2023

Lek na wszystko? -101

 W końcu maja Kazik rzeczywiście musiał być w Berlinie. Już wcześniej "obgadał" sprawę z.....Jackiem oraz oczywiście  z tatą. A tak dokładnie, gdy tylko Kazik wspomniał o tym Jackowi, ten spojrzał na niego i powiedział - przecież to jasne, jak  słońce, że jeśli wyjedziecie oboje to ja będę "na posterunku" - co prawda Tadeusz  jest jeszcze zdrowy i cały, ale skoro zostaje  z  małym  dzieckiem to jest dla  mnie jasne, że mu we  wszystkim pomogę i będę z nim  cały  czas, mogę nawet te  trzy dni być u was w domu. Jedźcie spokojnie, jesteście tak wzorowymi rodzicami na  co dzień, że powinniście przez te  trzy  dni nieco od  dzieciaczka odetchnąć. Przy okazji panowie porozmawiali o wakacjach - na drugą połowę lipca Tata, Jacek oraz Kazik z Teresą i dzieckiem stali się rodziną jednego z oficerów i wynajęli  dwa pokoje w jednym z domków. Oczywiście wpierw Jacek upewnił się, że będą w tym czasie czynne obiady domowe.

Teresa kilka dni przed  wyjazdem przygotowywała Alka do tego, że będzie  w domu tylko z dziadkiem. W ramach przygotowań na to "wydarzenie" spędziła te  dni "tracąc  czas i pieniądze" jak to sama określiła w tak zwanym "salonie piękności". Okazało  się,  dziadek Tadek i dziadek Jacek świetnie  sobie radzili z Alkiem, tylko Kazik nie był usatysfakcjonowany, bo musiał te kilka  dni być w Instytucie i jak mówił Teresie to było okropne - nikt nie podał kawusi z drobną przekąską a najgorsze  było to, że nie  było obok Teresy, by się do niej przytulić i uporządkować myśli. 

W dniu przylotu do Berlina (przylecieli około godz.10,00) zostawili bagaż, czyli 1 torbę, w hotelu i Kazik wypożyczył samochód by nieco pokazać Teresie  Berlin. Kolację zjedli u Sophie i Kurta, witani przez  chłopców tak, jakby byli najbliższą  rodziną. Chłopcy martwili się czy aby Alkowi  nie jest zbyt smutno bez mamy i taty, a Kazik tłumaczył im, że najważniejsze, że jest z nim  dziadek, bo Alek zasypia w towarzystwie  dziadka, trzymając  go za rękę.  Oczywiście Teresa  nie  wytrzymała i zatelefonowała do taty by dowiedzieć  się jak funkcjonuje Alek. Okazało się, że dziadek będzie spał w ich sypialni a w jego sypialni  będzie  spał Jacek. I jak na razie to Alek jest spokojny, był na  spacerze i oczywiście jeździł na swoim "wolelku" i to tak jak mu Kazik nakazał. I już kilka razy opowiadał, że "mamy nie ma, mama sybko wlóci jutlo", "mama i tata zlobili papa, sybko wlócą". Poza tym na placu zabaw przymierzali małego do rowerka z pedałami i dziadek obiecał dziecku, że gdy mama i tata wrócą to pojadą kupić dla niego rowerek. A Jacek ma lepszy pomysł, zobaczył na placu zabaw  dziecko w samochodziku z napędem pedałowym i jest przekonany, że to lepsze niż rowerek. Tata z kolei uważa, że przecież może być i rowerek i samochód.

 Tatusiu, przecież my za dwa dni wracamy, niech on  na  razie trenuje na tym co ma  w domu. I nie przyjeżdżajcie z nim wieczorem na lotnisko, to pora gdy ląduje wiele samolotów i będzie  tłok. Jesteśmy bez bagaży i  bez problemu dotrzemy do domu, pewnie nawet taksówkę  złapiemy bo mamy tylko bagaż podręczny, więc  szybko wyjdziemy  z hali przylotów - perswadowała tacie  Teresa. 

Następnego dnia Teresa zabawiła  się w turystkę i sama kręciła  się po Berlinie by w końcu wylądować pod Bramą Brandenburską i zaczekać na Kazika. W dniu powrotu Kazik do godziny 15,00 był zajęty, umówił się z Teresą w pobliżu firmy, w małej, przytulnej kawiarence. Razem z Kazikiem  przyszedł też Kurt, by Teresę "ucałować na pożegnanie" a tak naprawdę by zjeść z nimi coś słodkiego i odwieźć ich na lotnisko. W drodze na lotnisko Teresa przypomniała mu o jesiennym pobycie w Bieszczadach, na który już się oboje z Kazikiem  cieszyli. Kurt trochę  narzekał, że nie przyjadą latem  na  niemieckie  plaże nad  Bałtykiem, ale trudno  mu  było zaprzeczyć, że jednak nieco bliżej będą  mieli nad polskie  wybrzeże Bałtyku.

Lot odbył się bez problemów, nie był opóźniony, a ponieważ nie  musieli czekać na bagaż wyszli bardzo szybko i rzeczywiście, tak jak przewidywała  Teresa jeszcze "upolowali" taksówkę. W dwadzieścia minut później już byli pod  swoim blokiem. 

Kazik bardzo cichutko,  niczym rasowy włamywacz otworzył drzwi mieszkania. Drzwi od kuchni były zamknięte, zapewne po to by nie roznosiły  się po mieszkaniu  zapachy kuchenne.  Kazik szybko wyjął ze  swojej torby z dokumentami  maskotkę berlińskiego misia i oboje weszli do kuchni - tu królował Jacek, wyglądał dość  zabawnie przepasany fartuszkiem Teresy. Stał tyłem do drzwi i słysząc, że je ktoś otworzył powiedział  - mówiłem, że was zawołam, gdy będzie gotowe.  Co  ty powiesz? spytał się Kazik, z trudem powstrzymując  się od  śmiechu. Jacek obejrzał się i powiedział - a Tadeusz  z  małym wypatrują was stojąc na loggii. Bo zdaniem Tadeusza zobaczy was z  daleka gdy będziecie wysiadać z autobusu. No - zaśmiała  się Teresa - cały tata. No to idziemy do nich na loggię. Weszli po cichu do stołowego - na loggii stał tata, na stoliku stał Alek obejmowany przez tatę i obaj wpatrywali się w  widoczny stąd przystanek autobusowy.

Hej, hej, już jesteśmy - zawołał Kazik i szybko wyszedł na loggię. Alek z wrażenia omal nie  zeskoczył ze stolika wyrywając  się z objęć  dziadka w stronę Kazika. Teresa czekała na nich  w pokoju, nie  chcąc robić  tłoku na loggii. Alek, który nie  spojrzał przez  szybę do pokoju zapytał z niepokojem - mama jest?  Jest syneczku, jest w pokoju. Chwilę później Alek już wisiał w objęciach mamy, Kazik witał się z tatą i obaj weszli do pokoju. Loggia została  zamknięta, dziecko wyzwolone z kombinezonu nie bardzo wiedziało do kogo się ma tulić- do mamy czy do taty. Z tego wszystkiego wszyscy poszli do kuchni, w której Jacek gotował  pierogi z mięsem - wyrób  własny - jak zaznaczył. Pierogów była cała masa, wielkością były pośrednie pomiędzy  uszkami do barszczu a zwykłymi pierogami. 

Ojejku - zdumiała  się Teresa - jakąś pokutę odprawiasz, że  zrobiłeś takie małe te pierogi? To przecież fura roboty! Eeee, jestem  wszak na emeryturze, czasu mam jak mrówek  w lesie, a moim skromnym zdaniem tej  wielkości  pierogi  są najsmaczniejsze. Szybko się uwinęliście  z tego lotniska!  Bo byliśmy bez bagażu więc  szybko  wyszliśmy i jeszcze były taksówki, więc  szybko poszło. 

Jeszcze  przed  kolacją Jacek dostał album o Berlinie i 2 duże puszki piwa, a tata dostał plan Berlina wraz z opisami najciekawszych tras i miejsc  i też piwko. 

Po kolacji  rozmawiali na temat jesiennego wyjazdu do Baligrodu. Plan był prosty i przejrzysty- jeśli  rzeczywiście Kurt dostanie w tym czasie urlop to wtedy  wezmą 3 domki, jeśli - nie to wezmą 2 domki. Kurt na pewno przyjedzie   samochodem, bo jakby na to nie spojrzeć to jest 3 chłopców i 2 osoby dorosłe, więc niestety to dużo  bagażu do zabrania, bo to już będzie jesień. Domki większe mają na pięterku 4 miejsca do spania , mniejsze mają 3 miejsca na górze. Obydwa  typy mają na dole łazienkę, toaletę, kuchnię, duży pokój  z kominkiem z podwójnym miejscem  do spania. A jeśli komuś nie pasuje  domek, to jest jeszcze  trochę  pokoi w budynku, w którym jest jadalnia i recepcja. Są trzy posiłki dziennie, można zamienić kolację z obiadem. No i jest jeszcze kawiarnia na terenie ośrodka, z dobrym koniakiem - dopowiedziała Teresa.

A jak się sprawował Alek?- dopytywał się Kazik. Alek? - idealne  dziecko! Wszystko rozumie, posłuszne i cały czas na to "jutlo" czekał, no bo wiedział, że przyjedziecie "jutlo". Usiłowałem wprowadzić mu pojęcie zwane "pojutrze", ale on jeszcze  nie załapał. Po prostu zapomniałem, że on dopiero w grudniu będzie  miał trzy lata. Na razie wszystko związane  z  czasem przyszłym jest jutrem. Jak dla mnie to on jest szalenie "poukładany," można się  z nim dogadać.

Wczoraj na spacerze spotkaliśmy tę kobietę z którą Tadeusz był w Nałęczowie. W tym momencie tata powiedział - już ci raz mówiłem- ja byłem w Nałęczowie  nie z tą kobietą tylko z jej sunią, charcicą. Jacek uśmiechnął  się - no fakt, charcica duuużo ładniejsza od swej pani. Nie  dziwię  ci się, że wolałeś psicę. Ale nie mówiliśmy jej, że jesteśmy sami z Alkiem. A ta psica  bardzo dobrze ułożona i tylko buciki Alkowi wylizała, a Alek ją ukochał. 

No bo to psica nauczona  kultury względem dzieci, ta pani ma  dwoje wnucząt - powiedziała Teresa. Sunia   jest ostrożna  w kontaktach  z dziećmi. Alek ją bardzo lubi. Ale do innych psów na  szczęście  się nie  garnie. A teraz ma swoją Dunię i  chyba ona zaspokaja jak na razie  jego chęć na kontakty z psami. 

Jacku, może my te pierogi do kolacji to lekuchno podsmażymy lub podpieczemy? No jasne, podpieczemy, tylko "psiknę" na nie  delikatnie oliwką, żeby nie były suche.

A jak ci było teraz  w Berlinie?  Całkiem  dobrze, tylko nieco  samotnie gdy Jacek był na konferencji. Ale sobie trochę pojeździłam metrem, trochę się powłóczyłam. Nie  wszystko mi się w tym mieście podoba, zwłaszcza teraz gdy ciągle jeszcze  wiele  miejsc jest w budowie by przywrócić urodę starego Berlina. Ale w moim odczuciu przedwojenny Berlin musiał być bardzo ładnym miastem. Podobają mi się bardzo niektóre stare dzielnice, te  co  były Berlinem Zachodnim. Tam było stosunkowo niedużo zniszczeń, alianci rozwalali bardziej tę część miasta, która potem  była Berlinem Wschodnim. Podoba  mi się jedna rzecz w Berlinie- Berlin jest miastem wielokulturowym, jest  tu sporo obcokrajowców- śmieją  się, że w Berlinie  najtrudniej  spotkać  rodowitego Niemca. Polaków też jest w Berlinie  sporo. I to działają w różnych sektorach. Tramwaje są głównie w dawnym Berlinie Wschodnim. Podoba  mi się u  nich metro. Podoba  mi się też i  to, że wzdłuż Sprewy , gdy tylko zrobi  się  ciepło, jest multum kawiarni na wolnym powietrzu - obydwa brzegi rzeki żyją- rozbrzmiewa  muzyka, ludzie tańczą, w  dzień siedzą na leżakach i opalają  się. Zresztą w  wielu  miejscach Berlina gdy tylko zaczyna  się ciepło to kawiarnie i małe restauracyjki "wychodzą" na ulicę. Nawet teraz, gdy jeszcze  nie  można  powiedzieć, że jest gorąco to już widziałam w  wielu miejscach powystawiane na ulicę  stoliki. Ja to byłem kiedyś w Berlinie  Wschodnim - powiedział tata. U nich też budowali domy  mieszkalne tym systemem wielkopłytowym ale ich mieszkania były znacznie  większe od naszych. Ich włodarze  nie byli tacy oszczędni  jak Gomółka. Gdy do nas przyjeżdżali Niemcy to nie mogli  się nadziwić, że nasze  mieszkania mają takie małe metraże, a przecież budowane też  systemem "wielkopłytowym".

Będę się musiał kiedyś wybrać do Berlina - stwierdził Jacek. W Paryżu byłem, ale w Berlinie  nie. A Paryż Ci się podobał ?- spytała Teresa. I tak i  nie - bo jak każde  miasto - ma miejsca piękne  ewentualnie  ciekawe. W sumie bardzo  się w tym Paryżu umordowałem. Wyjeżdżając do Paryża nieomal przebierałem  nogami z niecierpliwości- wreszcie zobaczę Paryż. No i zobaczyłem. Przejście z jednej  strony Placu Concorde na  drugą nieomal pozbawiło mnie tchu- byłem w lipcu, był upał. Pola Elizejskie - chyba jestem pozbawiony  wrażliwości , bo nic  mnie  nie  zachwyciło- dwukilometrowa aleja  obsadzona drzewami przystrzyżonymi na bryłę typu prostopadłościan, po obu stronach sklepy z cenami wziętymi z
"Bóg wie  skąd". No to wyszliśmy  wieczorem - straszne flejtuchy z tych paryżan - pełno psich kup, musisz dobrze uważać żeby w  coś  nie  wdepnąć. W sumie to mam wrażenie, że wszystkie  paryskie  cuda są przereklamowane. Montmartre -  nie jestem malarzem. Jestem natomiast zdania, że ludzie gdy  zwiedzają jakieś znane, historyczne   miejsca nie potrafią powiedzieć otwarcie, że któreś z takich miejsc "głowy z  zachwytu nie urywa". Kumpel był w Grecji.  Pytam się go  jakie ma  wrażenia - upał, że zemrzeć można,  w porównaniu z Grecją to my żyjemy na  dalekiej  północy. Ok, a co widziałeś? Ruiny Akropolu. I.....Kumpel się na  mnie patrzy i mówi - żeby  się zachwycić ruinami  musisz wpierw  wiedzieć,  najlepiej namacalnie jakie  są trudności z budową takiego obiektu. Potem spojrzysz w dane techniczne i czujesz podziw. Podziw, że ktoś, kiedyś metodą prób i błędów  coś takiego zbudował. Podziwiasz determinację tych ludzi, wiesz ile ludzkich istnień nie przetrzymało trudów tej budowy, jesteś pełen podziwu dla ich trudu, wytrwałości, ale w samej ruinie jako takiej nic pięknego  nie ma. Przetrwała, bo w pewnej  chwili ktoś  zaczął konserwować, nadal konserwuje. Ale ja to samo czuję gdy o tym czytam, a sama ruina  mnie nie rajcuje. Facet jest po  architekturze. 

Teresa uśmiechnęła  się - pocieszyłeś  mnie, bo ja często oglądając różne  zabytki też nie widzę w nich czegoś pięknego, są w moim odczuciu  schodkiem wiodącym w  górę, przyczynkiem do dalszych osiągnięć. No cóż - jestem zupełnie pozbawiona  romantyzmu, ale nic na to nie poradzę.

                                                          c.d.n.


poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 100

 Jak  widzę podpadłem ci - stwierdził Jacek. Ale tak mi się jakoś  składało dotychczas, że nie  miałem bliskiego kontaktu z kobietami, które były w wieku Twoim i Pawła, a te , z którymi pracowałem były raczej  wrogo nastawione do "przejawu" nowoczesności,  czyli komputeryzacji. Ciągle  słyszałem narzekania,  że literki takie małe, szkolenie  trudne, ciężko  zapamiętać  i stąd   może takie  moje odzywki. Bo panowie  niewiele ode mnie młodsi jakoś łykali sprawę  bezproblemowo. Ale nie wykluczam, że może była i to kwestia lokalizacji - tam jednak było przysłowiowe "zadupie". A może i  ci co szkolili personel byli pozbawieni talentu przekazywania  swojej wiedzy.

Chciałbym jakoś tej panience pomóc - ma dziewczyna  dobrze poukładane  w głowie. Wiem, jak wyglądają te "pogomółkowskie" mieszkania. Paweł mieszkał w takim mieszkaniu z matką i z trudem , ale udało mi  się, namówić go na sprzedanie go i kupno też niedużego, 42 metry, ale już  z widną kuchnią.

Teresa  spojrzała na niego z uwagą i powiedziała - mam nadzieję, że nie startujesz  do niej. Jest młodsza od twojego syna. Poza tym nie wygląda mi na taką, która potrzebuje pomocy- ona sobie  całkiem  nieźle radzi. Jak na razie to jest  tylko koleżanką Pawła i raczej jeszcze  nie  są  ze  sobą związani uczuciowo. Wystarczy jeśli weźmiesz udział w przewożeniu dobytku dziewczyn - wtedy Paweł zrobi  nie  cztery kursy samochodem  a dwa. Jeśli ma  coś Pawła połączyć z tą dziewczyną  to niech  to nie będzie oparte na jej wdzięczności, że  obaj  wyłaziliście  ze skóry, żeby jej pomóc. Uczucia oparte na  wdzięczności  szybko wyparowują. I z reguły obie  strony mają jakiś niesmak - jedna  strona, ma poczucie że nie potrafi  się odwdzięczyć a druga, że albo  zrobiła za mało albo zbyt  wiele.

W pokoju zapadła cisza i po dłuższej chwili Jacek powiedział: właściwie  to masz rację. Ale ja nie startuję do tej panienki, wierz  mi - ja wciąż  czuję  się winny wobec Pawła i jego matki i chyba jakoś chcę tę winę zmazać.  Może jakimś dobrym uczynkiem.

Jacek - to poczucie zostanie  z Tobą do końca życia - powiedział Kazik. Może czas byś z Pawłem szczegółowo omówił to wszystko co zaszło między tobą a jego matką i przy okazji uświadomił  mu, w czym tkwił błąd i że czasem szczerość jest też egoizmem, bo wynika  z egoistycznego myślenia.  To już nie jest dziecko, to dorosły  facet.  Ja przez  szczerość a raczej przez nieco wypaczone pojęcie uczciwości i jednocześnie  egoizm uwikłałem się w małżeństwo z Anką. I chociaż  Tesia mi to wybaczyła, ja sam nie potrafię  sobie tego  wybaczyć. Poza tym nie sądzę, by Paweł długo znał  Basię - ona ma jeszcze  rok studiów i pewnie w połowie semestru zacznie pisać magisterkę. Nie sądzę by się długo znali- wszak Paweł od  niedawna jest w Warszawie i na Politechnice raczej często nie bywał, bo tylko bronił tu pracy, a teraz przecież już pracuje. Poza tym  - niedawno była pani cybernetyczka, teraz jest Basia a za tydzień lub  miesiąc  może ci przedstawić kolejną dziewczynę. Wiem coś o tym, bo nim mój braciszek się ożenił to było trochę panienek koło niego. I każda na początku była "super dziewczyna" tylko z  czasem okazywało się, że oboje  nie  grają tego  samego utworu. I myślę, że jeszcze  nie jedną miłą  dziewczynę nam pokaże Paweł. Jest fajnym  chłopakiem, już po studiach, pracuje  w dobrym miejscu, na pewno liczy się na rynku "facetów  do  wzięcia".

I wiemy oboje z Tesią, że wcale nie będzie ci łatwo powiedzieć Pawłowi o wszystkim. Nam powiedziałeś, ale z reguły łatwiej jest coś niepochlebnego o sobie  powiedzieć przyjacielowi niż  swojemu własnemu dziecku. I mówiąc mu o tym co było, nie  zapomnij  ani przez moment, że ona  była  dla niego całym światem i że on jest waszą wypadkową. I że bardzo cię kochała. I nie chciała by dziecko tego, którego kochała  zniknęło z tego  świata.

Jesteście  ode mnie młodsi,  ale jakoś mądrzejsi życiowo- odrzekł Jacek. Tata, który dotychczas tylko się przysłuchiwał zabrał  głos- Jacku, to nie jest tak, że są mądrzejsi życiowo - to się po prostu  czasy zmieniły. Gdy my byliśmy młodzi nie rozmawiało  się tak otwarcie o  wszystkim bo - nie wypadało. A już na pewno  nie  nazywało  się rzeczy po imieniu. To jest ta najważniejsza  różnica. To nie fizjologia  się  zmieniła, to czasy się  zmieniły. I im  większa  aglomeracja  tym  większe  zmiany - im mniejsza  miejscowość tym większa zaściankowość. Gdy ktoś od urodzenia do starości mieszka w jakiejś  malutkiej  mieścinie i nigdy nigdzie poza nią nie bywał, to nawet gdy czyta o dużym  mieście to nie kojarzy  mu się że nawet w obrębie jednej kamienicy w mieście  nie  wszyscy lokatorzy  się  znają osobiście. No ale gdy się żyje i mieszka tam  gdzie  się  wszyscy  znają, to trzeba zachować dyskrecję i  nie  opowiadać o rzeczach intymnych lub tych które są  za takie uważane. Nieomal wszędzie dotarła  telewizja, albo kablówka albo z satelity, ludziska oglądają niemal cały świat i....nadal im się wydaje, że skoro ja jestem z Warszawy i jakiś letnik "Iksiński", który był w danej dziurze  na urlopie też jest z Warszawy -  to  jesteśmy  znajomymi. 

Przypomnij  sobie - gdy my mieliśmy po 20 lat czy powiedziałbyś  głośno dziewczynie, że musisz kupić prezerwatywy? Albo  czy ona by ci powiedziała w trakcie  rozmowy, że się z tobą następnego  dnia nie spotka bo ma pierwszy dzień menstruacji i zawsze  wtedy  źle się  czuje? Po prostu  czasy  się zmieniły i uważam, że  bardzo dobrze. Im większe  miasto tym szybciej następują takie  zmiany. A według mnie to Paweł jest  bardzo mądrym  chłopakiem i  w pełni doceni to, że traktujesz go jak bardzo dorosłego człowieka a nie tylko jako swego syna, czyli  dziecko. Takie rozmowy z dzieckiem są dla niego sygnałem, że jest  nie tylko twoim  synem ale i partnerem, do którego masz  zaufanie.

Wszyscy macie  rację i szalenie cenię was  za to, że o tym  wszystkim, o swoich wątpliwościach, lękach i rozterkach mogę z wami porozmawiać - jesteście wszyscy moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Bałem się  trochę tego mieszkania w Warszawie, tyle lat mieszkałem w dość  specyficznym  miejscu i dzięki wam, waszej przyjaźni odnalazłem się tu bez trudu. A teraz wykopcie mnie do domu. No wiesz, nie wymagaj od nas aż tyle trudu- śmiała  się Teresa. Jeśli będzie jutro pogoda to może do Konstancina pojedziemy. W każdym razie jeśli się będziemy  gdzieś wybierać to do Ciebie  zapikamy, może będziesz  miał ochotę z nami gdzieś  się wybrać. Zmieścimy się w jeden samochód i będziesz  miał do wyboru miejsce w  samochodzie. Nawet za kierownicą? - spytał Jacek. Jeśli Tesia nie będzie  chciała prowadzić to tak- odpowiedział Kazik. Bo z reguły ja mam w niedziele wolne. A gdy musi gdzieś  jechać w dzień powszedni to jeździ taty samochodem jeśli jestem akurat w Instytucie.  No ale wtedy tata zostaje  z małym bo tam  nie ma jak umocować  fotelika.Ona tylko ciężarówki nie prowadzi, ale transita  to już prowadziła. A co się przy tym  najęczała- że wysoko siedzi, że czuje się jak w ciężarówce, że nie  czuje tego wozu, ale kierownicy nie oddała. I prowadziła bez problemu, tylko musiała  sobie ponarzekać. No bo prowadziłam pierwszy raz - wyjaśniła Teresa. To samo miałam  gdy się przesiadłam z malucha do "normalnego" auta. Przede  wszystkim  nie  słyszałam pracy  silnika i to mnie  dziwiło. Ale ciężarówki to bym  za nic  w świecie nie prowadziła- tam są jakieś półbiegi i w ogóle jest ich od  cholery! Ja nawet nie za bardzo mogę  się  wdrapać do kabiny ciężarówki -nogi mam za krótkie i  za słabe ręce by  się wciągnąć- stwierdziła Teresa. I przede  wszystkim musiałabym pójść na kurs, ale nie  czuję takiej potrzeby.

Jacek przed  wyjściem jeszcze poszedł zerknąć na Alka, który słodko spał. Gdy wyszedł tata powiedział -mam nieodparte  wrażenie, że Jacek już bardzo chciałby być teściem i dziadkiem. Dobrze, że mu  zaproponowaliście, by jutro się gdzieś z nami wybrał. Już niby  nie jest samotny bo ma Pawła, no ale nie wiadomo,  czy Paweł będzie jutro miał dla niego czas.

Gdy już leżeli w sypialni Teresa powiedziała - jeżeli będzie dobra pogoda to pojedziemy do Konstancina i myślę, że możemy  Krisowi i Alinie  zaproponować by też  się wybrali. To będzie  jakieś urozmaicenie dla obojga. I możemy dla Alka wziąć jego "wolelek"- będzie  cały  w szczęściu i  skowronkach. Wiesz, do rowerka to wezmę też kij od  szczotki albo jakąś linkę, bo jak  się dziecko zmęczy to się albo go popcha albo pociągnie. Albo weźmiemy parasolkowiec.  Popatrz Zik, Jacka wciąż  gryzie kwestia mamy Pawła. I mam wrażenie, że ten problem  zostanie  z nim  do końca jego  życia. Oby tylko Paweł nie powielił jego błędu. 

Kazik przytulił ją mocno i powiedział - no ale my na to nie mamy najmniejszego wpływu. Ty mi wybaczyłaś mój błąd życiowy zwany Anką,  a ja nadal mam o to do siebie pretensję i wstydzę  się tego, że się z nią  związałem. Są sprawy, których człowiek sam  sobie nie może wybaczyć. Pomyślałem, że może latem pojedziemy jednak w tym  roku do tej oficerskiej kolonii- oczywiście razem z tatą. I pewnie z Jackiem. Nie wiem czy i dokąd wybiorą  się Alina i Kris. A jesienią koniecznie wpadniemy do Baligrodu. Nawet jeśli nie przyjadą nasi Berlińczycy. Chociaż byłoby fajnie, gdyby przyjechali. A jak nie to weźmiemy tylko tatę i Jacka. Kris na pewno nie pojedzie, a nie wiem czy Alina pojechałaby tylko z nami. No ale do jesieni jeszcze  daleko. Zik, kocham cię ogromnie i jestem najszczęśliwsza gdy jesteś obok i wiesz? -nadal jest mi z tobą tak samo cudownie jak na początku. Mnie też i myślę, że tak będzie zawsze. Wciąż mi ciebie mało, najchętniej bym był całą dobę przyklejony do ciebie. I jesteś kochana, że potrafisz wytrzymać moje zachcianki i jesteś przy  mnie gdy piszę. Coś mi się obiło o uszy, że w maju , pod koniec maja będę musiał być w Berlinie. Tylko na 3 dni. Więc pomyślałem, że może zostawimy Alka z dwoma dziadkami i wyskoczymy sami, samolotem? Wylecimy pierwszym samolotem i to będzie pierwszy dzień, trzeciego dnia wrócimy ostatnim. Zanocujemy w hotelu i prosto z firmy pognam do ciebie. Hotel weźmiemy w pobliżu firmy, żebym nie tracił  czasu na dojazdy. Kurt się będzie  ze mnie śmiał, ale on gdyby tylko mógł to zrobiłby to samo z Sophie. Obaj mamy świra na punkcie  swoich żon. No bo jak  się kogoś kocha to się ma jego punkcie świra. I dobrze  mi  z tym świrem. 

Niedziela była ładna i zaraz  z rana Kazik zatelefonował do Krisa z propozycją, by oni też  się wybrali do Konstancina. Oczywiście powiedział, że będzie tata i Jacek. Jacek też  się ucieszył, tym bardziej, że Paweł wybierał się z Basią na jakąś eskapadę poza  miasto. Teresa zabrała  z domu i linkę i kij, a Kazik się śmiał, że jego lenistwo tym  razem wygrało, bo rowerek już od ponad  tygodnia tkwił w  bagażniku jego samochodu. Wyruszyli w dwa  samochody, Teresa na wszelki wypadek wzięła dwa termosy z ciepłą  wodą by było z czego zrobić mleko dla małego Tadzia i picie dla Alka. Poza tym zapakowała  dla obu biszkopty. Za kierowcę samochodu Kazika  robił Jacek a obok niego siedział Kazik, Teresa i  tata  siedzieli z tyłu.  W Konstancinie   na  szczęście  jeszcze  nie było wiele osób i nawet zaparkowali na płatnym parkingu, który był na posesji prywatnej. Alek był faktycznie "cały w skowronkach" no bo byli jego rodzice i dziadek i Jacek a na dodatek wujek i ciocia i "bobo Tadek". No i najważniejsze - wreszcie mógł pojeździć na swoim rowerku. Dopiero teraz Kazik i Teresa w pełni poznali umiejętności swego dziecka- bo okazało się, że dzieciaki w Berlinie nauczyły go, by trochę rozpędził rowerek i wtedy zakładał nóżki na przedni błotnik. Ale Kazik  kazał by jednak nie opierał nóżek na błotniku, bo wtedy może stracić równowagę - nóżki miał po prostu trzymać nad  ziemią wyprostowane. Alinie oczy wychodziły z orbit na widok szalejącego Alka na tym rowerku, a Kazik doszedł do wniosku, że chyba jednak niedługo trzeba będzie kupić małemu rowerek z pedałami i.....kask ochronny na łepetynę. Tadzik dość  szybko usnął, Alina i Teresa okupywały dwie ławki, starsi panowie statecznie spacerowali a Kazik i Kris zajmowali się  kolarzem, czyli Alkiem. Dziewczyny wymieniły  się plotkami i okazało  się, że pani Maria będzie codziennie przyjeżdżała do Aliny około godziny 11,00. Alina miała bardzo poważną rozmowę z lekarzem i potem lekarz rozmawiał z Krisem. Zdaniem lekarza obecność pani Marii działała na Alinę stabilizująco. Po prostu czuła  się niepewnie będąc w domu sama z dzieckiem. W tym układzie będzie  sama w domu nie dłużej niż 3 godziny jeśli Kris  musiał wyjść z domu rano a poza tym będzie mógł spokojnie pracować poza domem po południu. Alina nauczyła  się mówić o swojej chorobie - było to novum w kontaktach z Teresą, która doskonale  wiedziała, że to duży postęp w terapii. Oczywiście powiedziała Alinie, że od dawna już wie co Alinie dolega i że cieszy  się, że ona zaczyna rozumieć co jej dolega i że ta świadomość ułatwi jej stabilizację.

                                                               c.d.n.




piątek, 21 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 99

 "Nowa twarz" przy  stole spodobała  się wszystkim. Basia była komunikatywną osóbką. Gdy usiadła przy  stole i wjechały na stół dwa dzbanki barszczu  dziewczyna   jęknęła  z  zachwytem - "ojej barszcz czerwony i to taki do popitki a nie z fasolą  w środku - uwielbiam taki właśnie. A po pierwszym łyku stwierdziła  - a na dodatek to w domu robiony od  podstaw! Przyznaję  się bez bicia- mogłabym taki domowy barszcz  pić codziennie. Planujemy  z koleżanką wynająć na ostatni rok mieszkanie i opuścić akademik. Po prostu zrobiło się tam co najmniej nieciekawie.  A przecież będę miała na  głowie pisanie pracy magisterskiej. 

Mamy upatrzone dwa pokoje  z kuchnią  na Dolnym  Mokotowie. Rodzice mi obiecali, że pokryją  koszty umeblowania i przeprowadzki. Poza tym, jeśli będzie  się tam dobrze  mieszkało to może odkupią to mieszkanie  dla mnie. A gdzie mieszkają pani rodzice? - spytała  Teresa. Od czasu wybuchu II wojny światowej  w Rawie Mazowieckiej - dziadkowie uważali, że bezpieczniej będzie w jakimś małym mieście lub  wręcz na  wsi. Opuścili  Warszawę w samą porę, bo kamienica  w której  mieszkali została zbombardowana. Mieszkali przy Mazowieckiej. A w Rawie Mazowieckiej mieszkała wtedy siostra babci.

No i zaraz po wyzwoleniu Warszawy dziadek z kuzynem pojechali do Warszawy furmanką i dziadek omal nie umarł na serce gdy zobaczył zburzoną Warszawę. No i zostali w tej Rawie Mazowieckiej.  A potem się okazało, że już nie  można wrócić do Warszawy jeśli się tam  nie ma zagwarantowanej pracy- to raz,  a dwa- dziadek był "prywaciarzem", bo przed  wojną miał dobrze prosperującą pracownię krawiecką, więc automatycznie  stał  się wrogiem obowiązującego systemu politycznego. I po tej wyprawie  do Warszawy to dziadek strasznie  długo chorował, bali się że umrze. A wszystko z tego strasznego  stresu.

Basiu, uśmiechnij się  błagalnie  do pani  domu, żeby Ci dała przepis na to mięsko w torebce z  ciasta - powiedział  Paweł.  Przepis-odpowiedziała "pani  domu"- to potrzebny wam będzie  tylko na ten  chlebek "pita",  ale jest bez trudu osiągalny w necie- wrzucisz Pawle  w wyszukiwarkę hasło "domowy  chlebek pita" i sobie wydrukujesz. Zero problemu. Mięso to kurczak pospolity, biust kurczaka pokrojony, przyprawiony, upieczony na rumiano i na końcu włożony do  chlebka- całość podgrzałam w mikrofali, bo robiłam  wczoraj. A sałatka to z cyklu pokrój  wszystko co masz zielone i delikatnie  dopraw- wyjaśniła "pani  domu" Pawłowi.

Deser, który przygotowała Teresa wszystkim przypadł do gustu- były to domowe batoniki bounty. Część była oblana  czekoladą mleczną, a część czekoladą gorzką.   Stawiając paterę z  batonikami Teresa powiedziała - na owe batoniki też jest przepis w sieci, hasło "domowe  batony  bounty". Trzy składniki do zrobienia  wystarczą- wiórki kokosowe, puszka mleka skondensowanego i tabliczka czekolady. Wyrób  ręczny: wrzucasz do miseczki wiórki kokosowe, dolewasz mleko z puszki, cały czas  ugniatając te wiórki i formując taki  batonik. Gdy już ma pożądaną wielkość, kształt i  się nie rozlatuje- robisz następny. Gdy zrobisz  wszystkie rozpuszczasz nad parą wodną  czekoladę i oblewasz nią batoniki- ja to robiłam przy pomocy łyżeczki. Trochę to trwa, bo ostatnią powierzchnię  zrobisz gdy wszystkie już  zaschną. Ja robię takie krótkie batoniki, bo te kupne to jakieś  za długie  dla mnie.

A w którym  miejscu na tym Dolnym Mokotowie oglądały panie mieszkanie do wynajęcia? - zapytała Teresa. Na Gierymskiego. To małe mieszkanie i niestety z ciemną kuchnią,  ale   w  związku z tym tańsze. Nawet w dobrym  miejscu stoi ten  blok, dwa sklepy są blisko i blisko jest do przystanku autobusowego. Ono  ma jeden plus - łazienka malutka,  ale WC jest oddzielne. No i jest parkiet a nie PCV. A w akademiku mieszkałyście  w jednym pokoju? Tak, ale to był pokój  duży i były cztery osoby. To było nawet  do wytrzymania, ale ostatnio zaczęły ginąć rzeczy i dziwne historie  się często  dzieją  w nocy, czasem strach było wyjść  nocą  do łazienki. Teoretycznie cały czas są portierki przy wejściu, w holu budynku- ale tylko teoretycznie  były- praktycznie nie  zawsze. A czasem były nocne naloty i sprawdzano kto w danym pokoju przebywa. Teoretycznie to jest tak, że osoba przychodząca  w odwiedziny musi mówić  do kogo idzie i zostawić na portierni swój dowód lub inny dokument i odebrać  go do godziny 22,00

Chciałabym w tym ostatnim  roku  studiów  mieć trochę komfortu. Teresa popatrzyła na Jacka - widać  było na jego twarzy zdumienie pomieszane z lekkim przerażeniem. A jak było w Gdańsku?- spytał  się Pawła. Nie wiem,  nie mieszkałem przecież  w Gdańsku w akademiku tylko w naszym mieszkaniu. Też było małe, gomułkowskie, ale  nie mieszkałem ani jednego  dnia w akademiku. I nie  chodziłem do kolegów do akademika. Wiem, że też było przepełnienie, ale w oficjalnej ocenie to studenci  mieli bardzo  dobre warunki. Tylko wątpię  czy ktokolwiek wypytywał studentów jak im  się mieszka i  czy są zadowoleni. I byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że mama nauczyła mnie gotować, więc gdy mama umarła to sam sobie gotowałem. Najczęściej w soboty od   razu na cały tydzień. Zawsze miałem zapchaną zamrażarkę jakimiś  gotowcami. 

W tym mieszkaniu na Gierymskiego są w przedpokoju szafy montowane na stałe do ścian i można się w  nim poruszać tylko "gęsiego", ale  szafy są pojemne, mają suwane  drzwi - powiedziała Basia. W kuchni też są meble robione specjalnie  do tego mieszkania, które gdzie indziej by nie pasowały. Właściciele przeprowadzili  się do  nowego, dużego mieszkania   na Ursynowie i to chcą  wynajmować - zawszeć to jakiś  stały dopływ gotówki. My będziemy musiały  sobie umeblować  swoje pokoje. Mój ojciec już  się umówił z kolegą, że pożyczy ojcu samochód  dostawczy wraz  z  kierowcą i tata mi tu przywiezie dla mnie mebelki. A Hela na razie  chodzi po sklepach  meblowych i mdleje na widok cen.  

A zaglądała  do komisów meblowych? - spytała Teresa.  Komisy meblowe  skupują meble tylko w bardzo  dobrym  stanie. Ich atutem jest fakt, że można kupić  pojedynczy  mebel z jakiegoś kompletu - czyli jest  to, co jest niemożliwe w sklepie sprzedającym nowe  meble, w którym sprzedają tylko cały komplet  mebli, a kupującemu połowa  z nich jest  zupełnie  zbyteczna. Co prawda jest trochę  biegania po tych komisach meblowych i wpierw  trzeba  sobie ich  adresy wyszukać  w necie. Znam kilka osób, które meblowały  się właśnie  w  komisach  meblowych i nie  wydały  z tej okazji majątku. I wiem, że jest jeden komis na  Służewcu Przemysłowym a drugi na Trojdena  na Rakowcu, ale w sumie to jest ich w Warszawie nawet  sporo, tylko trzeba  je wyszukać w necie. No i uzbroić się w cierpliwość i nieco zaprzyjaźnić  się z personelem komisu, by dali  znać, gdy pokaże  się  coś  co nas  interesuje.

Po obiedzie Alek dopilnował by Basia pobawiła  się z nim  samochodzikiem, a Paweł powiedział do Kazika - no to już  wiem komu przekażę swoją mini kolekcję samochodzików. Gdy skończyłem liceum mama wszystko elegancko spakowała, każdy  samochodzik jest w folii bąbelkowej i leżą  w drewnianym pudełku w mojej piwnicy. Teresa uśmiechnęła  się - zostaw je dla synka, którego zapewne kiedyś będziesz  miał. Mam podejrzenie, że  Alek niedługo pokocha samoloty, bo Kazik i Jacek o to zadbają. 

A masz coś przeciwko temu? -zapytał Kazik. Nie, bo wiem, że zadbasz i o  to, by było to bezpieczne hobby.  No to  chyba  zrozumiałe, nigdy nie  miałem natury ryzykanta i mam nadzieję, że to cecha przekazywana genetycznie.

"Posiad" u  Kazików przeciągnął  się właściwie aż do kolacji, na którą tandem  Jacek i Kazik razem wyszykowali całą górę placków kartoflanych. Co dziwniejsze, Paweł z Basią wcale  się nigdzie nie wybrali, Basia cały  czas bawiła  się z Alkiem i powiedziała, że ona  zawsze  marzyła o  rodzeństwie, ale niestety  pozostała jedynaczką. A Alek jest niesamowicie mądrym i zdolnym  dzieckiem a do tego bardzo grzecznym, więc  zabawa z nim to dla niej sama "radocha". A jeżeli Teresa i Kazik będą chcieli gdzieś  się w któryś  wieczór  wybrać, to ona chętnie  z  Alkiem zostanie by go zabawiać.  Pawłowi aż mowę odebrało z wrażenia, ale po chwili powiedział - Alek zostaje wtedy ze  swoim dziadkiem. Zresztą, z tego  co wiem, to jego rodzice  bardzo rzadko opuszczają wieczorami dziecko.

Po kolacji Alek bez protestu  pożegnał się ze  wszystkimi i "pożeglował" do swojego łóżeczka. Samochodzik wylądował w posłanku Duni - oczywiście  wpierw ukochana maskotka musiała wysłuchać przemowy Alka, która nie była zbyt zrozumiała dla ogółu, ale Teresa ją przełożyła z dziecięcego na polski. Wynikało z niej, że Dunia ma pilnować samochodziku by nigdzie z posłania nie  wyjechał. Mały nadal jeszcze  był stęskniony obecności dziadka, który tym samym awansował na etat "usypiacza". Na szczęście po całym dniu Alek usypiał szybko i od powrotu z Niemiec trzymając dziadka za rękę. A dziadek był z tego powodu  niezmiernie  szczęśliwy i  zapewniał Teresę, że to dla  niego  żaden kłopot a traktuje to jako wyróżnienie.

Około 21,30 Basia i Paweł pożegnali się - Basia chciała wrócić do akademika wcześniej  niż jej lokatorka. Gdy się za nimi zamknęły  drzwi Jacek powiedział - bardzo mi się ta panienka podoba. Spokojna, cicha, nie wymalowana jak ściana i wygląda na to, że ma dobrze poukładane  w głowie. A jak się świetnie dogadała z małym! Alkowi też  się spodobała. Taka miła  a wybrała takie raczej męskie studia. 

Teresa roześmiała  się - chyba  nie sądzisz, że my, kobiety mamy gorsze jakościowo mózgi i nie jesteśmy w  stanie pojąć pewnych  rzeczy. O ile się nie mylę to teraz też są kobiety, które potrafią pilotować myśliwce. I nie musiały operacyjnie powiększać  sobie mózgu by się tego nauczyć. Nie wykluczam, że nie jest to najzdrowsze dla kobiet  zajęcie  z uwagi na przeciążenia. Jesteśmy obecne we  wszystkich gałęziach nauki. Studiujemy i astronomię i  astrofizykę, jakoś nasze kobiece mózgi całkiem dobrze  to ogarniają.  Niewątpliwie jest nam  nieco trudniej niż facetom, bo my musimy często do obowiązków zawodowych dołączyć macierzyństwo. Jakoś żaden facet nie dysponuje we własnym wnętrzu  pokojem  dziecinnym stale gotowym na przyjęcie nowego lokatora i okresowo  męski organizm nie produkuje mleka, dzięki któremu dziecko rozwija się prawidłowo. Nawet nie  zdajesz  sobie  sprawy  z tego, że żyje na świecie , w krajach cywilizowanych, cała masa facetów, którzy mają problem z obsługą komputera, tabletu a nawet smartfona. Bo nie mam na myśli mężczyzn z jakiegoś wciąż na  wpół dzikiego plemienia z Amazonii czy odległego od cywilizacji  zakątka Afryki czy Oceanii lub Australii. W Polsce też takich nie brakuje. Przypomnij sobie  jaki był histeryczny wrzask gdy kobiety zaczęły prowadzić samochody. A jest tak  samo sporo kiepskich kierowców wśród obu płci.

I nie uważam wcale, że informatykę są  w stanie pojąć  tylko faceci. I wiesz - potrafię zmienić koło w  samochodzie a nawet potrafię rozłożyć i złożyć aparat zapłonowy, umiem zrobić awaryjny pasek klinowy i  założyć go a nie robię tego jeśli mnie do tego nie zmuszą okoliczności - po prostu nie lubię się brudzić jeśli nie muszę.

                                                                c.d.n.




czwartek, 20 kwietnia 2023

Lek na wszystko?- 98

 Tak jak podejrzewała Teresa Frankowi był potrzebny "łebski ale uczciwy prawnik" i Franek nie  zapraszał na  sobotę Teresy.  Nawet bardzo jej to pasowało, bo chciała na sobotę  zaprosić Jacka i Pawła. Paweł, gdy Teresa mu powiedziała, że robi w sobotę wspólny obiad i zaprasza Jacka i jego, powiedział, że jest umówiony z dziewczyną i z bólem serca, ale chyba jednak nie przyjdzie. A to ta  pani "cybernetyczka"? - zapytała. No nie, nie ona. Słuchaj Paweł - jeśli  to jakaś sympatyczna babka to możesz wpaść razem  z nią - nie mam wyliczonych porcji, zawsze robię wszystkiego więcej, bo jeśli coś  zostaje to się to po prostu  zamraża i jest na  zaś. Poza  tobą  i twoim tatą nikogo więcej nie  zapraszam, więc możesz  wpaść z dziewczyną. A jak nie  wpadniesz to i tak dostaniesz swoją porcję bo ją dam tacie do  domu. To souvlaki w mojej  wersji, mój debiut. Sama jestem ciekawa jak to wypadnie, bo mięsko będzie nie grillowane ale pieczone. A co to są te "suwaki" - spytał Paweł. Nie suwaki tylko souvlaki - to takie mięsko podane w chlebku pita. 

Tesiu, a powiesz mi potem co o niej myślisz? A ona mowna czy też ma jakiś knebel w  dziobie tak jak pani cybernetyczka? - spytała Teresa.  Pani cybernetyczka odeszła  z pracy i nawet ogonem nie pomachała na do widzenia. Usiłowałem się  z nią umówić, ale twierdziła, że nie ma  czasu, nawet w  weekendy, a może zresztą zwłaszcza w weekendy - pożalił się Paweł. 

No cóż - a wiedziałeś o  niej coś więcej  niż to, że ma dyplom cybernetyka? Bo ja to  chyba tylko jedno zdanie  z nią zamieniłam i poza oceną, że zgrabna, dobrze ubrana to niewiele mogę o  niej powiedzieć. Do rozmownych to raczej trudno było ją zaliczyć. Odniosłam  wrażenie, że jej  zdaniem ona należy do elity z uwagi na jej  kierunek studiów, a absolwenci wszystkich innych  kierunków to jej do pięt  nie  dorastają. No właśnie - dobrze ją podsumowałaś - nieomal ucieszył się Paweł. 

A ta "nowa" to też cybernetyk? - nie, informatykę kończy za rok. I coś mi  się wydaje, że za bardzo mi się podoba. Dobrze jej te studia idą, tylko ona chyba  sama siebie  nie docenia. Nie jest jakąś pięknością, ale mnie  się podoba, bo nikogo nie udaje. Taka zupełnie  zwyczajna dziewczyna. Jak taka  normalna to ją przyprowadź, zjecie i nie będziecie  musieli odsiadywać obiadu, po deserze możecie wybyć. A co będzie na deser? Jeszcze nie wiem, na pewno coś nie dietetycznego i nie alkoholowego, bo zapewne będziesz za kółkiem.  Paweł, a tata wie, że panienki cybernetyczki już nie masz na tapecie?  Nie wie, ale się zapewne bardzo ucieszy, bo ona mu  się nie podobała. Będzie miał niespodziankę.

Kazik  uśmiał  się, gdy mu Teresa  opowiedziała o  swojej rozmowie z Pawłem  - Pawełek traktuje  cię jak swoją bardzo wyrozumiałą mamę-  powiedział. Mam wrażenie, że bardzo mu jej brakuje. Jeszcze się z Jackiem dobrze wzajemnie nie rozgryźli. Obaj mają do niej żal o to, że uciekła i  nie powiedziała Jackowi ani słowa, że został ojcem. A zauważyłaś jak bardzo  się Jacek  zżył z tatą? I wiesz  co? Jestem bardzo zadowolony, że ta  pani Jadwiga już niemal nie istnieje dla taty. 

Ona ma żal do taty, że tata mieszka z nami, bo w tej  sytuacji ona  nie ma   z kim zostawić suni gdy wychodzi  na dłużej  z domu - powiedziała  Teresa. Najzabawniejsze, że powiedziała  to mnie,  a że mówiła  mi to gdy byłyśmy  niechcący razem  w sklepie to udałam, że tego nie  dosłyszałam bo grzebałam w dolnych półkach sklepowego  regału  i miałam  głowę blisko podłogi. Wyprostowując się tylko powiedziałam, że niestety będę  musiała poszukać kaszy jaglanej w L'Eclercu.  Mam prawo niedosłyszeć. Wiem, jestem nieuczynna, ale trzeba umieć  mierzyć siły na  zamiary i nie  brać psa jeśli się  nie ma  w domu "zmiennika" do opieki nad psem. Nikt   nie jest niezniszczalny, każdego  może powalić jakaś  ciężka choroba i co wtedy  z psem?  Jej syn nie  chce psa w  domu. A ona, nie wiem  tylko na jakiej podstawie uważała, że jej syn  z czasem przyzwyczai się  do psa i go jednak zaakceptuje i  w razie  jakichś problemów  zdrowotnych lub organizacyjnych   matki zajmie się  nim. 

Tu już kiedyś, nim przyjechałeś z Niemiec,  była taka  akcja ratowania  psa przed schroniskiem - mocno starsza  pani wpierw złamała nogę i szukano  chętnych do wyprowadzania psa na  spacery, a potem okazało się, że to samotna osoba i nie może sama mieszkać i została umieszczona  w jakimś domu opieki i było kolejne ogłoszenie, żeby ktoś się  zaopiekował psem, ale nikt nie  chciał starego psa wziąć i przewieziono go do  schroniska. 

Ale gwoździem programu była reakcja Robercika, który stwierdził, że my moglibyśmy tego psa  wziąć, więc powiedziałam , że jeśli go weźmie to będzie sam go  hodował, bo ja natychmiast się  wtedy wyprowadzę i wystąpię o  rozwód. Więc zatelefonował do swej mamuni, która po raz pierwszy stanęła po  mojej stronie i mnie pochwaliła za to, że nie chcę brać  psa a na dodatek mu zapowiedziała, że jeśli by tegoż psa  przyprowadził  do niej to razem z  czworonogiem  zleci ze  schodów. Był zdruzgotany. No to idiocie wytłumaczyłam, że pies, zwłaszcza stary, nie da rady nie  sikać przez 10-11 godzin, a średnio/przeciętnie tyle godzin nas w  ciągu dnia nie ma. A poza tym on często przecież  wyjeżdża więc wtedy pies byłby tylko na mojej głowie.

Ja to chyba z raz widziałem jego matkę- stwierdził Kazik. Urodą i gracją najbardziej przypominała hipopotamicę. Teresa uśmiechnęła  się - a ja widziałam jej zdjęcia sprzed urodzenia Robercika- to była całkiem ładna kobieta- w ciąży przybrała drobne 35 kilogramów, 5 kg schudła po porodzie i 30 kilo nadwagi  jej zostało. A ponieważ żadna  dieta  nie dawała rezultatów to przestała się starać by schudnąć. A jak twierdziła to wcale  się nie nażerała będąc w ciąży. I to jest  całkiem możliwe, bo wiele kobiet  ma zaburzenia  hormonalne i wtedy to jeszcze nie było zwyczaju , a może i  możliwości rozpoznania tych  zaburzeń a może  miała  kiepskiego lekarza.  A na dodatek ojciec Robercika stwierdził, że czuje do niej przemożną niechęć i żadna siła nie zmusi go do współżycia  z nią. Na początku to miewał jakieś  romanse na boku, a potem się wyprowadził  i w końcu ponoć  się  rozwiedli - tak twierdził Robert.  Ona nadal wygląda jak bliska krewna hipopotama, choć chyba jej nadwaga nie przekracza zapewne 20 kilogramów. W sumie  biedna kobieta, nie  wygląda  na  zdrową.

W sobotę przed południem Teresa upiekła chlebki pita i przygotowała do nich nadzienie-  nadzieniem było  upieczone na rumiano mięso z kurczaka. Z pomocą Kazika przygotowała olbrzymią ilość "zieleniny." Do tego był czysty barszcz czerwony na cielęcym chudziutkim domowym rosole.  Pogoda była marna, nad miastem wisiały nisko chmury, więc spacer ograniczył się do podreptania po loggii. Kazik przez moment zastanawiał się, czy  aby nie przynieść do mieszkania rowerka, ale Teresa zahamowała jego  zapędy pytaniem czy będzie w takim układzie cały czas szedł obok małego i  czuwał by sobie głowy  nie rozbił na którymś z mebli. W mieszkaniu Sophie i Kurta  był olbrzymi pusty przedpokój i tam mały mógł jeździć- tu nie bardzo jest gdzie. Poza tym tam nad jego jazdą  czuwał Peter, który  nie miał 186cm wzrostu i  nie  musiał się schylać by robić korektę trasy małego. W efekcie końcowym Alkiem zajął się dziadek i razem budowali garaż , w którym niedługo będą mieszkać samochodziki. "Duzo aut" - jak zapowiedział Alek.  

Około godziny szesnastej przyszedł Jacek, który chciał się trochę nacieszyć Alkiem jeszcze przed obiadem. Przyniósł mały samochodzik, pasujący do małej rączki Alka. Akcje Jacka u malca poszybowały wysoko w górę. Mały pokazywał samochodzik wszystkim domownikom, potem zaciągnął Jacka do pokoju dziadka, gdzie już był wybudowany garaż z klocków i.....co najważniejsze - garaż  pasował do autka.  No popatrz - mówił Jacek do Alka - wybudowałeś z dziadkiem  Tadkiem świetny garaż dla tego samochodzika. Mały z wielką powagą i uwagą jeździł samochodzikiem po stoliku , którego narożniki, w czasie nieobecności małego zostały zaokrąglone. Kazik chichotał cichutko i powiedział do Teresy - nasze męskie  nianie zrobią  nam z dziecka automobilistę. Ciekawe - sami tu  w domu obrabiali te kanty czy wozili stolik do  stolarza? A nie jest ci obojętne jakim sposobem to osiągnęli? Bo mnie to nie obchodzi, grunt, że o tym pomyśleli. A nie wydaje ci  się, że to wcale nie jest jego stary stolik? On jest wyraźnie większy, właściwie dłuższy od  tamtego- może cały blat dali nowy. A może po prostu to jest nowy stolik? 

Mały opowiadał Jackowi o "wolelku", na którym jeździł u cioci Siofi i Petela a dziadek Tadek tłumaczył z Alkowego języka na polski, żeby Jacek wiedział o  co  chodzi. O 16,30 przyjechał Paweł z dziewczyną. Gdy zadzwonił domofonem Kazik powiedział do Jacka - nie  zemdlej, nie zobaczysz więcej pani cybernetycznej, będzie pani informatyczka. Ooooo, to dobrze, tamta jakaś mało komunikatywna była - stwierdził Jacek.

Dziewczyna,  z którą przyjechał Paweł zrobiła na  wszystkich dobre wrażenie- gdy witała  się z Alkiem to przykucnęła i powiedziała - wiem, że ty masz na imię Alek, a ja jestem  Basia. A ponieważ mały w lewej rączce ściskał autko powiedziała - widzę, że masz bardzo ładny samochodzik, wygląda jak toyota. Alek wspaniałomyślnie dał jej autko, Basia obejrzała i powiedziała - pomyliłam  się, to nie toyota, to mercedes. Może później się razem pobawimy tym autkiem, dobrze? Tak- powiedział Alek i dodatkowo podkreślił owe "tak" kiwnięciem głową.

 






wtorek, 18 kwietnia 2023

Lek na wszystko? -97

 Wieczorem, nieco później niż zwykle Alek wylądował w  swoim łóżeczku. Przed pójściem spać dość długo i mocno przytulał się  do  dziadka, potem zażyczył  sobie by dziadek go trochę utulił w łóżeczku i usnął trzymając  dziadka za rękę.  Dziadek był w siódmym niebie i jak powiedział to bardzo  mu brakowało tego  małego  skrzacika. Co prawda  nie  nudził  się, bo razem  z Jackiem  byli raz  w Muzeum Narodowym, raz w Zachęcie na wystawie jakiegoś  bliżej  nieznanego polskiego artysty- plastyka i wyszli stamtąd uradowani, bo doszli  do  wniosku, że swój talent do pokrywania przestrzeni  kolorowymi kwadratami lub prostokątami też mogliby prezentować na  jakiejś  wystawie. Byli też w Muzeum Etnograficznym na wystawie sztuki japońskiej. I była to  bardzo  ciekawa  wystawa.Dziadek stwierdził, że podróże kształcą,  co widać po Alku, który zrobił się gadułą. 

Teresa i Kazik opowiadali jak im minął pobyt, powiedzieli  też, że nie wykluczone jest, że  wszyscy razem, z dziadkiem  również, pojadą w październiku w  Bieszczady. Tesiu, a co to jest ten "wolelek", o którym opowiadał Alek? Teresa zaczęła  się śmiać - to jest rowerek, na którym dzieciaki uczyły go jeździć. To taki dwukołowy rowerek bez pedałów a dziecko jedzie odpychając  się od podłoża nóżkami. Mamy go jeszcze  w bagażniku - niespodzianka od Sophie i Kurta. Ich zdaniem to lepsze niż trójkołowy rowerek, bo dziecko od  razu uczy  się łapania równowagi na tym sprzęcie. On potrafił cały  wieczór na tym jeździć. A Piotruś, czyli "Petel" stał się jego "gwiazdą przewodnią"- poczuło  się dziecko starsze niż jest i cały czas  tresował nam  Alka.  Co powiedział "Petel" było święte, a Peter był szczęśliwy, że nareszcie ma podwładnego. Dla Alka taki  sześciolatek to autorytet. Peter nauczył go toczenia piłki nogą. Bardzo fajne  są te ich  dzieciaki, tyle  tylko, że Sophie jest  już nimi zmęczona.  Szczerze  mówiąc to już  byłam  zmęczona tą ilością dzieci. Sophie jest zarobiona, bo bardzo dba by  dzieciaki nie  chodziły w przybrudzonych  ciuszkach, a to są bardzo żywiołowe i  nie drobiazgowe  dzieci, więc na okrągło chodzi pralka i żelazko. Oczywiście Kurt jej pomaga, no ale ma dziewczyna  roboty po uszy.  Ona już  czeka  na  wakacje- pojadą nad  Bałtyk i, jak mówi Sophie- oby tylko była pogoda, to będzie mniej prania, bo dzieci wtedy w  samych gatkach  biegają.

Trzeba sprawiedliwie przyznać, że Sophie i Kurt bardzo  dobrze  te  dzieciaki wychowują. Chłopcy  naprawdę opiekowali  się Alkiem.  Najstarszy nie pozwolił by się przy Alku bawić oryginalnymi klockami  Lego, bo przecież mały  może to  wziąć do buzi i połknąć. Za to naszemu bardzo się podobał już zmontowany z klocków Lego  garaż  dla samochodzików. Podejrzewam, że bardzo  niedługo nastąpi u nas  era czworakowania  z posuwaniem  samochodzika, połączona z warczeniem i trąbieniem. Był zafascynowany gdy "Petel" w ten  sposób jeździł po podłodze. Chyba jakieś ochraniacze na kolana  naszemu zrobię, bo wszyscy trzej  chłopcy mają na kolanach nieomal odciski. No i  chyba będę naszywać od  razu łaty ze syntetycznej skóry, nim zrobi dziury w spodenkach.

A co tutaj się tatku u ciebie  działo?- spytała Teresa. No nic  szczególnego, codziennie  się widziałem z Jackiem, jadaliśmy razem lunche, raz u  mnie, raz u niego. Podpadłem  Jadwidze, bo zaproponowała  spacer, więc powiedziałem, że już jestem umówiony do Muzeum Narodowego na wykład z historii sztuki i była wielce urażona i  chyba nie uwierzyła, że idę tam ze  swoim przyjacielem. Więc jej powiedziałem, że was nie ma bo wyjechaliście do przyjaciół do Niemiec, na co usłyszałem, że jeśli to Niemcy to na pewno nie  są dla nas prawdziwymi przyjaciółmi. Tak mnie zezłościła tym głupim gadaniem, że z trudem się powstrzymałem by jej nie palnąć  czegoś niemiłego. Nie  zna  ludzi a plecie głupoty. A ja naprawdę mam z nią  coraz  mniej wspólnych tematów. Nawet  się ucieszyłem, że więcej  nie  zadzwoniła. Ona  się zrobiła , jak dla  mnie,  zbyt  wścibska. Gada bez zastanowienia i stanowczo  za dużo  chciałaby  wiedzieć co u nas,  a zwłaszcza u was się  dzieje. Jeszcze w Nałęczowie zapytała się mnie ile Kazik zarabia, więc jej powiedziałem, że to  mnie  nie interesuje, bo ja mam swoją emeryturę i  mnie  ona  wystarcza, nie  muszę od syna pożyczać. No to mi tylko zwróciła uwagę, że Kazik to nie jest moim  synem   tylko zięciem. Wzruszyłem tylko ramionami i powiedziałem, że dla mnie Kazik jest  synem. Zrobiła  mi wtedy półgodzinny wykład o powiązaniach rodzinnych.  Kazik i Teresa śmieli  się, że widocznie  miała wobec  taty jakieś osobiste plany i  chyba  czuje  się mocno zawiedziona w swych oczekiwaniach.

Przecież ja jej niczego  nie obiecywałem- tłumaczył się tata. Zrobiłem jej grzeczność, że nie  musiała psicy oddawać do przechowalni dla psów. Po prostu  żal mi było tej psicy, bo to  bardzo  miła  sunia. I na pewno byłoby jej tam  gorzej niż  ze mną, bo przecież  codziennie widziała  swą panią.  Chciałem nawet poznać Jacka z Jadwigą, ale ten powiedział, że nie ma ochoty na "jakieś baby" i że jak ma ochotę porozmawiać  z kobietą to rozmawia z Tesią, bo to prawdziwa przyjemność. Z innymi nie gada. A co u Krisów?- spytał Teresa. Chyba  wszystko w porządku- powiedział tata. Kris ze  dwa razy do  mnie  telefonował  z pytaniem czy  mi czegoś nie trzeba kupić, bo jechał na  zakupy i to razem z Aliną. Mówiłem mu, że dziś wracacie. 

No to muszę do braciszka zakręcić- stwierdził Kazik. Jutro jadę do instytutu, muszę rozliczyć delegację i napisać jakieś  sprawozdanie.  Chyba płeć  zmieniam, bo aż mnie  mdli na samą myśl o tym, że  jutro tam muszę się pokazać. A co to ma wspólnego ze zmianą płci? - zdumiała  się Teresa. Nie wiem, ale  to ty zawsze tak mówisz, gdy masz zrobić coś, czego nie lubisz lub cię denerwuje. No fakt - stwierdziła Teresa- tak czasami mówię. Ale odkąd jestem na tym urlopie to jakoś mnie nic do mdłości nie  doprowadza. Nie  wiem zupełnie czemu, ale  jakoś nie tęsknię za jakąś pracą poza  domem.  Sophie dopiero teraz  wpadła na to, że im  więcej dzieci tym  więcej pracy przy nich. A liczyła na  to, że im będą  starsze tym będzie  łatwiej. A nie jest. Doszłyśmy  do  wniosku, że to dlatego, bo dzieci   mają coraz  większe ubrania i  coraz  więcej jedzą.

No to dzwoń do Krisa, bo potem to będzie  za późno. Napiszę do niego- stwierdził Kazik- on lepiej znosi słowo pisane. I napiszę, że jutro będę  w pracy. No to pisz, skoro wolisz  pisać. W dziesięć minut potem Kris zatelefonował, że u  nich  wszystko jest w porządku i że wpadnie do nich pojutrze, bo jutro po południu to ma już umówionego klienta. A jak się czuje Alina?- spytał Kazik? Całkiem dobrze, lek działa. W sobotę chyba wszyscy się spotkamy u Franka, on wie, że was  nie było i pewnie do was zakręci jutro. A co to za okazja? - dopytywał  się Kazik. Nie mam pojęcia, nie  zapytałem. No wiesz, ja nie jestem  z nim  w takich stosunkach jak Tesia. On jej na pewno powie o  co chodzi. Braciszku, ona nie jest z nim w stosunkach  tylko ze mną. Ale skoro dzwonił do ciebie a nie tu, to być może idzie z jakiegoś powodu tylko o was. Franek to precyzyjny facet. Wiesz, jego kobieta jest w stanie odmiennym, może ona ma jakieś pytania z tym związane.  Tesia już za długo po rozwiązaniu. 

Teresa śmiała się - jak widzę nieźle już Franka poznałeś. Nie  wykluczam, że mu może potrzebny prawnik. A on woli załatwiać wszystko ze znajomymi, o ile  wie, że są dobrzy  w swoim fachu. A ja Krisowi zrobiłam niezłą  reklamę. Mam tylko nadzieję, że się nie  rozwodzi, bardzo chciał dzieciaczka. No i Joasia mu pasuje bo uznała jego wyższość intelektualną. Kumpela, taka jak ja, może mu dorównywać intelektualnie, ale żona to ma być taka , która będzie wszystko przyjmowała z zachwytem. A Joasia spełnia ten warunek. Dlatego szalenie  mnie  bawiła twoja  zazdrość o Franka. Ale naprawdę  bardzo go lubię. Jako kumpel zawsze  się sprawdzał.

W poniedziałkowy ranek Teresa odegrała rolę ukochanej, troskliwej  żony. Zrobiła  Kazikowi śniadanie i przyniosła je do sypialni. Na widok żony wnoszącej do  sypialni tacę ze śniadaniem oczy Kazika omal nie wypadły z oczodołów. Alek jeszcze  spał, więc Kazik w podzięce tylko ją ucałował. Chcieli żeby mały jak najdłużej pospał. Teresa na razie tylko wypiła kilka łyków kawy, by potem zjeść śniadanie  razem z synkiem i być może z tatą.  Tata jeszcze był w  swojej sypialni.  Wrócę najdalej koło południa, wyszeptał do ucha Teresy, po czym ją otulił kołdrą, ucałował i cichutko wyszedł.

Dziecko rzeczywiście było po tej podróży zmęczone i spokojnie spało aż do wpół do dziesiątej. Teresa też tak pospała. Obudziło ją ćwierkanie  malca, który mówił : mama, tata nie ma. Teresa ocknęła  się, wstała i podeszła  do łóżeczka  synka. Wzięła go na ręce i wytłumaczyła, że tatuś musiał pojechać do pracy. Ubrała dziecko, potem siebie i poszła  z nim do kuchni. Mama, tata nie ma, dada nie ma. Teresa znów zaczęła tłumaczyć,  że tata pojechał do pracy, a dziadek pewnie jeszcze  śpi. Na szczęście  dziadek usłyszał głosik Alka i przyszedł do kuchni. Oczywiście  zaraz  został poinformowany, że "tata nie ma", "tata do placy pojechał". Oczywiście dziadek też tłumaczył, że tata musiał pojechać  do pracy, ale trochę popracuje w biurze a potem wróci do domu i będzie pracował w gabinecie.  Dziadek się zachwycał, że nie było dziecka tylko tydzień a maluch zaczął teraz  więcej mówić. Oczywiście trzeba go ciągle poprawiać, ale już można z nim porozmawiać. I że teraz to już pójdzie  szybko z jego mówieniem.   

No i zaczyna  się czas, że nie będzie  można sobie  swobodnie o  wszystkim porozmawiać - ma dobry słuch i wszystko powtórzy- żegnaj  swobodo  wyrażania  się byle jak. No a jak on reagował na obcy język?- dopytywał  się tata.  No właśnie to mnie  zadziwiało, bo Peter mówił  do niego tylko  w swoim języku, ale w jakiś sposób umiał małemu wytłumaczyć, czasem manualnie, co on ma  zrobić. Alek jest w tym wieku, że mógłby uczyć się dwóch języków - po prostu ja bym do niego mówiła tylko po polsku, a Kazik tylko po niemiecku. I musimy się zastanowić nad tym, bo Kazik nie  wie, czy jednak się tam nie przeprowadzimy. Bo mamy tam całkiem fajne mieszkanie - trzy pokoje z kuchnią i łazienką, duża loggia. Jeden pokój może  być przedzielony na  dwa pokoje - na przykład na sypialnię naszą i pokój małego. Te  trzy pokoje to metrażowo takie jak to mieszkanie. Duża kuchnia z aneksem jadalnym. Spora łazienka z toaletą i jedna osobna toaleta. No i wysokie mieszkanie, bo to przedwojenny budynek. Niedaleko centrum, ale spokojna dzielnica, dobrze skomunikowana z centrum. 

Podobało mi się to otoczenie, dużo zieleni. Szkoła blisko. No bo Kazik  nie ma pojęcia co dalej z jego pracą tutaj.  W każdym razie ja  się chyba jednak zapiszę na  niemiecki. Oczywiście nie zostawimy ciebie w Polsce - będziesz razem z nami.  To nie podlega  żadnej dyskusji, nawet na miesiąc tu sam nie  zostaniesz.  Nie wiem natomiast co z Krisem - musiałby nauczyć się niemieckiego. W Niemczech jest  sporo Polaków i dwujęzyczni prawnicy są potrzebni. Widzę, że Kazik jest w  wielkiej rozterce, nie  chciałby rozbijać naszej rodziny. I dobrze  się składa, że robi teraz ten doktorat - to swego rodzaju karta przetargowa. Ten tytuł u naszych sąsiadów  się liczy bardziej niż u nas. Teraz mamy w tym mieszkaniu lokatorów, umowa jest co roku odnawiana. Czynsz, który oni płacą  spłaca  nam ratę kredytu  bankowego. Mieszkań tam  brakuje, ceny wynajmu  są wysokie. Może i niższe niż w Londynie,  ale niestety wysokie. Kazik ci wszystko jeszcze  dokładniej opowie.

Miał straszne wyrzuty sumienia, że nie powiedział mi na początku, że przed powrotem  do Polski kupił tam mieszkanie. Żeby  było śmieszniej to Kurtowi też nic  nie  powiedział. On gdy wyjechał z Polski to wpierw  mieszkał u Kurta, potem wynajął to mieszkanie chociaż  było za duże dla niego. A że mu  się tam dobrze  mieszkało , dobrze  zarabiał, nie wydawał forsy na głupoty to dostał kredyt w banku i je kupił.

Wiesz córeczko - kocham Kazia tak, jakby był moim  synem, to bardzo, bardzo dobry  chłopak. Szkoda  tylko, że nie spełniło się wcześniej marzenie mamy o  tym, żeby byliście  z  Kaziem małżeństwem. Ale najważniejsze, że w końcu jesteście  razem. I wiem, że on  cię ogromnie  kocha. Wszystko wymaga  czasu, na  razie  niech chłopak spokojnie robi ten  doktorat. Nie  denerwuj się, wszystko się ułoży. Jestem szczęśliwy, że jestem razem z wami, że mogę być blisko ciebie i Alka.

                                                                    c.d.n.




poniedziałek, 17 kwietnia 2023

Lek na wszystko?- 96

 Gdy do mieszkania wnoszono kolejne styropianowe  pudła z kolacją  Teresa odniosła  wrażenie, że  szykuje  się nieomal  weselna uczta. Dzieci dostały  polecenie by w czasie gdy będzie  wnoszone jedzenie siedziały  w swoim pokoju i  nie szwendały  się po przedpokoju. W  związku z tym towarzystwo  nieletnich siedziało przy oknie i starało się policzyć ile pudełek z jedzeniem   przywieziono. Nie mogli  się wprost  doczekać, by wreszcie pobiec  do kuchni i  wszystko zobaczyć z bliska. 

Byli ogromnie rozczarowani - obie mamy zamknęły  się w kuchni i zapowiedziały, że nie ma  w kuchni  nic  do oglądania, obejrzą  sobie   wszystko gdy już będzie na  stole w jadalni. A tymczasem  mają nadal siedzieć  w  swoim pokoju - zostaną  zawołani na kolację. Sophie uruchomiła  wszystkie posiadane  półmiski, które do stołowego wnosili Kazik z Kurtem.  Duży stół był zastawiony "na gęsto". Kurt szybko sfotografował wszystkie  dania i dopiero  wtedy zostały zaproszone  dzieciaki. O Main Gott - powiedział najstarszy i stał chwilę z rozdziawioną buzią. Alek stał trzymając kurczowo w  zaciśniętej  piąstce fragment  nogawki maminych spodni i powtarzając jak mantrę - "opa chcem". Kazik wziął go na ręce i dopiero wtedy mały zobaczył to co inni. Widok zastawionego stołu wcale nie  był mu obcy- nie  da  się ukryć,  że do Kazików często wpadali  znajomi. Obie mamy nie podały na stół tylko tych greckich, słodkich obwarzanków - na  razie pozostały  w kuchni ukryte przed wzrokiem  dzieciarni. O dziwo wszystko, wszystkim smakowało. Najmłodszy z  zapałem wsunął "greckiego gołąbka" i  nawet nie  zauważył, że jest w liściu- normalnie w Warszawie jadł sam farsz, starannie unikając liścia kapusty - tu chyba  zmylił go kolor - liście  były ciemno purpurowe. Wszyscy nakładali sobie na talerz mieszankę potraw, więc Alek, który urzędował na kolanach Teresy nieomal każdy kolejny kawałek jedzenia   miał inny. Po mamusi i tatusiu był wybitnie mięsożernym stworzeniem i wcinał z  zapałem i gyros i souvlaki.

Jedyne  co mu nie przypadło do gustu to były oliwki. Dzieciom Kurta też smakowało to greckie jedzonko. Sophie patrząc na nich powiedziała do Teresy - chyba  będę musiała nauczyć się gotować po grecku. Wsuwają to mięso nawet nie  zauważając, że jedzą mięso.  A wasz to zupełnie jakby się w Grecji urodził, wcina  wszystko, tylko oliwka mu nie podeszła.  Nic dziwnego, w domu to zjada tylko czarne i pokrojone w cieniutkie plasterki, a tu dostał w  kawałku i na  dodatek  zielonawą. Mój ulubiony pan pediatra uważa, że  dziecko to  też  człowiek i Alek gdy  skończył  rok  zaczął jeść to samo co my. Trochę go prowadziłam "na słoiczkach", ale szybko go przestawiłam na  nasze jedzenie. Nie jemy tłusto ani ostro.  To ma tylko ten feler, że dzieciak mi kontroluje talerz - muszę mieć na  nim to samo co on. Ale też  dzięki temu jak  coś nowego dostaje, to je na  zasadzie - mama to je, to ja też. Osobiście nie lubię twardych biszkoptów, ale takie dla niego piekłam gdy ząbkował, więc wpierw ja jadłam przy nim, potem już sam jadł. Ostatnio jadł z nami paellę. W końcu w innej części świata dzieci jedzą paellę i żyją. Tak samo z fasolą - teraz to gotuję fasolkę mung, bo jest delikatniejsza,  ale  spróbuję za jakiś czas dać mu fasolę lub  bób w  zupie. Ja  często dla nas wszystkich robię eintopf - co prawda podejrzewam, że rodowity Niemiec zdziwiłby  się, że to eintopf. No a poza tym to wszystko jest mało słodzone. On nie lubi zwykłych pomidorów, ale takie małe "koktajlowe" , oczywiście bez  skórki, to wcina nieomal z  zachwytem. Lubi ogórki małosolne i świeże, ale zawsze bez pesteczek, zwłaszcza  świeże.  On nawet zjada tartą marchewkę, doprawioną sokiem z cytryny i syropem klonowym lub  daktylowym. Ostatnio nie chce mleka,  ale chętnie jada jogurt grecki. To po mnie taki feler- nie piję krowiego mleka - jem albo jogurt albo piję mleko kokosowe. Nie lubi jajek w postaci na miękko lub jajecznicy, ale zobacz - na twardo w tym "zawijańcu" pokrojone  w kostkę to zjadł, nawet  szpinaku nie  zauważył. No to mu robię taką pastę jajeczną na  zimno i nadziewam nią naleśnik.  Sophie nachyliła  się do ucha  Teresy i powiedziała cichutko - fajne  ci,  bo masz  tylko jedno dziecko  na głowie a ja troje. I naiwnie myślałam, że jak będą starsi to będzie łatwiej - wcale nie jest. Teresa pokiwała  głową - nic  dziwnego, każdy  z nich jest jednak trochę inny, to nie klony. 

Ale pomyśl- masz  fajnego, odpowiedzialnego męża, który kocha i ceni cię za to jaka jesteś. Masz ich tylko trójkę. pomyśl o tych kobietach co mają pięcioro lub  więcej i męża pijako - łajdaka.  Ty po prostu jesteś zmęczona, ale popatrz - Piotruś już idzie  do  szkoły i będzie coraz  bardziej samodzielny. Ja go podziwiam jak on potrafi się porozumieć z Alkiem- a mały  w niego wpatrzony niczym kot w księżyc. Powiem  ci, że wszyscy wasi  chłopcy  są naprawdę fajni. Może jednak w tym roku przyjedziecie do nas na "wykopkowe" ferie. A pociągiem to mogłabyś  sama z nimi przyjechać. Ja mam męską obstawę pomocników- jest tata, jest fajny przyjaciel Kazika i taty, Jacek, jest jego syn Paweł - oni zawsze  we wszystkim pomogą. Jest dla was  nasze mieszkanie zapasowe, 3 pokojowe- pomieścicie się bez problemu. A twoi chłopcy są naprawdę grzeczni i potrafią się zachować tak, żeby ci wstydu nie przynieść. Kurt już kiedyś nocował w tym zapasowym mieszkaniu. Ja jeżdżę taty samochodem jeśli Kazik jedzie  naszym  do pracy- nie będziemy uwiązane- Jacek też jest zmotoryzowany. A Kazik poza tym ostatnio pisze głównie  w domu i to najlepiej mu ponoć idzie gdy ja i mały  jesteśmy  obok  niego, w tym samym pokoju. Poza  tym to ma  teraz nienormowany czas pracy. Możemy też pojechać w październiku w Bory Tucholskie, żeby dzieciaki złapały świeżego, leśnego powietrza, albo w Bieszczady. Tylko trzeba  by sobie  nieco wcześniej zarezerwować domek, albo dwa domki.  Albo można by  pojechać do Szwajcarii Kaszubskiej, znam tam fajny dom wczasowy  w lesie , nad jeziorem. I wtedy jak amen w pacierzu pojechaliby z nami nasz tata i nasz przyjaciel Jacek. Nie będą nas  zajmowały sprawy kuchenne, odetchniesz trochę od  spraw domowych. Tam  można  za  tanie pieniądze wynająć konną bryczkę i nią jeździć po lesie. I można też jeździć konno, jeśli ktoś umie. Nie wiem jak jest teraz,  ale była tam również nauka jazdy konnej. Pogadamy o tym na Forum  Romanum jak dzieciaki pójdą  spać.  

A co wy, kobiety, znów knujecie - zapytał Kazik. Dowiesz  się wieczorem, jeśli będziesz miły - powiedziała Sophie. Teraz  jest  zbyt duże  forum. A nie jestem miły? - dopytywał  się Kazik. Jesteś, jesteś a do tego zamówiłeś pyszne jedzenie-  zapewniła  go Sophie. O której chcecie jutro ruszyć do Warszawy?

Najpóźniej to gdzieś około 11,00 - wtedy to chyba już niedzielni podberlińscy turyści nie będą tworzyć korków na wyjazdówkach - stwierdził Kazik. No chyba tak, to dobra  godzina. I z tego co widziałam, to nie powinno jutro padać.

Wujek, a przyjedziecie w tym roku żeby razem z nami pojechać nad morze?-zapytał najmłodszy. Nie wiem jeszcze czy uda  mi  się wyjechać w okresie wakacji - odpowiedział Kazik. Ale myślę, że teraz to wy powinniście przyjechać do nas. A ponieważ wasz tata i ja jednak pracujemy, to teraz jest trochę  zbyt wcześnie na  snucie planów. A czemu dziadek  Tadek teraz   nie przyjechał? - podpytywał dalej Piotruś.  Bo dziadek Tadek też raz  na rok musi odpocząć od małego dziecka - wyjaśnił Kazik. Ale przecież Aleks jest bardzo grzeczny! - zapewnił Kazika Piotruś.  No zgoda, ale gdy jest w  domu to dziadek Tadek chodzi z nim i Tesią na  spacery, w domu często się  z nim bawi, a tak to miał tydzień wolny i mógł robić to na co miał ochotę.

Wieczorem, gdy już chłopcy zalegli w  swych łóżkach, Teresa przedstawiła projekt pobytu dzieci i Sophie w Polsce, w trakcie jesiennych  ferii.  Opowiedziała gdzie jakie atrakcje  będą. Stwierdziła, że oczywiście będzie  miło gdy i  Kurt przyjedzie,  ale dzieci są na tyle  duże, że może Sophie przyjechać  z nimi  sama pociągiem. Na pewno na tym wyjeździe będzie ojciec Teresy i jego przyjaciel Jacek. Co do Kazika - nie  wiadomo. Zapewniła, że nie będzie pływania po jeziorze jeśli wybiorą ośrodek w Szwajcarii Kaszubskiej nad Jeziorem. Ośrodek  zapewnia dwa posiłki dziennie, śniadanie  w formie szwedzkiego stołu, obiady, a kolacje tak  zwanie "z karty" bo wielu wczasowiczów albo wcale nie jada kolacji albo chce  zjeść coś konkretniejszego niż kanapki lub naleśniki. W pokojach są lodówki i bardzo wiele osób bierze  sobie coś na kolację rano, ze śniadania. Łazienki są z kabiną prysznicową. Poprosiła tylko by niezależnie od tego co wybiorą dali odpowiedź najpóźniej w lipcu. 

Kazik z kolei zachwalał pobyt w Bieszczadach i powiedział, że w  Bieszczady to on też by pojechał - ma sentyment do tego właśnie ośrodka. Poza tym tam jest  całodzienne wyżywienie i można wziąć dwa lub trzy  domki- w październiku to już jest po sezonie. A tak barwnie opowiadał o  tym ośrodku, że się aż Kurtowi oczy zaświeciły i powiedział, że do tego ośrodka to i on by pojechał.  No to jeszcze powiedz, że tam są świetne warunki do spacerowania nocą po terenie, co osobiście  sprawdziłeś spacerując - wyzłośliwiła  się lekko Teresa. Kazik tylko uśmiechnął się i powiedział że  tym razem nie będzie nocą spacerował, bo ma  już  wszystko  w  życiu ułożone i uporządkowane ale pojadą wszyscy w kilka ciekawych miejsc, a wracając do Warszawy wpadną do Sandomierza. Na obiad.

Następnego dnia, tak jak planowali ruszyli do Warszawy już o 10,30. Na  szczęście, chociaż deszczu nie  zapowiadano, nie  było dużego ruchu na drogach  wyjazdowych z  miasta. Po prostu pogoda była  dość niewyraźna, po niebie  snuły  się chmury i nie  było słońca. Alek został przez  wszystkich wycałowany i wyściskany, na  drogę Sophie przygotowała dla każdego z nich "wałówkę", bo jeszcze sporo greckiego jedzonka  zostało. Kurt i Sophie  przekonywali Teresę, że ilekroć Kazik będzie musiał przyjechać  do Berlina to ona też powinna z nim  przybyć.  Jak na dwa lub 3  dni to przecież może zostawić Alka pod opieką dziadka Tadka. A jeśli boi  się go zostawić, to niech przyjeżdżają z małym. Bo to bardzo grzeczne i kochane dziecko. Gdy wsiadali już do samochodu  Teresa im przypomniała, że mają koniecznie rozważyć kwestię gdzie rezerwować  dla nich pobyt w Polsce. No gdzie to już ci  mogę powiedzieć - oczywiście te  Bieszczady - zapewnił ją Kurt. Ja  zaraz jutro zacznę sobie  rezerwować  termin urlopu, zgodny z terminem tych ferii. Mam atut, bo nigdy jeszcze nie  brałem w tym terminie urlopu. Szef zemdleje ze zdumienia.  Uuuu, zaśmiał  się Kazik - jak padnie na podłogę to dziurę wybije w podłodze. Chyba  znów mu  się przytyło,  a już  tak  mu  się udało  schudnąć. Schudł, bo był na diecie keto, a gdzieś  wyczytał że to niezdrowa  dieta i zaczął się zdrowo paść słodyczami. Bo chyba go kolejna babka puściła kantem. A on stanu wolnego?-spytała Teresa. Nooo, rozwiedziony chyba  już trzeci raz. Każda go doi finansowo,  a potem znika. Nawet  mi go trochę  żal, no bo to  bardzo porządny facet. Chce pójść na operację zmniejszenia  żołądka. Ale to bardzo ciężka operacja i jeśli nie będzie  miał przy sobie kogoś, kto będzie go pilnował i  dbał o to co je i ile je  po tej operacji,  to ta operacja zupełnie  nie ma  sensu. To facet, który od dziecka  wszystkie  swoje troski i problemy "zajadał".

Droga do Warszawy odbyła  się bezproblemowo. Zatrzymali się dwa razy  na  małych parkingach. Alek przez ćwierć  drogi mówił, że Petela nie ma i rozkładał rączki, Teresa i Kazik  pocieszali  go, że niedługo spotka  się  z dziadkiem Tadkiem, Teresa nawet zatelefonowała do taty i tata  rozmawiał z Alkiem. Mały porozmawiał, potem powiedział rodzicom - Dada ceka na Alka i mame i tate.  Dziecko trochę podrzemało w  drodze, zjadło słodkiego obwarzanka, opowiadało mamie i  tacie co widać za oknem i o godzinie 20,00 już było w ramionach  dziadka Tadka.

                                                                c.d.n.


niedziela, 16 kwietnia 2023

Lek na wszystko? - 95

W sobotnie przedpołudnie  Sophie i Teresa miały "wychodne" - całą gromadą dzieci mieli  się zająć tatusiowie.  Miejsca w restauracyjce u Greka były zarezerwowane  na godzinę 18,00.

Panie postanowiły wybrać  się do pałacu Hohenzollernów  w Charlottenburgu.  W planie miały  zwiedzenie  Starego Pałacu i Nowe   Skrzydło oraz spacer po ogrodach. Według  przewodnika, który miała Teresa   ze  sobą, zwiedzanie Starego  Pałacu zajmie im 1,5 godziny, zwiedzanie Nowego Skrzydła godzinę i spacer po ogrodzie także  godzinę. "Odpuściły"  zwiedzanie Pawilonu Schinkla, Belwederu i Mauzoleum. 

W drodze do Pałacu "odpuściły"  również spacer po ogrodzie, bowiem zaczął mżyć deszcz. Teresa wzięła w szatni dla siebie  multimedialny przewodnik z polskim tekstem. Sophie przyznała  się, że jest tu pierwszy raz, bo macierzyństwo jakoś dziwnym trafem nie  wpływało korzystnie na zwiedzanie i też  wzięła przewodnik multimedialny,  ale w języku niemieckim.  Już po przedreptaniu Starego Pałacu były zmęczone. Obie stwierdziły, że może i różne  cesarzowe  nie  zawsze  czuły się szczęśliwe,  ale trzeba przyznać, że obcowały na co dzień z pięknymi wnętrzami i przedmiotami. W pewnej chwili Teresa powiedziała do Sophie - ciekawa  jestem, czy one  przemierzały te przestrzenie na własnych  nogach czy  może były po tych salonach  noszone lub wożone - jakbym tu  miała mieszkać to nie wiem czy bym wychodziła do ogrodu - chyba bym już nie miała na  to  siły. No i popatrz na ten obraz- wyobrażasz  sobie ile musiała ważyć taka suknia ze srebrnej "lamy"? Chyba z 5 lub 6 metrów  musiał mieć kupon na taką suknię.  Ciekawa jestem czy one na  co  dzień chodziły takie zasznurowane w gorsetach? Nic dziwnego, że raczej krótko żyły, miały wieczne niedokrwienie  i zapewne  mocno zdeformowane narządy wewnętrzne jak żołądek i wątrobę i co tam jeszcze się  mieści.

No wiesz- coś za coś- śmiała  się Sophie - przynajmniej nie miały kłopotów finansowych i tak naprawdę  nie zajmowały  się domem tak jak my - do dzieciaków  to miały niańki a potem guwernerów, do obsługi męża jeśli był zbyt jurny to były oficjalne metresy i jakieś damy dworu. Mało która sama się ubierała lub rozbierała, do tego były dwórki. Nawet  nie  wiem czy takiej cesarzowej wolno było się samej obsługiwać  w sensie higieny lub ubierania i rozbierania. I chyba to zależało w pewnym sensie od  tradycji na danym dworze.

No nie wiem. Ale też nie  wiem czy te kobiety  były  szczęśliwe musząc żyć  na oczach  całego dworu. Nie  wiem  czy wyrobiłabym psychicznie takie życie na oczach wszystkich pań dworu - byłabym zupełnie  niewydarzoną cesarzową, bez przerwy na bakier z etykietą - stwierdziła  Teresa.  Poza tym te małżeństwa "na  szczeblu" to na ogół chyba  nie miały wiele wspólnego z miłością. To były przecież kontrakty obmyślane przez  rodziców  i  mające na celu skoligacenie  się w celu powiększenia majątku  i rozszerzenia i umocnienia wpływów  lub ochrony status  quo. Młodym  od dziecka wbijano do głów jakie obowiązki ich czekają i jakie  to  będzie  piękne a potem wmawiano im,  że miłość to dopiero po ślubie przychodzi.  Może i do niektórych przychodziła.

Gdy już były w szatni zadzwonił telefon Sophie - to Kurt ją informował, że czeka na  nie w  samochodzie koło przystanku autobusowego, bo się jednak paskudnie rozpadało. I że w związku  z tym Kazik zamówił catering do domu, żeby nie szwendać się z dzieciakami po deszczu. 

Oooo, Zik błysnął - stwierdziła Tesa. Nie miałam pojęcia, że tak można.  Można, obawiam się  tylko, że  Kurt to co dla nas to zamówił głównie pod  siebie i będzie góra kluch. On mógłby trzy razy dziennie jeść jakieś kluchy. A dla chłopców  to pewnie zamówił pizzę. Nie przejmuj się Sophie- przyjedziemy, obejrzymy co nam dostarczą i coś z tego wymodzimy.  Jeśli lubisz ryż i masz go w  domu to zrobię dla  ciebie taki ryż, że będziesz  się nim zajadać. A kluchy można podpiec razem z serem i też będzie ciekawie  smakowało. Odkryłam to przypadkiem. To nie  gotujesz  ich tylko pieczesz?- zdziwiła  się  Sophie. Ależ gotuję,  ale potem je traktuję oliwą, posypuję  ziółkami,  wstawiam  do piekarnika, a gdy się  zaczynają rumienić posypuję je tartym serem i jeszcze  chwilę  siedzą  w piekarniku. To taka fałszywa  zapiekanka. A że klusie  były potraktowane oliwą to szybko przez jelita przelatują. Oliwa to ten  sekretny składnik kuchni śródziemnomorskiej - dzięki  niej wszystko co zjemy nie  siedzi całą dobę lub  dłużej  w naszym  wnętrzu.

A włoscy kuchmistrze  ładuje tę oliwę  we  wszystko co tylko się  da. Jedna  z moich  koleżanek wydała  się za Włocha, którego poznała w pociągu na trasie Warszawa - Gdańsk. Facet kompletnie ogłupiał na jej widok - fakt, że była  z niej bardzo ładna  dziewczyna. I taka w stylu  Włoszki . Właśnie była wtedy po zdaniu egzaminu do Akademii Muzycznej, była  w klasie śpiewu. Sopran. Kieliszki kryształowe  pękały gdy wyciągała  górne "C". 

Facet  zakochał  się w niej na  zabój, i to tak, że nie  wrócił z delegacji do pracy do Włoch, tylko  się zakotwiczył w Polsce. l dwa miesiące później był ślub cywilny w Polsce, potem we Włoszech kościelny. Zamieszkali jednak  we Włoszech, bo facet był bardzo przywiązany do swej matki, a jego matka stwierdziła, że to  musi być  super ta  dziewczyna z Polski, skoro ukochany  synek ją właśnie  wybrał. Oczywiście już nie kontynuowała  dziewczyna studiów, zajęła się produkcją dzieci. Mają trójkę rok po roku i jedno urodzone "dopiero"  dwa lata po ostatnim  z tej trójki. Przy dzieciach pomaga jej włoska mama i niezamężna siostra jej męża. Do Polski wcale  nie przyjeżdżają, ostatnio umarł jej ojciec,  więc ściągnęli jej matkę do Włoch. I ta  dziewczyna nie może pojąć, że ja mam tylko jedno dziecko, bo przecież teraz "cesarka" to jak usuniecie zęba. Napisałam jej, że medycyna  zna niestety przypadki gdy usunięcie zęba zakończyło się  zgonem.

Sophie roześmiała  się - nie chcę być nieuprzejma,  ale strasznie  głupia ta twoja  znajoma - niestety "cesarka" to rozwiązanie ratujące  życie matki i  dziecka,  ale nie metoda na regularny rozród. Ale są podobno jakieś kraje, w Ameryce Łacińskiej,  w których 75% porodów to właśnie  cesarki i lekarze się zastanawiają jak temu zapobiec. 

Ja też tego nie rozumiem - stwierdziła Teresa- nie decydujemy  się na drugie  dziecko bo jest bardzo możliwe, że drugie też musiałoby być w ten  sposób sprowadzone  na świat. Ja już powiedziałam Kazikowi, żeby nie liczył na  drugie dziecko ze mną, wystarczyło mi wrażeń przy tym pierwszym porodzie,  chociaż sam zabieg był bezbolesny i nawet  miałam pokarm, bo mi małego przystawili do piersi gdy był jeszcze w mazi płodowej i we krwi. Ale to wszystko co było potem gdy odpuściło znieczulenie to mogę tylko wrogowi życzyć. Kazik był nadzwyczajny, że to wszystko przetrzymał cały czas  mnie nie odstępując.

No bo Kaz to cię naprawdę kocha. Kurt się śmieje, że Kaz to cię kocha  nawet  więcej  niż każda matka swoje  dziecko. Gdy Kaz tu pracował to kilka pań miało na  niego chętkę, ale on był jak diament twardy - od  razu informował, że ma w Polsce kobietę, którą  kocha. A Kurt ma do dziś w komórce sms od niego z informacją że wreszcie będziecie razem. A w ciąży to nie byłaś  sama - razem  z tobą był twój mąż i my oboje. A jaki był szczęśliwy, że twój ojciec go zaakceptował! Oboje  bardzo, bardzo polubiliśmy twego tatę. Taki zrównoważony, ciepły człowiek. I bardzo wyrozumiały - dodała  Teresa.

Przebrnięcie od Pałacu do niedalekiego w gruncie rzeczy przystanku dało paniom w kość, bo w ramach jak najwierniejszej  rekonstrukcji otoczenia Pałacu olbrzymi dziedziniec był pokryty tak  zwanymi "kocimi łbami" a one obie były w butach na obcasach. Musiały iść pomału by nie  powykręcać  sobie stawów skokowych  na tych sporych i teraz mokrych kamieniach. A deszcz padał z entuzjazmem godnym lepszej sprawy.

Gdy dobrnęły wreszcie  do  samochodu Kurt nieopatrznie  powiedział, że wyglądały niesamowicie  śmiesznie idąc przez ten teren. Dobrze, że spojrzenie nie  zabija, bo  w przeciwnym  razie padłby martwy od spojrzenia, jakim obdarzyła  go Sophie, a Teresa powiedziała - powinni w przewodniku  wydrukować informację, że dziedziniec jest wyłożony  naturalnymi kamieniami o różnej wielkości i na  dodatek śliskimi gdy są mokre, to włożyłybyśmy adidasy. Gdyby to była regularna  kostka brukowa to byłoby po niej wygodniej  chodzić. Od razu  widać, że ten projekt  obmyślał i realizował facet. Przecież  wystarczyłoby dać mały kawałek takiego bruku tuż obok wyjścia z pałacu i opatrzyć go informacją, że kiedyś teren przed pałacem był wybrukowany takimi kamieniami, a dla zwiedzających zrobić normalny chodnik.

W domu obie panie  zostały entuzjastycznie powitane przez  dzieci. Alek zaraz wylądował na rękach mamy i ją energicznie "ukochiwał", a Kazik dopytywał się jak  się pałac podobał Teresie. Pałac -bardzo ładny, ale ten dziedziniec  to klęska. Muszę szybko włosy wysuszyć, pójdę do pokoju, ty się zajmij Alkiem. Alkiem zajmują się  chłopcy i bardzo mu  się to podoba. Pomogę  ci suszyć włosy, Alek jak się stęskni  za nami to wie gdzie nas  szukać. Oni się świetnie nim zajmują, a najmłodszy, Piotruś, stał się guru dla naszego malca. Nie wiem jak to jest, bo Piotruś nie mówi do Alka po polsku, ale mały świetnie rozumie lub domyśla  się o co biega.

A co  zamówiliście na tę kolację? Bo Sophie cała  w nerwach, że będzie cała fura klusek. Zamówiliśmy wiele  fajnych greckich potraw- z tego co pamiętam to na pewno są souvlaki  w placku pita  i do nich  sos jogurtowy, takie  zabawne greckie gołąbki "dolmades"- czyli mielone  mięso i ryż  zawijane w liście winogron, jest wiejska  sałatka z fetą grecką i oliwkami- to mój ukłon w twoją  stronę, jest sparakopita (o ile nie pochrzaniłem nazwy)- taki placek z ciasta  filo nadziewany jajkami na twardo, fetą, szpinakiem i  koperkiem, jest gyros z ryżem i dla  dzieciaków koulowi- takie obwarzanki ze słodkiego  ciasta. Dla nas też  się nadają. Facet zachwycony zamówieniem, bo niemieckie żarłoki rzadko to zamawiają. W sumie jest fura dobrego jedzenia, które śmiało może  zostać  do następnego dnia, jeśli nie  zmożemy  dziś wszystkiego. Gyros jest z kurczaka. A souvlaki to małe kawałki mięsa  grillowane i włożone do chlebka  pita. I pewnie  też  jest to mięso z kurczaka. A ten  chlebek pita to coś w rodzaju pieczonego naleśnika ale naleśnik jest  z  ciasta  drożdżowego.  Grecy nie robią wielkich porcji, ale je  się na jednym  spotkaniu wiele różnych potraw. Może na przyszłe wakacje uda  się nam pojechać  do Grecji - przed  albo tuż po sezonie. Raz tylko byłem  w Grecji z rodzicami i te  chlebki pita ratowały mnie przed  śmiercią głodową, bo to co serwowali na tych  wczasach to mi  nie  smakowało. Bo ja byłem straszny niejadek. No teraz też  trudno byłoby  cię nazwać  żarłokiem - stwierdziła Teresa.  Teraz to ja się zrobiłem niejadkiem gdy mam jeść  coś poza  domem. Nie wiem jak to jest, ale to wszystko co ty  zrobisz to uwielbiam i  wszystko mi smakuje. No bo ja nie  walę do  wszystkiego pieprzu i nie  solę  dużo. Dlatego zawsze stawiam na stole sól dla gości. Wiesz co, już  się stęskniłem za naszym mieszkaniem i tatą. Tu, jak dla mnie, to jest stanowczo za  dużo ludzi.  Dobrze, że już  jutro wyjeżdżamy. 

Ciekawa jestem czy to greckie żarciuszko będzie  wszystkim smakowało. Mnie na pewno, bo lubię i gyros i souvlaki. Zaszalałeś dziś z tym  zamówieniem do domu. Zamówiłem wszystkiego po 8 porcji i jestem pewien że niewiele z tego zostanie. Ja nie wymawiam Kurtowi,  ale jego jedna porcja to twoje i  moje  dwie porcje. A te greckie porcje to są małe.

                                                                        c.d.n.