piątek, 25 października 2024

Córeczka tatusia - 165

 Jak powszechnie wiadomo, w  ciągu siedmiu dni należy nowego obywatela lub  obywatelkę  kraju  zarejestrować  w USC i zgłosić imię.  W efekcie burzy mózgów dziewczątko na pierwsze imię dostało Ewa a na drugie  Anna i Marta  się śmiała, że mają córeczkę o imieniu "Ewanna."  W sypialni Wojtek zrobił małe przemeblowanie i łóżeczko małej postawił po  swojej  stronie małżeńskiego łóżka, mówiąc, że dopóki Marta  nie odpocznie  po ciąży i porodzie to łóżeczko będzie  stało obok niego, a potem  " się  zobaczy". No ale  ty przecież   chodzisz  codziennie  do pracy,  nie  możesz  się nią  w nocy zajmować - protestowała  Marta. Przecież ja  ci ją tylko wyjmę z  łóżeczka i podam, a ty się będziesz nią  zajmowała- tłumaczył cierpliwie. Ostatnio mam wykłady o kulturalnej  godzinie,  nie o świcie, zdążę otrzeźwieć. Poza  tym  nie  rodziłem i  nie jestem  obolały.

W sypialni  zrobiło się nieco ciasno a ponieważ  Misia przyciągnęła pod łóżeczko nowej  lokatorki swą matę do leżakowania, Marta zarządziła by pod łóżeczkiem dziecka umieścić budę  Misi. Marta   się  śmiała, że mała ma  z całą pewnością  wmontowany w  swych wnętrznościach  zegarek a na  dodatek odziedziczyła po swojej  mamie  zamiłowanie  do punktualności, bowiem z niesamowitą  wprost punktualnością  co trzy godziny domagała  się  jedzenia. 

Pewnego dnia Wojtek sfotografował  "swoje trzy dziewczyny" czyli Martę, Ewunię i Misię gdy  wszystkie  trzy  były pogrążone  w głębokim śnie i  zdjęcie zrobiło furorę wśród  ich przyjaciół a jedna z odbitek zagościła na  wiele miesięcy na biurku Andrzeja w jego gabinecie. Kolejne odbitki powędrowały do rodziców  Marty i na ścianę "tajnej kawiarni" Wojtka i Michała w ich pokoju na  Politechnice. Poza tym Wojtek  wysłał  je  też  do Hanki i  Milosza oraz  do Ondreja. Przez  pierwsze trzy miesiące  Marta praktycznie  nigdy nie  była w  domu  sama  tylko z dzieckiem i  Misią - zawsze był któryś z  dziadków. Patrycja też bywała  bardzo często i przez  jakiś  czas swój udział w prowadzeniu kwiaciarni ograniczyła do jeżdżenia po towar. Marta czuła  się w pełni "zaopiekowana" i jak powiedziała Wojtkowi, to wcześniej wyobrażała  sobie, że będzie  znacznie  gorzej, że  się z niczym "nie  wyrobi" na  czas, ale dzięki stałej obecności któregoś z  dziadków wszystko funkcjonowało " jak w  zegarku".

Bardzo zabawna była wizyta Andrzeja, bo wraz z nim  przyjechała Maryla, chłopcy i rodzice Andrzeja. Obaj chłopcy teoretycznie wiedzieli, że niemowlaki nie  są  duże, ale po raz pierwszy widzieli niemowlę z tak bliskiej odległości i mające raptem niecałe trzy miesiące. Ewunia nie należała do dużych niemowląt i jak to określił pediatra " w mamę poszła" - nie  wyglądała jak  typowy "pączek w maśle", bo ani Marta   ani Wojtek nie należeli do osób z nadwagą spowodowaną otyłością ani też  absolutnie nie  sprawiali  wrażenia  atletów. Starszy z braci, Piotrek, oglądał z wielkim zainteresowaniem  rączki  Ewy, w końcu powiedział - "nie  miałem pojęcia, że takie  malutkie  dzieci mają  paznokcie!"  A ząbki też ma? -  zapytał. Powstrzymując   się od  śmiechu Andrzej poinformował go, że ząbków to jeszcze  nie ma, bo jak na razie to mała jeszcze  ssie mleko z piersi swojej mamy, więc  zęby są jej zupełnie  zbyteczne. A potem było pokazowe karmienie i obaj dopytywali się czy oni też byli karmieni piersią, zamartwiali  się, że to wszak może być bolesne  dla matki, potem Marta  tłumaczyła  czemu trzyma  małą po karmieniu pionowo i czeka  aż  się jej odbije i z  zachwytem oglądali  fakt, że Ewunia nie posiada "siusiaka" a jednak siusia i  potem z  wielką powagą kołysali ją delikatnie w hamaku zamontowanym w łóżeczku. Gdy już mała usnęła najedzona i przewinięta  Piotruś pocałował ją w  czubek główki i powiedział oglądając swoje i brata ręce - to niemożliwe, że ja i  Jacek też  mieliśmy takie malutkie rączki. Potem z pełną powagą poinformował  wszystkich, że on  jak dorośnie to się z Ewą ożeni. Marta  omal się  nie  zakrztusiła na  amen przełykanym właśnie  sokiem z czarnej porzeczki, a  Andrzej powiedział, że to bardzo dobry pomysł, ale jak na  razie to ani on  ani Ewa nie  nadają  się do małżeństwa i trudno przewidzieć  co będzie  za dwadzieścia  parę lat.  Potem  Andrzej obiecał chłopcom, że  w domu pokaże im ich zdjęcia gdy oni byli takimi maluszkami jak teraz Ewunia.

Tydzień później Ewunia  została zaprezentowana   "Michałom". Cała trójka  "młodych" stwierdziła, że Ewunia  jest śliczna a na dodatek wcale  się ich nie  boi tylko się im przypatruje, ale  nie płacze. Irenka przyniosła dla małej lalkę  z miękkiego tworzywa, którą kiedyś przysłał dla niej ojciec Michała, a którą Irenka właściwie  nigdy się nie bawiła, bo jej bracia nie chcieli się z nią bawić tą lalką. Z pełną powagą posadziła lalkę w łóżeczku małej i powiedziała  do Marty, że lalka jest nie  tylko umyta wodą i mydłem ale i odkażona  "dezynfektorem", żeby Ewunia na  coś nie  zachorowała, a jej ubranka wszystkie  zostały  wyprane przez   mamę.  Lalka była niewiele mniejsza  od przeciętnej wielkości noworodka i wyglądała nieco dziwnie, bo noworodki wszak nie  siedzą. W oddzielnym opakowaniu były jej ubranka i Irenka  zapewniła Martę, że zaraz ją ubierze, bo przecież Ewunia jeszcze tego nie potrafi, a lalka znacznie lepiej wygląda w ubranku niż  goła. 

A poza  lalką Ewunia dostała od Michała i Ali  fotelik samochodowy dla takich  maluszków  oraz  zapewnienie, że następne rozmiary fotelika też czekają na Ewunię. Kilka  dni później "wpadli" Ziukowie z zawekowanym dla małej sokiem wieloowocowym z plantacji na której rośliny nie są spryskiwane środkami ochrony  roślin ani nie są podlewane  sztucznymi nawozami. Powiedzieli też, że gdy mała  będzie  już spożywać przecier  z marchwi  to będą dostarczać marchewkę odpowiedniej  jakości. I zawsze, gdy Ewunia już będzie jadła  "wszystko" to będą i dla niej dostarczać pełnowartościowe produkty tak jak dla dzieci  Ali i Michała. Marta  aż  się nieco popłakała ze  wzruszenia a  Ziuk powiedział, że to przecież jest normalne, że dba  się o przyjaciół a ona i Wojtek już nie jeden  raz pokazali, że są prawdziwymi przyjaciółmi.

Marta, choć była na ustawowym urlopie, nadal interesowała  się tym co się dzieje w laboratorium i raz  na jakiś czas wpadała tam na krótko. Po pierwszej wizycie powiedziała  w domu, że szalenie   dziwni są jej koledzy, bo strasznie są ciekawi jak wygląda Ewa i jak się  rozwija i wciąż  się pytają kiedy Marta zaprezentuje swym kolegom  swoją latorośl  oraz  kiedy wróci do pracy. A szef, o czym  wszyscy  wiedzą,  jeszcze  nigdy dotąd  nie zatrudniał nikogo na połówce etatu, teraz stwierdził,  że jeśli idzie o Martę to uważa, że mogłaby pracować na połówce etatu. Tata Marty zaraz podchwycił temat i stwierdził, że to jest bardzo dobry pomysł, bo jego zdaniem Patrycja mogłaby  w  tym czasie zajmować  się  Ewą, którą  wyraźnie uwielbia. 

No ale przecież Pati "zbiera  lata" do emerytury - stwierdziła  Marta. No i dobrze- w tym układzie Pati zatrudni się u  was  jako opiekunka  do dziecka i będzie płacić składkę  emerytalną w tej  samej  wysokości  co teraz - wyjaśniał tata Marcie. A kwiaciarnię  się sprzeda  bez problemu.  To jest bardzo  dobry punkt, bo najbliższa  kwiaciarnia  jest kilka przystanków autobusowych stąd. Być  może, że odkupi  ją  wspólniczka Pati. Mnie to bardzo pasuje - stwierdził tata-  bo nie jestem zadowolony z tej pracy Pati w kwiaciarni a  zwłaszcza z tego wstawania nocą i jeżdżenia  po towar jak rok  długi. Wierz mi - stać mnie bez  problemu na płacenie tej składki zusowskiej. W ten sposób wreszcie uwolnię ją od tej spółki, w której ta jej wspólniczka niewiele robi a forsę łyka nie  wiadomo za co. A ty będziesz mogła pracować w laboratorium na pół etatu a Ewunia będzie miała dobrą opiekę. Bo Pati jest odpowiedzialną  osobą. Na połówce etatu na pewno nie  musisz tam być równo od dziewiątej rano - dogadasz się  ze swoim  szefem co do godzin  pracy. Omów to szybko z Wojtkiem. Przecież tak naprawdę to Pati mogłaby  wcale nie pracować, bo gdy przejdę na  emeryturę to też nam pieniędzy wystarczy.  Mieszkanie mamy wszak dobrze umeblowane i odnowione, nie wymaga  żadnych inwestycji.

No ale czy Pati  się zgodzi na taki układ? - zastanawiała  się na głos  Marta.  A poza tym to my też  możemy płacić w takim  układzie tę zusowską  składkę, żebyś  ty nie płacił - stwierdziła  Marta.  Przecież  wiem, że możecie,  ale nie  będziecie bo ja  chcę ją płacić, tyle tylko, że to ty będziesz  wypełniać  druki i dawać je  mnie, a ja będę przelewać  pieniądze i  nie puścisz pary z  buzi, że to ja  finansuję - rozumiesz? A Pati  zgodzi się, wiem, że na pewno  się  zgodzi  - tylko zacznij jej mówić, że  chciałabyś  wrócić na pół etatu do pracy, ale  boisz  się wynająć jakąś obcą osobę do opieki nad Ewunią. Jak znam życie  to Pati zaraz z tym "przyleci" do mnie a ja  już pokieruję jej  tokiem  myślenia tak, że wszystko  się ułoży po naszej  myśli. Możesz swego teścia wtajemniczyć w  rzecz  całą - on nie jest gadułą i na pewno uzna ten plan za bardzo dobry i się przed Pati nie  wygada.  On przecież mógłby już nie pracować, ale po prostu  chce - mam wrażenie, że mu brakuje Austrii i ten jego  kawalątek etatu daje  mu jakąś namiastkę kontaktu z Austrią.  A udział Pati w  waszym życiu nie odbierze  mu frajdy z gotowania wam obiadków.

Jeszcze  tego  samego  dnia  wieczorem Marta omówiła wszystko z Wojtkiem, który stwierdził, że jeśli Marta ma być wielce  nieszczęśliwa z powodu urlopu wychowawczego, to oczywiście mogą tak  zrobić, tym bardziej, że do chwili ukończenia przez małą trzech lat może  w każdej chwili wziąć urlop wychowawczy. 

Wojtek i obaj ojcowie zaczęli tłumaczyć Marcie, że z uwagi na dziecko należałoby zmienić fiacika, którym jeździ Marta,  na nieco większy samochód i w obu samochodach zamontować uchwyty do montażu fotelika  dla dziecka. Maleńka Ewunia, wokół której "świat  się kręcił"  okazała  się bardzo towarzyskim  dzieckiem i bardzo lubiła mieć kogoś  z rodziny w  zasięgu wzroku. 

Po naradach w  rodzinie i konsultacjach z pediatrą Marta zdecydowała, że gdy Ewunia skończy pół roku Marta wróci do laboratorium na pół etatu. Ale jeszcze  nim Marta podjęła owe pół etatu rodzice odsprzedali kwiaciarnię, a Marta  "zatrudniła" Pati w charakterze opiekunki do  dziecka.  Połówkę kwiaciarni należącą dotąd  do Pati odkupiła kuzynka  dotychczasowej wspólniczki Patrycji - Małgorzata, której udało się całkiem korzystnie  sprzedać "domek letniskowy nad  Narwią".  Jak powiedziała  Patrycji, to wystarczyło jej jedno postanie w korku, którego rozładowanie z powodu jakiegoś  wypadku trwało niemal  trzy  godziny, by definitywnie  zrezygnować z posiadania domku mad  Narwią. Bo utknęła  w takim  miejscu z którego absolutnie  nie  można było się wydostać na inną  drogę bo droga  była  zablokowana w obie  strony. Na pole też nie  można  było zjechać bo po obu stronach  szosy były rowy a do tego  wcale nie płytkie.

  Patrycja, od chwili  gdy  zgodziła  się  opiekować  Ewunią,  powiedziała Marcie, że teraz czuje się tak, jakby Marta nie  była "przyszywaną" córką, ale taką prawdziwą, rodzoną. Bo to dowód, że Marta  w pełni jej ufa.  W nowej sytuacji Pati  stwierdziła, że może spokojnie sprzedać swój  samochód. Oczywiście  zaraz  zaczęła się w rodzinie  burza  mózgów. Samochód Pati był typu combi i był przystosowany do przewozu "towaru", więc w pierwszej chwili Pati chciała  zaproponować swej byłej wspólniczce by go kupiła, ale teść Marty skrytykował ten pomysł mówiąc, że lepiej się odciąć w 100%  od  wspólniczki, bo jak  zna  życie,  to ilekroć coś  by  w  samochodzie "nie  zagrało" to zaraz była  wspólniczka zawracałaby jej  tym głowę. 

Na takie  dictum  zaraz Wojtek zatelefonował do swego kolegi,  tego za  pośrednictwem którego Marta kupiła swojego fiacika 500. Kolega przyjechał, obejrzał samochodzik Pati, zachwycił się przeróbkami i w  dwa  dni później samochód już  był sprzedany.  A Pati, w tak  zwanym międzyczasie,  miała nagły przebłysk "geniuszu" i  stwierdziła, że jej właściwie w nowej sytuacji wcale  a  wcale nie jest potrzebny samochód - w tygodniu na pewno nie będzie gdzieś jeździła z niemowlakiem samochodem, a w weekendy będzie jeździła  wszak ze  swoim  mężem jego samochodem  a fotelik samochodowy zamontuje   się  w   samochodzie Wojtka lub Marty. Wojtek z kolegą bardzo  długo o czymś dyskutowali spacerując po podwórku. Bardzo szczegółowo oglądali  samochody Wojtka i Marty.

                                                                       c.d.n.



środa, 23 października 2024

Córeczka tatusia - 164

 Marta po rozmowie z Andrzejem powiedziała  do męża - no  nie wiem. Tak naprawdę jakoś nie  mam ochoty by  się gdziekolwiek stąd przeprowadzać i mieszkać  razem z  rodzicami w jednym budynku. Bo miłość do taty i mamy to jedna sprawa,  ale jakoś  wcale  nie mam ochoty  by  być z nimi do końca  życia pod jednym  dachem.   Jestem zadowolona, że mieszkają  blisko, ale  nie pragnę  wcale  byśmy  mieszkali w jednym budynku. Poza  tym jakoś  nie marzę o tym  by dbać o żywopłot, klatkę  schodową i chodnik koło domu. Bo o ten kawałek  chodnika przylegający do posesji musi dbać  właściciel. Andrzeja jak  na razie  to nie obchodzi ani chodnik, ani żywopłot bo wszystko to należy  do właściciela posesji, a jest  nim jego ojciec. Andrzej jest tylko lokatorem, który potem będzie  spadkobiercą, bo testament  już jest spisany. Wszystkie  sprawy dotyczące posesji "wiszą" na jego rodzicach. A co ty o tym  myślisz?  Mam podejrzenie, że  Andrzej sobie   z tego nie  zdaje  sprawy, bo on tam  funkcjonuje nieco na  zasadzie świętej krowy - dzieciaki też są bardziej  na głowie  jego rodziców  niż na głowie jego i Maryli. No ale jego rodzice są szczęśliwi, że on  wreszcie  jest razem z nimi a Lena to tylko mglista przeszłość.

Wojtek uśmiechnął się - myślę,  tak  samo jak  ty. A dodatkowo to  myślę, że  stąd  masz świetny  dojazd  do pracy  nie tylko samochodem  ale i w razie  czego też komunikacją miejską. I tu mamy do sklepu raptem 150 metrów i nic  nas  nie obchodzą schody i podwórko i chodnik. I tu mamy parking, a jeśli ten dom nie  ma podwórka to ciekawe  gdzie  stałyby trzy samochody, bo tam  wszędzie  są wąziutkie  uliczki i nie ma  ani kawałka  parkingu. Bo większość  albo ma garaż  albo parkuje  na podwórku lub  ogródku. Marta uśmiechnęła  się - wiedziałam, że mogę  w tej  sprawie na  ciebie liczyć. Ja  zaraz opowiem tacie  w skrócie o co w  tym  wszystkim biega i jak  znam  tatę i życie to zaraz  usłyszę, że jestem mądrą  dziewczynką. 

Marta zaraz  zatelefonowała do swego  taty, w skrócie  przedstawiła całą  sytuację i oczywiście tak jak przewidywała usłyszała, że mądra  z niej  dziewczynka. Potem zatelefonowała  do Andrzeja informując  go, że jej rodzice  nie  są  zainteresowani przeprowadzką w inne  miejsce, bo przecież  tu Patrycja ma swoją kwiaciarnię a do wieku emerytalnego jeszcze jej ładnych  parą lat brakuje - tu to nawet na jednej nodze  może  doskakać w 10 minut z domu  do swego  miejsca pracy.  I w  związku  z tym oni  dziś nie przyjadą do nich na oglądanie owego  domu - po prostu sprawa nieaktualna. 

No szkoda - naprawdę szkoda- wyjęczał w  słuchawkę Andrzej.  Zupełnie  zapomniałem o  tym, że  Pati jeszcze pracuje i że ma swoje  miejsce  pracy tuż koło  domu.  Zaraz powiem tacie, żeby nie  zamawiał tego swojego znajomego rzeczoznawcy. I dam tej kobiecinie  znać, żeby sama  szukała chętnych na ten  dom. I jestem wielce niepocieszony, że nie  będziecie blisko nas   mieszkać. No ale moglibyście do nas dziś wpaść na jakąś kawusię. Ja idę dziś na nockę. 

No to  się lepiej nieco prześpij przed  dyżurem, bo może  ci  się trafić jakieś krojenie - doradziła Marta. Masz szczęście, że nie jesteś chirurgiem- ortopedą, bo słyszałam, że dziś jest masa połamanych rąk i nóg, bo po dwóch  dniach odwilży chwycił jednak mróz. Mnie to zawsze  dziwią takie wiadomości, bo przecież póki co to jest  styczeń  a nie lipiec, więc chyba dość łatwo przewidzieć, że może być ślisko i ludziska  będą sobie łamać nogi i ręce. Jak tak bardzo za nami tęsknisz  to możesz po drodze do szpitala wpaść do nas na kawę i wziąć sobie  do szpitala  migdały w czekoladzie. 

Oooo, a gdzie je kupiłaś? - spytał.  Migdały to kupiłam w L'Eclercu , obrałam  ze skórki i  zalałam je czekoladą -  uzależniająca przekąska, jak dla mnie - wyjaśniła  Marta. Dam ci przepis i mama lub Maryla  je  zrobią bez trudu. W waszym Carrefour też na pewno  są migdały.  To ja za chwilę do was  wpadnę - stwierdził Andrzej - coś u  mnie  za wesoło i za głośno się dziś  zrobiło, bo jakiś koleżka  tu zawitał do Piotrka.  Nooo, to wpadnij, u nas  cisza i spokój, będziesz  mógł Misię pomiziać - zapewniła go Marta.

Nim minęło pół godziny przyjechał  Andrzej.  Pierwsze co powiedział po wejściu, że niestety jest ślisko, ale właśnie minął pana dozorcę, który  posypywał podwórko piaskiem, no ale na Sadybie  jest znacznie gorzej  niż tu, bo tam  z natury  rzeczy jest więcej wilgoci bo jeziorko i Wisła  są tuż, tuż i  nikt nie posypuje uliczek piaskiem - chodniki to są  z grubsza  "ogarnięte"  bo każdy z właścicieli  musi posypać  chodnik koło swojej posesji i chyba ludziom brakuje wyobraźni  lub  piachu by sypnąć  też na jezdnie.  

No właśnie - to są te  rozkosze posiadania własnego domu- każdy musi  zadbać o chodnik przylegający  do  posesji i pół szerokości jezdni, jeśli ma  vis a vie  swej posesji drugi zamieszkany dom - stwierdziła beznamiętnym tonem Marta.  A wy chyba mieliście tam jakiegoś  wynajętego człowieka  i  co? - funkcjonuje  czy  nie? Andrzej skrzywił się - czasami, jeśli nie  zapije  za bardzo to funkcjonuje. Tata teraz co wieczór wychodzi bardzo późnym wieczorem i posypuje chodnik i pół jezdni. Jeśli nie popada w nocy to jest rano w porządku. Umówiliśmy się wszyscy na uliczce,  że po prostu rano jeśli pijaczyna  zaśpi to nie  będziemy  zgłaszać do administracji osiedla i ten kawałek do głównej ulicy każdy jakoś pokona- po prostu trzeba  nieco wcześniej się rano wygrzebać i raczej  nie  ruszać z piskiem opon. 

Nim Andrzej wybrał  się do kliniki wrócił ojciec Wojtka - był nieco zdenerwowany, bo nieomal na jego  oczach  rozbił się samochód wpakowując  się na tory tramwajowe. No nie  wiem, jak on  to zrobił, bo wcale nie jechał szybko - dziwił się ojciec. Ale wyobrażam sobie jacy będą szczęśliwi ci co aktualnie jechali w naszą stronę tramwajem, bo nim przyjedzie policja, nim wszystko "obadają" to minie sporo czasu.  Nie zatrzymywałem się bo nic nie pomogę a na dodatek to nie lubię oglądać  skutków wypadku. 

No to będę wredny i powiem, że bardzo  się cieszę, że nie robiłem  specjalizacji w chirurgi na ortopedii i że nie pracuję w pogotowiu ratunkowym - oświadczył Andrzej. Aż  tak żelaznych  nerwów to ja nie mam- stwierdził Andrzej. Chociaż nie  da  się ukryć, że czasem bywam po otworzeniu pacjenta mocno i to bardzo mocno zaskoczony  tym co widzę i- co zawsze  mnie  dziwi nie jest to pacjent z ostrego dyżuru, a taki wytypowany  do skądinąd  rutynowego  zabiegu.  Ty Martuniu też mnie  nieco zaskoczyłaś - przed otwarciem  cię  byłem pewny, że twój wyrostek czeka na mnie  grzecznie na  swoim  miejscu.  No ale wiedziałeś gdzie  mógł  się  schować i go znalazłeś i byłam  tak miłą pacjentką, że nawet się nie rozlał - śmiała się Marta.  Noooo, całe  szczęście, bo wtedy zdarza  się, że pacjent niestety może tego nie przeżyć. Ja  nie  za bardzo  mogę pojąć dlaczego tak wielu pacjentów lekceważy ból. 

Marta  spojrzała na niego jak na  głupiego i powiedziała - to proste- primo jeśli pacjentem jest  facet to jak  amen w pacierzu od  dziecka mu wmawiano, że mężczyzna musi  być twardy a nie  wpadać  w histerię  z  byle bólu, a  secundo - spróbuj  tak  zwanie "z marszu" dostać  się do jakiegoś lekarza albo udaj się na pogotowie ratunkowe, gdzie pierwszeństwo mają ci przywiezieni karetką, umierający z powodu niewydolności serca lub wykrwawiający  się bo mają otwartą ranę. Pominę  milczeniem  fakt, że zdarza  się na szpitalnych izbach przyjęć sytuacja typu "Jaś nie  doczekał" i pacjent spokojnie po kilku godzinach  czekania odchodzi w nicość. A poza  tym wiedza  medyczna, taka nawet dość podstawowa, jest w tym kraju rzadkością. Tak teoretycznie to każdy posiadający prawo jazdy powinien cośkolwiek kumać  w tym temacie, ale nie przypominam  sobie  bym się czegokolwiek z  okazji kursu nauczyła. Na przykład zmienianie koła   to  ogarnęłam  tylko teoretycznie, podobnie jak udzielanie pierwszej pomocy.  Raz  to nawet jakiś dziesięciominutowy  filmik  nam pokazali na tę okoliczność.  Cała  moja "wiedza medyczna" pochodziła z zakupionych i przeczytanych książek. No ale nie każdy się  wszak medycyną interesuje.

Andrzej wpatrywał się w  Martę a potem powiedział do Wojtka - Marta to ma więcej jaj niż niejeden facet i natychmiast się zreflektował mówiąc -przepraszam, to nieco ordynarnie zabrzmiało, ale kocham to w  niej. Jest  czasami do bólu trzeźwa. Ojciec  Wojtka zaczął się śmiać, a  Marta powiedziała- odebrałam to jako komplement, mogę  być  babą  z jajami. To lepsze niż  słodka  idiotka. A znam takich kilka.

Andrzej zerknął na  zegarek i powiedział - będę się  już gubił, zrobię  dziś  nieco  wcześniej obchód. Marta wręczyła  mu nieduże pudełko i powiedziała - masz tu "ciuciu  od posiadaczki jaj"- przepis  jak to zrobić jest wewnątrz przymocowany do wieczka  pudełka. Jest to tak proste, że nawet chirurg by to zrobił.

Tego wieczoru Marta  z Wojtkiem ustalili, że  jednak zdecydują  się  na  posiadanie  dziecka. Następnego  dnia Marta miała termin wizyty lekarskiej.  Po wizycie Wojtek stwierdził, że "jej" lekarz to szalenie  sympatyczny a jednocześnie rzeczowy   facet. Późno wieczorem Wojtek zatelefonował do Andrzeja, który miał na  szczęście  całkiem spokojny dyżur - nie  było bowiem ciężkich stanów pooperacyjnych, nie  było też  dyżuru oddziału chirurgicznego, więc sobie "bracia" długo i  spokojnie rozmawiali. Nim skończyli rozmawiać Marta już spała. 

W lipcu okazało się, że starania o posiadanie dziecka  zostały uwieńczone sukcesem,  a pierwsze USG wykazało, że jest jeden zarodek i że wynika z USG, że wszystko przebiega prawidłowo. Cała  rodzina plus najbliżsi przyjaciele byli szalenie przejęci  sprawą a Wojtek gdyby tylko mógł to by wciąż  nosił Martę na  rękach.  Ojciec Wojtka nieomal nie  wpuszczał Marty do kuchni i  bardzo dokładnie  wypytywał się na co Marta ma ochotę, a poza  tym zapowiedział, że on osobiście zorganizuje wyprawkę niemowlęcą. Rodzice Marty oświadczyli, że oni zajmą  się zorganizowaniem wyposażenia typu wózek, łóżeczko itp. Marta swojemu szefowi "puściła farbę" i powiedziała, że jest w  ciąży. Szef był zdumiony, bo pamiętał, że gdy jego żona była  w  tym stanie to bez przerwy miała  torsje i to  niemal od pierwszego  dnia  ciąży i właściwie większość  czasu była na zwolnieniu lekarskim. A  że z natury był bardzo życzliwym  człowiekiem ciągle  dbał o to by Marta nie przebywała  zbyt długo w  miejscu gdzie były różne chemikalia, gdy  tylko była  lepsza pogoda  starał się prowadzić dyskusje zawodowe z Martą spacerując z  nią po przyzakładowym podwórku. W końcu koledzy z pracy domyślili  się,  że Marta jest w odmiennym stanie i mieli nową "rozrywkę" w postaci  wróżenia jakiej płci będzie dziecko.

Ciążę Marty przeżywali też przyjaciele - Andrzej oddał Martę pod opiekę swego kolegi który był lekarzem położnikiem. Wszyscy szalenie  byli zdumieni i  zdegustowani faktem, że Marta wciąż sama prowadzi samochód, ale Marta tłumaczyła  wszystkim, że: po pierwsze to  się świetnie  czuje, po drugie do i z  pracy jeździ poza porą  największego natężenia ruchu ulicznego no i nie jest to trasa bardzo popularna, poza tym jest  to blisko. Ona wyjeżdża z  domu tuż przed  dziewiątą rano, z pracy wyjeżdża już po siedemnastej , a duży ruch na tej  trasie jest pomiędzy 7,30 a 8,00 rano. Praktycznie w tej okolicy tylko ich  firma  pracuje od 9,00 do 17,00.  Poza tym Marta nigdy nie jeździła i nadal nie jeździ  "po wariacku". 

Tata Marty zauważył, że Misia chyba wie, że w brzuchu Marty jest jakiś "lokator"- układała  się na kolanach Marty zawsze tak, by jedno jej ucho przylegało dokładnie do brzucha  Marty. A gdy Marta kładła  się na kanapie Misia też  zawsze kładła  się tak, by jednym uszkiem "podsłuchiwać". Lekarz prowadzący ciążę Marty był bardzo zadowolony - Marta bardzo o  siebie  dbała, właściwie  się odżywiała, nie przybrała zbyt  dużo na  wadze.  Przy USG, w którym można było z  dużym prawdopodobieństwem rozpoznać  płeć  dziecka,  Marta, ku  zdumieniu lekarza, pielęgniarki i własnego męża  stwierdziła, że jeżeli z  dzieckiem jest wszystko w porządku to ona nie  chce zawczasu poznać  jego płci- przecież to wszystko jedno jakiej płci będzie  dziecko - ważne  by było zdrowe i dobrze  zniosło trudy porodu- przecież oboje będą je kochać  niezależnie od tego jakiej będzie płci. A  ubranka niemowlęce są kupione białe i bardzo jasno beżowe, bo jej się  nie podobają  ani  różowe ani niebieskie, sygnalizujące płeć  dziecka. A  wózek jest w bardzo ciemnym  zielonym kolorze, łóżeczko ma  naturalny kolor  drewna a pościel i kocyki są w jasnej delikatnej zieleni lub  w jasnym beżu i bieli.

Marta kilka dni przed wyliczonym terminem rozwiązania wzięła zwolnienie  lekarskie, że z natury była bardzo punktualna urodziła  w dniu, który wyliczył lekarz. Jak sama stwierdziła nie  była to rzecz lekka i przyjemna i po ośmiu godzinach dużego trudu  na świat wychynęła, tak bardzo przez  Wojtka pożądana,  dziewczynka. Marta nie  chciała by przy porodzie był Wojtek, ale zgodziła  się na obecność.....Andrzeja. Wojtek w czasie porodu był  "zakamuflowany" w pokoju lekarskim,  a gdy Marta i dziecko zostały odwiezione do  przydzielonego im  pokoju  to od tego momentu  aż  do opuszczenia szpitala był razem z nimi  Wojtek. W domowe pielesze po swe "skarby" przyjechał ojciec  Wojtka, a  w domu czekali na  nich rodzice Marty.

                                                                  c.d.n.

 



środa, 16 października 2024

Córeczka tatusia -163

 Miejska zima nikogo nie  zachwyciła.  Wojtek z  Michałem  postanowili "zadbać o kondycję" i w każdy weekend przemierzać ścieżki  Lasu Kabackiego na nartach  biegowych. Tylko raz wybrali się w trzy rodziny i, jak  się  śmiała  Marta, trudno  było o głupszy  pomysł. Żadna  z pań  nie miała ochoty na snucie się po lesie  na  nartach, zresztą warunki wcale  nie  były sprzyjające. Dzieciaki  szybko przemoczyły ubrania, które  nie  były zbyt dostosowane do długich zabaw  na  śniegu, w efekcie końcowym obie "matki dzieciom" i Marta zostawiły panom jeden samochód a  same wróciły z  dziećmi do domów. Panowie byli  nieco  rozczarowani i  dziwnie  szybko też wrócili jednym samochodem do Warszawy. Wojtek po powrocie  miał lekki  żal,  że Marta też wróciła  wcześniej zamiast zostać razem z nim. 

A czy ty zauważyłeś, że ja nie  wzięłam z wypożyczalni biegówek? - zapytała. Sam wskoczyłeś w te swoje wzięte od taty  biegówki i zaraz  pognałeś w  siną dal. Nawet  się nie obejrzałeś  za mną i nie pytałeś  dlaczego nie mam nart.  A dla mnie  nie było butów, wszystkie  były  ze  dwa numery  za duże. Poza  tym to ja  nie przepadam za szlajaniem   się  zimą na  nartach- to raz,  a dwa -  Maryla boi się sama prowadzić samochód zimą gdy jest jednak ślisko, a jak sam widziałeś to szosa  nie  była dokładnie oczyszczona. To  co prawda nie  była  długa droga,  ale  dla kogoś kto nigdy  zimą nie prowadził samochodu poza  miastem może to  być  dość  stresujące, zwłaszcza, że w  samochodzie  były dzieci. No fakt - jakoś o tym nie pomyślałem- kajał  się Wojtek. Jestem zapewne  rozbestwiony faktem, że  ty nie boisz się jazd  zimowych. 

Wiesz- to nie jest  tylko kwestia  tego, że jest  zima, ale tak  się składa, że Maryla w ogóle  bardzo  rzadko sama  prowadzi samochód a z  dziećmi nigdy jeszcze sama nie prowadziła. Jeśli pracują z Andrzejem w  różnych godzinach  to Maryla korzysta  z komunikacji miejskiej - ja  ją rozumiem- pamiętam  jak  sama miałam opory gdy kupiliśmy dla mnie  samochód. A każda jazda była  dla  mnie  niczym  skok na spadochronie.  Poza  tym odnoszę  wrażenie, że ona   nadal uważa  się za podwładną Andrzeja, co jest , jak dla  mnie,   mało zrozumiałe. Może to wcale  nie jest fajnie pracować z własnym  mężem w jednej instytucji?  

I wiesz, musimy wkrótce zastanowić się czy decydujemy  się na dziecko czy może nasze instynkty macierzyńsko- ojcowskie w pełni  zaspokaja posiadanie Misi. A jest to teraz  do przemyślenia bo kończą  mi  się  tabletki i  muszę iść do "gina", a on na pewno  się mnie  zapyta o to czy i kiedy planuję ciążę.  Bo z miesiąca  na  miesiąc jakoś mi nie ubywa lat a raczej  przybywa.  Jeśli chcesz to  możesz  się wybrać  razem ze mną - to bardzo fajny  facet i ma wielce nowoczesne spojrzenie i często jego pacjentki przychodzą  z partnerem, który  niekoniecznie jest ślubnym facetem. Ciężarne to regularnie przychodzą ze  swoim  facetem. Bo on  uważa, że współtwórca dziecka powinien od samego początku być włączony w akcję pod  tytułem  "dziecko".  Jutro muszę sobie  zarezerwować termin wizyty, więc przejrzyj swój terminarz kiedy możesz poświęcić jedno późne popołudnie na tę wizytę.  

Nie ma  problemu - jeszcze  nigdy nie byłem u ginekologa- to może być nawet bardzo interesujące doświadczenie-  stwierdził  Wojtek.   Czy ja też będę badany? Marta roześmiała  się - nie sądzę. Z tego co pamiętam  oboje  mamy krew na plusie. Co najwyżej przepytaj  się tatki jakie choroby występowały u twoich dziadków. Nie  wiem co prawda,  czy będzie wiedział coś o  zdrowiu swoich teściów. Jak widać to głupota i wredność nie są dziedziczne - jak na  razie to nie odziedziczyłeś  cech swojej mamy. Wojtek chwilę milczał a potem powiedział - byłoby fajnie gdyby urodziła  się dziewuszynka. Muszę poczytać co zrobić by to była  dziewczynka. 

Marta roześmiała  się - niestety ani ty ani ja  nie mamy na to wpływu- nikt nie jest w stanie sterować płcią - w każdym razie jedno co wiadomo, że częściej  rodzą  się chłopcy. Teoretycznie to wg jednych opinii głównie  dlatego, że są słabsi biologicznie od  kobiet, częściej tracą życie lub  zdrowie  w młodym  wieku, więc natura   w ten  sposób  wyrównuje  ich  szanse. Według tak zwanej medycyny  naturalnej stosunek w  samym  środku  owulacji sprzyja poczęciu chłopca, natomiast 2, 3  a nawet 4 dni przed owulacją jest szansą na dziewczynkę. A tak naprawdę to nawet przy  zapłodnieniu in vitro nie ma gwarancji że tak będzie. A tak na  zdrowy chłopski rozum dziecko jest  dzieckiem i rodzicom powinno  być wszystko jedno jakiej będzie płci. Wojtek zamyślił się, a potem powiedział - szczęściarz  z tego Michała, zmajstrował pareczkę, ale to nie  są "klony". On mówił, że chyba  zbyt krótko odczekali po odstawieniu tabletek i dlatego Ala wyprodukowała dwa a nie jedno jajeczko. A gdzieś  czytałem, że dieta obojga  ma  wpływ na to jakiej płci będzie  dziecko.

Eeee, bzdura- stwierdziła  Marta - znałam  taką, która przed ciążą i  w jej  trakcie obżerała  się słodyczami i czekoladą, bo ktoś jej  powiedział, że wtedy na pewno urodzi  dziewczynkę, ale jednak urodziła  chłopca, a na  domiar  złego takiego ważącego prawie 4 kg bez kilku dekagramów i  w rezultacie musieli jej  robić cesarkę bo inaczej to by  się  dzieciak wykończył-  a ten poród  zakończony  cesarką  to trwał prawie  10 godzin nim ją pokroili.  W każdym  razie  tyle  czasu leżała na sali porodowej i opowiadała potem, że dostawała bzika, bo jednocześnie było na porodówce siedem babek, a leżało się na  takiej twardej wąskiej wysokiej kozetce i nie pozwalali jej zejść bo już jej wody odeszły. A najgorzej  dokuczyło  jej to, że pacjentki  były odgrodzone od  siebie  tylko takimi cienkimi  białymi parawanami,  a personel nie  szeptał do pacjentek  tylko mówił pełnym  głosem i tak  zwanym "otwartym tekstem" w rodzaju "niech się pani  nie drze bo to i tak  nie pomoże".   No a ona przez  to wszystko zawaliła jeden  semestr  studiów a potem ponoć musiała  zbijać  swą nadwagę. Ona jeszcze  będąc  w ciąży  wyglądała wielce okazale. A potem rozgłaszała wieści, że to wina jej męża, że urodziła  chłopca, bo oni obydwoje  powinni  się  byli obżerać czekoladą,  a on nie  chciał jeść czekolady- ponoć miał kłopoty z wątrobą. Wiesz- ja  się podczas tych  studiów nasłuchałam tylu  głupot  na różne tematy, że  aż  się dziwię, że nie  zgłupiałam doszczętnie. Ale jak  widać odporna ze mnie  kobieta. 

Zawsze mnie zastanawiało skąd one  biorą takie  mądrości życiowe. Najgorzej, że nie wypadało mi wręcz  rżeć ze śmiechu. Bo jakby na  to nie  spojrzeć to studiowały w  Warszawie i  miały dostęp do różnych źródeł wiedzy nie  tylko medycznej, tyle  tylko, że jakoś nie umiały tego  faktu  wykorzystać. Pomyślałam wtedy, że za nic  w świecie  nie  chciałabym być klientką którejś z nich. Teoretycznie wszyscy co ukończyli studia medyczne i konkretną specjalizację   mieli podaną taką samą wiedzę a potem  się okazuje, że jedni lekarze  są świetni a inni - poprawni, ale  nie świetni.

Kochanie, a ten twój lekarz to będzie cię miał pod opieką aż do chwili urodzenia  się  dziecka?- spytał Wojtek. Nie, on mnie odda pod opiekę swojemu koledze gdy już będę w ciąży. I ciąża będzie  prowadzona w naszej klinice bo będę miała do niej  blisko a  rodzić będę  w szpitalu, w którym pracuje kolejny  kolega mojego gina. Tam  nie ma zbiorowych porodówek. Od połowy ósmego miesiąca będę pod ich opieką. Gin mnie  zapewnia, że nawet  nie  zauważę kiedy urodzę - ponoć tak będę zadbana. Póki co to jeszcze  mamy furę  czasu. Bo po odstawieniu tabletek mój organizm musi wrócić do normy. Co zabawniejsze, to mój gin twierdzi, że trochę jest  tu "działania w ciemno", bo nie  było prowadzonych regularnych  badań w temacie "zależność wystąpienia ciąży mnogiej a termin odstawienie  tabletek antykoncepcyjnych przed  zajściem w  ciążę". Po prostu  niektórzy lekarze  zauważyli, że  wzrosła liczba ciąż mnogich i jakimś  cudem doszli do wniosku, że ten  wzrost ciąż mnogich nastąpił  głównie u pacjentek które odstawiły tabletki i  zaraz  sobie  zafundowały ciążę. I zapewne nikt takich badań nie  sfinansuje - bo nikt  za darmo  nie  będzie   brał udziału w badaniach. To Europa  a nie  Indie i inne "zadupie" w których pacjenci biorą udział w badaniach  nie wiedząc o tym. No i dopiero niedawno  się wydało, że badania nad  nowymi lekami tam prowadzone są niewiarygodne.  Wiesz, tu nawet krem, kosmetyk nie  będący lekiem, długo i namiętnie się bada czy  nie  szkodzi klientowi. A  z reguły jego baza  jest już dawno przebadana na 100 sposobów. I każdy  nowy dodatek dodany do bazy jest badany oddzielnie  oraz  z  bazą.

Rozmowę przerwał telefon od Andrzeja - słuchajcie jest dom  w pobliżu nas! Taki na dwie rodziny . Żartujesz? - zapytał Wojtek. Nie  żartuję, ale jest to duża chałupa, tyle  tylko, że niemal bez ogrodu i dlatego nie ma  powodzenia. To jest ze dwieście metrów ode mnie. Właściciel przeniósł się w lepszy wymiar a wdowa chce się wynieść z Warszawy do swojej córki, która  mieszka w okolicy Bydgoszczy. Czekaj - przerwał mu Wojtek - to co ta babka  chce  to mało ważne, bo ten  dom a właściwie jego połowa należy  do córki - z nią też rozmawiałeś?  Nie ma potrzeby rozmawiać, bo to jest córka z poprzedniego małżeństwa  tej babki, więc  nie dziedziczy po zmarłym niczego. Poza tym ta córka ma tam pod  Bydgoszczą dom i ponoć  się  cieszy, że matka  chce się do niej wprowadzić bo będzie miała darmową niańkę do dzieciaków, a ma ich troje. To jest duża  chałupa i tak naprawdę to  tam kiedyś  mieszkały cztery rodziny. Gdy to obejrzałem to aż mnie  zatkało- bo to są praktycznie cztery mieszkania.  Ojciec już tam poleciał i obejrzał- każde z  mieszkań to 3 spore pokoje z kuchnią i łazienką. Media miejskie, czyli woda, gaz, co. No ale nie ma prawie ogrodu- dookoła  domu jest  ścieżka szerokości góra  2,5 m , jej środkiem jest ułożony  niby chodnik z płyt chodnikowych. No i ogrodzenie jest  trochę  dziwne - murek ponad metr wysokości, na nim siatka obrośnięta winobluszczem. Ale  siatka jest  gruba, taka ozdobna, nie taka zwykła ogrodzeniowa.

No i kto by tam  miał twoim  zdaniem mieszkać?- spytał Wojtek. No wy, rodzice Marty i twój ojciec. No i myślę, że moglibyście to sobie obejrzeć.  A ty zdajesz  sobie  sprawę z faktu, że to będzie spory  wydatek a poza tym możliwy do  zrealizowania tylko wtedy gdy sprzedamy te  mieszkania. No  wiem, nie jestem jakimś głąbem. Na razie umówiłem  się z tą kobietą, że wam o tym powiem- ona  wie, że to cholernie  duże jest i  raczej szybko nie  zejdzie. Wiesz- zawsze istnieje  coś takiego jak umowa przedwstępna- przecież trzeba  sprawdzić wszystkie papiery, prawo własności i zrobić ekspertyzę stanu technicznego. Jeśli będziecie zainteresowani tym domem i będzie  się wam  wszystkim podobał, to spróbuję babkę namówić, by w rozliczeniu wzięła np. mieszkanie wasze i ojca, bo one  się  szybko sprzedadzą - mało kto chce chałupę z niby ogrodem. Nie ukrywam, że marzy mi  się od  dawna  byśmy  bliżej siebie mieszkali. I chociaż  bardzo lubię Michała i Ziuków to jednak chcę mieszkać  blisko was. Ja naprawdę kocham  was wszystkich.  Ojciec  już obiecał mi, że zaangażuje znajomego  rzeczoznawcę by to wszystko dokładnie obejrzał i ocenił.

No dobrze- powiedział Wojtek -zjemy obiad i wpadniemy do was z moim ojcem. Rodzice Marty mają dziś u siebie kuzynkę Patrycji, więc im wszystko opowiem gdy od  was wrócimy.  Trudno opowiadać o  czymś  czego się jeszcze  nie  zobaczyło. Wstawimy do nich  Misię i wpadniemy  do was.

                                                                               c.d.n.


piątek, 27 września 2024

Córeczka tatusia - 162

 Tegoroczna jesień była całkiem  miła - ojcowie Wojtka i Andrzeja z reguły w piątki robili  wypady na grzyby, choć  chwilami były to tylko wypady "po grzyby", bo jeśli po drodze stali sprzedawcy z grzybami to  dziadkowie  poprzestawali na kupnie   grzybów.  Potem  znajdywali  miejsce na "piknik", przebierali i  czyścili grzyby. Kupowali też jabłka  i inne owoce, warzywa  a nawet kartofle. A jabłka, które kupowali to były z reguły  stare,  znane od lat  odmiany, których teraz już nie było w sklepach. Bo te "stare odmiany" jabłoni owocowały nie co roku a co dwa lata, więc  się plantatorom nie opłacały do uprawy. Z niektórymi gospodarzami  dziadkowie  się niemal  zaprzyjaźnili, kupowali też  często domowego chowu kurczaki, wyhodowane na  prawdziwym  ziarnie i robakach  wydziobanych przez kury,  z raz  w tygodniu również jajka, z czasem , gdy sprzedający już nabrali do nich  zaufania, to  "zapisywali się" na cielęcinę, prawdziwą śmietanę i biały wiejski ser oraz warzywa. Kurczaki były  już  zawsze "sprawione", wystarczało je  tylko jeszcze raz opłukać, potraktować przyprawami  wg  własnego uznania i upiec. Oczywiście dziadkowie zaopatrywali w "prawdziwe produkty" nie tylko  swoją rodzinę  ale  również rodzinę Michała oraz rodziców  Marty. 

Marta, w  celu "ocieplenia kontaktów" podesłała nieco kosmetyków dla pań i dla dzieci. A dziadkowie zawsze  się dopytywali, czy gospodarze nie potrzebują przypadkiem  czegoś  "z miasta", bo teoretycznie był PKS do Warszawy, no ale zawsze mniej kłopotliwe byłoby dla gospodarzy by  to  towar do nich dotarł. Tata Wojtka cieszył się wielkim uznaniem pań  domu bo znał się na gotowaniu,  a z kolei tata Andrzeja  zawsze coś doradził w kwestiach technicznych budynku mieszkalnego, co trzeba koniecznie poprawić przed  zimą by jak  najmniej  ciepła uciekało z  chałupy. Czasem dziadkowie przywozili od  gospodarzy domowy smalec i cztery warszawskie rodziny zajadały się tym wielce niezdrowym , zdaniem dietetyków, produktem.

W listopadzie ojciec Michała "zapowiedział się" na grudzień i być może zostałby nawet na święta. A ty tato to prywatnie tu  się  wybierasz czy w celach służbowych? - spytał Michał.  A to ma jakieś znaczenie?- zdziwił się ojciec. Właściwie nie ma, zapytałem tak z przyzwyczajenia -  wyjaśnił Michał. Ale z uwagi na to, że chcemy spędzić święta razem z przyjaciółmi to wolałbym wiedzieć  wcześniej jak  mamy sobie te święta  zaplanować. Bo chcemy je spędzić  wszyscy razem, zapewne w domu Andrzeja. W sumie to będzie nas cała zgraja- 13 osób dorosłych i pięcioro nieletnich. Zastanawiamy  się z Wojtkiem  czy aby  nie lepiej wyjechać na święta do  prywatnego pensjonatu. Finansowo to będzie tak samo, tyle  tylko, że na pewno mniej się nasze panie narobią niż gdybyśmy robili święta w Warszawie. I muszę  tę decyzję jeszcze ze  wszystkimi przedyskutować. Bo razem z  dzieciakami to nas będzie 18 dusz, w tym pięcioro dzieciaków. 

To masz jakichś nowych  znajomych?- zdziwił  się ojciec.  Nie, cały  czas ten sam komplet- cztery osoby  dorosłe u Andrzeja plus dwójka dzieci,  u Marty piątka  dorosłych, ode mnie cztery dorosłe, bo przecież  Ziukowie są naszą rodziną no i trójka  naszych  dzieci.  Odkryliśmy pod  Warszawą bardzo miły prywatny pensjonat, który jest czynny i zimą, ale musimy szybko się decydować, żeby miejsca zarezerwować . Zajmiemy praktycznie cały pensjonat. Na szczęście to blisko Warszawy,  tam nawet chyba  miejskim autobusem  można  dojechać, bo to włączyli do jednej z  warszawskich  gmin,  no ale my pojedziemy swymi samochodami. Na  co dzień jesteśmy wszyscy tak zwanie  "zarobieni"  po uszy  i nie mamy  się kiedy  wszyscy razem spotkać, bo w weekendy to trzeba  co nieco w domu porobić i pobyć z  dziećmi.

Wiesz synu, mną się nie przejmuj, bo ja  nie przyjadę sam, przyjadę z przyjaciółką. Ale w tym układzie to może będzie lepiej gdy przyjadę wiosną - dni dłuższe i pogoda nie  zmuszająca do siedzenia  w domu. Michał uśmiechnął się sam do siebie i zapytał-  a ta twoja przyjaciółka to o ile lat jest młodsza ode mnie? Bo nawet jeśli jest ode mnie ze  dwa lata starsza to i tak wiadomo, że leci na twoje pieniądze i wygody życia z tobą a nie na ciebie.  Ojciec obruszył się  i powiedział - to tylko przyjaciółka i nie mam wcale zamiaru wiązać  się z nią na  stałe, nie  tęsknię za życiem małżeńskim. Dostatecznie  długo byłem żonaty. A testamentu nie mam zamiaru zmienić, więc jesteś zabezpieczony. 

Tato, mnie nie  zależy na dziedziczeniu jakiegoś majątku po tobie, ja  tylko nie chcę byś się czuł oszukany bądź wykorzystany. A czy ta przyjaciółka wie, że nie masz  zamiaru się z nią żenić?  No raczej  wie, bo  jej kiedyś, na samym początku powiedziałem, że nie mam zamiaru żenić się po raz  wtóry. Do biednych to ona nie należy, ma  własne pieniądze bo jest właścicielką salonu odnowy biologicznej, cokolwiek to znaczy. My nawet nie  mieszkamy stale  razem, to naprawdę jest  tylko przyjaźń. Po prostu razem chodzimy na różne imprezy, więc nie  zostanie twoją macochą. 

Po rozmowie z ojcem Michał zaraz  zatelefonował do Wojtka i opowiedział mu  o wszystkim. No popatrz, musimy chyba  już porozmawiać o świętach bo nas wszak będzie  sporo. Ja myślę, że faktycznie nie byłoby źle zadekować się tam na święta- stwierdził Wojtek.  Ja zaraz pogadam ze  swoimi , a właściwie  to tylko z rodzicami Marty muszę pogadać, bo my dwoje i mój ojciec to wiadomo, że musimy być  razem. No i do Andrzeja też zatelefonuję. Wiesz, on ma taki zawód, że może być różnie, ale im  wcześniej zgłosi urlop tym jest większa  szansa, że mu nie wcisną jakiegoś dyżuru. Zresztą on  chyba dlatego brał tak nałogowo te  niedziele, żeby mu potem nic nie  bruździło w święta. Rodzice  dziś jak  zwykle wpadną do nas po  Misię by ją  wziąć na spacer, więc im  wpuszczę sprawę. Za nich i za rodziców to ja zapłacę, to będzie prezent od nas  dla nich- lepsze to niż jakieś duperele pod  choinkę. Pod choinką to będą tylko prezenty dla dzieci. Dla naszych pań też będzie lepiej gdy nie będą musiały sterczeć przy garach, bo wiadomo, że wtedy nasza pomoc  jest raczej iluzoryczna. Oby tylko była pogoda jakaś naprawdę zimowa, to wtedy dzieciaki miałyby frajdę.  Trzeba się tylko zdecydować czy dzieciaki mają tam zostać aż do Nowego Roku z dziadkami. Wiesz - gdyby był śnieg to mogliby tam siedzieć aż do Nowego Roku włącznie, no ale jeśli będzie deszcz zamiast  śniegu, to oni się tam urwą z nudów. Ja myślę, że my chyba  tylko na święta tam pojedziemy, a resztę to sobie zorganizujemy w Warszawie - stwierdził Wojtek. Poza tym na razie  to nie  wiemy co o tym wszystkim myślą nasze żony. Wiesz - my to nie mamy dzieci, nam właściwie jest dość obojętne  gdzie wylądujemy na święta. Na Sylwestra to my z Martą raczej nie będziemy reflektować w jakimś publicznym miejscu, więc albo zrobimy coś takiego jak w ubiegłym roku albo posiedzimy przed telewizorem. Te wszystkie "bale" to są do niczego - jedzenie kiepskie, stolików ze dwa razy  więcej niż być powinno a do tego nigdy nie wiadomo jaka będzie pogoda. Podejrzewam, że Sylwester będzie u nas, bo w razie  czego to nie będzie problemu z noclegiem. Jakby na  to nie  spojrzeć to mamy wszak cztery pokoje. Swoją  drogą to nie mogę  się oprzeć  wrażeniu, że ten rok jakoś podejrzanie szybko mija. Gdy byłem dzieckiem  i chodziłem do  szkoły to tylko wakacje jakoś podejrzanie  szybko mijały, a  rok szkolny to się wlókł niesamowicie.  Teraz to czas mija mi jakoś szalenie  szybko. Dopiero co byliśmy na Słowacji a już musimy myśleć o Sylwestrze.  Gdy ostatnio rozmawiałem z Miloszem to proponował byśmy przyjechali do nich w lutym lub w marcu na  narty i stwierdziłem, że to zupełnie nierealna sprawa. I tak sobie przypomniałem, że kiedyś mi  się wydawało, że bycie dorosłym to niezmiernie fajna  sprawa i że gdy wreszcie będę dorosłym i będę pracował to świat będzie do mnie należał . A tu się okazuje, że może byłoby stosunkowo nieźle, gdybym miał tzw. wolny  zawód, ale tak  naprawdę to mało kto ma taką pracę, że ma dużo wolnego  czasu a do tego i sporo gotówki. Ja  w każdym razie nie  znam takich co mają wolny zawód i mają dużo wolnego  czasu i jednocześnie dużo pieniędzy.  Bo zarabianie pieniędzy pochłania furę czasu.  Tak z ręką na  sercu, to uważam, że nasza praca na tle innych zawodów to sprawa świetna- jakby na to nie spojrzeć  to nie jest źle - przynajmniej  mnie nie jest  źle. Trochę mnie  "gniecie" ten doktorat, no ale jakoś to przetrzymam - mój ojciec zawsze mi powtarza : pamiętaj, że zawsze może  być gorzej niż jest. No i ma rację.

Po serii narad postanowiono, że ponieważ w okresie świąt nie  grozi zimowa pogoda i na śnieg lub mróz to raczej nie ma  co liczyć, więc wyjazd z Warszawy raczej odpadał. Koniec końców święta wszyscy w tym roku obchodzili oddzielnie, we własnym  rodzinnym  gronie, a Sylwester, tak jak i rok wcześniej miał być u Marty i Wojtka, z tym, że umówili  się, co kto w domu u siebie "upichci" i przyniesie ze  sobą. Nie  było problemu z umówieniem się co kto  przyniesie i oczywiście wiadomo  było, że w tym układzie będą wszyscy nocowali u Marty i Wojtka, wyśpią się do oporu, w Nowy Rok  zjedzą wspólnie śniadanie i to będzie  bardzo miłe rozpoczęcie  kolejnego roku. Ojciec Wojtka tym razem zdecydował się by razem z rodzicami Marty wybrać  się na koncert do Opery. Będą jechali jednym samochodem i po koncercie "podrzucą" go do jego mieszkania. 

Słodkości na święta i Sylwestra tym razem nie  były dziełem Marty ale zamówione były w nowo otwartej cukierni, a że obiekt  był na etapie "zdobywania klientów" ceny były atrakcyjne, a wyroby smaczne. To co miało być podane na kolację było rodem od zaprzyjaźnionych "wieśniaków"- zaopatrzenie dostarczyli do domu ojcowie - tym razem była nawet wiejska kiełbasa, wędzone kurczaki i naprawdę bardzo smaczna  szynka oraz "domowa  mielonka", czyli mięso mielone przygotowane jak na kotlety mielone, ale zawekowane w słoikach. Marta zrobiła  tym razem zupę grzybową z grzybów zbieranych przez ojców. O północy "przyszedł" mail z życzeniami  wszelkiej pomyślności od rodziców Marty i Wojtkowego taty, z dopiskiem, że koncert bardzo, bardzo udany. Tym razem Misia spędzała Sylwestra razem ze  wszystkimi, ale najwięcej  czasu spędziła przytulona do Andrzeja, który właściwie nie  wypuszczał jej z rąk. A  że Misia ogromnie lubiła być stale głaskana i przytulana to oboje  byli  bardzo zadowoleni. Pogoda rzeczywiście w niczym nie przypominała zimy, co prawda nie przekraczała plus 5 stopni ciepła, więc  było raczej zimno niż  ciepło, za to deszcz nie  żałował sobie i padał jakby mu za to ktoś płacił. Było tak wrednie, że nawet nikt nie odpalał tym razem petard, a Misia postawiona na mokrym trawniku, osłaniana Wojtkowym parasolem z wielką odrazą postała minutę i łaskawie się wysikała, natychmiast przytulając  się do nogi Wojtka o prosząc by ją zdjąć z tego mokrego zimnego trawnika. W domu, wytarta i wysuszona suszarką wprosiła  się na "ręce głaskające", czyli Andrzeja i spała razem z Andrzejem i Marylą niemal do świtu- wg Andrzeja wyniosła  się do swojej budki około piątej rano - chyba  było jej za  ciepło pomiędzy Andrzejem a Marylą.

Nowy Rok rozpoczął się tak mniej/ więcej bliżej południa, deszcz nadal padał a niebo zaciągnięte bardzo ciemnymi  chmurami nie  zapowiadało szybkiej poprawy pogody. Biedna Misia znów musiała odwiedzić bardzo mokry trawnik i baaaardzo długo stała pod daszkiem  nad  wejściem do budynku, w końcu została wyniesiona na trawnik, co bardzo się jej nie podobało. Tym razem była  z Martą, która weszła razem z  nią na trawnik i osłaniała psinę parasolką. 

Śniadanie wprowadziło wszystkich w nieco lepszy nastrój i wszyscy cieszyli  się, że są jednak w mieście a nie pod Warszawą. Śniadanie jedli niespiesznie i ta  czynność zajęła im niemal dwie  godziny. Wszyscy orzekli, że to był najfajniejszy w ich życiu noworoczny poranek - nikt  nie  był zmęczony i śpiący, Marta powiedziała, że mogą przecież siedzieć u nich nawet  do wieczora, jest co jeść , kawy i herbaty ani też słodkości nie  zabraknie, obiadu też dla wszystkich wystarczy. Mogą się nawet i wina napić, bo wszak jest, a potem odpowiednio długo odsiedzieć. Wczesnym popołudniem goście postanowili jednak sprawdzić co porabiają ich rodziny i z wielkim żalem zaczęli się zbierać do domów. 

No widzisz Mała - powiedział Andrzej obejmując Martę - mam rację, że powinniśmy  wszyscy  mieszkać w jednym budynku i najlepiej  na jednym piętrze, albo tak jak mieszkaliśmy na Słowacji a nie  w trzech różnych miejscach w tak dużym mieście.  No to szukaj  w Warszawie takiego domu, który nie byłby na peryferiach miasta bo codzienne  dojazdy by nas  wykończyły, a jak znajdziesz to daj  znać- powiedziała Marta.  Ja to już wiem co znaczą odległe dojazdy w Warszawie bo jeździłam na  drugi brzeg przez całe  studia i cieszę  się, że teraz mam do pracy nieomal rzut beretem.Tak  się składa, że teraz to my  wszyscy mamy dość  blisko do swych  miejsc  pracy i nie  musimy  się wlec przez  całe miasto i poza tym zawsze możemy zmienić samochód na miejską komunikację, a większość nowych osiedli buduje  się teraz w przysłowiowych kartoflach i tracisz  kupę forsy na dojazdy swoje, a potem dojdą jeszcze  dojazdy dzieci do szkół ponadpodstawowych. Pomyśl chwilę - nawet Ursynów już się zrobił szalenie rozległy i niemal do Powsina dochodzi z jednej strony. Nie przeczę, że byłoby fajnie,  tak jak nam  było w  domu Ondreja, ale realia są takie  a nie inne.  Wiem- z ponurą miną odpowiedział Andrzej - ale trzymam rękę na pulsie i cały  czas sprawdzam domy na Sadybie. Stamtąd i Wojtek i Michał  mieliby dobry dojazd do pracy, a ty też nie jeździłabyś przez  całe miasto , poza tym byłaby to taka jak moja  jazda- pod  prąd w godzinach do i z pracy. I są tam  i szkoły i przedszkola i sklepy i różne punkty usługowe. Wiem - ale nie mam ochoty spędzić połowy życia na przeprowadzkach - odpowiedziała  Marta. Tu mam rodziców 200m od  siebie, tata Wojtka jest zaledwie o kilometr od nas. A praktycznie to jest głównie  z nami. To wszystko muszę brać pod uwagę - pomyśl o tym trzeźwo. Pomyślę - obiecał Andrzej.

                                                               c.d.n.


wtorek, 24 września 2024

Córeczka tatusia - 161

 Dzieciakom bardzo podobał  się pobyt  w owych  Świdrach Małych, a najstarsze  dziecię Ali i Michała  zapytało, "czy  nie byłoby  fajniej mieszkać  stale w takim  miejscu?" 

Ziuk chwilę  milczał a potem powiedział - być może, że  byłoby miło  mieszkać poza Warszawą i gdy już będziesz dorosłym człowiekiem,  z dużą ilością gotówki a do tego będziesz mógł pracować głównie w domu, to może sobie kiedyś  kupisz kawałek  ziemi i wybudujesz dom z takim  dużym ogrodem. A żebyś miał choć mgliste  pojęcie jak to jest jeździć codziennie stąd do szkoły lub do pracy do Warszawy, to ci zaprezentuję uroki życia codziennego gdy  się mieszka w pobliżu dużego  miasta i dwa razy dziennie pokonuje się tę trasę. Oczywiście będziesz  musiał wstać o szóstej rano, bo lekcje  w  szkole zaczynają się o 8,00, więc musisz  być  w  szkole o 7,45. Teraz  jest pytanie, czy znajdzie  się dla ciebie miejsce  w  szkole, w Warszawie blisko którejś ze stacji  pociągu którym przyjedziesz.  Ponieważ już teraz stosunkowo  blisko kolejki  nie ma wolnych miejsc  pod  zabudowę domów mieszkalnych ( już zupełnie  pomijam  kwestię ceny takiej inwestycji, bo zakładam, że ci pieniądze spadną z nieba)  to możemy jutro przetrenować  taką wyprawę. Obudzę cię jutro o przed szóstą rano i pojedziemy do Warszawy. Oczywiście pojedziemy kolejką elektryczną, jako że póki co to jeszcze nie  masz prawa jazdy no i poza tym jeszcze nie prowadzisz  samochodu.  Ziukowa słysząc  to wszystko wyszła  szybciutko z pokoju, żeby się spokojnie  wyśmiać. Podzieliła  się zaraz tą nowiną z mamą Andrzeja, która stwierdziła, że to świetny pomysł i teraz  już obie  dusiły  się od  tłumionego śmiechu. Wiesz - powiedziała Andrzejowa  mama - stąd jest kawał drogi do stacji, to się Mireczek nieźle  zgoni. No i dobrze - stwierdziła  Ziukowa- przynajmniej na  długo  zapamięta i o to właśnie   biega! Wiesz - w tym przypadku im  będzie  smykowi  gorzej tym lepiej. Mam tylko nadzieję, że Ziuk sam siebie tym nie  zamęczy.

I rzeczywiście następnego dnia Mireczek został obudzony  przed szóstą rano, bez  szemrania wsunął kakao i bułkę z wędliną, ubrał się i razem z dziadkiem wyszli z domu. Gdy dotarli na stację Mirkowi nieco zrzedła mina, bo pociąg przyjechał już nieźle zapchany, ale jakimś cudem jeszcze  się  zmieścili. Mirek był chyba jedynym dzieckiem w tym wagonie, a na każdej kolejnej stacji wciąż wsiadali następni chętni, ale byli to głównie dorośli, więc Ziuk go poinformował,że z powodu wakacji nie jadą do stolicy dzieci. Z wielką ulgą Mireczek opuścił kolejkę na  stacji Śródmieście , a dziadek zdecydował, że teraz pojadą komunikacją miejską na Ursynów. Wakacje  wakacjami, a  autobus też  był zatłoczony. Po drodze do domu, w którym mieszkali "młodzi", czyli Mireczek  z rodzeństwem i rodzicami  dziadek zrobił zakupy. A tak cyrklował z tymi  zakupami, by być w domu  najpóźniej o 8,30. Oczywiście Mireczek  nie miał pojęcia, że jego rodzice doskonale  byli o wszystkim poinformowani. Michał w chwilę po ich przyjściu wyszedł do pracy, a Ala zabawiła  się w nauczycielkę i pokazała  synkowi jego nowe  książki, przepytała  się jak mu się podobała jazda kolejką  do Warszawy a w Warszawie jazda komunikacją miejską. Nie da  się ukryć, że Mireczek był pół żywy  ze zmęczenia i nawet lody czekoladowe zupełnie nie wzbudziły  jego entuzjazmu. Mały  był śpiący i  zmęczony, ale gdy  się poskarżył, to zaraz  się dowiedział, że tak właśnie  mają dzieci dojeżdżające do szkoły w Warszawie. Bo nawet jeśli w którejś z miejscowości jest  szkoła podstawowa to  chodzenie do niej jest dość problematyczne, bo jakimś cudem, choć program nauczania jest taki sam dla wszystkich  szkół podstawowych, to po ukończeniu takiej poza warszawskiej podstawówki  dzieci mają problemy by dostać  się do dobrego liceum w Warszawie.

No i ja tego wcale  nie mogę pojąć - powiedziała Ala do teścia- przecież ci nauczyciela to chyba są po studiach- nie  sądzę by teraz  nauczycielem był ktoś tylko po liceum. No coś ty - licea pedagogiczne zlikwidowano w 1971r, teraz  nauczyciel  musi mieć studia pedagogiczne by uczył innych. Ale nie  da się ukryć, że przez lata dzieci w szkołach podstawowych uczyli absolwenci liceum pedagogicznego. Po 1971 roku  spora  część nauczycieli odeszła  z  zawodu, niektórzy jednak zrobili  studia. Po prostu niektórzy lubią tę pracę- tłumaczył teść.

Entuzjazm Mirka związany z  zamieszkaniem  na stałe  poza Warszawą pomału  spadł do zera. Ali było synka żal, ale Ziuk był twardy i stwierdził, że Mirek teraz  odpocznie a na letnisko wrócą nim się zacznie tłok w kolejce. Nic mu nie będzie, najwyżej wcześniej  dziś pójdzie  spać. I na pewno pomysł  mieszkania poza Warszawą szybko wywietrzeje  mu  z głowy. Wiesz- ojciec Andrzeja długo nie mógł darować swemu synowi, że ten nie  chce mieszkać z nimi na  tym koszmarnym zadupiu i dojeżdżać o różnych porach dnia i nocy do Warszawy. Teraz  już się nie może doczekać końca pobytu na tym letnisku, choć  ma  samochód, nie  musi robić zakupów ani sprzątać posesji. Już mu tęskno za  Sadybą. 

Na szczęście dla Mirka wracali na letnisko gdy jeszcze nie  było tłoku w kolejce, a Ala na otarcie  łez dała dla  dzieci domowe kruche ciastka. Całą  drogę  Mireczek  zapewniał dziadka, że na pewno nie chce już zamieszkać poza  miastem. Dziadku- tak sobie pomyślałem, że teraz jest lato, ale w  zimie to tu na pewno nie jest dobrze  mieszkać. Ta droga, którą szliśmy do stacji to nie ma asfaltu i na pewno nikt jej  nie odśnieża zimą. No fakt - zgodził się  Ziuk- to nie jest droga asfaltowa, ale myślę, że chyba zimą  jeżdżą jakieś  pługi i odśnieżają ten kawałek drogi - zimą też tu ludzie przecież mieszkają i zimą też mają tu  wczasowiczów. 

Gdy dotarli już na swoją kwaterę Mireczek z wielkim przejęciem opowiadał jaki był straszny  tłok w pociągu elektrycznym i że w tym wagonie  to on  był chyba jedynym  dzieckiem i stwierdził, że on nigdy nie  będzie  mieszkał  stale pod Warszawą, bo te  dojazdy to są straszne.  I tego dnia jakoś bardzo  szybko uporał się  z kolacją i jako pierwszy powędrował do łazienki. Był jednak bardzo  zmęczony i zasnął jeszcze  w trakcie  gdy babcia  czytała  dzieciom  bajkę na  dobranoc.

W ramach pożytecznych  zajęć Ziuk zarządził,  by  dzieci zrobiły dla siebie   zielniki. Były to bardzo nowoczesne zielniki, bowiem liście miały być utrwalone  żywicą  epoksydową. Oczywiście  najwięcej pracy mieli dziadkowie, bo to oni utrwalali liście w specjalnie  do tego przeznaczonych  płaskich pojemniczkach. Dzieciaki były zachwycone, a Ziukowa, gdy już wszystkie liście były zebrane a Mirek z pomocą dziadka dopasował liście  do karteczek z ich nazwami powiedziała do babci Piotrusia i Jacka - mam pomysł. Poproszę Michała  by dokupił żywicy i dodatkowo kupił takie  nieduże szklane płaskie  naczynka  laboratoryjne i zrobimy dla wszystkich pań w  rodzinie wisiorki z  zatopionymi wewnątrz kwiatkami. Pokombinuję  tylko jak zrobić dziurkę, żeby przewlec jakiś  ozdobny  sznurek albo rzemyk. Mam nadzieję, że kwiatki też uda  się tak utrwalić. Tylko się zastanawiam jakie kwiatki uda  się nam znaleźć. Żaden problem  z tymi kwiatkami - przejdziemy się po całym osiedlu, tu każdy ma jakiś ogródek i bez problemu  wyżebrzemy kilka kwiatków- stwierdziła mama  Andrzeja. 

Ale  wpierw trzeba zatelefonować  do Michała, żeby przywieźli pojemniczki, najlepiej  szklane. Jakieś najmniejsze  szalki Petriego. Te pojemniczki od liści  są  stanowczo za duże, no bo i liście są  wszak  spore. A w kwestii dziurek- są takie  gwoździe ze  sporym  i jednocześnie  bardzo płaskim łebkiem, to się  wpierw do naczynka  przyklei taki gwóźdź i dopiero wtedy obleje  się kwiatek żywicą. To będzie  sporo pracy przy  każdym kwiatku.  No i klej musi  mi przywieźć taki "błyskawicznie klejący. I myślę, że zacznę to robić gdy nasze skarby już będą  spały. Oni są  zbyt żywiołowi by przy  nich  robić takie precyzyjne  operacje. Z liśćmi poszło nam  łatwo, ale  z kwiatkami to będzie  więcej pracy. Gdy dzieci już spały Ziukowa  zatelefonowała  do Michała i "złożyła" zamówienie. No a ile mam przywieźć tych  szalek Petriego? - dociekał  Michał. No tyle ile  jest kobiet w rodzinie plus Marta i jej mama. A co wy chcecie w  szalkach  mieszać?- dociekał Michał. No wisiorki  chcemy zrobić dla wszystkich  pań. I pamiętaj kochany,  żeby gwoździe były z takim  idealnie płaskim łebkiem one  się  chyba  nazywają pabiaki. I wiesz - utnij im od  razu ostre końce, bo one  nie są nam potrzebne, nie będą  nigdzie  wbijane. A tych gwoździ to ile wam kupić? No tyle  samo nam ich trzeba  co szalek Petriego - dzięki nim będziemy  miały gotowe  dziurki w tym, co będzie  wylane  w szalce. No, niemal rozumiem - zapewnił Ziukową Michał. A na kiedy to wam potrzebne? Teoretycznie  na już, ale nie  musisz  z tego powodu do nas  ekstra  przyjeżdżać, przywieziesz gdy wpadniecie  do nas  w  weekend.  No to wpadniemy do was w  sobotę. A coś jeszcze  trzeba wam przywieźć?  Nie, wszystko mamy. A wasz  synek już zrezygnował z mieszkania stale  poza  Warszawą. Nieźle  dostał w kość tą wyprawą poranną  do Warszawy. 

Michał się   śmiał i powiedział - najlepiej gdy dziecko coś  wypróbuje  samo na  sobie. Mnie tak ojciec wybił papierosy z głowy. Już po wypaleniu połowy papierosa  myślałem że za moment umrę. Podobno  miałem mocno zielonkawy odcień twarzy. A mama omal go nie pobiła gdy mnie  zobaczyła w dwie godziny później. Spróbuję namówić Martę i Wojtka żeby też  przyjechali. Ale oni jeśli przyjadą to bez psa za to z ojcem Wojtka, bo Marta nie  chce  go zostawiać  samego w weekend. Ale czy przyjadą i w jakim  składzie  to dam znać w piątek wieczorem. Andrzej z Marylką też będą w sobotę, bo w niedzielę Andrzej pracuje. On celowo wziął wszystkie  dyżury niedzielne, ale  nie  zassałem dlaczego. To dla mnie  zbyt  skomplikowane.

Na podwarszawskim letnisku byli do dwudziestego  sierpnia. Jak podliczył Michał, to wydali naprawdę stosunkowo mało pieniędzy na ten pobyt - dzieciaki ucieszyły  się, że w następne  wakacje  też pewnie  tu przyjadą. Te dziesięć dni do rozpoczęcia  nowego  roku  szkolnego przydało się na uzupełnienie   garderoby, bo okazało  się, że w  wakacje  przybyło im nieco wzrostu. W końcówce  pobytu kilka  razy padał deszcz, ale dzięki niemu  pokazały  się grzyby i obaj dziadkowie nazbierali ich  całkiem  sporo. Co prawda były głównie podgrzybki, ale to wszak też  smaczne grzyby i nawet udało im  się je ususzyć. Ale na grzyby to dziadkowie jeździli  sami, bo jak stwierdzili to pilnowanie  dzieci bardzo spowalniało poszukiwania, tym bardziej, że pojechali w inne okolice.  

Kwiatowe wisiorki  powstały z.......bratków. Po prostu  bratki dawały  się bez problemu spłaszczyć nie tracąc  nic  ze  swej  urody. Oczywiście najmłodsza kobieta również otrzymała  taki kwiatowy wisiorek i  twierdziła, że jej bratek jest najładniejszy. "Rzutem na taśmę" zrobiono  również  wisiorek  dla właścicielki letniska. Była nim  wręcz  zachwycona, a  Ala zostawiła jej jedną  szalkę Petriego i dokładną instrukcję jak zrobić taki "kwiatek  zatopiony we  szkle". 

Do rozpoczęcia  nowego roku  akademickiego był co prawda  jeszcze  miesiąc ale i taki Wojtek  z Michałem mieli bardzo dużo pracy. Wojtek "podganiał" co nieco z pracą doktorską, bo nie  da  się ukryć, że  w czasie  wakacji tempo pracy wyraźnie "siadło", ale jak orzekł  "Stary"  to człowiek nie jest maszyną i nie może pracować jak rok długi z bardzo dużą  wydajnością. Poza tym stwierdził, że Wojtek ma już bardzo dużo zebranego i opisanego materiału, a pracę ma pisać trzy lata, więc jeszcze ma czas. Poza tym dobrze  wiedział, że Wojtek ma wszak godziny dydaktyczne i bardzo chciał by Wojtek nadal je miał, więc "tonował"  Wojtka by nie żyłował terminu.

 W połowie września przyjechał do Warszawy Milosz z Hanką. Zostali zakwaterowani w mieszkaniu Wojtkowego taty, lodówka była  w pełni  wyposażona, dostali plan Warszawy plus przewodnik po mieście, a przedpołudniowe godziny spędzał z nimi Wojtkowy  tata służąc za przewodnika. Milosz od października  miał przewidywane  szkolenie w zakresie fizjoterapii- kurs miał trwać rok i na szczęście dla niego zaliczono mu te 3,5 roku studiów  medycznych. Marudził nieco, że nie będzie mógł chodzić po górach, ale Marta dość brutalnie  go sprowadziła na  ziemię mówiąc, że powinien  skakać  z radości, że zaliczono mu te  studia i w związku  z tym tylko rok będzie na kursie.  

Misia wpierw dość nieufnie potraktowała gości, no ale gdy Milosz rozpłaszczył  się na podłodze i czule do niej przemawiał dała  się udobruchać, bawiła  się z nim a nawet  łaskawie pozwoliła by ją wziął na ręce. Hankę Misia  potraktowała  z większą ufnością , co Hanka skomentowała, że Misia  wie, że kobiety powinny trzymać  zgodny  front. Marta zrobiła  z racji wizyty Słowaków jeden "spęd" i był to bardzo udany wieczór. Wojtkowy tata załatwił  bilety do Opery i razem z nimi był na "Sprzedanej narzeczonej". Jedynym  rozczarowaniem Milosza była informacja, że zimą na pewno nie przyjadą warszawiacy na narty na Słowację. Wojtek podganiał doktorat, Marta z kolei pracowała nad nowym preparatem. A co do planów na lato, to jak orzekła Marta sytuacja urlopowa najwcześniej się  wyklaruje w marcu. Milosz szalenie  się zastanawiał jak Luna potraktowałaby Misię. Obie sterylizowane,  a więc bezpłciowe, więc ciekawe czy zaprzyjaźniłyby się. Marta stwierdziła, że nie  będzie tego problemu rozpatrywać doświadczalnie, bo Misia na  widok Luny mogłaby umrzeć  ze strachu. Słowacy odwiedzili też każdą rodzinę, byli zachwyceni i chłopcami Andrzeja i trójką Michała, a zwłaszcza  Irenką, która była bardzo kontaktowym  dzieckiem.

W każdym razie Milosz namawiał by wszyscy tym razem zjechali do Tatrzańskiej Łomnicy, dostaną do dyspozycji dom Milosza razem z Luną. Oczywiście na razie   wszystkie  plany były "zawieszone" do marca i umówili się, że w marcu porozmawiają o planach  wakacyjnych.

                                                                             c.d.n.





wtorek, 17 września 2024

Córeczka tatusia - 160

 Tak jak podejrzewała  Marta, wizyta u chirurga  nie  wykazała  żadnych  zmian w kwestii zgrubiałego ścięgna,  ale "na  cito" zostało zrobione  Rtg  oraz dodatkowo USG, poza  tym obie ręce  zostały bardzo dokładnie "wymacane". Lekarzowi  nie podobała  się jedna  z kości nadgarstka Marty ( kość łódeczkowata), która "wystawała" ponad powierzchnię innych  kości nadgarstka, co było  widoczne  "nawet  gołym okiem". To pewnie  było złamanie - wydedukował  chirurg. Zgadza  się - powiedziała Marta- tyle  tylko, że  zaraz po kontuzji nic  nie  wyszło na prześwietleniu, bolało mnie  kilka  tygodni, a na powtórnym rtg wyszło, że była pęknięta, ale już się  zrastała.  A teraz  to tylko  wygląda  nieco dziwnie, ale nie mam żadnych problemów - nie boli i  nie mam żadnych utrudnień w funkcjonowaniu ręki. I nie  było  żadnego wysięku wewnątrz. To zgrubiałe  ścięgno też mi nie  dokucza i nie mam też z nim żadnych problemów, mogę  w pełni rozprostować dłoń, przeprost też  mnie nie  boli. I pamiętam, że się wtedy lekarz bardzo cieszył, że nie zebrała  się ropa i nie było stanu zapalnego. Ale  zupełnie nie przypominam sobie z jakiej to okazji pękła  mi ta kostka i że ja tego od razu nie zauważyłam, że coś  się złego wydarzyło. Nie pamiętam bym w coś walnęła tą ręką, nie chodziłam na  siłownię bo nie lubię i nigdy nie lubiłam takich miejsc, niczego ciężkiego nigdy nie nosiłam. Nie mam pojęcia  dlaczego mi ta kostka nadgarstka  pękła.

 Chirurg przez moment wpatrywał się bez  słowa w dermatoglif jej ręki i powiedział do Andrzeja - szczęściarz  z twojego brata - to wspaniały dermatoglif.  A ty co? z ręki wróżysz? - zaśmiał się Andrzej. W pewnym  sensie  tak - po prostu pewne nasze  pozytywy i negatywy są zapisane w liniach papilarnych palców i tych na  wnętrzu dłoni.  Zobacz- te trzy linie u twojej  bratowej tworzą literę "M". W sumie to co widzę to:  długie życie przed nią a do tego to bardzo inteligentna i zdolna osoba, kreatywna, ma doskonałą intuicję, tendencję  do wielozadaniowości. I z tą tendencją  do wielozadaniowości powinna  walczyć, bo to cecha niszcząca człowieka - zbyt wiele zadań  jednocześnie prowadzi do ogromnego  zmęczenia. Oczywiście  nie ma  na to naukowego wyjaśnienia, ale  wynika to z obserwacji, które ludzie prowadzili od  wieków. Kiedyś babiny odbierające poród były w stanie  "przewidzieć" czy  dziecko będzie  mądre czy wprost przeciwnie i czy będzie się dobrze hodowało. Sztuka ta  zanikła, a wiele zwyczajów obecnie  uważanych  za przesądy miało, wbrew obecnym poglądom, rację  bytu, bo wynikało z wieloletnich obserwacji.

Ale  wracając  ad rem - byłoby  dobrze, gdyby pani traktowała obie  ręce troskliwie i np. wieczorem  przed  snem traktowała je  maścią  żywokostową- wystarczy cienka, ale  dobrze  wmasowana  w skórę warstewka. Skóra też ją lubi, nie  tylko nasze kości. Gdyby zauważyła pani, że nieco gorzej funkcjonuje to ścięgno to proszę o kontakt ze mną - tu jest mój numer. Wyjeżdżam na pół roku, ale w razie czego  mogę wpaść do Polski na kilka dni. Z tego co widzę to nie powinno się  dziać nic  złego. I jeszcze  coś - niech pani nie  robi zwisów na rękach i nie gra w  siatkówkę. A resztę  to już Andrzej sam ogarnie. Zrobię dla siebie kopie tego USG i pojedzie  ze mną do Anglii. Może oni mają jakieś inne metody dbania o takie ścięgna - w razie  czego porozumiem się z Andrzejem.

Marta  roześmiała  się - nienawidzę  gry w  siatkówkę, a zwisów też nie ćwiczę.  W ogóle ostatnio nic  nie  ćwiczę, łapania szklanych zlewek też nie- dodała. No i bardzo, bardzo  dobrze- dodał Andrzej - dzięki temu wyglądasz jak należy, a mnie  nie  grozi zawał na widok twojej krwawiącej ręki.

Na koniec  jeszcze  chwilę rozmawiali o pobycie Andrzeja  w Anglii, ale okazało  się, że ortopeda  będzie w innym  niż był Andrzej  szpitalu a  mieszkać będzie z drugim lekarzem, który też będzie  miał staż  w tym szpitalu ale nie na ortopedii a na  laryngologii. I będą mieszkali  w domu z ogródkiem. Andrzej odwiózł Martę do domu, oddał ją  w ręce Wojtka  mówiąc, że wszystko z jej ręką jest w porządku i pojechał do domu. Wojtek nieco narzekał, że tak długo nie  było Marty w domu, no ale gdy wysłuchał, że  i było rtg i  USG to stwierdził, że to wszystko to "pestka", bo grunt, że nic  się nie  dzieje ze ścięgnem. A na koniec stwierdził, że on może  co wieczór zajmować  się wcieraniem maści w rękę Marty.

Misia była  wyraźnie obrażona na Martę, że jej tak długo nie  było w domu a na dodatek jej ręce pachniały czymś  dziwnym, czyli bezzapachowym żelem i nie  wykluczone, że również jakimś środkiem odkażającym. Ale gdy Marta ją wzięła na  ręce a potem delikatnie dmuchnęła jej w nosek Misia wybaczyła jej ten  dziwny  zapach jej rąk.

Kilka dni później rodzice Andrzeja i Ziukowie zostali wyekspediowani na letnisko. Marta  się  śmiała, że  córeczka Michała i Ali będzie niczym jakaś księżniczka otoczona  paziami, bo będzie w towarzystwie czterech chłopców. Ojej- wielkie mi co - ona  na  co dzień ma  w domu dwóch chłopaków więc jest przyzwyczajona do chłopców a chłopcy Andrzeja są z kolei przyzwyczajeni do dziewczynek bo jeden ma koleżanki w przedszkolu a drugi w  zerówce- stwierdziła  Ala. A poza  tym wszyscy  będą pod stałą opieką dorosłych i jak  znam  życie, to Ziuk  już na pewno  obejrzał mapę okolic i ciągle będą wychodzili poza teren, bo jak mówi  Ziuk- dzieciom  trzeba pokazywać świat i rozwijać  w nich  chęć poznawania nowych  miejsc.  Ziuk  ma  wspaniałe  podejście do dzieci i do  dziś nie  może odżałować, że gdy jego  syn  był małym  dzieckiem to  Ziuk  był zalatany i  zapracowany i nie mógł mu poświęcić wiele  czasu, bo wtedy  na pewno zdołałby zmienić jego zamiłowania do  zbyt szybkiej jazdy. Wtedy włączała  się do dyskusji Ziukowa, która  była z kolei  przekonana, że każdy z ludzi w chwili urodzenia  już ma wytyczoną jakąś własną ścieżkę życia którą musi podążać. Oczywiście za każdym razem wywiązywała  się między nimi dyskusja na ten temat, która z reguły kończyła  się słowami Ziuka, że : "na  szczęście Ala  spotkała Michała, a Michał to wspaniały ojciec i kocham go jakby był moim  własnym  synem. A tak naprawdę to kocham Michała  chyba  więcej niż kochałem własnego  syna- po prostu Michał w 100% spełnia  moje oczekiwania, a mój syn  był ciągle  dla mnie utrapieniem. A Ala jest naszą ukochaną córeczką- zresztą od  samego początku. Nie  da się ukryć, że z nieszczęścia, które nas spotkało narodziło się dla nas wszystkich  szczęście". 

Tuż przed  wyjazdem  Marta "podrzuciła" dla  wszystkich smarowidła przeciwko komarom  i przypomniała  wszystkim, że niestety nadal istnieją kleszcze i to nie  tylko w lesie ale i na trawiastych łąkach i w ogrodach, więc byłoby dobrze, by  jednak dzieciaki nie  biegały boso po trawie. Bo poza tym na trawiastych łąkach urzędują również osy na które nietrudno nadepnąć a one mogą dziecko wszak użądlić, co jest jednak bardzo bolesne.  Smarowidła były mieszanką kremu dla dzieci i olejku goździkowego i, jak zapewniła  Marta, dorośli również  mogą je  stosować. I że kleszcze też raczej  nie  gustują w zapachu olejku goździkowego.  Obiecała też, że ona  z Wojtkiem i jego tatą "wpadną" do nich w któryś weekendowy  dzień, ale oczywiście wpierw ich o tym uprzedzą. Babcie dostały kremy do stosowania gdy najdzie  je  ochota opalania się, a dziadkowie kremy do twarzy- jak zapewniała Marta nie  są tłuste a jedynie nawilżające skórę i niwelują podrażnienia po goleniu. I  bardzo szybko wnikają w skórę.

Zaraz pierwszego wieczoru "osamotnieni" rodzice dostali sprawozdanie z miejsca pobytu, a Mirek zapewnił rodziców, że: kolacja była pyszna, ogród jest bardzo duży i jest w nim również piaskownica i są dwie huśtawki i nawet mała  zjeżdżalnia i są drabinki i bardzo im  się tu podoba. I gdy  się chcą  wspinać  to mogą to robić  tylko wtedy gdy któryś z dziadków stoi obok. A na koniec  powiedział- tu jest fajniej niż było u dziadka pod Warszawą, ale mu tego nie mów, bo będzie mu przykro. Oczywiście jeszcze tego samego wieczoru filmik obejrzeli wszyscy przyjaciele "osieroconych  rodziców", a Marta stwierdziła, że Mirek to "wykapana" osobowość Ali.

O tym co dzieci danego  dnia robią, osamotnieni rodzice  dowiadywali  się od Mirka, który codziennie wysyłał do Ali smsowe wiadomości o tym co danego dnia  robią. Bo Mirek posiadał własną komórkę, odziedziczoną po Michale i czasem nawet przesyłał zdjęcia. Napisał, że dziadkowie uczą ich, które grzyby  są jadalne i powiedzieli, że te grzyby które  są dla ludzi trujące są jadalne dla mieszkańców lasu, więc nie wolno w lesie deptać żadnych  grzybów, bo są jedzeniem dla innych żywych istot. A ślimaki i różne  robale to też przecież żywe istoty. No i już wiedzą jak pachną podgrzybki, bo dwa znaleźli.I że jeżeli będą bardzo, bardzo grzeczni i wstaną bardzo, bardzo wcześnie rano, tak zaraz po wstaniu słońca to pójdą na grzyby, ale to nie będzie "musowe". I już raz zebrali trochę kurek i pani kucharka dorzuciła je do jajecznicy, którą mieli na kolację. Najlepsze  zdanie było na końcu - "dziadek robił korektę, bo nie wiedziałem jak się pisze muchomór. I dziadek powiedział, że muszę dużo czytać, to będę szybciej wiedział jak się właściwie pisze". 

No i popatrzcie  kochani -jak to świetnie, że wysłaliśmy dzieciaki razem z dziadkami- powiedziała Ala. Dziadkowie czują  się potrzebni i ważni a dzieciaki nawet  nie  wiedzą, że przy okazji tych wakacji uczą się wciąż  czegoś nowego. Ja po raz pierwszy to byłam w prawdziwym lesie pod koniec podstawówki, bo mnie  starzy wysłali na kolonie letnie. I wcale nie byłam zachwycona bo nie  chodziliśmy wcale  do lasu, który był nieomal obok,  za to nas gnano do zbierania kłosów po polu skoszonym kombajnem. Moi starzy to się mnie po powrocie nawet nie  zapytali co tam  robiłam, ale inni rodzice byli oburzeni, że  ani razu nie byliśmy  w lesie. Do dziś nie  wiem po co mnie matka urodziła - bo może byłoby lepiej gdyby mnie  nie urodziła.

Marta uśmiechnęła  się - nie rozpatruj tej  sprawy - wtedy tak naprawdę świadome macierzyństwo było tylko wtedy, gdy był potrzebny dziedzic fortuny rodzinnej. Po prostu byłaś "wynikiem przypadku" podobnie jak ja. Pomyśl tylko - żyjemy w  czasach gdy naprawdę wiadomo skąd się  dzieci biorą, jest szansa na pełne sterowanie własną rozrodczością  i co?  I   "nico" - nadal jest multum ciąż  zupełnie nie planowanych i dzieci wcale nie pożądanych. Ja też jestem wynikiem przypadku a nie jakiegoś planu. Moja matka  wcale nie chciała dziecka. A mój ojciec był odpowiedzialnym facetem i niestety naiwnym i uwierzył, że skoro dziewczyna  zapewnia go, że to będzie  seks  bez konsekwencji ( a był nią  zainteresowany) no to niechcący mnie zmajstrował. Ożenił się z moją matką, ale ona nadal mnie nie  chciała i w końcu się  rozeszli a ja wybrałam w sądzie  mieszkanie u niego, bo wiedziałam, że on mnie kocha, a ona nie. Zawsze mi powtarzała, że jestem  dla  niej tylko i wyłącznie " uwiązaniem". Ojca też  wcale  nie kochała, zresztą przyłapał  ją z innym facetem. Zrobił jej  awanturę, bo skoro on trafił na to, że leżała z jakimś obcym facetem  razem w łóżku, to uświadomił  sobie, że równie  dobrze  mogłam to ja  trafić na taki moment, a ja wtedy nawet 12 lat nie  miałam.  Od chwili rozwodu już jej nie widziałam - i bardzo dobrze. Nie wiem czy i gdzie  żyje i wcale mnie to nie obchodzi. Kocham ojca i cieszę  się, że znalazł kobietę która go kocha i  szanuje. A ożenił się z nią dopiero po moim ślubie z Wojtkiem, chociaż znali  się wiele lat. I nazywam Patrycję mamą, bo ona traktuje  mnie tak, jakbym rzeczywiście  była jej córką. Może twoja matka nigdy nie  kochała twego ojca a jest z nim bo wszak on dobrze zarabia a poza  tym w naszym kołtuńskim społeczeństwie kobieta samotna nie jest  kimś godnym  szacunku nawet jeśli ma bardzo dobre wykształcenie i dobrą pozycję zawodową.  Jak to kiedyś określiła jedna z moich znajomych - małżeństwo w Polsce dodaje splendoru nawet szmacie od podłogi, a kobieta samotna nawet z cenzusem jest niczym. Tak to niestety wygląda z bliska.  Na szczęście twoi teściowie to bardzo inteligentni i serdeczni ludzie i jestem pewna, że kochają i ciebie i Michała, którego  walory w pełni docenili. I nie  dziwię się, że pokochali Michała, bo to naprawdę wielkiej dobroci facet a do tego szalenie mądry. A pomijam  tu zupełnie  stronę  zawodową, bo ni diabła  się na  tym nie znam. I cieszę  się, że cię starzy powołali na świat, nawet jeśli to był tylko przypadek i cieszę  się, że Michał się przyjaźni z Wojtkiem i że jesteś moją przyjaciółką.

Popatrz Alu jaki  dziwny traf -ty, Marylka i ja - każda  z nas miała jakieś "pokrzywione" dzieciństwo i mam takie  wewnętrzne przekonanie, że nasi mężowie  to swoista rekompensata za niezbyt udane nasze dzieciństwo lub  wiek dojrzewania. I każde z naszej szóstki nosi w  sobie jakąś "zadrę" - może właśnie po to byśmy  docenili  naszych partnerów i to co mamy teraz. Najmniej to się wycierpiał mój Wojtek - on  tylko cztery lata tęsknił za mną gdy go na  siłę niemal wywieźli starzy do Austrii, no ale widywaliśmy  się w wakacje, co prawda  nie pełne  dwa  miesiące. Moja teściowa marzyła by  się ożenił z jakąś austriacką panienką i nie przepadała  za mną. No to ma  w nagrodę to, że teraz Wojtek za nią nie przepada a poza tym nie  dostała nic z racji rozwodu, bo był on z jej winy. Najbardziej śmieszy mnie to, że ona  szalenie potępiała moją matkę za niewierność, a  sama zrobiła  to  samo. Różnica polegała  głównie na tym, że o jej niewierności wiedziała  cała okolica a o niewierności mojej matki wiedział tylko mój ojciec i sąd -nawet  ja nie wiedziałam  nic o tym  i w sądzie mówiłam tylko o tym, że wracałam  zawsze do pustego mieszkania i że matka  zawsze mi mówiła, że jej w życiu przeszkadzam. Wiesz, o tym wszystkim to ja mówiłam przy  drzwiach zamkniętych i byłam wypytywana przez psychologów.  Nie mam żadnych złych wspomnień  związanych z rozwodem moich rodziców.

Maryla ma za sobą nieudany związek i cieszy się bardzo, że nie było w nim dzieci. Rodzinnie też ma "groch z kapustą", bo oficjalnie  to chyba jej rodzice nadal nie mają rozwodu, ale jak sama powiedziała to ją sprawa rozwodu jej rodziców zupełnie nie interesuje. I- jak  twierdzi- "grunt, że ja  się w porę z moim byłym rozeszłam." No i ma rację. A poza tym dzieciaki Andrzeja  ją uwielbiają, jego rodzice także.

A wiesz co Maryla mówi o tobie? - spytała  Ala. Nie  wiem - naprawdę nie  wiem- stwierdziła Marta. Ona powiedziała  kiedyś - kontynuowała Ala- że ty jesteś gwiazdą przewodnią Andrzeja i że gdyby nie ty to on nigdy by jej nie dostrzegł, bo wszystkie pielęgniarki, te zamężne  również,  ostrzyły  sobie  zęby na niego. Marta roześmiała  się - ja tylko raz, gdy leżałam po operacji to powiedziałam, że Maryla jest bardzo dobra fachowo a na dodatek kulturalna i naprawdę miła. No i raz mu doradziłam, gdy już dostrzegł jej walory i jadał razem  z nią obiady w kantynie,  żeby zaprosił  ją do teatru. No i posłuchał się mnie i ją zaprosił. Ja mu tylko pomagałam w kwestiach związanych z Leną - po prostu porozmawiałam z jej ciotką,która  miała nieco więcej oleju w  głowie  niż jej matka i dzięki mnie Andrzej dowiedział  się  tego, co Lena i jej rodzina skrzętnie ukrywali przed nim. Resztę "brudnej  roboty" zrobiła  sama Lena - sama mu dała  do ręki dowody  swej niewierności. Ja jej nie wsadziłam do wyra z jakimiś ćpunami, ja jej nie  sprzedałam narkotyków gdy już mogła  wychodzić z sanatorium - sama je zdobyła i przedawkowała. Dla mnie Andrzej stał się cząstką mojej rodziny. Zresztą pomagamy  sobie z Andrzejem  wzajemnie w różnych kwestiach - jest naprawdę świetnym chirurgiem. Teraz mnie doprowadził  do speca w kwestii chirurgii ręki bo mam starą,  zapewne  nieco zlekceważoną, kontuzję. W pełni podziwiam jego wiedzę i talent. Bo w moim odczuciu by być dobrym chirurgiem trzeba  mieć nie  tylko wiedzę ale i talent. To  coś jak muzyk - nie każdy skrzypek może być Paganinim - takim trzeba  się urodzić. Ja tylko co jakiś czas umacniam go w przekonaniu, że jest naprawdę  fajnym facetem i znakomitym lekarzem. Nie  wiem dlaczego, ale on  uważa mnie za mądrą babę, a tak naprawdę często się czuję zagubiona i nieco niedopasowana  do  tej rzeczywistości. No ale wtedy to jakimś cudem Wojtek wie, że ja znów nie bardzo  wiem gdzie jestem i mój prywatny męski tercet potrząsa mną i kieruje na właściwe  tory. 

A kto jest w tym twoim tercecie? -spytała Ala. Nooo - Wojtek stale, Andrzej i wymiennie mój tata i teść. Bo ja  wcale  nie jestem taka pewna  siebie jak się ludziom  wydaje.  Gdybym była pewna  siebie nie wybierałabym dwa lata kierunku  studiów. I zapewne w trakcie  studiów nie odkryłabym, że za nic w świecie  nie chcę być.....kosmetyczką i obrabiać klientkom buziuchny. Moja teściowa za nic w świecie nie może tego pojąć. No ale jestem jaka  jestem ale za to lubię swą obecną pracę - fajnie  mi się pracuje z samymi facetami. Praktycznie  to jestem chemikiem, choć mam dyplom mgr kosmetolog.

Ala zaczęła  się śmiać - pocieszyłaś mnie - bo ja wciąż nie bardzo wiem co bym chciała tak stale  robić - mam kilka dyplomów ukończenia  różnych kursów, każdy z innej "parafii" a jednocześnie  dobrze  wiem, że przy trójce  dzieci, jeśli się  chce  by były naprawdę  dobrze wychowane to roboty jest po pachy, choć niewątpliwie mam w domu  wszelkie "ułatwiacze" prac domowych, Michał mi pomaga również, bo twierdzi, że kontakt  z  dziećmi jakoś go doprowadza  do pionu, no ale ich jest  troje i każdemu trzeba jednak poświęcić  sporo czasu i uwagi, żeby nie  szukały rozwiązań  swych dziecięcych problemów gdzieś poza  domem.  Jasne, że ich dziecięce problemy  są dość proste jak na  razie, ale oboje  dążymy do tego, żeby się cała trójca  nauczyła, że ze swoim problemem przychodzi  się do mamy i taty a nie do jakiegoś kolesia. Z punktu widzenia dorosłego to ich "problemy"  są zabawne, no ale  dla nich to często niemal  sprawa życia lub śmierci.   Czasem naprawdę  trudno nie wybuchnąć gromkim  śmiechem, ale  zamiast tego musisz  dzieciakowi w przystępny  sposób wytłumaczyć, że to co go przeraża  czy denerwuje tak naprawdę nie jest czymś strasznym ani wielkim czy nieodwracalnym.  Ostatnio jakiś jedynak powiedział Mirkowi, że my jesteśmy dziecioroby bo już jest ich w  domu troje. Mirek po tych wakacjach idzie  do drugiej klasy podstawówki, więc nie jest  wcale łatwo wytłumaczyć mu kwestię rozmnażania w realny, ale i przy okazji przystępny  sposób i przy okazji z lekka zdyskredytować owego kolegę w oczach Mirka no i uodpornić  go tak, by takie powiedzenia "olewał".

No faktycznie- stwierdziła Marta -to może być trudne. Ale wiesz  co? Jeśli nie masz  nic przeciwko temu to ja ten problem  wrzucę mojemu tacie- on  zawsze był dobry w tłumaczenie   dzieciakom zawiłych problemów  czy tematów. Pamiętam  tylko, że dość wcześnie wiedziałam, że dzieci na początku są w brzuchu mamy i że kobiecie  ciężarnej należy koniecznie ustąpić miejsca w tramwaju lub  autobusie. Nie pamiętam jak mi tę "zawiłość" tłumaczył, ale  się go spytam. No fajnie- ucieszyła  się Ala - zapytaj  się jak twój tata  wytłumaczyłby dziecku owo "dziecioróbstwo" w bezkolizyjny  sposób.

                                                                       c.d.n.



czwartek, 12 września 2024

Córeczka tatusia - 159

W niedzielę , tak jak to w końcu   zostało ustalone,  wrócili do Warszawy rodzice Marty  wraz z ojcem Wojtka i Misią.  Powitanie ze  strony Misi było niezwykle spontaniczne, a  twarze, szyje i ręce Marty i Wojtka  bardzo dokładnie  wylizane, zaś Misia już  sama nie za bardzo  wiedziała u kogo woli siedzieć na  rękach i w końcu zmęczona  własną radością wylądowała na rękach Wojtkowego taty i pogrążyła  się w lekkiej drzemce. Jak stwierdził  Wojtek  to  było  zbyt  wiele  radości na  raz dla jednej malutkiej piesuni.

Tata Marty był bardzo zdziwiony faktem, że "wyprawa dziadków z  wnukami" nie  dojdzie  do skutku, zaraz też teść Marty rozmawiał z  Dziadkami, obejrzał na planie  Sopotu miejsce im proponowane i w pełni przytaknął ich  decyzji- strona Sopotu  w  lewo od Mola  Sopockiego miała  co prawda szerszą plażę ale i tym  samym ta plaża na pewno  będzie  bardziej  zaludniona - wszak to będzie  lipiec.  No ale mielibyście  bliżej do Grand  Hotelu, do Mola, do centrum  Sopotu  - stwierdził tata Marty. No  ale na tym to im  wcale  raczej  nie  zależy, poza tym tam ich  kwatery byłyby  od  siebie  dość oddalone  i nie byłyby to samodzielne  mieszkania  jak tamte, które  z jakiegoś  względu są aktualnie  niedostępne.  A dzieciom to i  tak  jest obojętne  czy będą  się grzebały w piasku nad Wisłą  czy w piasku nad  Bałtykiem tłumaczyła Marta, która  już rozmawiała na ten temat z Alą.  A tu podróż krótka i  w razie nieco gorszej pogody  będą  chodzić  do lasu. No i  w każdy weekend rodzice  mogą  do dzieciaków dojechać. To jest naprawdę blisko Warszawy. Tu za  cały  miesiąc zapłacą tyle co tam za dwa tygodnie  i będą  mieli  wyżywienie na  miejscu.  I - jak  mówiła Ala-  rodzicom Andrzeja  też  się tam podoba. A rodzice to będą odwiedzali dzieciaki tylko w  weekendy i ewentualnie  coś mogą dowieźć dy dziadkowie dojdą, że coś im  tam jeszcze jest potrzebne.

Tato,  a jak pani Małgorzata zniosła  fakt, że nie będziesz jej wyręczał w pilnowaniu instalacji owego pieca?- spytała  Marta.  Teść uśmiechnął się  i powiedział - "jakoś zniosła" i  chyba całkiem wypadłem z jej karnetu balowego, bo pochwaliłem  się, że jestem pod  stałą opieką kardiologa i nefrologa. Pominąłem też  milczeniem  urologa.  I chyba jednak mnie wykreśliła ze  swoich  życiowych planów. Oczywiście  nie powiedziałem, że kontrole u kardiologa  to mam co 6 miesięcy i że do następnej mam jeszcze dużo czasu. 

Ale najbardziej zmartwił ją fakt, że nikt  z nas  nie jest zainteresowany zakupem tego obiektu. Miała   biedaczka nadzieję, że jak tam spędzimy  trochę  czasu to tak się nam to miejsce i  chałupa  spodoba, że będziemy ją błagać  by nam dom  sprzedała. A cenę jego zaśpiewała tak wysoką, że aż  się zapytałem, czy aby dobrze słyszę. Zupełnie jakby sprzedawała jakiś  zabytkowy pałac z ogrodem i oranżerią  a nie drewniany dom w mało ciekawym w sumie  miejscu.   Byliście i widzieliście -  kurort to nie jest a chałupa  wymaga jednak przeróbki.  Poza tym, jak na mój gust  zbyt  dużo gadała o  swojej samotności, aż w końcu zacytowałem twoje  zdanie  Martusiu, że  samotność to głównie stan umysłu. Popatrzyła na mnie jak na kogoś kto się rozminął  gdzieś po  drodze z rozumem, ale już dalej nie  rozwijała tematu. Zapewne mam już u niej "tyły".  

Ja naprawdę nie  szukam kogoś by  z nim dzielić  stół i łoże i dlatego nadałem jasny komunikat. Ona  chwilami  zachowuje   się jak "słodka idiotka", a na  mnie takie kobiety działają jak czerwona płachta  na  byka. Podejrzewam, że nie będzie  miała  większego kłopotu  ze  zbyciem tego domu gdy będzie  miał to ogrzewanie  gazowe - jakby na  to nie  spojrzeć to znacznie  fajniej jest mieć  ciepłą wodę  w kranie  niż jej nie mieć oraz mieć ciepło w domu i moc tam bez problemu siedzieć jesienią.  Lato u nas krótkie  a do tego nie  zawsze jest bardzo  ciepłe. Z tej działki jest  niedaleko do  dużych lasów i ponoć  sporo grzybiarzy jest jesienią. Robiliśmy  wyliczenia za ile  lat zakup tej chałupy może  się  zamortyzować i wyszło nam, że nawet waszego młodego życia  by nie  starczyło, co w przypływie dobrego humoru powiedziałem Małgorzacie. Jak obniży cenę to na pewno kupca  znajdzie, bo cała okolica  pretenduje do zagłębia  wczasowego dla stolicy. I już nawet jakaś "marina"  buduje   się w pobliżu i ponoć  będzie nawet plaża a nie  tylko przystań dla żaglówek i łódek.

 A Ziukowie - opowiadał  Marcie  teść -bardzo szczegółowo obejrzeli cały dom, w którym chcą  spędzić wakacje. Ziuk nawet  sprawdzał w sposób naukowy czy aby nie ma  tam wilgoci i stwierdził, że to świetne   miejsce i że jeśli  się im tam spodoba, to i za rok można tam będzie spędzić  część wakacji. Klimatycznie jest też to dobre  miejsce bo to bliziutko jest  do sosnowego lasu a dom jest na  skraju lasu mieszanego. No i jeśli idzie o kulinaria, to będzie  wszystko gotowane na naturalnych składnikach, bez  sztucznych nawozów.  Oni załapali  się tam na rosół i pieczonego kurczaka - kurczak hodowany na mieszance ziaren a jego upieczone udka były wspaniałe- soczyste, chrupkie. Tak mi o nim opowiadał, że aż byłem  gotowy wybrać  się po wiejskiego kurczaka na  Polną, ale nie złożyło mi  się.

No a teraz opowiadajcie o swoim pobycie na Słowacji - zarządziła  Pati. Opowieść "młodych" była wzbogacona zdjęciami, które na komputerze prezentowały  się o wiele lepiej niż na smartfonie i  zapadła decyzja, że w następnym roku to i "starszyzna" wybrałaby  się na  Słowację i to nawet z  dziećmi - wszak będą  przecież  zmotoryzowani, więc dzieciaki będą  mogły taplać  się w termalnych basenach, jeździć zębatą kolejką a i sama jazda kolejką elektryczną i przejście górami pomiędzy jedną, lub nawet  dwiema stacjami kolejki będzie dla nich niezłą  atrakcją. 

Luna już samym wyglądem podbiła serca wszystkich.  Tata Marty stwierdził, że pomysł z  wejściem na Rysy od  strony słowackiej  był bardzo  dobrym pomysłem. On, gdy jeszcze  był bardzo, bardzo młody szedł oczywiście od  polskiej  strony i nawet  wtedy uznał tę wycieczkę za  jedną  z trudniejszych i bardzo męczących. Uśmieli  się  wszyscy, bo Wojtkowy tata  oglądając zdjęcia Luny powiedział - noooo, ładna, ale już teraz  z trudem by się  zmieściła na kolanach i nie mógłbym jej nosić w wewnętrznej  kieszeni bluzy. "Starszyzna" wydała opinię, że mieli dobry pomysł z kupieniem psa dla  Milosza i przechytrzeniem właścicielki hodowli. 

Potem była  dyskusja na temat  stosunków polsko- słowackich czyli górali słowackich i polskich, bo obie  strony oskarżają  się  wzajemnie o wszystko co najgorsze, a gdy  się obu stronom przypatrzeć  z bliska to się naprawdę  niemal nie różnią w kwestii mentalności. Marta rozśmieszyła  wszystkich gdy opowiadała jak to piękną angielszczyzną rozmawiała z Ondrejem przez telefon a potem już na  kwaterze  doszli zgodnie  do  wniosku, że  każde  z nich może mówić we własnym języku, co chwilami  oboje  przyprawiało o chichotanie. Co do  górali po obu stronach granicy  to  jedni i drudzy  mają  sporo takich  samych wad. Po obu stronach  niestety  nie brak  pijanych. No może różnica     jest w ilości wypijanego piwa. No  a teraz Słowacja  się bardziej zeuropeizowała

Płeć męska stwierdziła, że żona Milosza to naprawdę piękna  kobieta a Marta opowiadała o jej matce, że po kwadransie rozmowy czuła  się tak, jakby  ja  znała "od  zawsze". I że mama Hanki dba o  Milosza  tak samo jak o swą  córkę i  w pewnym  sensie adoptowała  Milosza.   U nich to jest tak jak u nas  w rodzinie -  i u Ziuków -  dopowiedział  Wojtek  - zięć i synowa natychmiast  są  naprawdę włączeni do rodziny a  nie  tylko w teorii.  Ojciec Marty śmiał się - fakt - chwilami miałem wrażenie że mam  was oboje od chwili waszych urodzin.

Wiesz tato - u nas to było niemal jak kiedyś na królewskich dworach- śmiała  się Marta. Bo przecież  kiedyś  to królowie gdy  zostawali ojcami zaraz zaczynali kombinować z kim ożenić  syna lub za kogo wydać córkę, żeby małżeństwo przyniosło  królestwu same  korzyści. I bardzo często dziecko, któremu było jeszcze  bardzo daleko do dorosłości, bo  w wieku nawet poniżej 10 lat wychowywało  się na dworze swych przyszłych teściów.

Obaj ojcowie aż  się  skręcali  ze śmiechu, bo pracując w tamtych  czasach w jednej instytucji znali tylko wzajemnie  swe  nazwiska , ale nie znali  się osobiście i poznali się dopiero na  pierwszym zebraniu rodziców w nowym   roku szkolnym. A i to głównie  dzięki temu, że nowa wychowawczyni klasy  wpadła na pomysł by na blatach  stolików rozłożyć  kartki z nazwiskami dzieci tak jak one  siedzą na lekcjach i tym sposobem obaj ojcowie znaleźli się w jednej ławce i drogą dedukcji doszli do  wniosku, że pracują  w tej  samej instytucji.

Mniej więcej tydzień później Andrzej zatelefonował do Marty mówiąc jej, że powinni wpaść do jego kolegi od  chirurgii ręki, bo kolega  wyjeżdża na sześć miesięcy z Polski na jakieś  stypendium i chce przed wyjazdem obejrzeć  rękę Marty. No ale po co?- zdumiała  się  Marta- nic mi się z  tą  dłonią nie  dzieje, nie  boli, nie puchnie, ścięgno jak było pogrubione tak i jest. Ale  nie  wyczuwam na  nim żadnych  zgrubień czy też guzków. No ale on ma  cię zapisaną  w swoim kajecie spraw  niewyjaśnionych i chce twą rękę zobaczyć, bo jeśli coś mu podpadnie to być może coś z nią  zrobi. A co może z nią zrobić?  - dopytywała  się Marta. Nie wiem, nie jestem specem od  chirurgii ręki a tym bardziej dłoni. Nie mam  bladego pojęcia o co mu biega. Ale facet jest odpowiedzialny i nie  chce  cię  zostawić  w ciemno byś musiała  kogoś  szukać w razie  czego.

No dobrze, to kiedy mamy tam jechać - spytała z  westchnieniem. Możemy albo dziś około siódmej wieczorem albo jutro koło południa. No to ja  wolę dziś wieczorem, bo Wojtek  dziś z Michałem mają coś omawiać z szefem więc jak znam życie  to wróci późno i  zły jak szerszeń. No ale przecież chyba nie na  ciebie  będzie  zły - zauważył Andrzej. On będzie  zły na  wszystko i na  wszystkich - wyjaśniła Marta. Więc wolę być  "niewiadomopoco" u chirurga  niż  wysłuchiwać bezproduktywnej gadki na temat stanu umysłu jego szefa jak i narzekania, że ma jeszcze przecież jeszcze  tyle pracy przy swym doktoracie. Dla mnie  to on może tego doktoratu nie  mieć  a i tak będę go kochać- to nie  był mój pomysł. 

Wiesz - ten doktorat to  mu się  jednak przyda- zawsze jest swego rodzaju kartą przetargową - facet z doktoratem  jakoś bardziej się liczy niż magister inżynier - powiedział Andrzej. I tak jest w każdej branży i dużo łatwiej jest zaistnieć poza Polską z doktoratem  niż bez niego. I wierz  mi - nie każdemu u nas proponują   robienie doktoratu zaraz po studiach. I dlatego mamy tak wielu starych profesorów a tak szalenie mało młodych. W innych krajach  europejskich to normalne, że gdy ktoś zdolny a do tego  chętny to idzie  jak burza  stopień za  stopniem. Napisałem już do Wojtka info, że porywam  cię na kontrolę do tego od chirurgii  ręki i że to  ja będę cię transportował, więc podjadę po ciebie o 18,30, bo nie  wiem jak będzie  z miejscami  do parkowania w okolicy jego szpitala.  Andrzej - ale ja mogę do niego pojechać  sama- przecież mnie nie pokroi z marszu a w prowadzeniu  samochodu to mi ta  ręka  nie przeszkadza. Ty powinieneś wrócić  do Maryli i  dzieci. Maryla  dziś pracuje do 22,00  - pojadę po nią na 22,00. Obiecała  mi, że popracuje  tylko do końca tego roku na pełnym etacie i od  nowego przejdzie  na pół etat. Chwilami ona  chyba  nie  wierzy  wcale w trwałość  naszego  związku bo cały czas jakoś przewija  się wątek, że ona nie może być na  moim utrzymaniu, bo ja  wszak mam  dzieci.Ona ma  całą furę  kompleksów - może to dlatego, że  jej były  mąż ją  zdradził. A był po prostu małym, wrednym skurwielem. Co jej  kiedyś zresztą  powiedziałem. Zawodowo  to ona  sama  siebie  docenia, zna  dobrze  swoje mocne  strony, zawsze  umie o  siebie  zawalczyć od  strony  zawodowej, ale jakoś  wcale  nie  docenia  samą  siebie  jako kobietę. Już nawet  prosiłem  mamę  by ją jakoś podbudowywała  by ona  wreszcie   doceniła swe  walory jako kobieta. Na razie udało  się  moim  rodzicom przekonać ją, że jest świetną  mamą  dla  chłopców. Z tego co mi opowiadała  wysnułem wniosek, że jej  rodzice  to też do  wspaniałych  nie  należą- ja  w każdym razie  nie  widziałem ich na oczy i  zapewne  nie  zobaczę. Moi rodzice  to ją  doceniają i oboje  są  dla  niej naprawdę  mili, zresztą naprawdę lubią ją. 

                                                              c.d.n