czwartek, 12 września 2024

Córeczka tatusia - 159

W niedzielę , tak jak to w końcu   zostało ustalone,  wrócili do Warszawy rodzice Marty  wraz z ojcem Wojtka i Misią.  Powitanie ze  strony Misi było niezwykle spontaniczne, a  twarze, szyje i ręce Marty i Wojtka  bardzo dokładnie  wylizane, zaś Misia już  sama nie za bardzo  wiedziała u kogo woli siedzieć na  rękach i w końcu zmęczona  własną radością wylądowała na rękach Wojtkowego taty i pogrążyła  się w lekkiej drzemce. Jak stwierdził  Wojtek  to  było  zbyt  wiele  radości na  raz dla jednej malutkiej piesuni.

Tata Marty był bardzo zdziwiony faktem, że "wyprawa dziadków z  wnukami" nie  dojdzie  do skutku, zaraz też teść Marty rozmawiał z  Dziadkami, obejrzał na planie  Sopotu miejsce im proponowane i w pełni przytaknął ich  decyzji- strona Sopotu  w  lewo od Mola  Sopockiego miała  co prawda szerszą plażę ale i tym  samym ta plaża na pewno  będzie  bardziej  zaludniona - wszak to będzie  lipiec.  No ale mielibyście  bliżej do Grand  Hotelu, do Mola, do centrum  Sopotu  - stwierdził tata Marty. No  ale na tym to im  wcale  raczej  nie  zależy, poza tym tam ich  kwatery byłyby  od  siebie  dość oddalone  i nie byłyby to samodzielne  mieszkania  jak tamte, które  z jakiegoś  względu są aktualnie  niedostępne.  A dzieciom to i  tak  jest obojętne  czy będą  się grzebały w piasku nad Wisłą  czy w piasku nad  Bałtykiem tłumaczyła Marta, która  już rozmawiała na ten temat z Alą.  A tu podróż krótka i  w razie nieco gorszej pogody  będą  chodzić  do lasu. No i  w każdy weekend rodzice  mogą  do dzieciaków dojechać. To jest naprawdę blisko Warszawy. Tu za  cały  miesiąc zapłacą tyle co tam za dwa tygodnie  i będą  mieli  wyżywienie na  miejscu.  I - jak  mówiła Ala-  rodzicom Andrzeja  też  się tam podoba. A rodzice to będą odwiedzali dzieciaki tylko w  weekendy i ewentualnie  coś mogą dowieźć dy dziadkowie dojdą, że coś im  tam jeszcze jest potrzebne.

Tato,  a jak pani Małgorzata zniosła  fakt, że nie będziesz jej wyręczał w pilnowaniu instalacji owego pieca?- spytała  Marta.  Teść uśmiechnął się  i powiedział - "jakoś zniosła" i  chyba całkiem wypadłem z jej karnetu balowego, bo pochwaliłem  się, że jestem pod  stałą opieką kardiologa i nefrologa. Pominąłem też  milczeniem  urologa.  I chyba jednak mnie wykreśliła ze  swoich  życiowych planów. Oczywiście  nie powiedziałem, że kontrole u kardiologa  to mam co 6 miesięcy i że do następnej mam jeszcze dużo czasu. 

Ale najbardziej zmartwił ją fakt, że nikt  z nas  nie jest zainteresowany zakupem tego obiektu. Miała   biedaczka nadzieję, że jak tam spędzimy  trochę  czasu to tak się nam to miejsce i  chałupa  spodoba, że będziemy ją błagać  by nam dom  sprzedała. A cenę jego zaśpiewała tak wysoką, że aż  się zapytałem, czy aby dobrze słyszę. Zupełnie jakby sprzedawała jakiś  zabytkowy pałac z ogrodem i oranżerią  a nie drewniany dom w mało ciekawym w sumie  miejscu.   Byliście i widzieliście -  kurort to nie jest a chałupa  wymaga jednak przeróbki.  Poza tym, jak na mój gust  zbyt  dużo gadała o  swojej samotności, aż w końcu zacytowałem twoje  zdanie  Martusiu, że  samotność to głównie stan umysłu. Popatrzyła na mnie jak na kogoś kto się rozminął  gdzieś po  drodze z rozumem, ale już dalej nie  rozwijała tematu. Zapewne mam już u niej "tyły".  

Ja naprawdę nie  szukam kogoś by  z nim dzielić  stół i łoże i dlatego nadałem jasny komunikat. Ona  chwilami  zachowuje   się jak "słodka idiotka", a na  mnie takie kobiety działają jak czerwona płachta  na  byka. Podejrzewam, że nie będzie  miała  większego kłopotu  ze  zbyciem tego domu gdy będzie  miał to ogrzewanie  gazowe - jakby na  to nie  spojrzeć to znacznie  fajniej jest mieć  ciepłą wodę  w kranie  niż jej nie mieć oraz mieć ciepło w domu i moc tam bez problemu siedzieć jesienią.  Lato u nas krótkie  a do tego nie  zawsze jest bardzo  ciepłe. Z tej działki jest  niedaleko do  dużych lasów i ponoć  sporo grzybiarzy jest jesienią. Robiliśmy  wyliczenia za ile  lat zakup tej chałupy może  się  zamortyzować i wyszło nam, że nawet waszego młodego życia  by nie  starczyło, co w przypływie dobrego humoru powiedziałem Małgorzacie. Jak obniży cenę to na pewno kupca  znajdzie, bo cała okolica  pretenduje do zagłębia  wczasowego dla stolicy. I już nawet jakaś "marina"  buduje   się w pobliżu i ponoć  będzie nawet plaża a nie  tylko przystań dla żaglówek i łódek.

 A Ziukowie - opowiadał  Marcie  teść -bardzo szczegółowo obejrzeli cały dom, w którym chcą  spędzić wakacje. Ziuk nawet  sprawdzał w sposób naukowy czy aby nie ma  tam wilgoci i stwierdził, że to świetne   miejsce i że jeśli  się im tam spodoba, to i za rok można tam będzie spędzić  część wakacji. Klimatycznie jest też to dobre  miejsce bo to bliziutko jest  do sosnowego lasu a dom jest na  skraju lasu mieszanego. No i jeśli idzie o kulinaria, to będzie  wszystko gotowane na naturalnych składnikach, bez  sztucznych nawozów.  Oni załapali  się tam na rosół i pieczonego kurczaka - kurczak hodowany na mieszance ziaren a jego upieczone udka były wspaniałe- soczyste, chrupkie. Tak mi o nim opowiadał, że aż byłem  gotowy wybrać  się po wiejskiego kurczaka na  Polną, ale nie złożyło mi  się.

No a teraz opowiadajcie o swoim pobycie na Słowacji - zarządziła  Pati. Opowieść "młodych" była wzbogacona zdjęciami, które na komputerze prezentowały  się o wiele lepiej niż na smartfonie i  zapadła decyzja, że w następnym roku to i "starszyzna" wybrałaby  się na  Słowację i to nawet z  dziećmi - wszak będą  przecież  zmotoryzowani, więc dzieciaki będą  mogły taplać  się w termalnych basenach, jeździć zębatą kolejką a i sama jazda kolejką elektryczną i przejście górami pomiędzy jedną, lub nawet  dwiema stacjami kolejki będzie dla nich niezłą  atrakcją. 

Luna już samym wyglądem podbiła serca wszystkich.  Tata Marty stwierdził, że pomysł z  wejściem na Rysy od  strony słowackiej  był bardzo  dobrym pomysłem. On, gdy jeszcze  był bardzo, bardzo młody szedł oczywiście od  polskiej  strony i nawet  wtedy uznał tę wycieczkę za  jedną  z trudniejszych i bardzo męczących. Uśmieli  się  wszyscy, bo Wojtkowy tata  oglądając zdjęcia Luny powiedział - noooo, ładna, ale już teraz  z trudem by się  zmieściła na kolanach i nie mógłbym jej nosić w wewnętrznej  kieszeni bluzy. "Starszyzna" wydała opinię, że mieli dobry pomysł z kupieniem psa dla  Milosza i przechytrzeniem właścicielki hodowli. 

Potem była  dyskusja na temat  stosunków polsko- słowackich czyli górali słowackich i polskich, bo obie  strony oskarżają  się  wzajemnie o wszystko co najgorsze, a gdy  się obu stronom przypatrzeć  z bliska to się naprawdę  niemal nie różnią w kwestii mentalności. Marta rozśmieszyła  wszystkich gdy opowiadała jak to piękną angielszczyzną rozmawiała z Ondrejem przez telefon a potem już na  kwaterze  doszli zgodnie  do  wniosku, że  każde  z nich może mówić we własnym języku, co chwilami  oboje  przyprawiało o chichotanie. Co do  górali po obu stronach granicy  to  jedni i drudzy  mają  sporo takich  samych wad. Po obu stronach  niestety  nie brak  pijanych. No może różnica     jest w ilości wypijanego piwa. No  a teraz Słowacja  się bardziej zeuropeizowała

Płeć męska stwierdziła, że żona Milosza to naprawdę piękna  kobieta a Marta opowiadała o jej matce, że po kwadransie rozmowy czuła  się tak, jakby  ja  znała "od  zawsze". I że mama Hanki dba o  Milosza  tak samo jak o swą  córkę i  w pewnym  sensie adoptowała  Milosza.   U nich to jest tak jak u nas  w rodzinie -  i u Ziuków -  dopowiedział  Wojtek  - zięć i synowa natychmiast  są  naprawdę włączeni do rodziny a  nie  tylko w teorii.  Ojciec Marty śmiał się - fakt - chwilami miałem wrażenie że mam  was oboje od chwili waszych urodzin.

Wiesz tato - u nas to było niemal jak kiedyś na królewskich dworach- śmiała  się Marta. Bo przecież  kiedyś  to królowie gdy  zostawali ojcami zaraz zaczynali kombinować z kim ożenić  syna lub za kogo wydać córkę, żeby małżeństwo przyniosło  królestwu same  korzyści. I bardzo często dziecko, któremu było jeszcze  bardzo daleko do dorosłości, bo  w wieku nawet poniżej 10 lat wychowywało  się na dworze swych przyszłych teściów.

Obaj ojcowie aż  się  skręcali  ze śmiechu, bo pracując w tamtych  czasach w jednej instytucji znali tylko wzajemnie  swe  nazwiska , ale nie znali  się osobiście i poznali się dopiero na  pierwszym zebraniu rodziców w nowym   roku szkolnym. A i to głównie  dzięki temu, że nowa wychowawczyni klasy  wpadła na pomysł by na blatach  stolików rozłożyć  kartki z nazwiskami dzieci tak jak one  siedzą na lekcjach i tym sposobem obaj ojcowie znaleźli się w jednej ławce i drogą dedukcji doszli do  wniosku, że pracują  w tej  samej instytucji.

Mniej więcej tydzień później Andrzej zatelefonował do Marty mówiąc jej, że powinni wpaść do jego kolegi od  chirurgii ręki, bo kolega  wyjeżdża na sześć miesięcy z Polski na jakieś  stypendium i chce przed wyjazdem obejrzeć  rękę Marty. No ale po co?- zdumiała  się  Marta- nic mi się z  tą  dłonią nie  dzieje, nie  boli, nie puchnie, ścięgno jak było pogrubione tak i jest. Ale  nie  wyczuwam na  nim żadnych  zgrubień czy też guzków. No ale on ma  cię zapisaną  w swoim kajecie spraw  niewyjaśnionych i chce twą rękę zobaczyć, bo jeśli coś mu podpadnie to być może coś z nią  zrobi. A co może z nią zrobić?  - dopytywała  się Marta. Nie wiem, nie jestem specem od  chirurgii ręki a tym bardziej dłoni. Nie mam  bladego pojęcia o co mu biega. Ale facet jest odpowiedzialny i nie  chce  cię  zostawić  w ciemno byś musiała  kogoś  szukać w razie  czego.

No dobrze, to kiedy mamy tam jechać - spytała z  westchnieniem. Możemy albo dziś około siódmej wieczorem albo jutro koło południa. No to ja  wolę dziś wieczorem, bo Wojtek  dziś z Michałem mają coś omawiać z szefem więc jak znam życie  to wróci późno i  zły jak szerszeń. No ale przecież chyba nie na  ciebie  będzie  zły - zauważył Andrzej. On będzie  zły na  wszystko i na  wszystkich - wyjaśniła Marta. Więc wolę być  "niewiadomopoco" u chirurga  niż  wysłuchiwać bezproduktywnej gadki na temat stanu umysłu jego szefa jak i narzekania, że ma jeszcze przecież jeszcze  tyle pracy przy swym doktoracie. Dla mnie  to on może tego doktoratu nie  mieć  a i tak będę go kochać- to nie  był mój pomysł. 

Wiesz - ten doktorat to  mu się  jednak przyda- zawsze jest swego rodzaju kartą przetargową - facet z doktoratem  jakoś bardziej się liczy niż magister inżynier - powiedział Andrzej. I tak jest w każdej branży i dużo łatwiej jest zaistnieć poza Polską z doktoratem  niż bez niego. I wierz  mi - nie każdemu u nas proponują   robienie doktoratu zaraz po studiach. I dlatego mamy tak wielu starych profesorów a tak szalenie mało młodych. W innych krajach  europejskich to normalne, że gdy ktoś zdolny a do tego  chętny to idzie  jak burza  stopień za  stopniem. Napisałem już do Wojtka info, że porywam  cię na kontrolę do tego od chirurgii  ręki i że to  ja będę cię transportował, więc podjadę po ciebie o 18,30, bo nie  wiem jak będzie  z miejscami  do parkowania w okolicy jego szpitala.  Andrzej - ale ja mogę do niego pojechać  sama- przecież mnie nie pokroi z marszu a w prowadzeniu  samochodu to mi ta  ręka  nie przeszkadza. Ty powinieneś wrócić  do Maryli i  dzieci. Maryla  dziś pracuje do 22,00  - pojadę po nią na 22,00. Obiecała  mi, że popracuje  tylko do końca tego roku na pełnym etacie i od  nowego przejdzie  na pół etat. Chwilami ona  chyba  nie  wierzy  wcale w trwałość  naszego  związku bo cały czas jakoś przewija  się wątek, że ona nie może być na  moim utrzymaniu, bo ja  wszak mam  dzieci.Ona ma  całą furę  kompleksów - może to dlatego, że  jej były  mąż ją  zdradził. A był po prostu małym, wrednym skurwielem. Co jej  kiedyś zresztą  powiedziałem. Zawodowo  to ona  sama  siebie  docenia, zna  dobrze  swoje mocne  strony, zawsze  umie o  siebie  zawalczyć od  strony  zawodowej, ale jakoś  wcale  nie  docenia  samą  siebie  jako kobietę. Już nawet  prosiłem  mamę  by ją jakoś podbudowywała  by ona  wreszcie   doceniła swe  walory jako kobieta. Na razie udało  się  moim  rodzicom przekonać ją, że jest świetną  mamą  dla  chłopców. Z tego co mi opowiadała  wysnułem wniosek, że jej  rodzice  to też do  wspaniałych  nie  należą- ja  w każdym razie  nie  widziałem ich na oczy i  zapewne  nie  zobaczę. Moi rodzice  to ją  doceniają i oboje  są  dla  niej naprawdę  mili, zresztą naprawdę lubią ją. 

                                                              c.d.n




sobota, 7 września 2024

Córeczka tatusia - 158

 Gdy już wjeżdżali do Warszawy Marta wysłała do przyjaciół podziękowania za naprawdę wspaniale, dzięki ich obecności, spędzony urlop i że ma   nadzieję na kolejne  wspólnie  spędzone urlopy. Maryla i Andrzej, w ramach odpowiedzi  napisali- nie ciesz się, nie  ciesz, że będziesz  tylko z Wojtkiem, bo   jutro macie do nas przyjechać na obiad - tak  sobie  zażyczyli moi rodzice. A godzinę to wam podam jeszcze  dziś wieczorem.

No ale my już umówiliśmy się na jutro z naszymi, że wpadniemy do nich nad  Narew, bo w poniedziałek przyjeżdżają tam ci co będą pogłębiać piwnicę bo piec tam ma  być i oni tam będą siedzieć pewnie cały tydzień. A poza tym musimy dowieźć Wojtkowemu  tacie jego teczkę z jakimiś dokumentami, chyba  dotyczącymi tego  pieca, bo gapa ją zostawił na stole  w kuchni i już  chciał po to sam państwowym środkiem lokomocji tu przyjechać, ale mój tata mu przypomniał, że przecież my dziś  wracamy to mu to przywieziemy, bo się umawialiśmy przed wyjazdem, że po powrocie  do nich  wpadniemy. Tyle  tylko, że ja  nie przypominam  sobie, żebyśmy się tak, umawiali że zaraz po powrocie  do nich wpadniemy. No ale zakładam, że już mnie skleroza dorywa.

W dwie godziny później Marta  z Wojtkiem dostali wiadomość od Ali i Michała, że nagle wyjazd Dziadków obu rodzin z dziećmi do Sopotu spełznął  na niczym, bo z powodu jakiejś  awarii zaproponowano zmianę lokalizacji  na inną. Rodzice Andrzeja i Ziukowie obejrzeli nową lokalizację i ta im nie przypadła do gustu z kilku powodów, głównie z powodu lokalizacji, bo to były okolice na lewo od Sopockiego Mola i kwatery dość od  siebie oddalone,  więc Ziuk "wziął sprawy  w swoje  ręce". Wpierw  wydębił od tych z  Sopotu zwrot zadatku i wynalazł w Świdrach Małych prywatny pensjonat, nieduży, ale ze  wszystkimi wygodami, z własnym  sporym terenem dookoła budynku. Dom  jest na  skraju lasu, do Wisły przysłowiowy rzut beretem  i- jak orzekł Ziuk- same plusy bo jest to  własny teren  zamknięty, jest całodzienne  wyżywienie a cena, razem z  wyżywieniem jest dużo niższa niż w Sopocie bez  wyżywienia.  Klimatycznie też dobrze, bo całość jest prawie w lesie. No i jest  to blisko Warszawy, więc podróż niemal zerowa. W sumie wynajęli 4 pokoje, więc  dzieciaki będą spały w oddzielnych pokojach. Oprócz nich będą jeszcze  dwa starsze małżeństwa. A właścicielami są rodzice jednego z  byłych studentów  Ziuka z  czasów gdy przez  dwa lata wykładał na SGGW.  Ala stwierdziła, że Ziuk jest rewelacyjnym teściem i ona z Michałem uważają Ziuków  właściwie  za swoich rodziców. Tyle tylko, że nie  możemy  się z Michałem  dogadać  czy to są jego czy moi rodzice- śmiała  się Ala.

Marta w kilka  godzin po  powrocie  do Warszawy zatelefonowała do rodziców i teścia nad  Narew, w skrócie opowiedziała o pobycie  na Słowacji i zapytała się "o co biega" z tymi brakującymi dokumentami, bo jeżeli to kwestia dokumentu który ma góra trzy strony, to bardziej  się opłaca go zeskanować i im przesłać jego skan.   Bo oni oboje idą  do pracy w poniedziałek, więc byłoby im  wygodniej gdyby  nie  musieli jechać w niedzielę nad  Narew, bo jednak trochę się "ujechali" z tej Słowacji. W pewnej chwili Wojtek "nie  wyrobił", zabrał Marcie telefon i "uświadomił" ojcu, że dom nie jest własnością ojca, jego właścicielką  jest osoba dorosła i to ona ma obowiązek zadbać o wszystko co jest  związane  z planowaną modernizacją budynku a nie ojciec i ojciec  nie powinien  się do tego wtrącać.  Raz wyraził swą opinię i to w  zupełności  wystarczy. Reszta  należy do właścicielki domu. A właścicielka  domu niech  nie  szuka przysłowiowego "jelenia" na pilnowanie pracowników  firmy montującej tam piec. 

Potem Marta rozmawiała  chwilę ze  swoim tatą, powtórzyła mu to co Wojtek powiedział swemu ojcu i poprosiła  by tata wytłumaczył swemu przyjacielowi, że póki co to właścicielką jest pani Małgorzata i to ona powinna się tym  zająć a nie Wojtkowy ojciec. Tata powiedział Marcie, że on z Pati  wracają w poniedziałek przed południem, bo od  wtorku będzie  w kwiaciarni remont, a on zaraz poprosi Pati, by jeszcze   dziś nieco ostudziła  entuzjazm Wojtkowego taty wobec osoby Małgorzaty, bo szkoda  by Małgorzata  go w ten  sposób wykorzystywała. Po prostu Pati sporo  wie o  Małgorzacie- wszak pracuje  z jej kuzynką. I ma nadzieję, że gdy  Pati "ujawni to czego nie  widać" to Wojtkowy tata  wróci razem z nimi do Warszawy, tym bardziej, że  wciąż powtarza, że  się stęsknił za dziećmi.  Córeńko - jeśli wam czegoś  brak, to w naszej zamrażarce są zamrożone już ugotowane dania - powiedział na końcu. Tatuniu - w naszej też jest  sporo gotowych do jedzenia dań, głodowanie nam nie  grozi. A może byście wrócili jutro? To mielibyśmy  u nas wspólny obiad i automatycznie zabralibyście Wojtkowego ojca  ze  sobą, bo przecież pojechaliście jednym samochodem. Masz rację córeczko, tak zrobimy. Ja do ciebie jeszcze dziś zadzwonię.  

Wieczorem, już po dwudziestej zatelefonował tata Marty i powiedział - wracamy jutro, wyjedziemy pomiędzy dwunastą  a trzynastą.  Twój teść  jest niepocieszony, ale jak  znam życie to w  czasie  drogi Pati popracuje nad nim i przypomni mu, że jego  wybory życiowe nie były jak dotąd najlepsze pod   słońcem.   A jeśli będą  stali z jakimiś owocami po drodze to wziąć  coś  dla  was? No jasne, wszystkie owoce lubimy. To ja tak na  wszelki wypadek  uzupełnię  jutro stan lodów u Grycana - stwierdziła  Marta. Rano do niego wyskoczymy. Jestem stęskniona lodów, bo bałam  się tamtejszych - ja mam po prostu zbyt humorzasty żołądek i muszę uważać co do niego ładuję.

Następnego dnia Wojtek pojechał po lody, Marta  za to wstawiła powakacyjne pranie. W międzyczasie rozmawiała z Hanką i Miloszem oraz z Ondrejem, w  związku z  czym dwa razy opowiadała o ich drodze powrotnej do Warszawy. Wysłuchała opowieści o nadzwyczajnej  mądrości i grzeczności Luny. Ledwie skończyła  rozmowę  ze Słowacją to zadzwonił Andrzej by powiedzieć, że chyba powinni bliżej  siebie  mieszkać, najlepiej tak jak mieszkali na  Słowacji i że on chyba  zacznie się rozglądać  za jakimś większym  domem, żeby przynajmniej ona z Wojtkiem  mogli z nimi mieszkać  w  jednym domu. Marta wysłuchała spokojnie i powiedziała, że mieszkali razem pod jednym dachem tylko dwa  tygodnie, ale nie da  się na tej podstawie powiedzieć że byłoby super gdyby tak mieszkali wszyscy,  razem ze swoimi rodzicami w jednym budynku. Wakacje  nie nie  są dobrym probierzem, bo nie jest to sytuacja codzienna, a  codzienność  niesie jednak inne problemy niż pobyt wakacyjny. Fakt- nie da się  tego ukryć- dobrze się nam  tam  mieszkało, no ale trzeba  brać pod uwagę  chociażby ten fakt, że mieszkając u Ondreja  nie  musieliśmy  dbać o otoczenie  domu, o jego stan techniczny, ani o stan kawałka ogrodu. Poczekaj, aż twoi rodzice  będą w gorszej formie i wtedy zrozumiesz, że mieszkanie w jakimś osiedlowym bloku wcale nie jest złe, że jest to nawet wygodne rozwiązanie. Mnie tu nie obchodzi stan dachu na tym budynku - jeśli coś będzie nie tak to ci co mieszkają na ostatnim  piętrze zawiadomią administrację budynku i ADM wezwie fachowców, a potem sprawdzą czy wszystko naprawione i lokatorów  nie będzie  wcale a wcale obchodziło ile to kosztowało, bo płacimy w  czynszu jakiś procent na utrzymanie techniczne  budynków. Gdy u was coś się złego wydarzy na  dachu to ty będziesz  musiał wzywać fachowców a na dodatek za to płacić. Zapewne  część pieniędzy odzyskasz z ubezpieczenia, ale na pewno nie  wszystko.

Z ciebie - powiedział Andrzej - to chodząca trzeźwość i rozsądek. I nie da się ukryć, że niestety ty masz rację. Kto cię tego nauczył? Tata?  Pewnie tata, bo to przecież on mnie wychowywał. Ale jedyne co mi zawsze wkładał do głowy to był nakaz pomyślenia o tym,  czy i jakie skutki może mieć to co zrobię.  Ja wiem, że mój sposób myślenia  nie jest typowy dla mojej płci, że nie jestem romantyczna, że staram  się wszystko przeanalizować w  sposób  beznamiętny. I dlatego przez  dwa lata wybierałam  się na  studia bo nie  mogłam  się zdecydować, a tata  mnie nie poganiał. Poza tym zawsze czytałam mnóstwo książek i jak któraś z dziewczyn kiedyś  zauważyła to były nudne książki. Widziałeś sześciolatkę by czytała encyklopedię? A ja czytałam,  a gdy czegoś ani w  ząb nie  rozumiałam to pytałam tatę. Nie miał tata ze mną łatwego życia. Matka się na mnie  wydzierała gdy przeglądałam encyklopedię, bo jej  zdaniem byłam za głupia by ją  czytać ale tata tak nie uważał i często mi różne hasła  tłumaczył tak bym jakoś to pojęła. Podejrzewam, że to ona  była  za głupia  by mi to choć trochę przybliżyć. Za to była  ładna - to fakt. Tylko że ja jestem bardziej podobna do taty niż do niej. Tak zawsze mówiła matka Wojtka. Wiesz- gdyby matka teraz  zadzwoniła do drzwi to ja bym jej nie rozpoznała - zupełnie  nie pamiętam jak wyglądała. Tata twierdzi, że nie ma pojęcia gdzie ona jest, ale jestem dziwnie pewna, że któryś z naszych ojców wie dokąd się  wyniosła po rozwodzie.  Fakt faktem, że ostatni raz widziałam ją na  sprawie rozwodowej, a miałam wtedy 12 lat. Nawet nie zauważyłam kiedy się wyprowadziła. Któregoś dnia  gdy wróciłam  ze  szkoły to mieszkanie było przemeblowane, doszły  nowe regały w pokoju taty, zniknęły z szafy i łazienki rzeczy matki,  mieszkanie było czyściutko wysprzątane, podłogi  wypastowane i wyfroterowane, okna umyte. Pachniało woskiem do podłóg. Bo tata nie lubił zapachu pasty do podłogi. Stanęłam na  wysokości zadania i uznałam  to wszystko za stan normalny. Skomentowałam  tylko nowe  regały, bo każdy  miał część półek z oszklonymi drzwiczkami, co bardzo mi  się podobało. W moim pokoju stanął nowy tapczanik i też  były nowe  regały i nowe  biurko a tata powiedział,że dokupi jeszcze  dla  mnie miękki fotel,  ale do fotela to muszę  się wpierw przymierzyć. Wiesz- ja  zawsze wracałam do pustego mieszkania, ale gdy matka  zniknęła to ojciec  wracał nieco  wcześniej do  domu a Wojtek najczęściej wtedy siedział u mnie i odrabialiśmy lekcje. Po prostu za naszymi plecami dogadali się nasi ojcowie i Wojtek był u mnie  codziennie. I dopiero gdy byłam w połowie liceum a Wojtek w Austrii  to mój tata co jakiś  czas  wyjeżdżał służbowo, ale zawsze na bardzo krótko.  I myślę, że fakt mojej trzeźwości umysłu nie  wziął się  z powietrza  ale z powodu okoliczności w jakich  się wychowywałam.

Andrzej ciężko westchnął i powiedział - muszę ci coś powiedzieć - coś o czym już kilka osób wie, ale ty chyba jeszcze  nie - kocham cię- jesteś dla mnie młodszą moją siostrą, o której  zawsze marzyłem, a Wojtek jest dla mnie bratem. Kocham was oboje i zawsze możecie na  mnie liczyć dopóki będę wśród żywych. To nie ważne, że prawdopodobnie  nasze  geny nie  wskazują na pokrewieństwo, ale  dla mnie jesteście oboje tak samo bliscy. I fajnie, że jesteś taką mądrą i trzeźwą dziewczyną. A o tym, że was oboje tak bardzo kocham to wie i Maryla i moi rodzice. A moi rodzice wcale  się temu nie  dziwią. Wojtek też o tym wie. I nie dostałeś w łeb od niego? - spytała. Nie, bo wiedział, że jeśli mnie uszkodzi to ktoś inny cię pokroi. Rozmawiałem  z nim przed twoją operacją zanim  się zdrzemnąłem w twoim pokoju. Henio go wyekspediował do domu by tam czekał na telefon a Krzyś dał mu coś nieszkodliwego na uspokojenie, żeby biedak spokojnie dotarł do domu. Po prostu Krzyś jest genialnym anestezjologiem - dla mnie to on jest najlepszy w  całej  Europie.  Marta westchnęła cicho i powiedziała  - czy nie  uważasz, że to wszystko jest jakieś  dziwaczne biorąc to na tak zwany "zdrowy  rozum"? Chyba nieco dziwne by twoja  siostra i twój brat byli małżeństwem. Andrzej spokojnie odpowiedział - po prostu życie jest  dziwne albo, czego nie wykluczam -wszyscy się już kiedyś spotkaliśmy i istnieje wielopoziomowa kontynuacja poprzednich powiązań. Pamiętasz jak skierowałaś moją uwagę na  Marylę?  Ona zaraz  na początku mi powiedziała, że jej zdaniem ty jesteś  dla mnie kimś szalenie  ważnym. A moi chłopcy od pierwszej chwili za tobą przepadali. Kochają Marylę, są do niej bardzo przywiązani  ale o ciebie i Wojtka wciąż  się pytają. Więc pomyśl, kiedy do nas przyjdziecie. 

No chyba dopiero wtedy, gdy twoi rodzice i Ziukowie wyjadą z dziećmi do tego prywatnego pensjonatu- to ty wiesz kiedy oni tam jadą- ja tylko wiem, że Ziuk coś  załatwił blisko Warszawy i że pobyt tam jest o niebo tańszy od tego Sopotu bo i podróż tańsza i pobyt z wyżywieniem tańszy niż w Sopocie  bez  wyżywienia. Tak mi  powiedziała  Ala i nawet  się ucieszyła, że dzieciaki będą  bliżej Warszawy.  Jadą tam dopiero za tydzień- powiedział Andrzej. No  to jak wyprawisz ich na to letnisko to wtedy się  spotkamy, bo jutro przyjeżdżają moi rodzice i tata Wojtka, więc byłoby nietaktem pojechać  do was a nie czekać na  nich.  Pasuje ci to? Jednego  dnia możemy wpaść do was a wy  następnego wpaść do rodziców i dzieciaków na to niedalekie letnisko. Ja tylko wiem, że jest niedaleko od Warszawy i  że to się  nazywa Świdry Małe. Podobno są i Świdry Wielkie, ale one  są chyba nieco dalej od Warszawy.  A ten pensjonat to prowadzą jacyś państwo, których  Ziuk  zna z okresu gdy był wykładowcą na SGGW. Jak dotąd to nie  miałam pojęcia, że  niedaleko od  Warszawy jest taka miejscowość, wiem  tylko o miejscowości o nazwie Świder, który  się  dzieli na Wschodni i Zachodni  i o  rzeczce o takiej nazwie. Ale  chyba nigdy tam  nie byłam, ale jedna ze  studentek dojeżdżała do Warszawy z owego Świdra i zawsze  straszliwie narzekała na tłok w kolejce. Ta  biedula przyjeżdżała z pół godziny przed  zajęciami żeby się mogła  wcisnąć do pociągu. A do pociągu to ją ktoś dowoził samochodem bo miała do tego pociągu ze 3 kilometry do przejścia.  Ja tak  sobie  czasami myślałam, że mam sporo szczęścia że od dziecka mieszkam w mieście, że w sumie pomimo dziwnej nieco matki miałam i mam  normalnego ojca, który zapewnił mi  wszystko co mógł najlepszego. 

                                                                 c.d.n.

czwartek, 5 września 2024

Córeczka tatusia - 157

 Okazuje  się, że gdy człowiek jest na urlopie, to zarwanie kawałka  nocy nie  zostawia żadnego śladu- choć  wszyscy  położyli się spać około trzeciej nad  ranem bez najmniejszego problemu wstali sześć godzin później, zdziwieni  bardzo, że jak na  razie to nikomu nie  chce  się  spać.  

To znaczy, moi drodzy, że już się zregenerowaliśmy - orzekł Andrzej. Ruch i świeże powietrze świetnie regenerują organizm.  Nie da  się ukryć, że odkryto to już bardzo, bardzo  dawno. Zastanówmy  się jeszcze kiedy wracamy - w piątek czy w  sobotę. Ja do pracy to idę dopiero w poniedziałek i zaczynam wieczorem.  Ale chętnie bym wyjechał  w sobotę - wtedy będziemy mieli niedzielę z  dziećmi. A Marylka idzie w poniedziałek rano. 

Ala z Michałem i Marta  z Wojtkiem  stwierdzili, że  im to jest całkiem obojętne, byleby zdążyli Michał z Wojtkiem  w poniedziałek na dziewiątą rano do pracy. Ja też  idę jak zwykle na dziewiątą - stwierdziła Marta. Obiecałam szefowi, że mu przywiozę ze dwa oscypki. Muszę kupić  ich kilka, chyba kupię z pięć  sztuk. Muszę się w tym układzie  dowiedzieć od Ondreja gdzie je najlepiej kupić, żeby nie  było w nich więcej mleka krowiego niż owczego. Gdy przyszedł Ondrej Marta od  razu zapytała  go gdzie najlepiej kupić takie prawdziwe oscypki.  A dużo ich chcesz- to pierwsze pytanie, a drugie na kiedy. No na  sobotę, bo chcemy wyruszyć mniej więcej w sobotę, ale nie o świcie, a  sztuk to tak z sześć albo siedem, albo najlepiej dziesięć. 

Ondrejowi aż  szczęka opadła - a co, sklep będziesz  otwierać? Te dobre to są cholernie  drogie. Trudno - powiedział Wojtek, ale dla nas potrzebne  są na trzy rodziny , poza  tym Marta chce dla  swojego szefa, bo ją nawet o to poprosił a ona chce też  dla  swojego zespołu chłopaków w pracy, bo ona nieco w nich ostatnio orała.  A jak  wróci to znów pewnie co nieco roboty im  zwali, bo ostatnio coś wielce zamyślona chodziła  i chyba  coś kombinowała. Jak moja kobieta  chodzi z głową w  chmurach to pewne, że  coś obmyśla. I na pewno nie układa  wtedy wierszy.

A kiedy wy  wyjeżdżacie - bo odbiór to będzie  pewnie  w Zakopanem, ale   może  uda  się na na Łysej Polanie spotkać z producentem. Jeśli macie  miejsce w samochodzie to bym  się z wami zabrał, a potem bym wrócił jakąś okazją.

Uzgodniliśmy, że pojedziemy  w sobotę po śniadaniu - po prostu  wstaniemy wcześniej niż dotąd. Udało nam  się  wstać skoro świt by się  wywlec  na Rysy to i na  wyjazd możemy świtkiem  wstać.  No dobra - za moment zacznę  załatwiać -  zapewnił ich  Ondrej.  Jessu, aleście  mnie  zadziwili.  Ale wasze oscypki to jeszcze małe piwko - mój kolega ciągnął ze Smokowca, z restauracji smażone......pstrągi. Do Krakowa je  ciągnął. Wszyscy w kuchni padali ze  śmiechu, bo co jak co, ale  w krakowskich  dobrych knajpach to zawsze można dostać  smażonego pstrąga.  One  wszystkie z hodowli i tu i tam. Ale  kwestię oscypków to rozumiem - są oscypki i oscypki - w  tym wypadku to kwestia proporcji składników i uczciwości producenta.  A Milosz to wami zachwycony -  spełniliście  jego marzenie.  Dziś  rano telefonował bym  zbyt rano po jajka nie przyszedł, bo na pewno odsypiacie  wizytę u niego. Hanki mama  też zachwycona. I jak mówi to psica jest niezwykle piękna i mądra, a  wyście im  pomagali ją "umeblować".  

A tam- strasznie pomagaliśmy - pozbijaliśmy po prostu deski do kupy, wyszła nawet niezła buda na ich ganku i Luna ją zaanektowała. Deski były równe, nawet  wygładzone, piła  spalinowa, małe odcinki do cięcia -  zero problemów- wyjaśnił  Wojtek.  Wiesz- jakby na to nie  spojrzeć  były przecież cztery pary  rąk do roboty, a  dziewczyny poszyły z koców pokrowce na  materace. A  teściowa Milosza  to szalenie  miła i serdeczna osoba - stwierdziła  Marta. Miałam wrażenie, że znam ją "od  zawsze". 

Godzinę później zatelefonował Milosz - pozachwycał się Luną, że to przecież jeszcze  szczeniak a mądra niesamowicie. I zgadnijcie dokąd idę w poniedziałek. Bo podobno w poniedziałek będzie ostatni dzień pogody. Potem  już ma  być kilka  dni deszczowych. 

Na Łomnicę, bo  nowy turnus zjechał - powiedział Wojtek. Nie, zero punktów. Idę na Rysy. Ze starszym małżeństwem, którzy doczytali  się w przewodniku, że od nas droga na  Rysy krótsza i łatwiejsza, bo jest mniej ekspozycji. Noo, to prawda,  ale boją  się iść sami. Oni już dziś wieczorem przyjadą do  nas, prosili o nocleg, więc ich  skierowałem do rodziców Hani. Ja  nie  chcę Luny rozpraszać.  I tak ma za  dużo  wrażeń odkąd  ją sprzedali. Dziś  się uczy aportowania.  Trochę jej  ciężko pojąć, że nie zagryza  się na  śmierć tego co się  ma  w pysiu przynieść. Ona jest przesłodka!  Przy nodze chodzi bardzo porządnie i dziś chodziliśmy po  Tatrzańskiej Łomnicy -  nawęszyła się okrutnie. Na  wszelki wypadek  na razie  to ją prowadzam na  smyczy. I wszyscy  mi jej  zazdroszczą, ale nie powiedziałem, że ona z Zakopanego ale że z Bieszczad. No i każdemu  mówię, że dostałem ją  w prezencie od przyjaciół.  Jeszcze  wiele nauki przed nią - muszę  dość  szybko ją nauczyć by się nie  wydzierała na każdego mijanego psa. A we  wtorek  jadę  z nią do weterynarza i kupię jej jakiegoś  dużego misia, bo tej  nocy to spałem z jedną  ręką wystawioną poza łóżkiem. Jeden  pies a w  sumie dwie  rodziny  mają   furę  radochy!  Teściowa już  zapowiedziała, że  gdy ja i Hanka będziemy poza  domem to ona  u nas w domu posiedzi z Luną, tak samo w poniedziałek, gdy pójdę  na Rysy. A jak im ktoś kiedyś  proponował psa to nie  chcieli go wziąć, bo to straszny kłopot i obowiązek. A teraz teściowa to chyba  startuje  do odznaki psiej matki  zastępczej. Już zamówiła gdzieś mięso dla Luny i taką dużą kość, którą ma  zamiar starannie obgotować i oczyścić i coś wspominała o jej uwędzeniu,  żeby Luna miała ją do zabawy. Hania się ze mnie śmieje, że powinienem nauczyć Lunę  by mnie  goliła  zębami.  No i   nie  wiem, czy aby  nie  kupić  jej jakiegoś kagańca, bo po raz  pierwszy do mnie  dotarło, że ona  może chapsnąć  jakieś paskudztwo leżące po drodze. Nie  sposób przecież  cały czas iść i patrzeć czy tylko węszy  czy  może  coś chwyta do pysia. No i silna jest, a przecież  to jeszcze  szczenię. Ciekawe kiedy  mnie  zamkną w jakimś psychiatryku bo cały czas  do niej gadam. 

Wiesz - w tym gadaniu do psa to nie ma nic  a nic niezwykłego- zapewniła go Marta. U nas  każdy w  rodzinie zawsze rozmawia z naszą Misiunią. I każdy z nas jest pewien, że ona go doskonale  rozumie. Pies ma  tę zaletę, że nie przekaże  dalej  tego co mu powiesz. I na pewno  cię nie obgada do znajomych. Jak widzisz  pies w domu to bardzo pozytywna  zmiana, bo poza tym nawet jak nie masz ochoty to i tak musisz ruszyć  tyłek  z domu, żeby z nim  wyjść. Podejrzewam, że nasza Misia   to zna mnóstwo przepisów kulinarnych, bo tata Wojtka na pewno jej ze  szczegółami opowiada o tym  co robi  w kuchni gdy u nas gotuje. Ja to  dość  rzadko  dostępuję przywileju gotowania co najwyżej mogę być tatową podkuchenną. Bo gdy studiowałam to tata nam gotował, bo ja dość późno docierałam do domu i wtedy tata stwierdził, że on przed południem  się nudzi, więc będzie dla nas gotował. I tak zostało. Poza  tym on należy do osób, których obecność jest zupełnie  nie krępująca, natomiast  bardzo miła. Nie nadaje  tekstów  z gatunku "a w moich  czasach", nie usiłuje nam  narzucić  swoich porządków. A ponieważ czasem mu  serducho ciutkę nawala, bo miał kiedyś   nierozpoznany i nie leczony zawał  serca, to gdy tylko nieco  gorzej się  czuje to nocuje u nas w  swojej "kajucie" - ma u nas  swój pokój i część  rzeczy. Nieco z trudem, ale udało  mi się  go nauczyć, że ma  mi zawsze donosić każdą zmianę  samopoczucia,  bo wtedy można  szybko zapobiec  większym  problemom  zdrowotnym. I gdy przyjedziecie do nas to wtedy będziecie mieszkać w jego mieszkaniu, które jest  "aż"  kilometr od naszego, a tata będzie  wtedy u nas. A ten jego pokój u nas to rzeczywiście  jak kajuta- duże łóżko, szafa , mały stolik, nieduży fotel. Chcieliśmy by spał w  większym pokoju, ale on woli w tym.  Śmiejemy się z Wojtkiem, że ojcowie  to się nam trafili fajni - w przeciwieństwie  do matek, które nie sprawdziły  się w  swoich  rolach- zwłaszcza  moja bo nie była ani dobrą matką  ani żoną.  Rozmawiałam z kardiologiem u którego ojciec Wojtka jest pacjentem, a on mi powiedział, że bardzo ważne dla ludzi w wieku 60+ by  się nadal czuli potrzebni a  nie odrzuceni i że ojciec nie potrzebuje  nadmiernego odciążania go od obowiązków i taki tryb życia jaki prowadzi jest  dla niego w  sam raz. Kombinowaliśmy nad wakacjami, żeby nadal był "pod nadzorem"- pobyt tu byłby raczej nonsensem, bo siedziałby sam na kwaterze, był pomysł by pojechał z resztą naszej "paczki" nad  morze, ale w  wersji końcowej tata Wojtka jest z moimi  rodzicami nad rzeką, stosunkowo blisko Warszawy, bo poniżej 100km. Blisko do rzeki, blisko do lasu no i jest  wśród przyjaciół, bo nasi ojcowie  się znają od wielu lat i poza tym  się przyjaźnią. A żeby  było zabawniej to Marta opowiedziała, że gdy pracowali w tej samej instytucji to się osobiście  nie  znali- poznali się bliżej i zaprzyjaźnili dopiero gdy Wojtek trafił do tej samej szkoły i klasy co Marta.

Ostatni wieczór na Słowacji spędzili wszyscy u Milosza. Luna została "wymiziana", wyściskana w 200% i aż  dziwne, że jej od tego głaskania i podrapywania nie  wypadła sierść a nosek od  całowania nie  zmienił kształtu  ani nie spuchł. Hania miała oczy w  mokrym miejscu podobnie jak jej mama i zapadła decyzja, że w następnym  roku przywiozą  ze  sobą Wojtkowego tatę, który będzie miał lokum w  domu rodziców Hani. A co do Milosza - uznano wszystkie jego dokumenty a w jednym  ze  sanatoriów regularnie  szkolą  się fizjoterapeuci i Milosz już jest na liście kursantów,  szkolenie  zacznie  się 1 września.  Oczywiście wszyscy nowi  znajomi zostali zaproszeni do Warszawy. Oprócz listy nowych przyjaciół warszawiacy wieźli do Warszawy kilkanaście oscypków, 3 woreczki suszonych prawdziwków zbieranych przez  mamę Milosza. Poza tym Marta dostała kilka przepisów na te potrawy, które  tu jej bardzo smakowały i serdak z jagnięcego futerka oraz 2 dywaniki pod łóżko z koziej skóry - to był prezent dla jej rodziców. Do tego  wszystkiego zapewnienie, że każdy z nich zawsze będzie  bardzo pożądanym gościem.

Następnego dnia do Zakopanego ruszyła kawalkada czterech  samochodów, bo w ostatniej chwili Ondrej postanowił jednak jechać  swoim samochodem. Pożegnanie  z Ondrejem w Zakopanem  też było rzewne. On oczywiście  również został  zaproszony do Warszawy. On z kolei zapewniał, że zawsze dla nich będzie miejsce w jego domu. A ponieważ, jak się zorientował to oni  wszyscy należą do tych, którzy planują dokładnie to co zamierzają, to na pewno  zawsze uda im  się "dogadać".  I bardzo  się ucieszył, że będzie  mógł przyjechać do Warszawy.

Za Krakowem "wycieczka" zatrzymała  się by zjeść lunch. Pogoda  była  dobra, ruch na  drodze był umiarkowany- nie był to po prostu jeszcze czas  wakacji szkolnych, które już wkrótce miały  się zacząć.

Mógłbym  się przenieść na Słowację - stwierdził  Andrzej sącząc poobiednią kawę. Podobał mi  się Smokowiec. Takie uzdrowiskowe  miejscowości żyją innym rytmem i znacznie  bliżej natury. A ta "zwykła  chałupa" jak Milosz nazywa dom swoich rodziców to fajne miejsce. Milosz  chce tam jeszcze urządzić suchą łaźnię. Co prawda  jeszcze  nie  wie w którym miejscu- czy w którymś z pomieszczeń piwnicznych czy rozbudować w tym celu garaż. Ja  co prawda nie wiem na co mu sucha łaźnia, ale  nie wykluczam, że gdy się cały  dzień nadrepcze w górach to taka sucha łaźnia może dobrze  działa na  cały organizm.  Jestem ogromnie  ciekawy jak to będzie z tym jego wyszkoleniem  się na  fizjoterapeutę. A czy ktoś z was  wie, czym na  co dzień  zajmuje się Hanka? 

Hanka jest tak zwaną  "pomocą  dentystyczną" w gabinecie swego własnego ojca - powiedziała  Marta. Jest normalnie  zatrudniona na etacie, ale jak  stwierdziła to ma już tego dość i zastanawia się nad zajściem w  ciążę, z tym, że jak twierdzi to do dzieci też jej nie spieszno. Po prostu nie  da  się ukryć, że u tatusia robi  nie  tylko za pomoc dentystyczną  ale i  za  sprzątaczkę i  za zaopatrzeniowca, za księgową, czyli jest na  etacie "przynieś, podaj, pozamiataj." Ale jak mi powiedziała,  to jeszcze  wytrzyma dopóki Milosz  nie zostanie fizjoterapeutą. Ale ma  żal do ojca, że ani jej,  ani jemu nie powiedział o tym, że te trzy i pół roku studiów medycznych  mogą mieć  znaczenie dla Milosza i że można  to wykorzystać. 

A ja mam wrażenie, że skoro on w połowie czwartego roku rzucił te  studia, to tak naprawdę nie był wcale zainteresowany medycyną. Oczywiście dobry fizjoterapeuta musi dobrze być obeznany z medycyną a ci fizjoterapeuci po Krakowskiej AWF są dobrymi  w swoim fachu. Ciekawy jestem  jak to  wszystko  się  rozwinie - powiedział Andrzej. Ja  w każdym razie  będę go dopingował, bo jako fizjoterapeuta  wcale nie  musi pracować na etacie, może być po prostu "wolnym  strzelcem" i  brać  zlecenia  prywatne- np. rehabilitację w domu pacjenta- a to często jest bardziej opłacalne niż etat. Z tym, że nie wiem jak to wygląda na prowincji, słowackiej  zwłaszcza. W Warszawie to miałby prywatnych pacjentów na pęczki bo każdy woli zapłacić by do połamanego  dziadka  czy babci przychodził rehabilitant  do  domu niż żeby pacjenta  wozić na  zabiegi gdzieś  do  przychodni, bo to już jest bardziej kłopotliwe. Poza tym państwowo to dostanie z 10 do 20 zabiegów na  rok,  a to jest  zdecydowanie  za mało w starszym wieku. Bo to, że  się kość zrośnie to dopiero początek, zwłaszcza  w  starszym wieku potrzebny jest stały, kontrolowany  ruch. Będę się do niego  dość  często  się odzywać  i może naślę mu  zimą kolegę który jest fizjoterapeutą. Facet nie jest tak  napalonym narciarzem żeby jechać na Chopok i szlifować  śnieg od  świtu do nocy.  Jemu wystarczą okoliczne wyciągi, zwłaszcza, że  będzie pewnie  z  dzieciakami.

Od tego "przystanku" za  Krakowem jechali do Warszawy już bez żadnej przerwy.

                                                                         c.d.n.


niedziela, 1 września 2024

Córeczka tatusia -156

 Jak  było do przewidzenia Luna  była  bohaterką popołudnia i  wieczoru. Milosz  oświadczył, że Luna  nie  będzie  absolutnie psem podwórzowym, nie  będzie  sypiała w budzie. A gdzie? - spytał ojciec  Hanki-   no w moim pokoju biurowym- zaraz pójdę na strych i przyniosę  stamtąd jeden materace i koc, a  raczej dwa materace i koce. Są co prawda nie  najnowsze,  ale chyba się Luna  nie obrazi z tego powodu. Dobrze  się  jednak  złożyło, że nie wyrzuciłem tych materacy. Chciałem zrobić w ogrodzie   coś na kształt altany z miejscem  do leżenia no i dzięki temu będzie miała Luna  eleganckie posłanie. Jutro muszę  zbić dla niej równię pochyłą  z poprzeczkami, żeby  nie latała po schodach.  Jeden materac będzie  miała do spania  w nocy, a drugi będzie leżał na  ganku obok balustrady.  

Wojtek i Michał zaoferowali swą pomoc przy tworzeniu równi pochyłej i na strychu wybierali z Miloszem odpowiednie deski,  a Andrzej zagadnął teścia Milosza jak wygląda  tu lub w okolicy kwestia fizjoterapii. Andrzej oczywiście powiedział kim jest z  zawodu i że namawia Milosza by zrobił jakiś  kurs  zawodowy w kierunku fizjoterapii. Panowie przeprosili towarzystwo i poszli spacerować po ogrodzie. 

Dziewczyny  we trzy wzięły się  za uszycie z koców pokrowców na materace. Mama Hanki przytomnie  zauważyła, że materac, który  będzie  leżał na ganku powinien koniecznie mieć  zdejmowany  i łatwy do prania pokrowiec, bo cały  brud  z ogrodu będzie  w pierwszej kolejności  "lądował" na tym właśnie materacu, a Marta stwierdziła, że byłoby dobrze,  gdyby ten materac leżał nie  bezpośrednio na kamiennych płytkach  ale był od  nich odizolowany. Nowy członek rodziny Milosza chodził po ogrodzie niemal krok w krok za  jego teściem i Andrzejem. Marta  się śmiała, że  Luna na pewno podsłuchuje.

Teściowa Milosza  nie  mogła  się nadziwić, że Milosz otrzymał taki prezent tylko za to, że zaprowadził ich na Rysy, więc Marta wychwalała  Milosza i tłumaczyła, że na sześć osób pięć tak naprawdę po raz  pierwszy zdobyło  szczyt Tatrzański i to od razu najwyższy w Tatrach. Gdzie tam najwyższy- oburzyła  się mama Hanki. Marta tylko uśmiechnęła  się -  jednak jest najwyższy- wasza święta góra, Krywań,  jest o 9 metrów  niższa od najwyższego wierzchołka  Rysów.  No ale fakt faktem, że ten najwyższy wierzchołek jest po słowackiej stronie Tatr.

Mama Hanki wypytywała gdzie pracują mężowie dziewczyn  i powiedziała - muszę szczerze  powiedzieć, że  dobry zięć nam się trafił - co prawda  szkoda, że nie skończył studiów, ale jest kulturalny, mądry, nie pali, nie pije i naprawdę  dba o Hanię i dom. Marta skrótowo "puściła  farbę", że Andrzej namawia Milosza by koniecznie zrobił uprawnienia fizjoterapeuty, skoro ma za sobą ukończone trzy i pół roku medycyny i jest ratownikiem  medycznym. To byłoby świetne  rozwiązanie stwierdziła mama  Hanki - gdy  się będzie  szkolił to ja  wtedy wezmę Lunę pod opiekę, żeby psina nie  siedziała długo sama w domu. Tak naprawdę zrobiliście   kochani frajdę  tym psem nie  tylko Miloszowi, ale i mnie, bo ja ogromnie lubię psy. I dobrze, że to suka  a nie pies,  bo sunie bardziej  się domu trzymają. Dobrze, że panie  powiedziały mi  o tym, że tak mu ten wasz przyjaciel doradził - mąż się rozejrzy wśród lekarzy uzdrowiskowych, oni na pewno coś na ten temat wiedzą i coś wymyślą. Będę pilnowała  żeby się koło tego pokręcił. 

A ja mam małą  domieszkę krwi polskiej w sobie - jedna z bliskich  kuzynek  mojej mamy była Polką i mieszkała w Nowym Targu- mówię była, bo już  siedzi u pana Boga za piecem. A rodzice Milosza to rzadko tu zjeżdżają - jego mama to mówi, że mieszkamy w  strasznej dziurze i ona to może tu być tylko latem, ale jakimś  cudem to i latem bywa tu raz na kilka lat. Chyba się  biedaczce wydaje,  że Bratysława dorównuje największym światowym stolicom. No fakt, że ona nie jest stąd, urodziła i wychowała  się w Bratysławie.  Tu  przyjeżdżali tylko na wakacje. Żeby zbyt nie rozwijać tego tematu Marta czym prędzej wyskoczyła  z tekstem, że bardzo się w Tatrach  zmieniło od jej ostatniego tu pobytu i teraz Słowacja  stoi frontem  do turystów. 

Nooo fakt, nie da  się ukryć, że wstąpienie do UE dobrze krajowi  zrobiło.  Chociaż  miejscami nieco przesadzono z inwestycjami  w Tatrach, co nie  zawsze  wychodzi naturze na  zdrowie bo za ostro się zabrano za "ucywilizowanie"  środowiska  naturalnego. Bo wydaje mi się, że nie  wszystko da się dobrze przebadać  wstępnie - bo gdy coś badasz przy obciążeniu  100 kg to wcale  nie  znaczy, że tak  samo dobrze  będzie  gdy to obciążenie będzie wynosiło tonę. Już jeden ze stawów zaczyna  okresowo zanikać, czego nigdy dotąd  nie było. I już przeżyliśmy jedną katastrofę bo urwał się i spadł jeden wagonik kolejki linowej z gondolami. No ale to przecież może się wydarzyć wszędzie - chyba nie bardzo można  wszystko na 100% sprawdzić. Chyba nie ma na świecie takiej kolejki z gondolami, która  nie  miałaby  nigdy awarii i nie  tylko u nas był taki wypadek. 

Miloszowa  mama była  ciekawa co która z dziewczyn  robi i gdy Ala powiedziała, że ona to właściwie nic  nie robi, bo mają troje  dzieci to dowiedziała  się, że prowadzenie domu i opieka nad  trójką  dzieci to jest szalenie  ciężka praca, bo to praca  w której nie ma ani chwili odpoczynku. Gdy Ala w skrócie opowiedziała o swoim pierwszym i drugim małżeństwie Miloszowa  mama przytuliła ją do siebie i cichym głosem powiedziała - ty przyjedź tu latem z dziećmi - nie tylko psy lubię - dzieci także. Pomogę ci, będę dla nich nową ciocią a ty trochę odpoczniesz. 

W czasie gdy panie  rozmawiały o domowych sprawach, na "ganko-tarasie" jak owe miejsce nazwali Wojtek i Michał, w narożniku utworzonym przez ścianę budynku i balustradę powstawała  zaciszna  "miejscówka" dla Luny. Aktualnie panowie konstruowali nad tym miejscem daszek, który miał być pokryty płytami z folią  aluminiową.Tak naprawdę to powstała w ten sposób bardzo elegancka i  duża psia buda. Ściany jej i dach były pokryte płytami z folią aluminiową. Co prawda Wojtek stwierdził, że po bardzo intensywnym, ostrym deszczu ta  folia prawdopodobnie ulegnie awarii, ale Milosz zapewnił, że szybko zakupi bardzo cienką blachę i nią całą konstrukcję pokryje. Ale na najbliższe  dni to takie  rozwiązanie raczej  się sprawdzi, bo nie  są przewidywane deszcze, a że te płyty zostaną pod  spodem to będzie świetna izolacja termiczna. Poza tym Luna będzie tu "urzędować" tylko w  dzień, bo noce to zdaniem Milosza miała spędzać w mieszkaniu.

Wizyta przeciągnęła  się do.......północy, a rodzice Hanki właściwie niemal adoptowali całą szóstkę. Wymienili  się numerami telefonów i adresami, a Milosz  zapewnił, że na pewno przyjedzie w październiku  razem z Hanką do Warszawy. I już  było wiadomo, że w następne  wakacje cała szóstka ma święty obowiązek  zameldowania się w Tatrzańskiej Łomnicy, ale  tym razem wraz  z dziećmi . Ale to  będzie aż piątka dzieci - zauważyła Maryla. 

No to co? - przecież tu jest naprawdę dużo miejsca. Poza tym część towarzystwa może przecież mieszkać u nas, nie mieszkamy w innej miejscowości ale ze sześć domów dalej. No w razie czego to przecież część może mieszkać u nas. Osobiście nie widzę żadnego problemu. No może tylko taki, że musimy to wszystko ustalić najpóźniej na początku maja.

Gdy "szóstka" wyjeżdżała z powrotem na  swoją kwaterę  to musieli obiecać, że gdy dojadą na  miejsce to  zaraz dadzą  znać, że dojechali bez problemów na  miejsce. No i mają jechać wolno, bo tą drogą to często wracają  "osobnicy pod  wpływem".  Pod czyim wpływem? Są tu jakieś zebrania agitacyjne?- nieco głupawo spytał Wojtek.  No nie, ale tu sporo jeździ przypitych. Część na rowerach, część piechotką tylko trzymając  się roweru, a  ci bardziej w swym mniemaniu  trzeźwi to na motocyklach. Najgorzej to jest w weekendy. My to mówimy, że szosą nocami chodzą tu pijane niedźwiedzie. Co ciekawe to oni się tak zalewają piwem. Wódka droga to żłopią straszne ilości piwa. Setka  wódki to taka ozdoba wieczoru niczym wisienka na torcie. A oni tego piwa to wypijają straszne ilości, bo ich  zdaniem piwo to nie  alkohol, to tylko napój witaminowo - drożdżowy. No i to przecież  samo zdrowie bo drożdże piwne to wszak witamina B. Poza tym są pewni, że ponieważ to napój moczopędny to niewiele alkoholu zostaje w ich organizmach, wszak go wysikują.

No fakt - drożdże piwne jako takie można podawać właśnie jako witaminę B chyba przy zapaleniu korzonków  nerwowych, przypomniała  sobie Ala. A tak naprawdę różnica pomiędzy drożdżami piwnymi a tymi do pieczenia polega głównie na  tym, że te spożywcze kupujesz w sklepie spożywczym a te piwne ....w aptece. Bo skład podstawowy jest ten  sam. Ja po pierwszej ciąży to włosy ratowałam drożdżami. Bo w czasie ciąży to były  super, a potem niestety wypadały mi  garściami- myślałam, że  zostanę łysa. A zostałam nie łysą ale  wdową. Michał objął ją  czule i powiedział - nawet gdybyś  była łysa to i tak bym cię pokochał- osobiście wierzę w przeznaczenie. Ale przy naszej pareczce nie  miałaś problemów z włosami- stwierdził. No bo przy naszej pareczce byłam cały czas spokojna i niczego się nie bałam bo ty nie   miałeś wariackich pomysłów, nie szalałeś za kierownicą ani na torze  ani na  szosie i cały czas byłeś przy mnie.  W kilka miesięcy po tym jego wypadku wpadła mi do głowy  myśl, że ojciec Mirka cały  czas uciekał sam przed  sobą, że coś go "gryzło" o czym nikomu nie powiedział.  Miałam wrażenie, że  w pewnej chwili  wparuje  do mnie milicja i mi powiedzą co on  zrobił i może ja  wiem dlaczego. Na całe szczęście  wspierali  mnie teściowie, którzy cię  potem szybko pokochali i docenili gdy cię poznali.To kolosalna różnica. Przy Mirku to jeszcze  byłam na etapie utrzymywania  kontaktów z moją matką, której się mój pierwszy mąż nie podobał, bo nie znając wcale  jego rodziców uważała ich za godnych jedynie pogardy badylarzy, którymi przecież nie byli. Ona zapewne do dziś nie  wie, że mój teść  jest naukowcem. A ja, tak prawdę mówiąc to nawet nie wiem  czy moi rodzice przeświadczeni o swej nadzwyczajności nadal  jeszcze  żyją i wcale mnie to nie obchodzi. Ktoś, kto nie ma  nawet bladego pojęcia  jak oni mnie potraktowali  gdy wyszłam za mąż wbrew ich opinii to może być  zgorszony, ale to nie moje zmartwienie. I czasem myślę,  że spotkanie moje z Michałem  było jakąś interwencją zza światów, z innego wymiaru, że to ojciec  Mirka zadbał o swe  dziecko a mnie przeprosił za swój trudny charakter.

To szalenie naukowy pogląd, jeśli idzie o kwestię przeznaczenia - zaśmiał się Wojtek - taki w  sam raz dla informatyka. I ty i ja wierzymy w przeznaczenie a jesteśmy informatykami. Tylko jakoś nikt  nie  wie skąd się owo przeznaczenie  bierze. Co do tego co Ala przed  chwilą powiedziała - nie mamy wcale  a  wcale pojęcia co się  dzieje w chwili gdy serce przestaje bić, krew krążyć a mózg funkcjonować. Mówiąc "my" mam na myśli  lekarzy, którzy z racji wykonywanego zawodu mają znacznie częściej do czynienia ze śmiercią.

Marta, gdy tylko trafiłem do jej klasy to zaraz mnie poinformowała, że będziemy parą. Bo ja  się trochę  wtedy przez  rodziców  spóźniłem do szkoły co najmniej  miesiąc. A ja  się nawet nie zapytałem skąd ona to wie i już tego dnia odprowadziłem ją do domu i tak zostało do końca podstawówki. Nawet mi nie  zaświtało w głowie, że mógłbym iść do  swego domu inną trasą niż koło jej domu.I chyba to naprawdę  było przeznaczenie, bo potem przez  całe liceum  byliśmy bardzo daleko od siebie, a jednak jesteśmy razem. A zawsze  wszyscy uważają, że co znika  z oczu to i z serca zniknie. A nam nie  zniknęło. I nie  wiem zupełnie czy Marta  miała wtedy jakiś przebłysk "nadświadomości", ale fakt faktem, że od  tamtego czasu byliśmy i jesteśmy parą. 

A co do drogi powrotnej - chyba  będzie lepiej gdy w każdym z samochodów będzie  w nocy na tych zapijaczonych trasach któryś z nas za kółkiem. Czyli ja  zajmę miejsce Martuni, zresztą ona  nie przepada za prowadzeniem nocą. To ja w takim razie poprowadzę  drugi wóz- nocne powroty to  moja  specjalność- powiedział Andrzej. No i jadąc przez  wiochy będziemy zwalniać do czterdziestki. Bo jak ludzie mówią  "strzeżonego Bóg  strzeże."

Wbrew ponurym przewidywaniom nie natknęli  się rowerzystów, za to minęli kilku nieco zataczających się dość mocno pieszych i jednego wyraźnie przemawiającego do drzewa. Gdy tylko dojechali pod swą kwaterę Marta  zaraz  wysłała do Milosza  wiadomość, że są na miejscu  a po drodze nic  się nie  działo. A Milosz podziękował i napisał - Luna nam "oświadczyła", że noce  to będzie  spędzać......w naszej sypialni. Na  szczęście na podłodze a nie  z nami w jednym  łóżku. A Marta odpisała - kup jej dużą kudłatą zabawkę, dużego  misia lub  pieska - ona dotąd  sypiała przecież z rodzeństwem i matką. To wciąż jeszcze  dziecko. Przecież ona dopiero co jest "wydana" z domu! W najgorszym układzie  spędzisz  dzisiejszą noc śpiąc z Luną na jej materacu, ale nie  wpuść jej do łóżka. Następnego  dnia rano nadeszła wiadomość - grzeczna, porządna sunia - poprosiła rano o wyjście  z domu lekko podgryzając  mi rękę, załatwiła co należy i teraz  śpi w budzie na ganku. Chyba jej tę budę odpowiednio na  zimę ocieplę i tam będzie sypiać. Jest jednak nieco większa od waszej ulubienicy. No większa - zgodził  się Wojtek- tak ze  100 razy  większa. A może nawet i więcej razy? nie mam pojęcia.

Dziś zadzwonię  do weterynarza  z  zapytaniem  czy on obsługuje  ten model psów, bo jak na  razie to Luna jest jedynym, a do tego rasowym podhalanem  w okolicy. Muszę kupić w zoo-sklepie coś przeciw kleszczom, ale to po naradzie z weterynarzem. Ojciec  zna jednego,  w Smokowcu, ale ja  chyba pojadę do Kieżmarku, bo ten facet to się  chyba tylko na krowach zna i na kundlach o które nikt nie dba. Oboje  z Hanią tak jesteśmy przejęci tą Luną jakby była naszym  dzieckiem.

Nic  dziwnego, my z Martą też tak mieliśmy gdy się do Marty przyplątała  Misia. Marty Rodzice i mój ojciec  też tak  samo jak my zgłupieli na punkcie  tej psiuni. Na początku to się śmieliśmy, że  Misia przestanie  wkrótce  chodzić, bo przez  to noszenie  zapomni do czego  łapki służą. Pisałem magisterkę z psem pod  swetrem. Ona do dziś lubi siedzieć w kieszeni bluzy mojego ojca albo u mnie pod  swetrem. No bo to maleństwo a poza tym króciutkie ma  kudełki bo musi być trymowana- ale trymowaniem  to się zajmuje Marta. A co to jest to trymowanie- spytał Milosz.  To jest usuwanie   martwych włosów - tylko niektóre  rasy tego wymagają, chyba  wszystkie krótko i szorstkowłose. U nas to istne  wariactwo z psem- jeden malutki piesek a ma trzy domy, w każdym  swoje posłanko i ręce do głaskania, noszenia i przytulania. Nigdy nie  zostaje sama w domu. Gdy my w pracy to ona  siedzi z mamą Marty w kwiaciarni, albo z moim ojcem u nas  w domu.

                                                                      c.d.n.




środa, 28 sierpnia 2024

Córeczka tatusia- 155

 W końcu Milosz został wyekspediowany, ale bez  Luny, bo jak powiedział, to Hanka nie  uwierzy, że on dostał Lunę w prezencie, bo nikt o  zdrowych  zmysłach  nie robi takich  drogich prezentów komuś  kto się włóczy po górach. No dobrze - zgodziła  się Marta. To nawet będzie fajnie, bo Luna  wygląda mi na rozgarnięte  dziecko i ona ciebie pozna bez problemu od  razu gdy wyjdziesz nam otwierać bramę. I wierz mi - cena nie była  wysoka a poza tym "Luna jest  składkowa", jej cena  została  rozłożona na trzy rodziny, więc nikt  z nas  nie  zrujnował  się i jest  kupiona za złotówki a nie za  euro. Ty i tak będziesz  musiał jeszcze  w nią nieco zainwestować - już niedługo musi mieć  miski z wodą i jedzeniem na podwyższeniu a nie na  podłodze. Nie wiem  tylko czy takie stabilne  uchwyty można kupić w sklepie z akcesoriami dla zwierząt  czy trzeba samemu coś wymodzić z metalowych prętów. Wiem tylko, że muszą być stabilne i dobrze obejmować miskę bo  podwyższenie typu podeścik płaski, drewniany - nie sprawdza się i miski spadają w trakcie picia i  jedzenia.  To wiem od koleżanki, której rodzice mieli dużego setera. Będziesz też musiał kupić  dla  niej  szczotkę i grzebień bo pies  musi  być szczotkowany najlepiej dzień w  dzień,  potrzebne też będą specjalne obcinaki do psich pazurów. I byłoby dobrze, gdybyś dość  wcześnie wpadł z nią do weterynarza, niech  ci pokaże jak pielęgnować jej uszy i pazurki. I nie dawaj jej nigdy surowego mięsa - wpierw je trzeba sparzyć wrzątkiem - wtedy pies nie będzie chorować. Babka mówiła, że Luna bez problemu je gotowaną razem z mięsem i kaszą marchewkę. I jeszcze powiedziała, żeby nie dawać  jej żadnych wędlin, bo są dla psów trucizną. W charakterze  nagrody za dobrze  wykonane polecenie można  dać kawalątek gotowanego mięsa.  Jak sami sprawdziliśmy psica dobrze  toleruje podróż samochodem, co też jest istotne, bo ponoć niektóre psy wymiotują w czasie  jazdy. A to była jej pierwsza podróż samochodem. Bo jak na razie nigdzie nie była wożona, weterynarz  przyjeżdżał  do psów  a nie psy do niego. No to jedź do domu, my przyjedziemy tak jak mówiłeś o 18,00.  Milosz na pożegnanie pomerdał Lunę za uszkami, cmoknął w wilgotny nosek i powiedział - będę cierpiał czekając na  was. No to jeszcze pomyśl, ile potem będziesz miał radości -śmiała  się Marta.  Pies i my- to może  być aż nadmiar szczęścia  i atrakcji.  

W niecałą godzinę później przyszedł mail od Milosza - a może byście  przyjechali wcześniej, bo mi brak Luny?  Dobrze, nie ma sprawy, do której wytrzymasz bez  Luny? No najwyżej do 17,00 - stwierdził. No   to może uda nam się do tego czasu podciągnąć swą urodę, żebyśmy mogły dorównać Lunie w urodzie- odpisała Marta. Na razie ćwiczymy Lunę by nie  ciągnęła  na smyczy - na razie zero efektu. Ale już bez problemu można jej  założyć obrożę. Mądra z niej psina. I grzeczna, wysikała  się za bramą a nie w ogrodzie.   Ja to jej wydzielę część ogrodu na te sprawy - powiedział niemal szeptem Milosz. Kończę i czekamy na  was.

O godzinie 17,00 przyjechali w  dwa samochody - Marta prowadziła "damski" samochód a Michał- "męski". Luna jechała z chłopakami. Milosz czekał na  nich przed posesją, za nim otworem stała  brama wjazdowa. Pokazał gdzie mają  zaparkować i zamknął bramę gdy  zaparkowali. Z "męskiego  samochodu" wpierw wysiadł Wojtek, który  siedział obok  kierowcy  i wyjął z  samochodu Lunę mówiąc do niej - "idź teraz do swojego domu" i postawił ją na ziemi a smycz oddał Miloszowi. Milosz przykucnął a Luna w dwóch małych  kroczkach, merdając ogonem podeszła do niego usiłując  się na niego wspiąć. Milosz objął jej głowę i delikatnie dmuchnął w jej nozdrza a wtedy Luna omal go nie przewróciła usiłując wcisnąć mu się na ręce. Całą scenę obserwowała bardzo ładna blondynka - Hanka. Milosz  zawołał ją, Hanka zeszła po pięciu schodkach, a Milosz jedną ręką objął Hankę, drugą merdał Lunę i mówił: to jest twoja  pani, teraz  tu będzie  twój dom. I dopiero wtedy reszta gości wysiadła z  samochodów, co wywołało u Luny kolejny przypływ entuzjazmu. Milosz poprowadził wszystkich na  tył domu, gdzie  był całkiem spory ogród, który można  było odgrodzić od części prowadzącej do bramy  wjazdowej. Było tu również  drugie  wejście do willi i tę  część ogrodu Milan przeznaczył dla Luny. Milosz  zerknął na  zegarek - rodzice Hanki będą tu za jakieś 10 minut - powiedział. Oni latem, jeśli wynajmą swój dom letnikom to mieszkają u nas na piętrze, a my na parterze. A ten dom jest moich rodziców, jest zapisany na mnie gdy odejdą z tego świata. Oni w dalszym  ciągu  mieszkają w Bratysławie. Bo tu, zdaniem mojej mamy, to jest straszna wiocha, no a moja mama to miastowa baba a nie  wiejska. Dopóki  się nie ożeniłem to oni wynajmowali cały  dom, bo ponoć po to  go kupili, my czasami wynajmujemy piętro zimą dobrym znajomym gdy  wpadną na pomysł przyjazdu na narty. 

Hanka przeprosiła  gości, mówiąc, że musi zajrzeć  do kuchni i Marta poszła  za nią mówiąc - proszę mi wyznaczyć  jakąś pracę w kuchni bo gdy wrócę do domu to będę miała za duży  szok.  W kuchni Hanka zatrzymała  się i powiedziała : Milosz mi powiedział, że ta psica jest prezentem od  was - proszę mi powiedzieć ile ona kosztowała. Marta uśmiechnęła  się i powiedziała- zaraz  wszystko pani opowiem.

Po pierwsze- pani mąż umożliwił nam, a głównie  mnie  zrealizowanie  dotarcia  na  szczyt Rysów. Jest naprawdę świetnym przewodnikiem a z naszej szóstki to tylko ja chodziłam w Polsce po Tatrach. Gdy byliśmy wszyscy na Łomnicy był tam również  pani mąż i ja z nim rozmawiałam i zapytałam  się, czy mógłby nas zaprowadzić na Rysy, bo wiem, że od  słowackiej  strony jest  mniej miejsc z ekspozycją. Ja nie mam lęku wysokości, ale bałam się iść na Rysy z pięcioma osobami, które albo wcale nie były w górach, albo jak mój mąż -był w Alpach, ale nie  zdobywał żadnych  szczytów. I Milosz się  zgodził i nas naprawdę  szalenie miło poprowadził- czuliśmy  się bezpiecznie i nie  było żadnych problemów. Mieszkamy u Ondreja Janeczka i zapytałam  się go, czy może wie czym moglibyśmy Miloszowi sprawić frajdę, bo chcemy mu podziękować jakimś prezentem który sprawiłby mu dużą radość. I Ondrej powiedział, że Milosz marzy o psie, ale Polacy nie  chcą  Słowakom sprzedawać psów. No to myśmy  pojechali do tej hodowli w Kościelisku i kupiliśmy Lunę. To jest prezent od trzech rodzin a do tego płaciliśmy w złotówkach i cena była sporo niższa niż  ceny w Warszawie, w której  mieszkamy. A Milosz jest świetnym przewodnikiem i nasi mężowie "wpisali" go do grona naszych przyjaciół. I zaprosiliśmy go byście razem przyjechali do Warszawy - gwarantujemy mieszkanie na wasz pobyt. A Andrzej, który jest chirurgiem, namawia Milosza by zamiast studiów   zrobił uprawnienia fizjoterapeuty, bo jego zdaniem to skoro Milosz przerwał studia na IV roku to po rocznym kursie może być fizjoterapeutą, zwłaszcza, że ma też  tytuł ratownika medycznego. Andrzej ma doktorat, wie  co mówi. A Luna jest mądrutką sunią  i jest w świetnym wieku do adopcji, ma 3,5  miesiąca.  A pies w domu to sama radość, wiem, bo gdy byliśmy  nad Bałtykiem to przygarnęliśmy porzuconą przez kogoś podłego psinkę.Wyglądała rozpaczliwie, szkielecik pokryty brudem.  Jest malutka, bo to miniaturka ale  radości daje  tyle co pełnowymiarowy pies. I my i nasi rodzice są nią  zachwyceni. A tak poza  kwestią Luny - mam na imię Marta a z pani mężem wszyscy jesteśmy na "ty" - jak to w górach.

Hanka zagryzła na sekundę  wargę  - ja przepraszam- źle to wszystko oceniłam. Jestem zazdrosna, bo się Milosz dziewuchom podoba, a do tego to mi nie powiedział dokładnie  wszystkiego. No to teraz już chyba wszystko jest jasne- stwierdziła  Marta- ty też jesteś naszą przyjaciółką, bo żony naszych przyjaciół są i naszymi przyjaciółkami. Jesteś piękną kobietą  i ręczę  ci, że Milosz nie ogląda  się za dziewczynami, to nie  ten typ faceta. A zazdrość nikomu nie  wyszła na  zdrowie. No a teraz to będzie miał anioła  stróża w postaci Luny  - bo na pewno na łatwiejsze trasy będzie z nim  chodziła.  Dziś zrób to, co zrobił Milosz - gdy będziesz ją głaskać i przytulać wydmuchnij powietrze z płuc  dość  szeroko otwartymi ustami w jej nozdrza.  Zapamięta to na  zawsze.

Powiedz mi jak mam pokroić te ogórki - prosto czy  skośnie? Bo wiesz, każda  z nas ma inną  wizję jak co ma wyglądać na  stole. Uświadomiłam to sobie  dopiero niedawno, gdy z żoną mego  taty szykowałam coś na  któreś  święta. Bo mam od kilku lat tak zwaną macochę, ale jest dla mnie  mamą - tak o niej myślę i tak do niej mówię.  Ojej, to mama ci umarła?- zmartwiła  się Hanka. 

Nie, oni się  rozeszli gdy miałam 12 lat i wybrałam na  sprawie tatę, mnie  wychował sam tata. A ożenił  się dopiero wtedy gdy ja  wyszłam za Wojtka. I wiesz, dzięki temu, że wychowywał mnie tata, dość  dobrze poznałam psychikę  facetów. Twój Milosz to porządny facet i nie  szuka wrażeń. Oooo, a propos Milosz- niech nakarmi  swoje dziecko, czyli Lunę. Jej suchy pokarm jest w  naszym bagażniku, niech go łaskawie  do nas przyniesie.  Ta  hodowczyni mówiła, żeby  Luna jeszcze przez  jakiś czas jadła ten suchy pokarm, więc  musi  mieć  dostęp  stale  do wody.  Każ Miloszowi iść z moim do samochodu, tam jest ten pokarm. I trzeba  wygospodarować dla Luny jakąś miskę na wodę i w domu i w ogrodzie. Ale nim  Luna  będzie latać po ogrodzie  to musi Milosz  sprawdzić, czy  nie ma  w trawie  czegoś co mogłaby psia  durnota  zeżreć lub pogryźć. Niech  wszyscy idą do ogrodu i przejrzą dokładnie  cały ogród tak krok po kroku, a Luna niech na razie   posiedzi z nami  w  domu. Pokarmisz ją  trochę  z ręki w  domu, niech wie kto tu rządzi. Hanka szybko wybiegła z kuchni a  wróciła z Luną i zamknęła za sobą  starannie  drzwi. Zaraz przyniosą ten pokarm- powiedziała.

I wiesz -kontynuowała  Marta- na początku to można jej dawać do jedzenia ten pokarm  namoczony i  zmiksowany albo z gotowaną marchewką albo z burakami. Wiesz- zalejesz te kuleczki wodą, dodasz ugotowany burak lub marchewkę i zmiksujesz i gdyby było za gęste i za  suche  trochę rozlejesz wodą przegotowaną. Z mięsa to na początku dawaj jej drób drobno pokrojony z warzywami  i gotowaną kaszą jęczmienną lub nie paloną  gryczaną. Nie  dawaj jej mleka, krowie mleko jest dobre  tylko dla  cieląt. Dla ludzi też nie jest dobre. Dla  ludzi to dobry jest jogurt, kefir,  zsiadłe mleko -  a mleko krowie w swej naturalnej postaci to  trucizna.

W pewnej chwili ktoś  zapukał do zamkniętych drzwi kuchni i Luna szczeknęła, a zza drzwi odezwał  się Milosz pytając,  czy może  wejść. Muszę wziąć coś na śmiecie, jakiś  worek plastikowy. Marta- jesteś genialna - jest mnóstwo śmieci, i jakieś kawałki drutu, papy, pełno petów. Skarbie- czy mamy jakieś rękawiczki ochronne?- zwrócił  się  do Hanki.  Mamy, są w tym zielonym pojemniku koło szafy, worki też tam  są.  

Najwięcej rzeczy dziwnych jest bliżej muru, czyli od  strony drogi- po prostu ludzie  nam śmiecie wrzucają. Chyba jakieś tablice obstaluję z napisem żeby nie wrzucali. A mówiłem, że ten murek jest za niski 150 cm to zerowa  wysokość. Muszę nad  tym podumać. Ale to potem. Zabrał pudełko z workami i rękawiczkami i wyszedł.

Ludzie są jednak okropni - przecież pod  tym murem nie ma żadnego chodnika, do szosy, bo to właściwie  jest  szosa, jest  metr odległości, chodnik jest po drugiej stronie, to jakieś chamstwo wrzuca za mur śmiecie- stwierdziła Hanka. Czyli żeby coś wyrzucić to musiał przejść  na tę stronę. No niestety - westchnęła Marta. A z chamstwem trudno wygrać. 

Masz rację, a gdy poruszysz  tę  sprawę na  zebraniu to zaraz  wszyscy podniosą  wrzask, że to przecież  turyści śmiecą a nie  miejscowi, bo miejscowi to chodzące ideały - powiedziała Hanka. Tyle tylko, że turyści to głównie tędy przejeżdżają i raczej nikt nie  zatrzymuje  tu auta po to by niedopałek przez  mur wyrzucić. Te wywalone  z  samochodów to leżą  wzdłuż  szosy. 

Ja to bym rozgłosiła, że zainstalowałam  kamery bo mam dość  zbierania  cudzych śmieci. I można kupić takie imitacje  kamer i powiesić  tylko lekko je ukrywając. Jak przestaną śmiecie przybywać to wtedy będzie  wiadomo,że to miejscowi naśmiecili. Na tym istniejącym  murze można  dodatkowo rozwiesić płot z gęstej  siatki i pod murem posadzić  szybko  rosnące pnącze. Hedera się chyba do tego nadaje. Albo wznieść nowy płot wysokości 3 m. Albo zainwestować w jakieś reklamy tutejszych rozrywek- w mur wbić podpory i na  nich rozwiesić  banery.  O rany- jęknęła  Hanka - ty to masz furę pomysłów! No mam- zgodziła  się  z nią Marta. Niektóre  to bywają nawet  godne opatentowania. Jest  tu przecież kilka biur turystycznych, baseny termalne, kolej linowa na Łomnicę, można przecież reklamować niekoniecznie  Tatrzańską Łomnicę, można i inne  miejscowości. Jakby to zainstalowali na  tym waszym  murze to można nawet  wspaniałomyślnie  nie  brać  forsy za to, że z niego korzystają. Wystarczy wziąć  do  ręki pierwszy lepszy przewodnik i reklama sama do głowy  wpadnie co warto reklamować. 

Rozmowę przerwał dzwonek - oooo, to pewnie  moi  rodzice  przyszli- stwierdziła Hanka, podeszła  do okna, wychyliła  się i zawołała- Milosz jest  w ogrodzie, po czym  wybiegła  z kuchni  zamykając za  sobą  drzwi.Kilka  minut później  wróciła  za  swoją mamą mówiąc - tata poszedł też  zbierać śmiecie. Marta przywitała  się z mamą Hanki, która powiedziała- ja mówię  tylko po słowacku, nie znam ani polskiego ani  angielskiego, ale córka powiedziała, że pani mnie i tak zrozumie.  Tak, oczywiście, że rozumiem, to są jednak podobne  języki. Luna stała  koło swej miski z wodą , więc Marta podeszła do niej, pogłaskała, przytuliła i trzymając  ją w objęciach powiedziała- to swój człowiek, to mama Milosza i Hani. A potem powiedziała a ja jestem Marta, Milosz prowadził nas na Rysy i wspaniale było z nim iść. A ten szczeniak to Luna, która jest prezentem naszym dla Milosza bo dzięki niemu zdobyliśmy Rysy. Dziś jest jej pierwszy  dzień poza psią rodziną, ona dopiero nas wszystkich poznaje. Ale to mądra sunia. W tej chwili wróciła Hanka i przyprowadziła ze sobą Milosza. Luna wywinęła  się  z objęć  Marty i szybko znalazła  się koło Milosza, który ją pogłaskał i powiedział : dobra, grzeczna piesa, kochana  moja,więc Luna czym prędzej  chciała  się dostać  do niego na ręce. Milosz, weź ją na smycz, znieś po schodach i wyprowadź, bo ona  jadła i piła. Wyprowadź ją , tylko obserwuj, by  czegoś  do mordki nie wzięła - w razie  czego to można jej nawet  z pysia coś  wyjąć, ona jest łagodna. To ja pójdę z nimi- jeśli pani pozwoli- powiedziała Mama  Milosza. No pewnie, nie ma problemu, ja też wyjdę do ogrodu. A dlaczego ty ją nosisz po schodach - mama Milosza  była wielce  zdziwiona- bo ona jeszcze jest bardzo młoda i chodzenie po schodach jest dla niej niebezpieczne, może  nastąpić dysplazja stawu biodrowego i to byłby koniec jej szczęśliwego życia - wyjaśnił  Milosz.  Siedząc u Milosza na  rękach Luna zaraz go czule polizała a Marta powiedziała - przy następnym takim zachowaniu skarć ją delikatnie - wystarczy ,że  się uchylisz i  pogrozisz palcem mówiąc "nie wolno lizać". Po trzech, czterech takich zachowaniach pojmie, że tak nie  wolno. Pamiętaj, że pies różne dziwne paskudztwa liże i może ci jakieś paskudztwo na twarz przywlec. Może cię bezkarnie lizać po rękach i nogach.

W ogrodzie  rozpoczęła  się burza mózgów jak zaradzić by różne śmiecie  nie przedostawały  się przez mur do ogrodu. Ojcu Hanki bardzo spodobał  się pomysł z reklamowymi banerami i obiecał, że będzie o tym rozmawiał z radą miejską. A dopóki nie  będzie  dobrego zabezpieczenia to Luna nie będzie  sama biegać luzem po ogrodzie tylko będzie  wyprowadzana na  smyczy do ogrodu.

                                                                                  c.d.n.





wtorek, 27 sierpnia 2024

Córeczka tatusia - 154

 Milosz odwiózł ich na kwaterę, wyściskali się wszyscy na  "do widzenia" tak serdecznie jakby byli niemal rodziną i gdy tylko się wszyscy  odświeżyli Wojtek powiedział- nie mam pojęcia jakie  tu  są obyczaje gdy się do kogoś  idzie po raz pierwszy w odwiedziny. Chyba zadzwonię do Ondreja. On chyba  będzie wiedział. Szkoda, że nie pomyślałem, żeby wziąć ze sobą  z Warszawy jakiś album o Warszawie. W tym układzie zostaje nam tylko jutro wypad do Kieżmarku i może tam nam coś w oko  wpadnie. Albo wypad do Zakopca bo tam jest fajna  duża księgarnia i zawsze mieli całkiem  spory  wybór książek w języku obcym, czyli angielskim. Jutro nie  będziemy nigdzie  wędrować, bo to jednak był niezły kawałek drogi. A nie sądzę  by nas zaprosili na 12,00 w południe, bo on jednak przecież pracuje. 

A  właściwie to jesteśmy gapy - stwierdził Michał - bo może by  się  jemu przydał jakiś do niego  dopasowany nieduży programik komputerowy do obsługi tego jego  biura. Nie  sądzę - stwierdził Wojtek-to jednak za malutkie  biuro, bo ono  jednoosobowe, ale jedno co mu mogę obiecać, że jeśli będzie mu  się opłacało  rozszerzyć działalność, to mu wtedy jakiś   nieskomplikowany w obsłudze programik  ułożę - powiedział Wojtek.  On jako ratownik  medyczny to figuruje w górskim pogotowiu, ale nie jest tam na etacie,  ma uprawnienia  przewodnika  tatrzańskiego  i czasem prowadzi też  na Łomnicę - powiedziała Marta. Te wiadomości mam z informatora.  A w kwestii przychodzenia  w  gości z czymś  w garści - czy nie jest  to  aby  głównie  nasz ojczysty  obyczaj? - zapytała Marta.  

To wielce prawdopodobne - wszak zawsze się  przychodzi  albo z  kwiatowym albo  ze  sztywnym bukietem, albo z niczym  -  gdy się idzie do was, bo ty zawsze przypominasz  by nic wam nie przynosić - odpowiedział za wszystkich Andrzej.  

No bo skoro ja kogoś  zapraszam to  znaczy, że jestem   na to przygotowana  finansowo, psychicznie i  fizycznie - powiedziała  Marta. Zauważ, że  jak idę  do was to jedyne co mi  się  zdarzało to coś dla dzieci. Wam nic  nie przynosiłam. Przynosiłaś kwiaty - wypomniał Andrzej.

A czy ty  wiesz, że te klocki literki to  są cały czas w  użyciu? Obaj wciąż układają jakieś  wyrazy. Ostatnio Piotrek dał popis - ułożył słowo "dupa". Z trudem zachowałem powagę i wytłumaczyłem, że to brzydka nazwa, podałem inne, równoznaczne  nazwy i tylko czekam, gdy ułoży następne wulgarne określenie. I czy będzie przez "H" czy  może "Ch". Podobno był taki napis na murze altany śmietnikowej w pobliżu  poczty. I były pomazane też  ściany  stojących w pobliżu świeżo odmalowanych bloków. Mojego ojca  szalenie to zezłościło, bo akurat nieco te  smętne bloki pojaśniały po nałożeniu nowych  tynków, to jakieś małpoludy to zabrudziły.  

Bo teraz to za mało zadają dzieciakom do domu, skonstatował Wojtek. Nasze pokolenie  miało tyle pisania  w domu, że nikomu  nie  wpadło do łba, żeby jeszcze gdzieś po ścianach  pisać. I chyba albo jeszcze  nie  było albo była  szalenie  droga farba w spreyu. No i  jakimś cudem nie było ani dyslektyków ani dysgrafików a dyktanda były dwa  razy w  tygodniu. I były wypracowania z polskiego na kilometry mierzone. A  tata Marty, gdy tylko wracał do  domu to zaraz  wypytywał nas co było danego dnia w  szkole. On chyba  miał zapisany plan lekcji, bo zawsze gdy już mieliśmy "poważniejsze" przedmioty to wypytywał  nas czy  wszystko dobrze  zrozumieliśmy a potem tak jakoś podpytywał, że mieliśmy w domu drugą lekcję fizyki lub innego z przedmiotów - tata nas nauczył, że cały  czas otacza nas  chemia i fizyka  i nagle  się okazywało, że wcale nie jestem głąbem z fizyki czy też z geografii - dopowiedziała  Marta. A chyba najważniejsze, że nauczył nas  byśmy z nim o wszystkim rozmawiali.  Tata zawsze traktował nas tak, jakbyśmy byli dorośli, którzy tylko są nieco niedouczeni, ale którzy są  w  stanie  wszystko zrozumieć.  

I nie wyśmiał mnie gdy mając trzynaście lat powiedziałem mu, że gdy dorosnę to się ożenię z Martą. Za to bardzo delikatnie za jakiś  czas mi tłumaczył, że nikt  nie jest w stanie tak na 100%  przewidzieć czy jego plany  się spełnią bo my  się po prostu zmieniamy, zwłaszcza w tak młodym wieku - wspominał Wojtek.  Nawet nie macie pojęcia jak ja nienawidziłem moich  rodziców gdy mnie zabrali do Austrii na czas liceum- nie dość, że niemiecki to rozumiałem piąte przez  dziesiąte to matka mi podsuwała tamtejsze panienki. Dobrze, że choć na wakacje ( choć nie  wszystkie) mogłem tu być. No i nie  da  się ukryć, że poczty obu państw nieźle się na  nas wzbogaciły, choć część korespondencji szła kurierem, głównie to ode mnie  do Polski. Ja się  zatruwałem myślami, że ona  na pewno ma tu jakiegoś chłopaka, a ona  tak samiutko myślała o  mnie. 

Dla mnie  - powiedziała Marta - było więcej  niż pewne, że zostaniemy małżeństwem, choć przez  cały  czas jego studiów on nic na temat małżeństwa nie mówił i nawet podejrzewałam, że ma jakąś babkę, ale on to samo myślał o mnie. A on  dopiero po swoim absolutorium ćwierknął coś o małżeństwie. Michał pokiwał głową - bo Wojtek jest  z tych, którzy uważają, że jak się o czymś  za dużo gada  na  zapas to bardzo mało potem z tego wychodzi.  I trudno się  z nim nie  zgodzić - na ogół tak się jakoś dzieje, że gdy się o  swym jakimś planie  wciąż mówi to najczęściej nic  z tego nie  wychodzi.

Wojtek i Michał są  mentalnie  szalenie  do siebie podobni - stwierdziła Ala.  Michał długo do mnie przyjeżdżał, pomagał mi w  wielu sprawach, ale nic nie mówił ani o swoich uczuciach  ani o planach, a tymczasem był z wizytą u moich teściów, wszystko z nimi omówił, był nawet na  grobie mego męża i dopiero wtedy powiedział, że powinniśmy  się pobrać, bo Mirek na pewno będzie się lepiej hodował gdy będzie  miał  tatę w domu.  A o Wojtku i o tobie to słyszałam odkąd  tylko Wojtek wybrał Michała na swego promotora. Potem słyszałam o tym jakiego fajnego teścia ma Wojtek i żonę, która przyjechała zwalniając  się z uczelni, by być blisko cierpiącego na obronę pracy  magisterskiej  męża. Marta śmiała się głośno- Michał wtedy  wydedukował, że jak amen w pacierzu będziemy przyjaciółkami. Masz dobrego wróżbitę przy  sobie! 

A ja mam wrażenie, że jest jakaś ukryta poza naszą świadomością przyczyna, że Wojtek i ja poczuliśmy się nagle, po kilku przegadanych godzinach braćmi i że to właśnie ja  miałem dyżur gdy Marta przygnała do szpitala Wojtka i to ja  go operowałem - powiedział  Andrzej. To był pierwszy w moim życiu pacjent, z którym gadałem po operacji na tematy  nie  związane  ze stanem  zdrowia. A potem był  jakiś przełom w mojej psychice, bo zacząłem dostrzegać rzeczy, których  wcześniej jakoś nie widziałem, a nawet jeśli je  widziałem to nie bardzo wiedziałem jak zareagować.  I kocham ich oboje tak samo mocno. I dzięki tej przyjaźni z nimi moi chłopcy mają normalną rodzinę, a ja odzyskałem  rodziców i mam cudowną żonę, która dobrze  wie jak czasem trudno jest nie  zwariować wykonując ten zawód.

Marta zatelefonowała  do Ondreja i powiedziała, że wycieczka w  towarzystwie Milosza  była super, że oczywiście  trochę  się zmęczyli, ale  nic  nikomu po wycieczce nie dolega i bardzo chcieliby  się Miloszowi zrewanżować, tym bardziej, że on zaprosił ich  do siebie na  następny dzień. Po prostu chcieliby mu przynieść  coś w prezencie, no ale mają  spory kłopot, bo wcale właściwie  faceta nie  znają i niewiele wiedzą o nim od  strony prywatnej.  A jak wyście na niego  trafili? - pytam, bo gdy ze mną gadał na temat  wycieczki do jaskiń, to miałem  wrażenie, że trafiliście  do niego, a wiesz jak jest - każdy ma tu jakiś swój rewir i jaskinie to nie on obstawia. Marta  zaczęła  się śmiać - poderwałam go na Łomnicy, gdy czekaliśmy na  swoją godzinkę zjazdu. I w trakcie  rozmowy  wpadło mi na myśl, że może nas na Rysy zaprowadzić no i  zaprowadził i nawet moje dwie wątłe przyjaciółki, choć planowały pozostanie  w domu to jednak się  dowlokły na Rysy.

Ja wiem co jemu się  marzy - zaśmiał  się Ondrej- ma cztery łapy i nazywa  się shepherd-dog, wiesz, taki bialutki podhalan. Tyle  tylko, że musiałby pojechać w  tym celu do Doliny  Kościeliskiej, ale nie  wie czy mu sprzedadzą. A na pewno chce, czy tylko tak gada? - spytała Marta. Bo wiesz - to pies, który wymaga jednak wytresowania, żeby  z cudnej białej kuleczki nie  zrobił się diabełek. Ale  nie sądzę by hodowla  była  w samej Dolinie Kościeliskiej. Może po prostu w Kościelisku, w tej  wsi? Tylko czy akurat będzie jakiś  szczeniak na tyle  duży, że można go zaraz  zabrać to dość  wątpliwe. Zaraz  wrzucę w laptopa, może   się  czegoś dowiemy. W kwadrans później  okazało się, że jest "do wydania" panienka, ma trzy i pół miesiąca, cena jak na trzy portfele nie  zbijająca  z nóg, ale trzeba by przyjechać następnego dnia  do godziny 12,00. Wszystkie trzy dziewczyny ogłupiały dokumentnie i piały z  zachwytu. Marta  wypytała  się odnośnie metryki psiny i czy szczenię jest  zgłoszone w Związku Kynologicznym i powiedziała, że następnego dnia przyjadą obejrzeć to cudo. Wypytała jak mają tam trafić, właścicielka z kolei pytała skąd Marta  jest, więc powiedziała zgodnie z prawda, że z Warszawy, ale  psinka  nie będzie mieszkała w stolicy ale poza  miastem, w ogrodzie i na pewno  będzie miała  zapewnione  wiele  ruchu, bo kuzyn, dla którego chce kupić podhalana lubi dużo chodzić. Oczywiście wszyscy  chcieli jechać po psa, ale w końcu dali się przekonać, że  szkoda paliwa. 

Następnego dnia rano Marta z Wojtkiem pojechali do Kościeliska. Bez trudu odnaleźli dom rodzinny, w którym na nich czekała  sunia na tyle duża, że już nie  wymagała matczynego mleka. Na miejscu Marta cieszyła  się, że przyjechali  sami, bo na terenie było kilka szczeniąt i jak powiedziała Marta jedno piękniejsze od  drugiego. Były wyraźnie rozbrykane, bardzo przyzwyczajone   do ludzi i uwielbiały głaskanie. Sunia, która dziś miała opuścić hodowlę miała imię LUNA. Bo ona urodziła  się w czasie pełni Księżyca- powiedziała  hodowczyni. Marta dostała  wszystkie dokumenty, wykaz czym powinna  być karmiona oraz  wykaz tego, czego nie  wolno jej dawać, miała tez już swoją książeczkę  zdrowia i wykaz czym już była  zaszczepiona oraz kiedy i jakie  szczepienia ją  czekają. Marta  "zrujnowała"  się jeszcze na akcesoria, czyli materacyk wypełniony trawą morską,   obrożę i smycz. Dostała też instrukcję jak ma być zrobiona dla niej buda. Szczenię  było w tej  chwili wielkości cocker spaniela (dorosłego), a sądząc po rodzicach to będzie z niej duży pies. Widać  było, że pani hodowczyni ma łzy w oczach, ale  widząc, jak Luna przytula się ufnie do Marty, stwierdziła, że skoro Luna się  do Marty przytula, to jest  wszystko OK.

W drodze powrotnej  Luna rozłożyła się na  tylnym siedzeniu a łepetynę ułożyła na kolanach Marty. Jak było do przewidzenia Luna zrobiła  na reszcie towarzystwa   kolosalne wrażenie. Zaraz obiegła cały ogródek, była  wyraźnie  zaintrygowana obecnością kur za żywopłotem i nawet kilka razy dość śmiesznie szczeknęła. Marta wyniosła  do ogrodu koc , na nim położyła psi materacyk i przyniosła z kuchni miseczkę z wodą.  W kwadrans  później Luna  bawiła  się dość dużą piłką i co  chwilę wracała  do Marty. Widząc  to Marta  zarządziła  by wszyscy  po kolei ją głaskali i tulili, żeby mała nie "przywiązała się" tylko do jednej osoby. Wszak tą jedną osobą  miał być Milosz no i  może Hanka? Około godziny  piętnastej  zadzwonił do Marty Milosz, mówiąc, że  ma dla nich  truskawki, więc je  zaraz  przywiezie. Ojej, a skąd ty je  wytrzasnąłeś?- zdziwiła  się Marta - ja tu nigdzie  nie widziałam.  Z miasta - byłem dziś w Kieżmarku i zawadziłem o targ. No to świetnie, ucieszyła  się Marta- my też coś  dla  ciebie mamy, ale to nie truskawki. A co?- dopytywał się.  Przyjedziesz to się  dowiesz. To ja będę za 10 minut. No i fajnie- skwitowała  Marta.

Szkoda, że już hacjendy  nie mamy - smętnym  głosem powiedział Michał. Pasowałby tam taki pies.  Nooo, pasowałby - zgodziła  się Marta. I widywałbyś  go z raz na  miesiąc. Bo przecież nie  dojeżdżałbyś codziennie z hacjendy  na Polibudę - trzeźwiła go Marta. No fakt. A Irka panicznie  boi się dużych psów, ale waszej to się nie  boi.  No wiesz - Misia jest wielkości męskiego  trampka - stwierdziła  Marta, więc jakby na to nie  spojrzeć to  Irusia  ma przewagę  wielkości nad Misią. Misia to kieszonkowe  wydanie psa i przejście z jednego końca ogrodu na  drugi to już byłby dla niej bardzo długi  spacer. To taki psi bibelot.

A to to będzie kawał psa- jej mamusia i tatuś to naprawdę duże psy. A duże psy dużo jedzą i wymagają  dużo ruchu,  zwłaszcza psy pasterskie, a  Luna do nich należy. A Milosz ją  sobie wytresuje i będzie miała  sporo ruchu. 

Milosz  zaparkował pod bramą a Marta i Ala zasłoniły sobą Lunę. Ale Luna zorientowała  się, że coś się dzieje, bo Milosz lekko zatrzasnął furtkę. Więc  Marta wzięła  Lunę za obrożę i pomału podprowadziła do niego Lunę mówiąc - zamieńmy  się- ja  wezmę  truskawki a ty weź swojego psa, to znaczy  swoją  sunię.

Wcisnęła Miloszowi w rękę smycz i powiedziała do Luny - to twój  człowiek, kochaj  go. Lunie   nie trzeba  było dwa razy tego powtarzać, merdała ogonem i usiłowała  wspiąć  się na Milosza. Marta zabrała mu z ręki łubiankę z truskawkami i powiedziała -  wróble ćwierkały, że chciałbyś mieć podhalana. To jest Luna, ma 3,5  miesiąca, czyli jest  w  wieku gdy najlepiej ją wydać z gniazda. 

Będzie  duża, jej rodzice są sporych  rozmiarów. Przytul ją i dmuchnij w jej nosek  swój oddech - tak się właściciel wita ze swym psem. Okrutna  z niej pieszczoszka.  Jest z hodowli Kościeliskiej. Dam ci zaraz jej książeczkę zdrowia, tam są jej dane  biometryczne, wpis jakie  szczepienia  już ma  oraz co i kiedy powinna mieć  dalej. Jest już zarejestrowana w Polskim  Związku Kynologicznym. I nie dawaj jej biegać po schodach dopóki nie podrośnie całkiem, żeby sobie nie uszkodziła  stawów biodrowych. Jest też lista co powinna jeść i  lista tego, czego jej nie dawać. Masz też dla  niej materacyk wypchany trawą morską. Na razie powinna jeszcze  sypiać w  domu, ale za miesiąc to już  będzie  mogła spać  sama w budzie. Jest też opis jak ma być zrobiona  dobra  buda. Jak podrośnie to oczywiście  będzie musiała mieć grubszy materac. Na wszelki wypadek nie  mówiłam, że ona  będzie na Słowacji, bo wiem, że hodowcy  wtedy albo wcale nie chcą  sprzedać za granicę  albo bezczelnie  zawyżają cenę kilkakrotnie. Mam nadzieję, że ją pokochasz i będziecie razem  dreptać po Tatrach- byle nie na Łomnicę. Ona jest już przyzwyczajana do suchego pokarmu - ma to tę zaletę, że  szybko to można przygotować. I musi mieć cały dzień dostęp do wody. I nie dawać słodyczy psu a czekolady  zwłaszcza. To wszystko co jest w jej książeczce to ci napiszę po angielsku.

Ja już ją kocham - cicho powiedział Milosz. A teraz  powiedz ile ona kosztowała. Marta pokręciła głową przecząco - mniej niż w Warszawie, naprawdę. Poza tym to jest prezent od nas  wszystkich- tak naprawdę to każdy z nas  chciałby mieć psa, takiego pięknego zwłaszcza, ale nasz tryb życia  w mieście nie służy psom. Ja akurat mam psinkę w domu - porzuconą przez jakichś  drani nad morzem. Zaraz Wojtek znajdzie jej zdjęcie i ci pokaże. Psinka  malutka a opiekuje  się nią kilka osób. Na co dzień to siedzi z moją mamą w kwiaciarni i robi za maskotkę i na zmianę jest albo u nas  albo u moich rodziców- wszystko zależy od tego jak wyglądają nasze rozkłady  zajęć. Najbardziej  lubi siedzieć w kieszeni bluzy  taty Wojtka  albo pod  swetrem Wojtka. Jest  wielkości męskiego trampka, na moje oko rozmiar 41. Nazwałam ją Misia i jest taką typową przytulanką. A ona mnie  znalazła na plaży w Sopocie - po prostu przydreptała i przytuliła  się do mojej nogi. Byliśmy wtedy w tak zwanej podróży poślubnej. Była straszliwie wychudzona, taka kupka  nieszczęścia oblepiona  brudem. No to ją wymyliśmy, potem wzięłam ją do weterynarza, była  zdrowa tylko wygłodzona. Potem już w Warszawie badali ją w Instytucie Weterynarii bo nie  wiadomo było na co ją  szczepić, zaszczepili ją na to co uważali za stosowne i mała czasem jednego  dnia jest w trzech  miejscach- w kwiaciarni, w  domu u nas lub  w domu rodziców. Tyle  tylko,że to wszystko jest blisko siebie, najdalej jest 200m od  naszego mieszkania. A teraz to nasza Misia jest z tatą Wojtka i moimi  rodzicami na  wakacjach nad rzeką i zapewne  jest  noszona  po lesie. A Twoja  sunia ma na imię Luna, bo urodziła  się w czasie pełni Księżyca.  Zobacz - już  cię zaanektowała i trzyma mordkę na twojej stopie. 

Masz jakichś fachowców, żeby zrobili porządną budę  dla niej? Powinna mieć izolację zarówno od zimna  jak i od nadmiernego ciepła, tak jak dom ludzki.  Milosz popatrzył na Martę i powiedział - to nie  będzie podwórzowy  pies, to będzie  domowy pies. Oczywiście  będzie   miała na podwórku i budę, ale  sypiać to będzie   w domu. Zrobię dla niej  równię pochyłą, taką z poprzeczkami. żeby  nie  chodziła po schodach. Wiesz czuję  się  w tej  chwili tak, jak  wtedy, gdy  Hanka zgodziła się  wyjść za mnie. Nawet nie umiem  wam podziękować za Lunę.  

Słuchaj Milosz- nie masz  za co dziękować nam- dziękuj  sobie  za to, że jesteś taki jaki jesteś- jesteś naszym przyjacielem, jesteś jednym z nas, masz  tak samo poukładane  w głowie jak my, a w naszym  gronie to jeden  za wszystkich i wszyscy za jednego. Przemyśl sprawę  tej fizjoterapii, rozejrzyj  się czy są u was jakieś możliwości uzyskania dyplomu fizjoterapeuty. Bo pomyśl realnie- jak długo jeszcze pochodzisz po górach? Zresztą zimą nie chodzisz bo tylko ci stuknięci wiszą  zimą na linach udając  że są w Himalajach. A potem tacy jak ty  muszą im gnać na  ratunek i sami siebie narażają. Rozejrzyj się  za jakimiś kursami fizjoterapii - fizjoterapeuci są zawsze potrzebni - w sanatoriach, w różnych SPA, w przychodniach gdzie  jest rehabilitacja, w  szpitalach. Sprawdź też Kraków i Zakopane. Ja  się z kolei rozejrzę u nas. Ale  wpierw sprawdź jakie  tu są możliwości. I oczywiście eksponuj to, że masz  za sobą 3,5 roku medycyny, czyli nie jesteś goły i bosy. A ja się rozejrzę jak to wygląda u nas - powiedział Andrzej. Z uwagi na to, że jesteś żonaty to byłoby lepiej byś nie jechał do Polski na jakieś  studia. Zajrzyj do Smokowca, może tam są jakieś możliwości. I wszędzie eksponuj to, że masz za sobą te  3 ,5 roku studiów medycznych i jesteś  ratownikiem  medycznym, czyli nie jesteś  zielony jak ogórek. I miej  przy  sobie  te papierki z uczelni i papierek, że jesteś  ratownikiem  medycznym. Porób sobie  kopie i uwierzytelnij je.

                                                            c.d.n.