czwartek, 5 września 2024

Córeczka tatusia - 157

 Okazuje  się, że gdy człowiek jest na urlopie, to zarwanie kawałka  nocy nie  zostawia żadnego śladu- choć  wszyscy  położyli się spać około trzeciej nad  ranem bez najmniejszego problemu wstali sześć godzin później, zdziwieni  bardzo, że jak na  razie to nikomu nie  chce  się  spać.  

To znaczy, moi drodzy, że już się zregenerowaliśmy - orzekł Andrzej. Ruch i świeże powietrze świetnie regenerują organizm.  Nie da  się ukryć, że odkryto to już bardzo, bardzo  dawno. Zastanówmy  się jeszcze kiedy wracamy - w piątek czy w  sobotę. Ja do pracy to idę dopiero w poniedziałek i zaczynam wieczorem.  Ale chętnie bym wyjechał  w sobotę - wtedy będziemy mieli niedzielę z  dziećmi. A Marylka idzie w poniedziałek rano. 

Ala z Michałem i Marta  z Wojtkiem  stwierdzili, że  im to jest całkiem obojętne, byleby zdążyli Michał z Wojtkiem  w poniedziałek na dziewiątą rano do pracy. Ja też  idę jak zwykle na dziewiątą - stwierdziła Marta. Obiecałam szefowi, że mu przywiozę ze dwa oscypki. Muszę kupić  ich kilka, chyba kupię z pięć  sztuk. Muszę się w tym układzie  dowiedzieć od Ondreja gdzie je najlepiej kupić, żeby nie  było w nich więcej mleka krowiego niż owczego. Gdy przyszedł Ondrej Marta od  razu zapytała  go gdzie najlepiej kupić takie prawdziwe oscypki.  A dużo ich chcesz- to pierwsze pytanie, a drugie na kiedy. No na  sobotę, bo chcemy wyruszyć mniej więcej w sobotę, ale nie o świcie, a  sztuk to tak z sześć albo siedem, albo najlepiej dziesięć. 

Ondrejowi aż  szczęka opadła - a co, sklep będziesz  otwierać? Te dobre to są cholernie  drogie. Trudno - powiedział Wojtek, ale dla nas potrzebne  są na trzy rodziny , poza  tym Marta chce dla  swojego szefa, bo ją nawet o to poprosił a ona chce też  dla  swojego zespołu chłopaków w pracy, bo ona nieco w nich ostatnio orała.  A jak  wróci to znów pewnie co nieco roboty im  zwali, bo ostatnio coś wielce zamyślona chodziła  i chyba  coś kombinowała. Jak moja kobieta  chodzi z głową w  chmurach to pewne, że  coś obmyśla. I na pewno nie układa  wtedy wierszy.

A kiedy wy  wyjeżdżacie - bo odbiór to będzie  pewnie  w Zakopanem, ale   może  uda  się na na Łysej Polanie spotkać z producentem. Jeśli macie  miejsce w samochodzie to bym  się z wami zabrał, a potem bym wrócił jakąś okazją.

Uzgodniliśmy, że pojedziemy  w sobotę po śniadaniu - po prostu  wstaniemy wcześniej niż dotąd. Udało nam  się  wstać skoro świt by się  wywlec  na Rysy to i na  wyjazd możemy świtkiem  wstać.  No dobra - za moment zacznę  załatwiać -  zapewnił ich  Ondrej.  Jessu, aleście  mnie  zadziwili.  Ale wasze oscypki to jeszcze małe piwko - mój kolega ciągnął ze Smokowca, z restauracji smażone......pstrągi. Do Krakowa je  ciągnął. Wszyscy w kuchni padali ze  śmiechu, bo co jak co, ale  w krakowskich  dobrych knajpach to zawsze można dostać  smażonego pstrąga.  One  wszystkie z hodowli i tu i tam. Ale  kwestię oscypków to rozumiem - są oscypki i oscypki - w  tym wypadku to kwestia proporcji składników i uczciwości producenta.  A Milosz to wami zachwycony -  spełniliście  jego marzenie.  Dziś  rano telefonował bym  zbyt rano po jajka nie przyszedł, bo na pewno odsypiacie  wizytę u niego. Hanki mama  też zachwycona. I jak mówi to psica jest niezwykle piękna i mądra, a  wyście im  pomagali ją "umeblować".  

A tam- strasznie pomagaliśmy - pozbijaliśmy po prostu deski do kupy, wyszła nawet niezła buda na ich ganku i Luna ją zaanektowała. Deski były równe, nawet  wygładzone, piła  spalinowa, małe odcinki do cięcia -  zero problemów- wyjaśnił  Wojtek.  Wiesz- jakby na to nie  spojrzeć  były przecież cztery pary  rąk do roboty, a  dziewczyny poszyły z koców pokrowce na  materace. A  teściowa Milosza  to szalenie  miła i serdeczna osoba - stwierdziła  Marta. Miałam wrażenie, że znam ją "od  zawsze". 

Godzinę później zatelefonował Milosz - pozachwycał się Luną, że to przecież jeszcze  szczeniak a mądra niesamowicie. I zgadnijcie dokąd idę w poniedziałek. Bo podobno w poniedziałek będzie ostatni dzień pogody. Potem  już ma  być kilka  dni deszczowych. 

Na Łomnicę, bo  nowy turnus zjechał - powiedział Wojtek. Nie, zero punktów. Idę na Rysy. Ze starszym małżeństwem, którzy doczytali  się w przewodniku, że od nas droga na  Rysy krótsza i łatwiejsza, bo jest mniej ekspozycji. Noo, to prawda,  ale boją  się iść sami. Oni już dziś wieczorem przyjadą do  nas, prosili o nocleg, więc ich  skierowałem do rodziców Hani. Ja  nie  chcę Luny rozpraszać.  I tak ma za  dużo  wrażeń odkąd  ją sprzedali. Dziś  się uczy aportowania.  Trochę jej  ciężko pojąć, że nie zagryza  się na  śmierć tego co się  ma  w pysiu przynieść. Ona jest przesłodka!  Przy nodze chodzi bardzo porządnie i dziś chodziliśmy po  Tatrzańskiej Łomnicy -  nawęszyła się okrutnie. Na  wszelki wypadek  na razie  to ją prowadzam na  smyczy. I wszyscy  mi jej  zazdroszczą, ale nie powiedziałem, że ona z Zakopanego ale że z Bieszczad. No i każdemu  mówię, że dostałem ją  w prezencie od przyjaciół.  Jeszcze  wiele nauki przed nią - muszę  dość  szybko ją nauczyć by się nie  wydzierała na każdego mijanego psa. A we  wtorek  jadę  z nią do weterynarza i kupię jej jakiegoś  dużego misia, bo tej  nocy to spałem z jedną  ręką wystawioną poza łóżkiem. Jeden  pies a w  sumie dwie  rodziny  mają   furę  radochy!  Teściowa już  zapowiedziała, że  gdy ja i Hanka będziemy poza  domem to ona  u nas w domu posiedzi z Luną, tak samo w poniedziałek, gdy pójdę  na Rysy. A jak im ktoś kiedyś  proponował psa to nie  chcieli go wziąć, bo to straszny kłopot i obowiązek. A teraz teściowa to chyba  startuje  do odznaki psiej matki  zastępczej. Już zamówiła gdzieś mięso dla Luny i taką dużą kość, którą ma  zamiar starannie obgotować i oczyścić i coś wspominała o jej uwędzeniu,  żeby Luna miała ją do zabawy. Hania się ze mnie śmieje, że powinienem nauczyć Lunę  by mnie  goliła  zębami.  No i   nie  wiem, czy aby  nie  kupić  jej jakiegoś kagańca, bo po raz  pierwszy do mnie  dotarło, że ona  może chapsnąć  jakieś paskudztwo leżące po drodze. Nie  sposób przecież  cały czas iść i patrzeć czy tylko węszy  czy  może  coś chwyta do pysia. No i silna jest, a przecież  to jeszcze  szczenię. Ciekawe kiedy  mnie  zamkną w jakimś psychiatryku bo cały czas  do niej gadam. 

Wiesz - w tym gadaniu do psa to nie ma nic  a nic niezwykłego- zapewniła go Marta. U nas  każdy w  rodzinie zawsze rozmawia z naszą Misiunią. I każdy z nas jest pewien, że ona go doskonale  rozumie. Pies ma  tę zaletę, że nie przekaże  dalej  tego co mu powiesz. I na pewno  cię nie obgada do znajomych. Jak widzisz  pies w domu to bardzo pozytywna  zmiana, bo poza tym nawet jak nie masz ochoty to i tak musisz ruszyć  tyłek  z domu, żeby z nim  wyjść. Podejrzewam, że nasza Misia   to zna mnóstwo przepisów kulinarnych, bo tata Wojtka na pewno jej ze  szczegółami opowiada o tym  co robi  w kuchni gdy u nas gotuje. Ja to  dość  rzadko  dostępuję przywileju gotowania co najwyżej mogę być tatową podkuchenną. Bo gdy studiowałam to tata nam gotował, bo ja dość późno docierałam do domu i wtedy tata stwierdził, że on przed południem  się nudzi, więc będzie dla nas gotował. I tak zostało. Poza  tym on należy do osób, których obecność jest zupełnie  nie krępująca, natomiast  bardzo miła. Nie nadaje  tekstów  z gatunku "a w moich  czasach", nie usiłuje nam  narzucić  swoich porządków. A ponieważ czasem mu  serducho ciutkę nawala, bo miał kiedyś   nierozpoznany i nie leczony zawał  serca, to gdy tylko nieco  gorzej się  czuje to nocuje u nas w  swojej "kajucie" - ma u nas  swój pokój i część  rzeczy. Nieco z trudem, ale udało  mi się  go nauczyć, że ma  mi zawsze donosić każdą zmianę  samopoczucia,  bo wtedy można  szybko zapobiec  większym  problemom  zdrowotnym. I gdy przyjedziecie do nas to wtedy będziecie mieszkać w jego mieszkaniu, które jest  "aż"  kilometr od naszego, a tata będzie  wtedy u nas. A ten jego pokój u nas to rzeczywiście  jak kajuta- duże łóżko, szafa , mały stolik, nieduży fotel. Chcieliśmy by spał w  większym pokoju, ale on woli w tym.  Śmiejemy się z Wojtkiem, że ojcowie  to się nam trafili fajni - w przeciwieństwie  do matek, które nie sprawdziły  się w  swoich  rolach- zwłaszcza  moja bo nie była ani dobrą matką  ani żoną.  Rozmawiałam z kardiologiem u którego ojciec Wojtka jest pacjentem, a on mi powiedział, że bardzo ważne dla ludzi w wieku 60+ by  się nadal czuli potrzebni a  nie odrzuceni i że ojciec nie potrzebuje  nadmiernego odciążania go od obowiązków i taki tryb życia jaki prowadzi jest  dla niego w  sam raz. Kombinowaliśmy nad wakacjami, żeby nadal był "pod nadzorem"- pobyt tu byłby raczej nonsensem, bo siedziałby sam na kwaterze, był pomysł by pojechał z resztą naszej "paczki" nad  morze, ale w  wersji końcowej tata Wojtka jest z moimi  rodzicami nad rzeką, stosunkowo blisko Warszawy, bo poniżej 100km. Blisko do rzeki, blisko do lasu no i jest  wśród przyjaciół, bo nasi ojcowie  się znają od wielu lat i poza tym  się przyjaźnią. A żeby  było zabawniej to Marta opowiedziała, że gdy pracowali w tej samej instytucji to się osobiście  nie  znali- poznali się bliżej i zaprzyjaźnili dopiero gdy Wojtek trafił do tej samej szkoły i klasy co Marta.

Ostatni wieczór na Słowacji spędzili wszyscy u Milosza. Luna została "wymiziana", wyściskana w 200% i aż  dziwne, że jej od tego głaskania i podrapywania nie  wypadła sierść a nosek od  całowania nie  zmienił kształtu  ani nie spuchł. Hania miała oczy w  mokrym miejscu podobnie jak jej mama i zapadła decyzja, że w następnym  roku przywiozą  ze  sobą Wojtkowego tatę, który będzie miał lokum w  domu rodziców Hani. A co do Milosza - uznano wszystkie jego dokumenty a w jednym  ze  sanatoriów regularnie  szkolą  się fizjoterapeuci i Milosz już jest na liście kursantów,  szkolenie  zacznie  się 1 września.  Oczywiście wszyscy nowi  znajomi zostali zaproszeni do Warszawy. Oprócz listy nowych przyjaciół warszawiacy wieźli do Warszawy kilkanaście oscypków, 3 woreczki suszonych prawdziwków zbieranych przez  mamę Milosza. Poza tym Marta dostała kilka przepisów na te potrawy, które  tu jej bardzo smakowały i serdak z jagnięcego futerka oraz 2 dywaniki pod łóżko z koziej skóry - to był prezent dla jej rodziców. Do tego  wszystkiego zapewnienie, że każdy z nich zawsze będzie  bardzo pożądanym gościem.

Następnego dnia do Zakopanego ruszyła kawalkada czterech  samochodów, bo w ostatniej chwili Ondrej postanowił jednak jechać  swoim samochodem. Pożegnanie  z Ondrejem w Zakopanem  też było rzewne. On oczywiście  również został  zaproszony do Warszawy. On z kolei zapewniał, że zawsze dla nich będzie miejsce w jego domu. A ponieważ, jak się zorientował to oni  wszyscy należą do tych, którzy planują dokładnie to co zamierzają, to na pewno  zawsze uda im  się "dogadać".  I bardzo  się ucieszył, że będzie  mógł przyjechać do Warszawy.

Za Krakowem "wycieczka" zatrzymała  się by zjeść lunch. Pogoda  była  dobra, ruch na  drodze był umiarkowany- nie był to po prostu jeszcze czas  wakacji szkolnych, które już wkrótce miały  się zacząć.

Mógłbym  się przenieść na Słowację - stwierdził  Andrzej sącząc poobiednią kawę. Podobał mi  się Smokowiec. Takie uzdrowiskowe  miejscowości żyją innym rytmem i znacznie  bliżej natury. A ta "zwykła  chałupa" jak Milosz nazywa dom swoich rodziców to fajne miejsce. Milosz  chce tam jeszcze urządzić suchą łaźnię. Co prawda  jeszcze  nie  wie w którym miejscu- czy w którymś z pomieszczeń piwnicznych czy rozbudować w tym celu garaż. Ja  co prawda nie wiem na co mu sucha łaźnia, ale  nie wykluczam, że gdy się cały  dzień nadrepcze w górach to taka sucha łaźnia może dobrze  działa na  cały organizm.  Jestem ogromnie  ciekawy jak to będzie z tym jego wyszkoleniem  się na  fizjoterapeutę. A czy ktoś z was  wie, czym na  co dzień  zajmuje się Hanka? 

Hanka jest tak zwaną  "pomocą  dentystyczną" w gabinecie swego własnego ojca - powiedziała  Marta. Jest normalnie  zatrudniona na etacie, ale jak  stwierdziła to ma już tego dość i zastanawia się nad zajściem w  ciążę, z tym, że jak twierdzi to do dzieci też jej nie spieszno. Po prostu nie  da  się ukryć, że u tatusia robi  nie  tylko za pomoc dentystyczną  ale i  za  sprzątaczkę i  za zaopatrzeniowca, za księgową, czyli jest na  etacie "przynieś, podaj, pozamiataj." Ale jak mi powiedziała,  to jeszcze  wytrzyma dopóki Milosz  nie zostanie fizjoterapeutą. Ale ma  żal do ojca, że ani jej,  ani jemu nie powiedział o tym, że te trzy i pół roku studiów medycznych  mogą mieć  znaczenie dla Milosza i że można  to wykorzystać. 

A ja mam wrażenie, że skoro on w połowie czwartego roku rzucił te  studia, to tak naprawdę nie był wcale zainteresowany medycyną. Oczywiście dobry fizjoterapeuta musi dobrze być obeznany z medycyną a ci fizjoterapeuci po Krakowskiej AWF są dobrymi  w swoim fachu. Ciekawy jestem  jak to  wszystko  się  rozwinie - powiedział Andrzej. Ja  w każdym razie  będę go dopingował, bo jako fizjoterapeuta  wcale nie  musi pracować na etacie, może być po prostu "wolnym  strzelcem" i  brać  zlecenia  prywatne- np. rehabilitację w domu pacjenta- a to często jest bardziej opłacalne niż etat. Z tym, że nie wiem jak to wygląda na prowincji, słowackiej  zwłaszcza. W Warszawie to miałby prywatnych pacjentów na pęczki bo każdy woli zapłacić by do połamanego  dziadka  czy babci przychodził rehabilitant  do  domu niż żeby pacjenta  wozić na  zabiegi gdzieś  do  przychodni, bo to już jest bardziej kłopotliwe. Poza tym państwowo to dostanie z 10 do 20 zabiegów na  rok,  a to jest  zdecydowanie  za mało w starszym wieku. Bo to, że  się kość zrośnie to dopiero początek, zwłaszcza  w  starszym wieku potrzebny jest stały, kontrolowany  ruch. Będę się do niego  dość  często  się odzywać  i może naślę mu  zimą kolegę który jest fizjoterapeutą. Facet nie jest tak  napalonym narciarzem żeby jechać na Chopok i szlifować  śnieg od  świtu do nocy.  Jemu wystarczą okoliczne wyciągi, zwłaszcza, że  będzie pewnie  z  dzieciakami.

Od tego "przystanku" za  Krakowem jechali do Warszawy już bez żadnej przerwy.

                                                                         c.d.n.


niedziela, 1 września 2024

Córeczka tatusia -156

 Jak  było do przewidzenia Luna  była  bohaterką popołudnia i  wieczoru. Milosz  oświadczył, że Luna  nie  będzie  absolutnie psem podwórzowym, nie  będzie  sypiała w budzie. A gdzie? - spytał ojciec  Hanki-   no w moim pokoju biurowym- zaraz pójdę na strych i przyniosę  stamtąd jeden materace i koc, a  raczej dwa materace i koce. Są co prawda nie  najnowsze,  ale chyba się Luna  nie obrazi z tego powodu. Dobrze  się  jednak  złożyło, że nie wyrzuciłem tych materacy. Chciałem zrobić w ogrodzie   coś na kształt altany z miejscem  do leżenia no i dzięki temu będzie miała Luna  eleganckie posłanie. Jutro muszę  zbić dla niej równię pochyłą  z poprzeczkami, żeby  nie latała po schodach.  Jeden materac będzie  miała do spania  w nocy, a drugi będzie leżał na  ganku obok balustrady.  

Wojtek i Michał zaoferowali swą pomoc przy tworzeniu równi pochyłej i na strychu wybierali z Miloszem odpowiednie deski,  a Andrzej zagadnął teścia Milosza jak wygląda  tu lub w okolicy kwestia fizjoterapii. Andrzej oczywiście powiedział kim jest z  zawodu i że namawia Milosza by zrobił jakiś  kurs  zawodowy w kierunku fizjoterapii. Panowie przeprosili towarzystwo i poszli spacerować po ogrodzie. 

Dziewczyny  we trzy wzięły się  za uszycie z koców pokrowców na materace. Mama Hanki przytomnie  zauważyła, że materac, który  będzie  leżał na ganku powinien koniecznie mieć  zdejmowany  i łatwy do prania pokrowiec, bo cały  brud  z ogrodu będzie  w pierwszej kolejności  "lądował" na tym właśnie materacu, a Marta stwierdziła, że byłoby dobrze,  gdyby ten materac leżał nie  bezpośrednio na kamiennych płytkach  ale był od  nich odizolowany. Nowy członek rodziny Milosza chodził po ogrodzie niemal krok w krok za  jego teściem i Andrzejem. Marta  się śmiała, że  Luna na pewno podsłuchuje.

Teściowa Milosza  nie  mogła  się nadziwić, że Milosz otrzymał taki prezent tylko za to, że zaprowadził ich na Rysy, więc Marta wychwalała  Milosza i tłumaczyła, że na sześć osób pięć tak naprawdę po raz  pierwszy zdobyło  szczyt Tatrzański i to od razu najwyższy w Tatrach. Gdzie tam najwyższy- oburzyła  się mama Hanki. Marta tylko uśmiechnęła  się -  jednak jest najwyższy- wasza święta góra, Krywań,  jest o 9 metrów  niższa od najwyższego wierzchołka  Rysów.  No ale fakt faktem, że ten najwyższy wierzchołek jest po słowackiej stronie Tatr.

Mama Hanki wypytywała gdzie pracują mężowie dziewczyn  i powiedziała - muszę szczerze  powiedzieć, że  dobry zięć nam się trafił - co prawda  szkoda, że nie skończył studiów, ale jest kulturalny, mądry, nie pali, nie pije i naprawdę  dba o Hanię i dom. Marta skrótowo "puściła  farbę", że Andrzej namawia Milosza by koniecznie zrobił uprawnienia fizjoterapeuty, skoro ma za sobą ukończone trzy i pół roku medycyny i jest ratownikiem  medycznym. To byłoby świetne  rozwiązanie stwierdziła mama  Hanki - gdy  się będzie  szkolił to ja  wtedy wezmę Lunę pod opiekę, żeby psina nie  siedziała długo sama w domu. Tak naprawdę zrobiliście   kochani frajdę  tym psem nie  tylko Miloszowi, ale i mnie, bo ja ogromnie lubię psy. I dobrze, że to suka  a nie pies,  bo sunie bardziej  się domu trzymają. Dobrze, że panie  powiedziały mi  o tym, że tak mu ten wasz przyjaciel doradził - mąż się rozejrzy wśród lekarzy uzdrowiskowych, oni na pewno coś na ten temat wiedzą i coś wymyślą. Będę pilnowała  żeby się koło tego pokręcił. 

A ja mam małą  domieszkę krwi polskiej w sobie - jedna z bliskich  kuzynek  mojej mamy była Polką i mieszkała w Nowym Targu- mówię była, bo już  siedzi u pana Boga za piecem. A rodzice Milosza to rzadko tu zjeżdżają - jego mama to mówi, że mieszkamy w  strasznej dziurze i ona to może tu być tylko latem, ale jakimś  cudem to i latem bywa tu raz na kilka lat. Chyba się  biedaczce wydaje,  że Bratysława dorównuje największym światowym stolicom. No fakt, że ona nie jest stąd, urodziła i wychowała  się w Bratysławie.  Tu  przyjeżdżali tylko na wakacje. Żeby zbyt nie rozwijać tego tematu Marta czym prędzej wyskoczyła  z tekstem, że bardzo się w Tatrach  zmieniło od jej ostatniego tu pobytu i teraz Słowacja  stoi frontem  do turystów. 

Nooo fakt, nie da  się ukryć, że wstąpienie do UE dobrze krajowi  zrobiło.  Chociaż  miejscami nieco przesadzono z inwestycjami  w Tatrach, co nie  zawsze  wychodzi naturze na  zdrowie bo za ostro się zabrano za "ucywilizowanie"  środowiska  naturalnego. Bo wydaje mi się, że nie  wszystko da się dobrze przebadać  wstępnie - bo gdy coś badasz przy obciążeniu  100 kg to wcale  nie  znaczy, że tak  samo dobrze  będzie  gdy to obciążenie będzie wynosiło tonę. Już jeden ze stawów zaczyna  okresowo zanikać, czego nigdy dotąd  nie było. I już przeżyliśmy jedną katastrofę bo urwał się i spadł jeden wagonik kolejki linowej z gondolami. No ale to przecież może się wydarzyć wszędzie - chyba nie bardzo można  wszystko na 100% sprawdzić. Chyba nie ma na świecie takiej kolejki z gondolami, która  nie  miałaby  nigdy awarii i nie  tylko u nas był taki wypadek. 

Miloszowa  mama była  ciekawa co która z dziewczyn  robi i gdy Ala powiedziała, że ona to właściwie nic  nie robi, bo mają troje  dzieci to dowiedziała  się, że prowadzenie domu i opieka nad  trójką  dzieci to jest szalenie  ciężka praca, bo to praca  w której nie ma ani chwili odpoczynku. Gdy Ala w skrócie opowiedziała o swoim pierwszym i drugim małżeństwie Miloszowa  mama przytuliła ją do siebie i cichym głosem powiedziała - ty przyjedź tu latem z dziećmi - nie tylko psy lubię - dzieci także. Pomogę ci, będę dla nich nową ciocią a ty trochę odpoczniesz. 

W czasie gdy panie  rozmawiały o domowych sprawach, na "ganko-tarasie" jak owe miejsce nazwali Wojtek i Michał, w narożniku utworzonym przez ścianę budynku i balustradę powstawała  zaciszna  "miejscówka" dla Luny. Aktualnie panowie konstruowali nad tym miejscem daszek, który miał być pokryty płytami z folią  aluminiową.Tak naprawdę to powstała w ten sposób bardzo elegancka i  duża psia buda. Ściany jej i dach były pokryte płytami z folią aluminiową. Co prawda Wojtek stwierdził, że po bardzo intensywnym, ostrym deszczu ta  folia prawdopodobnie ulegnie awarii, ale Milosz zapewnił, że szybko zakupi bardzo cienką blachę i nią całą konstrukcję pokryje. Ale na najbliższe  dni to takie  rozwiązanie raczej  się sprawdzi, bo nie  są przewidywane deszcze, a że te płyty zostaną pod  spodem to będzie świetna izolacja termiczna. Poza tym Luna będzie tu "urzędować" tylko w  dzień, bo noce to zdaniem Milosza miała spędzać w mieszkaniu.

Wizyta przeciągnęła  się do.......północy, a rodzice Hanki właściwie niemal adoptowali całą szóstkę. Wymienili  się numerami telefonów i adresami, a Milosz  zapewnił, że na pewno przyjedzie w październiku  razem z Hanką do Warszawy. I już  było wiadomo, że w następne  wakacje cała szóstka ma święty obowiązek  zameldowania się w Tatrzańskiej Łomnicy, ale  tym razem wraz  z dziećmi . Ale to  będzie aż piątka dzieci - zauważyła Maryla. 

No to co? - przecież tu jest naprawdę dużo miejsca. Poza tym część towarzystwa może przecież mieszkać u nas, nie mieszkamy w innej miejscowości ale ze sześć domów dalej. No w razie czego to przecież część może mieszkać u nas. Osobiście nie widzę żadnego problemu. No może tylko taki, że musimy to wszystko ustalić najpóźniej na początku maja.

Gdy "szóstka" wyjeżdżała z powrotem na  swoją kwaterę  to musieli obiecać, że gdy dojadą na  miejsce to  zaraz dadzą  znać, że dojechali bez problemów na  miejsce. No i mają jechać wolno, bo tą drogą to często wracają  "osobnicy pod  wpływem".  Pod czyim wpływem? Są tu jakieś zebrania agitacyjne?- nieco głupawo spytał Wojtek.  No nie, ale tu sporo jeździ przypitych. Część na rowerach, część piechotką tylko trzymając  się roweru, a  ci bardziej w swym mniemaniu  trzeźwi to na motocyklach. Najgorzej to jest w weekendy. My to mówimy, że szosą nocami chodzą tu pijane niedźwiedzie. Co ciekawe to oni się tak zalewają piwem. Wódka droga to żłopią straszne ilości piwa. Setka  wódki to taka ozdoba wieczoru niczym wisienka na torcie. A oni tego piwa to wypijają straszne ilości, bo ich  zdaniem piwo to nie  alkohol, to tylko napój witaminowo - drożdżowy. No i to przecież  samo zdrowie bo drożdże piwne to wszak witamina B. Poza tym są pewni, że ponieważ to napój moczopędny to niewiele alkoholu zostaje w ich organizmach, wszak go wysikują.

No fakt - drożdże piwne jako takie można podawać właśnie jako witaminę B chyba przy zapaleniu korzonków  nerwowych, przypomniała  sobie Ala. A tak naprawdę różnica pomiędzy drożdżami piwnymi a tymi do pieczenia polega głównie na  tym, że te spożywcze kupujesz w sklepie spożywczym a te piwne ....w aptece. Bo skład podstawowy jest ten  sam. Ja po pierwszej ciąży to włosy ratowałam drożdżami. Bo w czasie ciąży to były  super, a potem niestety wypadały mi  garściami- myślałam, że  zostanę łysa. A zostałam nie łysą ale  wdową. Michał objął ją  czule i powiedział - nawet gdybyś  była łysa to i tak bym cię pokochał- osobiście wierzę w przeznaczenie. Ale przy naszej pareczce nie  miałaś problemów z włosami- stwierdził. No bo przy naszej pareczce byłam cały czas spokojna i niczego się nie bałam bo ty nie   miałeś wariackich pomysłów, nie szalałeś za kierownicą ani na torze  ani na  szosie i cały czas byłeś przy mnie.  W kilka miesięcy po tym jego wypadku wpadła mi do głowy  myśl, że ojciec Mirka cały  czas uciekał sam przed  sobą, że coś go "gryzło" o czym nikomu nie powiedział.  Miałam wrażenie, że  w pewnej chwili  wparuje  do mnie milicja i mi powiedzą co on  zrobił i może ja  wiem dlaczego. Na całe szczęście  wspierali  mnie teściowie, którzy cię  potem szybko pokochali i docenili gdy cię poznali.To kolosalna różnica. Przy Mirku to jeszcze  byłam na etapie utrzymywania  kontaktów z moją matką, której się mój pierwszy mąż nie podobał, bo nie znając wcale  jego rodziców uważała ich za godnych jedynie pogardy badylarzy, którymi przecież nie byli. Ona zapewne do dziś nie  wie, że mój teść  jest naukowcem. A ja, tak prawdę mówiąc to nawet nie wiem  czy moi rodzice przeświadczeni o swej nadzwyczajności nadal  jeszcze  żyją i wcale mnie to nie obchodzi. Ktoś, kto nie ma  nawet bladego pojęcia  jak oni mnie potraktowali  gdy wyszłam za mąż wbrew ich opinii to może być  zgorszony, ale to nie moje zmartwienie. I czasem myślę,  że spotkanie moje z Michałem  było jakąś interwencją zza światów, z innego wymiaru, że to ojciec  Mirka zadbał o swe  dziecko a mnie przeprosił za swój trudny charakter.

To szalenie naukowy pogląd, jeśli idzie o kwestię przeznaczenia - zaśmiał się Wojtek - taki w  sam raz dla informatyka. I ty i ja wierzymy w przeznaczenie a jesteśmy informatykami. Tylko jakoś nikt  nie  wie skąd się owo przeznaczenie  bierze. Co do tego co Ala przed  chwilą powiedziała - nie mamy wcale  a  wcale pojęcia co się  dzieje w chwili gdy serce przestaje bić, krew krążyć a mózg funkcjonować. Mówiąc "my" mam na myśli  lekarzy, którzy z racji wykonywanego zawodu mają znacznie częściej do czynienia ze śmiercią.

Marta, gdy tylko trafiłem do jej klasy to zaraz mnie poinformowała, że będziemy parą. Bo ja  się trochę  wtedy przez  rodziców  spóźniłem do szkoły co najmniej  miesiąc. A ja  się nawet nie zapytałem skąd ona to wie i już tego dnia odprowadziłem ją do domu i tak zostało do końca podstawówki. Nawet mi nie  zaświtało w głowie, że mógłbym iść do  swego domu inną trasą niż koło jej domu.I chyba to naprawdę  było przeznaczenie, bo potem przez  całe liceum  byliśmy bardzo daleko od siebie, a jednak jesteśmy razem. A zawsze  wszyscy uważają, że co znika  z oczu to i z serca zniknie. A nam nie  zniknęło. I nie  wiem zupełnie czy Marta  miała wtedy jakiś przebłysk "nadświadomości", ale fakt faktem, że od  tamtego czasu byliśmy i jesteśmy parą. 

A co do drogi powrotnej - chyba  będzie lepiej gdy w każdym z samochodów będzie  w nocy na tych zapijaczonych trasach któryś z nas za kółkiem. Czyli ja  zajmę miejsce Martuni, zresztą ona  nie przepada za prowadzeniem nocą. To ja w takim razie poprowadzę  drugi wóz- nocne powroty to  moja  specjalność- powiedział Andrzej. No i jadąc przez  wiochy będziemy zwalniać do czterdziestki. Bo jak ludzie mówią  "strzeżonego Bóg  strzeże."

Wbrew ponurym przewidywaniom nie natknęli  się rowerzystów, za to minęli kilku nieco zataczających się dość mocno pieszych i jednego wyraźnie przemawiającego do drzewa. Gdy tylko dojechali pod swą kwaterę Marta  zaraz  wysłała do Milosza  wiadomość, że są na miejscu  a po drodze nic  się nie  działo. A Milosz podziękował i napisał - Luna nam "oświadczyła", że noce  to będzie  spędzać......w naszej sypialni. Na  szczęście na podłodze a nie  z nami w jednym  łóżku. A Marta odpisała - kup jej dużą kudłatą zabawkę, dużego  misia lub  pieska - ona dotąd  sypiała przecież z rodzeństwem i matką. To wciąż jeszcze  dziecko. Przecież ona dopiero co jest "wydana" z domu! W najgorszym układzie  spędzisz  dzisiejszą noc śpiąc z Luną na jej materacu, ale nie  wpuść jej do łóżka. Następnego  dnia rano nadeszła wiadomość - grzeczna, porządna sunia - poprosiła rano o wyjście  z domu lekko podgryzając  mi rękę, załatwiła co należy i teraz  śpi w budzie na ganku. Chyba jej tę budę odpowiednio na  zimę ocieplę i tam będzie sypiać. Jest jednak nieco większa od waszej ulubienicy. No większa - zgodził  się Wojtek- tak ze  100 razy  większa. A może nawet i więcej razy? nie mam pojęcia.

Dziś zadzwonię  do weterynarza  z  zapytaniem  czy on obsługuje  ten model psów, bo jak na  razie to Luna jest jedynym, a do tego rasowym podhalanem  w okolicy. Muszę kupić w zoo-sklepie coś przeciw kleszczom, ale to po naradzie z weterynarzem. Ojciec  zna jednego,  w Smokowcu, ale ja  chyba pojadę do Kieżmarku, bo ten facet to się  chyba tylko na krowach zna i na kundlach o które nikt nie dba. Oboje  z Hanią tak jesteśmy przejęci tą Luną jakby była naszym  dzieckiem.

Nic  dziwnego, my z Martą też tak mieliśmy gdy się do Marty przyplątała  Misia. Marty Rodzice i mój ojciec  też tak  samo jak my zgłupieli na punkcie  tej psiuni. Na początku to się śmieliśmy, że  Misia przestanie  wkrótce  chodzić, bo przez  to noszenie  zapomni do czego  łapki służą. Pisałem magisterkę z psem pod  swetrem. Ona do dziś lubi siedzieć w kieszeni bluzy mojego ojca albo u mnie pod  swetrem. No bo to maleństwo a poza tym króciutkie ma  kudełki bo musi być trymowana- ale trymowaniem  to się zajmuje Marta. A co to jest to trymowanie- spytał Milosz.  To jest usuwanie   martwych włosów - tylko niektóre  rasy tego wymagają, chyba  wszystkie krótko i szorstkowłose. U nas to istne  wariactwo z psem- jeden malutki piesek a ma trzy domy, w każdym  swoje posłanko i ręce do głaskania, noszenia i przytulania. Nigdy nie  zostaje sama w domu. Gdy my w pracy to ona  siedzi z mamą Marty w kwiaciarni, albo z moim ojcem u nas  w domu.

                                                                      c.d.n.




środa, 28 sierpnia 2024

Córeczka tatusia- 155

 W końcu Milosz został wyekspediowany, ale bez  Luny, bo jak powiedział, to Hanka nie  uwierzy, że on dostał Lunę w prezencie, bo nikt o  zdrowych  zmysłach  nie robi takich  drogich prezentów komuś  kto się włóczy po górach. No dobrze - zgodziła  się Marta. To nawet będzie fajnie, bo Luna  wygląda mi na rozgarnięte  dziecko i ona ciebie pozna bez problemu od  razu gdy wyjdziesz nam otwierać bramę. I wierz mi - cena nie była  wysoka a poza tym "Luna jest  składkowa", jej cena  została  rozłożona na trzy rodziny, więc nikt  z nas  nie  zrujnował  się i jest  kupiona za złotówki a nie za  euro. Ty i tak będziesz  musiał jeszcze  w nią nieco zainwestować - już niedługo musi mieć  miski z wodą i jedzeniem na podwyższeniu a nie na  podłodze. Nie wiem  tylko czy takie stabilne  uchwyty można kupić w sklepie z akcesoriami dla zwierząt  czy trzeba samemu coś wymodzić z metalowych prętów. Wiem tylko, że muszą być stabilne i dobrze obejmować miskę bo  podwyższenie typu podeścik płaski, drewniany - nie sprawdza się i miski spadają w trakcie picia i  jedzenia.  To wiem od koleżanki, której rodzice mieli dużego setera. Będziesz też musiał kupić  dla  niej  szczotkę i grzebień bo pies  musi  być szczotkowany najlepiej dzień w  dzień,  potrzebne też będą specjalne obcinaki do psich pazurów. I byłoby dobrze, gdybyś dość  wcześnie wpadł z nią do weterynarza, niech  ci pokaże jak pielęgnować jej uszy i pazurki. I nie dawaj jej nigdy surowego mięsa - wpierw je trzeba sparzyć wrzątkiem - wtedy pies nie będzie chorować. Babka mówiła, że Luna bez problemu je gotowaną razem z mięsem i kaszą marchewkę. I jeszcze powiedziała, żeby nie dawać  jej żadnych wędlin, bo są dla psów trucizną. W charakterze  nagrody za dobrze  wykonane polecenie można  dać kawalątek gotowanego mięsa.  Jak sami sprawdziliśmy psica dobrze  toleruje podróż samochodem, co też jest istotne, bo ponoć niektóre psy wymiotują w czasie  jazdy. A to była jej pierwsza podróż samochodem. Bo jak na razie nigdzie nie była wożona, weterynarz  przyjeżdżał  do psów  a nie psy do niego. No to jedź do domu, my przyjedziemy tak jak mówiłeś o 18,00.  Milosz na pożegnanie pomerdał Lunę za uszkami, cmoknął w wilgotny nosek i powiedział - będę cierpiał czekając na  was. No to jeszcze pomyśl, ile potem będziesz miał radości -śmiała  się Marta.  Pies i my- to może  być aż nadmiar szczęścia  i atrakcji.  

W niecałą godzinę później przyszedł mail od Milosza - a może byście  przyjechali wcześniej, bo mi brak Luny?  Dobrze, nie ma sprawy, do której wytrzymasz bez  Luny? No najwyżej do 17,00 - stwierdził. No   to może uda nam się do tego czasu podciągnąć swą urodę, żebyśmy mogły dorównać Lunie w urodzie- odpisała Marta. Na razie ćwiczymy Lunę by nie  ciągnęła  na smyczy - na razie zero efektu. Ale już bez problemu można jej  założyć obrożę. Mądra z niej psina. I grzeczna, wysikała  się za bramą a nie w ogrodzie.   Ja to jej wydzielę część ogrodu na te sprawy - powiedział niemal szeptem Milosz. Kończę i czekamy na  was.

O godzinie 17,00 przyjechali w  dwa samochody - Marta prowadziła "damski" samochód a Michał- "męski". Luna jechała z chłopakami. Milosz czekał na  nich przed posesją, za nim otworem stała  brama wjazdowa. Pokazał gdzie mają  zaparkować i zamknął bramę gdy  zaparkowali. Z "męskiego  samochodu" wpierw wysiadł Wojtek, który  siedział obok  kierowcy  i wyjął z  samochodu Lunę mówiąc do niej - "idź teraz do swojego domu" i postawił ją na ziemi a smycz oddał Miloszowi. Milosz przykucnął a Luna w dwóch małych  kroczkach, merdając ogonem podeszła do niego usiłując  się na niego wspiąć. Milosz objął jej głowę i delikatnie dmuchnął w jej nozdrza a wtedy Luna omal go nie przewróciła usiłując wcisnąć mu się na ręce. Całą scenę obserwowała bardzo ładna blondynka - Hanka. Milosz  zawołał ją, Hanka zeszła po pięciu schodkach, a Milosz jedną ręką objął Hankę, drugą merdał Lunę i mówił: to jest twoja  pani, teraz  tu będzie  twój dom. I dopiero wtedy reszta gości wysiadła z  samochodów, co wywołało u Luny kolejny przypływ entuzjazmu. Milosz poprowadził wszystkich na  tył domu, gdzie  był całkiem spory ogród, który można  było odgrodzić od części prowadzącej do bramy  wjazdowej. Było tu również  drugie  wejście do willi i tę  część ogrodu Milan przeznaczył dla Luny. Milosz  zerknął na  zegarek - rodzice Hanki będą tu za jakieś 10 minut - powiedział. Oni latem, jeśli wynajmą swój dom letnikom to mieszkają u nas na piętrze, a my na parterze. A ten dom jest moich rodziców, jest zapisany na mnie gdy odejdą z tego świata. Oni w dalszym  ciągu  mieszkają w Bratysławie. Bo tu, zdaniem mojej mamy, to jest straszna wiocha, no a moja mama to miastowa baba a nie  wiejska. Dopóki  się nie ożeniłem to oni wynajmowali cały  dom, bo ponoć po to  go kupili, my czasami wynajmujemy piętro zimą dobrym znajomym gdy  wpadną na pomysł przyjazdu na narty. 

Hanka przeprosiła  gości, mówiąc, że musi zajrzeć  do kuchni i Marta poszła  za nią mówiąc - proszę mi wyznaczyć  jakąś pracę w kuchni bo gdy wrócę do domu to będę miała za duży  szok.  W kuchni Hanka zatrzymała  się i powiedziała : Milosz mi powiedział, że ta psica jest prezentem od  was - proszę mi powiedzieć ile ona kosztowała. Marta uśmiechnęła  się i powiedziała- zaraz  wszystko pani opowiem.

Po pierwsze- pani mąż umożliwił nam, a głównie  mnie  zrealizowanie  dotarcia  na  szczyt Rysów. Jest naprawdę świetnym przewodnikiem a z naszej szóstki to tylko ja chodziłam w Polsce po Tatrach. Gdy byliśmy wszyscy na Łomnicy był tam również  pani mąż i ja z nim rozmawiałam i zapytałam  się, czy mógłby nas zaprowadzić na Rysy, bo wiem, że od  słowackiej  strony jest  mniej miejsc z ekspozycją. Ja nie mam lęku wysokości, ale bałam się iść na Rysy z pięcioma osobami, które albo wcale nie były w górach, albo jak mój mąż -był w Alpach, ale nie  zdobywał żadnych  szczytów. I Milosz się  zgodził i nas naprawdę  szalenie miło poprowadził- czuliśmy  się bezpiecznie i nie  było żadnych problemów. Mieszkamy u Ondreja Janeczka i zapytałam  się go, czy może wie czym moglibyśmy Miloszowi sprawić frajdę, bo chcemy mu podziękować jakimś prezentem który sprawiłby mu dużą radość. I Ondrej powiedział, że Milosz marzy o psie, ale Polacy nie  chcą  Słowakom sprzedawać psów. No to myśmy  pojechali do tej hodowli w Kościelisku i kupiliśmy Lunę. To jest prezent od trzech rodzin a do tego płaciliśmy w złotówkach i cena była sporo niższa niż  ceny w Warszawie, w której  mieszkamy. A Milosz jest świetnym przewodnikiem i nasi mężowie "wpisali" go do grona naszych przyjaciół. I zaprosiliśmy go byście razem przyjechali do Warszawy - gwarantujemy mieszkanie na wasz pobyt. A Andrzej, który jest chirurgiem, namawia Milosza by zamiast studiów   zrobił uprawnienia fizjoterapeuty, bo jego zdaniem to skoro Milosz przerwał studia na IV roku to po rocznym kursie może być fizjoterapeutą, zwłaszcza, że ma też  tytuł ratownika medycznego. Andrzej ma doktorat, wie  co mówi. A Luna jest mądrutką sunią  i jest w świetnym wieku do adopcji, ma 3,5  miesiąca.  A pies w domu to sama radość, wiem, bo gdy byliśmy  nad Bałtykiem to przygarnęliśmy porzuconą przez kogoś podłego psinkę.Wyglądała rozpaczliwie, szkielecik pokryty brudem.  Jest malutka, bo to miniaturka ale  radości daje  tyle co pełnowymiarowy pies. I my i nasi rodzice są nią  zachwyceni. A tak poza  kwestią Luny - mam na imię Marta a z pani mężem wszyscy jesteśmy na "ty" - jak to w górach.

Hanka zagryzła na sekundę  wargę  - ja przepraszam- źle to wszystko oceniłam. Jestem zazdrosna, bo się Milosz dziewuchom podoba, a do tego to mi nie powiedział dokładnie  wszystkiego. No to teraz już chyba wszystko jest jasne- stwierdziła  Marta- ty też jesteś naszą przyjaciółką, bo żony naszych przyjaciół są i naszymi przyjaciółkami. Jesteś piękną kobietą  i ręczę  ci, że Milosz nie ogląda  się za dziewczynami, to nie  ten typ faceta. A zazdrość nikomu nie  wyszła na  zdrowie. No a teraz to będzie miał anioła  stróża w postaci Luny  - bo na pewno na łatwiejsze trasy będzie z nim  chodziła.  Dziś zrób to, co zrobił Milosz - gdy będziesz ją głaskać i przytulać wydmuchnij powietrze z płuc  dość  szeroko otwartymi ustami w jej nozdrza.  Zapamięta to na  zawsze.

Powiedz mi jak mam pokroić te ogórki - prosto czy  skośnie? Bo wiesz, każda  z nas ma inną  wizję jak co ma wyglądać na  stole. Uświadomiłam to sobie  dopiero niedawno, gdy z żoną mego  taty szykowałam coś na  któreś  święta. Bo mam od kilku lat tak zwaną macochę, ale jest dla mnie  mamą - tak o niej myślę i tak do niej mówię.  Ojej, to mama ci umarła?- zmartwiła  się Hanka. 

Nie, oni się  rozeszli gdy miałam 12 lat i wybrałam na  sprawie tatę, mnie  wychował sam tata. A ożenił  się dopiero wtedy gdy ja  wyszłam za Wojtka. I wiesz, dzięki temu, że wychowywał mnie tata, dość  dobrze poznałam psychikę  facetów. Twój Milosz to porządny facet i nie  szuka wrażeń. Oooo, a propos Milosz- niech nakarmi  swoje dziecko, czyli Lunę. Jej suchy pokarm jest w  naszym bagażniku, niech go łaskawie  do nas przyniesie.  Ta  hodowczyni mówiła, żeby  Luna jeszcze przez  jakiś czas jadła ten suchy pokarm, więc  musi  mieć  dostęp  stale  do wody.  Każ Miloszowi iść z moim do samochodu, tam jest ten pokarm. I trzeba  wygospodarować dla Luny jakąś miskę na wodę i w domu i w ogrodzie. Ale nim  Luna  będzie latać po ogrodzie  to musi Milosz  sprawdzić, czy  nie ma  w trawie  czegoś co mogłaby psia  durnota  zeżreć lub pogryźć. Niech  wszyscy idą do ogrodu i przejrzą dokładnie  cały ogród tak krok po kroku, a Luna niech na razie   posiedzi z nami  w  domu. Pokarmisz ją  trochę  z ręki w  domu, niech wie kto tu rządzi. Hanka szybko wybiegła z kuchni a  wróciła z Luną i zamknęła za sobą  starannie  drzwi. Zaraz przyniosą ten pokarm- powiedziała.

I wiesz -kontynuowała  Marta- na początku to można jej dawać do jedzenia ten pokarm  namoczony i  zmiksowany albo z gotowaną marchewką albo z burakami. Wiesz- zalejesz te kuleczki wodą, dodasz ugotowany burak lub marchewkę i zmiksujesz i gdyby było za gęste i za  suche  trochę rozlejesz wodą przegotowaną. Z mięsa to na początku dawaj jej drób drobno pokrojony z warzywami  i gotowaną kaszą jęczmienną lub nie paloną  gryczaną. Nie  dawaj jej mleka, krowie mleko jest dobre  tylko dla  cieląt. Dla ludzi też nie jest dobre. Dla  ludzi to dobry jest jogurt, kefir,  zsiadłe mleko -  a mleko krowie w swej naturalnej postaci to  trucizna.

W pewnej chwili ktoś  zapukał do zamkniętych drzwi kuchni i Luna szczeknęła, a zza drzwi odezwał  się Milosz pytając,  czy może  wejść. Muszę wziąć coś na śmiecie, jakiś  worek plastikowy. Marta- jesteś genialna - jest mnóstwo śmieci, i jakieś kawałki drutu, papy, pełno petów. Skarbie- czy mamy jakieś rękawiczki ochronne?- zwrócił  się  do Hanki.  Mamy, są w tym zielonym pojemniku koło szafy, worki też tam  są.  

Najwięcej rzeczy dziwnych jest bliżej muru, czyli od  strony drogi- po prostu ludzie  nam śmiecie wrzucają. Chyba jakieś tablice obstaluję z napisem żeby nie wrzucali. A mówiłem, że ten murek jest za niski 150 cm to zerowa  wysokość. Muszę nad  tym podumać. Ale to potem. Zabrał pudełko z workami i rękawiczkami i wyszedł.

Ludzie są jednak okropni - przecież pod  tym murem nie ma żadnego chodnika, do szosy, bo to właściwie  jest  szosa, jest  metr odległości, chodnik jest po drugiej stronie, to jakieś chamstwo wrzuca za mur śmiecie- stwierdziła Hanka. Czyli żeby coś wyrzucić to musiał przejść  na tę stronę. No niestety - westchnęła Marta. A z chamstwem trudno wygrać. 

Masz rację, a gdy poruszysz  tę  sprawę na  zebraniu to zaraz  wszyscy podniosą  wrzask, że to przecież  turyści śmiecą a nie  miejscowi, bo miejscowi to chodzące ideały - powiedziała Hanka. Tyle tylko, że turyści to głównie tędy przejeżdżają i raczej nikt nie  zatrzymuje  tu auta po to by niedopałek przez  mur wyrzucić. Te wywalone  z  samochodów to leżą  wzdłuż  szosy. 

Ja to bym rozgłosiła, że zainstalowałam  kamery bo mam dość  zbierania  cudzych śmieci. I można kupić takie imitacje  kamer i powiesić  tylko lekko je ukrywając. Jak przestaną śmiecie przybywać to wtedy będzie  wiadomo,że to miejscowi naśmiecili. Na tym istniejącym  murze można  dodatkowo rozwiesić płot z gęstej  siatki i pod murem posadzić  szybko  rosnące pnącze. Hedera się chyba do tego nadaje. Albo wznieść nowy płot wysokości 3 m. Albo zainwestować w jakieś reklamy tutejszych rozrywek- w mur wbić podpory i na  nich rozwiesić  banery.  O rany- jęknęła  Hanka - ty to masz furę pomysłów! No mam- zgodziła  się  z nią Marta. Niektóre  to bywają nawet  godne opatentowania. Jest  tu przecież kilka biur turystycznych, baseny termalne, kolej linowa na Łomnicę, można przecież reklamować niekoniecznie  Tatrzańską Łomnicę, można i inne  miejscowości. Jakby to zainstalowali na  tym waszym  murze to można nawet  wspaniałomyślnie  nie  brać  forsy za to, że z niego korzystają. Wystarczy wziąć  do  ręki pierwszy lepszy przewodnik i reklama sama do głowy  wpadnie co warto reklamować. 

Rozmowę przerwał dzwonek - oooo, to pewnie  moi  rodzice  przyszli- stwierdziła Hanka, podeszła  do okna, wychyliła  się i zawołała- Milosz jest  w ogrodzie, po czym  wybiegła  z kuchni  zamykając za  sobą  drzwi.Kilka  minut później  wróciła  za  swoją mamą mówiąc - tata poszedł też  zbierać śmiecie. Marta przywitała  się z mamą Hanki, która powiedziała- ja mówię  tylko po słowacku, nie znam ani polskiego ani  angielskiego, ale córka powiedziała, że pani mnie i tak zrozumie.  Tak, oczywiście, że rozumiem, to są jednak podobne  języki. Luna stała  koło swej miski z wodą , więc Marta podeszła do niej, pogłaskała, przytuliła i trzymając  ją w objęciach powiedziała- to swój człowiek, to mama Milosza i Hani. A potem powiedziała a ja jestem Marta, Milosz prowadził nas na Rysy i wspaniale było z nim iść. A ten szczeniak to Luna, która jest prezentem naszym dla Milosza bo dzięki niemu zdobyliśmy Rysy. Dziś jest jej pierwszy  dzień poza psią rodziną, ona dopiero nas wszystkich poznaje. Ale to mądra sunia. W tej chwili wróciła Hanka i przyprowadziła ze sobą Milosza. Luna wywinęła  się  z objęć  Marty i szybko znalazła  się koło Milosza, który ją pogłaskał i powiedział : dobra, grzeczna piesa, kochana  moja,więc Luna czym prędzej  chciała  się dostać  do niego na ręce. Milosz, weź ją na smycz, znieś po schodach i wyprowadź, bo ona  jadła i piła. Wyprowadź ją , tylko obserwuj, by  czegoś  do mordki nie wzięła - w razie  czego to można jej nawet  z pysia coś  wyjąć, ona jest łagodna. To ja pójdę z nimi- jeśli pani pozwoli- powiedziała Mama  Milosza. No pewnie, nie ma problemu, ja też wyjdę do ogrodu. A dlaczego ty ją nosisz po schodach - mama Milosza  była wielce  zdziwiona- bo ona jeszcze jest bardzo młoda i chodzenie po schodach jest dla niej niebezpieczne, może  nastąpić dysplazja stawu biodrowego i to byłby koniec jej szczęśliwego życia - wyjaśnił  Milosz.  Siedząc u Milosza na  rękach Luna zaraz go czule polizała a Marta powiedziała - przy następnym takim zachowaniu skarć ją delikatnie - wystarczy ,że  się uchylisz i  pogrozisz palcem mówiąc "nie wolno lizać". Po trzech, czterech takich zachowaniach pojmie, że tak nie  wolno. Pamiętaj, że pies różne dziwne paskudztwa liże i może ci jakieś paskudztwo na twarz przywlec. Może cię bezkarnie lizać po rękach i nogach.

W ogrodzie  rozpoczęła  się burza mózgów jak zaradzić by różne śmiecie  nie przedostawały  się przez mur do ogrodu. Ojcu Hanki bardzo spodobał  się pomysł z reklamowymi banerami i obiecał, że będzie o tym rozmawiał z radą miejską. A dopóki nie  będzie  dobrego zabezpieczenia to Luna nie będzie  sama biegać luzem po ogrodzie tylko będzie  wyprowadzana na  smyczy do ogrodu.

                                                                                  c.d.n.





wtorek, 27 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 154

 Milosz odwiózł ich na kwaterę, wyściskali się wszyscy na  "do widzenia" tak serdecznie jakby byli niemal rodziną i gdy tylko się wszyscy  odświeżyli Wojtek powiedział- nie mam pojęcia jakie  tu  są obyczaje gdy się do kogoś  idzie po raz pierwszy w odwiedziny. Chyba zadzwonię do Ondreja. On chyba  będzie wiedział. Szkoda, że nie pomyślałem, żeby wziąć ze sobą  z Warszawy jakiś album o Warszawie. W tym układzie zostaje nam tylko jutro wypad do Kieżmarku i może tam nam coś w oko  wpadnie. Albo wypad do Zakopca bo tam jest fajna  duża księgarnia i zawsze mieli całkiem  spory  wybór książek w języku obcym, czyli angielskim. Jutro nie  będziemy nigdzie  wędrować, bo to jednak był niezły kawałek drogi. A nie sądzę  by nas zaprosili na 12,00 w południe, bo on jednak przecież pracuje. 

A  właściwie to jesteśmy gapy - stwierdził Michał - bo może by  się  jemu przydał jakiś do niego  dopasowany nieduży programik komputerowy do obsługi tego jego  biura. Nie  sądzę - stwierdził Wojtek-to jednak za malutkie  biuro, bo ono  jednoosobowe, ale jedno co mu mogę obiecać, że jeśli będzie mu  się opłacało  rozszerzyć działalność, to mu wtedy jakiś   nieskomplikowany w obsłudze programik  ułożę - powiedział Wojtek.  On jako ratownik  medyczny to figuruje w górskim pogotowiu, ale nie jest tam na etacie,  ma uprawnienia  przewodnika  tatrzańskiego  i czasem prowadzi też  na Łomnicę - powiedziała Marta. Te wiadomości mam z informatora.  A w kwestii przychodzenia  w  gości z czymś  w garści - czy nie jest  to  aby  głównie  nasz ojczysty  obyczaj? - zapytała Marta.  

To wielce prawdopodobne - wszak zawsze się  przychodzi  albo z  kwiatowym albo  ze  sztywnym bukietem, albo z niczym  -  gdy się idzie do was, bo ty zawsze przypominasz  by nic wam nie przynosić - odpowiedział za wszystkich Andrzej.  

No bo skoro ja kogoś  zapraszam to  znaczy, że jestem   na to przygotowana  finansowo, psychicznie i  fizycznie - powiedziała  Marta. Zauważ, że  jak idę  do was to jedyne co mi  się  zdarzało to coś dla dzieci. Wam nic  nie przynosiłam. Przynosiłaś kwiaty - wypomniał Andrzej.

A czy ty  wiesz, że te klocki literki to  są cały czas w  użyciu? Obaj wciąż układają jakieś  wyrazy. Ostatnio Piotrek dał popis - ułożył słowo "dupa". Z trudem zachowałem powagę i wytłumaczyłem, że to brzydka nazwa, podałem inne, równoznaczne  nazwy i tylko czekam, gdy ułoży następne wulgarne określenie. I czy będzie przez "H" czy  może "Ch". Podobno był taki napis na murze altany śmietnikowej w pobliżu  poczty. I były pomazane też  ściany  stojących w pobliżu świeżo odmalowanych bloków. Mojego ojca  szalenie to zezłościło, bo akurat nieco te  smętne bloki pojaśniały po nałożeniu nowych  tynków, to jakieś małpoludy to zabrudziły.  

Bo teraz to za mało zadają dzieciakom do domu, skonstatował Wojtek. Nasze pokolenie  miało tyle pisania  w domu, że nikomu  nie  wpadło do łba, żeby jeszcze gdzieś po ścianach  pisać. I chyba albo jeszcze  nie  było albo była  szalenie  droga farba w spreyu. No i  jakimś cudem nie było ani dyslektyków ani dysgrafików a dyktanda były dwa  razy w  tygodniu. I były wypracowania z polskiego na kilometry mierzone. A  tata Marty, gdy tylko wracał do  domu to zaraz  wypytywał nas co było danego dnia w  szkole. On chyba  miał zapisany plan lekcji, bo zawsze gdy już mieliśmy "poważniejsze" przedmioty to wypytywał  nas czy  wszystko dobrze  zrozumieliśmy a potem tak jakoś podpytywał, że mieliśmy w domu drugą lekcję fizyki lub innego z przedmiotów - tata nas nauczył, że cały  czas otacza nas  chemia i fizyka  i nagle  się okazywało, że wcale nie jestem głąbem z fizyki czy też z geografii - dopowiedziała  Marta. A chyba najważniejsze, że nauczył nas  byśmy z nim o wszystkim rozmawiali.  Tata zawsze traktował nas tak, jakbyśmy byli dorośli, którzy tylko są nieco niedouczeni, ale którzy są  w  stanie  wszystko zrozumieć.  

I nie wyśmiał mnie gdy mając trzynaście lat powiedziałem mu, że gdy dorosnę to się ożenię z Martą. Za to bardzo delikatnie za jakiś  czas mi tłumaczył, że nikt  nie jest w stanie tak na 100%  przewidzieć czy jego plany  się spełnią bo my  się po prostu zmieniamy, zwłaszcza w tak młodym wieku - wspominał Wojtek.  Nawet nie macie pojęcia jak ja nienawidziłem moich  rodziców gdy mnie zabrali do Austrii na czas liceum- nie dość, że niemiecki to rozumiałem piąte przez  dziesiąte to matka mi podsuwała tamtejsze panienki. Dobrze, że choć na wakacje ( choć nie  wszystkie) mogłem tu być. No i nie  da  się ukryć, że poczty obu państw nieźle się na  nas wzbogaciły, choć część korespondencji szła kurierem, głównie to ode mnie  do Polski. Ja się  zatruwałem myślami, że ona  na pewno ma tu jakiegoś chłopaka, a ona  tak samiutko myślała o  mnie. 

Dla mnie  - powiedziała Marta - było więcej  niż pewne, że zostaniemy małżeństwem, choć przez  cały  czas jego studiów on nic na temat małżeństwa nie mówił i nawet podejrzewałam, że ma jakąś babkę, ale on to samo myślał o mnie. A on  dopiero po swoim absolutorium ćwierknął coś o małżeństwie. Michał pokiwał głową - bo Wojtek jest  z tych, którzy uważają, że jak się o czymś  za dużo gada  na  zapas to bardzo mało potem z tego wychodzi.  I trudno się  z nim nie  zgodzić - na ogół tak się jakoś dzieje, że gdy się o  swym jakimś planie  wciąż mówi to najczęściej nic  z tego nie  wychodzi.

Wojtek i Michał są  mentalnie  szalenie  do siebie podobni - stwierdziła Ala.  Michał długo do mnie przyjeżdżał, pomagał mi w  wielu sprawach, ale nic nie mówił ani o swoich uczuciach  ani o planach, a tymczasem był z wizytą u moich teściów, wszystko z nimi omówił, był nawet na  grobie mego męża i dopiero wtedy powiedział, że powinniśmy  się pobrać, bo Mirek na pewno będzie się lepiej hodował gdy będzie  miał  tatę w domu.  A o Wojtku i o tobie to słyszałam odkąd  tylko Wojtek wybrał Michała na swego promotora. Potem słyszałam o tym jakiego fajnego teścia ma Wojtek i żonę, która przyjechała zwalniając  się z uczelni, by być blisko cierpiącego na obronę pracy  magisterskiej  męża. Marta śmiała się głośno- Michał wtedy  wydedukował, że jak amen w pacierzu będziemy przyjaciółkami. Masz dobrego wróżbitę przy  sobie! 

A ja mam wrażenie, że jest jakaś ukryta poza naszą świadomością przyczyna, że Wojtek i ja poczuliśmy się nagle, po kilku przegadanych godzinach braćmi i że to właśnie ja  miałem dyżur gdy Marta przygnała do szpitala Wojtka i to ja  go operowałem - powiedział  Andrzej. To był pierwszy w moim życiu pacjent, z którym gadałem po operacji na tematy  nie  związane  ze stanem  zdrowia. A potem był  jakiś przełom w mojej psychice, bo zacząłem dostrzegać rzeczy, których  wcześniej jakoś nie widziałem, a nawet jeśli je  widziałem to nie bardzo wiedziałem jak zareagować.  I kocham ich oboje tak samo mocno. I dzięki tej przyjaźni z nimi moi chłopcy mają normalną rodzinę, a ja odzyskałem  rodziców i mam cudowną żonę, która dobrze  wie jak czasem trudno jest nie  zwariować wykonując ten zawód.

Marta zatelefonowała  do Ondreja i powiedziała, że wycieczka w  towarzystwie Milosza  była super, że oczywiście  trochę  się zmęczyli, ale  nic  nikomu po wycieczce nie dolega i bardzo chcieliby  się Miloszowi zrewanżować, tym bardziej, że on zaprosił ich  do siebie na  następny dzień. Po prostu chcieliby mu przynieść  coś w prezencie, no ale mają  spory kłopot, bo wcale właściwie  faceta nie  znają i niewiele wiedzą o nim od  strony prywatnej.  A jak wyście na niego  trafili? - pytam, bo gdy ze mną gadał na temat  wycieczki do jaskiń, to miałem  wrażenie, że trafiliście  do niego, a wiesz jak jest - każdy ma tu jakiś swój rewir i jaskinie to nie on obstawia. Marta  zaczęła  się śmiać - poderwałam go na Łomnicy, gdy czekaliśmy na  swoją godzinkę zjazdu. I w trakcie  rozmowy  wpadło mi na myśl, że może nas na Rysy zaprowadzić no i  zaprowadził i nawet moje dwie wątłe przyjaciółki, choć planowały pozostanie  w domu to jednak się  dowlokły na Rysy.

Ja wiem co jemu się  marzy - zaśmiał  się Ondrej- ma cztery łapy i nazywa  się shepherd-dog, wiesz, taki bialutki podhalan. Tyle  tylko, że musiałby pojechać w  tym celu do Doliny  Kościeliskiej, ale nie  wie czy mu sprzedadzą. A na pewno chce, czy tylko tak gada? - spytała Marta. Bo wiesz - to pies, który wymaga jednak wytresowania, żeby  z cudnej białej kuleczki nie  zrobił się diabełek. Ale  nie sądzę by hodowla  była  w samej Dolinie Kościeliskiej. Może po prostu w Kościelisku, w tej  wsi? Tylko czy akurat będzie jakiś  szczeniak na tyle  duży, że można go zaraz  zabrać to dość  wątpliwe. Zaraz  wrzucę w laptopa, może   się  czegoś dowiemy. W kwadrans później  okazało się, że jest "do wydania" panienka, ma trzy i pół miesiąca, cena jak na trzy portfele nie  zbijająca  z nóg, ale trzeba by przyjechać następnego dnia  do godziny 12,00. Wszystkie trzy dziewczyny ogłupiały dokumentnie i piały z  zachwytu. Marta  wypytała  się odnośnie metryki psiny i czy szczenię jest  zgłoszone w Związku Kynologicznym i powiedziała, że następnego dnia przyjadą obejrzeć to cudo. Wypytała jak mają tam trafić, właścicielka z kolei pytała skąd Marta  jest, więc powiedziała zgodnie z prawda, że z Warszawy, ale  psinka  nie będzie mieszkała w stolicy ale poza  miastem, w ogrodzie i na pewno  będzie miała  zapewnione  wiele  ruchu, bo kuzyn, dla którego chce kupić podhalana lubi dużo chodzić. Oczywiście wszyscy  chcieli jechać po psa, ale w końcu dali się przekonać, że  szkoda paliwa. 

Następnego dnia rano Marta z Wojtkiem pojechali do Kościeliska. Bez trudu odnaleźli dom rodzinny, w którym na nich czekała  sunia na tyle duża, że już nie  wymagała matczynego mleka. Na miejscu Marta cieszyła  się, że przyjechali  sami, bo na terenie było kilka szczeniąt i jak powiedziała Marta jedno piękniejsze od  drugiego. Były wyraźnie rozbrykane, bardzo przyzwyczajone   do ludzi i uwielbiały głaskanie. Sunia, która dziś miała opuścić hodowlę miała imię LUNA. Bo ona urodziła  się w czasie pełni Księżyca- powiedziała  hodowczyni. Marta dostała  wszystkie dokumenty, wykaz czym powinna  być karmiona oraz  wykaz tego, czego nie  wolno jej dawać, miała tez już swoją książeczkę  zdrowia i wykaz czym już była  zaszczepiona oraz kiedy i jakie  szczepienia ją  czekają. Marta  "zrujnowała"  się jeszcze na akcesoria, czyli materacyk wypełniony trawą morską,   obrożę i smycz. Dostała też instrukcję jak ma być zrobiona dla niej buda. Szczenię  było w tej  chwili wielkości cocker spaniela (dorosłego), a sądząc po rodzicach to będzie z niej duży pies. Widać  było, że pani hodowczyni ma łzy w oczach, ale  widząc, jak Luna przytula się ufnie do Marty, stwierdziła, że skoro Luna się  do Marty przytula, to jest  wszystko OK.

W drodze powrotnej  Luna rozłożyła się na  tylnym siedzeniu a łepetynę ułożyła na kolanach Marty. Jak było do przewidzenia Luna zrobiła  na reszcie towarzystwa   kolosalne wrażenie. Zaraz obiegła cały ogródek, była  wyraźnie  zaintrygowana obecnością kur za żywopłotem i nawet kilka razy dość śmiesznie szczeknęła. Marta wyniosła  do ogrodu koc , na nim położyła psi materacyk i przyniosła z kuchni miseczkę z wodą.  W kwadrans  później Luna  bawiła  się dość dużą piłką i co  chwilę wracała  do Marty. Widząc  to Marta  zarządziła  by wszyscy  po kolei ją głaskali i tulili, żeby mała nie "przywiązała się" tylko do jednej osoby. Wszak tą jedną osobą  miał być Milosz no i  może Hanka? Około godziny  piętnastej  zadzwonił do Marty Milosz, mówiąc, że  ma dla nich  truskawki, więc je  zaraz  przywiezie. Ojej, a skąd ty je  wytrzasnąłeś?- zdziwiła  się Marta - ja tu nigdzie  nie widziałam.  Z miasta - byłem dziś w Kieżmarku i zawadziłem o targ. No to świetnie, ucieszyła  się Marta- my też coś  dla  ciebie mamy, ale to nie truskawki. A co?- dopytywał się.  Przyjedziesz to się  dowiesz. To ja będę za 10 minut. No i fajnie- skwitowała  Marta.

Szkoda, że już hacjendy  nie mamy - smętnym  głosem powiedział Michał. Pasowałby tam taki pies.  Nooo, pasowałby - zgodziła  się Marta. I widywałbyś  go z raz na  miesiąc. Bo przecież nie  dojeżdżałbyś codziennie z hacjendy  na Polibudę - trzeźwiła go Marta. No fakt. A Irka panicznie  boi się dużych psów, ale waszej to się nie  boi.  No wiesz - Misia jest wielkości męskiego  trampka - stwierdziła  Marta, więc jakby na to nie  spojrzeć to  Irusia  ma przewagę  wielkości nad Misią. Misia to kieszonkowe  wydanie psa i przejście z jednego końca ogrodu na  drugi to już byłby dla niej bardzo długi  spacer. To taki psi bibelot.

A to to będzie kawał psa- jej mamusia i tatuś to naprawdę duże psy. A duże psy dużo jedzą i wymagają  dużo ruchu,  zwłaszcza psy pasterskie, a  Luna do nich należy. A Milosz ją  sobie wytresuje i będzie miała  sporo ruchu. 

Milosz  zaparkował pod bramą a Marta i Ala zasłoniły sobą Lunę. Ale Luna zorientowała  się, że coś się dzieje, bo Milosz lekko zatrzasnął furtkę. Więc  Marta wzięła  Lunę za obrożę i pomału podprowadziła do niego Lunę mówiąc - zamieńmy  się- ja  wezmę  truskawki a ty weź swojego psa, to znaczy  swoją  sunię.

Wcisnęła Miloszowi w rękę smycz i powiedziała do Luny - to twój  człowiek, kochaj  go. Lunie   nie trzeba  było dwa razy tego powtarzać, merdała ogonem i usiłowała  wspiąć  się na Milosza. Marta zabrała mu z ręki łubiankę z truskawkami i powiedziała -  wróble ćwierkały, że chciałbyś mieć podhalana. To jest Luna, ma 3,5  miesiąca, czyli jest  w  wieku gdy najlepiej ją wydać z gniazda. 

Będzie  duża, jej rodzice są sporych  rozmiarów. Przytul ją i dmuchnij w jej nosek  swój oddech - tak się właściciel wita ze swym psem. Okrutna  z niej pieszczoszka.  Jest z hodowli Kościeliskiej. Dam ci zaraz jej książeczkę zdrowia, tam są jej dane  biometryczne, wpis jakie  szczepienia  już ma  oraz co i kiedy powinna mieć  dalej. Jest już zarejestrowana w Polskim  Związku Kynologicznym. I nie dawaj jej biegać po schodach dopóki nie podrośnie całkiem, żeby sobie nie uszkodziła  stawów biodrowych. Jest też lista co powinna jeść i  lista tego, czego jej nie dawać. Masz też dla  niej materacyk wypchany trawą morską. Na razie powinna jeszcze  sypiać w  domu, ale za miesiąc to już  będzie  mogła spać  sama w budzie. Jest też opis jak ma być zrobiona  dobra  buda. Jak podrośnie to oczywiście  będzie musiała mieć grubszy materac. Na wszelki wypadek nie  mówiłam, że ona  będzie na Słowacji, bo wiem, że hodowcy  wtedy albo wcale nie chcą  sprzedać za granicę  albo bezczelnie  zawyżają cenę kilkakrotnie. Mam nadzieję, że ją pokochasz i będziecie razem  dreptać po Tatrach- byle nie na Łomnicę. Ona jest już przyzwyczajana do suchego pokarmu - ma to tę zaletę, że  szybko to można przygotować. I musi mieć cały dzień dostęp do wody. I nie dawać słodyczy psu a czekolady  zwłaszcza. To wszystko co jest w jej książeczce to ci napiszę po angielsku.

Ja już ją kocham - cicho powiedział Milosz. A teraz  powiedz ile ona kosztowała. Marta pokręciła głową przecząco - mniej niż w Warszawie, naprawdę. Poza tym to jest prezent od nas  wszystkich- tak naprawdę to każdy z nas  chciałby mieć psa, takiego pięknego zwłaszcza, ale nasz tryb życia  w mieście nie służy psom. Ja akurat mam psinkę w domu - porzuconą przez jakichś  drani nad morzem. Zaraz Wojtek znajdzie jej zdjęcie i ci pokaże. Psinka  malutka a opiekuje  się nią kilka osób. Na co dzień to siedzi z moją mamą w kwiaciarni i robi za maskotkę i na zmianę jest albo u nas  albo u moich rodziców- wszystko zależy od tego jak wyglądają nasze rozkłady  zajęć. Najbardziej  lubi siedzieć w kieszeni bluzy  taty Wojtka  albo pod  swetrem Wojtka. Jest  wielkości męskiego trampka, na moje oko rozmiar 41. Nazwałam ją Misia i jest taką typową przytulanką. A ona mnie  znalazła na plaży w Sopocie - po prostu przydreptała i przytuliła  się do mojej nogi. Byliśmy wtedy w tak zwanej podróży poślubnej. Była straszliwie wychudzona, taka kupka  nieszczęścia oblepiona  brudem. No to ją wymyliśmy, potem wzięłam ją do weterynarza, była  zdrowa tylko wygłodzona. Potem już w Warszawie badali ją w Instytucie Weterynarii bo nie  wiadomo było na co ją  szczepić, zaszczepili ją na to co uważali za stosowne i mała czasem jednego  dnia jest w trzech  miejscach- w kwiaciarni, w  domu u nas lub  w domu rodziców. Tyle  tylko,że to wszystko jest blisko siebie, najdalej jest 200m od  naszego mieszkania. A teraz to nasza Misia jest z tatą Wojtka i moimi  rodzicami na  wakacjach nad rzeką i zapewne  jest  noszona  po lesie. A Twoja  sunia ma na imię Luna, bo urodziła  się w czasie pełni Księżyca.  Zobacz - już  cię zaanektowała i trzyma mordkę na twojej stopie. 

Masz jakichś fachowców, żeby zrobili porządną budę  dla niej? Powinna mieć izolację zarówno od zimna  jak i od nadmiernego ciepła, tak jak dom ludzki.  Milosz popatrzył na Martę i powiedział - to nie  będzie podwórzowy  pies, to będzie  domowy pies. Oczywiście  będzie   miała na podwórku i budę, ale  sypiać to będzie   w domu. Zrobię dla niej  równię pochyłą, taką z poprzeczkami. żeby  nie  chodziła po schodach. Wiesz czuję  się  w tej  chwili tak, jak  wtedy, gdy  Hanka zgodziła się  wyjść za mnie. Nawet nie umiem  wam podziękować za Lunę.  

Słuchaj Milosz- nie masz  za co dziękować nam- dziękuj  sobie  za to, że jesteś taki jaki jesteś- jesteś naszym przyjacielem, jesteś jednym z nas, masz  tak samo poukładane  w głowie jak my, a w naszym  gronie to jeden  za wszystkich i wszyscy za jednego. Przemyśl sprawę  tej fizjoterapii, rozejrzyj  się czy są u was jakieś możliwości uzyskania dyplomu fizjoterapeuty. Bo pomyśl realnie- jak długo jeszcze pochodzisz po górach? Zresztą zimą nie chodzisz bo tylko ci stuknięci wiszą  zimą na linach udając  że są w Himalajach. A potem tacy jak ty  muszą im gnać na  ratunek i sami siebie narażają. Rozejrzyj się  za jakimiś kursami fizjoterapii - fizjoterapeuci są zawsze potrzebni - w sanatoriach, w różnych SPA, w przychodniach gdzie  jest rehabilitacja, w  szpitalach. Sprawdź też Kraków i Zakopane. Ja  się z kolei rozejrzę u nas. Ale  wpierw sprawdź jakie  tu są możliwości. I oczywiście eksponuj to, że masz  za sobą 3,5 roku medycyny, czyli nie jesteś goły i bosy. A ja się rozejrzę jak to wygląda u nas - powiedział Andrzej. Z uwagi na to, że jesteś żonaty to byłoby lepiej byś nie jechał do Polski na jakieś  studia. Zajrzyj do Smokowca, może tam są jakieś możliwości. I wszędzie eksponuj to, że masz za sobą te  3 ,5 roku studiów medycznych i jesteś  ratownikiem  medycznym, czyli nie jesteś  zielony jak ogórek. I miej  przy  sobie  te papierki z uczelni i papierek, że jesteś  ratownikiem  medycznym. Porób sobie  kopie i uwierzytelnij je.

                                                            c.d.n.

piątek, 23 sierpnia 2024

Córeczka tatusia -153

 Gdy przyjechali na parking w okolicy  szlaku  stały już na  nim dwa  samochody. No to jeszcze  tłoku  na trasie nie ma - stwierdził Milosz.  Zresztą to, że one  tu stoją to nie  dowód, że ich pasażerowie  idą na Rysy. Może idą do schroniska przy  Popradzkim  Jeziorze.  Idziemy, a nie  drałujemy. Ja wiem, że teraz  to moglibyście ten odcinek do Popradzkiego Stawu pokonać  kłusem i kawałek  szlaku również,  ale my będziemy iść równym, nie szybkim spacerowym tempem. Niczego nam na szczycie nie  wykupią, bo niczego ciekawego tam nie  sprzedają, szczytu nikt nam  nie ukradnie, więc nie ma  się do czego spieszyć. Poza tym jeszcze  się  rok  szkolny nie  skończył i nie jest to szczyt  sezonu turystycznego. Jeśli komuś  będzie  się bardzo spieszyło to nas wyminie i niech  sobie kłusem leci , my nie  będziemy z tego powodu  przyspieszać. I przypominam - jeśli coś komuś będzie "nie tak", bo za  szybko, bo już  się zmęczył, bo mu duszno albo coś innego  się  dzieje to proszę mi o tym natychmiast powiedzieć. Opatrunki na pocierane palce i pięty  też mam  w razie  czego. My też mamy - powiedziała  Marta.

Przez najbliższą  godzinę będziemy iść nieciekawą, asfaltową  drogą. Pójdziemy kulturalnie prawą jej stroną. Ruch samochodowy jest tu minimalny, bo mogą tędy jeździć tylko  pojazdy uprzywilejowane, a ich jest mało. Groźni są tylko rowerzyści, zwłaszcza jeśli jadą jakąś  grupą. Tu jeszcze  są marne  widoki, przed nami po lewej stronie widać taką skromną górę, która nazywają  Skrajna  Baszta, Tylko nie bardzo rozumiem w  czym ona podobna jest  do baszty a po prawej  stronie jest ściana Osterwy, a tam w nieco dalszej perspektywie  widać Kopę Popradzką.  Po drodze miniemy drogę do tego  cmentarzyka pod Osterwą. Nikt tam nie jest pochowany, to symboliczny  cmentarzyk, te mini nagrobki to upamiętnienie  tych, którzy góry kochali, zdobywali je właściwie  na  całym świecie i najczęściej w górach  zginęli. I sporo wśród nich Polaków.

Od Popradzkiego  Stawu  skręcili na niebieski  szlak,  który "wił się" wśród kosówki i wcale  nie był jakiś trudny, ale  w pewnym  miejscu piarżysta  droga zaczęła być  bardziej  stroma. W pewnym miejscu Milosz przystanął i powiedział - Doszliśmy do Żabiej Doliny Mięguszowieckiej. Popatrzcie na tę panoramę: przed nami po lewej stronie widać Wołowiec, a to odchodzące od niego obniżenie to Wołowcowa Przełęcz, zaraz za nią w prawo jest wpierw Wołowa Turnia,  potem Żabia  Turnia,  dalej Żabi Koń , to obniżenie terenu to Żabia  Przełęcz, a ten najwyższy, ostatni szczyt na prawo to Rysy, na które dziś wędrujemy.

O matko! - jęknęła Ala- to jest jeszcze  cholernie  daleko!  Milosz uśmiechnął  się -jeśli ktoś  z was ma już  dość to teraz  jest "ostatni dzwonek" żeby zawrócić do  schroniska nad  Popradzkim  Jeziorem i tam na nasz powrót spokojnie zaczekać. Bo następne   schronisko to jest Chata pod Rysami, z której na  szczyt Rysów idzie  się tylko  godzinę.   Idąc  dalej  będziemy z każdym krokiem  zdobywać  wysokość, za chwilę piarg idzie  dość  stromo w górę. I szybko dojdziemy do miejsca, jedynego naprawdę trudnego w tej drodze. Z tego co wiem to w planie jest zainstalowanie schodów metalowych. Nie mam pojęcia jak to będzie wyglądać, ile  czasu to będzie trwało - jakoś mnie wyobraźnia  zawodzi w tym temacie.  Bo inaczej to wygląda na rysunku a na pewno inaczej w naturze. I mam wrażenie,że jak te  schody zainstalują to dojście będzie nieco łatwiejsze ale może bardzo stracić na urodzie. Jak zawsze coś- za coś.A my teraz  dojdziemy do  jedynego trudnego miejsca w  drodze  na Rysy i pokonamy je bez pospiechu, czyli wdrapiemy  się po ścianie  przy pomocy zainstalowanych klamer, łańcuchów i lin. Więc stańmy na moment, załóżcie  rękawiczki, bo szkoda rąk. To jest jedyne  trudne miejsce do pokonania, więc  się teraz cieszmy, że jesteśmy tu tak wcześnie i nie  musimy się z nikim ścigać lub stać w kolejce  by przejść dalej.

Gdy przejdziemy to miejsce to więcej  trudności aż do samego schroniska nie  będzie. I niech nikt  z was nie odgrywa sprawnościowego bohatera i idąc blisko przepaści niech nie wypuszcza łańcucha  z garści. No to może ja pójdę pierwsza? - zaproponowała Marta. Dobrze - powiedział Milosz- tylko idź pomału, proszę. Dobrze - nie ma problemu- zgodziła  się  Marta. Gdy przeszła zawołała do Milosza - te cholerne łańcuchy są za długie, powinni to poprawić. Ale ścieżka sucha, więc się dobrze idzie. To ja idę dalej. Dobrze, zgodził  się Milosz. Tylko uważaj gdzie  stawiasz nogi na tym eleganckim rumowisku. Wszyscy pozostali spokojnie, wolno przeszli, a gdy już przeszli Milosz powiedział - może faktycznie będzie lepiej jak wymodzą  tu jakieś  schody. Gdy już minęli ten najtrudniejszy odcinek ruszyli razem do Chaty pod Rysami. Nie  da  się ukryć, że otoczenie schroniska jakoś nie wyglądało przyjaźnie, bowiem  było to rumowisko dość  dużych  kamieni. Ostrożnie,  z namysłem stawiajcie  nogi, na takich  kamulcach łatwo sobie skręcić nogę  w kostce. 

Milosz  zerknął na  zegarek i powiedział - całkiem  sprawnie nam to poszło, szliśmy dwie i pół godziny. Te wszystkie kamienie  to efekt schodzących  lawin. Co jakiś  czas schronisko jest ofiarą lawiny. Stoimy teraz na  wysokości  2250 metrów nad  poziomem  morza. Ten mały domek na tej małej platforemce to toaleta- stoi nad przepaścią. Słyszałem ploty, że  chcą by to był jednocześnie punkt widokowy , więc będzie - tak stało napisane- "przeszklona toaleta". I bardzo  się z kumplami zastanawialiśmy jak to będzie technicznie  rozwiązane. Bo teraz ów wychodek to drewniana, znana powszechnie konstrukcja stojąca na  małej platforemce na  samym skraju urwiska i częściowo nad przepaścią.  Bardzo nas intryguje jak to będzie  rozwiązane.

A w  schronisku jest 14 miejsc  noclegowych  we  wspólnej  sypialni. Schronisko jest czynne tylko latem, zimą jest odwiedzane przez lawiny i już nie jeden  raz trzeba było je odbudowywać. Ale tu nie  ma innego miejsca, gdzie mogłoby bezpiecznie  stać. Wybudowano je w 1933roku. Ono ma  dwie  nazwy - jedna  to "Chata pod  Rysami",   a druga -" Schronisko pod  Wagą". Bo wyżej jest przełęcz o nazwie  Waga. Jak widzicie to nie ma  gdzie posiedzieć obok schroniska, siedzi się na tych kamieniach. Odpoczniemy tu trochę  kto chce może iść do schroniska. Eeeee, nie ma po co,  mamy ze sobą jakieś wzmocnienie, więc zjemy i wypijemy tutaj - orzekł Andrzej. Zdrowiej niż w schronisku. Ale ja myślę, że zjemy i wypijemy gdy już wejdziemy  na szczyt - dodał Andrzej. Nie ma problemu - możemy tu odpocząć po zdobyciu szczytu.

No to ruszajmy dalej, póki jeszcze  nie ma  turystów- stwierdził Milosz. Ze schroniska  skierowali  się na przełęcz o nazwie Waga, która jest na  wysokości 2337 metrów. Droga była  stroma, ale nie była trudna. I, jak powiedział  Milosz, szli pod górę jak po drabinie, bo  każdy krok "robił wysokość". Po dwudziestu minutach takiej wspinaczki doszli do przełęczy, z której widać  było najwyższe  szczyty Tatr: Gerlach, Łomnicę, Lodowy  Szczyt.  Teraz   ścieżka  z przełęczy Waga wyprowadziła ich na szczyty Rysów. Bo Rysy mają aż trzy wierzchołki- po polskiej  stronie leży szczyt o wysokości 2499 metrów, (strona północna) a ten najwyższy, który ma 2503  metry jest po  słowackiej  stronie  góry. Granica  pomiędzy Słowacją  a Polską  przebiega przez  północny, polski wierzchołek Rysów.

Milosz szalenie  dokładnie  pokazywał im i wymieniał nazwy  wszystkich widocznych  tatrzańskich szczytów i w skrócie podał historię zdobywania  Rysów. Pierwsze letnie  wejście na Rysy było w 1840 roku i dokonał tego Eduard Blasy, a zimowe w 1884 roku i wtedy  zdobył Rysy Theodor Wundt.  Z osób bardzo znanych  była na Rysach Maria  Skłodowska  z mężem,  był tu również Stefan Żeromski. A w latach 1913-1914  był tu ... Włodzimierz  Lenin co upamiętniono specjalną tablicą, która  była systematycznie niszczona  przez  zdobywających  szczyt  turystów.  Gdy Milosz skończył swą opowieść został przez  wszystkich wyściskany i dowiedział się, że jest nadzwyczajnym facetem i koniecznie będzie musiał przyjechać do Warszawy. Dostanie nawet na  czas pobytu dwa pokoje  z kuchnią do swej  dyspozycji. Naprawdę? - zdziwił się niepomiernie.  To ja przyjadę w takim razie z żoną, późną jesienią.

Gdy dotarli na rumowisko koło Chaty pod Rysami wszyscy stwierdzili, że to jest za mało miłe miejsce by tu jeść, każdy za to wpakował sobie  do ust kawałek czekolady i spokojnie schodzili w dół. Stwierdzili przy okazji, że to trudne miejsce jest o wiele trudniejsze gdy  się schodzi w dół, a teoretycznie powinno być łatwiejsze, bo przecież jest w dół. Przy schodzeniu  w dół co jakiś czas przystawali by im odpoczęły nogi  i ustawiali się tyłem do zejścia.  Gdy dotarli do Popradzkiego Schroniska Andrzej zarządził wspólny obiad - oczywiście zaraz Milosz  dowiedział się, że on też MUSI z nimi razem  zjeść. I oczywiście jest ich gościem i niech zapomni o jakimkolwiek  własnym  wkładzie  finansowym w kwestii obiadu.  No to ja w takim razie muszę  wam zwrócić pieniądze  za to "przewodnictwo", bo tak po prawdzie to ja jeszcze  nigdy  nie  miałem tak niekłopotliwych klientów. 

Andrzej się na niego popatrzył i powiedział - nie  wyglądasz chłopie na  chorego a gadasz jakbyś miał wysoką gorączkę. Masz  firmę, wynajęliśmy cię oficjalnie i ty się spisałeś na medal. Nie  miałeś nas nosić na rękach ani wnieść na plecach na Rysy, ale nas tam  zaprowadzić i czuwać nad nami żebyśmy  sobie  z głupoty nie  zrobili kuku. Dałeś nam swoją obecnością poczucie  bezpieczeństwa, podzieliłeś  się z nami  swoją wiedzą, więc wszystko jest i było tak jak należy. A nam jest  z tobą tak miło,  że zamiast cię wypuścić  do  domu to egoistycznie chcemy być nieco dłużej w twoim  towarzystwie i razem  z tobą  zjeść obiad. Jak już  wiesz, to góry z autopsji znają tylko Marta i Wojtek, nasza  czwórka nigdy nie  była nawet w polskich Tatrach, więc potrzebny  był nam przewodnik i twoje biuro to nam umożliwiło. A wszystko dzięki temu, żeśmy  cię  spotkali na Łomnicy i zaczęliśmy  rozmawiać i Marta wpadła na pomysł by wyskoczyć na Rysy, bo wiedziała, że od tej strony jest łatwiejsze podejście. I od  razu  skojarzyła, że skoro zajmujesz  się  turystami  to może mógłbyś poprowadzić taką małą grupę. Bo ona gdy była na Słowacji to nie  hulała tu po szczytach Tatr, więc nie  czuła  się na silach by razem z Wojtkiem prowadzić w góry takie jak  my górskie niemoty. A ty okazałeś  się fajnym, sympatycznym  człowiekiem, a o takich ludzi  to niestety jest w dzisiejszych  czasach coraz trudniej, więc cię wciągamy na listę naszych przyjaciół.

Milosz, czy mogę ci zadać bardzo osobiste pytanie?- spytała  Marta. No pewnie, możesz, nie mam nic a nic do ukrycia. Skąd się wziąłeś na Słowackich Tatrach? Bo mam  wrażenie, że nie urodziłeś się tu , w górach, ale w innej części. Milosz uśmiechnął się - masz rację - urodziłem  się i wychowałem w Bratysławie a nie  w górach. Ale  zakochałem się w dziewczynie, która  mieszkała w Tatrzańskiej Łomnicy i wbrew swojej rodzinie tu osiadłem. Tyle  tylko, że nie dokończyłem studiów i  zamiast lekarzem jestem ratownikiem medycznym z  papierka, mam to mini biuro turystyczne i kawałek etatu w górskim pogotowiu. Jak na to wpadłaś?  Ze  słuchu - odpowiedziała  Marta - trochę inaczej akcentujesz.

No popatrzcie - tyle lat już  tu mieszkam a jeszcze  można rozpoznać, że nie jestem  stąd! Bo mówisz bardzo ładnym językiem literackim a do tego nieco inaczej niż tutejsi akcentujesz - powiedziała  Marta. Poza  tym bardzo dobrze znasz angielski. Angielskiego to się uczyłem od przedszkola, chciałem wyemigrować, no ale się zakochałem, a ona za nic  w świecie nie  chciała i nadal nie  chce wyjechać. A teraz  ten angielski jest  bardzo przydatny bo sporo mam klientów  anglojęzycznych. To przejście na euro to był bardzo dobry pomysł i w ogóle przystąpienie  do Unii było świetne  strategicznie. Teraz  jesteśmy podobno  zbyt drodzy dla Polaków, ale inne kraje Unijne  walą do nas jak w  dym, bo ponoć dla nich  tanio. To prawda- stwierdziła  Marta. My musimy wymieniać  złotówki na  euro. Poza tym szalenie  dużo inwestuje  Słowacja  właśnie w turystykę.

Wiesz, my też byliśmy o krok od wyemigrowania  z Polski, ale na  razie  odłożyliśmy to wszystko, bo to nie jest takie proste jakby się wydawało. Bo Wojtek i Michał chcieli założyć własną firmę, a trudno na odległość dogłębnie poznać i przeprowadzić dobre  rozeznanie przepisów w innym kraju równolegle pracując  w Polsce. Poza tym odpadał wariant, że wpierw wyjadą oni, a dopiero potem my do nich  dołączymy. No i ja właśnie robiłam magisterkę i pewnego pięknego  dnia stwierdziłam, że to nie ma  sensu- na razie nie  mamy noża na gardle, więc wszystko odłożyliśmy.  Ale wiem, że sporo osób przeprowadziło się do Czech, bo im ta prawicowo-  kościelna  Polska  już obrzydła.  Możesz  się pośmiać, ale ja  nie  wyobrażam  sobie  bym się  wyprowadziła z Polski i zostawiała  w niej swych rodziców i tatę Wojtka. Bo wcale nie wiadomo kiedy udałoby  się ich do nas   ściągnąć.  Michał i Ala mają troje  dzieci i cudownych teściów Ali i też nie wyobrażają  sobie  życia  bez nich. Andrzej ma  dwóch chłópaczków i rodziców i też nie bardzo  widzi by być daleko od nich, zwłaszcza, że dzieci uwielbiają  dziadków.    Ja po dzieciach Ali i Andrzeja  widzę jak  ważne jest dla  dzieci by  były otoczone rodziną a nie tylko mamą i tatą.  

No właśnie, sporo polskich  turystów zgrzyta  zębami i klnie na to co się w Polsce  dzieje i faktycznie sporo jest teraz Polaków w Czechach. U nas na  szczęście  jakoś kościół nie  ma tyle do gadania co u was.

Milosz, a po którym roku przerwałeś  studia?- spytał Andrzej. W połowie czwartego. No głupio zrobiłem. A jaki kierunek cię interesował? Dwa zupełnie mało przystające do siebie-  ortopedia i okulistyka. Pewnie bym wybrał jednak ortopedię, tam jest  sporo mechaniki. Fakt - stwierdził Andrzej. A chirurgia  cię nie interesowała? Byłem  chyba  zbyt tchórzliwy na to, by być chirurgiem- to zawód szalenie obciążający, to szalona odpowiedzialność "rozpłatać"  człowieka i w nim  grzebać.  Andrzej uśmiechnął się - masz rację- to bardzo obciążający zawód, ale tak naprawdę to każda  specjalność medyczna  jest obciążająca-jeśli internista postawi złą diagnozę to też może pacjenta wykończyć, ale  z reguły nie tak "od  ręki".  Ale przecież w okulistyce  też jest chirurgia, podobnie  jest  z ortopedią.  

Ja  myślę, że do pójścia na medycynę to mnie  niejako przydusili rodzice, bo ja to chciałem iść na AWF na fizjoterapię i sobie umyśliłem, że będę to robił w Polsce, w Krakowie. Ale  starym to nie pasowało i wepchnęli mnie na medycynę i jakimś  cudem zdałem egzamin, choć  byłem pewny, że go oblałem. No ale kompletna  głupota  mnie dopadła gdy poznałem Hannę. Ona w Tatrzańskiej Łomnicy, a ja sierota w Bratysławie. Cud, że mnie  rodzice  nie zaciukali gdy się dowiedzieli, że rzuciłem studia. No ale  wtedy teść, stomatolog, stwierdził, że widocznie  nie mam  zupełnie powołania do bycia lekarzem, a lekarz bez powołania to  noga  stołowa a nie lekarz. A że ganiałem wciąż po Tatrach to namówił mnie na tego ratownika  medycznego, a chłopaków z  Górskiego Pogotowia znałem bo łaziłem wciąż po Tatrach, potem z teściem założyłem to mini biuro turystyczne, zrobiłem uprawnienia i tak się to kręci.  Hanna tylko dostaje  drgawek gdy coś się  dzieje późno wieczorem, bo akcje  nocne  są niebezpieczne, ale to się rzadko zdarza.  I mam do was  prośbę - wpadnijcie jutro do nas do Tatrzańskiej Łomnicy, a teraz   zróbmy  sobie  wspólne zdjęcie to je  wyślę Hannie i napiszę, że  jutro do nas  wpadniecie . To jest  blisko stacji linówki na Łomnicę. A godzinę to wam prześlę na smartfona albo zadzwonię do Andrzeja. Zapisał na  serwetce adres i podał ją Andrzejowi.

Gdy Milosz zamilkł Marta uśmiechnęła  się i powiedziała - pewnie nie  wiesz, ale Andrzej jest chirurgiem tak zwanie ogólnym, a Wojtka i mnie już  zdążył pokroić. A ja wybierałam  się na medycynę estetyczną, ale jako kompletnie  nieprzytomna ze zdenerwowania  napisałam w podaniu, że chcę iść na  kierunek lekarski i zabrakło mi punktów  z chemii. No to poszłam  na kosmetologię,gdzie chemię  zdałam bez problemu i mam z tego magisterium. A Michał i Wojtek są po informatyce, Michał ma doktorat, Wojtek aktualnie  go robi. Marylka jest pielęgniarką, a Ala na razie nie pracuje zawodowo, bo mają trójkę dzieci, jako że  trafiły się im bliźniaki, gdy  się zdecydowali na  drugie  dziecko. A żeby było zabawniej, to ja pracuję  w laboratorium chemicznym, opracowuję nowe dermokosmetyki. I nie mogę  się oprzeć  wrażeniu, że nasze  spotkanie  z tobą  to jakaś magia. To fakt - powiedział Andrzej.

                                                                   c.d.n.




czwartek, 22 sierpnia 2024

Córeczka tatusia- 152

 Wycieczka  do jaskiń  została podzielona  na  dwa  dni. Dzień przed  wyjazdem do Jaskini Demianowskiej Marta poinformowała   przyjaciół, żeby koniecznie  wzięli   na to zwiedzanie   jaskiń buty trekkingowe i  do plecaka albo ciepły sweter albo kurtkę. No ale po co ? przecież jest  gorąco - wszyscy  byli  zdziwieni.

Gorąco to będzie w autokarze i koło jaskini, ale w jaskini to będzie  zimno - tam nie ma  wszak słońca a póki co  nikt jaskiń  nie ogrzewa  centralnym ogrzewaniem. W jednej z jaskiń ściany  są pokryte  lodem i podobno- mówię podobno  bo tego nie  mierzyłam, to ściana  lodu ma 25 metrów  grubości i raczej  nie  wydziela z siebie  ciepła.  I raczej we  wszystkich jaskiniach jest zimno, bo nie  ma w tych jaskiniach źródeł geotermalnych.  Zrobicie jak będziecie  chcieli- dla mnie to możecie iść nawet w kostiumach kąpielowych. Był ktoś  z was w kopalni soli w Wieliczce?  

Ja  chyba  byłam i nie  wspominam tego mile- powiedziała  Ala -było tam  zimno. No właśnie - w tych jaskiniach też upału nie  będzie tylko chłód. I w tym  chłodzie pobędziemy około 2 godzin, bo tyle trwa  zwiedzanie. Ondrej spisał się na medal bo dołączył nas do wycieczki z polskojęzycznym przewodnikiem. Zbiórkę mamy w Tatrzańskiej Łomnicy, tam na parkingu zostawimy samochody. Możemy pojechać  dwoma samochodami  zamiast trzema- w jednym same dziewczyny,  w drugim nasza obstawa. Oczywiście nie ma  problemu jeśli  wolimy jechać  trzema samochodami.  A jakieś oświetlenie tam jest? spytała  Maryla.  

No na pewno i to nawet  z kolorami, żeby  było jeszcze ładniej. I teraz  pomyślcie spokojnie, czy naprawdę  chcecie  powlec  się na Rysy. Bo my z Wojtkiem   zdecydowanie  chcemy.  Oczywiście mówię to po to, bo ta  jaskiniowa  wycieczka w czasie  której  będziemy łazić w  sumie blisko 4 godziny powinna  nam dać odpowiedź, czy wyrobicie  kondycyjnie Rysy. Bo w górę powleczemy się  mniej więcej 4 godziny, odpoczynek  sobie  zrobimy  przed  samym  podejściem  na  szczyt w schronisku , czyli w  Chacie pod  Rysami. Stamtąd  na  szczyt to już tylko godzinka  drogi. Tylko w jednym  miejscu jest ciut trudniej,  ale  są  ułatwienia, klamry wbite  w ściankę, łańcuchy, liny. I tylko w jednym  miejscu ścieżka  jest blisko przepaści i to jest tylko jedno takie  trudniejsze miejsce,  dla psychiki  głównie. Ale nie ma problemu, bo idziemy z ratownikiem górskim, a szlak  jest dopuszczony  do  samodzielnego chodzenia   bez przewodnika. 

Jedyna niedogodność, że jest  wskazane by ruszyć z domu bladym świtem, ale teraz już o 4 rano świta. A ruszyć trzeba wcześnie bo potem jest sporo ludzi na trasie, co jest mniej fajne.  I  koniecznie  musimy się przed tą wyprawą ubezpieczyć i jak mówił Milosz to trzeba w tym ubezpieczeniu zastrzec, że ma objąć  również  ściągnięcie   delikwenta  z trasy w razie potrzeby helikopterem. To zdanie  jest ważne, bo taki transport jest cholerycznie  drogi , to kilkadziesiąt  tysięcy euro. I popatrzcie  czy macie miękkie skarpety i tak na  wszelki wypadek  dobrze jest je  włożyć lewą stroną  na  wierzch, żeby nas  nie poocierały szwy. I jak wolicie - jeden plecak na  wszystkie rzeczy i będzie  noszony na  zmianę, czy każda para idzie z własnym. 

W plecaku ma  być kurtka, czapka, zapasowe  skarpety,bidon z piciem,  wspomagające  kondycję  żarciuszko.  I jeszcze jedna  bardzo ważna  sprawa - żeby nikt  z was nie odstawiał chojraka -  trzeba meldować o każdym zachwianiu kondycji, nie  zarzynać się, nie  idziemy bić  rekordu czasowego, zawsze możemy po drodze nieco odpocząć  lub  wręcz  zawrócić. Podjedziemy w miejsce  oddalone mniej  więcej  11 km od  Szczyrbskiego  Plesa i tam zostawimy  samochody, więc jest jasne,  że  wrócimy w to samo  miejsce.  No i z uwagi na te  ułatwienia typu klamry , łańcuchy i liny to dobrze jest mieć na rękach (bez  względu na płeć) skórzane  rękawiczki. A jak będziemy w tym schronisku to trzeba tam pójść do toalety, bo jest stamtąd fajny widok   na Tatry. I oczywiście  naprawdę  się nie obrazimy na  was jeśli na Rysy nie pójdziecie. My chcemy iść, bo następny urlop to chcemy  spędzić  w Alpach. A tam góry  wyższe, szlaki dłuższe. Poza tym to ja już obskoczyłam w  Polsce Świnicę i Granaty i Kominy Tylkowe i co roku  robiłam  przejście z Doliny Chochołowskiej do Doliny  Małej  Łąki byłam na Kościelcu i nikomu go nie polecam, byłam na Kominach Tylkowych i to już  był wyczyn bo trawersowałam ścianę taką diablo wąziutką  ścieżką  i byłam cały czas pewna, że za moment  spadnę bo to wąziutka  ścieżka i cały czas  masz przepaść.. A  do tego  miałam złe buty bo  zwykłe tak  zwane pionierki, a nie takie  porządne trekkingowe  butki jak te  co teraz  mamy. No ale to było jeszcze przed  studiami.  Na  Giewoncie  nie  byłam i nie mam zamiaru kiedykolwiek na   niego wchodzić.  Na początku myślałam, żebyśmy zrobili Krywań- to ukochana  góra  Słowaków. Ale na Krywań się  dłużej idzie. Wtajemniczeni twierdzą, że z Krywania jest  najpiękniejszy  widok na całe Tatry.  Nie wiem czy  zauważyliście,  ale Polska ma  znacznie  mniejszą  część Tatr niż Słowacja. U nas  to z jednego miejsca  masz  furę  szlaków a tu to wszędzie jest daleko.  Ale mnie to  nie przeszkadza. 

Kilka dni później pojechali do  Jaskini Demianowskiej, a przed tą  wyprawą odwiedzili  sklep ze  sprzętem sportowym i  turystycznym.Zaopatrzenie  było świetne i wszyscy uzupełnili  swą garderobę. Bo, jak powiedziała Maryla - przecież  już  nie  rośniemy, to będziemy  miały to i na  następne takie wypady. I może  za rok my tez pojedziemy  z wami w te  Alpy? Oooo, to byłoby  bardzo, bardzo fajnie - ucieszyła  się Marta. Pojechalibyśmy, tak jak mówił  Miłosz, wpierw w Dolomity.  Ja nawet  wiem co on plótł o "trzech  siostrach"- to są takie  trzy góry obok  siebie, które dołem można obejść i to jest całkiem  spora  wycieczka. No i to "dołem" to już  są góry.  Ale  bardzo  możliwe, że  za rok  też zjedziemy na  Słowację - mnie osobiście  bardzo  się tu podoba . Fajnie  się mieszka u Ondreja. 

Ala uśmiechnęła  się - mnie to tak naprawdę obojętnie  dokąd pojadę, byle przez  jakiś czas nie  słyszeć na okrągło co które z dzieciaków  chce lub czego nie chce. Bo oni  na okrągło albo  coś koniecznie  chcą  albo za nic w świecie  nie chcą. I całe  szczęście, że nie chodzą  do przedszkola, bo przynajmniej  nie mam wciąż  szpitala  w domu. 

No popatrz, a nasze  dzieciaki ani razu  nie chorowały  w przedszkolu, zobaczymy jak będzie  gdy Piotrek pójdzie  do  szkoły. A jaki dumny, że pójdzie już  do szkoły! A fajnie, bo na tym starym osiedlu nie ma nadmiaru dzieci i będzie  normalnie  chodził  do  szkoły na ósmą - powiedział Andrzej. Przez moment się zastanawialiśmy  czy młodszego  nie posłać rok  wcześniej, ale  stwierdziliśmy, że nie ma potrzeby - niech idzie do szkoły normalnie, jako siedmiolatek.

No a wiecie już czy idziecie  na Rysy  z nami i Miloszem  czy wolicie  zostać na przykład w Szczyrbskim Plesie  nad jeziorem i co najwyżej odwiedzić tych co polegli w górach?-  zapytała Marta. Ala i Maryla spojrzały na siebie , a potem Maryla powiedziała. My dwie to zostaniemy na kwaterze, będziemy kury niańczyć. Ja mogę nawet Ondrejowi trawnik  skosić, jeżeli ma elektryczną kosiarkę. A nasi panowie chcą iść  z wami. Czyli pójdziesz  ty i czterech facetów  z tobą.  To łażenie  po tej jaskini uświadomiło mi, że mam  zerową kondycję. Bolą mnie kolana i mięśnie ud. Ostatnio mało chodziłam bo miałam nowe kadry do  szkolenia. A jak im  coś klepię to na  siedząco.  A ja niestety jestem wcześniej niż powinnam niedysponowana - powiedziała Ala. I to chyba  z powodu zmiany klimatu.  Jestem pierwszy raz od wielu lat w górach i chyba stąd taka  reakcja. Ostatni raz  byłam w górach jeszcze przed urodzeniem  Mirka .  Ale nasze  chłopy to chcą iść na Rysy - potem każdy  z nich  się  będzie  chwalić , że był w te  wakacje  na Rysach.  

Uuuu, to kiepsko. Bo będą  się musieli chłopcy dostosować do mojego tempa, a ja nie mam zwyczaju  się zarzynać  w górach. Chodzę tak, żeby się  za szybko nie  zamęczyć. Muszę to przemyśleć. Wojtek to jest przyzwyczajony do mojego tempa łażenia. Może oni po prostu poprują w górę własnym tempem a ja z Wojtasem swoim. Do rozmowy dołączyli  się mężowie, którzy  właśnie  wrócili z  wyprawy po owoce i różne przegryzki. Na  widok ilości zakupionych słodyczy i różnych  przegryzek Martę na moment  nieco zatkało i zapytała  się tylko, czy w sklepie jeszcze  coś zostało na półkach po ich  wizycie. Zapewnili ją, że jeszcze  sporo towaru  zostało i wyjaśnili, że "przecież w Polsce akurat takich słodyczy  nie ma a one im smakują. Marta im zaraz  przekazała   nowinę, że ich osobiste  żony nie  pójdą na Rysy, bo nie  czują się dobrze po tym dreptaniu "jaskiniowym". Andrzej pokiwał głową i powiedział - Maryla jest pierwszy raz  w  wysokich  górach- nie jeździła nigdy w góry i one  ją trochę przerażają.Nic wam nie mówiła, ale na Łomnicy była  cały  czas przerażona, nawet gdy siedziała  przy kawie i nie  wyglądała przez okno. Na tarasie tak była  mnie uczepiona jakby za moment  miał ją porwać wiatr. A  z drugiej  strony to na moje oko ma jakieś  niespożyte zapasy energii, sądząc po tym jak bardzo intensywnie pracuje w  szpitalu.  I mam  wrażenie że po prostu Rysy są jeszcze poza jej zasięgiem głównie w sensie mentalnym, bo fizycznie na pewno by podołała. Ale za rok na pewno pójdzie. Zostawimy z Michałem nasze  panie w schronisku nad jeziorem a my pójdziemy z  wami. One sobie podrepczą wolniutko na  cmentarzyk, powygrzewają  się lub posiedzą  w cieniu na leżakach, a jak się im  znudzi to wrócą jednym samochodem na kwaterę. Spędzą 8 godzin w "pięknych okolicznościach przyrody". Bo mam wrażenie, że powinniśmy się wyrobić w 8 godzinach. Według przewodnika  3,5 godziny pójdziemy w  górę, a droga   w dół zajmie nam tyle  samo bo wszak nie  będziemy w  dół zbiegać kłusem, jak mi to wytłumaczył Wojtek.  Zresztą, jak to wyczytałem najwięcej wypadków w  górach jest właśnie w trakcie schodzenia, bo kumuluje się zmęczenie i jednocześnie  zmniejsza  się uwaga i tym samym ostrożność.  

My chyba  jednak zostaniemy na kwaterze - stwierdziła  Ala. Te kury nam nie przeszkadzają bo są na oddzielnym wybiegu za gęstym żywopłotem, koguta teraz nie ma, więc  nic  nie będzie darło dzioba. A na obiad pojedziemy do tego hotelu turystycznego, tam dobrze gotują. Jak zechcecie - tak  zrobicie - stwierdził Wojtek. Ja w takim razie  dam znać Miloszowi jak się "rzecz ma cała" i dowiem  się u kogo mamy wykupić ubezpieczenie no i oczywiście  ustalimy z Miloszem którego dnia idziemy na  Rysy.

Milosz  pochwalił decyzję pań, bo skoro żadna  z nich nie  chodziła  dotąd po górach, to wycieczka na  Rysy mogłaby  by być  dla  nich okropną udręką a nie  ciekawą  przygodą. Milosz przejrzał komunikaty  meteorologów  na  najbliższe  dni i wybrał wtorek na termin  wycieczki. W poniedziałek  mieli  się spotkać w Tatrzańskiej Łomnicy by wykupić ubezpieczenie, a w dniu  wyprawy Milosz  miał po nich przyjechać o godzinie 6,00 rano swoim samochodem - jak tłumaczył to on ma abonament na parking, więc po co oni  mają jeszcze i za parking  płacić, który do tanich nie należał i po całym dniu parkowania nieźle wzbogaciliby kasę parkingu. Poza tym to parking co prawda płatny, ale jego strzeżenie jest pod  dużym  znakiem  zapytania i jak szczerze powiedział Milosz, że gdyby nie fakt, że jego wóz łatwo wszystkim wpada w oko bo jest pomalowany reklamami to on  wolałby go nie  zostawiać na tyle  godzin na takim parkingu - wszak przyjeżdżąją tu  bardzo różni ludzie i niestety  czasem samochody giną. Ja to jestem zdania, że tak naprawdę to nie powinni brać opłat  za taki parking, który tak naprawdę nie jest strzeżony, bo tę bramkę, gdy ktoś chce koniecznie zabrać samochód to spokojnie  pokona, poza tym ja mam wrażenie, że po prostu tu  działa  jakiś dobrze  zorganizowany gang, z rodzaju tych  co kradną samochody na zamówienie. Wymalowałem  swój samochód nie dla  celów reklamowych ale  dlatego, że gdyby go chcieli ukraść  to musieliby zainwestować w nowy lakier, a to spory  wydatek, a dopóki jest taki pomalowany to łatwo  go wszędzie  namierzyć, bo się rzuca  w oczy.

We wtorek o godzinie 6,30 rano przed  bramą posesji już   czekał na  swych turystów  Milosz. Śniadanie, zdaniem reszty wycieczki, zjedli nieco  dziwne, bo Marta zrobiła dla wycieczkowiczów czekoladową owsiankę ze  sporą ilością rodzynek i innych suszonych drobno pokrojonych owoców. Płatki owsiane były zmiękczone mlekiem kokosowym. Poza tym były w środku malutkie kawałeczki czekolady. I, choć  zdaniem Michała to ta owsianka wyglądała nieco  dziwnie to bardzo wszystkim smakowała i dla dziewczyn zostających  w domu niewiele  zostało - tyle,żeby spróbować.  My to codziennie jemy takie śniadanie - powiedział Wojtek. Wieczorem zalewamy  wszystkie  składniki albo jogurtem albo kefirem, wszystko elegancko  mieszamy i wstawiamy do lodówki w  zamkniętym pojemniku, na sam dół, do szuflad, tam gdzie mamy warzywa. Picie mamy cytrusowe z niewielką ilością  miodu i soli. Dla was  zrobiliśmy też takie - ono dobrze nawadnia i, co dość istotne, nie trzeba potem gorączkowo szukać krzaków.  Dla wszystkich Marta wzięła po pół tabliczki gorzkiej czekolady, rodzynki, daktyle, owoce goi, orzechy włoskie. W domu przed  wyjściem  przepytała co mają w plecakach i kazała im  dołożyć po parze  skarpet, mówiąc, że milej jest schodzić w nieprzepoconych skarpetach. Bo gdy po wejściu będą odpoczywać to zdejmą na trochę buty i  skarpety, przewietrzą  stopy i będzie im  się lepiej  szło w dół.  To taki zwyczaj?- spytał Andrzej.  Pewnie nie, ale ja to wypróbowałam na  sobie i wiem, że wtedy jakoś lżej się schodzi w  dół. Bo schodzenie w dół też jest męczące, bo cały  czas są mocno obciążone nogi i stopy. Dlatego ważne jest by mieć  dobre miękkie skarpety, koniecznie  bez  szwów. I dlatego mówiłam, żeby je założyć lewą stroną na wierzch, wtedy nie  wbijają się w ciało. O kurde - lapnął Andrzej - zaraz muszę sprawdzić jak je  założyłem - i szybko ściągnął buty. No debil ze mnie, całkowity debil- jęknął - jedną założyłem dobrze, a drugą źle. Marta, a skąd ty to wszystko wiesz, przecież  nie często chodzisz po górach?- zapytał Michał.  Tata mnie tak nauczył, bo jak był piękny i młody to wędrował po Tatrach ze swoimi kumplami. I nawet  się trochę wspinał i miał przyjaciół górali. I wszystko co wiem o górach to wiem od taty. I gdy będziemy na  Rysach to mu prześlę widoczek i tata zaraz poleci z tym do drugiego taty. Oni wszyscy są teraz jeszcze w pracy. A w ostatnią niedzielę byli nad Narwią, bo od 1 lipca  będą tam na urlopie.

                                                                           c.d.n.